Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yuki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yuki. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 sierpnia 2018

Od Yuki „Deszczowy Przybysz” cz.2 (c.d Joel)

Wrzesień 2020
Spojrzałam krzywo na człowieka, który chwilę temu zamienił się w wilka. Jego wilcza forma zdawała się być odrobinę niższa ode mnie, jednak z powodu tego, że stał w małym zagłębieniu moje przypuszczenia mogły być błędne. Jego sierść była koloru mokrego, morskiego piasku, zapewne z powodu ulewy. Posiadał krótką grzywkę, z końcówkami koloru ziemi z mojej dawnej watahy, coś w rodzaju mieszanki brązu z pomarańczowym. Tego samego odcienia były jego przebarwienia na łapach. Brzuch miał lekko jaśniejszy od reszty ciała. Patrzył na mnie z strachem w swoich ciemnych oczach.
Kiedy na mnie spojrzał, przez moje ciało przeszła obezwładniająca fala powodująca, że nie mogłam zaszarżować na intruza. Nie rozumiałam co się ze mną dzieje. Zawsze byłam tym wilkiem, zachowującym zimną krew w sytuacjach, które nie jednemu by zmiękło serce. Gdybym rozczulała się nad pierwszym lepszym stworzeniem nie mogłabym być nauczycielką polowań.
Orientując się, że dłuższą chwilę stoję nic nie robiąc z groźną miną, postanowiłam w końcu coś powiedzieć:
- Co ty tutaj robisz, hę? – Prychnęłam gniewnie.
- Z-zwiedzam – powiedział jąkając się. Położył po sobie uszy w uległej pozie i obniżył grzbiet, włącznie z ogonem. Jego odpowiedź zbiła mnie z tropu. Czułam się słabsza niż kiedykolwiek.
- Nie powinno cię tu być – warknęłam ostrzegawczo.
- D-dlaczego? – zapytał bardziej przestraszony niż wcześniej.
- Jesteś na terenie Watahy Magicznych Wilków – wyjaśniłam. – Lepiej by Suzanna nie dowiedziała się o twojej obecności – skłamałam. W sumie, nie wiedziałam co takiego Alfa zrobiłaby z intruzem, jednak lepiej być przezornym.
- W takim razie wrócę i nie będę tutaj przechodził… - Jednak nadal stał w miejscu i patrzył na mnie wyraźnie przerażony. Skrzywiłam się niezadowolona. Potulny wilkołak trzymający się zasad.
- Tylko żartowałam – powiedziałam ponuro, na co przybysz jakby ledwo się rozluźnił.
- Z czym żartowałaś?
- Z Suzanną – burknęłam i odwróciłam się zamachując puchatym ogonem. Ruszyłam w stronę centrum watahy.
- Czyli mogę tutaj zostać?! – Usłyszałam jego głos zza siebie.
- Tak, zostawaj sobie na ile chcesz, lecz nie ręczę za to, co inni z tobą zrobią. – Sapnął ociężale. – Dlatego lepiej byś trzymał się kogoś z tych stron. – Spojrzałam na niego przez ramię uśmiechając się chytrze. Basior spojrzał na mnie zdezorientowany i po chwili niepewnie zapytał:
- Mógłbym iść z tobą?
- Jeżeli chcesz. - Wilk się zawahał jednak ostatecznie zrównał kroku ze mną.
Szliśmy w ciszy. Jedynym słyszalnym odgłosem był szum deszczu.
- Tak w ogóle, dokąd właściwie idziemy? – odezwał się w końcu.
- Do mojej jaskini.
- Nie przeszkadzałoby ci gdybym poszedł razem z tobą?
- Rób co chcesz. – Byłam już trochę zmęczona jego obecnością, ale czego się nie robi dla zabawienia się czyjąś psychiką.

Po dłuższej chwili wchodziłam już do swojej jaskini. Basior powlókł się za mną, uważnie oglądając wnętrze mojego miejsca zamieszkania. Otrzepałam się z wody i położyłam się w swoim łożu. Spojrzałam na wilka, który obecnie dziwnie się wiercił, kręcił, jakkolwiek można to nazwać.
- Co ty niby masz zamiar osiągnąć? – Zmarszczyłam brwi. Osobnik zaprzestał swoich czynów i powiedział ostrożnie:
- Próbuję wytrząsnąć wodę…?
Prychnęłam śmiechem.
- Jeżeli chcesz się tak wytrzepać to chętnie popatrzę. – Wgapiłam się w niego z szyderczym uśmiechem na ustach. Jak można być takim głupim by nie wiedzieć jak wytrząść wodę?
Basior speszył się i przestał tańcować, odchodząc na bok jaskini. Spojrzał przez wejście do jaskini na zewnątrz. Zdawał się być bardzo zamyślony. Tymczasem ja nawet się nie zorientowałam, że tak jak on patrzy na deszcz, tak ja patrzę na niego.

<Joel?>

Uwagi: Powtórzenia.

środa, 6 września 2017

Od Yuki „Świszczą lasy zielone...” cz. 3 (c.d Navri)

Opowiadanie wchodzi w skład sztafety.

Sierpień 2020 r.
Siedziałam na masywnej gałęzi, patrząc jak Kai zrywa fioletowo-różowe róże. Od niedawna go śledzę. Powodem szpiegostwa jest to, że moje życie jest nudne. Chciałabym w końcu poczuć ten powiew świeżości. Nienawidzę codziennej rutyny. Jedyne, co w moim życiu jest świeże, to książki. Wnoszą coś do mojego życia, w dodatku skierowując moje myśli na inne tory, niż te dotyczące życia codziennego. Nie rozumiem wilków, które potrafią czytać jedną książkę wiele razy. Według mnie, wszystko jest wtedy przewidywalne, zarazem nieciekawe. A nieciekawe rzeczy są po prostu nudne.
Dobra, wróćmy do świata realnego. Kai wyszedł z krzewu róż, trzymając w pysku dużą ilość fioletowo-różowego kwiecia. Odczekałam chwilę, aż basior oddali się na wystarczającą odległość, po czym zeskoczyłam z gałęzi, wydając tylko ledwo słyszalny szelest liści. W sumie śmieszne. Posiadam ciemno-szarą sierść, a ten kolor jest bardzo kontrastujący z różem drzew. Cud, że stąd nie uciekłam. Nienawidzę tego koloru. Kojarzy mi się z… Katrin. Moją pierwszą bliską przyjaciółką. Jedną z nielicznych. Gdyby teraz żyła, mój los pewnie potoczyłby się inaczej. Chociaż… Co ja tam wiem. Jestem już stara, pewnie za niedługo dostanę demencji. Cóż… Mimo, że minęło aż sześć lat, nadal jestem dziewicą. Cóż, raczej tak mi się wydaje. Nagle, przypomniała mi się moja pierwsza miłość… Syn alfy w mojej pierwszej watasze. Nie pamiętam już jego imienia. Pewnie został zagryziony, lub zastrzelony przez myśliwych. Cóż, o mało nie był moim przyrodnim bratem… Przypomniał mi się mój Ojciec oraz Macocha. Masywne ciało pokryte rzadką, szarą sierścią, tak wyglądał mój ojciec. Do tej pory ten kolor wywołuje u mnie dziwne uczucie. Jakby w każdym czaił się on. Żeby tak zabić własną partnerkę, która była z nim przez całe życie. Była niewinna. Tak jak większość wilków z mojej starej watahy… Teraz, moją pseudo rodziną są cienie. Organizacja, lub bardziej sekta, zrzeszająca tysiące zagubionych wilków. Nie wiem ile jest ich dokładnie, gdyż jak na razie znam tylko założycieli i małą grupkę „cieni”. Nawet tam krzywo na mnie patrzą… Jaki ten świat okrutny…
Gdy Kai doszedł do wejścia swojej jaskini, zatrzymał się, gdyż zobaczył czekającą tam Navri. Zaczął z nią rozmawiać, jednak z takiej odległości nie słyszałam, o czym mówią. Weszli do środka. Przyczaiłam się w krzaku czekając aż wyjdą. Czekałam gdzieś z parę chwil, po czym zobaczyłam ich sylwetki. Ten smark trzymał się Kaia jak rzep lisiego ogona. Zaczęli iść, tym razem rozmawiając na nieciekawe tematy. Gdy doszli do Wodopoju, kazał Navri czegoś poszukać. Odeszłam trochę na bok, tak by nie pomyśleli, że przyszłam z tego samego punktu co oni. Bardzo wyraźnie czułam nieprzyjemne uczucie pragnienia. Podeszłam do brzegu, schyliłam łeb i zaczęłam pić. Przy okazji nasłuchiwałam rozmów Lind, Leah oraz Manahane. Jedna z nich zagadała basiora. Dowiedziałam się czegoś ciekawego. Kai oraz one i Navri będą szli na zbieranie ziół. Cóż, to chyba byłoby ciekawe. W końcu mogłabym zabić nudę.
***
Kiedy Kai został sam zdecydowałam się zagadać. Siedział w jaskini kolekcjonując jakieś zioła. Podeszłam do wejścia od jaskini i zaczęłam:
- Dzień dobry – przywitałam się.
- Dzień dobry. – Nawet się nie odwrócił.
- Słyszałam, że jutro razem z Navri, Leah, Lind oraz Manahane idziesz na zbieranie ziół. – Zagaiłam.
- To prawda – odrzekł, po czym zaczął wstawać, odwracając się w moją stronę.
- Czy… Mogłabym wam pomagać? – Spytałam. Zamyślił się, a po krótkiej chwili dał znak potwierdzający. – Więc, gdzie mam na was czekać? – Udawałam, że nie znałam miejsca spotkania.
- Jutro rano przy Kamieniu.
- Dziękuję i przepraszam za zakłócanie spokoju. – Pochyliłam głowę. – Do widzenia. – Pożegnałam się.
- Do zobaczenia.
Poszłam w stronę biblioteki. Weszłam jeszcze do swojej jaskini po przeczytaną już książkę. Była bardzo ciekawa. Jeżeli znajdę jeszcze jakaś książkę o smokach na pewno ją zabiorę. Weszłam do budynku. Oddałam książkę i zaczęłam szukać następną w przedziale „Magiczne zwierzęta”. W końcu natrafiłam na „Smoki Latające oraz ich podgatunki”. Zabrałam książkę, po czym ją wypożyczyłam. Wróciłam do jaskini z grubym tomiskiem w pysku. Usiadłam w legowisku, po czym zaczęłam czytać. Czytałam dosyć długo, a najbardziej zaciekawił mnie smok z podgatunku Opalookich. Są to smoki które posiadają perłową skórę, łagodne usposobienie (to akurat jest minus) oraz przepiękne wielobarwne oczy bez źrenic. Nie było jednak wiadomości, czy widzą czy nie. W sumie, sama myśl, że ktoś może patrzeć bez źrenic, jest takim kłamstwem jak mit o dzikiej sarnie polującej na wilki. Taak... Stara historia opowiadana małym szczeniętom by nie oddalały się od matki. Żałosne.
Wróćmy do książki. Oprócz Opalookich bardzo zaciekawiły mnie smoki Kolczaste. Są najagresywniejsze z całego gatunku smoków latających, ale za to są najniższe. Ich ciało jest pokryte jasno-szarymi kolcami, a nieliczne łuski są koloru srebra. Podobno, ich skóra jest tak twarda, że tylko Posłaniec Mroku może ją przebić. Pomyślałam o Nevetesie. Szkoda, że jest taki nieposłuszny. Marzył mi się poddany towarzysz, a nie taki, co robi, co sam chce. Westchnęłam i czytałam dalej. Nie zorientowałam się, kiedy przysnęłam. Książka spadła mi na nos, powodując nieprzyjemny ból. Zamknęłam tomisko, zapamiętując stronę, po czym odłożyłam ją w schowku. Zawinęłam się w kulkę…
***
Obudziłam się. Po smudze światła zobaczyłam, że było już dawno po południu. Zaspałam! Popędziłam w stronę Wodopoju by się ogarnąć oraz napić. Wypiłam parę łyków wody, obmyłam się z łoju oraz ułożyłam futro. Zjem później, pomyślałam gnając do Kamienia. Jednak nie było już wilków wokół umówionego miejsca. Mogłaś krócej czytać! Teraz będziesz musiała się tłumaczyć… Zauważyłam odciski łap obok Kamienia. Mogę ich wytropić. Zniżyłam pysk i zaczęłam podążać za zapachem. Wraz z odległością trop stawał się świeższy. Przy najświeższym punkcie zobaczyłam… Krew. Pełno krwi. Przestraszona rozejrzałam się. Krwawy ślad kierował się w krzaki. Opadłam na łapy i zaczęłam się skradać. Odchyliłam gałązki jałowca, po czym zobaczyłam to… Navri, Manahane, Lind, Leah oraz Kai leżeli martwi. Poczułam ból w boku.
***
Obudziłam się zlana potem. Jednak to tylko koszmar… Był bardzo wczesny poranek. Wyszłam z jaskini i poszłam do Wodopoju. Obmyłam pot oraz ułożyłam futro. Ukoiłam pragnienie. Byłam głodna, więc zdecydowałam się coś upolować. Wypadło na tłustego króliczka. Z łatwością go upolowałam. Zjadłam go z przyjemnością, po czym potruchtałam do umówionego miejsca. Nie było tam nikogo, co mnie zaniepokoiło. Jednak odcisków łap nie zauważyłam. Na szczęście… Przysiadłam opierając się na głazie. Po dosyć długiej chwili zobaczyłam Kai’a.

