Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dante. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dante. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 czerwca 2018

Od Dante "Festyn i organizacje" cz. 2 (cd. Lind)

Opowiadanie festynowe: bonus x2 więcej pkt. umiejętności i doświadczenia, 2x więcej SG za op.

 Marzec 2021 r.
Odrobinę spóźniłem się na umówione wcześniej spotkanie techników, co zauważyłem kiedy grupka wilków próbowała przetoczyć zdecydowanie zbyt wielki pień drzewa. Przyspieszyłem do biegu i krzyknąłem:
- Hej, pomogę wam!
Nie spodziewali się chyba jednak tego, co zaraz nastąpi, bo pień zaczął się na ich oczach toczyć sam. W dodatku ze stałą prędkością, przez co musieli mieć wrażenie, że turla się z jakiegoś zbocza. Ruszyli takim samym pędem, jak mój, w ślad za pniem.
- Spokojnie, nic się nie dzieje! - krzyczałem, przyspieszając tempa. Byłem z nich najszybszy, zatem nie sprawiło mi to większego problemu. Już niedługo potem byłem tuż za drzewem. Odczuwałem opór powietrza, to Lind musiała próbować hamować pościg. - Lind, przestań!
Posłuchała, więc pień nabierał coraz to większej i większej prędkości, a ja nadal cwałowałem tuż za nim. Cała reszta została gdzieś w tyle, niewykluczone, że dostając zadyszki. Dopiero wtedy znalazłem się na terenie, gdzie akurat przechadzały się inne wilki. Uskakiwały przerażone do krzaki, a ja wrzeszczałem do innych przechodniów ostrzegawczo.
Dopiero kiedy dotarłem na miejsce, gdzie miał być postawiony amfiteatr, użyłem mocy ziemi, by tym razem zwolnić tempo pnia. Silniejszym uderzeniem łapy w wilgotną nadal ściółkę wytworzyłem rampę, która wyrzuciła w powietrze ścięte drzewo. Skomentowałem to głośnym okrzykiem zachwytu, bo lot był iście perfekcyjny. Zwieńczony był uderzeniem z impetem w ziemię skromnej doliny wybranej przez Alfę.
- Ale czad! - wrzasnąłem radośnie, wciąż drżąc z emocji. Ostatnio rzadko kiedy miewałem okazję do takich wygłupów, w końcu musiałem być godnym autorytetem dla dorastającej córki.
- Dante, coś ty najlepszego zrobił! - krzyknęła przestraszona Lind, która najwyraźniej już zdołała mnie dogonić. - Trawa jest kompletnie zdewastowana!
- Spokojna głowa! - Ponownie puściłem się galopem w dół dolinki. Wadera podążyła w ślad za mną, po raz kolejny nie mając pojęcia co mam w zamiarze uczynić. Tym razem jednak nie panikowała, i słusznie. Kiedy tylko byłem wystarczająco blisko, zatrzymałem się, gwałtownie wysuwając przed siebie jedną z łap. To wystarczyło, by przesłać wiązkę mocy przez ziemię, która natychmiast naprawiła to, co zniszczyłem, wcześniej wyrzucając w powietrze pień. Z uśmiechem obróciłem się do Lind.
- Ta-daaa!
Chyba trochę zaniemówiła, bo stała i wpatrywała się w tamten punkt z trudną do opisania miną.
Wtedy na horyzoncie ukazał się Magnus i Joel, dwóch nowych samców należących do stada. Może i nie tak nowych, bo dołączyli o ile mnie pamięć nie zawodzi jesienią, ale nadal przyzwyczajenie się do nowych twarzy (czy raczej pysków) było dla mnie wyzwaniem.
