Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edel. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 marca 2019

Od Edel "Uważaj na dziarskie kocięta" cz. 1 (cd. Crane)

Kwiecień 2023
Światło delikatnie przebijało się przez czarne chmury. Nie nazwałabym tego poranną szarówką, lecz ciemność faktycznie zaczynała ustępować na rzecz dnia. Oznaczało to, że moja nocna wędrówka trwała znacznie dłużej, niż myślałam. Najbardziej zdziwiło mnie, że nie odczuwałam zmęczenia - a przynajmniej nie takiego, jak mogłabym się spodziewać. Oczywiście moje łapy nieznacznie drżały, a tempo raczej nie było zbyt wielkie, ale szłam przed siebie i nawet wiatr uparcie rozwiewający moją sierść nie mógł mnie powstrzymać.
Tereny watahy były opustoszałe ze względu na późną - lub wczesną - porę. Byłam tylko ja i moje myśli, co nie stanowiło dla mnie żadnej nowości. Myślałam, że zmiana miejsca zamieszkania wyrwie mnie z letargu. Zamiast tego wpadłam w jego inną odmianę.
W Zakonie byłam zmuszona do mniej lub bardziej dotkliwego kontaktu z innymi, natomiast tutaj za jedynych towarzyszy miałam Asa i Tori. Toksyczne deszcze sprawiały, że zostałam zmuszona do siedzenia w jaskini. Zresztą, podobnie jak pozostali członkowie stada. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach życie towarzyskie żadnego z nas nie było zbyt interesujące.
W każdej chwili, gdy samopoczucie oraz brak opadów mi na to pozwalały, wychodziłam na krótkie spacery. Czasem towarzyszyli mi moi przyjaciele, jednak zdecydowana większość tych wędrówek była samotna.
Tak też było tej nocy. A przynajmniej do momentu, gdy zza nienaturalnie powiększonych roślin nie wyłoniła się sylwetka średniego wzrostu wilka. Wyglądał zaskakująco zwyczajnie - jego sierść była brązowo-szara, w kilku miejscach przybierała też kolor biały. Nic szczególnego. Sprawiał wrażenie zwykłego, niemagicznego samca. Wiedziałam jednak, że tacy nie kręciliby się w samym środku stada magicznych wilków.
Samiec zdawał się pogrążony we własnych myślach, jednak gdy tylko mnie zauważył, wyraźnie przyspieszył. Zmrużyłam oczy, nie wiedząc, czy chciał mnie ominąć czy właśnie dogonić. Niemal automatycznie przyspieszyłam, postanawiając wyjść mu naprzeciw. Jeśli nic nie będzie chciał, to po prostu szybko się miniemy, prawda?
Wilk jednak nie zamierzał ominąć mnie łukiem. Zamiast tego zatrzymał się tuż przede mną i zmierzył podejrzliwym spojrzeniem.
- Co tu robisz?
Jego głos nie brzmiał zbyt przyjemnie - powiedziałabym raczej, że był poważny i oficjalny. Nie zrozumiałam, czemu właściwie samiec mnie o to zapytał. Przecież tak samo jak on miałam prawo przebywać na zewnątrz, kiedy nie padał deszcz.
Wzruszyłam ramionami i delikatnie uniosłam łeb, by spojrzeć mu prosto w oczy. Były one całkiem ładne - bystre i brązowe z niewielką, niebieską plamką. Nigdy nie widziałam nikogo, kto miałby oko w dwóch kolorach. Wyglądało to intrygująco.
- Wyszłam na spacer.
Nietypowe oczy ponownie zmierzyły mnie podejrzliwym spojrzeniem. Westchnęłam cicho i postanowiłam rozwinąć myśl.
- Nie mogłam spać, a nocne powietrze jest dość orzeźwiające. A ty, co tu robisz?
- Patroluję tereny watahy i sprawdzam, czy nie ma tutaj intruzów takich jak ty - odpowiedział wilk nadal z pełną powagą.
Słysząc jego słowa, niemal zachłysnęłam się powietrzem. Co jak co, ale intruzem nie byłam. Przecież każdy ma prawo - ba, obowiązek - zasiedzieć się we własnej jaskini podczas tych dziwacznych deszczy.
- Nie jestem intruzem. Mieszkam tu od zeszłego lata - wyjaśniłam, mrużąc oczy z niezadowoleniem. Nie podobała mi się myśl, że wilk, którego nigdy wcześniej nie widziałam, posądzał mnie o najście terenów watahy, do której należałam.
Nieznajomy zmarszczył brwi i lekko pochylił w moją stronę, wdychając mój zapach. Liczyłam, że stara jaskinia była wystarczająco nim przesiąknięta, by ten przeszedł i na mnie.
- Hm... Nie pachniesz jak członek watahy - stwierdził w końcu.
Uniosłam wzrok ku górze z czystym zniecierpliwieniem.
- Ty także nie, a jednak twoja nadgorliwa postawa nie pozostawia wątpliwości, że zamieszkujesz te tereny.
Spojrzenie samca złagodniało, gdy usłyszał moje słowa.
- Jestem z Watahy Czarnego Kruka. To stado przyłączone do Watahy Magicznych Wilków - wyjaśnił.