<Navri?>

Uwagi: Źle zapisany tytuł. Brak daty. Nie "stąd" piszemy razem i przez "ą". Już nawet nie chce mi się powtarzać tego, że nazwy członków rodziny czy stanowisk nie piszemy wielką literą, a Wodopój to nazwa miejsca... I w Wodopoju nie powinno się myć!

wtorek, 27 czerwca 2017

Od Yuki „Szczenię” cz.1 (c.d Torance)

2019, listopad
Kiedy ostatni raz czułam to uczucie? Chyba wczoraj. Ale dzisiaj jest ono inne… Bardziej dokuczające. Męczące. Po prostu, mocniejsze. Zwykle mijało mi po paru długich chwilach, jednak teraz? Jest już wczesny ranek, a przyszło do mnie późnym wieczorem. Nienawidzę jej… Nienawidzę samotności. Za długą chwilę będę musiała się zbierać. Lekcja polowania jest zaplanowana na późny świt. Rozciągnęłam zesztywniałe łapy i wstałam ze swojego prowizorycznego łoża. Nie było zbyt miękkie, ale dawało ciepło. Składało się z spróchniałych gałązek, ususzonych traw oraz skóry zdjętej z sarny. Wychodząc z posłania „wyrzuciłam” przednie łapy jak najdalej tym samym je wyciągając. Przeniosłam masę ciała na nie, pozostawiając tylne kończyny na swoich miejscach. Wstępnie rozciągnięta jak najszybciej wybiegłam z jaskini do Wodospadu. Napotkane przeszkody, takie jak kamienie czy gałęzie, z lekkością przeskakiwałam.
Będąc już blisko celu, zaryłam pazurami o ziemie, tym samym ryjąc w nich dosyć głębokie szramy. Dysząc podeszłam do wodospadu i zaczęłam chłeptać zimną wodę. Później zaczęłam czyścić sierść. Po „porannej toalecie” poszłam na miejsce, w którym szczeniaki mają się zbierać. Tereny watahy świeciły pustkami. Usiadłam, by poczekać na uczniów.
- Dzień dobry. – Po całej samotnej nocy, nie ukrywam, miło było usłyszeć czyiś głos. Była to Torance.
- Witaj – odpowiedziałam jej dosyć głośno. Było to nie w moim stylu. Przypomniał mi się młody Nirvaren.
- Co Pani się tak patrzy? – Tak się zamyśliłam, że zapomniałam że gapię się na uczennicę. Skuliła ogonek speszona.
- Przepraszam, pogrążyłam się w myślach. – Niemożliwe. Ja przeprosiłam. Odeszła na bok. Może.. Mogłabym ją… Zaadoptować? W końcu prawa opieki nad Nirvarenem nie zostały mi odebrane przez złe traktowanie, lecz przez próbę morderstwa.
- Torance? – Wzdrygnęła się i spojrzała na mnie oczkami mówiącymi „nie bij”.
- Tak?
- Czy… Szukasz jeszcze opiekuna? – Przez chwile patrzała na mnie niezrozumiale.
- Tak… - Wyjąkała.
- Chciałabyś mieć opiekuna?
- Tak – powtórzyła, lecz tym razem trochę ciszej. – A co? – Chwilę się zawahałam.
- Mogłabym być twoją opiekunką?
- Zastanowię się… - Powiedziała.
- Jeżeli się namyślisz, przyjdź do mojej jaskini wieczorem – powiedziałam. Cisza nastała. Po chwili dołączyły do nas Moone oraz Aokigahara. Po chwili jeszcze przyszedł Shenvedo Ashe. Zaczęli rozmawiać. Po parunastu minutach doszła do nas ostatnia wadera - Navri. Tym razem poszliśmy w Góry. W drodze wyjaśniałam im co mają robić. Dziś mają wspólnie upolować kozicę górską. To będzie swego rodzaju test. Shen oraz Tor byli padnięci w przeciwieństwie do pełnych energii Navri i Moone.
- Shenvedo Ashe, Torance – zaczęłam. – Jako że nie macie już sił zostaniecie tropiącymi. – Shen posmutniał. – Która z was chciałaby być goniącą? – Spojrzałam na waderki. Aokigahara zaczęła prosić.
- Dobra, razem z Aokigaharą będziemy goniącymi . – Spojrzałam się na resztę. – Moone i Navri, jesteście atakującymi. – Tak jak powiedziałam, tak było.

- Mam coś! – Powiedziała Torance. Shen zaczął węszyć tam gdzie było znalezisko Tor.
- Jeleń – potwierdził podnosząc pysk. – Mamy upolować kozice górską, nie jelenia.
- Upolujmy go – powiedziałam. Kiedy na naszym polu widzenia pojawiła się ofiara rozkazałam atakującym ukryć się w krzakach. Tropiących wysłałam na drzewo, by w razie czego powiadomić o zagrożeniu. Razem z uczennicą zaczęłyśmy się skradać. Poleciłam Aokigaharze by zaskoczyła ofiarę z lewej. Zaczęliśmy akcję. Jeleń zaczął uciekać, wprost w sidła Moone i Navri. Rzuciły się na niego. Był już martwy.
- Możemy zjeść? – Zapytały razem szczenięta.
- Nie, najpierw upolujcie kozicę górską.