- Co się stało?! - krzyknął Joel z szeroko otwartymi oczyma.
- Dan znowu oszalał - odpowiedziała krótko Lind i podeszła bliżej pokaźnego pnia. Magnus i Joel wymienili spojrzenia, a później znowu popatrzyli na mnie. Uśmiechnąłem się zagadkowo i obróciłem do kawałka drewna, który mieliśmy posiekać.
- Byłbyś w stanie się tym zająć...? - zapytała, patrząc na mnie nieco podejrzliwie.
- Tak - odparłem krótko i wykonałem kolejny czar. Ten za to wymagał ode mnie znacznie większej precyzji i skupienia. Magnus i Joel wyczuwając moje napięcie nie komentowali, ale czułem na sobie ich spojrzenia.
Dopiero po chwili dostrzegalne były skutki moich działań, bo drzewo zaczynało się niespiesznie dzielić na mniejsze kawałki. Nie były one idealnie równe, ale starałem się jak tylko mogłem. Wymagało to ode mnie podzielnej uwagi, bo musiałem kontrolować wszystkie brzegi desek na raz.
Dopiero po zakończonym procesie przyszła kolej na Lind i pozostałych samców, jednak tym razem przemienionych w ludzi. Jeśli wierzyć plotkom, wygodniejsza dla nich była akurat ta forma, gdyż spędzili w niej znaczną część życia, zupełnie jak było to w przypadku Karou. Właściwie obserwując ich swobodne zachowaniu byłem w stanie w to uwierzyć.
Gdy odpocząłem po trudnym zaklęciu, także przemieniłem się w człowieka i pomogłem w budowie. Coś mi się zdawało, że Lind początkowo mnie nawet nie poznała. Joel skomentował moją przemianę radosnym okrzykiem, a Magnus tylko spojrzał przelotnie i wrócił do roboty.
Te co mniej równe i bardziej niezgrabne dechy posłużyły za bazę pod scenę, a pozostałe starannie odłożyliśmy na bok, by móc je wykorzystać do stworzenia ostatecznej formy. Przynajmniej tak zadecydował Joel, który zdawał się być zarządcą całego projektu.
- Okej, na podstawę sceny to chyba tyle - oświadczył, kiedy ułożyliśmy już ostatnią wadliwą deskę.
- To teraz co? - zapytałem z zainteresowaniem, kiedy już podszedłem bliżej. Pod drodze zmieniłem się na powrót w wilka.
- Teraz my z Magnusem zajmiemy się obudowaniem tego nierównego bałaganu deskami... Do wieczora powinniśmy się wyrobić - Mówiąc to, wodził wzrokiem to po scenie, to po stercie pozostałych desek.
- Zostało jeszcze oświetlenie - odezwała się Lind, na co odpowiedzi wyjątkowo udzielił Magnus:
- Potrzebne elementy będą dopiero jutro.
- A jak tam prace nad restauracją? - dopytałem.
- Bar jest już gotowy. Zostały jeszcze krzesła, stoliki i reszta wyposażenia - wyjaśnił Joel.
- Czyli będzie jeszcze co robić - oznajmiła radośnie Lind.
- Niewątpliwie... - mruknąłem zadumany. Prawdę mówiąc sama myśl o ilości pozostałej pracy sprawiała, że czułem zmęczenie. Może i efekty działały w jakimś stopniu motywująco, ale wciąż wyglądało to bardzo nieporadnie, pokracznie wręcz. Przynajmniej ja miałem takie wrażenie.
- Przez kilka dni co najmniej - dorzucił Joel.
