Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valkoinen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valkoinen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 września 2018

Od Valkoinena "Kolejne karty" cz. 1

Listopad 2021
Trzymałem w pysku kolejną zdobycz tego wieczoru. Każdy z mojej drużyny polowań był bardzo zadowolony z naszego łupu. Rzadko zdarzało nam się trafić na kozicę górską. W szczególności tak dużą. Ta była na tyle duża, że niosła ją najsilniejsza z naszego grona. Tym bardziej że zbliżała się zima. Wiązało to się też z tym, że z każdego polowania musieliśmy wrócić z dwukrotną ilością zwierzyny. Byliśmy cali obładowani ciałami martwych zwierząt. Kursowaliśmy w jedną i drugą, żeby przenieść wszystkie zwierzęta. Jednak przed tym zjedliśmy trochę pożywienia. Inaczej szybko skończyłaby się nam siła.
Po skończonej, czasochłonnej robocie w końcu mogłem odpocząć. Należało mi się to. Ruszyłem na festyn. Szczęśliwy spojrzałem na Navri. Zdawało mi się rosła z każdym dniem. Chciałem wziąć udział w jakieś konkurencji, kto wie, może nawet w dwóch? Jeszcze nie wiedziałem, czym się zajmowała, jednak i tak do niej było mi najbliżej.
W białawych łapach trzymała opaskę na oczy. Nie wiedziałem, co zamierzała z nią robić. Nie kojarzyło mi się nic z czymś takim.
- Cześć Navri! - krzyknąłem z daleka. Wadera ma jaskinię bardzo blisko mojej. Chcąc nie chcąc i tak ją poznałem.
- Hej Valk! - Spojrzała się z zapytaniem w oczach. Na pewno zdziwiło ją to, że rozmawiam z nią. Wcześniej nie miałem zbyt wielu okazji. Co najwyżej kilka.
Uśmiechnąłem się do niej i przystanąłem naprzeciwko jej oczu. Musiała wysoko zadzierać łeb. Zresztą mój pysk również skierowany był bardzo nienaturalnie. Zazwyczaj skierowany miałem delikatnie ku górze.
- Prowadzisz jakąś konkurencję, prawda? - Wadera nieznacznie przytaknęła głową w dół, po czym z powrotem przekierowała łeb na mnie.
Stała na pozór zwyczajnie, jednak w łapach nadal miała opaskę, którą zgrabnie przekładała z jednej do drugiej. Sprawiało to wrażenie, jakby była parząca, a dłuższe utrzymanie jej w łapach mogło sprawić jakieś uszczerbki na zdrowiu.
Czasem stwierdzałem, w myślach: jak dobrze, że nikt nie umie zaglądnąć w mój umysł. Później zawsze przypominam sobie o pewnej Becie. Już nie robi mi się tak wesoło. Przecież może w każdej chwili zajrzeć do umysłu. Może dlatego uważa mnie za takiego debila, pomyślałem. Całkiem możliwe, że kiedyś wszedł do mojego umysłu i nawet świetnie się bawił.
Hamowałem się, żeby nie zrobić skwaszonej miny. Wyszło mi to jako tako, jednak przynajmniej nie okazywałem, że nie skupiam się wcale na mojej rozmowie z Navri. Skarciłem siebie i wlepiłem w nią oczy. Wcześniej mądre, zamyślone, jednak teraz patrzyłem się na nią tempo.
- Och, tak – powiedziała jakby zawiedziona, że ktoś rozmawia z nią tylko z takiego powodu. - Prowadzę konkurencję ukrycia nieznanego przedmiotu – dodała po chwili.
- Nadal można wziąć w tym udział? - Zanim wypowiedziałem pytanie, szybko cofnąłem się myślami wstecz o kilka miesięcy. Nic mi nie przypominało, żebym już wcześniej brał w tym udział. Chyba nawet kilka razy minąłem to miejsce, jednak nie skupiłem się na nim dłużej, niż przez kilka sekund. Szybko odwracałem łeb i zazwyczaj patrzyłem się na miejsce, gdzie razem z Asem zgadywaliśmy magiczne stworzenia. Musiałem przyznać, że tamten dzień naprawdę miło wspominałem.
- Oczywiście, że tak. - Uśmiechała się od dłuższej chwili jakby znudzona, że tyle czasu musi siedzieć w tym miejscu bez żadnego wilka. Ton głosu zapowiadał dobry humor u albinoski. W końcu przyszedł jej wybawiciel.
- Na czym polega konkurencja? - Wadera nałożyła mi opaskę na oczy. Kiedy ujrzałem szary materiał, stwierdziłem, że będzie szorstki. Jednak kiedy przylgnął do moich powiek, poczułem coś zupełnie innego. Była bardzo jedwabna, sama opaska nawet nie wrzynała mi się w skórę.
Uśmiechnąłem się szeroko po miłej niespodziance. W końcu nie wiedziałem, jak długo będę musiał się jeszcze z nią zakolegować.
- Mam pewien przedmiot – zaczęła tajemniczo. Miałem wrażenie, że raczej mi nie powie jaki przedmiot. - Jest bardzo mały, jednak będzie ukryty nie więcej niż pięćdziesiąt metrów od tego miejsca.
- Jaki to przedmiot? - spytałem zniecierpliwiony. Zaległa chwila ciszy, a ja nadal oczekiwałem na odpowiedź młodej wilczycy.
- Chodzi o to, że właśnie nie mogę ci tego powiedzieć, na tym polega cała zabawa.
Żałowałem, że wcześniej nie zdecydowałem się pójść na tę konkurencję. Wydawała się naprawdę fajna, a ja od zawsze miałem w sobie coś z odkrywcy. Przynajmniej tak mi się wtedy zdawało.
- Kiedy odwiążesz mi oczy? - Naprawdę dziwnie się czułem, kiedy nie mogłem mrugnąć. Co prawda nie odczuwałem takiej potrzeby, jednak było to dziwne.
- Od razu, kiedy ukryję przedmiot. - Przytaknąłem, chociaż nawet nie wiedziałem, czy zobaczyła ten nieznaczny ruch.
Słyszałem szelest, który za wszelką cenę próbowała ukryć. Jednak krążyła dookoła, żebym w żadnym momencie nie był pewny, dokąd się kieruje. Było to bardzo sprytne posunięcie. Kilka razy się zatrzymywała, jednak za każdym razem w innym miejscu. Aż w końcu zatrzymała się po raz ostatni i ruszyła odwiązać mi oczy. Myślała, chyba że nie będę wiedział.
Puściłem się biegiem przed siebie. Przechodziłem w tamtym miejscu masę razy, a Navri miała ze mnie niezły ubaw. Zrobiła to celowo, a ja straciłem tyle czasu! Roześmiałem się i przyłożyłem nos do ziemi. Miałem nadzieję, że teraz coś wyczuję. Jednak jej zapach z jednej strony zmieszał się z tym z drugiej. Nie mogłem tego tak szukać. Nieważne jak było to małe, ale musiałem wyszukać to oczami. Zwolniłem kroku i powoli rozglądałem się pod wszystkimi krzakami. Przystanąłem na bardzo długo pod drzewem. Zdawało mi się albo tutaj naprawdę coś było. Przytkałem nos do ziemi. Nie wskazał mi żadnego tropu. Zawiedziony jedynie westchnąłem i ruszyłem w przód. Syknąłem bardzo głośno, kiedy poczułem, jak coś wbija mi się w łapę. Podniosłem ją w górę i ujrzałem tak jakby pióro... Chociaż trochę się różniło. Na końcu było zakończone ostrą końcówką, która oczywiście musiała dostać się w mój opuszek. Było bardzo dziwne, na górnej granicy pióro było rudawe, im dalej w dół stawało się na przemian biało-rudawe. Na domiar tego wszystkiego było pięknie lśniące w słońcu. Było to chyba pióro jakiegoś magicznego stworka, ale nie mogłem go sobie zupełnie przypomnieć.
- Gratuluję – powiedziała, wołając w moją stronę radośnie. Chyba była zadowolona, że wreszcie będzie miała spokój. Na jej miejscu też bym się cieszył, pełno wilków przychodzi na konkurencje, żeby dostać nowe karty.
Właśnie! Coś krzyknęło w moich myślach, a ja o mało nie powstrzymałem się od podskoczenia. Musiałem iść na kolejną konkurencję, nie byłem jeszcze na bieganiu.

<C.D.N>

Wygrane karty: brązowe: Góry, Jezioro; srebrne: Beta; złote: Hitam.

Uwagi: Drobnostki, które już przedstawiłam na discordzie.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Od Valkoinena "Fantastyczni idioci" cz. 2 (CD. Asgrim)

Oba opowiadania z serii były wymyślane przez autorki, które siedziały razem w pokoju i wymieniały się głupimi pomysłami.