Ofiara padła na ziemie. Uczniowie zaczęli jeść. Gdybym miała być szczera, Aokigahara jadła jak opętana. Nie byłam głodna, więc zostawiłam wszystko dla nich. Spojrzałam na słońce. Było południe. Odprowadziłam ich do miejsca następnych lekcji, a sama poszłam na polowanie z grupą popołudniową. Dante już czekał.
- Witam – przywitałam się.
- Hej – odpowiedział. Po chwili przyszedł Shiryu. Zaczęliśmy tropić zwierzynę. Chwilę później natrafiłam na zapach stada sarn. Podniosłam głowę by rozejrzeć się za potencjalnymi ofiarami. W moje ślady poszedł też Dante.
- Wyczułaś coś? – Zapytał.
- Sarny. – Powiedziałam i zaczęłam podążać za zapachem. Chodzenie z pyskiem u ziemi było niekomfortowe, gdyż iż ponieważ trawa dostawała się do oczu. Po długich minutach tropienia Shiryu dał znak, że ofiary są w zasięgu wzroku. Była to grupka sześciu osobników. Zaczęłam wypatrywać najsłabszą jednostkę. Niemal po chwili rzuciła mi się w oczy kulawa sarna wraz ze źrebięciem. Dante obmyślił plan ataku. Oni zaczaili się w krzakach, a ja zaczęłam się skradać. Krok po kroku docierałam do celu. Gdy odległość pomiędzy mną a ofiarą osiągała około dziesięć metrów rzuciłam się w pościg. Zapędziłam ją wprost w sidła Shiryu. Basior zaczął ją atakować tym samym okaleczając jej kończyny. Niezdolna do ruchu na przód upadła. Próbowała wstać, lecz gdy tylko podniosła łeb, Dante zadał jej śmiertelny cios w tchawicę. Padła martwa na ziemię. Dysząc spojrzałam w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stało stado. Na środku polany stał zagubiony źrebak. Bez najmniejszego zastanowienia ruszyłam w jego stronę.
- Zostaw go, teraz da mniej mięsa niż za parę miesięcy – powstrzymał mnie jeden z basiorów.
Gdy dociągnęliśmy zdobycze dzisiejszego polowania do Alfy, mogliśmy już iść. Dwie sarny, kozica górska oraz cztery zające, to niezbyt wiele jak na taką dużą watahę. Miałam popołudnie wolne. Gdy Shiryu i Dante odeszli, zaczepiłam Suzanne.
- Przepraszam. – Przykułam uwagę wadery. – Mam sprawę.
- Gadaj – powiedziała zniecierpliwiona.
- Otóż chciałabym zaadoptować któregoś z szczeniąt. – Alfa o mało nie wybuchła śmiechem, ale po chwili stała się poważniejsza.
- Po raz kolejny chcesz mieć kogoś, kogo będziesz mogła demoralizować?
- Przepraszam bardzo, ale Nirvaren nie został zdemoralizowany. – Przerwałam. – A prawa opiekuńcze nad nim zostały mi odebrane gdyż próbowałam zabić Alexandra. – Broniłam się.
- Sama właśnie powiedziałaś, co zrobiłaś, a czego robić nie powinnaś. Chcesz po raz kolejny utracić szczeniaka, bo zachce ci się kogoś zamordować? – Mówiła poważnie.
- Mogę ci przysiąc, że dopóki szczenię nie dorośnie, nie złamię kości żadnemu wilkowi. Wyjątkiem będzie zranienie w samoobronie. – Powiedziałam teraz coś czego chyba nie dotrzymam…
- Nie obchodzą mnie żadne obietnice, bo nawet i je łamiesz. Nie otrzymasz już praw do żadnego ze szczeniąt i nie ręczę za odebranie tobie rodzonego potomstwa - Warknęła ostrzegawczo.
- Jeżeli złamię obietnicę, masz prawo wykonać na mnie wyrok śmierci. – Zastanawiałam się, dlaczego tak mocno walczyłam o te prawa… Prawie zaczęła się śmiać, ale w taki sposób, jaki zdecydowanie przyjazny nie jest.
- Czyli masz zamiar adoptować szczeniaka, a później w razie czego uświadomić je, że może i nawet ciebie stracić przez jakiś twój głupi wybryk? – Irytowała mnie.
- A co jeżeli powiem, że tak? – Przerwałam. – To jak? - Tym razem faktycznie zaczęła się śmiać.
- Nie ma mowy. – Zawróciła i zaczęła odchodzić. Po dłuższym namyśle powiedziałam tak by mogła mnie usłyszeć:
- Ponieważ? – Chciałam wiedzieć, dlaczego ta zarozumiała s*ka nie da mi tych zasranych praw.
- Przed chwilą podałam wszystkie przyczyny. Nie mam żadnego powodu, by ci ufać. Rozumiesz? Żadnego. – Nie dawałam za wygraną.
- Boisz się, że coś zrobię szczeniakowi, czy bardziej nie, bo nie? – Ledwo, co powstrzymywałam się od krzyku.
- Boję się, że znowu coś głupiego strzeli ci do głowy i nie tylko zrobisz krzywdę szczeniakowi, ale i innym. Prawdę mówiąc nie wiem, dlaczego wciąż tu jesteś. Wiedz, że w dziejach watahy tylko ty zostałaś wysłana na wygnanie. To nie jest żadne godne wyróżnienie. – Odeszła. Wbiłam pazury w ziemię i zacisnęłam szczękę. Odwróciłam się w tył nagłym ruchem, wydając z siebie gardłowy ryk. Byłam zdenerwowana. Już wolałabym wszechmogącego Shiryu na przywódcę, niż ją. Poirytowana zaczęłam wracać do jaskini.
W połowie drogi poczułam głód. Przeraźliwy głód. Skrzywiłam się. Byłam blisko Gór, więc nie zaszkodziłoby coś na szybko upolować. Wiem, przed paroma chwilami niosłam jedzenie, lecz to było dla watahy. Skierowałam się w stronę szczytów. Mijały długie minuty, a ja nadal nie miałam tropu. Miałam już dość tego dnia. Oraz świata. Rozmyślając wyczułam trop. Trop kozicy górskiej. Zaczęłam iść za wonią. Zapach zaprowadził mnie na stromą półkę skalną. Był tam dosyć młody osobnik. Nie chciałam się z nim bawić w czajenie i gonienie. Zmaterializowałam się nad jego głową. Grawitacja pociągnęła mnie na dół, tym samym spadając na ofiarę. Wgryzłam się w kark, a zwierzę straciło równowagę, spadając z półki skalnej. Jako że była stroma, osobnik wraz ze mną spadł w dół zbocza.
Wylądowałam wraz z truchłem na drzewie. Uderzyłam o pień tyłem głowy. Jęknęłam. Ból był straszny. Podnosząc się z ziemi poczułam pod sobą coś twardego. Gdy stałam już na nogach spojrzałam, co takiego leżało pode mną. Był to jakiś medalion. Darmowa biżuteria. Przynajmniej coś dobrego w tym dniu mnie spotkało. Chwyciłam naszyjnik w pysk, po czym uniosłam łeb do góry, zarzucając łańcuszkiem. Byłam już doświadczona w zakładaniu tego typu biżuterii. Spojrzałam za ofiarą. Leżała ona niezgrabnie obok drzewa. Cała posiniaczona i pokrwawiona. Zabrałam zwierzę na grzbiet i zaczęłam iść stępem w stronę swojej jaskini. Biodra bolały mnie gdy robiłam krok.
Weszłam do środka swojej groty. Rzuciłam zdobycz na ziemię. Zaczęłam jeść niepohamowanie mięso. Kiedy byłam już najedzona, zorientowałam się dopiero, że z ofiary zostały same kości. Z małej pseudo półki zabrałam książkę, którą aktualnie czytałam. „Ludzkie życie” było dobrą lekturą, gdyż mogłam poznać słabości moich wrogów. Położyłam się w łożu i zaczęłam czytać.
Widząc że już się ściemnia, przerwałam czytanie. Odłożyłam księgę na swoje miejsce, a sama poszłam do Wodospadu. Napiłam się wody, oraz zmyłam zaschniętą krew z futra. Będąc czystą pobiegłam w stronę dzisiejszej zbiórki. Na miejscu była już, oczywiście, Suzanna. Oprócz niej był Kai, Zirael oraz Sierra. Dosłownie chwilę po mnie przyszła ta nowa. Leah.
- W szeregu zbiórka! – Krzyknęła Alfa. Ustawiliśmy się w nie równym rzędzie.
- Wyrównać. – Wykonaliśmy rozkaz.
- Dziś będzie trening wytrzymałościowy oraz szybkościowy. – Powiedziała. – Będziecie biegać wokół Zielonego Lasu, aż się nie zmęczycie. – Czy mi się zdawało czy się z tego cieszyła? – No dalej, biegnijcie. – Ruszyliśmy truchtem. Nie minęło zbyt wiele czasu, a Kai wyszedł na prowadzenie. Wolałam się utrzymać z tyłu by nie tracić niepotrzebnie energii. Gdy byłam już na obrzeżach lasu, przyśpieszyłam. Coraz bardziej się ściemniało. Po chwili panował już półmrok. Leah dyszała jakby przebiegła maraton. Wyrównałam się do jej poziomu.
- Jeżeli jesteś zmęczona, możesz przestać i pomaszerować do Alfy. – Powiedziałam jej. Spojrzała się na mnie jakbym była jakimś wybawicielem. Jednak, wystawiony na bok jęzor powodował że wyglądała głupio.
- Wytrwam – ledwo co wydyszała.
- Jak chcesz, tylko mówiłam. – Biegłam dalej. Po paru minutach Leah zaczęła się wracać. Nie chcę opisywać wszystkiego co napotkałam podczas biegu, bo szczerze był nudny i monotonny. Powiem tylko, że po drugim okrążeniu zostałam tylko ja i Kai. Zmęczona byłam po ośmiu rundkach. Postanowiłam, że przerwę tą katorgę. Szczerzę, byłam zaskoczona tym, że tak dużo przebiegłam. Zmaterializowałam się w miejscu gdzie była Suzanna. Obok niej stały wadery które wcześniej odpadły. Odeszłam na bok i położyłam się obok dużego dębu. Opuszki łap bolały mnie od tak długiej przebieżki. Któraś z wojowniczek podeszła do mnie i zapytała.
- Gdzie znalazłaś Medalion Dalekiej Podróży? – Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem.
- O czym ty mówisz? – Wskazała pyskiem na medalion, który znalazłam dziś po południu.
- Powoduje on że wilk jest wytrzymalszy. – Wyjaśniła.
- Nie twój interes. – Warknęłam. Odeszła speszona. No cóż. Następny rzadki przedmiot.
Kai w końcu się zmęczył.
- W szeregu zbiórka! – Okrzyknęła Suzanna. Wykonaliśmy rozkaz. – Koniec zbiórki, rozejść się. – Prawie wszyscy odeszli, ale ja poszłam za Suzą.
- Alfo – Zawołam ją.
- Czego znowu? – Nie ochłonęła jeszcze po dzisiejszej, że tak to ujmę, kłótni.
- Jestem jeszcze raz w sprawię adopcji szczeniaka. – Wytłumaczyłam.
- Zamierzasz się uczepić jak rzep ogona? – Jestem pewna, że ją to irytowało.
- Tak, a nawet i bardziej – rzekłam. Prychnęła.
- Zachowanie godne dorosłej wadery. – Mruknęła.
- Jak mam waszej godności udowodnić że dam odpowiednią opiekę szczeniakowi? – Zapytałam.
- Wykazując się rozwagą i odpowiedzialnością.
- W jaki sposób? – To co przed chwilą powiedziała, według mnie, było bez sensu. – Dasz mi pod opiekę jelonka czy zorganizujesz jakieś przedsięwzięcie? – O mało się nie zaśmiałam.
- Mam ważniejsze rzeczy na głowie niż szukanie ci jeleni - prychnęła i mnie wyminęła.
- Ktoś tu nie zrozumiał żartu. – Uśmiechnęłam się. – To co mam zrobić byś mi „zaufała”? – Wypowiadając ostatnie zdanie nadałam swojemu głosu wysoki ton.
- Coś, cokolwiek – powiedziała.
- Co byś powiedziała na upolowanie takiej ilości jedzenia by osoby głodujące już nie głodowały? – Zaproponowałam.
- Tym się zajmuje grupa od polowań – powiedziała.
- Ale na własną rękę – rzekłam. – Do wieczoru piątku. – Próbowałam ją przekonać.
- Prawdę mówiąc nie wiem, jak to się ima do odpowiedzialności, ale niech ci już będzie. Upolujesz tyle zwierząt, że populacja Zielonego Lasu drastycznie spadnie. – Orzekła.
- A co jeżeli nie będę polować na terenach watahy? – Zaproponowałam. – Wokół naszej watahy jest wiele bezpańskich terenów i wątpię by ktoś tam chodził polować.
- Nie są bezimienne - Warknęła - Nie są nasze, więc nie powinniśmy tam przychodzić. – Wytłumaczyła.
- Czyli mam upolować te paręnaście sztuk by nie chodzili głodni? – Zapytałam. – Z naszych terenów? – Po chwili dodałam.
- Tak. Nawet nie waż się wychodzić poza nasze terytoria. – Powiedziała.
- Dziękuję i życzę miłego wieczoru. – Rzekłam. Zaczęłam się wracać. – Rzygam polowaniem… - Wymruczałam do siebie. Wróciłam do swojej jaskini. Do późnego wieczora czytałam książkę, aż niespodziewanie zasnęłam.

Obudziłam się. Łapy nadal mnie bolały po wczorajszym maratonie. Czułam zakwasy. Zaczynały się robić. Z promieni słonecznych dostających się do jaskini wywnioskowałam, że był bardzo wczesny ranek. Mam czas do południa na polowanie. Wyszłam z jaskini kierując się do Wodopoju. Napiłam się i poszłam nad Jezioro. Zamierzałam ułowić chmarę ryb. Tereny watahy były prawie puste. Gdy dotarłam do miejsca, ustawiłam się na brzegu i zaczęłam wypatrywać ofiar. Pierwsza zdobycz wylądowała na powierzchni wcześniej niż się spodziewałam.

Słońce było już na jednej trzeciej przebytej drogi. Obok mnie piętrzyła się wielka piramida ofiar. Wystarczyłaby na tydzień w miarę dużej wilczej rodziny. Skończyłam. Byłam zmęczona tym całym łowieniem. Zabrałam się za liczenie sztuk. Co pięć ryb, rysowałam na ziemi kreskę pazurem. Minął długi czas zanim dokopałam się do końca. Zaczęłam liczyć kreski. Raz, dwa, trzy, cztery… Doliczyłam się dziewięciu kresek, plus dodatkowych trzech ryb. To razem… Czterdzieści osiem ryb. Jak ja to teraz zaniosę? Chwyciłam jedną trzecią w pysk za ogony i zmaterializowałam się we własnej jaskini. Przeteleportowałam się z powrotem do Jeziora. I tak ciągle…

- No już, możecie iść. – Wygnałam szczeniaki. Lekcja minęła. Na szczęście. Rozejrzałam się po odchodzących szczeniakach. Zauważyłam Torance. Coś mi się przez całą lekcję zdawało, że mnie unikała.
- Torance! – Zawołałam ją. Waderka się przestraszyła. Podeszłam do niej, a ona się niechętnie odwróciła. W jej oczach widniał strach. – Zastanowiłaś się? – Zapytałam.

< Torance? Co powiesz? ;-; > 

Uwagi: Ile razy mam powtarzać, że nazwy geograficzne zapisujemy wielką literą? "Nauczyciel" to żaden tytuł, a zwrot grzecznościowy w postaci Pan, Pani czy Państwo, zapisując wielką literą, używamy tylko w listach! Przecinkiii...

środa, 12 kwietnia 2017

Od Yuki "Nie tak bardzo pozbawione sensu" cz. 1

Lipiec 2019 r.
Ciemno. Zimno. Mrok. Szelest. Cisza. Idę. Znów. Odwracam się. Strach. Adrenalina. Postać. Zagrożenie. Ból. Bezgłos. Spokój. Nicość.
****
Spojrzałam na niego gniewnie. Warknęłam i odepchnęłam go od siebie. Przeleciał przez połowę Areny i spadł na ostry kamień, który przebił mu kręgosłup. Wydał z siebie krzyk, a z grzbietu zaczęła lecieć mu krew. Spadł z głazu odsłaniając dużą ranę, która jakby nigdy nic goiła się. Zaczęłam iść w jego stronę. Gdy byłam już blisko niego usłyszałam jego zachrypły głos.
- Litości...
- Żartujesz! - Zaśmiałam się.
- Nie udzieliłaś pomocy potrzebującym - powiedział zwykłym głosem co mnie zdziwiło - TRZEBA CIĘ UKARAĆ! - Krzyknął. Jego grzbiet zagoił się całkowicie. Skoczył na mnie, tym samym mnie przewracając. Zamachnął się łapą i przejechał mi po pysku. Centymetr wyżej i po wzroku. Pisnęłam i przewróciłam go na bok. Teraz to ja byłam u góry. W szale drapałam go po klatce piersiowej, jednak on nie dał za wygraną. Przeturlał się i znów zaczął atakować.
****
Spojrzałam na niego. Jego biała sierść emitowała światłem. Nie czułam się przy nim bezpiecznie.
- A po co mam wybierać?! - Warknęłam.
- Musisz - rzekł stanowczo.
- Nie mam zamiaru.
- Zginiesz.
- I co z tego? Już raz zginęłam.
- Teraz na wieki.
- Bo uwierzę - prychnęłam - Jestem Nieśmiertelna
- Pozornie - na jego pysku zagościł szyderczy uśmieszek. - Więc jakim cudem partner Kiiyuko, Rafael zginął, chociaż był nieśmiertelny?
****
Nie chciałam tam iść. Przeczuwałam złe wydarzenia. Obejrzałam się. Tak. Już wiem co zrobię.
****
Obnażyłam kły i zaczęłam warczeć. On się tylko uśmiechnął. Nienawidziłam jego złotych oczu. Chciałam go ich pozbawić. Wydrapać, wygryźć, wydłubać, wyrzuć i zgnieść. Jak najohydniejszego pająka.
- Więc, chcesz rozstrzygnąć to bitwą?
- Chcę - zaczęłam - cię - zrobiłam pauzę - ZABIĆ! - Krzyknęłam po czym rzuciłam się na niego, jednak coś mnie odrzuciło.
- Głupiaś - zaśmiał się - Mnie się nie da zabić.
- Powiadasz?
- Tak powiadam
- Przypomnij sobie co mi dzień temu mówiłeś - uśmiechnęłam się szyderczo, a on tylko prychnął.
- Nie bądź taka pewna siebie, Nero cię zabije w osiemdziesiąt sekund.
- Chcę to zobaczyć
- Obawiam się że to będzie niemożliwe - z groty wyszedł brązowo-kremowo-szaro-biało-czarny basior - pierwszy mój ruch to będzie wydrapanie ci oczu.
- Dziękuje za wiadomość, teraz wiem jak się przygotować
****
I przyszedł ten czas. Czas Bitwy. Nie mogłam się poddać. Nie mogłam tego zepsuć. Spojrzałam w tafle wody. Nie wyglądałam zbyt dobrze. Nie karmili mnie dobrze. Zbyt mało jadłam. Jak mam walczyć z silnym basiorem, którego pewnie brali przez te dni na ostre treningi, dawali mu dużo jedzenia, jak na dzień dostawałam jednego chudego, małego królika?
****
Nie pozwolę. Nie dam się. Muszę się przeciwstawić. Ale... Nie mogę. Jestem zbyt słaba. Nie poradzę sobie. Nie umiem. Jestem beznadziejna. 
 