Powoli skinęłam łbem, marszcząc przy tym brwi. Wataha Czarnego Kruka... Nazwa brzmiała znajomo, jednak bez jego pomocy nigdy bym sobie jej nie przypomniała. Całkiem zapomniałam istnieniu drugiej sfory. Jakby nie było, nie angażowałam się w wilcze życie, a zwłaszcza te innego oddziału wielkiej watahy, do której widocznie obydwoje należeliśmy. Moje małe zirytowanie ustąpiło miejsca wstydu, który starałam się jak najszybciej zamaskować.
- Ja natomiast należę do Watahy Magicznych Wilków. Nie nasiąkłam jeszcze tym zapachem ze względu na to, że większość czasu spędziłam we własnej jaskini.
Wilk pokiwał łbem, dając mi znak, że rozumie.
- Pozwól, że i tak znajdę kogoś, kto zaświadczy, że mówisz prawdę. W ramach czystej formalności.
Wzruszyłam ramionami. Rozumiałam, że ze względu na brak woni typowej dla członków watahy, wilk musiał trzymać mnie na dystans. Jakby nie było, to był jego obowiązek.
- Jak sobie życzysz, ale musisz wiedzieć, że znam tu jedynie Torance i Asgrima.
- Oni wystarczą - powiedział i ruszył w odpowiednią stronę. Szedł raczej powoli, więc bez większego trudu go dogoniłam, choć czułam, że moje łapy powoli zaczynają pobolewać. - Jak ci na imię? - spytał.
- Edel.
Wilk odwrócił łeb w moją stronę i posłał mi serdeczny uśmiech, całkiem odmienny od poważnego wyrazu pyska, który miał przez całą naszą rozmowę. Wyglądał o wiele bardziej przyjaźnie.
- Bardzo ładne.
Uśmiechnęłam się i trochę niepewnie podziękowałam. Nie przywykłam do tego, że ktoś mnie komplementował w jakikolwiek sposób.
- A czy ty, o patrolujący, zdradzisz mi własne imię czy ze względów bezpieczeństwa wolisz zachować je dla siebie? - spytałam. Szybko sobie zdałam, że przytyk mógł zabrzmieć trochę niemiło, więc czym prędzej wyszczerzyłam zęby, by załagodzić wydźwięk słów.
- Wspaniały patrolujący nazywa się Crane.
- Też niczego sobie - skinęłam łbem z pełną powagą.
Wilk uśmiechnął się, jednak nie powiedział nic więcej. Wokół nas zaległa cisza, jednak żadnemu z nas to nie przeszkadzało. Crane zdawał się oddany własnym myślom, a ja... Ja po prostu cieszyłam się towarzystwem jakiegokolwiek stworzenia.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, Crane trochę niepewnie zajrzał do jaskini.
- Przepraszam, można?
Odpowiedziała nam cisza.
Wymieniłam spojrzenia z basiorem i wlazłam do środka. Szybko rozejrzałam się po niespecjalnie uporządkowanej jaskini. Pod jedną ze ścian, w pewnym oddaleniu od wejścia, dostrzegłam dwie obejmujące się sylwetki. Tori leżała zwinięta w kłębek tuż przy ciele Asa, który oplatał ją delikatnie przednią łapą. Był to czuły gest, prawdopodobnie całkiem nieświadomy, lecz przy tym wyrażający miłość.
Poczułam, jak coś zaciska mi się na żołądku. Nie było to jednak uczucie, które zapowiadało wymioty, a zwyczajna zazdrość. Sądziłam, że to głupie zauroczenie mi przeszło, jednak gdy zauważyłam ich razem, w takiej sytuacji, wszystko odżyło.
Prędko odwróciłam łeb i na ślepo wycofałam się z jaskini. W pewnym momencie uderzyłam w czyjeś ciało. Crane. Szybko wymamrotałam przeprosiny i nie patrząc w stronę jaskini, powiedziałam:
- Chyba... Chyba im przeszkadzamy.
Mój głos był ochrypły, przepełniony różnymi, może trochę sprzecznymi emocjami.
Samiec ponownie zajrzał do jaskini. Gdy się odwrócił, skinął łbem. Na jego pysku można było zauważyć spokój, przez co poczułam, jak robi mi się wstyd.
Jestem idiotką.
- Być może. Wobec tego chodźmy do Alf.
Gdzieś z jaskini dobiegło nas ciche szuranie. Niepewnie weszłam i zobaczyłam, jak para jeszcze mocniej się przytula. Ponownie niemal wybiegłam z jaskini.
- Tak, lepiej tak... - mruknęłam i nie czekając na odpowiedź, ruszyłam w odpowiednią stronę.
Crane szybko się ze mną zrównał. Ponownie szliśmy w ciszy, jednak ta tym razem znacznie bardziej mi ciążyła. Chciałam móc się komuś wyżalić, wysłuchać może jakiś rad i słów pocieszania. Poczuć pokrzepiający uścisk łap. Zobaczyć serdeczny uśmiech na czyimś pysku.
Dlaczego wszyscy oprócz mnie mogą się łączyć w pary i zakładać swoje rodziny? Niby takie proste, a jednak nigdy nie spełnię tego swojego głupiego marzenia jeszcze z lat dzieciństwa. Dlaczego ja?