Sierpień 2021
Ukłoniłem się i rozejrzałem po sali. Twarze były bardzo znajome, jednak z imienia rozpoznałem tylko jedną osobę, Cess. Siedziała w jednym z dalszych rzędów, gdy nasz wzrok się skrzyżował pokiwała delikatnie głową z uznaniem. Skierowałem się za czerwoną kurtynę, zawieszoną wysoko nade mną, na dole była lekko zawinięta. Poczłapałem bardzo wolnym krokiem zwanym u mnie jako krok "jestem bardzo elegancki i dostojny" do przebieralni. Gaja podeszła do mnie i pogratulowała występu. Niedawno jeszcze taka młoda, teraz rosła w oczach. Pokłoniłem się nawet bardziej teatralnie niż na samej scenie. Wadera zaśmiała się swoim jeszcze dziecięcym głosikiem i ruszyła do wyjścia z małą torbą. Zdawało mi się, że jest starsza, niż zawsze podejrzewałem, jednak nie wypadało mi o to pytać.
Podszedłem do lustra i przyglądnąłem się mojemu "strojowi". Nie był on do końca przebraniem. Coś takiego to chyba nieprzebranie. Wyglądałem... dziwacznie, powiedziałem w duchu tylko dlatego, żeby nie powiedzieć jak debil. Na sierści namalowane miałem szare pasy w odstępie jednej łapy. Codziennie przed występem Gaja rysowała mi coś takiego na ciele. Wydawać by się mogło, że nasza praca nie jest wymagająca, jednak musimy już godzinę przed występem być na miejscu. Wyglądało to jak jeden ze śmieci, które czasem znajduję w lesie. Ludzie porzucają tego pełno w lesie, nigdy nie wiesz, co znajdziesz. Ostatnio znalazłem przed wejściem do smoczych podziemi jakiś dziwny medalion. Moja babcia kiedyś nosiła podobny. Dowiedziałem się, że to jakiś medalion ognistych smoków, cokolwiek to znaczy. Dzisiaj po pracy chciałem go dokładniej zbadać. Zastanawiałem się, czy ktoś go czasem nie zgubił.
Wziąłem do mojej ogromnej łapy malutką, różową buteleczkę i wylałem trochę jej zawartości na ciało. Szybko zmazałem wszystkie ślady. Co prawda nie było to tylko wylanie płynu na ciało. Rzuciłem na siebie ponownie okiem. W takim stanie mogłem już wyjść.
Z wielkim uśmiechem na pysku wyszedłem z małej jaskini. Spojrzałem na ślady moich łap na piasku. Były bardzo mocno wgłębione, jakbym ważył więcej, niż naprawdę. Sączyła się z nich woda, a ja tylko wzruszyłem na to obojętnie ramionami. Co prawda to nie był jeden z cieplejszych dni tego miesiąca, ale kiedyś na pewno wyschnę.
Przed moimi oczami ukazał się basior ze średnio ciemnym futrem. Obok niego stał drugi. Jego futro było już nieco bardziej unikalne, nawet o wiele bardziej. Niebieski bardzo do niego pasował. Jak to ja oczywiście bardzo miło powitałem moich dwóch szanownych kolegów. Kiwnęli tylko głowami, a tak, chyba właśnie przeszkodziłem im w rozmowie.
Nie kontynuowali jej dalej, tylko czekali, aż ja coś powiem. Także jak to ja, musiałem coś genialnego odpalić. Nie byłbym sobą, gdybym coś takiego nie powiedział.
- A to co za zebranie? - Spytałem jakoś w tym stylu. Na pewno byłem bardziej elokwentny niż zazwyczaj, a przynajmniej się starałem taki być. Jak mi wyszło, to już druga, zupełnie inna, odmienna sprawa.
Po dłuższej rozmowie obydwoje, a bardziej ten wredny As wkopał mnie w konkurencję o jakiś magicznych stworzeniach. Był całą sprawą bardzo zaciekawiony, a ja nie mając na dzisiaj nic do roboty oprócz wisiorka. Stwierdziłem, że nawet może być. Oczywiście musiał, ale to musiał mi trochę podokuczać. Nie byłby inaczej sobą. Taki młody, a taki cwaniaczek.
- To co? Bierzemy udział? – Zwróciłem się w jego stronę. Mogłem przyrzec, że dostrzegłem błysk w jego oczach.
- Nie boisz się porażki, staruszku? - Uniósł tylko jeden kącik wargi w górę. Pokpiwał sobie ze mnie w żywe oczy!
- Nie. - Byłem bardzo pewny tego, że moja ogromna wiedza rozmiecie go na łopatki. Padnie i nie wstanie. - Zwykle starsi odznaczają się rozleglejszą wiedzą – powiedziałem dumny z siebie.
- Właśnie, zwykle... jednak u ciebie wiek i mądrość chyba nie idą w parze.
- Masz rację, moja inteligencja znacznie przerasta mój wiek. - Wypiąłem pierś przed siebie i byłem jak prawdziwa wadera.
- Chciałbyś – skomentował krótko i spojrzał na samca obok. Bardzo grzecznie stał obok. - To chyba znalazłem swojego przeciwnika.
Spojrzałem na niego jeszcze raz dogłębniej. Czy ja aby na pewno chcę brać w tym całym zadaniu udział? Pomyślałem prawie na głos. Nie chciałem przecież go pogrążyć. Biedny pewnie jeszcze nie wie na co się pisze.
- Kiedy możemy wziąć udział? – Spytał przebierając łapami, a ja prawie wykrzyczałem, że natychmiast. Moja duma i honor jednak mi na to nie pozwoliły. Wziąłem głęboki wdech, zanim się odezwałem. Może nawet kilka.
- Teraz – powiedziałem z nonszalancją i ogromnym spokojem jak na mnie.
Basior tylko niby obojętnie wzruszył ramionami. Samiec, który ciągle przysłuchiwał się naszej rozmowie zamienił się w człowieka. Szczerze mówiąc brzydziły mnie te istoty. Tylko śmiecą lub cmokają do mnie. Tacy durni, a uważają, że to ja nie mam mózgu. Zbiorą trujące grzyby i uchachani próbują mnie nakarmić. Ja z zadowoleniem zawsze odmawiałem. Patrzyłem ciekawie jak chowają to do swoich toreb. Później nie przychodzili. Nie smakowały grzybki?
- Gotowi? - Tym razem z odpowiedzią wyrwał się Młody.
Drugi samiec, którego imienia nigdy nie pamiętałem (jego istnienia również) spojrzał na nas wyczekująco.
No to zaczynamy.
Basior wyciągnął pierwszą kartkę z uśmiechem. Co tu dużo mówić, przecież nawet ludzkie szczenię by to odgadło. Kilka węży wpadło w pułapkę, zaplątały się ze sobą przypadkowo. Chyba że po prostu się ze sobą wspaniale bawiły przyjaźnie przytulając. W końcu każdy gatunek bawi się w inny sposób, chociaż większość na siebie skacze, a oni robią chyba co innego.
- Ja wiem! - Krzyknąłem zdzierając sobie gardło i klepiąc obydwoma łapami o podłoże. - To są przecież węże! One się ze sobą po prostu poplątały!
Mogłem przyznać, że zauważyłem kątem oka mały ruch ciała basiora. Może się hamował? Przemknęło mi pytanie. Kiwał twierdząco głową, może nawet nieświadomie, ale zdawało mi się, że potakuje na moją niewiarygodnie mądrą odpowiedź.
- Debilu, nie widzisz, że to nie są żadne węże?! - Krzyknął na mnie, a ja o mało co nie poleciałem z zaskoczenia w tył i na ziemię. Na szczęście tylko się zachwiałem. Ten wilk jest okropny!
- No to może panie geniuszu powiesz mi co to takiego jest? - Wiedziałem, że nie wie. Byłem tego prawie pewny.
Wilk zamknął pysk. Już chciał mnie dalej zjechać z góry do dołu. Jednak on na pewno nie znał odpowiedzi na te pytania.
- Kto wymyśla takie głupie obrazki? - Spytał, patrząc na mnie i szukając w moich oczach uznania. Gdyby nie fakt, że właśnie ze sobą rywalizowaliśmy, to śmiało bym przyznał mu rację.
- Wilki głosu nie mają – powiedział animator. Chyba sam nie do końca pamiętał, że jest wilkiem. - Nie mogę żadnemu uznać odpowiedzi. Jest to hydra.
Zgodnie z jego słowami wilki nie mają głosu. Porozumieliśmy się z Asem wzrokiem i obydwoje zamieniliśmy się w posągi.
- No to teraz to. - Wyciągnął coś jeszcze dziwniejszego. Mieliśmy siedzieć cicho i właśnie to robiliśmy. - Czemu siedzicie cicho?
Żaden nie zamierzał nic mówić. Patrzeliśmy się tylko po sobie.
- Mieliśmy się nie odzywać – odrzekł Asgrim z bestialskim uśmieszkiem.
- Tęczowy jednorożec! - Wykrzyczałem, korzystając z nieuwagi rywala.
Obydwoje ze zdziwieniem spojrzeli się na mnie.
- To jest nie fair – powiedział urażony. - Ja też to wiedziałem przecież.
- Według zasad jest sprawiedliwe – powiedział prowadzący.
Asowi najwyraźniej nie spodobało się moje zachowanie. Jednak chciałem, chociaż teraz coś odgadnąć, w głębi serca wiedziałem, że nie znam się na tym. To mogła być jedyna okazja, żebym coś zgadnął.
Basior od karteczek znowu zaczął coś tam mieszać w ludzkich łapach. Chociaż na miano łap to one nie zasługują. Pokazał lisa, albinoskiego lisa. Był bardzo... dziwny. To znaczy wszystkie lisy są nie fajne, ale ten chyba wygrywał. Dostał jednak plusa za bycie białym. Tak jakoś podświadomie go dostał, nawet tego nie planowałem. Miał kilka ogonów, jakby poobcinał innym i przykleił sobie. Miałem wrażenie, że nieruchome oczy na kartce niemal mrugały w moją stronę. Bardziej przypuszczałem opcję drugą, po prostu chciały mnie spalić.
- Czy to jest coś w rodzaju... białego lisa? - Spytał geniusz odkrywca. Miałem ochotę wstać i krzyknąć "klękajcie watahy, oto wasz geniusz się ukazał" – Z dużą ilością ogonów... ? - Stawał się coraz bardziej odkrywczy.
- Poważnie? - Prychnąłem w jego kierunku i o mało nie pokiwałem z niedowierzaniem łbem.
- A co CI to przypomina? - Jego oczy zamieniły się w kreseczki. Nadal był na mnie wkurzony, chyba nawet się wcale temu nie dziwiłem. Też byłbym na jego miejscu wkurzony. Chyba nawet o wiele bardziej.
Oczywiście obrazek przypominał mi to, co jemu. Jednak prawdziwa nazwa tego zwierzęcia gwizdała w moich myślach. Chyba chciała, żebym do niej przyszedł. Jednak zupełnie nie wiedziałem, gdzie ona może być.
- Białego lisa z kilkoma ogonami – wilk parsknął, a ja nie zrozumiałem czemu. Przecież wpadł na to samo. - Znaczy... No tak. Patrz, jakie ma oczy.
- To Kitsune Zenko – powiedział basior, który teraz stał przed nami jako człowiek. Mógłbym się założyć, że sam tego wcale nie wiedział. Musiał wyczytać to wszystko z kartki.
- Co?! - Z naszych gardeł wyrwał się równy okrzyk jak wojskowych.
- Kitsune Zenko – powtórzył człowiek. No gościu, to było przecież pytanie retoryczne.
Wymieniliśmy z Asem zgodne spojrzenia, ale nie wiedziałem, na co ja się zgadzam. Na następnej kartce była ogromna gadzina, taką znalazłem przed wejściem na smocze podziemia, ledwo uszedłem z życiem, kiedy zionął ogniem nad moją głową. Prawie przypalił mi uszy! Pochwyciłem medalion i zacząłem uciekać. Smok gonił mnie jeszcze trochę po wyjściu, po czym z powrotem powrócił do swoich podziemi.
Patrząc na moją niedawną przygodę, to zgadnięcie tego nie było trudne. Naprawdę, tym razem nie żartowałem, wiedziałem. To był smok. Zwykły najzwyklejsze smoczysko.
- Smok latający! - Krzyknął równo ze mną.
- Smok! - Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że było już trochę za późno. Chyba powinienem powiedzieć latający.
- Przykro mi Valk. Zbyt mała precyzja. Punkt zdobywa As. - Dante skinął głową do Asa. To był jakiś spisek! As krzyknął głośno, nawet chyba aż za bardzo. O mało nie ogłuchnąłem.
Nabrałem powietrza po jego okrzyku, ledwo słyszałem! Kilka kartek potem zakończyliśmy grę. Wiedziałem, że Dante miał nas bardzo szybko dość. Pewnie miał nas za ogromnych debili. Jednak miałem wrażenie, że on wcale lepiej by sobie w tym nie poradził.
Stwierdziłem, że najbardziej wkurzający basior, jakiego w życiu poznałem, może nie jest taki zły. Może kiedyś bylibyśmy w stanie się zaprzyjaźnić? Nie denerwował mnie przynajmniej tak jak wcześniej.
- To co, za jaki czas dogrywka? - Wiedziałem, że będzie chciał! Najszczerzej mówiąc, całkiem przyjemnie się bawiłem. Cokolwiek bym nie mówił, właśnie tak było.
- Kiedy zechcesz. Obserwowanie twojej przegranej to będzie wspaniały widok. - Uśmiechnąłem się, ukazując rządek białych kłów.
- Zobaczymy, kto przegra.
Każdy z nas poszedł w swoją stronę. Byłem naprawdę zadowolony. Teraz tylko medalion.

<As, ale nie kończ za szybko>

Wygrał Asgrim!
Asgrim: brązowe: Sarny, Wojownik, Bibliotekarz, Medalion Rosnącej Potęgi, Róża Harmonii; srebrne: Woda, Powietrze, Świat Mroku; złote: Valixy i Leonard
Valkoinen: brązowe: Wodopój, Jezioro, Róża Hery, Niebieski Agrest; srebrne: Gamma, Xeral

Uwagi: Nie można "przykiwnąć", tylko "kiwnąć". Za dużo przecinków.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Od Valkoinena "Skrzydlata wadera" cz. 3 (CD. Lind)