- To idziemy? - Magnus dał znak głową koledze, że chce się zająć resztą konstrukcji sceny. Joel mu przytaknął i obaj udali się w tamtym kierunku. Później obserwowałem zafascynowany ich przemianę w ludzi. Właściwie... ta forma nawet nie była taka zła. Znacznie precyzyjniejsze ludzkie palce bywały niezwykle pomocne.
Z zamyślenia wybudziła mnie dopiero samica:
- W takim razie my moglibyśmy zacząć montować te stoliki i krzesła z restauracji, co nie, Dan?
Popatrzyłem na nią w taki sposób, jakbym ledwo co zrozumiał jej słowa. Wprawdzie coś w tym było...
- Jest to... e... jakiś pomysł - wymamrotałem, uśmiechając się w miarę możliwości jak najsympatyczniej. Nie zareagowała na to w żaden konkretniejszy sposób, a zamiast tego obróciła się i zaczęła maszerować w stronę Wrzosowej Łąki, czyli miejsca, gdzie mieliśmy zorganizować restaurację i bar.
- Masz jakiś pomysł, co zrobić z tymi meblami? - zapytałem w pewnym momencie.
- Widziałam, że umiesz się zmieniać w człowieka... W domu mojej Babci były takie całkiem zgrabne krzesła, podobno były wystrugane przez ludzi, a ci mieli podobno niegdyś dużo targów. Mógłbyś udać się do Miasta i poszukać...
- Co powiesz na wykorzystanie krzeseł i stolików z poprzedniego festynu? - Zapytałem z szerokim uśmiechem. Spojrzała na mnie z zaskoczeniem.
- Poprzedni...? Zaraz... Był już jakiś festyn? - Zrobiła krótką pauzę - Ile masz... ma pan... lat?
- Żadnych "pan" nie oczekuję - Potrząsnąłem głową - W tym roku skończyłem dziewięć.  I, tak, mieliśmy już jeden festyn. Nie pamiętam kiedy, bo straciłem rachubę, ale mieliśmy. Na pewno zostało przynajmniej kilka rekwizytów z wtedy.
- I dopiero teraz się o tym dowiaduję? - sapnęła z niezadowoleniem.
- Najwyraźniej... - mruknąłem - Choć podejrzewam, że to, co wykorzystaliśmy kiedyś niewiele zdałoby się do tego, co budowaliśmy teraz... a krzesła na pewno się przydadzą.
- Gdzie są chowane rzeczy tego typu? - zainteresowała się Lind.
- Podejrzewam, że mamy jakiś schowek, lub coś w ten deseń... Alfy powinny wiedzieć.
- Jak zwykle... - Wywróciła oczami - Jak to jest, że Alfy są poinformowane o wszystkim, a my wiemy tyle co nic? To by nam znacznie ułatwiło robotę, a tak musimy im ciągle zawracać głowę...
- Może za mało się interesujemy życiem watahy? Nie wiem, nie jestem pewien. Jakiś sposób pewnie istnieje, ale czy jest prosty? Kto wie, kto wie...?
Przez chwilę szliśmy w ciszy, coraz bardziej zbliżając się do Góry. Już za kilka minut truchtaliśmy po kamiennej ścieżce prowadzącej do jaskiń. Tam zauważyliśmy zarys smukłej sylwetki Hitama, która rzucała cień w popołudniowym słońcu. Obserwował okolicę. Dzielił nas od niego jeszcze spory dystans.
- Dante, Dan, Danny... - urwała, bo najwyraźniej nie wiedziała jak mnie nazwać. Na jej pysku malował się wyraz konsternacji.
- Może być Dan, jeśli tak ci najwygodniej. Mnie to wszystko jedno, byleby nie było uwłaczające. Po dowiedzeniu się ile mam lat wcale nie musisz niczego innego wymyślać - Zaśmiałem się.