<C.D.N>

Uwagi: Akapity i wypowiedzi to też zdania, więc należy je również kończyć kropką!

piątek, 4 listopada 2016

Od Yuki "Wygnanie" cz. 4

Luty 2018 r.
 - W dziczy musisz polować, by mieć co jeść - zaczęłam - W dziczy ludzie cię nie będą karmić. Nie śpisz w ciepłym budynku...
- Mieszkaniu - poprawił mnie
- Nie śpisz w ciepłym mieszkaniu - przewróciłam oczyma - Musisz odnaleźć sobie norę lub jaskinię, co nie jest łatwe. Musisz unikać myśliwych i ich psów.
- A co robią myśliwi wilkom? - zapytał
- Zabijają wilki, by mieć nasze futra, mordują, biorą w niewolę - powiedziałam. Spojrzał z przerażeniem.
- A jak wyglądają?
- To są ludzie ze strzelbami
- Ludzie?!
- Tak, ci sami co karmią was, ten sam gatunek - odpowiedziałam - My, wilki, żyjemy w watahach. Są wrogie i przyjazne watahy, zależy jak alfy będą do siebie nastawione.
- A ty należysz do watahy? - zapytał
- Tak, ale jestem na wyroku - powiedziałam
- Wyroku?
- Alfa watahy kara wyrokiem za złe czyny - rzekłam
- Co zrobiłaś? - był bardzo ciekawy...
- Pobiłam innego wilka- powiedziałam - Ale mniejsza z tym... By wataha mogła sprawnie funkcjonować każdy wilk ma swoje stanowisko
- A co ze szczeniakami? - to zaczęło mnie już irytować...
- One uczą się w szkołach - powiedziałam - I gdybym mogła prosić, nie przerywaj mi co chwile...
- Dobra - powiedział
- Wię...
- A mógłbym się zapytać, jakie ty masz stanowisko? - zapytał
- JESTEM MORDERCĄ!!! - krzyknęłam do niego. Ludzie spojrzeli się na mnie. Podkulił ogon i zniżył łeb.
- Nie krzycz... - powiedział niemal szeptem - Jestem po prostu ciekawy, jak jest żyć w dziczy...
- A chcesz się przekonać? - zapytałam- Może uciekniemy?
- Uciec od właścicieli? - zobaczyłam strach w jego oczach - Ale co z ludźmi ze schroniska? Co z myśliwymi?!
- Przecież jestem magicznym wilkiem - uśmiechnęłam się diabolicznie.
- Dobra... Ale jutro... - powiedział niechętnie.
- Nie chcę cię zmuszać - odrzekłam - To twój wybór, ale patrząc na to inaczej, to taka okazja może się nie powtórzyć - rzekłam - i zawsze z dziczy możesz wrócić do swoich właścicieli...

Nazajutrz ludzie wypuścili nas z budynku, a sami pojechali tą skrzynką z metalu hen, hen daleko.
- To się zdecydowałeś? - zapytałam psiura
- Tak, idę z tobą - odpowiedział.
- Zanim pójdziemy, zdejmij mi to diabelstwo z szyi - odchyliłam znacząco głowę
- Spróbuję...- chwycił w pysk pasek i zaczął ciągnąć. Po chwili usłyszeliśmy kliknięcie i poczułam, że nie mam już nic na szyi.
- Dzięki - powiedziałam - Zdjąć ci? - zaproponowałam
- Nie, dopiero w dziczy - odmówił
- Jak chcesz... - podeszliśmy do furtki - Potrafiłbyś to przeskoczyć?
- To jest przecież niemożliwe! - krzyknął
- Gadasz... - powiedziałam - skakałam na wyższe wysokości - powiedziałam - ale nie będę demonstrować... - dotknęłam psa i przeteleportowałam się za płot. Przez chwile zszokowany nie wiedział, co się stało.
- Co. To. BYŁO?! - przeraził się
- Teleportacja - odpowiedziałam spokojnie i zaczęłam iść jakąś drogą wytoczoną kamieniem. Po chwili otrząsł się z szoku i podążył za mną.
- Wiesz w ogóle gdzie mamy iść? - zapytał - To miasto jest wielkie!
- Patrz, słońce rankiem wschodzi, więc tam jest wschód - pokazałam miejsce w którym słońce się wyłaniało - naprzeciw niego jest zachód - pokazałam pyskiem odwrotny kierunek - jeżeli idziesz drogą, a zachód jest po twojej lewej stronie, a wschód po prawej to znaczy, że idziesz na północ - wyjaśniłam - a jej przeciwieństwem jest południe
- Ale to i tak nie zmienia faktu, że nie odnajdziesz swojej watahy...
- A właśnie, że zmienia - mówiłam - mieszkałam za północno-zachodnią granicą terenów WMW, więc jesteśmy gdzieś na zachodzie. Żeby powrócić do watahy musimy iść mniej więcej na północny wschód...
- Ale to przecież środek miasta!!! - krzyknął - Są tam hycle, a jeżeli nie będziesz miała obroży złapią cię!!!
- W każdym razie mam teleportację...

C.D.N

Uwagi: Przecinki. Błędy z poprzednich op. Droga raczej nie może być "wytoczona kamieniem"... Staraj się rozwijać skróty. Kierunki geograficzne nie muszą być zapisywane z wielkiej litery.

czwartek, 3 listopada 2016

Od Yuki "Wygnanie" cz. 3

Luty 2018 r.
Ta skrzynka, w której siedziałam zatrzymała się. Ludzie siedzący przede mną wysiedli. Dziewczynka wysiadła, ciągnąc tym samym mnie za szyję. Niech tylko mnie spuszczą z tego sznura, a pognam do lasu. Zobaczyłam kawałek ziemi ogrodzony jakimś płotem. Na środku terenu był budynek. Furtka została otworzona, ludzie weszli. Poszłam niechętnie za nimi. Zwiesiłam głowę. Szłam tak, gdy nagle poczułam, że ludzie nie idą. Popatrzałam bez zainteresowania do tyłu. Człowiek podszedł do mnie i kucnął. Nie była to tamta przeklęta dziewczynka, tylko jakiś facet. Przypiął mi coś do obroży i odczepił sznurek. Poczułam, że jestem wolna. Rozciągnęłam się i zaczęłam oglądać teren w kłusie. Gdy tak szłam, nagle poczułam inną woń. Był to pies. Brakowało jeszcze kundla... Usłyszałam ludzki głos. Powtarzał to samo słowo. Katy? Czy jakoś tak. Zignorowałam to i dalej obchodziłam teren. Nagle usłyszałam ludzki głos z tyłu mnie. Odwróciłam łeb. Człowiek patrzał na mnie i dawał gest bym do niego przyszła. Może małe psoty? Zobaczymy jacy są zwinni... Ruszyłam wolnym biegiem wokół niego. Co chwilę przyśpieszałam. Patrzał na mnie zaniepokojony. Uśmiechnęłam się diabolicznie. Gdy byłam wystarczająco rozpędzona skoczyłam na niego, tym samym go przewracając. Przerażony krzyknął. Podkurczył nogi i zasłonił swoją twarz. Pokazałam mu kły w uśmiechu godnym demona i "zeszłam" z niego. Nie chcę go zabić. Przecież zabawek się ot tak nie psuje. Zobaczyłam, że ludzie z jego stada patrzeli na mnie zdziwieni. Ciekawa jestem jak dużo widzieli. Poczułam uderzenie w łeb i pociągnięcie za obrożę. Zawarczałam na niego. Przecież to była zabawa... Pociągnął mnie aż do wrót budynku. Weszłam niechętnie do środka. Poczułam nagłe ciepło. Usłyszałam szczekanie. Rozejrzałam się. Zobaczyłam psiura biegnącego w moją stronę. Merdał ogonem. Zatrzymał się obok mnie i zaczął wąchać.
- A może najpierw tak byś się przywitał?- zapytałam wkurzona.
- To ty mówisz?! - zdziwił się kundel
- Tak, jak reszta wilków- zamurowało go
- Jesteś wilkiem?
- Magicznym - odrzekłam
- Pokaż mi jeden czar - zaczął błagać.
- Nie- odmówiłam
- Dlaczego? - zasmucił się
- Bo nie chcę, by ludzie to widzieli - zaczął błagać. Był tak irytujący jak Nirvaren...
- No proszę - mój gniew sięgał zenitu... Walnęłam go w policzek łapą, tak że miał na pysku zadrapanie. Zapiszczał.
- Nie, koniec i kropka - podkulił ogon i położył uszy wzdłuż ciała
- Dlaczego mnie zbiłaś? - powiedział cicho
- To cię bolało? - zaśmiałam się - W dziczy nie przetrwałbyś tygodnia!
- A jak jest w dziczy? - zapytał

C.D.N

Uwagi: "Bezinteresownie" nie znaczy tego, co "bez zainteresowania"! Mnóstwo powtórzeń. Nadal wypowiedzi. Nie możesz w końcu łaskawie zapytać o co chodzi, albo sama to zaobserwować? Przed "że" stawiamy przecinek. Kończ akapity kropką.

środa, 2 listopada 2016

Od Yuki 'Wygnanie" cz. 2

Po chwili usłyszałam dziwne odgłosy i zobaczyłam, że coś miga na czerwono-niebiesko. Zabije tego człowieka za to, że zawołał swoje stado... Zobaczyłam innego osobnika tego przeklętego gatunku ubranego w niebieskie ubranie. Zaczął rozmawiać z tym debilem... Po chwili poczułam, że ktoś mnie podnosi. Zawarczałam. Nie chcę, by mi pomagali, tymi swoimi amatorskimi technikami. Jednak mnie podniósł. Zobaczyłam jego okropną mordę... Położył mnie na jakiejś szmacie. Po ich gatunku myślałam, że mogą podnieść więcej... A nawet nie mogą podnieść czterdziestokilogramowej wadery. Zostałam zawieziona do ich terenu.
Położyli mnie na jakimś stole i wstrzyknęli jakąś miksturę. Położyli mi na twarzy jakąś szmatę i zawiązali łapy. Po chwili poczułam, że się rozluźniam. Poczułam, że ucinają mi sierść. Jak ja będę wyglądać?! Zaczęłam się szarpać. Nagle poczułam, że trzymają mnie, bym się nie wierciła. Zabije ich, jak mnie całą zgolą... Poczułam jak wyjmują mi szkło z ciała. Musieli golić moją cenną sierść?! Jest zima, nie przeżyje z gołym plackiem... A raczej będzie mi zimno... Nagle mnie puścili i zdjęli szmatę z głowy. Jakaś baba założyła mi coś na pysk. Próbowałam go otworzyć, na marne... Podnieśli mnie i zaczęli... Myć. Użyli jeszcze czegoś co śmierdziało chemią. Po chwili włożyli mnie do jakiejś klatki. Nalali do miski wody i wrzucili kawał mięsa. Myślą, że się najem takim czymś? Poszłam w jak najciemniejszy kąt i położyłam się spać.
Usłyszałam otwieranie klatki. Otworzyłam ślepia. Człowiek do mnie podszedł i kucnął. Dopiero teraz zorientowałam się, że mam coś na szyi. Więc teraz będę waszym kundlem? W snach. Odwróciłam się, ale i tak poczułam, że ciągnie mnie za szyję. Poczułam nagłe szarpnięcie. Bez zainteresowania spojrzałam na człowieka. Że niby mam z nim iść? Pociągnął jeszcze raz, drugi, trzeci i czwarty. Wnerwiona tym w końcu wstałam. Ruszyłam wolnym krokiem za człowiekiem. Poprowadził mnie wzdłuż korytarza. Patrzałam na te wszystkie kundle z pogardą. Są tak słabe, że potrzebują pomocy ludzi. Gdy wychodziliśmy z korytarza, zobaczyłam grupkę ludzi patrzącą się na mnie. Człowiek podał małemu człowiekowi sznurek, który był podczepiony do obroży. Podbiegł do mnie i zaczął głaskać po głowie. Zawarczałam, ale ona to zignorowała. Zaraz jej ugryzę tą zniekształconą łapę. Podeszła bliżej i... Przytuliła mnie. Za dużo sobie pozwala ta baba. Spróbowałam ją ugryźć, ale jedyne co zrobiłam, to chwyciłam lekko jej ubranie. Zaśmiała się i chwyciła mój pysk. Zdziwiło mnie to. Otworzyłam pysk, by dać jej znak, by puściła. Bluzka się odczepiła od kła, a ona puściła mój pysk. Wstała i poszła z innymi ludźmi, tym samym ciągnąc mnie. Czy na serio myślą, że ja będę ich kundlem?! Wsadzili mnie do skrzynki i odjechali. Ta sama baba ciągle mnie tuliła i głaskała. Zaraz nerwicy przez nią dostanę...