Nieprzyjemne uczucie w żołądku się zmieniło. Było bardziej palące i nagłe. Otworzyłam szerzej oczy przerażona i bez słowa zawróciłam. Lęk przed tym, że Crane mógł mnie zobaczyć, dodał mi szybkości oraz siły na powstrzymywanie wymiotów. Wbiegłam w nienaturalnie wielkie zarośla i zwróciłam wszystko, co zostało mi po wczorajszym posiłku. Moje ciało wyginało się nieco spazmatycznie, chyba drżałam. Natomiast kiedy zauważyłam czerwone plamki w wymiocinach, nie mogłam powstrzymać szoku i przerażenia. Choroba postępowała...
- Edel? Co ci?
Odwróciłam się w stronę, z której nadchodził głos. Crane stał tuż obok mnie, a na jego pysku malował się niepokój. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, szybko skierowałam wzrok na własne łapy.
Zastanawiałam się, co powinnam odpowiedzieć. Wilk z pewnością widział wszystko, a nawet jeśli nie, to jedno spojrzenie na wymioty i moją żałosną sylwetkę było z pewnością wystarczające, by mógł wszystko poskładać w całość.
Odkaszlnęłam i splunęłam na ziemię, próbując pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Nie podniosłam jednak wzroku na towarzysza.
- To... Nic takiego... Chyba coś mi zaszkodziło - spróbowałam się uśmiechnąć, ale chyba wyszło to dość marnie.
- Nie jesteś chora? - spytał samiec. W jego głosie pobrzmiewał niepokój.
Nie takiego współczucia chciałam.
- Nie - odparłam, wpatrując się uparcie w swoje łapy. Mój głos nie brzmiał ani trochę przekonująco, przez co się skrzywiłam.
- Nie musisz kłamać.
- Ja nie... - zaczęłam, jednak szybko stwierdziłam, że to nie miało sensu. Widział zbyt wiele. - Nie chcę o tym rozmawiać. Możemy iść dalej?
Nie czekając na jego odpowiedź, wstałam. Z niepokojem zauważyłam, że moje łapy drżały i były aż zbyt słabe. Widocznie silne emocje, nocne wyprawy i wymioty to nie było dobre połączenie dla wymęczonego organizmu.
- Hej, jeśli nie dasz rady, nie muszę cię wlec do Alf. Sam ich spytam.
Uśmiechnęłam się krzywo, jednak nadal nie odwróciłam się w stronę basiora. Bałam się na niego spojrzeć. Dostrzec zmartwienie wymieszane z obrzydzeniem.
- Nie ma takiej potrzeby. Jestem silniejsza, niż może się zdawać.
Starałam się, żeby mój głos brzmiał dumnie i chyba nawet mi się to udało. Z pewnością mój ton zdołałby przekonać samca, gdyby akurat w tym momencie nie ugięły się pode mną łapy. Upadłam na ziemię.
Szybko wstałam, czując na sobie spojrzenie Crane'a. Basior w żaden sposób nie skomentował mojego upadku, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. Ogółem wilk był bardzo sympatyczny i nie mogłam powstrzymać wrażenia, że moglibyśmy w przyszłości zostać przyjaciółmi.
Pod warunkiem, że nie postanowi więcej ze mną rozmawiać. Jakby nie było, nie zachowywałam się zbyt... Uprzejmie - pomyślałam z goryczą - Powinnam go przeprosić, ale... Jak miałabym to zrobić? Jeśli nagle coś takiego powiem, może stwierdzić, że jestem wariatką. Niemniej... Chyba faktycznie powinnam spróbować.
Cicho westchnęłam i już otwierałam pysk, by wypowiedzieć te kilka (prawdopodobnie dość nieporadnych) słów przeprosin, gdy nagle odezwał się sam Crane.
- Nalegałbym żebyś zaczekała, a ja w tak zwanym międzyczasie pójdę do Suzanny i Hitama.
- Crane...  To bardzo miło z twojej strony. Ja... Dzięki za troskę - powiedział cicho, oblizując pysk ze zdenerwowania. Nie byłabym jednak sobą, gdybym na tym skończyła swoją wypowiedź. - Ale co jeśli Alfy nie poznają mnie jedynie po imieniu? Jesteś pewny, że moja obecność jest tam zbędna?
- Opiszę im jak wyglądasz oraz wspomnę, że znasz Asgrima i Torance. Niewiele wilków ostatnio dołączyło, powinni cię pamiętać.
- Chyba rzeczywiście tyle wystarczy. Zaczekam tu na ciebie. Nie chcę, żebyś mnie później oskarżył o ucieczkę jak na szpiega przystało - uśmiechnęłam się lekko.
Wilk go nie odwzajemnił - jego pysk był wypełniony powagą.
- Jeśli uciekniesz, będzie to tylko i wyłącznie moja wina - stwierdził i bez większych pożegnań, odszedł.
Usiadłam na ziemi i wpatrywałam się w jego oddalającą się sylwetkę. Nie znajdowaliśmy się daleko od Jaskini Alf - zaledwie kilka minut drogi powolnym marszem. Nic więc dziwnego, że Crane wrócił zaledwie kilka chwil później. Gdy znalazł się obok mnie, wstałam i uśmiechając się szeroko, spytałam:
- To jak? Przeprowadzisz na mnie egzekucję za najście?
- Nie, nie sądzę - pokręcił głową z lekkim uśmiechem. - Członków watahy za to nie skazują.
- Bardzo mnie to cieszy.
Nim wilk zdążył się odezwać, coś cicho zaszeleściło w zaroślach. Jak na komendę spojrzeliśmy z napięciem w tę stronę. Jakieś stworzenie zmierzało prosto na nas.