<Lind? Jaką masz sprawę? Możesz dokończyć myśl>

Uwagi: Brak.

sobota, 25 listopada 2017

Od Dante "Kiedy zaśpiewa słowik" cz. 5 (cd. Moone)

Wrzesień 2020 r.
Znowu leje - pomyślałem, patrząc spod zmrużonych powiek na senną, deszczową krainę u stóp Góry. Nie podobało mi się to. Trawa nie była widoczna pod warstwą mętnej wody i zanosiło się na to, że niebawem zaleje i drzewa. Istna powódź. Usiłowałem coś na to zaradzić, jednak bezskutecznie, co spotęgowało moje przeczucie, że coś jest nie tak, a wpływu na to mogą nie mieć naturalne siły, lecz czyjaś magia. Dojście do źródła tejże mocy było jednak niemożliwe. Powinno wskazywać oczywisty kierunek, jednak tak się nie stało... Zdawało się być słabsze od samej pogody, co było tym dziwniejsze. Zmarszczyłem brwi, wpatrując się w bure chmury.
Może moje przeczucia nie były słuszne? W końcu nigdy wcześniej nie próbowałem rozganiać deszczu. Niedawno nastąpił ten pierwszy raz - zakończony niepowodzeniem, rzecz jasna - gdyż sytuacja wyglądała naprawdę tragicznie. Z największym żalem patrzyło się na zaduszone pod wodą martwe ciała gryzoni, które stanowiłyby pyszną przekąskę. Wymoczone od kilku godzin lub dni nie mogły stanowić smacznego posiłku.
Nagle przez niebo przetoczył się grom. Futro aż zjeżyło mi się na karku. Za kilka sekund huknęło. Podczas powodzi dotychczas mieliśmy do czynienia z wyłącznie ulewą, a nie burzą. Nie wróżyło to niczego dobrego. Pospiesznie popędziłem ku jaskini Alf, nie przejmując się deszczem. Krople w tej chwili nie były na szczęście tak duże jak w poprzednie dni, jednak szybko mogło się to zmienić. Łapy ślizgały mi się na rozmoczonej górskiej ścieżce prowadzącej do jamy, wielokrotnie niemal nie upadłem. Wbijałem pazury w ziemię przy każdym kroku, jednak niewiele to dawało. Istne bagno.
- Alfo! - krzyknąłem w głąb przestrzennej, jednocześnie dość mrocznej jaskini.
- Tak? - głos Hitama odbił się echem od ścian. Już za chwilę jego pysk wyłonił się z półmroku. Nowy Alfa był znacznie ode mnie młodszy, nawet od Suzanny. Nie potrafiłem zrozumieć tego wyboru, bo w końcu był tylko niedoświadczonym młodzikiem, ale nigdy głośno nie polemizowałem. Chciałem uniknąć zbędnych kłopotów.
- Zbliża się burza - oświadczyłem. To mu wystarczyło. Nieznacznie skrzywił pysk, po czym skinął głową.
- Jak daleko jest od nas?
- Kilka kilometrów, ale sądząc po wietrze przybędzie prędko.
Hitam nie udzieliwszy odpowiedzi powoli wyszedł na skraj jaskini i spod zmrużonych powiek wpatrywał się w chmury. Po raz kolejny grzmotnęło. Moje przypuszczenia się sprawdzały - burza była coraz bliżej. Zbliżyłem się do basiora, czekając na werdykt.
- Wezwij wszystkie wilki o żywiole powietrza, wody i elektryczności.
Skinąłem głową i wyszedłem z jaskini, uprzednio tworząc sobie nad głową ochronę nad opadami. Wyglądało na to, że po raz kolejny spróbujemy magicznie odgonić niesprzyjającą pogodę. W myślach powtarzałem imiona wilków, które posiadają któryś z wymienionych przez przywódcę żywiołów: Lind, Leah, Bona... I to chyba byłoby na tyle. Z jego słów wynikało również, że powinienem udać się do byłej Watahy Asai. Zadrżałem na samą myśl.
- Cześć, Dan - z zamyślenia wyrwał mnie dziwnie znajomy głos. Zatrzymałem się i zerknąłem na lewo. O ścianę wejściową do swojej jaskini opierała się wyjątkowo drobna wadera o dużych, intensywnie różowych oczach które w dodatku odbijały światło wydobywające się z wzorów pokrywających jej futro. Zdawały się być przez to jeszcze większe.
- Cześć, Moone - odparłem. Uśmiechnęła się, widząc, że ją poznaję.
- Nie przeszkadzam? W czymś pomóc?
- Jakbyś mogła - rzekłem szybko - Musisz sprowadzić wilki z żywiołem powietrza, wody i elektryczności. Jak najszybciej.
- Z Watahy Magicznych Wilków czy...? - tu urwała, patrząc na mnie pytająco.
- Możesz do tych z naszej - stwierdziłem, rozumiejąc, że ta dopiero weszła w wiek dorosły i mogło się jeszcze wiele wydarzyć, w razie jakby zagubiła się w okolicach nie do końca oswojonych jeszcze członków byłej Watahy Asai.