Czerwiec 2021
Wadera siedząca naprzeciwko mnie wpatrzyła się w moje bladoniebieskie oczy, oczekiwała jakiejś odpowiedzi. Nie wiedziałem, ile byłbym w stanie opowiedzieć. To wszystko nadal było dla mnie zbyt trudne. Opuściłem wzrok na jej mrożoną herbatę. Kubek był naprawdę duży, a jej łapki przy nim takie malutkie. Zdawało mi się, że wilczyca była zadowolona ze spotkania, ale łapy nie dałbym sobie uciąć. Jedną z nich bawiła się jeżdżąc po drewnianym blacie. Byłem jak kot, zupełnie nie mogłem oderwać wzroku od poruszającego się obiektu.
- Wcześniej mieszkałem z dwiema siostrami i rodzicami. W naszym domu wybuchł pożar, kiedy byłem w drugiej części jaskini, z której dało się uciec. Jednak pozostali zostali w środku.
- Chyba nie powinnam pytać. Przykro mi z ich powodu.
- Nie mogłaś przecież wiedzieć – spojrzałem na nią. Widać było, że lekko się zakłopotała. - Znalazł mnie basior, As.- Uśmiechnęła się, na pewno poznała go już. Gdyby nie jego upartość i moje zmęczenie tamtego dnia, chyba byśmy się polubili. Chociaż i tak go w pewnym stopniu polubiłem.
- Może pogadajmy o czymś przyjemniejszym – kontynuowałem po kilku chwilach milczenia – masz towarzysza, prawda?
- Mieliśmy pogadać o czymś przyjemniejszym – powiedziała delikatnie roześmiana. Jej śmiech od razu na mnie przeszedł. - Ting co prawda nie jest aż taki zły. Czasem się mnie słucha. Myślę, że tylko sprawia wrażenie takiego, jakim jest.
- To jaki jest?
- Na co dzień jest bardzo złośliwy, rzuca też niemiłymi uwagami. Jednak sądzę, że jakby przyszło co do czego to potrafiłby walczyć o mnie. Nie widziałam wcześniej, żeby był dla kogoś taki miły, jak dla mnie.
Od godziny siedzieliśmy w restauracji. Na zmianę opowiadaliśmy sobie nasze historie w watasze. Nie miałem ich za dużo, także mówiła więcej, szczerze mówiąc odpowiadało mi to. Lind (jej imię zapamiętałem bardzo szybko) często wspominała o swoim towarzyszu. Słuchałem jej słów z uwagą, zresztą ona moich też. Jednak częściej to ona opowiadała. Uzgodniliśmy, że za kilka dni może pójdziemy na festyn i jeszcze większe może pójdziemy zrobić jakieś konkurencje. Za każdym razem, kiedy wspominała o basiorze zwanym Crane coś we mnie pękało. Przed naszym spotkaniem natknęła się na basiora. Kiedy powiedziała o tym moje ciało naprężyło się, nie wiedziałem nawet czemu tak się dzieje.
- Z twoich opowieści wynika, że dużo czytasz – powiedziałem spoglądając się na jej kolorowe piórka.
- Całkiem sporo – uśmiechnęła się w moją stronę, a w środku mnie coś szalało. Chyba jest dla mnie... ważna, chyba tak, nic więcej, Valk, powiedziałem do siebie. Wątpię, żebym miał u niej jakieś szanse. - Umiesz czytać?
Właśnie w tym momencie przyszła chwila, w której miałem się przed nią zbłaźnić. Zobaczy, jakim jestem debilem i już więcej nie będzie chciała się ze mną zadawać.
- Nie umiem – powiedziałem ze wstydem i szybko zacząłem się tłumaczyć - Wiesz, właśnie chciałbym się nauczyć. Jednak najpierw będę uczył się liczenia.
- To wcale nie będzie takie trudne – spojrzała na mnie z pokrzepiającym wzrokiem. Chyba dostrzegła, że nie wiem, czy nawet nauczyłbym się liczenia.
Spojrzałem się na nasze talerze. Wzrok Lind również powędrował w ich kierunku. Nie chciałem, żeby doszła do tego samego wniosku co ja. Na dworze zaczęło się ściemniać. Całkiem dawno temu zaczęło zachodzić słońce. Teraz niebo było prawie czarne. W restauracji nie było wcale wiele wilków. Większość poszła do baru. Uznałem jednak, że dam jej wybór. Chyba stwierdziła, że jak na nasze pierwsze... spotkanie koleżeńskie restauracja będzie lepszym miejscem. Może stwierdziła, że nie będzie mnie ściągać na złą drogę, przeszło mi przez myśl. Poczułem jak moje drugie wcielenie się zaśmiało. Nie, ono nie wyraża uczuć, ty gamoniu.
Podeszła do nas mroczna wilczyca, dam głowę, że nie jest taka młoda, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka zdawać.
- Gołąbeczki coś jeszcze zamawiają?
Moje usta prawie miały skwaszoną minę. Nie przeszkadzało mi to określenie, ale nie wiedziałem, jak sprawa miała się z Lind. Kątem oka spojrzałem na waderę. Z jej sylwetki nie dało się nic dostrzec. Jej pysk też nic nie wskazał. Dziwne, może jednak... nie Valk, lepiej skończ.
- Tak właściwie to nie jesteśmy parą – powiedziała Lind, a Yuki, jeżeli dobrze pamiętałem spojrzała się, jakby to ją wcale nie obchodziło. Miała rację, jest w pracy, a nie na pogawędce. - Nie, to wszystko, zaraz i tak wychodzimy.
Nasze talerze były puste, a wilczycy została jeszcze końcówka mrożonej kawy. Błagałem, żeby nie kończyła tego za szybko. Kelnerka odeszła od nas i ruszyła w kierunku innego stolika. Lind poprawiła grzywkę nalatująca jej na oczy i spojrzała na mnie pytająco.
- Twoje kolorowe piórka to naprawdę nie są skrzydła? - powiedziałem podejmując się tematu sprzed kilku chwil. Wadera uśmiechnęła się.
- Naprawdę, są to tylko zwykłe kolorowe piórka. Unosi mnie moja moc, nie do końca one. Skrzydła naprawdę byłyby mi niepotrzebne.
- Coś jeszcze potrafisz? - spytałem kierując wzrok na przesuwające się łapy.
- Nie tak mało – odparła. Nagle obok moich łap talerz wzniósł się w powietrze i wylądował na środku, pomiędzy nami. Ze swoim zrobiła to samo, a ja nie wiedziałem co się dzieje.
- To ja je w takim razie odniosę – powiedziałem. Wstałem z miejsca i chciałem zabrać talerze.
Wilczyca była znacznie szybsza i wzniosła talerze nad naszymi głowami.
- Najpierw do nich dosięgnij – powiedziała z triumfem w głosie.
- Myślisz, że tak łatwo się poddam? - Spytałem zaczepnie.
- Tak właśnie myślę – powiedziała wyciągając język.
Razem z moją genialnością wymyśliłem plan, na który nic nie mogła poradzić. Skoczyłem i położyłem waderę na ziemi. Brodę umiejscowiłem na jej klatce piersiowej. Przytrzymałem jej łapy moimi.
- I co teraz zrobisz mądralo? - Chyba pożałowałem tego pytania.
Pchnęła mnie wiatrem do tyłu, a ja o mało nie upadłem na stolik obok. Dziewczyna się zaśmiała, a ja zobaczyłem, jak wypuszcza z powietrza talerze. Całkowicie o nich zapomniała. Wypuściłem moje drugie wcielenie i jak zawsze spróbowałem nim czegoś dotknąć. Rozwinięcie tej mocy średnio mi wychodziło. Czasem mi się zdarzało, ale nie tym razem. Przez moment trzymało naczynia, jednak moja jeszcze słaba moc nie umiała ich dłużej utrzymać. Talerze upadły z hukiem na ziemię, a wszyscy dookoła skupili na nas wzrok. Popatrzyliśmy na siebie kryjąc uśmiechy.
- Uciekajcie mi lepiej z tej restauracji! – krzyknęła głośno Yuki. Skarciła nas wzrokiem i pokiwała głową z niedowierzaniem.
Dwa razy nie trzeba było nam powtarzać. Wilczyca, która przed momentem dalej leżała na ziemi szybko podniosła się i spojrzała na mnie z delikatnym uśmiechem.
- Chodź, tak będzie lepiej. - Pokiwała zgodnie głową. Ruszyła ze mną równym krokiem i szliśmy obok siebie łapa w łapę. Wszyscy wokół nas wyprowadzali nas wzrokiem. Ledwo mnie przyjęli do tej watahy, a ja już wszystko psuję.
- Kiedyś to może być naprawdę dobre wspomnienie. – Pokiwałem z uśmiechem głową. Na pewno nie będzie to nasze jedyne wspomnienie, pomyślałem.
Wszystko byłoby prostsze jakbym wiedział chociaż, czy się jej podobam. Nie musiałbym się ciągle zastanawiać nad tym, co powinienem w danym momencie zrobić. Może przyszła tutaj, tylko żeby być miłą, a tak naprawdę jestem dla niej palantem?
Zna przeciwka obserwował nas pewien basior. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Nie wiedziałem, o co mu chodziło. Wpatrywał się w naszą dwójkę już od kilku chwil. Wskazałem Lind łapą na niego, a ona przytaknęła, że go zna. Wilk powoli podchodził bliżej.
Z niewiadomych przyczyn moja sierść się jeżyła, przybrałem wojowniczą posturę. Ciągle wzrok miał wbity we mnie, a ja w niego. Lind poczuła, że coś jest nie tak.
- Nazywa się Crane – wytłumaczyła samica. Kiwnąłem głową, zdawało mi się, że jakoś go nie polubię. W szczególności, jak zobaczyłem jego wzrok zmierzający na Lind. - Pochodzi z tej drugiej watahy.
Dzieliło nas od niego zaledwie kilka kroków. W pewnym momencie stanął i spojrzał na nas. Uśmiechnął się według mnie szyderczo i otworzył pysk, gotowy do rozmowy. No to się zaczyna.

<Lind>

Uwagi: Wciąż są problemy z podziałem zdań i oddzieleniem narracji od myśli.

sobota, 25 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Poranne wróble" cz. 2 (CD. Cess)

Lipiec 2021 r.
Mała wilczyca stała przede mną, a ja wesoło spoglądałem na nią. Musiałem przyznać, że jej wygląd lekko mnie rozbawiał. Była drobna, ale to wcale nie oznaczało, że była niegroźna. W takim małym ciele tkwił diabeł. Chyba nawet coś w tym było, miała dwa rogi. Co prawda tylko ten z lewej strony ciała zachował się nienaruszony. Drugi wyglądał jakby ktoś go urwał. Jej wygląd trochę przypominał smoka.
Wskoczyła do wody i spojrzała wymownym wzrokiem. Jak już wcześniej wspomniałem o diable w tej małej istocie, cóż, przekonałem się, że to nie tylko diablica z wyglądu.
- Widzę, że ty też lubisz pływać – powiedziałem spoglądając na nią wesoło.
- Zaraz dowiemy się, jak bardzo TY lubisz pływać – powiedziała uśmiechając się w moją stronę. Spojrzałem pytająco, a ona odpłaciła mi się gromkim śmiechem. Coś w nim było, nie dało się nie śmiać, słysząc go. Pociągnęła mnie za łapę, a ja niespodziewanie wpadłem do wody. Towarzyszył ku temu ogromny hałas, jakby ktoś wrzucił co najmniej jakiś ciężki kamień do wody. Kiedy wynurzyłem się z wody, mój śmiech dołączył do jej i podpłynąłem w stronę Cess. Musiałem jej przyznać, była bardzo szybka.
- Zaraz się policzymy – rzuciłem w jej stronę z lisim uśmieszkiem. Lisy, okropne stworzenia, zawsze, jak chciało się od nich coś kupić, musiały cię oszukać. Zasada pierwsza: nigdy nie kupować nic od lisów.
- Chciałabym to zobaczyć – powiedziała to jeszcze cwaniej ode mnie.
W pewnym momencie zanurkowałem chcąc ją chwycić za tylne łapy i przyciągnąć do siebie. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ich nie ma. Szybko wypłynąłem na powierzchnie.
- Gdzieś ty zgubiła te łapy, no i ten ogon. - Była to rzecz naprawdę zdumiewająca. Pomyślałem, że to czary, ale nigdy nie słyszałem o czymś takim. Wadera lekko piskliwie zaśmiała się na moje słowa.
- Każdy ma jakieś talenty, no nie? - Miałem totalnie osłupiałą minę, na co wilczyca, (może jednak diablica) ponownie się zaśmiała. - No dobrze, mam żywioł wody – uśmiechnąłem się, w końcu zaczynałem coś z tego łapać.
- Dlatego tak świetnie pływasz! - Kiwnęła głową na znak potwierdzenia. - Potrafisz coś jeszcze?
- Tak, całkiem sporo rzeczy – spojrzałem na nią ponaglająco. Bardzo chciałem to zobaczyć. No błagam, nie baw się mną! - Nie! - krzyknęła śmiejąc się dalej – Kto wie, czy kiedyś nie będziemy czasem wrogami? - Co za diabeł!
Posłała w moją stronę dumny uśmiech, czy diabły potrafią czytać w myślach? Słońce zaczęło ukrywać się za chmurami. Nie było szansy, aby szybko się wyłoniło. Dzisiejszy dzień był bardzo pochmurny. Od razu stało się zimniej, a ja poczułem ochotę wyjścia na brzeg. Cess ujrzała moją kwaskowatą minę. Jej chyba też było zimno. Im dłużej siedzieliśmy w wodzie, tym bardziej stawało się paskudnie. Będzie trudniej wyschnąć, powiedziałem w mojej głowie.
- Wychodzimy już? - Energicznie przytaknęła głową, przynajmniej znowu mnie nie pociągnie do wody.
Obydwoje prawie rzuciliśmy się na brzeg. Każde z nas wytrzepywało z sierści wodę. Wymieniliśmy spojrzenia.
- Wyglądasz jak niewylizany kot – powiedziała hamując śmiech. Krótko jej się to udawało. Już po momencie położyła się na przednie łapy i ukryła pysk w łapach tłumiąc śmiech.
- Zaraz cię wrzucę do tej wody – powiedziałem zbliżając się do niej. Nic sobie z tego nie zrobiła, więc stanąłem krok przed nią spoglądając w oczy. Powoli się uspokajała.
Pokiwałem głową na boki, jednocześnie wzdychając. Zostawię to bez komentarza.
- Chodź, idziemy – powiedziałem i ruszyłem szybkim tempem przed siebie.
- Idziemy? Gdzie? - Zerwała się i już po momencie dumnie kroczyła przy moim boku. Dało się dostrzec w jej oczach błysk zaintrygowania. Przez moment wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem.
- Na festyn – powiedziałem uśmiechnięty. Całkiem miło spędzało mi się z nią czas. Przypominała mi moją młodszą siostrę. Chyba nie dało jej się ujrzeć smutnej. Była bardzo zaintrygowana światem.
- Pracujesz na festynie, prawda? - Kiwnąłem łbem. - Tak właśnie myślałam! Chyba coś takiego mi się zdawało. Kim tak właściwie jesteś?
- Występuję jako mim.
- Ty? Jako mim? Dałabym uciąć łapę, że nie umiesz siedzieć cicho!
- Chyba już nie miałabyś tej łapy – powiedziałem wskazując na jej szarą kończynę. Młoda zapatrzyła się na nią, tymczasem ja popchnąłem ją w krzaki i zacząłem uciekać. Korzystając z chwili przewagi ukryłem się za szerokim drzewem i nasłuchiwałem. Prawie wypuściłem moją drugą postać.
- Myślałeś, że tak łatwo się mnie pozbyć? - powiedziała wskakując na mój kark. Po momencie obydwoje leżeliśmy przewróceni na ziemi.
- Nie siostrzy... Cess – zakończyłem ostro. Podniosła się i spojrzała na mnie z niepohamowanym zdziwieniem – Przepraszam.
- Ty miałeś siostrę? - Spojrzała się na mnie. Zdawało mi się, że Cess też się coś przypomniało. - Chyba nie powinnam się pytać, wybacz.
- Nie, jest w porządku – powiedziałem, dało się dosłyszeć w tym ogromny smutek, którego nie zawsze można pohamować. Dopiero po momencie przypomniało mi się jej pytanie – Tak, miałem dwie siostry. Jedna była całkiem podobna do ciebie.
Szliśmy w totalnej ciszy. Proszę, masz tą swoją, upragnioną ciszę.
- Valk, popatrz tam – powiedziała wskazując pysk na jakąś wilczycę. Nie rozumiałem jednak, co takiego miałem tam dostrzec. - Chodź, szybko. - Puściła się w bieg, a ja totalnie nie wiedząc, o co chodzi, wyruszyłem moment po niej.
Stanęliśmy pyskiem w pysk z niejaką Navri. Nie miałem pojęcia skąd znałem jej imię. Musiałem ją wcześniej gdzieś widzieć, jednak to nie było możliwe. Jej futro było takiej samej barwy jak moje. Jedynie miała coś dziwnego szarawego na sobie. Zdawało mi się, że ledwie wyrosła z bycia szczeniakiem. Przyszliśmy na konkurencję związanych łap.
- Cześć – rozpoczęła Cess (czasem w myślach mówiłem na nią Cessdamer).
- Hej – odpowiedziała samiczka. Od razu spodziewała się, że nie przyszliśmy tutaj dla niej. - Przyszliście na konkurencję związanych łap?
- Tak – odpowiedziałem za naszą dwójkę.
- W takim razie będziecie musieli pokonać tor przeszkód ze związanymi łapami. - Kiwneliśmy potakująco głowami – Twoje prawe – powiedziała wskazując na mnie – a jej lewe.
Wzięła dwa sznury o podobnej długości i przywiązała najpierw nasze tylne kończyny, a następnie przednie. Mieliśmy sprawdzić, czy jest, aby na pewno dobrze zawiązane. Każde z nas ciągnęło łapy w swoim kierunku. Obydwoje uznaliśmy, że wszystko jest tak, jak powinno.
- To jak? - Spojrzałem, układając dynamiczniej łeb.
- Gotowa – powiedziała z zadziornym uśmiechem. - Zaczynamy od związanych, jasne?
- Może być – powiedziałem, ruszając niespodziewanie. Wadera wydała z siebie odgłos zdumienia, po czym jej pysk obił się o jedną z moich wystających kości.
- Mogłeś mnie ostrzec – powiedziała jeszcze się plącząc o swoje łapy.
- Przecież byłaś gotowa – westchnęła, podłożyła przypadkowo łapę pod moją.
Obydwoje straciliśmy równowagę i polecieliśmy w przód. Nasze podbródki przejechały co najmniej metr po ziemi, zanim się zatrzymaliśmy. Na szczęście podłoże tutaj nie było twarde. Obydwoje jęknęliśmy. Podnieśliśmy się i głośno wciągnęliśmy powietrze.
- Teraz tego nie schrzańmy – odezwała się Cess. Mała miała rację.
Ruszyliśmy nawet równym tempem. Na samym początku jedynie znajdywałem się trochę z tyłu, jednak już po momencie biegliśmy równo ramię w ramię. Byłem z nas dumny, nie licząc momentów, w których jedno z nas traciło równowagę. Najgorzej było z błotem, nie dało się chyba wymyślić nic gorszego. Było głębokie na pół łapy i trudno się w nim biegło, szczególnie w sznurze. Jednak była to ostatnia z przeszkód. Wcześniej sprawnie minęliśmy rozłożone drzewo oraz ciemny tunel, w którym tylko otarłem się o ścianę. Reszta przeszkód była bardzo prosta. Na mecie Navri rozwiązała nam łapy. Cali śmierdzący stwierdziliśmy, że trzeba będzie znowu wskoczyć do wody. Zleciało nam już prawie całe popołudnie