Crane ostrożnie podszedł do krzaków, przybrał obronną postawę i skamieniał, gdy spomiędzy gałązek wyłoniło się... Kocię.
Zwierzątko wyskoczyło radośnie prosto na łapę dorosłego samca i zaczęło bawić się jego długą sierścią, miaucząc wesoło. Roześmiałam się, widząc skołowaną minę basiora, co wzbudziło zainteresowanie kota, który odskoczył przestraszony. Szybko się jednak zreflektował i z zainteresowaniem podszedł w moją stronę.
Przypatrywałam się z uśmiechem młodemu - na oko trzyletniemu - kociakowi. Miał długie i puszyste futerko w odcieniach szarości wymieszanej z brązem. Nic specjalnego - zwykła, bura sierść w prążki, jaką można dostrzec u wielu kotów. Od spodu pyszczka po brzuch kociaka widniał lekko kremowy pas. W tym samym kolorze były cieniutkie linie otaczające duże oczy oraz krótkie skarpetki na drobnych łapkach. Wyciągnięty ku górze ogon był nieznacznie ciemniejszy od reszty futerka - mniej-więcej w barwie prążków zwierzątka. Kotek miał zielonożółte oczy z dużą domieszką szarego, który zabierał im intensywność. Nie przeszkadzało to jednak temu, by tęczówki pobłyskiwały nie tylko radością, a jeszcze w jakiś inny, całkiem odmienny sposób.
- Cześć! - zawołał kotek. Miał wysoki, niewątpliwie chłopięcy głosik. Kocurek spojrzał najpierw na mnie, potem na Crane'a - Mam nadzieję, że się nie przestraszyłeś, panie wielki.
Basior, który zdążył już się wyprostować, spojrzał w dół, prosto na kociaka.
- Nie, nie przestraszyłem.
- Zgubiłeś się? - wtrąciłam, wracając spojrzeniem do niespodziewanego rozmówcy.
- Nie - odparł dziarskim tonem, jednak zerknął niepewnie w stronę, z której nadbiegł. - Szukam domu.
Zmrużyłam oczy trochę zbita z tropu. Zerknęłam na Crane'a, jednak samiec miał minę typu nie-szukam-kota-i-nie-próbuj-mi-go-wciskać. Westchnęłam cicho.
- Jak masz na imię, skarbie? - spytałam łagodnie.
- Redian.
Skinęłam poważnie głową.
- Ja jestem Edel, a ten tutaj - wskazałam na wilka, który usiadł obok mnie - to Crane.
- Nawet ładne - stwierdził. - A co do tego... Byłbym naprawdę dobrym towarzyszem. Potrafię trochę czarować i jestem silniejszy, niż może się zdawać.
Zaskoczona otworzyłam szerzej oczy. Czy to mógł być przypadek, że mały kociak użył tego samego sformułowania co ja?
- Redianie, nie powinieneś wracać do rodziny? Twoi rodzice pewnie się o ciebie martwią - odezwał się nagle Crane.
Kociak opuścił wąsiki, by po chwili zgromić spojrzeniem basiora.
- Skoro mówiłem, że szukam domu, to chyba jasne, że nie mogę tam wrócić. - stwierdził (przynajmniej w założeniu) groźnym tonem. Crane, słysząc go, uniósł łapy na znak, że się poddaje - Mama kazała mi znaleźć dom, a wy jesteście wilkami. Możecie mnie przygarnąć.
Wymieniłam spojrzenia z Cranem, całkiem nie wiedząc, co powinnam na to odpowiedzieć. Basior zdawał się być równie zbity z tropu tym wszystkim, co ja.

<Crane?>

piątek, 8 marca 2019

Od Edel "Spotkań nadszedł czas" cz. 5 (c.d. Asgrim)

Kwiecień 2022
Gdy zauważyłam, że koniec opowieści zbliża wielkimi krokami, poczułam, jak wypełnia mnie strach. Irracjonalny lęk przed przyznaniem się do słabości. Wiedziałam, że ta dwójka nigdy nie zrobiłaby mi nic złego, między innymi ze względu na to, co nas łączyło kiedyś, jednak... Nie przyznałam się do tego jeszcze przed nikim, ale w końcu miałabym to powiedzieć? Nikogo nie obchodziło, że mogę umrzeć. Każdego dnia kilka wilków wydawało ostatnie tchnienie, udawało się do Eydis - jak kazali nam wierzyć. Ja nie wierzyłam. Pomimo tego, że zostałam wychowana w tej wierze, codziennie się modliłam i przekazywałam innym moją wiedzę, wątpiłam w istnienie naszej bogini. Albo raczej wątpiłam w to, że to, co robi Zakon ku jej czci jest w porządku. Jeśli Eydis się to podobało, to wolałam nie siedzieć w tym wszystkim. Odejść. Jednak nigdy się na to zdecydowałam, a teraz...
Nagła myśl uderzyła mnie tak mocno, że aż fizycznie się zachwiałam. Wzbudziło to zainteresowanie Tori i Asa, którzy momentalnie zerwali się z miejsca gotowi, by mnie powstrzymać. Nie potrzebowałam ich pomocy, a przynajmniej nie w tym.
- Kiedy wracacie?
- Już masz nas dość? E, dopiero się spotkaliśmy... - odezwał się As. 