C.D.N

Uwagi: "Czterdziestokilogramowej" - wagi tego rodzaju zapisujemy razem. Podkreśla je na czerwono dlatego, że przecież żaden słownik nie ma wgranej nieskończonej ilości liczb we wszystkich możliwych odmianach. "Kont" (konto), a "kąt" (kąty) to dwa różne słowa. "Bezinteresownie" nie znaczy tego samego, co "bez zainteresowania"!

Od Yuki "Wygnanie" cz. 1

Następny dzień w tym zadupiu... Nie mogę po prostu zapaść w śpiączkę? Najlepiej taką cztero i pół miesięczną. Ciekawe, co Nirvaren teraz porabia... Może ma teraz nowego opiekuna? Na przykład tą Miniru... A może czeka na nowego opiekuna... A co jeśli coś mu się stało? Po co się zamartwiasz? Przecież i tak wiesz, że wataha jest o wiele szczęśliwsza bez takiej psycholki, jak ty... Nie ma się co użalać... Wstałam i się otrzepałam. W brzuchu zaburczało mi. Nie jadłam od około paru dni... Dziś muszę coś upolować, a raczej odnaleźć jakieś resztki... Tu jest chyba teren tych stworów... Może powinnam raz się zbuntować? Ale potrzebuję siły... A aby mieć siłę potrzeba dobrego jedzenia. Muszę coś upolować, tak by oni mi tego nie ukradli.
Wyszłam z jaskini i zaczęłam poszukiwać zdobycz. Po chwili wyczułam królika. Spał pod pierzynką z liści przykrytą śniegiem. Zauważyłam lekki pagórek. Obejrzałam się. Wokół mnie nie było nikogo. Widziałam jak lisy polują. Wykorzystałam ich strategię. Odbiłam się od ziemi i wylądowałam pyskiem w śniegu. Ku mojemu zdziwieniu poczułam puchate zwierzę. Chwyciłam je i obejrzałam się. Nagle zobaczyłam, że parę metrów ode mnie stoi grupka tych przeklętych stworzeń. A sami polować nie umieją... Popatrzałam na nie groźnie i zaczęłam biec do swojej kryjówki. Usłyszałam, że za mną biegną. Odwróciłam głowę i to co zobaczyłam było straszne, jak dla mnie. Były parę metrów ode mnie. Zobaczyłam wejście do mojej nory. Gdy już wskakiwałam do kryjówki, poczułam lekkie uszczypnięcie w ogon. Spadłam na skały. Popatrzałam do góry. Stworzenia próbowały się tutaj dostać, ale były za duże.
- UPOLUJCIE SOBIE COŚ SAMI!!! - krzyknęłam na nich. Zasyczały. Zaczęłam jeść królika. W końcu normalne mięso... Delektowałam się mięsem i nawet się nie zorientowałam, kiedy stworzenia odeszły. Zjadłam połowę królika. Resztę zachowałam na później. Od czasu wygnania zjadłam coś porządnego...
Może jakiś mały trening? W sumie nie chcę powrócić do watahy jako słabsza... Mam energię by upolować coś. Chcę mieć zapas, by później nie polować. Wyszłam z nory. Obejrzałam się. Nagle zobaczyłam ich się czających. Czemu na mnie się uwzięły? Zaczęły biec w moją stronę. A będę rebeliantką. A co mi tam. I tak mnie nie zabiją. Uśmiechnęłam się i nastawiłam do uniku. Pierwszy osobnik skoczył na mnie. Siła uderzenia poturlała nas. Próbował mnie ugryźć. Kopnęłam go tylnymi nogami w brzuch. Poleciał na pobliskie drzewo. Poczułam wbijające się kły w moją skórę. Odwróciłam głowę i zobaczyłam innego osobnika gryzącego mnie w słabiznę lewej nogi. Przez ból noga odmówiła posłuszeństwa i spadłam. Istota zaczęła wgryzać się coraz głębiej. Zaczęłam drapać to coś, by przestało. Wygięłam się, tak że zdołałam ugryźć jego ucho i mocno szarpnąć. Zwierze ryknęło i puściło moją nogę. Zaczęła się regenerować. Puściłam ucho.
Przeteleportowałam się, tak że byłam nad stworzeniem. Spadłam na jego grzbiet i wgryzłam się w jego kark. Istota stanęła dęba i przewróciła się na grzbiet. Czując ogromny ciężar puściłam jego kark. Zmaterializowałam się nad nim i zaczęłam gryźć jego krtań. Poczułam metaliczny smak krwi. Istota zaczęła kopać mnie w klatkę piersiową. Po chwili przestała. Reszta popatrzała na nią ze strachem. Puściłam martwe stworzenie. Gdy popatrzałam na resztę, nie widziałam w ich oczach chęci zemsty. Widziałam strach. Zawarczałam, tym samym pokazując okrwawione kły. Stały jak słupy soli. Zaczęłam biec w ich stronę, a one uciekły. Zatrzymałam się i wróciłam do martwego zwierzęcia. Ciekawe jak smakuje. Chwyciłam jego kopyto w pysk i przeteleportowałam się do jaskini. Tam gdzie leżała połowa królika, pozostawiłam to ciało.
Wyszłam z nory i skierowałam się do strumyku, którego niedawno odkryłam. Woda w nim jest stale pod wysokim ciśnieniem, więc nie ma szans by zamarzła. Po paru minutowej wędrówce w mrozie doszłam do celu. Znad wody unosiła się para. Ta woda jako jedyna była ciepła, co można było wytłumaczyć tym że wydobywała się z gorącego źródła. Zaczęłam pić ciepłą ciecz. Prawię sobie poparzyłam język. Wróciłam do jaskini. Poza terenami watahy nie ma żadnej biblioteki. Zanudzę się na śmierć. Może pójdę na spacer? Albo zaznaczę że to jest moja jaskinia? Chociaż... Lepiej pójść na spacer. Wyszłam z jaskini i poszłam na wschód. Ale na serio, to nie wiem gdzie poszłam. Słońce świeciło nade mną, więc nie miałam jak określić kierunków.
Idąc tak dłuższy czas natrafiłam na coś zrobionego z kamienia. Kamień, z którego było to coś zrobione był czarny. Przecinała las i na swoim środku miała białe przerywane pasy. Powąchałam to diabelstwo. Śmierdziało czymś okropnym. Usłyszałam dziwny szałas. Rozejrzałam się. Ku mnie jechała jakaś skrzynka. Świeciła swoimi, tak myślę, ślepiami i przemieszczała się bardzo szybko. Tak mi się zdaje, że to coś na mnie warczało. Odpowiedziałam mu tym samym. Ruszyłam wolnym krokiem ku temu czemuś. Nastroszyłam sierść na grzbiecie, by zdawać się większa. Nie zatrzymywało się. Gdy było około dziesięć metrów przede mną, zrozumiałam że się nie zatrzyma. Skoczyłam, lecz w locie poczułam, że w coś uderzam. Usłyszałam pisk i poczułam, że się "odbijam". Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam rozbite szkło i zatrzymane to diabelstwo. Zauważyłam człowieka wychodzącego z tego czegoś i podbiegającego do mnie. Zawarczałam, gdy próbował mnie dotknąć. Poczułam, że rany zaczynają się regenerować. Spróbowałam wstać. Przez ten wypadek straciłam dużo siły. Człowiek wyjął jakąś kartę, która zaświeciła własnym światłem. Klikał jakieś numerki i po chwili rozmawiał z tą kartą. W moim ciele utknęło parę odłamków szkła. Nie mogę się regenerować, jak mam coś w ciele. Nie chcę, by wołał tu swoje stado. Ludzie są okropni. Jeszcze pomyślą że mam śmiertelne obrażenia...

C.D.N

Uwagi: Poćwicz nad robieniem akapitów, aby tekst nie był taką zbitą masą. To odpycha czytelnika. Cały czas wypowiedzi są źle zapisywane... Poza tym: przecinki. Może poczytaj nieco o zasadach stawiania ich, co? Momentami coś złego dzieje się z szykiem zdań, przez co powstaje "efekt Yody". Dogłębnej analizy op. dokonałam na Skype.

niedziela, 30 października 2016

Od Yuki "Jak najdalej stąd" cz.10 (c.d Alexander)

- Wyganiam cię z Watahy magicznych wilków na cztery i pół miesiąca - wyrok nastąpił. Po osądzeniu został odebrany mi Nirvaren, a ja musiałam przenieść się spoza terenów watahy. Jak ten syn kundli nie będzie już pod opieką tej przeklętej watahy, to go zamorduje. Byłam poza terenami watahy. Diabeł wie co mnie tu spotka. Najpierw muszę odnaleźć schronienie. Najlepiej zgromadzić zapas pożywienia na wszelki wypadek. Mam nadzieję, że wilki nie będą do mnie przyłazić... Zaczął padać śnieg. Jeszcze tego brakowało... Chodząc w śniegu sięgającego klatki piersiowej nie trudno o przeziębienie... Jest zima. Ziół brak. Jak będę chora to koniec... Chociaż, medalion by na to nie pozwolił... Ale nie chcę siedzieć prawie pięć miesięcy chora aż po dziurki w nosie... Brakuję mi tego jak przedłużenia wyroku o rok... Postawiłam łapę monotonnie w kroku. Poczułam coś dziwnego... Kruchą powierzchnię. Nawet nie zdążyłam pomyśleć, a spadłam w dół. Spadłam z dwa metry w dół. Uderzyłam w twardą skałę. Za mną usypało się jeszcze trochę śniegu zmieszanego z żwirem. Podniosłam się i rozejrzałam. Byłam w podziemnej jaskini. Może mogłabym tu zamieszkać? Nie czuć tu zapachów innego zwierzęcia. Jest niezamieszkana. Około pięć metrów szerokości i niecałe siedem długości. Było tu całkiem przytulnie. Trzeba pozbyć się tylko śniegu, nie chcę by przez śnieg było tu wilgotno. Po pozbyciu się śniegu, jakimś cudem mi się to udało, poszłam coś upolować. Miałam ochotę na jelenie mięso, ale moje szczęście dało mi sarnę. Przynajmniej coś... Opadłam na przednie łapy. Zaczęłam brodzić w białym śniegu, chociaż było słychać chrupanie. Sarna obejrzała się czujnie, a ja przystanęłam. Machnęła lewym uchem i położyła głowę. Byłam od niej oddalona około dziesięć metrów. Mój gorący oddech zamieniał się w lodowatym powietrzu w parę. Teraz miałam atakować. Wyskoczyłam ze śniegu i zaczęłam biec na sarnę. Przerażona zaczęła wstawać, lecz ja dopadłam jej tylnej nogi. Chrupnięcie. Byłam pewna, że ma złamaną nogę. Puściłam jej staw skokowy, gdy nagle coś walnęło mnie w bok tak, że poturlałam się parę metrów dalej. Było to stado dziwnych stworzeń. Niby podobne do wilków, ale wilkami nie były. Kończyny miały długie jak u sarny. Tułów dwa razy krótszy. Zamiast ogona włosy. Nie miały łap, zamiast tego miały kopyta. Szyja była upierzona, a pysk był dłuższy niż wilczy. Uszy małe puchate jak u lisa. W stadzie było ich około czterech. Widziałam jak zabijają sarnę. Karmią się nią. Podwinęłam ogon i położyłam uszy wzdłuż ciała. Zaczęłam krążyć, patrząc czy coś mi zostawią. Nie miałam siły by zacząć następne polowanie. Byłam straszliwie głodna. Podeszłam krok bliżej. Jeden z nich się odwrócił i syknął. Odskoczyłam, ale nadal okrążałam ich z myślą, że coś mi zostanie. Po chwili ten sam osobnik zaszarżował na mnie, lecz jak odbiegłam od niego o parę metrów, to przestał. Reszta uniosła tylko bezinteresownie łby. Osobnik wrócił i jedli dalej. Po chwili odeszli zostawiając po sobie kości i niesmaczne kąski. Podeszłam i zobaczyłam. Niechętnie zaczęłam jeść to, co jako jedyne było zdatne do przeżucia. Gdy skończyłam, byłam nadal głodna. Wróciłam do jaskini. Zastałam ją z śniegiem w środku. Pozbyłam się go i ułożyłam w jak najsuchszym miejscu. Zwinęłam się w kłębek. Czułam się okropnie. Te drugorzędne kąski nie były dobrym pomysłem. Jeszcze się rozchoruję... Pobyt poza terenami watahy będzie okropny... Po długim czasie zasnęłam w niespokojny sen...