<Cess?>

Wygrane karty: brązowe: Jelenie, Nauczyciel, Medalion Rosnącej Potęgi, Złoty Pył; srebrne: Elektryczność, Omega; złote: Hitam.

Uwagi: Pomylony tytuł! Brak daty! Nie można "przykiwnąć", a co jedynie "kiwnąć". Wciąż masz problem z oddzielaniem myśli od narracji i narracji od wypowiedzi. Komentując wypowiedź musisz odnosić się do osoby mówiącej, a nie tej drugiej.

środa, 22 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Zaczynamy problemy" cz. 4 (CD. Asgrim)

maj 2021
- Jeżeli mówimy już tak na poważnie – rozpoczął samiec z lekką nutką zawiedzenia w głosie. Widać, że nie był zadowolony lub coś go trapiło. Nie pasowało to do jego osobowości. Przynajmniej na tyle, ile go poznałem, ale chyba każdy musi się czasem czymś zamartwić, no nie? Zdawało mi się, że westchnął i kontynuował – nie mam żadnej.
Powietrze było nawet jakieś inne. Może nawet cięższe? Utrzymywało jego niewypowiedziane słowa. Jednak słowa nie mogły do mnie dotrzeć, ponieważ była to tylko jego sfera pomiędzy nami. Dla mnie była ona zamknięta.
Coś mnie ukłuło w pierś i nie mogłem zostawić tak tego zmartwionego samca z własnymi myślami. Musiałem ponownie powrócić go do wcześniejszego humoru.
- Nie uwierzę ci, musisz chyba sobie ze mnie żartować – powiedziałem, ale nie wyczułem różnicy w jego zachowaniu. Powietrze nadal było ciężkie, no cóż, trzeba wytoczyć cięższe działa. Mogłem sobie darować gadki w stylu "to nie twój czas". Totalnie mnie wkurzały. Byłem taki stary, a nadal nikogo nawet sobie nie wypatrzyłem. Latka dalej leciały, nie zatrzymywały się, a wręcz miałem wrażenie, że nabierały tempa. - Tak mało macie tu wader?
- Naprawdę, nie żartuję – powiedział już odrobinę się rozchmurzając. - A, no tak, mamy ich całkiem sporo. W końcu mamy tutaj połączone dwie całkiem spore watahy. - Na jego słowa prawie zaświeciły mi się oczy. Może nawet tak się stało? Od razu jakoś stałem się żywszy.
- Nawet jakaś dla mnie mogłaby się znaleźć? - Wiedziałem, że nie byłem jakimś niedołężnym staruszkiem, ale stary to ja byłem i w tym się nawet nie oszukiwałem, moi rodzice w moim wieku już posiadali dwójkę dzieci! To chyba coś znaczy.
- Och, no powiem ci, że jakaś się znajdzie. - Cieszyłem się, że basior nie widział mojej reakcji, moja buzia była tak rozszerzona, że zmieściłyby się tam nawet dwa zające! Mało w życiu znałem wader spoza rodziny. Może dlatego tak zareagowałem. Coś dziwnego stało się nawet z moim ogonem. Nie siedział grzecznie tak jak zawsze. - Przeszukaj dokładnie cmentarz i może jakąś odpowiednią dla siebie znajdziesz.
Na jego pysk wstąpił niewinny uśmiech jeszcze mniej winnego młodzieniaszka. Może to tylko ja widziałem siebie takiego starego. On przecież o wiele młodszy ode mnie nie był, a pałał życiem. Na moim futrze wcale nie widniała siwizna, a kości też miałem w niesamowitej formie. Nic mnie nie łupało ani nawet nie bolało. Przynajmniej tak sprawa miała się z kośćmi. Mięśnie stanowiły zupełnie inną sprawę.
Zaświeciłem ostrzegawczo kłami w stronę Asa. Zagryzłem je mocniej i zadałem pytanie.
- Daleko jeszcze? - Samiec chyba już powoli ze mną nie wytrzymywał. Wziął głośno powietrze, zamknął powieki i powoli wypuszczał to, co wcześniej wziął haustem. Chyba się uspokajał w myślach, ale nie byłem co do tego taki pewny. Na końcu tylko przewrócił oczami.
- Stary, nie denerwuj się. - Przypomnijmy sobie, kto tu był zdenerwowany. Dobra, byłem bardziej, ale to wcale nic nie znaczy. - Widzisz tamtą wysoką skałę?
No faktycznie, coś tam takiego byłego. Jakaś ogromna skała, którą zaczęły narastać rośliny. Co prawda nie znałem się aż tak bardzo na roślinach, jak to było w mojej rodzinie. Jednak umiałem ocenić, które mi się podobają, te co były na skałach od szczeniaka bardzo mi się podobały. Zawsze dodawały miejscu jakiegoś uroku, który swoją drogą był naprawdę niesamowity. Niektórzy twierdzili, że to obrzydza miejsce, jednak ja nigdy tak nie sądziłem. Czasami nadawał mrok, jednak zazwyczaj wspomagała miejscu tak jak tutaj.
- Właśnie tam jest Jaskinia Alf – powiedział co najmniej tonem wykładowcy na jakimś ogromnym zebraniu. Mógłbym przyrzec, że nikt by go wtedy i tak nie słuchał. W szczególności ja.
Za bardzo skupiłem się na wpatrywaniu w roślinę. Przysiadłem na ziemi i w spokoju mogłem się jej wpatrywać, ale wybrałem lepszą z opcji. Samiec jeszcze przez moment biegł, ale kiedy zauważył, że usiadłem zwolnił i zirytowany zawrócił.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz – prawie wykrzyczał. Chciałem odpowiedzieć, że tak, ale zepsułoby to całą magię wszystkich moich podłych pomysłów. Westchnął i głośno wypuścił powietrze. - Gościu, jesteśmy już prawie na miejscu, a ty sobie robisz przerwę? Ruszajmy się lepiej stąd, zanim zrobi się naprawdę ciemno.
- Masz może dla mnie wodę? Jestem naprawdę spragniony. - W tym, akurat trochę prawdy było. Całkiem sporo prawdy, nic nie piłem od momentu, w którym słońce zaczęło wędrować w dół. Było to naprawdę sporo czasu, patrząc na to, że już zaczynało się ściemniać.
Samiec wymruczał coś do siebie. Pewnie jakieś modły, żeby ktoś mnie zabił. Nie ma tak łatwo, pomyślałem. Jeszcze trochę będzie musiał się ze mną poużerać.
- Uważasz, że niby skąd miałbym mieć wodę? - Powiedział trochę piskliwie. W połączeniu z jego naturalnie piskliwym głosem o mało co nie ogłuchnąłem. Czy on mnie chce w taki właśnie sposób ukarać? - spytałem samego siebie.
- Nie wiem, coś tam czarujesz, no nie? - Widać było zawód w jego oczach. Nie wiedziałem, czemu akurat jego lubiłem tak wkurzać.
- Stary, moim żywiołem jest umysł, nie żadna woda, pogoda czy co tam sobie jeszcze życzysz. - Położyłem pysk na ziemi licząc, że magicznie wypłynie stamtąd woda. Jednak tej ani widać, ani słychać. Wypuściłem nosem powietrze. Właśnie tak, chciałem oglądać pyłek, ponieważ aż tak mi się nie chciało iść.
- To wiesz co? Ja mam genialny pomysł – powiedziałem, po czym Młody spojrzał się na mnie jakbym nie mógł wymyślać genialnych pomysłów. - Ja sobie tutaj zostanę, a ty możesz przenieść mój umysł do Alf, co ty na to? - Uśmiechnąłem się jeszcze kwaśno na koniec. Co najmniej tak jakbym zjadł cytrynę, obrzydlistwo.
- Słuchaj ty mnie, gdybym tak mógł już dawno spałbym sobie wygodnie w mojej jaskini. - Przewróciłem oczami. Chciałem mu powiedzieć, że się z niego nabijałem przez cały ten czas, ale jakoś stwierdziłem, że to nie jest dobra chwila. - Myślisz, że tak świetnie mi się ciebie słuchało przez całą drogę? Nie. Także jazda, ruszaj się.
- Czy ty uważasz, że to było tak dużo? – spytałem prześmiewczym tonem. - Nigdzie nie byłeś mało widziałeś, tyle ci powiem.
Znowu coś tam wymruczał do siebie, dokładnie tak jak niedawno. Zgromiłem go wzrokiem i uśmiechnąłem się w duchu. Jak mnie rozpierała duma!
- Słuchaj Valk, nie będę bawił się w to już drugi raz – zaczął groźnym tonem. - Mam już dość twojego jęczenia i stękania. Zamiast tracić cenną ślinę, mógłbyś się może ruszyć, co? Kto wie, może dostaniesz wodę?
To już był naprawdę przekonujący argument. Chyba nawet zaświeciły mi się oczy. Woda, już tak blisko mnie. Była, prawie że na wyciągnięcie moich łap. Byłem zmobilizowany i wiedziałem, że dla dobra wyższego trzeba ruszać. Nie chciałem przecież umrzeć z pragnienia.
- Chyba nie jesteś aż taki – zacząłem, jednak nie brzmiało to dobrze więc szybko urwałem. - Jesteś całkiem mądrym samcem.
- Dzięki niech będą Eydis. - No, a ten znowu o tym samym. Już nawet nie chciałem się go pytać, co to tak właściwie jest. Ciekawość to okropna cecha.
- Co ty tam gadasz?
- Nic – odparł nie chcąc zaczynać ze mną kolejnej rozmowy. Nawet mnie to nie zdziwiło. Czy ruszyło? Nie, mnie takie coś nigdy nie rusza. Przynajmniej tak sobie powiedziałem. Jak było naprawdę? No cóż...
- Chodź szybciej – powiedziałem wzdychając na jego ignorancję. Już chciałem to wszystko mieć za sobą. As uśmiechnął się szeroko i bardzo chętnie przystanął na moją propozycję.
Jednak mój niewiele młodszy koleżka narzucił takie tempo, że po niedługiej chwili już zaczynałem sapać. Jak to jest, że on ma aż taką dobrą kondycję? Może nie siedział większość czasu w domu? - podpowiedział szyderczo jakiś zakamarek mojego umysłu.
- No, ale Młody – wysapałem w jego stronę ledwie słyszalnie. - Po co ten pośpiech? Nie musisz od razu biegać aż tak szybko.
- Rany, wytłumacz mi, jak to jest. Kiedy masz gdzieś iść, zachowujesz się jak umierający wilk. Jednak nie wyglądasz na dużo starszego.
- Twoje towarzystwo nie za bardzo mnie zachęca – odpowiedziałem świniowatym tonem. - Wiesz, jestem zmęczony po podróży, którą dzisiaj przeszedłem.
- Co nie skłoniło, dziadziusiu? - Puściłem jego słowa między uszami. - Obstawiam, że z własnej woli nosa z jaskini nie wyściubiasz.
- Nieprzyjemne towarzystwo mało przyjemnych wilków. - Westchnąłem na jakąkolwiek wzmiankę o tym, jak to było. - Czasem zdarza mi się ruszać.
- Po wodę, papu i z powrotem? - powiedział z nutką wścibskości, co za wspaniała zemsta.
- Po wodę było całkiem daleko. - Nikt mi już nie mógł zarzucić, że siedziałem ciągle w jaskini! - Także proszę o gromkie oklaski.
- Jakże mógłbym zapomnieć. - Basior klaskał przez krótką chwilę i zaczął się kłaniać. - Jakiż to z ciebie niesamowity podróżnik jest. Już jesteśmy na miejscu.
Faktycznie, miał rację, znajdywaliśmy się tuż przed jaskiniami. W środku było całkiem jasno, szczególnie jeżeli porównać to z porą dnia, a tak właściwie nocy. Nareszcie spokój.