- Dobra, to już idę - oświadczyła i popędziła ku jaskini jednej z wader, którą musiałem sprowadzić. Przed nasilającym się deszczem chroniła się za pomocą skrzydeł. Po chwili otrząsnąłem się z zadumy i sam zacząłem biec w stronę zachodniej części Góry, gdzie mieściły się jaskinie wilków, których kolor futra zwykle był czarnym. Miałem znacznie dłuższą drogę. Jako, że łapy wciąż niemiłosiernie ślizgały mi się na błocie, nieco wspomogłem się żywiołem ziemi. To on również pozwolił przejść mi nad zatopionym terenem bez moczenia łap.
- Wilki! Potrzeba mi wszystkich władających nad powietrzem, elektrycznością i wodą! - krzyczałem, biegnąc nieopodal jaskiń, po moście wytworzonym z ziemi, który prawdopodobnie rozmoknie i opadnie do wody za zaledwie kilkadziesiąt minut.
Kilka pysków wychyliło się z niewielkiej wielkości jam, a gdy robiłem rundę z powrotem, część z nich już była gotowa do drogi. Ruszyła ścieżką w ślad za mną, jednak nie po tej samej, po której ja się poruszałem, a skalnej, po której chodziły na co dzień. Była ona równoległa do mojej. W końcu nasze drogi się połączyły - biegłem na czele dość okazałej grupki wilków z byłej Watahy Asai. Czułem się jak jakiś dowódca stada... Dobrze byłoby mieć swoją watahę - stwierdziłem nagle, lecz szybko wyzbyłem się tej myśli. Nie byłbym dobrym liderem. Brakło mi wielu cech, by godnie pełnić tę funkcję.
Doprowadziłem ich do Alfy. Czekał wraz z Suzanną, która jednak siedziała nieco głębiej w jaskini, wpatrując się w zamyśleniu w deszcz. Podniosła wzrok na nas dopiero, gdy byłem raptem dwa metry od niej.
- Musimy odgonić tę burzę - oświadczył stanowczo, lecz nie za głośno Hitam. Mimo to był doskonale słyszalny. Zauważyłem, że wadery sprowadzone przez Moone już czekały. Ona sama w zaciekawieniu wpatrywała się w każdego z przybyszów. Najwyraźniej nic nie broniło temu, by członkowie stada obserwowali akcję. Siedziała skryta za jednym z kamiennych filarów w jaskini Alf.
- A co jeśli się nie uda? - zapytała jedna z wader. Miała aksamitnie gładki głos, jednak nie udało mi się wypatrzeć w tłumie jej pyska. Hitam jednak nie odpowiedział. Jego wzrok uważnie badał rejon, gdzie między chmurami pojawiały się przebłyski.
- Powinniśmy uderzyć tam - oświadczył w końcu, wskazując za pomocą brody najbliższy rejon, gdzie właśnie błysnęło - Wszyscy na pozycje.
Musieliśmy improwizować. Pospiesznie wymieniliśmy się informacjami, kto nad jakim żywiołem panuje, a następnie przybraliśmy prowizoryczne ułożenie. Jeden z wilków na szczęście czytał książki na temat kręgów mocy, gdzie opisane były również najsilniejsze ułożenia w przypadku łączenia magii kilku osób. Ostatecznie byliśmy gotowi za niemal chwilkę. Zorganizowanie wilków z Watahy Asai mnie nieźle zaskoczyło.
- Na sygnał wycelujecie w tamto miejsce - oświadczył Alfa, unosząc łapę we wcześniej już wskazanym przez siebie kierunku. Następnie (nie wliczając w to deszczu i wiatru który zaczął robić się niepokojąco silny) zapanowała cisza. Hitam wpatrywał się w obrany przez siebie punkt, a następnie wykonał zamaszysty gest. Wszyscy natychmiast użyli całej swojej mocy, skupiając się w tamtym miejscu. Musiałem aż przymrużyć powieki z nawału wichury, kłujących wręcz kropelek wody, które wydobyły się z zabójczo prędkiego strumienia oraz oślepiających błyskawic. Tych jednak było najmniej. Wiatr wytworzony za pomocą wilków nieco mnie odsunął ku skrajowi Góry, jednak nie mogłem się przysunąć. Z nadmiaru używanej magii zdrętwiały mi wszystkie kończyny. Nie widziałem, czy sytuacja się poprawia, czy nie. Zamiast tego spróbowałem wykorzystać jeszcze więcej mocy, co sprawiło, że zaczęło mnie boleć nawet w kościach. W dodatku wytworzony przez nas krąg musiał wyciągać ze mnie jej jeszcze więcej, niż sądziłem, że potrafię.
Niespodziewanie poczułem, jak opuszczają mnie siły. Strumień mocy zaczął słabnąć, pozostałe magiczne wilki również zdawały się mdleć ze zmęczenia. Gdy już niemal zgasł, poczułem, jak jedna z łap mi się osuwa. Szybko ją cofnąłem. Inna wadera, znacznie ode mnie młodsza, nie miała jednak tyle szczęścia. Całkowicie utraciła przytomność i ześlizgnęła się. Nie zdążyłem jednak złapać ją za łapę. Zamiast tego śmignęła obok mnie ciemna smuga, która bez zastanowienia rzuciła się w stronę urwiska. Plątanina czarnych piór, futra i... lśniących na różowo włosów.