<Alex? Nie mogę wchodzić na tereny watahy, ty musisz coś wymyśleć...>

Uwagi: Mnóstwo błędów technicznych wypomnianych na Skype... Jedyne co tutaj poprawiałam, to przecinki. Aha, i nadal dobija mnie to, że zrobiłaś tu zimę, choć nawet w poprzednim op. Alexa było powiedziane, że drzewa były zielone, a kwiaty kolorowe...

sobota, 29 października 2016

Od Yuki "Jak najdalej stąd" cz. 8 (c.d Alexander)

Po tym jak basior wpadł w przepaść, nie wiedziałam co robić. Przecież nie mogłam ot tak sobie pójść. Gdy Alfa zacznie śledztwo co się stało z Alexem, to na pewno znajdą ślady porwania, a na pewno wyczują że przesiaduję w tej jaskini. Muszę się pozbyć ciała. Zaczęłam schodzić na dół, uważając na każdy swój krok. Gdy w końcu byłam na dnie przepaści, ledwie zdołałam zauważyć czarną sierść basiora. Nie wyglądało na śmierć poprzez obrażenia zewnętrzne. Bardziej na wewnętrzne. Ale coś mi nie pasowało. Jego klatka piersiowa poruszała się. Być może zemdlał. Jeżeli tak, to lepiej odstawić go do szpitala... Ale jakby nie patrzeć może wygadać to co się tu działo... Nie mam alibi by wyjść z tego cało... Może szantaż? Uleczę jego obrażenia wewnętrzne za to, że nic nie wypapla... Chociaż, mój czar regeneracji ostatnio stworzył potwora... Mogłabym kupić Purpure milkwed, ale szkoda Srebrnych Gwiazdek. Kradzież jednej sztuki nie zrobi różnicy. Ale najpierw musiałam to coś zanieść do jaskini. Z obrzydzeniem dotknęłam ciało i przeteleportowałam się do jaskini. Ukryłam je w kącie i zmaterializowałam się w szpitalu by wykraść zioło. Gdy miałam już w pysku sztukę, zauważyłam przestraszoną Astrid patrzącą na puste łoże, na którym leżał Alexander. Już wiedzą... Gdy byłam z powrotem w jaskini zauważyłam, że ciała nie było. Na serio uciekł?! Podbiegłam do miejsca gdzie go zostawiłam. Wyczułam jego zapach i zaczęłam za nim podążać. Trop prowadził do Szpitalu. Jestem martwa. Suza mnie zabije. Zakradłam się jak najciszej do wejścia i zaczęłam nasłuchiwać. Ktoś prowadził monolog.
- Zniknął?! - Powiedział jakiś basior - Ale jak mógł pójść, jak nie zna tutejszych terenów?!
- Nie wiem... - znajomy głos... Astrid - Poszłam na krótki spacer, by rozruszać łapy, a gdy wróciłam go już nie było...
- A sprawdzałaś trop? - powiedział samiec
- Jest tylko na łożu... - odpowiedziała. Więc to musiał być fałszywy trop... Diabeł wie gdzie on teraz jest...
Pobiegłam jak najszybciej do jaskini. Chciałam krzyczeć. Złość brała moje serce. Niektórzy na moim miejscu by się załamali, lecz nie ja... Zabije go, jak się ktoś dowie. Chociaż wiem, że i tak moje szczęście będzie takie, że nawet nie zdołam nic zdziałać, a cała wataha będzie wiedzieć, że go porwałam... Walić życie... Walić świat... Walić wszystko... W jaskini wydałam głośny gardłowy ryk obnażając się w kły. Chciałam ranić, chciałam zabijać... Energia gniewu się we mnie gromadziła. Nagle usłyszałam czyiś oddech. Popatrzałam do tyłu. Zobaczyłam ptaka na drzewie. Uśmiechnęłam się jak opętana. Zaczęłam go gonić, dopóki nie zauważyłam dziwnej sylwetki. Był to wilk. Był to Alex... Sapał. Był zmęczony... Zabiję go, walić konsekwencje...

<Alexander? Jakaś walka? <: >

Uwagi: Op. wygląda mi na pisane na szybko. Sporo literówek, zapomnianych spacji czy przyciśniętego Shifta. Sporo błędów w szyków zdania oraz stylistycznych. Przecinki. Rozwijaj skróty! Cały czas źle zapisujesz dialogi. Powtórzenia! Cały czas powtarzasz te same błędy. "Konsekwencje" piszemy przez "w".

Od Yuki "Idealne zabójstwo" cz. 1

Czemu nowi muszą być tak irytujący? Najgorsza jest paczka dwóch wader i jednego basiora. Uważają się za lepszych od innych... Gdyby to miało jakieś podstawy. Znam imię jednej z nich, jest to Muiri. Przypadkiem podsłuchałam ich rozmowy. Złość zaczyna gotować mnie od środka. Jeżeli jeszcze raz usłyszę jak mnie obgadują, to nie ręczę za siebie. Rozciągnęłam się i wyszłam na nocny spacerek. Nirvaren już spał, więc mogłam trochę "poszaleć". Wyszłam z jaskini i skierowałam się do wodopoju. Gdy mijałam jedną z jaskiń, doszły mnie głośne śmiechy. Przyczaiłam się by wiedzieć o co chodzi. Usłyszałam głosy tej trójki. Zaczęłam wsłuchiwać się w rozmowę.
- Ona i Kai?! - krzyknął miły kobiecy głos - Że niby ze sobą spali?! - słychać było, że lali ze śmiechu
- TAK!!! - krzyknęła inna wadera
- Powtórz jeszcze zbieg wydarzeń, bo nie wierzę - powiedział basior
- Więc, to było tak - byłą tu Muiri... - Podszedł do mnie kompletnie pijany Kai i zaczął do mnie zarywać - tutaj zachichotała - wtedy ona wkroczyła i powiedziała "przepraszam za niego"- znów zaczęli się śmiać. Wiem o kogo chodziło... Ta baba nie zna szczytu... Zabiję ją... JA JĄ ZABIJĘ! Niech tylko wyjdzie z tej jaskini, a ja odgryzę jej ten PUSTY ŁEB!!!
- W ogóle jak ona się zachowuje? - powiedział męski głos - Myśli że jest "najlepsza" i wywyższa się - to wszystko brzmiało jak kłamstwo
- Ona ogólnie jest po***ana - rzekła wadera z miłym głosem - co ona sobie myśli? - W tej chwili nerwy mi puściły i weszłam do ich jaskini. Siedzieli w koło "ogniska" i patrzeli na mnie zdziwieni.
- Och, przepraszam - może uda mi się jakoś ich wnerwić... - Chyba za dużo usłyszałam.
- Naruszasz naszą prywa... - nie chciałam ich słuchać
- A wy naruszacie moją godność - przerwałam im
- Ale to nie jest pretekst by podsłuchiwać nas i wkradać się do mojej jaskini - powiedziała Muiri
- Podsłuchiwanie was? - rzekłam - Phi, Was słychać z kilometra!
- Jeżeli nie wyjdziesz, będę zmuszony użyć siły! - Powstał basior i podszedł do mnie
- Twoje mięśnie są tylko dla ozdoby - rzuciłam obelgą w jego stronę - A twoja męskość to porażka... Jaki basior by siedział z waderami i plotkował razem z nimi? - uśmiechnęłam się chytrze - No cóż... Może jesteś gejem - ostatnie słowo powiedziałam dużo głośniej niż wcześniej
- Przesadziłaś! - krzyknął i zaszarżował na mnie. Gdyby tylko wiedział, że jest takie coś jak "unik", to by pomyślał, że nie będę stała na wprost niego, by była bójka. Wleciał w ścianę i stracił przytomność. Biała wadera podbiegła do niego.
- ZA KOGO TY SIĘ MASZ?! - krzyknęła
- Za siebie - rzekłam spokojnie. Poczułam, że coś we mnie wlatuje. To była Muiri. Zaczęła drapać mnie po brzuchu. Odepchnęłam ją i syknęłam:
- Więc panienka chce się bić? - rzuciłam się na nią. Przygniotłam ją do ziemi i zaczęłam gryźć jej gardło. Nagle poczułam uderzenie w bok. Muiri uderzyła mnie skrzydłem.

C.D.N

Uwagi: Wciąż nieprawidłowo zapisujesz wypowiedzi. Zapominasz o przecinkach i zdarza Ci się je postawić w złym miejscu. Powinnaś stawiać kropki nawet na końcu akapitów, bo to też są zdania!

piątek, 26 sierpnia 2016

Od Yuki "Pora pożegnać wspomnienia" cz.6 (c.d Serill)

- Jesteś ranny - rzekłam - mam nadzieje, że te zadrapania nie były przez Deljię - basior popatrzał na mnie pytająco.
- Przez kogo? - zapytał
- Vendettę Deljie - powiedziałam - przemieniam się w nią w razie niebezpieczeństwa - westchnęłam - chodź, opatrzę ci rany...
Zaprowadziłam go do mojej jaskini, a przy okazji Serill oddał obcemu wilkowi wiadro. W jaskini nie było Nirvarena. Przynajmniej nie będę musiała go wyganiać przy świadkach. Weszliśmy do jaskini.
- Rozgość się, ja przygotuję eliksir - powiedziałam, podchodząc do kubełka z świeżą wodą, którą dziś rano zmieniałam. Zabrałam parę ziół i ubiłam je w drewnianej miseczce. Papkę dodałam do wody i zamieszałam patykiem. Był już stary i powinnam znaleźć nowy, bo zawsze jest ryzyko że może pęknąć i popsuć miksturę. Po chwili wszystko było gotowe. Z skrytki zabrałam lniane bandaże i zamoczyłam je w odwarze.
- Chodź - zawołałam wilka, a gdy już przyszedł zaczęłam opatrywać jego rany.
- Znasz się na ziołolecznictwie? - zapytał
- Nie, to bardziej jest wiedza zgapiona z wilczego szpitala - uśmiechnęłam się - ale znam się na miksturach - naglę się zamyślił
- A ty nie jesteś ranna? - w jego głosie było wyraźnie słychać, że się niepokoi.
- Jak? - zadałam pytanie - Jak rany mi się goją?
- Jesteś nieśmiertelna?
- Yhym - mruknęłam, mając w swoim pysku ostatni bandaż. Gdy skończyłam do jaskini przyszedł Nirvaren.
- Jeste... - szczeniak spojrzał się na Serilla
- To jest Nirvaren - przedstawiłam podopiecznego - Nirvaren, to jest Serill - basior pokiwał w pozdrowieniu do młodego. Jeżeli przyszedł to oznacza, że albo przyszedł na posiłek, albo przyszedł spać. Chociaż to drugie jest mało prawdopodobne ponieważ jest dopiero po południu. Nie mam posiłku dla Nirvarena!
- ZAPOMNIAŁAM! - Krzyknęłam i wybiegłam z jaskini dodając: - Zaopiekuj się młodym, za chwilę przyjdę.
Pobiegłam wprost do lasu. Muszę jak najszybciej coś upolować. Moim oczom ukazało się duże stado saren. Zaczaiłam się w krzakach czekając aż jakiś nierozważny osobnik oddali się od grupy. Po paru minutach stado odeszło, ale została tutaj matka z młodymi. Zaczęłam się zakradać i gdy byłam blisko. Skoczyłam. Młode się przestraszyły i uciekły na pięć metrów. Zaczęły się przyglądać jak ja zabijam ich matkę. Gdy byłam już pewna zgonu. Zaczęłam zaciągać ją do jaskini.

<Serill? Co sie działo podczas jej nieobecności? c:>

Uwagi: Cały czas zapominasz o Spacjach przy wypowiedziach. Kilka razy pominęłaś akapity. Pozjadałaś przecinki.