<Asgrim?>

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Od Valkoinena "Zaczynamy problemy" cz. 3

maj 2021
Spoglądałem zmęczonym wzrokiem na wilka, który kazał mi iść. Co ja w życiu zawiniłem, stęknąłem sam do siebie. Byłem wymęczony długą podróżą przez góry. Najpierw przedzieranie się przez las, w którym kilkukrotnie musiałem "przytulić się" z ziemią. Później góry, w których już nie padałem na pysk ze zmęczenia. Na kolejny, wspaniały dodatek do tego koszmaru byłem niesamowicie głodny. Basior uśmiechał się od ucha do ucha. Chciałem zgromić go wzrokiem, jednak na to również nie miałem siły. Mogłem tak po prostu się położyć i leżeć. Raczej nie mogłem, a chciałem. Głupi basior.
- Mógłbyś chodzić może nieco szybciej? - Na jego miejscu cieszyłbym się, że chociaż idę, a ten na dodatek narzeka. Zgromiłem niejakiego Asa wzrokiem, na tyle ile mi pozwalały przemęczone oczy.
- Mógłbyś może mniej peplać? - Przyrzekam na święte albinosy, ten gościu nic więcej nie robi tylko gada. No może jeszcze pędzi nie wiadomo gdzie. No przecież zdążymy! Jeżeli będzie mnie tak pośpieszał to zaraz sam będzie toczył mnie do tych jaskiń.
- Nie – odparł basior wyraźnie zadowolony z siebie. No świetnie. Mógłbym go bez tego paplania polubić, może.
- Daleko jeszcze? - Stwierdziłem, że przyda się trochę podenerwować tego wilka. Wiedziałem, że już się załamuje, wewnętrznie byłem bardzo zadowolony z siebie. Gdyby nie ból każdej części ciała, odtańczyłbym taniec deszczu. Pokręcił przecząco głową.
Jedyne, o czym marzyłem to patrzeć na jego załamujący się pysk. Właśnie tego było mi trzeba. To była chyba najlepsza nagroda dzisiejszego dnia. Co najlepsze była to nagroda-niespodzianka. Skąd mogłem przecież wiedzieć, że spotkam kogoś takiego... jak As. Musiałem przyznać, że wilk nie był aż taki zły, jak na pierwszy rzut oka mogło się zdawać. Śmieszyła mnie jego osobowość, a tym bardziej imię, no może zdrobnienie. Jego wydźwięk był krótki i próbował być groźny, ale czy ja wiem, czy to imię do niego pasowało? Z drugiej strony było całkiem zabawne i dziwne. Zupełnie jak ten wilk.
- Dzięki niech będą Eydis. - ŻE NIBY CO?! Krzyknęło coś w moich myślach, czym miało być tym całym... Nie ma opcji, że powtórzę to dziwne słowo. Takie coś przecież nie istnieje. Przez chwilę nic nie mówiłem i skupiłem się dalej na tym, co powiedział basior. Jednak zobaczyłem, że to chyba mnie przerasta i odpędziłem jakieś zupełnie nierealne słowo od mojego zbyt genialnego umysłu.
Rozglądnąłem się po okolicy. Nie wyróżniała się niczym szczególnym w porównaniu do tego, co było wcześniej. Na pewno było stromiej. To dało się odczuć z każdą łapą stawianą do przodu. W niektórych miejscach były też dziury, w które o mało co nie wpadłem. Jednak wilk biegnący z mojego boku zdawał się wcale tego wszystkiego nie odczuwać. Biegł dumnie z pełnym wyszczerzem na pysku. Było to bardzo denerwujące, nawet się nie potknął. Czułem, że powinienem coś powiedzieć i to nie w swoich myślach. Tylko do tego osobnika.
- Chciałbyś mi coś ciekawego jeszcze powiedzieć? - spojrzał na mnie prawie ze zdziwieniem. Chciałem być po prostu kulturalny, a nikt mi tego nie zauważa. Co za bezczelność z ich strony! Chyba się obrażę, niech zobaczą moją okrutność i przebiegłość, pomyślałem z uśmiechem na pysku.
- Zdaję mi się, że raczej nie – odparł samiec. Prawie nieznacznie przytaknąłem na to głową. Przynajmniej będę miał trochę spokoju, pomyślałem. - Resztę wyjaśnią ci Alfy.
Miałem już dość wszystkich spraw na dzisiaj. Najchętniej położyłbym się na ziemi i nawet nie zważał na wilka stojącego nad moją głową. Co on mi tak właściwie zrobi, prychnąłem sam do siebie. Na szczęście samiec chyba nie zdawał się tego słyszeć. Zrobiłbym wszystko, aby tylko wygodnie się rozłożyć na ziemi. Jednak nie mogłem jeszcze tego zrobić. Wygoda była dla mnie ważna, a tutaj sturlałbym się z górki, jak jakiś kamień, jeszcze czego.
- W takim razie może ty coś o sobie opowiesz o sobie, Valky? - Ledwo powstrzymałem się, żeby zachować spokój i nie zrobić nic czego później bym żałował. To zdecydowanie nie szło na moją korzyść, ale wilk mnie zirytował.
- Nie wiem, czy jestem na tyle ciekawy, żeby o sobie coś opowiadać – odparłem po chwilowym zamyśleniu. O ile jeszcze taka istota jak ja umiała myśleć. - Bardziej mogę powiedzieć, że liczyłem na twoje opowieści. Można uznać je za ciekawsze – powiedziałem posyłając dumny uśmiech do Asa.
Zamilknąłem i nie mogłem z siebie wydobyć żadnego słowa. Coś spowodowało, że szedłem cicho i totalnie mnie zatkało. Chyba było to pytanie, jak wiele mogę o sobie opowiedzieć?
- Pochodzę ze strasznie gorących lasów, jednocześnie są wilgotne. - Wspomniałem o tym, ponieważ nic innego nie przychodziło mi na myśl. Wiedziałem, co prawda, że to nie było jakieś ciekawe, ale na nic więcej nie mogłem się silić. - No i jestem tutaj totalnie sam.
- Ha! - Prawie krzyknął basior, przez co serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Przysięgam, wypatroszę cię kiedyś, powiedziałem do niego w myślach. - Kłamca! A ja to co, zeszłoroczna kość?!
- Żeby tylko – odparłem unosząc delikatnie kącik ust i pokpiwając z niego w duchu. To nie tak, że go nie lubiłem. Teatralnie zlustrowałem samca wzrokiem.
- Dzięki – powiedział, po czym przewrócił oczami jeszcze bardziej teatralnie, niż to, co zrobiłem przed momentem.
Stwierdziłem, że nie mogę aż tak się pastwić nad biedaczkiem. Jeszcze by mu samoocena spadła, co bym zrobił z takim strasznym czynem? Miałbym go jeszcze na sumieniu, a wolę pozostawić je chociaż trochę czyste.
- No Młody, nie frustruj się tak. - Chciałem zabrzmieć przekonująco. Za dobrze mi to nie wychodziło. Stwierdziłem więc, że lepiej będzie pozostać przy tym, co mi wychodziło najlepiej. To znaczy wyśmiewanie się z innych i leniwienie się! Mogłem już chyba nauczać tej sztuki.
W całej mojej karierze, czy tam życiu, nie spotkałem nikogo tak lubiącego się wyśmiewać z innych i upartego. Leniwy jestem tylko od czasu do czasu. Moja upartość zdecydowanie czyniła mnie wyjątkowym. Kiedy w czymś się wyróżnia, zdecydowanie trzeba to pielęgnować. Wspaniałe cechy tym bardziej powinienem. Normalnie cały jestem wspaniały, nic tylko pokłony bić.
- Z pewnością masz jakąś tam waderę, no nie? - Sam w to wątpiłem, ale lepszy był ten temat, niż żaden, a jak się zdecydowałem na gnębienie jego, to mogę już to wykorzystać. Spróbowałem się jeszcze uśmiechnąć, żeby jakoś dodać mu odwagi w mówieniu. Chyba nie była mu konieczna.
- Żeby tylko jedną – powiedział bardzo rozbawiony. Trochę mnie to zdezorientowało, nie wiedziałem, z czego się śmiejemy. Chciałem się pośmiać! Chyba że... on śmieje się ze mnie! Już chyba nawet wiedziałem, o co chodzi. Mój piękny, zgrabny uśmiech, a pod nim wspaniała blizna, która już lepiej się uśmiechała ode mnie. Chyba muszę zacząć brać od niej jakieś lekcje lub wcale się nie uśmiechać. Ona bardzo dobrze odgrywa moją rolę.
- Sądzę, że tylko jedną – rzuciłem zaczepnie w stronę Asa. Wilk był bardzo spokojny w każdym momencie. Nawet był uśmiechnięty od ucha do ucha. Budził przez to we mnie respekt do niego. Szanowałem go za to, że jest taki spokojny, mimo że robię mu na złość przez całą rozmowę. Nawet jeżeli coś go uraziło, nie dał po sobie tego poznać.

C.D.N

Uwagi: Tylko ludzie mają twarz. Wilki mają pysk. "Alfa" w WMW piszemy wielką literą. Miejscami zbyt wiele przecinków.

czwartek, 9 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Karaluch"