Posłałam mu zirytowane spojrzenie, próbując zakomunikować, że nie mam ochoty na żarty. Wilk musiał zrozumieć, bo głupawy uśmiech na jego pysku zamarł, a oczy spoważniały. Musiałam przyznać, że wyglądał tak o wiele lepiej.
- Myślę, że następnej nocy. Niedługo będzie świtać i tereny zapełnią się kapłanami. Noc jest najbezpieczniejszą opcją oraz najbardziej dogodną. Będziemy mogli odpocząć - wyjaśnił basior.
Skinęłam powoli łbem i zadałam to jedno pytanie. Zrobiłam to najszybciej jak umiałam, próbując nie myśleć, że to dopiero początek mojego upokorzenia.
- Możecie mnie zabrać ze sobą?
Dwie pary brwi uniosły się w zdziwieniu.
- Chcesz odejść z Zakonu? - upewnił się As.
- Tak.
- Nie to, że nie popieram twojej decyzji, ale... - Tori zamilkła na moment, prawdopodobnie szukając odpowiednich słów. - Nie wyglądasz, jakbyś była gotowa przejść taką drogę. Nie lepiej byłoby, gdybyś została tutaj i najpierw... Nie wiem, wyzdrowiała?
- Rzecz w tym, że nie wyzdrowieję - mruknęłam o wiele głośniej, niż zamierzałam.
- Jak to nie wyzdrowiejesz? Edel, co ci jest? - W głosie samca było słychać szczere zmartwienie.
Westchnęłam głośno, próbując ukryć zawstydzenie. Sama nie wiedziałam, czemu właściwie to robiłam, skoro Tori i tak z łatwością wyczuwała każdą najmniejszą zmianę w moim nastroju.
- Jestem chora...
Słowa wirowały w moim umyśle. Próbowałam złapać kilka z nich, jednak każde wydawało się nieodpowiednie. Jak powinnam oznajmić dawnym przyjaciołom, że niedługo umrę i w chwili śmierci chciałabym być z dala od miejsca, w którym się wychowałam? Czy odpowiednie słowa w ogóle istniały?
- To już wiemy.
- As! - upomniała go wilczyca.
Jej partner w odpowiedzi wzruszył odpowiedzi, nie odrywając ode mnie wzroku. Było to dość krępujące.
Przełknęłam głośno ślinę. Kiedy zaczęłam, mój głos zdawał się jednocześnie cichy i przerażająco głośny. Pobrzmiewał w nim żal, który czułam od momentu, gdy usłyszałam tę cichą rozmowę.
- Śmiertelnie. W najlepszym razie mogę nie dożyć następnej wiosny, w najgorszym i jednocześnie najbardziej prawdopodobnym umrę przy porodzie.
As zmarszczył brwi.
- Jesteś w ciąży?
- Jeszcze nie, ale niedługo... Najwyżsi chcą, żebym wydała jeszcze jeden, ostatni miot.
Odpowiedziała mi głośna wiązanka przekleństw skierowana do tych "gnid, kapłanów" prosto od Asa oraz cichy uścisk Tori, z którego czym prędzej się wyplątałam.
- Idziesz z nami. Nie zostawię cię tutaj. Mogę nieść cię na własnym grzbiecie, ale z pewnością nie pozwolę, byś tu umarła - zakomunikował As. Jego głos był zdecydowany i śmiertelnie poważny.
- Zgadzam się z Asem. Nie możesz tutaj zostać, choć obawiam się, że podróż będzie zbyt męcząca... - przyznała Tori.
- Mówię, że ją zaniosę.
Tori uniosła wymownie brew i zmierzyła Asa spojrzeniem.
- Ty?
- Tak. Nie musisz być zazdrosna, Młoda.
- Nie jestem zazdrosna - zaprzeczyła, mrużąc przy tym groźnie oczy.
- Jasne - roześmiał się i potargał jej futro na głowie, co wilczyca skomentowała wymownym prychnięciem. Widziałam, jak próbuje zgrywać zagniewaną, lecz nie wychodziło jej to zbyt dobrze. Tor była marną aktorką.
Odchrząknęłam, próbując zwrócić na siebie uwagę. Obawiałam się, że zajęta sobą para już całkiem o mnie zapomniała. Ta myśl zabolała i sprawiła, że poczułam się jak intruz. Może nie powinnam pytać? Będę tylko ciężarem...
- Nie wiem, co myślisz, ale masz natychmiast przestać - upomniała mnie ruda.
W odpowiedzi jedynie mruknęłam coś pod nosem, uśmiechając się delikatnie.
- Odnośnie całej tej ucieczki mamy wielki problem - powiedziałam.
Uszy wilków podniosły się w zaciekawieniu. Skierowali na mnie spojrzenia, czekając, aż wyjaśnię, do czego zmierzam.
- Vestar - uściśliłam. - Was lubi i nie powinna powiedzieć Nevrze o waszej obecności, ale moje zniknięcie... To nie ujdzie mi płazem.
- Nie, na pewno nie miałaby nic przeciwko. Nie znasz jej - zaoponował Asgrim.
- A ty nie wiesz, jak wygląda życie tutaj odkąd musimy nazywać ją Mistrzynią. Od tego czasu... Jest gorzej.
Basior wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, jednak nie zdecydował się na to. Zamiast tego westchnął i spuścił wzrok na własne łapy.