<Moone?>

Uwagi: Wataha Asai nosi nazwę Watahy Czarnego Kruka. Pisz częściej opowiadania!

czwartek, 4 maja 2017

Od Dante "Kiedy zaśpiewa słowik" cz. 3 (cd. Moone)

Grudzień 2018 r. i styczeń 2019 r.
Obudził nas szczenięcy wrzask:
- Pobudka!
Jednocześnie poczułem na grzbiecie małe łapki, delikatnie przyciskające mnie mocniej do ziemi. Odruchowo zerwałem się z ziemi, o mało nie zrzucając Moone, o której wizycie uświadomiłem sobie chwilę potem. Nocowała u nas? Nie mogłem sobie przypomnieć.
- Czemu przychodzisz tak wcześnie? - zapytała Astrid. W tym czasie pozwoliłem waderce zgramolić się z mojego grzbietu.
- Przecież nie jest już rano! Pora wstawać! - wrzasnęła, niezdarnie zeskakując na ziemię. Nagle znieruchomiała, namyślając się nad czymś zawzięcie. - Chciałam się coś jeszcze spytać.
- Tak?
- A jak będzie się nazywać moja nowa koleżanka?
- Najprawdopodobniej Narvi - oparła Astrid z uśmiechem. Zerkała w kierunku małej Navri, która ku mojemu zaskoczeniu wciąż całkowicie niewzruszenie drzemała. Była taka drobna... Maleńka kruszynka.
- A czy przypadkiem nie miałaś iść do szkoły? - zapytałem, przypomniawszy sobie, że Moone musiała być w wieku szkolnym. Uśmiechnęła się głupkowato, wyraźnie przyłapana na gorącym uczynku.
- No... powinnam.
- Więc idź! - powiedziałem, udając srogość. Zaśmiała się i wybiegła z jaskini.
- Do widzenia!
- Do zobaczenia, Moone - odpowiedziałem, jednak ona już tego nie usłyszała. Za to Navri się ocknęła, czym powiadomiła nas głośnym popiskiwaniem. Wyglądało na to, że zgłodniała.
***
Słońce już chyliło się ku zachodowi, kiedy wróciłem do jaskini. Cały dzień jak zwykle ganiałem to za naszą Alfą, to za niezwykle chyżym Fermitate. Było go wszędzie pełno, a po jego sposobie prowadzenia rozmowy z wilkami z dawnej Watahy Czarnego Kruka, nie mogłem przewidzieć, czy szykują się do bójki, czy może braterskiego uścisku. Wciąż niecałkowicie opanowałem zwyczaje tam panujące, więc zdarzało się, że stojąc z boku i pilnując bezpieczeństwa Alfy, miałem tak namącone w mózgu, że później nawet przyjmowanie prostych poleceń do wiadomości było wyzwaniem.
Wystające skały w jaskini rzucały długie cienie na postacie się tam znajdujące. Prócz Astrid ze zwiniętą białą kulką u boku, która wciskała się w jej bok jak tylko mogła, w środku ujrzałem również znajomą waderkę z krótkim, czarnym futerkiem. Skakała wesoło to w prawo, to w lewo, na co Navri patrzyła z szeroko otwartymi oczami.
- Moone! - powiedziałem z nieskrywanym zaskoczeniem. Spojrzała na mnie z przestrachem, ale kiedy zobaczyła, że się uśmiecham, nieco się uspokoiła.
- Przyszłam się pobawić!
- Mówiliśmy, że...
- Próbowałam jej to wyjaśnić, ale się uparła - wtrąciła As - Navri raczej nie chce się bawić, ale też jej nieszczególnie przeszkadza.
- Czemu nie chce się bawić? Wszystkie szczeniaki to uwielbiają - jęknęła młoda.
- Jest jeszcze za mała - powtórzyłem, zerkając na partnerkę. Była dziwnie zamyślona.
- Ile mam czekać? Miesiąc? Chcę już! - narzekała dalej.
- Masz chyba inne koleżanki. Navri dołączy do was trochę później, kiedy wystarczająco dorośnie do wspólnych zabaw - upierałem się dalej. W końcu westchnęła ze zrezygnowaniem.
- W sumie pan Kai kazał nam zapytać starszych członków watahy o to, jak powstała Wataha Magicznych Wilków.
- Naprawdę? - aż usiadłem, zainteresowany.
- Tak, może za to podwyższyć ocenę - Spojrzała na mnie z nadzieją.
- I rozumiem, że ty bardzo tego potrzebujesz?
Pokiwała pospiesznie głową. A więc to tak - pomyślałem, uświadomiwszy sobie, że Moone musiała być strasznym nieukiem. To pewnie przez brak opiekuna. Nie miał kto jej kontrolować i zachęcać do działania. Może by tak...? Zerknąłem na As, jednak nie umiała czytać w myślach. Wciąż wyglądała na dość nieobecną. Przyrzekłem sobie w duchu, że gdy tylko Moone zajmie się czymś innym, zapytam, w czym rzecz.
- Miło, że uważasz mnie za dość starego, by pytać o takie rzeczy - zaśmiałem się nieco ironicznie. Wyrwało jej się westchnięcie wskazujące na zawstydzenie.
- Muszę cię rozczarować, bo nie mam aż tylu lat, by być tego świadkiem. Z tego co mi wiadomo, nikt z Watahy Magicznych Wilków nie pamięta takich rzeczy.
Wyglądała na tym bardziej zdołowaną.