Wrzesień 2021
Od godziny nie mogłem normalnie ustać na łapach. Krążyłem w jedną i drugą, na zmianę przebierając kończynami. Zazwyczaj byłem bardzo cierpliwy. Dzisiaj też dawało mi się to we znaki, no powiedzmy. Nie mogłem doczekać się mojego pierwszego polowania na tej watasze. Cały ten czas do dzisiejszego dnia piekielnie mi się dłużył. Na zmianę na mój pysk wchodził szczęśliwy wyraz twarzy wraz z przestraszonym. Taki niezmiernie cierpliwy byłem przez naprawdę długi czas.
Wczoraj dowiedziałem się, że nareszcie będę mógł polować. Oczy mi się zaświeciły ze szczęścia i pysk stał się dumnie uśmiechnięty. Oczywiście wykonuję funkcję zabijającego. Dam głowę, że do innej kompletnie bym się nie nadał. Trzeba być szybkim i bardzo zwinnym, czego mi z pewnością brakuje. Jednak siły potrzebnej akurat do tego stanowiska mam wystarczająco. Jednak czy ja wiem, czy inteligencji wystarczająco.
Byłem już w trakcie drogi do Zielonego Lasu, to właśnie tam odbywały się wszystkie polowania. Rozpierało mnie przeogromne szczęście, że trafiłem właśnie do grupy polowań wieczornych. Okropnie nie mogę zasnąć w nocy, więc jakiś wysiłek przed snem powinien wyjść mi na dobre. Przynajmniej chociaż trochę się zmęczę.
Przez większość czasu, jakiego tu spędziłem, nie robiłem za dużo. Rano i wieczorem trenowałem, po południu zazwyczaj błąkałem się po terenach watahy. Nie miałem za dużo do zrobienia, każdy dzień był tak samo dłużący i monotonny. Czasem zdarzyło mi się pójść na festyn i oczywiście codzienne występy w amfiteatrze. Jednak to wszystko zaczęło robić się nudną codziennością, od której czasem trzeba się wyrwać.
Dotarłem już do miejsca, w którym miały odbywać się polowania. Położyłem się na ziemi i wyczekiwałem pozostałych wilków. Przyszedłem na pewno za szybko. Nie musiałem znać się nawet na godzinach. Zerknąłem okiem na okolicę. Było tu całkiem przyjaźnie, jednak wcześniej nie przykułem zbyt dużej uwagi do tego miejsca. Teraz wszystkie tereny były okropnie przesuszone. Dziwiłem się, jak to jeszcze tutaj rośnie. Dobrze, że nadchodzi jesień. Wszystko, mimo że zacznie brązowieć, to jednak nie będzie sprawiało takiego wrażenia jak teraz.
Na miejsce zdążyła już przyjść czarna wadera. Nie wiedziałem jeszcze kim była, ale kilkukrotnie ją widziałem. Była jak cień. Gdyby nie żółte znaki na sierści, z pewnością nigdy bym nie zwrócił na nią uwagi. Mogłem się założyć, że jej szczupła sylwetka pozwalała jej na szybkie przemieszczanie się. Nie było widać u niej muskułów, jednak na pewno nie były jej potrzebne. Zawsze zadziwiała mnie szybkość, ponieważ nigdy jakoś tak szybko nie biegałem. Jednak jest to bardzo potrzebna umiejętność. Nie ucieknę przed roślejszym przeciwnikiem.
Chciałem położyć się na łapach, kiedy zauważyłem, jak wadera podchodzi do mnie. Spojrzałem na nią ponownie. Wydawała się naprawdę dziwaczna. Po prostu usiadła bliżej, nic nie mówiąc. Nie wiedziałem, czy mam coś zrobić. Czy ja powinienem coś zrobić? Zapytałem samego siebie. Miałem dwie możliwości. Mogłem ją zostawić w spokoju. Skoro i tak będzie na mnie skazana podczas polowania, niech lepiej sobie odpocznie. Również miałem do wyboru odezwać się i udawać bardzo, ale to aż za bardzo miłego i otwartego wilka. Nie, tak nie mogę. Jednak z drugiej strony, strasznie mi się nudziło.
- Cześć – powiedziałem, wgapiając się w ziemię. Nawet nie wiedziałem, czy usłyszała, jak się do niej odezwałem. Z mojego punktu widzenia nie dało się nic zauważyć – Valk jestem. Dobrze się poznać, razem polujemy, no nie?
- Hej – odparła pewnie wadera. A ja podniosłem wzrok z ziemi na nią. Spoglądała wprost na mnie tak, jak na porządnego rozmówce przystało. Jestem ostatnim matołem. - Karou.
- Masz bardzo... - Przez moment nie wiedziałem nawet jak to nazwać, więc urwałem. - Ciekawe imię – Dziwnie mi się kojarzy.
- Karuch? - Wadera prawie się zaśmiała, a jednak na usta wdarł się tylko niewinny uśmiech, który nie pasował do jej wyglądu.
- No nie wiem, chyba to nie to – powiedziałem prawie roześmiany, co starałem się ukryć – to raczej karaluch.
Wadera chyba nie chciała gadać i odwróciła łeb w drugą stronę. Spojrzała wzrokiem, na nadciągającą zza krzaków wilczycę. Miała bardzo jasne futro z brązowymi plamami i pasami. Kolejna sztywna na polowaniu, świetnie. Aż nie mogłem się doczekać.
Nie minęło dużo czasu, od którego zaczęliśmy polować. Ten fakt jakoś mnie cieszył. Bardzo mi tego brakowało. Nasza ekipa była podzielona na trzy fazy. Kiedy dostrzegliśmy ofiarę, którą była sarna, Sohara szybkim sprintem rzuciła się za nią biegiem. To dopiero był prawdziwy cień! Pokonała kilkanaście metrów z taką szybkością, mogłem przyrzec, że na pewno nie widziałem kilku momentów. Chyba nawet się nie dało. Ona nie biegła, szybowała w powietrzu. Ledwo zauważałem momenty, w których musiała odbijać się od ziemi. Na pewno musiała. Była naprawdę niesamowita. Nikt jeszcze nie zdołał zrobić na mnie takiego wrażenia. Przyrzekam, że to musi być najszybszy wilk, to wszystko było tak niemożliwe.
Po momencie sarna znajdywała się w miejscu, obok którego schowana była wilczyca, której imienia nie mogłem sobie przypomnieć. W moich myślach była po prostu karaluchem. Oczy łani krzyczały o pomoc, jednak ona sama nadal nie wydawała za dużo dźwięków. Zaczynała już łapać, że nie będzie miała żadnego ratunku, jednak uciekała dalej. Nie do końca wiedziała, co się dzieje. Coraz bardziej się do mnie zbliżały. Kiedy wadera zaczęła kaleczyć nasz cel, wybiegłem z kryjówki. Miałem nadzieję, że to dobra pora. Karaluchowata dziewczyna wbiła się w nogę sarny z taką szybkością, że ta upadła na ziemie. Była rządna krwi.
Teraz był mój moment. Leżała z zakrwawioną nogą na ziemi. Jej oczy krzyczały do mnie, żebym jak najszybciej to skończył. Nie było nawet czego tutaj przedłużać. Biegłem coraz to szybciej z każdym momentem. Ze wszystkich rzeczy, na które miałem ochotę, właśnie to wygrywało. Został mi do niej krok, kiedy odbiłem się od jedynego miejsca, w którym znajdywało się błoto. Nawet nie wiedziałem jakim cudem, ale raczej mało mnie to obchodziło. Były rzeczy, którymi interesowałem się o wiele bardziej. Może nawet nie rzeczy, a jedno istnienie, któremu właśnie wgryzłem się w szyję, kończąc jej cierpienia. Prawie dokładnie wycelowałem w tętnice, jednak to wystarczyło.
Przedzieliliśmy łupy, żeby jakoś zabrać się w stronę naszego centrum. Wiedziałem, że zrobiliśmy naprawdę dobrą robotę. Wszyscy złożyliśmy sobie długie gratulacje i podziękowania. Byłem naprawdę zadowolony. Nawet rozmawialiśmy. Co do nich mi zupełnie nie pasowało. Zadziwiało mnie to, że one potrafią tyle rozmawiać. Nie zdawały się teraz takie dzikie jak wcześniej. Były nawet towarzyskie. Przynajmniej jak na nie bardzo towarzyskie. Odbyliśmy co prawda tylko luźną, niezobowiązującą rozmowę, naprawdę nic wielkiego. Jednak zdawały się miłe. Co ja mówię, przecież to krwiobójcze jednostki, które wgryzą ci się w kark. Nie, to ja jestem od wgryzania się w kark. One są takie szybkie, że nawet jakbym chciał, to nie mógłbym uciec. Co prawda mógłbym walczyć, ale z nimi to nic nie wiadomo. Tutaj ze wszystkimi nic nie wiadomo. Myślisz, że masz z kimś szanse, a tu kicha. Dodatkowo jeszcze ma silną moc. Jak tu walczyć?

Uwagi: Literówki, problemy ze składnią.

sobota, 4 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Mów mi mistrzuniu" cz. 1

Wrzesień 2021
Waliłem się głową o ścianę. Już nie wiedziałem, czy donośne łupanie było słychać tylko w mojej głowie, czy również poza nią. Ty ułomie, gamoniu, matole. Zawarczałem na siebie. Musisz się uspokoić - pomyślałem. Zapomniałem miesiąc temu pójść na zajęcia z liczenia! I co najgorsze w całej tej sytuacji – miałem luki w pamięci i nie pamiętałem wszystkiego. Nie pamiętałem liczby nic! Chyba wypadałoby upomnieć się o te lekcje dzisiaj, tak to byłoby dobre, przecież jestem matołem i nic nie umiem!
Oderwałem się od walenia w ścianę i spojrzałem na miejsce, które zostało pobite. Nie różniło się niczym od wcześniejszego stanu. To dobrze, przydałoby się jednak zachować to pomieszczenie w dobrym stanie. Co jak co to była moja grota, a o to, co moje muszę dbać. Odsapnąłem moment i spojrzałem na ścianę, ale teraz już z innego punktu widzenia. Naprawdę nic się jej nie stało. Napawało mnie to ogromnym zdziwieniem. Stanąłem po przeciwnej stronie i nadal nic. Zadowolony ruszyłem z groty. Wyszczerz wszedł mi na pysk. Pora było się udać na zajęcia z liczenia.
W trakcie drogi w poszukiwaniu Alfy humor mi szybko zlazł. Przypomniałem sobie to i owo z zajęć. Szczególnie trud liczenia. Jedynie mocniej zacisnąłem zęby i szedłem dalej. Trudno było przywrócić uśmiech. Zahaczyłem o Wrzosową Łąkę. Nadal trwał festyn, na który raz przychodziłem, a raz zapominałem. Chyba mogę sobie dzisiaj odpuścić lekcję z liczenia, prawda? Przecież nic się nie stanie. Poza tym i tak musiałbym wcześniej wrócić, po obiedzie mam występy w amfiteatrze, a wieczorem mam polowanie i jeszcze trening wojska. Cieszyłem się jak dzieciak, dawno nie polowałem.
Jednak czekało mnie coś jeszcze, chciałem zdobyć kilka tych kart, co prawda nadal ten festyn był dla mnie dziwną sprawą i wszystkiego nie ogarniałem. Jednak chcę zobaczyć co to takiego te całe karty. W szczególności, że niektóre wilki szaleją z tym zbieraniem kart i cieszą się jak nienormalne. Też muszę się w końcu zabawić jak dziecko, nie mogę wiecznie udawać starca. Wiedziałem, że muszę znajdywać poszczególne wilki, które zajmują się jakąś konkurencją i wykonać to, co będę miał od nich zadane. Tylko nie chcę znowu śmierdzieć. Dopiero od niedawna udało powstrzymać mi się ten straszny smród. Jakbym znowu miał śmierdzieć, to bym się chyba zakopał pod ziemię.
Zauważyłem basiora, który zdawało mi się, że sprawował jakieś stanowisko. Jak na mój gust wyglądał dziwacznie i śmiesznie. Nie, żeby coś, wolę wadery, a w szczególności taką jedną. Kimkolwiek on nie był spojrzał się na mnie, a ja udawałem, że nie wiem, o co mu chodzi i szybko uciekłem wzrokiem. Chyba nawet nie musiałem udawać. Przypuszczenie miałem. Stał nad wodą i zapraszał mnie do jakieś konkurencji. Jeżeli jest pływanie, to nawet mogę pójść. Niech zna moją łaskę. Podchodziłem coraz bliżej, przyglądając się jemu dokładniej. Grzywę miał mocno okląpniętą na jedno oko, przez co bez wątpienia był piratem. Widać było po nim, że zasłania mu widok. Jego sierść była dziwnego koloru i to bardzo, a że na kolorach się nie znam, to nie powiem jakiego. Nie był to ani żółty, ani pomarańczowy, ot coś pomiędzy. Był trochę, jakby to nazwać... naprawdę energiczny. W mojej pierwszej myśli nie brzmiało to aż tak milusio. To były jedyne dziwne rzeczy, które zauważyłem, reszta wydawała się normalna. Wzrost jak każdy, a przynajmniej zdecydowana większość, i co tu więcej mówić? Wyglądał raczej na zwinnego. Podszedłem jeszcze bliżej i dostrzegłem jego łapy, może nawet za długo się w nie wpatrywałem.
- Też uważam, że są piękne – zagadnął basior. O mało co nie powstrzymałem się od przewrócenia oczami, kogoś mi on zaczął przypominać.
- Co to za stanowisko? - Rzuciłem okiem na miejsce wokół niego. Drzewo jak każde, woda to samo, tylko lina. Nie pasowała mi jakoś.
- Wilk może chwycić za tę linę, później rozhuśtać się i wpaść do wody. Możesz dostać za to kilka kart. - Pokiwałem głową. W sumie to czemu nie. Wydawało mi się to bardzo proste.
- I na tym polega całe zadanie? - spytałem dla pewności. Coś mi tu śmierdziało. O dziwo nie byłem to ja. To chyba za proste. Wilk tylko przytaknął głową.
- To jak? Bierzesz udział?
- Biorę – odparłem z uśmiechem.
- Tylko uważaj – zaczął, a ja chyba wyczułem, gdzie będzie ten haczyk. Nic nie może być nigdy za proste. - Nie spadnij przed wpadnięciem do wody.
Komu ty to mówisz, pomyślałem. Mów mi mistrzuniu. Wziąłem kilka głębokich haustów powietrza i zmierzyłem oczami wodę. Policzymy się zaraz młoda. Uśmiechnąłem się sam do siebie. To będzie proste! Wszedłem na linę i zamknąłem ją w szczelnym uścisku moich łap. Teraz tylko najtrudniejsze, rozhuśtać ją. No i tutaj zaczęły się schodki. Jak wszedłem była tylko lekko rozhuśtana. Teraz musiałem zrobić to ja, świetnie się zapowiadało. W szczególności, że nie wiedziałem jak mam to zrobić. Zacząłem się wiercić, jakbym miał pchły na tyłku. Nieważne jak głupio to wyglądało, przynajmniej poskutkowało. Raz w życiu moje pomysły chyba nie były aż tak głupie.
Kiedy wybiłem się w powietrze, czułem się jak władca wichrów. Szybowałem w bezkresnych przestworzach wiatru. Dopóki nie spotkałem się z wodą. O mało co nie jęknąłem. Co prawda jesień się dopiero zaczęła, ale to było straszne! Nie spodziewałem się takiego zimna, przecież nadal jest ciepło. W ostatnim momencie powstrzymałem się, żeby nie otworzyć buzi, musiałem przecież jakoś nurkować. Nieumiejętnie wpadłem do wody. Na dnie uderzyłem o jakąś gałąź. Szybko wypłynąłem z wody, żeby nie jęknąć z bólu pod nią. Oparłem się przednimi łapami o ziemię i podciągnąłem się w górę. Moja mina nie była ciekawa, przez co wilk szybko mnie zapytał:
- W porządku? - Pokiwałem jedynie głową od niechcenia.
- Chyba mam coś w łapię, mógłbyś to sprawdzić? - Wilk skierował się do mojej łapy i rzucił na nią okiem. Z jego miny odczytałem, że nie za ciekawie.
Zapomniałem o jednej rzeczy, którą mogę zrobić. Wyszedłem z ciała i stanąłem obok... No dobra, chyba się sobie nie przedstawiliśmy. Ku mojemu zdziwieniu przez moment udało mi się pozostać obydwoma ciałami aktywny. Jednak przypomniałem sobie, w jakim celu tak właściwie użyłem mocy. Oglądnąłem łapę, znajdował się tam tylko kawałek małego patyczka. Wróciłem do pierwotnego ciała.
- To tylko drzazga – odparł tonem, który dla mnie brzmiał mniej więcej: tylko straciłeś łapę, ale masz trzy pozostałe, ciesz się życiem!.
- Czyli że co? Możesz to normalnie wyciągnąć?
- Zdaje mi się, że tak – odetchnąłem głęboko. W głębi siebie cieszyłem się, że będę miał wszystkie łapy, a nie tylko trzy (jak dobrze, że chociaż ta sytuacja przypomniała mi liczbę). - Tylko uważaj, może naprawdę zaboleć.
- Zaczynaj – powiedziałem i zacisnąłem mocniej kły.
Po chwili jęczenia było już po wszystkim, a ja mogłem mu podziękować, że tak dobrze wyciągnął patyk. Mogłem już pójść, jednak została jeszcze jedna sprawa.
- Mam pytanie – powiedziałem, a wilk odwrócił się do mnie z pytającym wzrokiem - jak masz na imię?
- Naprawdę ci się nie przedstawiłem? - Pokiwałem głową – Najmocniej przepraszam, Joel jestem lub po prostu Jo.
- Zapamiętam, Jo. Jestem Valk – odrzekłem – Miło było, nie licząc jednej sprawy. - Puściłem oczko w jego stronę. Chyba muszę już lecieć, za niedługo mam próbę, a później występ w amfiteatrze. Jak chcesz, to przychodź.
Ruszyłem przed siebie truchtem, żeby sprawdzić, czy naprawdę wszystko w porządku z nogą. Jednak nie było powodu do niepokoju. Działała sprawnie jak zawsze, bez najmniejszego zarzutu. Do amfiteatru wcale nie było tak daleko, jednak szybko byłem zmęczony i nadal przesiąknięty wodą.
Obok mnie już stała Gaja i trenowała swój występ. Za każdym razem jego widok wprawiał mnie w ogromne zdumienie. Zacząłem ćwiczyć swoje i muszę przyznać, wychodziło mi to coraz lepiej. Na samym początku nie czułem się oddany występowi. Potrzebowałem swobody i wprawy, która w końcu nadeszła. Wcześniej trochę obawiałem się występów przed sporą publiką. Później zobaczyłem, że tutaj wcale nie przychodzi dużo wilków. Najwięcej osób, które przyszło, nie przekraczało rzekomej liczby dziesięć, ale było to więcej od pięć. Poddaje się z liczeniem. Jednak zazwyczaj było ich trzy. Największy ruch był w piątki. Większość wilków w ten dzień się zabawiała, jednak amfiteatr i tak nie był jakąś wielką frajdą. Znaczna część osób, która lubiła się bawić, wolała chodzić do baru. Tam to dopiero była zabawa. Każdy mógł tańczyć w swoim stylu i nie tylko oglądać czyjeś występy. Swoją drogą, muszę przestać być spłukany, chciałbym w końcu coś kupić w barze. Uśmiech od naprawdę wielu minut nie schodził mi z pyska. Jaki był tego powód? Byłem bardzo szczęśliwy, że nareszcie pokażę mój trzeci układ. Jak na razie występowałem tylko dwoma. Jednak wczoraj w nocy stwierdziłem, że przydałoby się wymyślić coś nowego. Zaczęło ich chyba nudzić to samo. Po tym układzie będę musiał stworzyć dwa kolejne. Tymczasem Gaja schodziła już ze sceny. Teraz nadeszła moja kolej.
<C.D.N.>