Od Yuki "Pora pożegnać wspomnienia" cz.4 (c.d Serill)

Było to według mnie trochę dziwne... Może lepiej jest być dla wszystkich miłym?
- Mogę ci pokazać pewne miejsce? - zaproponowałam
- Oczywiście - uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam uśmiech. Poprowadziłam Serill'a na pewien klif z którego najłatwiej się spycha wilki do jeziora. Gdy już byliśmy na miejscu zapytałam:
- Umiesz pływać?
- Tak, a co? - popatrzał na mnie zdziwiony.
- Tak po prostu... - powiedziałam - Patrz! Ryba! - Zawołałam i spojrzałam w dół. Basior natychmiastowo podszedł na skraj klifu, a ja skorzystałam z okazji i zepchnęłam basiora do wody. Zaczęłam się śmiać widząc zdziwienie na jego pysku. Plusk był tak wielki, że zostałam ochlapana od łap do łba. Odeszłam trochę od krawędzi, by mieć większy rozbieg i wskoczyłam. Gdy byłam już pod wodą poczułam pod swoimi łapami dno. Wynurzyłam się. Widząc mokrego Serill'a zachciało mi się śmiać. W sumie ja nie wyglądałam lepiej...
- Naprawdę dzięki... - powiedział basior płynąc do brzegu. No cóż. Przynajmniej umył się. Popłynęłam do brzegu i się otrzepałam.
- Nie mogłam się oprzeć, by cię nie wepchnąć - uśmiechnęłam się
- A więc dlaczego wskoczyłaś?
- Em... poślizgnęłam się - basior lekko się uśmiechnął i spojrzał na mnie domyślając się innego zbiegu zdarzeń - chodźmy gdzieś... chcesz bym pokazała ci inne miejsca?
- Mógłbym, ale pod warunkiem że nie będzie więcej takich niespodzianek - orzekł
- No dobra... - przewróciłam oczami. Nagle usłyszeliśmy dźwięk... trzaskania iskier.
- Co do... - nie skończyłam mówić, a zza krzaków wypędził Kirin Ognisty. Zatrzymał się obok nas i spojrzał ognistym wzrokiem. Dosłownie i w przenośni. Niespodziewanie ryknął, a spod jego kopyt wydostały się dzikie płomienie pędzące w stronę Serill'a. Przestraszona tym, że basior może spłonąć staranowałam go narażając się na tym na poparzenia od ognia. On mógłby spłonąć, a ja najwyżej oparzę się. Nie minęła nawet sekunda, a poczułam okropny ból palenia się. Nagle bolesność zadawana przez ogień złagodziła się pod wpływem przeszywającego bólu. Basior coś krzyczał do mnie, lecz ja go nie słyszałam. Powoli traciłam świadomość. Ostatni obraz jaki ujrzałam przed całkowitym utraceniem świadomości to całkowicie czarny pysk i łapy.

Obudziło mnie dyszenie. Otworzyłam lekko ślepia. To był Serill, który trzymał w pysku wiadro z wodą z jeziora. Miał spaloną gdzieniegdzie sierść, ale też liczne zadrapania. Podszedł do ostatniego płomienia i wylał na niego całą zawartość. Co mogło się stać?! Czemu straciłam przytomność?! Czy basior jest poważnie ranny?! Jak najszybciej wstałam i podbiegłam do wilka.
- Co się stało?! - jego spojrzenie było przepełnione strachem.

<Serill? Podpowiem ci że Yuki zmieniła się w Vendettę Delię :v>

Uwagi: Widzę, że op. pisane na szybko, bo z pośpiechu zdania od małej litery zaczynałaś... Powtórzenia. "Gdzieniegdzie" piszemy razem.

środa, 24 sierpnia 2016

Od Yuki "Pora pożegnać wspomnienia" cz. 2 (c.d Serill)

Patrzałam z wysokiego drzewa jak czarnoszary basior zabija łanie. Nie powiem, ma dobrą taktykę. Szczerze nie podoba mi się takie zabijanie, ale jak kto woli. Ja szczerze wolę by ofiara czuła cierpienie. Wilk zaczął jeść. Był aż tak głodny by jeść w miejscu zdarzenia? Raczej się zaciąga zdobycz do jaskini, ale jak mówiłam "jak kto woli". Położyłam łeb na łapy i westchnęłam.
Po chwili samiec odszedł zostawiając po sobie napoczętą łanię. Skoro zostawił to można skorzystać. Gdy basior odszedł zeskoczyłam z gałęzi i zaczęłam jeść. Po sobie pozostawiłam tylko trochę kości i niesmaczne rzeczy. Może mogłabym z kimś pogadać? Bo w końcu dawno z kimś dorosłym nie rozmawiałam. Poszłam w tą samą stronę co tamten wilk. Mam nadzieje, że mnie jeszcze nie zna.
Zobaczyłam w oddali sylwetkę basiora. Tylko bym nie wypadła jak jakaś bardzo dziewczęca wadera... Podbiegłam do wilka i się przywitałam
- Cześć - już zapomniałam jakie to uczucie mówić przyjaźnie...
- Em... Hej? - powiedział zdziwiony
- Widziałam jak zabijasz łanie - rzekłam - masz dobrą technikę - uśmiechnęłam się. Ta rozmowa będzie wyglądała sztucznie...
- Yhym... - mruknął, a ja zrozumiałam jak czują się wilki które ze mną przyjaźnie rozmawiają. Ucichłam, ale dalej szłam razem z basiorem. Po chwili zdecydowałam się spróbować ponownie zagaić rozmowę.
- Podoba ci się wataha?
- Tak, a dlaczego pytasz?- zaciekawił się
- A tak sobie... - zaśmiałam się nerwowo - Jak się nazywasz?
-Serill, a ty? - przedstawił się
- Yuki - odrzekłam - Od kiedy tutaj należysz?
- Od paru miesięcy.
- Ja jestem tu od szczeniaka - uśmiechnęłam się - pamiętam jeszcze partnera Kiiyuko i jego pogrzeb... - uśmiech z mojego pyska zniknął.
- Jesteś tu naprawdę dług...
- A co mi da to jeżeli wszyscy za mną nie przepadają? - przerwałam mu - No, ale jak im się nie dziwić... - Serill popatrzał na mnie pytająco
- Co chcesz tym powiedzieć? - nie rozumiał
- A nic - spróbowałam się uśmiechnąć, lecz jedyne co z tego wyszło to sztuczny uśmiech - Po prostu nic...

<Serill? Yuki zaczyna się użalać nad sobą :v>

Uwagi: Przecinki, źle zapisane kolory...

sobota, 20 sierpnia 2016

Od Yuki „Bitwa” cz. 1 (c.d Itachi)

Zostałam przeteleportowana na arenę. Poczułam pod swoimi łapami trawę. Moim oczom ukazał się świat stworzony z latających skrawków gleby. Rozejrzałam się za przeciwnikiem. Basior stał na platformie poniżej mnie patrząc zdezorientowany gdzie jest. Uśmiechnęłam się i skoczyłam w jego stronę. Chwyciłam jego bok i z prawie całkowitą lekkością zaczęłam nim szamotać. Rąbnęłam wilkiem o podłogę parę metrów ode mnie tak, że jego krzyk było słychać na parę kilometrów stąd. Uśmiechnęłam się diabolicznie.
Basior prędko wstał i popatrzał niechętnie na mnie, szykując się na kolejny cios. Zaszarżowałam na niego, jednak w połowie skoku zmaterializowałam się za nim. Wylądowałam na jego grzbiecie. Wbiłam ostre pazury w jego łopatki i guz biodrowy. Ugryzłam go w kłąb. Itachi zrzucił mnie wierzgnięciem. Uderzyłam plecami o twardą glebę, tym samym odkrywając brzuch i słabiznę. Pod łbem nie czułam gruntu co oznaczało, że jestem blisko przepaści. Upadek spowodował chwilowe oszołomienie.
Gdy odzyskałam świadomość zauważyłam Itachiego „uciekającego” jak najdalej ode mnie. Patrząc jak basior żałośnie skacze i wdrapuję się to aż mnie korciłoby zhańbić go słownie. Podniosłam się. Gonić go czy wyskoczyć mu na ryj poprzez teleportacje? Z jednej strony gonitwa jest męcząca, lecz z drugiej daje tyle zabawy. Rzuciłam się biegiem w stronę najbliższej platformy. Zwinnie przeskoczyłam nad przepaścią. Byłam coraz bliżej celu. Gdy basior był na tej samej platformie, co ja zaczął biec jeszcze szybciej niż dotąd. Jego bieg był tak żałosny. Basior był już w powietrzu, gdy ja złapałam w pysk jego prawą tylna nogę. Pisk był tak głośny, że bym go omal nie puściła w próżnie. Wciągnęłam go na platformę. Basior skomlał i piszczał niewyobrażalnie głośno. Otworzył pysk by mnie ugryźć. Jego język był blady a źrenice tak małe jak ziarenko piasku w porównaniu do tego jak miał szeroko otwarte oczy.
Poczułam kopnięcie w szyję, a chwilę po tym ból jakby ktoś miażdżył mi ucho. Puściłam jego nogę i spojrzałam się, co się dzieje. To Itachi ugryzł mnie w ucho. Po chwili puścił o popatrzał przestraszonym wzrokiem na mnie. Wykorzystałam tą chwilę i odepchnęłam go narażając go przy tym na upadek z platformy. Basior odkrył swoją słabiznę, która po chwili była już zraniona przez pazury mojej prawej łapy. Przycisnęłam go do ziemi. Basior próbował się uwolnić.
- Nie szarp się - syknęłam do niego - to tylko dziesięć sekund - spojrzał na mnie ognistym wzrokiem, po czym uśmiechnął się. Poczułam jak odpycha mnie swoimi tylnymi nogami. Wylądowałam na środku platformy. Podniosłam się i ruszyłam w jego stronę. Miałam już go zepchnąć, gdy skoczył i zrobił unik. Poczułam nagłe szarpniecie w dół i poczułam, że spadam.
Walnęłam w niższą platformę z wielką siłą. Ból był niewyobrażalny. Krzyknęłam z bólu. Otworzyłam oczy i zauważyłam niewyraźny obraz biegającego Itachi’ego. Zamknęłam oczy i z trudem usiadłam. Głowa mi pulsowała i zarazem bolała jakby ktoś w nią strzelał. Czułam jak moje ślepia stają się coraz bardziej wilgotne. Na serio będę płakać w takim momencie? Ogarnij się Yuki i nie pozwól mu uciec. Musisz go zabić, niech pożałuje swoich czynów. Przemawiał do mnie instynkt mordercy. Podniosłam się i rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu jakiejś platformy. Nie czułam się sobą, wręcz przeciwnie - czułam się jak zabójca. Nagle upadłam i straciłam przytomność.
*podczas nieprzytomności właściwej Yuki*
Podniosłam się i otrzepałam. Cel był prosty - schwytać tego sk****syna i zabić. Ruszyłam pędem w stronę najbliżej platformy. Wspinaczka do ostatniego miejsca gdzie go widziałam nie trwała długo. Zaczęłam szukać jego tropu. Szybko go znalazłam. Popędziłam tam gdzie wskazywał trop.

<Itachi? Yuki-morderca cię złapie :v>

Uwagi: "Stąd" piszemy razem, przez "s" i "ą".

niedziela, 31 lipca 2016

Od Yuki "Adopcja" cz. 1 (c.d Chętny szczeniak, który szuka opiekuna)

Brakuje mi czegoś. Zaczyna być mi smutno z powodu samotności. Nie mogę znieść ciągłej ciszy. Brakuje mi z kim dzielić posiłki, brakuję mi kogoś z kim mogłabym pogadać. Zaczęłam myśleć czy zaprzyjaźnić się z jakąś waderą, czy pozostać tak, jak jestem. Nagle zaświtała mi jedna myśl. Gdy byłam szczeniakiem szukałam opiekuna, lecz go nie znalazłam. Wpadł mi pomysł by zaadoptować jednego ze szczeniaków, jeżeli taki jest. Ruszyłam w stronę jaskini Alfy. Będąc na miejscu zastałam Kiiyuko.
- Witam - przywitałam się
- Cześć - powiedziała radośnie wadera
- Gdzie jest Suzanna? - zapytałam
- Poszła sprawdzać co się dzieje w watasze - odpowiedziała - a z czym do niej przychodzisz?- zawahałam się.
-Wpadłam na pomysł by zaopiekować się jednym z szczeniaków... - wiedziałam jak zareaguje Suzanna na takie zdanie. Bardzo dobrze mnie zna, jak z resztą wszystkich członków watahy.
- Suzi powinna za chwilę przyjść - rzekła
- Dziękuje za informacje, do widzenia - pożegnałam się
***
Po długich poszukiwaniach natknęłam się na Alfę.
- Witam - rzekłam - mam pewną sprawę...
- Witaj - odrzekła - Jaką sprawę? - słyszałam znudzenie w jej głosie.
- Chciałabym... zaopiekować się szczeniakiem...- ostatnie zdanie powiedziałam wręcz szeptem.
- Że ty? - zdziwiła się - Zdecydowanie nie.
- Proszę! - powiedziałam rozpaczliwym tonem - Jeżeli mi nie wierzysz, mogę ci udowodnić, że będę miła dla niego - zaproponowałam
- Niby jak?! - prychnęła
- No nie wiem... Na przykład tydzień próbny - mówiłam - a po tygodniu szczeniak opowie ci wszystko... - wadera patrzała na mnie podejrzliwie
- A jaki szczeniak chciał by mieszkać z tobą? - i tego się najbardziej obawiałam - Musi być jakiś chory psychicznie by zamieszkać w jaskini razem z waderą, która nie dość, że porywa to umie wytwarzać potwory...
- Proszę... - łzy zaczęły napływać mi do oczu.
- Nie wiem co knujesz, ale dobra... - powiedziała - lecz najpierw musisz znaleźć szczeniaka, który jest taki porąbany, że się zgodzi.
- Umowa stoi - odpowiedziałam już trochę bardziej radosna.