Spojrzałam na Tori, która wyglądała, jakby mocno się nad czymś zastanawiała. Marszczyła brwi i nos, aż w końcu wstała i podeszła do wyjścia z jaskini. Wiatr momentalnie uderzył w jej ciało i zaczął rozwiewać długą sierść. Wilczyca zdawała się z tego nic nie robić.
- Zostało jeszcze trochę czasu do świtu. Jeśli się pospieszymy, możemy wydostać się stąd zanim rozpoczną się poranne rytuały - powiedziała, odwróciwszy się w naszą stronę.
Postawiłam uszy i uśmiechnęłam się słabo.
- Dacie sobie radę? - spytałam, mierząc spojrzeniem towarzyszy. - Nie wyglądacie najlepiej...
- I kto to mówi - prychnęła Tori - Potrzebujesz czegoś z własnej jaskini?
Wzruszyłam ramionami i pokręciłam głową. Skoro miałam szansę uwolnić się od Zakonu, to nie zamierzałam zabierać ze sobą jakichkolwiek pamiątek.
Torance uśmiechnęła się i podniosła na łapie zawieszkę błyszczącego na niebiesko naszyjnika w kształcie motyla. Skierowała go prosto pod własny pysk i wyszeptała coś, czego nie zrozumiałam. Chwilę później z naszyjnika wyleciał piękny motyl, którego zdawało się otaczać błękitne światło. Spojrzałam na naszyjnik Torance, jednak okazało się, że ten przestał świecić. Wydawało mi się też, że w ogóle nie było na nim zawieszki.
Potrząsnęłam łbem i niepewnie podniosłam się na łapach, które zaczęły mnie boleć od długiego siedzenia. W głębi duszy obawiałam się też, że zmęczenie, które odczuwał każdy z nas, może boleśnie pokrzyżować nam wszystkie plany.
Nie powiedziałam jednak o tych myślach Asowi i Tor, którzy wyszli z jaskini za motylem, jednocześnie dogryzając sobie tak, jak to mieli w zwyczaju już jako szczeniaki. Całkiem zabawne, że tylko ta jedna rzecz zdawała się nie zmienić... Podejrzewałam, że te wzajemne zaczepki będą im towarzyszyć przez całe, pewnie długie życie.
Ciekawe, czy pewnego dnia zobaczę zgraję wesołych szczeniaków wokół sylwetki tej dwójki. Z pewnością byliby ciekawymi rodzicami. A ja? Czy byłabym dobrą "ciocią Edel"? Wolałam myśleć, że tak. Skoro nie dane mi było być pełnoprawną matką, a nie jedynie rodzicielką, to chciałabym być chociaż wspaniałą ciotką. Z wielką przyjemnością zostałabym opiekunką takich rozbrykanych szczeniaków. Chociaż moja wymiotująca obecność chyba nie była tym, co powinny widzieć maluchy. Bałyby się mnie...
Westchnęłam i postanowiłam skupić się na drodze. Rozglądałam się w poszukiwaniu wilków gotowych pójść na poranne rytuały lub szukających jakichś kwiatków, do których mogliby się pomodlić. Jednak pomimo tego, że powoli zbliżał się świt, nadal było ciemno. Nie dostrzegłam nikogo i mogłam mieć jedynie nadzieję, że ewentualny wilk również nie dostrzegł nas.

<Asgrim?>

wtorek, 5 marca 2019

Od Edel "Spotkań nadszedł czas" cz. 4

Kwiecień 2022
Nasilający się z każdą chwilą wiatr uderzał wzgórza i przechodził dolinami, wydając przy tym nieprzyjemne świsty. Na początku wzdrygałam się wraz z każdym głośniejszym dźwiękiem, jednak teraz, po kilku miesiącach nieustającej wichury, przyzwyczaiłam się. Nauczyłam się spokojnie spać, nawet wykorzystywać czasem wiatr na swoją korzyść. Jednak zaledwie przed kilkoma dniami dowiedziałam się czegoś, co ponownie odebrało mi zdolność snu.
Nie chcieli mi tego powiedzieć. Wiatr przywiódł ich rozmowę do moich nieprzeznaczonych do słuchania tego uszu. Główny medyk opowiadał jednemu z wyższych kapłanów, że objawy, z którymi mierzyłam się od połowy zimy, wskazują na raka - nieuleczalną chorobę, która prowadziła do śmierci. Nie dawał mi szans na dożycie kolejnej wiosny.
Czułam się wtedy, jakbym już teraz umierała. Wiecznie bolący brzuch ponownie zapłonął ogniem, jednak tym razem spowodowanym nerwami. Szok zabrał mi zdolność mowy i ruchu. Mogłam tylko stać niedaleko od wejścia do Jaskini Medyków i przysłuchiwać się kolejnym słowom.
- Wobec tego muszę przekazać Wielkiemu Mistrzowi, by zwiększyć liczbę jej rytuałów.
- Rytuały ją wymęczą. Edel potrzebuje odpoczynku - zaoponował medyk.
- Zdąży wydać na świat szczeniaki?
- Może umrzeć podczas porodu.
- Dobrze.
Poczułam, jak łapy się pode mną uginają. Krótka rozmowa, pozbawiona jakichkolwiek emocji właśnie zabrała mi wszystko. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem wyższych kapłanów umrę późnym latem. Jeśli nie, mam niewiele więcej czasu.