Uwagi: W WMW "Alfa" piszemy wielką literą. "Nienormalne" piszemy razem.

Zdobyte karty: brązowe: Wrzosowa Łąka, Medalion Rosnącej Potęgi; srebrne: Powietrze, Elektryczność

wtorek, 31 lipca 2018

Od Valkoinen "Dźwięki nadchodzące znad wody" cz.2

Lipiec 2021
Alfa właśnie stała nad Wodospadem i wpatrywała się w niego. Dla mnie wyglądał dokładnie tak samo, jak przedtem. Nie wiem czego tak w nim wypatrywała. Niczym się różnił, słońce jedynie mocniej odbijało się od tafli wody. Wydawała się teraz świeższa, niż przedtem. Jednak osoba, która wcześniej się jej nie przyglądała nie mogłaby tego zauważyć, może to? Jeszcze niedawno słońce na zmianę z chmurami przebijały się na prowadzenie. Każde z nich chciało mieć przewagę nad pogodą. Jednak teraz widocznie było widać jednego zwycięzcę, którego promienie spadały na ziemię, jakby szczerzył się w promienistym uśmiechu wygranego. Szczerze muszę przyznać, że kibicowałem innemu zawodnikowi. Jestem raczej stworzeniem, hmm, jakby to powiedzieć... cieniolubnym. Nie wiem czy to dobre określenie.
Jednak nigdy nie byłem geniuszem jeśli chodziło o myślenie. W żadnej innej dziedzinie nim nie byłem, tak szczerze mówiąc.
Pomyśleć, że akurat, kiedy gnałem nad wodospad, chmury specjalnie pochowały się. - pomyślałem. Nie mogło być inaczej! Pogoda bawiła się mną! Nie widząc siebie i tak wiedziałem, że wyglądam jak obrażone szczenię.
Jednak przypomniałem sobie, że mogę łatwo to sprawdzić, skoro obok mnie jest woda. Jednak mój wyraz pyska szybko się zmienił. Było to tak, jakbym sam przed sobą nie chciał być gburem. Podszedłem dość niepewnym krokiem jak na mnie do wadery stojącej już teraz niedaleko.
W takich momentach nigdy nie wiem, co powinienem powiedzieć. Mam przywitać się jakoś uroczyście? Czy może trochę mniej, ale jak do osoby bardzo doświadczonej? Co prawda musiałem porozmawiać kilka razy z Alfą, jednak teraz było to co innego. Wcześniej musiałem się po prostu zapytać o jakieś rzeczy. Teraz było to zupełnie coś innego. Przerażała mnie mniej niż na początku, to prawda, ale nadal było w niej coś strasznego. Podszedłem już bardzo blisko, nawet jakbym chciał, nie wywinąłbym się z rozmowy. Jej wzrok przeciął się z moim, a ja kierując wzrok w zasuszoną ziemię podszedłem do niej. Sytuacja była na tyle dobra, że stała sama, jakby obok ktoś był pewnie bym nawet nie podszedł.
- Dzień dobry, Alfo – powiedziałem bardzo oficjalnym tonem. Nie wpadłem na nic innego, a dłuższe czekanie przed rozmową nic nie zmieni.
- Dzień dobry – odparła jak zawsze z tą samą powagą na pysku. O rany. - Coś się stało?
- Słyszałem, o lekcjach liczenia... – Zawiesiłem się na moment i nie wiedziałem co powiedzieć dalej, jednak Alfa dokończyła za mnie.
- Czyli chcesz się nauczyć liczenia? - Spojrzała po mnie pytająco, na co ja przytaknąłem głową. - Siadaj.
Usiadła pierwsza, a ja zaraz po niej. Czy wie, że ja wcale nie umiem liczyć? Czy zacznie od skomplikowanych liczb tak, że nic nie zrozumiem?
- Podstawowymi liczbami są jeden, dwa – Alfa zaczęła wymieniać liczby, dopóki nie powiedziała dziesięć, na której skończyła. Jeżeli zapamiętałem chociaż połowę z tego to będzie dobrze. - Powtórz teraz wszystkie.
- Jeden, dwa – powiedziałem pytająco, na co tylko leciutko przytaknęła. Zatrzymałem się na liczbie sześć. Recytowałem liczby, powtarzając po niej.
- Tak więc jest jeszcze liczba zero. Jest ona najmniejsza. Oznacza tyle samo co nic. - Zaczynałem nawet łapać, o co chodzi w tym całym liczeniu.
Taaak geniuszu, łapać coś, co dopiero zacząłeś, pomyślałem. Moja rodzina to ma jednak szczęście, że się spaliła. Nie muszą przebywać z takim debilem, pomyślałem. Moment później zdałem sobie sprawę, ile tego jest. Później jeszcze raz wróciłem do mojej pamięci. Wspaniała i zawodna w momentach, kiedy się uczę i zapamiętuję imiona.
- Liczba jeden oznacza, że coś jest, ale najmniejsza ilość. Masz jeden nos, jesteś jeden.
Widać było, że Alfa mówi podobne rzeczy więcej niż jeden raz. Przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Mogła też być bardzo zmęczona lub bardziej znudzona sytuacją.
- Później jest liczba dwa – powiedziała, po czym głośno odchrząknęła. - Jest jeszcze inne słowo, które znaczy to samo. Para. - Kiwałem głową w zrozumieniu. Pewnie zrozumiałem z tego o wiele mniej, niż mi się zdawało.
To tłumaczenie wyglądało jak rozmowa sam ze sobą. Po prostu nie musiałem nic mówić. Było to nawet lepsze. Pewnie palnąłbym jakąś głupotę, a wolałem się nie pogrążać.
- Jeżeli upolujesz dwa króliki i zjesz jednego, to wiesz ile ci ich zostanie? - Przechyliłem głowę na bok.
Czy myślenie może boleć? Mógłbym przysiąść, że poczułem ruch w mojej głowie. Prawie usłyszałem pisk wszystkich części znajdujących się w mózgu. Czyli jednak coś tam mam? Po tylu latach mojego życia chyba coś tam się stało. Elementy zaczęły współpracować. Ktoś tam na pewno stał i próbował nimi poruszać, ale wiem, że to na pewno było trudne. Pewnie są tam ciężkie kamienie, którymi trzeba podrzucać, żeby cokolwiek zadziałało. One ocierają się o siebie wywołując ogień. Co prawda szybko to gaśnie, ale jednak coś pozostaje, przynajmniej w niektórych wypadkach. W moim chyba nie do końca. Później zostaje jakby ciepło wlewające się do umysłu, które za niedługo i tak by uciekło uszami. Wiedziałem jednak, że za wszelką cenę muszę je zatrzymać, jeżeli do końca życie nie zamierzam być matołem. Gdyby jeszcze dla kogoś takiego jak ja był ratunek.
- Eee... - odpowiedziałem bardzo mądrze. Ta zagadka na pewno musi mieć rozwiązanie! - Czy to będzie jeden?
- Tak, bardzo dobrze. Zaczynasz już najłatwiejsze rzeczy rozumieć. - Nie wiem, czy to była pochwała, czy jednak nie do końca. Uznajmy, że mnie pochwaliła. Prawie wyparłem pierś i spojrzałem w górę jak zwycięzca. Jednak fakt, że byłem mniej pewny siebie, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać powstrzymał mnie.
- Zróbmy kolejne zadanie. - To chyba za dużo jak na mój mózg, pomyślałem. On nic nie rozumie! Nie! Nie mogę go obrażać, bo nie będzie ze mną współpracować. - Wyobraź sobie, że upolowałeś jednego jelenia. A za dwie godziny kolejnego. Ile ich łącznie masz?
Z trudem hamowałem się, żeby ślina nie pociekła mi z pyska. Od długiego czasu nie byłem taki głodny. To będzie jeden. Skoro mam dwie godziny przerwy, to w tym czasie już go zjem. Sam nie dam rady, ale z kimś to już go na pewno nie będzie. Chociaż chyba mam założyć, że nie zostanie tknięty. To wtedy będzie... To jest za trudne! Ja się na to nie pisałem!
- Wiem! - krzyknąłem uradowany. Chociaż to brzmiało bardziej jak rozgryzana świnia. Brzmię jak jeden wielki debil. - Będę miał dwa jelenie. - Alfa pokiwała głową, uznając moją odpowiedź. Zacząłem uśmiechać się i ledwo powstrzymałem od ukłonów. Valkoinen ty matole, skończ się popisywać, jęknęła jakaś część we mnie. Jestem po prostu zwykłym idiotą, co uważa, że wszystko mu wolno i wszystko potrafi.
- Teraz może przejdziemy do czegoś trochę trudniejszego. - Spojrzałem się na Alfę z powątpiewaniem. Czy to na pewno dobry pomysł? Jednak nawet jeżeli tak sądziła, to nie dawała tego po sobie poznać. - Rano upolowałeś dwa króliki, jednak ktoś ci zabrał jednego, później upolowałeś połowę z tego ile miałeś, ale byłeś głodny i go zjadłeś. Pod wieczór oddałeś komuś jednego z pozostałości. Ile zostało ci królików?
Mój umysł musiał sporo pomyśleć, trochę to zadanie go przerastało. Jednak co jak co, ale na zostanie geniuszem z tej dziedziny to chyba nie mam szans. Jednak kiedy chwilę się zastanowiłem. Nie wiem, czy ta chwila była dłuższa, czy raczej krótsza, (ale zdawało mi się, że to pierwsze) jednak wymyśliłem pewną odpowiedź. Nie wiem, jak bardzo była ona inteligentna, a co dopiero poprawna. Jednak zadowolenie prawie tańczyło we mnie jakiś rytmiczny, wesoły taniec, zapewne ludzki, ale nie znałem się na tym. Zawadiacki uśmiech prawie wkroczył mi na pysk, ale przypomniałem sobie, że nie udzieliłem jeszcze odpowiedzi. Wznosiłem się na skrzydłach mądrości do gwiazd, które na mnie spoglądały. Oczywiście gwiazd nie było ani skrzydeł, tym bardziej mądrości. Moje skrzydła nie zaniosły mnie daleko i upadłem jedynie na tyłek rzeczywistości. Co za głupek, zgoniłem siebie w myślach.
- Czy to będzie raczej nic? - Popatrzyłem się na Alfę i czekałem na jej jakikolwiek ruch. Coś jej się jednak nie spodobało w mojej odpowiedzi.
- Odpowiedź jest dobra, jednak ta liczba, która oznacza "nic" ma swoją nazwę. - Przechyliłem głowę i wgłębiłem wzrok w Alfę. Faktycznie, coś w tym jest. Przypomina mi się jakiś urywek naszej nauki, w którym o tym wspomniała. Jednak wiedziałem, że na najświętsze albinosy nie przypomnę sobie tego. Gdyby moje drugie wcielenie umiało cofać się do przeszłości... Nie, nie umie, a próbowanie tylko marnowało mój czas.
- Nie pamiętam tego – westchnąłem cichutko i lekko zmarszczyłem nos. Słońce w końcu powinno się schować. Przez jego nadmiar wszystko zaczyna już piec, a duża ilość sierści wcale nie pomaga. (A powinna!)
- Dobrze geniuszu, widzę, że już nic więcej nie wymyślisz – Chyba to będzie na tyle dzisiaj, tak? Czy właśnie mi odpuszcza zajęcia? - Liczba to zero.
Faktycznie, ma w tym rację, było coś takiego. Jednak mój mózg, czy tam jego pozostałości chyba nie chciały tego do siebie przyjąć.
- Teraz ostatnia liczba i już daję ci spokój. - Co? To czeka mnie jeszcze ostatnia?! Ja się na to nie pisałem. Czuję się bardziej wyczerpany niż po godzinnym maratonie. Dla mądrości trzeba cierpieć, prawda?
- Jest to trzy, nie mamy jednak nic w swoim ciele, czego jest trzy. Także musisz dodać jeden nos i parę oczu. Wtedy uzyskasz liczbę trzy. - Dobra, tak więc to jest trzy?
To wszystko jest za głupie albo ja jestem na to za głupi. Nie, to jest za głupie na mnie. Przecież to nie ma sensu. Tutaj nic nie ma sensu! Polowanie ma sens, owszem. Bieganie, skakanie i inne rzeczy też mają sens. To wszystko jest potrzebne do przeżycia. Tam jest ogromny sens Czy tutaj jest coś, co też go ma, chociaż odrobinę? Nic mi się stąd nigdy nie przyda. To wszystko jest nie w porządku! Od urodzenia powinniśmy automatycznie, umieć to wszystko! Liczenie robi sobie z nas jakieś nieśmieszne żarty. Czemu to nie może być prostsze?
Jednak jest plus tej całej sytuacji, gdyby nie patrzeć to już skończyła mi się lekcja. Umiem już liczyć do trzech. Chociaż daję słowo, że minie kilka dni i nic z tych umiejętności nie pozostanie w moim pustym łbie.
Było mi strasznie gorąco. Nie wytrzymywałem już takich temperatur. Gdybym tylko miał żywioł wody... Albo wcześniej wpadł na genialny pomysł ochłodzenia się w Wodospadzie. Muszę chyba w końcu zacząć myśleć. Cofnąłem się kilka kroków w tył, na pewno więcej niż te trzy. Jednak nie pamiętam nazwy tej liczby. Może sześć? Czy jak to tam było? W każdym razie to nie było za bardzo ważne. Mam już gdzieś to liczenie. Będę się tym przejmować następnym razem. Wyciągnąłem łapy przed siebie i chlupnąłem wodę z niesamowitą lekkością, prawie ja motyl. Kogo ja oszukuję? Brzmiało to gorzej, niż jakby wskoczyło stado morsów. Dobrze, że wokół nikogo nie było, bo byliby mokrzy na całym swoim ciele. Wiem, że rośliny rosnące nad wodą w głębi siebie mi dziękują, a ja w końcu mogę się pokłonić. Podniosłem trzy łapy w górę i pochyliłem się w pokłonie. Zupełnie nieprzygotowany poczułem ciepłe zderzenie mojego pyska z wodą. Rozglądnąłem się wokół czy nikogo nie ma. Na moje szczęście bawiły się jedynie jakieś szczeniaki. Przynajmniej nic nie widziały. W końcu mogłem w spokoju odpocząć.