- ALE - zacząłem głośno, przez co gwałtownie uniosła łepek - Krąży wiele opowieści na ten temat, a jako, że leży to w podstawie programowej nauczania szczeniaków, posiadam takie informacje. W razie, jakbym coś pomylił, Astrid może mnie zawsze poprawić. Przyznaję, że nigdy do najlepszych uczniów nie należałem.
I trochę tego żałuję - przemknęło mi przez myśl, ale nie wypowiedziałem tego na głos. Moone patrzyła na mnie lśniącymi, różowymi oczami. Może były one fioletowe...? No, nieistotne.
- Watahę Magicznych Wilków założyła kilkanaście lat temu Kiiyuko, która jakiś czas temu nas niestety opuściła - zacząłem - Prawdopodobnie powodem była po prostu chęć zrzeszenia jakichś towarzyszów i osiedlenia się na stałe. Chadzały plotki, iż Kiiyuko w rzeczywistości nie pochodzi z Ziemi, stąd jej przesadzone zainteresowanie światem.
- Jak to? - poruszyła się waderka o ciemnym futerku.
- Niektóre jej zachowania początkowo rzekomo nie wskazywały, aby była Ziemianką.
- Jakie na przykład?
- Moja mama - To słowo z trudem przeszło mi przez gardło - Była jedną z pierwszych członkiń tego stada. Kiedy byłem mały, czasem żartobliwie wspominała o tym, że Kiiyuko czasem skakała z drzew, sądząc, że poleci. Innym przykładem była próba jedzenia siłą woli lub narzekanie na typowo wilcze posiłki. To jednak pozostaje dla mnie zwykłą teorią, bo nie jestem w stanie ocenić, czy miała rację, czy po prostu zebrało jej się wtedy na żarty.
- Nie masz mamy? - zapytała po chwili wahania Moone. Wyglądało na to, że zauważyła zmianę tonu mojego głosu. Pokręciłem przecząco głową. Poczułem, że As porusza się niespokojnie. - Ja też nie. Ale nie martw się, w watasze jest fajnie.
- To na pewno - zaśmiałem się, starając się zamaskować zbierające się do oczu łzy. Łzy za kimś, kogo nawet dokładnie nie pamiętałem, bo odszedł tak dawno. Uśmiechała się przyjacielsko, zerkając to na mnie, to na Navri, która zdążyła w międzyczasie zasnąć.
- Dziękuję za pomoc - skłoniła się lekko - To mogę się z nią pobawić?
Zaśmiałem się.
- Jeszcze nie teraz.
Nieco rozczarowana wyszła, ale po postawionych uszach poznałem, iż była jednak zadowolona świadomością możliwości nabycia pozytywnej oceny.
- Może byśmy ją tak przygarnęli? - zagaiłem, kiedy miałem pewność, że nas nie usłyszy.
- Jeśli chcesz, by była szczeniakiem bez matki, to proszę bardzo - odpowiedziała As cicho. Spojrzałem na nią w zdumieniu.
- O czym ty mówisz?
- O tym, co słyszysz. Muszę odejść - oznajmiła, podnosząc wzrok. Dopiero teraz dostrzegłem, że ciemne kręgi spod jej oczu wcale nie zniknęły, a co jedynie się pogłębiały. Zadrżałem. Moja mama też z dnia na dzień zniknęła. Nie chciałem powtórki z rozrywki.
- Ale... dlaczego?
- Tego już nie mogę powiedzieć - Pokręciła głową - Zostanę jeszcze kilka tygodni, aż Navri nie będzie mogła chociażby częściowo jeść jak inne wilki. Grzmiało mi w głowie. As miała odejść...?
- Wierzę w ciebie. Jesteś dość silny, by sobie z tym poradzić - Posłała mi zmęczony uśmiech. Wciąż nie wierzyłem w to, co właśnie dane było mi usłyszeć.
*** Miesiąc później ***
Leżałem w jaskini, dając się nieco nagrzać słabymi, styczniowymi promieniami słońca. Topiły śnieg pokrywający cienką, lepką warstwą całą okolicę. Choć świat o tej porze roku powinien być biały, tak ten nasz był szaro-zielono-biały. Dziwnie wyblakły i bez wyrazu. Może sam sobie to wmawiałem, od kiedy odeszła As. Pożegnała się z nami raptem kilka dni temu, a ja miałem wrażenie, jakbym był sam od wieków. 
Navri o dziwo w ogóle się tym nie przejęła. Całkowicie spokojnie spała u mojego boku. Nieznacznie urosła od swoich urodzin, jednak wciąż wyglądała na tak samo słabowitą, jak wcześniej. Jako, że miewałem długie dyżury na stanowisko, często zostawiałem ją u Sohary. I ją ostatnimi czasy opóźniły siły, ale wiedząc, że nie uzyskam odpowiedzi na pytanie, co się stało, nawet nie próbowałem zagadywać. Grunt, że przyjmowała Navri z otwartymi ramionami.
Postawiłem uszy, słysząc, że ktoś się zbliża. Już chwilę później zza rogu wyłoniła się drobna, acz doskonale mi znana sylwetka waderki, która odwiedzała nas tak często, jak tylko mogła. Lubowała się w szczególności bawić kolekcją srebrnych łyżeczek Astrid.
- Tooo... mogę się pobawić z Navri?
Po chwili wahania skinąłem głową. Wiedziałem, że raczej nic z tego nie wyjdzie, ale wyglądała na uradowaną. W końcu obiecywałem jej to już od miesiąca.