Tamtego dnia wróciłam do jaskini całkiem otępiała. Już wcześniej odwołałam zajęcia z moim uczniem, wiedząc, że w tym stanie dam rady wciskać mu propagandy o wspaniałości Zakonu. Wiedziałam, że oni będą źli, ale nie obchodziło mnie to. W końcu co mogli mi teraz zrobić? Przydzielić więcej rytuałów? Och, moment. Już chcieli to zrobić. To może zabić? Cóż, straciliby szansę na uzyskanie kolejnych szczeniąt. Nie, musieli zostawić mnie przy życiu najdłużej, jak się da.
Od tego czasu myśl o śmierci prześladowała mnie w każdej chwili. Bałam się, tak bardzo się bałam. Nie chciałam umierać. Byłam przecież jeszcze młoda. To musiała być pomyłka. Może się przesłyszałam i mówili o tej nowej kapłance, Ouler? Jej imię było przecież całkiem podobne w brzmieniu...
Jednak gdy wymioty wstrząsały moim ciałem, traciłam i tę złudną nadzieję. Umierałam. Choroba wykańczała mnie powoli i zabójczo skutecznie.
Pomimo przewlekłego zmęczenia, nie mogłam spać. Noce spędzałam na przechadzaniu się po terenach Zakonu. Wiatr uderzał w moje ciało, nieraz doprowadzając do upadku. Leżałam wówczas, próbując dojrzeć gwiazdy lub księżyc za ciemnymi chmurami. Nadaremnie.
Podczas jednego z takich spacerów natknęłam się na jednego z doradców Wielkiego Mistrza. Gruby - żeby nie powiedzieć spasiony - wilk wyglądał na bardzo przejętego i niezwykle zmęczonego. Pewnie próbował biec.
- Przekaż Mistrzyni, że... Wielki Mistrz ją wzywa... Pilne... Bardzo - zdołał wydyszeć. 
Skinęłam głową szczęśliwa, że mam czym zająć myśli i pobiegłam w stronę prywatnej jaskini wilczycy. Spodziewałam się, że skoro samicy nie ma przy Nevrze, to z pewnością jest tam. W końcu odkąd awansowała nie miała nawet żadnego ucznia.
W połowie drogi ból stał się nie do zniesienia. Zostałam zmuszona do zatrzymania się. Łapy się pode mną ugięły. Leżałam chwilę, próbując zapomnieć o chorobie. Skoro stary Fet próbował biec, to sprawa była wielkiej wagi. Musiałam szybko znaleźć Vestar.
Zacisnęłam powieki i powoli się podniosłam. Moje łapy się trzęsły, jednak nie zważałam na to. Ruszyłam dalej. Pierwszy raz od kilku dni miałam prawdziwy cel.
Nie byłam w stanie biec, jednak mój chód był stosunkowo szybki. Z przymrużeniem oka można byłoby go uznać za trucht. Pomimo tego, weszłam do jaskini, dysząc, jakbym przebiegła kilkakrotnie całe terytorium Zakonu.
- Mistrzyni... Wielki... Mistrz... Nagłe... Wezwanie...
Ledwo zdołałam wypowiedzieć te słowa, gdy moim ciałem wstrząsnęło nagłe drżenie. Pochyliłam się, nie kłopocząc się zejściem na bok i zwymiotowałam. Przez chwilę patrzyłam na resztki mojego obiadu i wdychałam drażniący zapach. Nienawidziłam tego.
- Już idę.
Wilczyca ostentacyjnie wyminęła mnie i coś, co niegdyś było jedzeniem. Nie zwróciłam na to najmniejszej uwagi. Przyzwyczaiłam się do nieprzychylnych spojrzeń innych kapłanów.
Chciałam już wychodzić, gdy nagle usłyszałam głos, którego spodziewałam się nie usłyszeć już nigdy. Moje serce chyba zgubiło kilka uderzeń.
- Edel?
Podniosłam wzrok i zauważyłam dwie sylwetki po drugiej stronie jaskini. Niepewnie wstałam i podeszłam w ich stronę. Od razu rozpoznałam postać Asgrima, jednak odgadnięcie kim była jego towarzyszka, zajęło mi więcej czasu. W końcu przypomniałam sobie małą wilczycę, moją dawną przyjaciółkę, której w dzieciństwie tak usilnie szukał cynamonowy basior. Widocznie mu się udało.
- As? Tori? Co wy tutaj robicie? Myślałam, że... - zaczęłam. Mój głos delikatnie się załamał, co samiec wykorzystał, by mi przerwać.
- Edel, to naprawdę ty?
Ukłoniłam się, licząc, że nie zaliczę przy tym jakiejś pięknej wywrotki. Na szczęście skończyło się na nieznacznym zachwianiu. Czułam na sobie ich zdumione i jednocześnie zmartwione spojrzenia.
- Co ci się stało? Ty zawsze...
- Najpierw wy opowiecie mi swoją historię - tym razem ja mu przerwałam. - Nie rozumiem, co się właśnie dzieję, a nie lubię żyć w niewiedzy
Usiadłam tuż przed nimi i spojrzałam wyczekująco. Moi dawni przyjaciele wymienili spojrzenia, jakby naradzając się bez słów, które ma zacząć opowieść. Ten widok wywołał u mnie małe ukłucie zazdrości. No może trochę większe niż "małe".