C.D.N

Uwagi: Nie zapisuj myśli jak wypowiedzi! Pomyliłaś jelenie z kozami. Cyfry w op. zapisuj słownie.

czwartek, 19 lipca 2018

Od Valkoinen "Dźwięki nadchodzące znad wody" cz.1

Lipiec 2021
Zawsze się zastanawiałem ile mam łap. Jak nazywa się ta liczba określająca ich ilość? Wiedziałem, że jest coś takiego, ale nic poza tym. Umiałem dobrze określać ilości słowami kilka oraz kilkadziesiąt. Nie było to aż takie trudne, mimo że czasami nadal się myliłem.
Jestem już prawie dwa tygodnie w watasze, ale już udało mi się zauważyć jak bardzo mój poziom umiejętności odstaje od innych. Bardzo duża ilość wilków skończyła szkołę. Wiem, że chodzili na jakieś zajęcia, na które nigdy nie miałem okazji się stawić. Jestem już po prostu na to wszystko za stary. Jeżeli doczekam się kiedykolwiek dzieci to nie dopuszczę żeby byli tacy jak ja. Tylko najpierw musi mnie ktoś zechcieć, a to już będzie trudniejsze zadanie.
Rzuciłem wzrokiem jeszcze raz na moją jamę, przydałoby się ją czymś przyozdobić. Było w niej całkiem dużo miejsca. Mógłbym tu spokojnie zmieścić całą moją rodzinę. To czy byłoby nam wygodnie to już druga sprawa. Z sufitu jaskini jakby ściekał sopel lodowy. Jednak był to pojedynczy stalaktyt, z którego za niedługo powstanie stalagnat. Będzie to całkiem ciekawa obserwacja. Nie wyglądało to tak całkowicie źle. Jama nie była ani za duża, ani też za mała. Jednak na pewno starczy mi miejsca na jakąś drobniejszą ozdobę. Bez niej było w środku strasznie ponuro.
Dzisiejszy poranek był strasznie upalny. Dopóki o tym nie pomyślałem, nawet nie zdawałem sobie sprawy jak strasznie chce mi się pić! Mój jęzor był niemal całkowicie przesuszony i stawał się nieprzyjemnie szorstki. Prawię czuję jakby ścierał moje kły.
Ale jeszcze gorsza sprawa była z moją czystością. Łapy przesiąknęły okropnym fetorem błota. Z innymi częściami wcale nie było dużo lepiej. Podarowałem sobie wciągania wspaniałej woni wydzielanej z mojego pyska. Miałem wrażenie, że ten smród wypadał nawet uszami. Muszę iść nad wodospad zanim kogoś spotkam. Nie mogę przecież tak śmierdzieć przy kimś! Co prawda higiena nigdy nie była dla mnie czymś szczególnie ważnym, nie musiałem wskakiwać do wody kilka razy dziennie. Jednak teraz to już totalnie przesadziłem. Wybiegłem z jaskiń jak najszybciej się dało. Nie zauważyłbym nawet gdybym kogoś minął.
Może nie będzie czuć smrodu ciągnącego się za mną jak cień? - Pamiętaj, Valk, nadzieja zawsze pozostaje, no nie?
Biegnąc moje tylne łapy prawie uderzały o przednie, przez co prawie zaburzały moją równowagę. Było bardzo niedaleko do tego. Okruchy razem z pyłem z przesuszonej gleby drżały od uderzania łap. Ruszałem się trochę ociężale, od kiedy wczoraj stwierdziłem, że przebiegnę się lasem ciągnącym się na terenach watahy. Gdyby nie fakt, że byłem wykończony biegiem oraz jednocześnie najedzony, to na pewno rzuciłbym się na zwierzęta uciekające przede mną. Chociażby żeby przestraszyć kilka wiewiórek. Jednak i tak byłbym na nią za wolny, więc najadłbym się jedynie jej strachem.
Z każdym przełknięciem śliny czułem coraz większe pragnienie wypicia chociaż kropli. Słońce coraz mocniej uderzało mi w kark. Nie miałem jeszcze gdzie się skryć, a moje siły znacznie osłabły. Las był coraz bardziej widoczny, na pewno byłem już bliżej niż dalej. W lesie będę miał możliwość zatrzymania się pod drzewem i ponownego nabrania sił w cieniach ich koron. Zatrzymałem się pod pierwszym lepszym konarem i przystanąłem w miejscu sapiąc ze zmęczenia.
- Rany! - Stęknąłem przemęczony. Gdybym mógł, zamieniłbym się w beczkę. Przystojną beczkę, rzecz jasna. Doturlałaby mnie może do samego wodospadu. Nie musiałbym przynajmniej chodzić.
Czułem jak gorąco wychodziło z każdej strony mojego ciała. Teraz na dodatek sierść zlepiała się na jej końcach. Nie miałem pojęcia czy była takiej barwy jak zawsze. Może porządnie ściemniała?
Ruszyłem powolnym krokiem nad wodospad, jeszcze nie wiem jak daleko tam jest. Wcześniej nie miałem okazji tam pójść. Jak na razie dużo czasu spędziłem nad Wodospadem. Było tam bardzo dużo wilków. Większość z nich była bardzo czysta albo przynajmniej czysta. Powłóczyłem łapami dalej przed siebie. Już nie z tym samym zapałem ucieczki przed wszystkimi wilkami, teraz już to sobie darowałem. Wokół nie było nikogo.
Pobiegłem szybszym tempem, kiedy przypomniałem sobie o tym, że chciałem się dzisiaj pouczyć liczenia. Alfa prowadziła lekcję dla dorosłych wilków. Jednak znając moje ruchy nie pójdzie mi to za szybko. Nawet jakbym chciał się uczyć dzisiaj (co pewnie i tak mi nie wyjdzie) to już widzę moje tempo zmierzania na lekcję. Pierwszy raz w życiu chciałem nauczyć się czegoś pożyteczniejszego, ale nie dzisiaj. Może nauka nie chce żebym z nią randkował? Czy ona czasem nie spławia mnie i mówi do mnie, żebyśmy lepiej zostali przyjaciółmi? A gdyby tak się okazało, że ona nie chce mnie znać? Nie chcę być moją przyjaciółką. Tak, to na pewno to! Po co mam się uczyć? Nie będę jej przecież na siłę się wpychać, prawda?
- Przecież woda chce mnie przytulić i sądzę, że nie będę mógł się od niej wycofać. - Orzeźwienie to dopiero prawdziwa miłość.
Westchnąłem na samą myśl o wodzie. Znajdowałem się już bardzo blisko Wodospadu. Dzieliło mnie zaledwie kilka kroków. Zatrzymałem się i wsłuchałem w dźwięki dochodzące znad wody. Oczekiwałem na jakiekolwiek oznaki tego, że usłyszę zwierzę. Pewnie uciekło zanim tutaj podbiegłem.
Wstrętna zwierzyna – powiedziałem sam do siebie w duchu. Gdybym jeszcze miał do kogo mówić...
Hałasowałem gorzej niż stado żubrów. Gdyby ktokolwiek chciał mnie zabić, na pewno nie byłoby trudno mnie znaleźć. To było niemal takie same jak krzyczenie: 
- Cześć, tu jestem! Patrz i rzuć się na mnie! Tylko na to czekam! - To na pewno nie było mądre zachowanie z mojej strony.
Jednak na terenie watahy chyba nic mi nie grozi. Wskoczyłem do wody rozchlapując ją na wszystkie rośliny wokół. Przydałoby im się jej trochę więcej. Od dawna nie padał u nas żaden deszcz. Wszystko jest przesuszone i zaczyna przybierać coraz to żółtsze barwy. Jeżeli to dalej będzie tak zmierzać, a woda nadal będzie tylko mnie darzyła miłością to wszystko uschnie na dobre. Nawet tutaj, w okolicach leśnych, gdzie powinno być dość mokro.
Z każdą chwilą spędzoną w wodzie czułem jak woda przyjmowała mój brud. Woda była bardzo gorąco, jednak mimo to dawała orzeźwienie. Mój ozorek nadal łapczywie próbował pochwycić całą wodę znajdującą się w zbiorniku.
Przypomniałem sobie jak dawnymi czasami, jeszcze za szczeniaka ojciec opowiadał mi historyjki. Pewnego razu opowiedział mi jakąś ludzką. Posiadał umiejętność zamiany w człowieka. Moje imię pochodzi od przydomku człowieka zwanego Valkoinen Kuolema, czyli jako biała śmierć.
Opowieść była o smoku. Ludzie jako znane podłe istoty chcieli wykurzyć bestię z ich terenów. Nie pamiętałem dokładnie całej treści bajki. Popsuć jej czar swoją niewiedzą, to dopiero by było! W każdym razie smok zdechł. Jak to ludzie, podłe i fałszywe, chcąc go nakarmić, podłożyli mu coś w jedzeniu. Smok musiał ugasić swoje pragnienie od ich jedzenia. Zaczął wypijać jak najwięcej wody tylko zmieścił. Pękł jednak, i tyle z niego było.
Westchnąłem. Tato, opowiedz mi to jeszcze raz, jeśli to miałoby cię powrócić do świata żywych. Chętnie posłuchałbym tej samej powieści, jeżeli wypłynęła by z twojego pyska. A jeżeli już o wypływaniu mowa, to powinienem wypłynąć na przeciwny rozleglejszy brzeg. Ciepłe fale uderzały we mnie z taką siłą, że nie wytrzymywałem długiego pływania. Kiedyś to dopiero miałem wspaniałą kondycję. Zacząłem wytrzepywać się z wody, chociaż pewne było że ponownie do niej wskoczę. Chociażby żeby wrócić. Jednak nie było mi śpieszno. Wlazłem łapami na brzeg usypany pięknymi kamieniami. Podniosłem błyskającego i gładkiego, niebieskiego do pyska. On musi zagościć w moim pokoju! Położyłem się w wodzie i zacząłem wciągać nosem dochodzące zapachy.
Już nie śmierdziałem tak jak na samym początku. To dopiero była katorga! Wąchanie samego siebie nigdy wcześniej tak bardzo nie szczypało mnie w oczy. W przenośni i dosłownie.
Myślałem, że znalezienie Alfy zajmie mi okropnie dużo czasu. Jednak kiedy się odwróciłem zobaczyłem ją zajmującą się czymś w okolicy. Musiałem skorzystać z okazji, zanim mi ucieknie. Wytrzepałem się teraz naprawdę porządnie. W końcu byłem też pewien, że już nie śmierdzę. Ruszyłem żwawszym krokiem w stronę Alfy. Jeszcze kiedyś zostanę mistrzem liczenia! Strzeżcie się, rzeczy niepoliczone! Zabawa dopiero się zaczyna.

<C.D.N>

Uwagi: Zrób coś z tymi przerwami w tekście. "Pojedynczy" piszemy przez "n". "Na razie" piszemy osobno. Dużo literówek. "Wodospad" to nazwa miejsca, więc należy pisać ją wielką literą. Wypowiedzi a myśli zapisuje się inaczej! Według Twojego zapisu Valk rozmawia sam ze sobą na głos.