<Chętny? Proszę, by ktoś sie znalazł .-. Yuki umrze z samotności>

Uwagi: Mnóstwo literówek. Jest za dużo Enterów. "Zawahałam" piszemy przez "h". "Pożegnałam się" piszemy przez "rz". "Do widzenia" piszemy osobno. "Alfa" w WMW piszemy z wielkiej litery! Każde zdanie, nawet będące końcem narracji kończ kropką!

środa, 6 lipca 2016

Od Yuki "Główny powód" cz. 2 (C.D Kai)

Popatrzałam z zdziwieniem na Kai'a. Zawsze się go bałam i omijałam szerokim łukiem, a tu co? Zachowuje się jak by mnie znał. Najdziwniejsze jest to, że basior jest pijany. Popatrzałam w kielich pełny wódki. Niepewnie zaczęłam pić napój, lecz gdy tylko go spróbowałam wiedziałam, że nie chcę go więcej. Był gorzki, a gdy wzięłam jeden łyk, od razu zrobiło mi się cieplej. Napoju było jeszcze dużo
- Chcesz? - zapytałam Kai'a przesuwając do niego kielich.
- Dzięki, Margaret - chwycił pyskiem kielich i jednym łykiem wypił wszystko. Po paru minutach jego gadania i sprośnych żartów, przyzwyczaiłam się do jego paplaniny.
- Może chcesz coś zjeść? - zapytałam przerywając jego kłótnie z Kirke o to, że nie chcę mu przynieść wódki, bo ma bar obok siebie.
- Taką foczkę jak ty, to oczywiście - następny jego "komplement", który załamywał mnie psychicznie
- Kirke? - zapytałam odchodzącą waderę.
- Co? - zapytała zirytowana.
- Poproszę dwa krwiste steki - wyjęłam dwadzieścia Srebrnych Gwiazdek z sakiewki. Kirke je zabrała i poszła. Za nim się obejrzałam zobaczyłam, że Kai już się kłócił z Mizuki. Tematem kłótni była piosenka, jaką ona śpiewała. Zaczęłam nie zwracać uwagi na jego kłótnie, bo jak jedna się kończyła druga zaczynała. Podeszła do nas Kirke z dwoma talerzami. Położyła obok nas. Podziękowałam i zaczęłam jeść.

Noc minęła szybko. Mizuki zaczęła się zbierać. Zdecydowałam odprowadzić Kai'a do jego jaskini. Zeszłam z pniaka, a Kai zrobił to samo.
- Chodź - powiedziałam do niego. Zaczęłam iść w stronę jaskiń. Po kilkudziesięciu minutach dotarłam do jednej z nich. Zapach wskazywał, że była to jaskinia Kai'ego. Odwróciłam się, a tam nie było Kai'a. Zaczęłam się wracać, aż w końcu natrafiłam na ostry odór wódki. Smród wskazywał, że w pewnym momencie Kai poszedł w prawo za jakąś waderą. Zaczęłam go tropić. Gdy woń stawała się silniejsza słyszałam odzywki pijanego basiora. Po chwili zobaczyłam basiora rozmawiającego z jakąś waderą. Nie znałam jej, ponieważ była pewnie nowa. Kai chwiał się i gadał różne rzeczy. Raz nawet jej coś zaśpiewał. Podbiegłam do nich.
- Kai, chodź - powiedziałam do basiora - przepraszam za niego, odprowadzam go do jaskini bo jest kompletnie pijany - przeprosiłam waderę, a Kai stanął na tylnych łapach i rzekł:
- Co ci tak śpieszno do jaskini - nie zwracając na odzywki pijaka, chwyciłam go za łapę i pociągnęłam na dół, a on spadł.
- Gorzej od szczeniaka - powiedziałam sama do siebie. Basior ledwo wstał i podszedł chwiejnym krokiem do mnie. Teraz zaczęłam uważać by go nie zgubić. Nagle basior rzekł:
- Krzaki są bliżej, Margaret - westchnęłam. Musiałam to zrozumieć, po prostu musiałam. Po kilkunastu minutach tej męki znalazłam jakąś jaskinie. Była moja. Dobra, Kai może u mnie przenocować. Byłam tak padnięta, że nie zwróciłam uwagi gdzie śpi Kai. "Żeby tylko nie w spiżarni" pomyślałam i zasnęłam.

<Kai?>

Uwagi: "Przesuwając" piszemy przez "rz". Przeczytaj sobie może w internecie kiedy powinno się stawiać przecinki. "Srebrne Gwiazdki" powinnaś zapisywać z wielkiej litery. Tradycyjnie masakryczna ilość powtórzeń... przed wysłaniem może czytaj sobie te op., co ty na to?

piątek, 1 lipca 2016

Od Yuki "Jelonek" cz. 3 (c.d Astrid)

Jeleń wstał i wyrwał się z więzów. Podszedł do mnie. Byłam od niego o wiele mniejsza. Otworzył swój pysk z którego wydostał się zielony dym, który zaczął mnie otaczać. Przy każdym jego zetknięciem z moją sierścią, ona zaczynała siwieć i wypadać, a gdy dotknęła przewrażliwionej skóry czułam przeraźliwy ból, jakby ktoś wylał na mnie kwas. Dym żarł moją skórę zostawiając przy tym rany, które za sprawą Medalionu Nieśmiertelności regenerowały się same. Gdy tylko uciekałam dym rozprzestrzeniał się bardziej. Ucieczka przed dymem zaprowadziła mnie w kozi róg. Jeleń widząc mnie przestraszoną przestał wydobywać z siebie dym i podszedł bliżej. Przestraszona nie mogłam logicznie myśleć, więc nie wpadłam na pomysł przeteleportowania się do swojej jaskini. Jego oczy zaczęły świecić na niebiesko, a ja zaczęłam słabiej się czuć. Po paru minutach męki zemdlałam.
                                                                            ******
Obudziłam się w szpitalu. Bardzo się zdziwiłam jak mogli mnie znaleźć. Podeszła do mnie Astrid.
- Miałaś wiele szczęścia - powiedziała - ten jeleń by cię stratował gdybyś nie miała medalionu - rzekła
- Jak mnie znaleźliście? - spytałam jeszcze trochę zaspała
- Jakiś wilk który się tam błąkał usłyszał rżenie i pobiegł z pomocą - mówiła - znalazł cię leżącą na ziemi, a obok stał jeleń, a raczej jego szkielet - zamyśliła się - nie znam takiego stworzenia
- Stworzyłam go - szepnęłam, a Astrid popatrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
- Jak?
- Normalnie - moja odpowiedź była głupia jak ja, a taka bardzo rozwinięta osoba jak Astrid załamała się. Jeszcze ten mój uśmieszek na pysku dawał znać, że nie powiem jak go stworzyłam.

<Astrid?>

Uwagi: Nazwę "Medalion Nieśmiertelności" powinniśmy zapisywać z wielkiej litery. Wilki nie mają twarzy!

czwartek, 30 czerwca 2016

Od Yuki "Jelonek" cz. 2

Gdy tylko ugryzł kawałek, wypluł go. Roślinożerca nie powinien jeść tego co nie jest zgodne z jego dietą. Zdziwiło mnie jego "przywiązanie" do mnie, ponieważ normalny jeleń z rozumem by odpuścił, lecz ten nie miał ochoty na to. Jelonek zaczął chodzić po jaskini "obwąchując" teren. Ja gdy skończyłam już jeść zaciągnęłam zdobycz do "spiżarni" (nazywam tak rów w skale w którym trzymam jedzenie) i podeszłam do mojego "gościa". Jeleń robił to co robił, nawet się nie obejrzał. Zawarczałam na niego, a on jak to wcześniej zrobił tylko odebrał to jako zabawę i pokazał swoje tępe mleczaki. Zaczynał mnie już wkurzać. Chciałam już go ugryźć, gdy nagle wpadłam na pomysł. Chciałam wykorzystać jego ufność do celów treningowych. Przecież to jego wina, że się tak uczepił. Chciałam sobie na nim trochę poćwiczyć ataki i moc regeneracji. Najpierw go zranię, później go uleczę. Ja sama nie mogę na sobie używać czaru regeneracji, ponieważ najzwyczajniej na świecie go nie potrzebuję. Przez mój naszyjnik nieśmiertelności wszystkie rany się goją. Chwyciłam w pysk jelonka i przeteleportowałam się do jaskini w której wcześniej trzymałam Aleksandra. Zawiązałam jelonka by nie mógł uciec i zaczęłam go masakrować. Gdy jeleń był już półżywy, a miał takie rany że było mu widać kości spróbowałam go uleczyć. Pierwsza próba była jakaś nieudana. Zamiast go uleczyć miał urwaną część skóry i był jeszcze bardziej zmasakrowany. Kolejne próby kończyły się fiaskiem. Po każdej nieudanej próbie jeleń albo tracił mięśnie, albo skórę. Po kilkudziesięciu próbach nie było już czego zbierać. Został szkielet jelonka i jego wnętrzności. Po każdej próbie czułam się bardziej ożywiona. Może będę umiała jego wnętrzności jeszcze usunąć. Zamknęłam oczy i użyłam swojego czaru. Usłyszałam rżenie. Jak porażona prądem odskoczyłam, otworzyłam oczy i zszokowana zobaczyłam na pozostałości jelonka. Nie miał krtani więc jak mógł rżeć? Jego oczy świeciły czerwienią, a we swoim wnętrzu nie miał w ogóle wnętrzności. Na dodatek urósł.

C.D.N

Uwagi: Zapomniałaś o kilku przecinkach.

Od Yuki "Jelonek" cz.1

Tego dnia bardzo się nudziłam. Rutyna wkurzała mnie już. Byłam bezsilna na jej ataki. Chciałam się skulić w kącie i w końcu skończyć z sobą. Po co Vario mnie ożywiał? Pomyślałam zasmucona. Gdyby nie on, byłabym już w niebie wraz z Katrin, Ripple i moją matką. Wstałam, a moje ciało zaczęło nabierać sił po głębokim śnie. Zdrzemnęłam się wcześniej z nudów, by jakoś ten dzień minął. Miałam akurat takie szczęście, że były przelotne deszcze, a chmury nie ustępowały słońcu nawet na chwilę. Wyszłam na zewnątrz. Wszystkie te chmury wywołują we mnie złe samopoczucie. Byłam w złym humorze, czyli idealnym nastroju na polowanie. Lubiłam się wyżywać na niewinnych zwierzętach. Poszłam na polanę i zrobiłam w ramach rozgrzewki parę kółek dookoła starego pnia. Po ostatnim kółeczku pobiegłam jednym ciągiem w góry gdzie zaczęłam się wspinać. Usłyszałam nagle przeżuwanie i stukanie kopytem. Popatrzałam skąd wydobywa się dźwięk. Była to młoda kozica górska. Jednak ona nie przeżuwała. Obok niej stał mniejszy jelonek jedzący trawę. Idealna ofiara. Zaczaiłam się na kozicę zajętą myciem jelonka. Skoczyłam wielkim susem na szyje kozicy gryząc przy tym jej tętnice. Kozica po chwili była martwa. Poczułam nagle, że coś mnie obwąchuje. Odwróciłam się do tego. Był to ten jelonek, który zaczął mnie wąchać. Zawarczałam na niego, a on popatrzał na mnie rozbawiony. Podszedł do mnie chwiejnym krokiem i zaczął obwąchiwać pysk, po czym polizał krew będącą na moim policzku. Zdziwiona jego zachowaniem popatrzałam na niego pytającym wzrokiem. Ten jeleń był optymistycznie nastawiony do świata. Próbowałam go odpędzać, lecz to było na nic. W końcu zabrałam swoją zdobycz i zaczęłam ją targać do jaskini. W połowie drogi wydawało mi się że go zgubiłam, lecz jak dotarłam do jaskini tak i on przybiegł do mnie. Zawiedziona nieudaną próbą zgubienia piątego koła zaczęłam jeść. Jelonek popatrzał się na mnie pytająco, ale po chwili spróbował ugryźć kawałek kozicy.

C.D.N

Uwagi: Postaraj się pisać dłuższe op. "Konto" a "kąt" to dwa całkiem różne słowa.