W końcu odezwała się Tori i zaczęła powoli opowiadać wszystko, czego dowiedziała się tuż przed moim przybyciem. Następnie przeszła do tego, co spotkało ją po odejściu z Zakonu. Kilka razy spoglądała na Asa, który kiwał głową i uśmiechał się pokrzepiająco. Nie musiałam być mistrzem dedukcji, by zauważyć, że ta dwójka była blisko. Na tyle blisko, bym poczuła się jak kretynka.
Jak mogłam sądzić, że mógłby mnie pokochać? Wiedziałam o tym, jak ważna dla niego była. A jednak, gdy przestał mówić o poszukiwaniach, poddałam się nadziei. Myślałam, że mam szansę, ale byłam przegrana już na starcie, bo nie jestem nią. Jestem tylko sobą - niewyobrażalnie głupią Edel.
Nagle Tori przerwała i przyjrzała mi się ze zmartwieniem.
- Coś nie tak? - spytałam, siląc się na spokojny ton. W końcu to nie jej wina, że As wybrał ją, a nie mnie.
- Wiesz... Zakon wyrzucił mnie niesłusznie. Mam moc związaną w pewien sposób z umysłem. Wyczuwam emocję, umiem je też wywoływać. Czuję, że... - przyjrzała mi się, jakby szukając w moich oczach odpowiedzi na pytanie, którego nie zadała. Powoli skinęłam głową, nakazując jej kontynuować - Jesteś zazdrosna, smutna, może trochę zła. A pod tym wszystkim jest gdzieś strach i wielki żal. Uczucia, które zdają ci się towarzyszyć cały czas.
Nie zareagowałam na to w żaden sposób.
- Moment. Zazdrość, smutek, złość, strach i żal. Edel, co to oznacza? - wtrącił się As. Podniosłam na niego wzrok, jednak gdy nasze spojrzenia się spotkały, szybko odwróciłam łeb.
W jaskini zapadła cisza, podczas której dwójka wilków przyglądała mi się w zdumieniu. W końcu Tori się odezwała, a ja już po pierwszym słowie wiedziałam, że ona wie.
- Ty... Losie, Edel, wiem, że nie widziałyśmy się od bardzo dawna. Z pewnością ciężko nazwać nas wobec tego przyjaciółkami i nie wiem, czy powinnam o to pytać, ale...
As zdawał się za nami nie nadążać.
- Pytać o co?
- Odpowiedź brzmi: tak - niepewnie podniosłam wzrok na Tori, która z pewnością czuła się strasznie głupio. Widziałam jednak w jej oczach, że w tym wszystkim przeważał żal. Było jej mnie szkoda.
- Jejku... Przepraszam cię, Edel. Nie chciałabym nigdy... Nie sądziłam... - plątała się.
- Jasne. Rozumiem. To nie twoja wina. Nie mam ci tego za złe. I wybacz, ale muszę to powiedzieć: a nie mówiłam?
Tori zaśmiała się cicho.
- Mówiłaś... - przyznała.
- Halo, ja tu jestem! Ktoś może mi z łaski swojej wytłumaczyć, co się właśnie dzieje? Proszę!
Zerknęłyśmy na Asa, który siedział, przebierając łapami i machając ze zirytowaniem ogonem. Następnie ponownie spojrzałyśmy na siebie i roześmiałyśmy się cicho. Był to śmiech dość niezręczny, może odrobinę wymuszony, ale jednocześnie było w nim coś pocieszającego.
- Tor! Edel!
- Sprawa się toczy o to... - zaczęłam po chwili, jednak nie dałam rady skończyć. Słowa, które próbowałam wypowiedzieć od bardzo dawna, kręciły mi się w głowie. Próbowałam schwytać kilka z nich, jednak nadaremnie. Tyle razy wyobrażałam sobie ten moment, jednak nie w ten sposób.
- Kocham cię, As - wydusiłam z siebie w końcu, łamiącym się głosem. Z moich oczu chyba leciały łzy. Tori pocieszająco przykryła moją łapę swoją.
Wilk spojrzał na mnie w czystym szoku.
- Ty CO?
- Nie każ mi tego powtarzać - mruknęłam.
- Tak... Dobra. Ale... Edel, ja...
- Wiem, wolisz Tori. Zawsze tak było.
W mój głos wkradła się odrobina jadu.
- Nie wiedziałem... Edel, tak mi przykro... Cholera...
Machnęłam zdecydowanie ogonem.
- Przestań - nakazałam. - Nie chcę tego słuchać. Rozumiem i nie kwestionuję. Daj temu spokój.
As nie wyglądał, jakby miał zamiar dać spokój.
- Ale...
- As... - wtrąciła ostrzegawczo Tori.
As westchnął dalej zszokowany.
- Jasne. Dobra. To...
- Kontynuujcie - poleciłam, owijając ogon wokół łap.
Tori skinęła łbem i powróciła do opowieści. As wpatrywał się we mnie tępym wzrokiem, podczas gdy ja usilnie unikałam jego spojrzenia i próbowałam skupić się na spokojnym głosie dawnej przyjaciółki. Nie szło mi tak źle - powiedziałabym raczej, że całkiem dobrze. Historia Torance bardzo dobrze odwracała moją uwagę od choroby lub pewnego samca, który ciągle się na mnie gapił.

C.D.N.