<Moone?>

Uwagi: Brak.

sobota, 8 kwietnia 2017

Od Dante "(Bez)celowa bitwa" cz. 2 (cd. Kai)

Jesień 2018 r.
Minęło już kilka miesięcy od ostatniej rundy. Zdążyłem pozbyć się wszystkich poparzeń zadanych przez Mizuki i wrócić do pełni sił. Niemalże zapomniałem o tych całych zawodach, póki nie odwiedziła mojej jaskini sama Alfa. Początkowo sądziłem, że chodzi o to, że omyłkowo zapomniałem o jakimś ważnym spotkaniu z nią lub stało się coś złego podczas mojej przerwy na służbie, jednak ona z pełną powagą malującą się na jej drobnym pysku, oznajmiła:
- Bitwa o zwycięstwo. Za trzy dni. Zbiórka w samo południe pod Pomarańczowym Drzewem.
Krótko i na temat. Zostawiła mnie oniemiałego w jaskini. Dopiero po chwili zrozumiałem, o co jej mogło chodzić, jednak całe to podniecenie walką sprzed kilku miesięcy zwyczajnie wyparowało. Teraz zostały tylko nerwy. W końcu z miesiąca na miesiąc stawałem się coraz słabszy i co za tym idzie moja forma również ulegała pogorszeniu. Właśnie z taką świadomością te trzy dni spędziłem na różnorakich treningach, nie wiedząc, co zgotuje dla mnie los, czy też może zarządzenie Alf. Szczególnie, że już nawet nie pamiętałem, kto przeszedł do kolejnej rundy. Kogokolwiek nie pytałem, albo spoglądali na mnie nic nie rozumiejącymi pyskami, albo wzruszali ramionami, albo posyłali mi kpiące uśmieszki.
- Haro, a ty wiesz może, kto przeszedł do drugiej rundy? - zapytałem któregoś razu swoją siostrę.
- To ty nie wiesz? - odezwała się z powagą, nie przerywając podrzucania kością nad pyskiem i łapania go delikatnie między zęby.
- No właśnie nie bardzo.
- W takim razie trzeba było bardziej uważać na wynikach - odparła takim tonem, jakby to była największa na świecie oczywistość. Warknąłem cicho, po czym wyszedłem z jaskini. Nic tu po mnie.
I tak mi niczego nie powiedzieli i tak. Muszę się przygotować nawet na najgorsze scenariusze. Podczas treningów próbowałem chyba wszystkiego. Biegałem wzdłuż i wszerz terenów, stawiałem się na wszystkich możliwych zbiórkach, skakałem po skałach, wybierałem się trudnymi szlakami w Górach, ćwiczyłem zwinność i sztuki walki oraz obrony z innymi, dużo polowałem... Bardzo chciałem zająć jakieś przyzwoite miejsce. To byłaby dla mnie chyba najlepsza nagroda. Zwyższenie poczucia własnej wartości.
Drugiego dnia po południu, czując dość duży głód spowodowany zaniedbaniem wilków dyżurujących przy polowaniach, postanowiłem upolować coś samodzielnie. Skryłem się w krzakach i zaatakowałem samotną, podstarzałą sarnę. Okazało się jednak, nie zdołam jej zjeść sam, więc początkowo chcąc ją zanieść dla pozostałych, przyszło mi do głowy udanie się na nieco większe łowy. W końcu podział takiego świstku mięsa nie byłby sprawiedliwy nawet mimo moich największych chęci. Dodatkowo mieliśmy jesień, więc zrobienie zapasów było jak najbardziej wskazane.
Nim słońce zaszło, miałem już w mojej skrytce w Zielonym Lesie trzy martwe sarny, jednego jelenia, pół tuzina zająców i trzy razy tyle ryb. Byłem naprawdę nieźle zmachany, ledwo trzymałem się na łapach. Jednak byłem ze swojego dokonania niezwykle dumny. Na dobre zakończenie dnia zmieniając się w ludzką formę, rozpaliłem ognisko i zjadłem dwie rybki. Resztę udało mi się dotaszczyć do spiżarni stada. Była już wtedy północ, więc kiedy tylko przekroczyłem próg jaskini, po prostu padłem.
Obudziłem się kolejnego poranka. W pierwszej chwili sądząc, że przegapiłem szczytowanie słońca, wybiegłem jak porażony prądem z jaskini, jednak złoty okrąg wciąż był zbyt nisko, jak na południe. Niebo było nieźle zachmurzone burymi, jesiennymi chmurami. Zadrżałem lekko i chcąc przeprowadzić rozgrzewkę, udałem się na bieg po terenach watahy. Mięśnie po wczorajszym wysiłku wciąż były dość drętwe, ale nie mogłem przecież w ten sposób zawalić sprawy. Nie wolno było mi przecież wyjść z formy przez taką bzdurę.
Kiedy tylko nastało południe, skierowałem się do miejsca zbiórki, którym, o ile dobrze zapamiętałem, było Pomarańczowe Drzewo. Jednak nie przybyłem jako pierwszy. Siedział tam już nie kto inny, jak tylko moja siostra. Miała zamknięte ślepia, a pysk spuszczony, ukryty za zasłoną brązowych włosów. Pomimo tejże "kryjówki" widziałem jej smętność. Ostrożnie podszedłem bliżej, starając się nie wydzielać zbyt wiele hałasu.
- Nie skradaj się, debilu. Wiem, że tu jesteś - wychrypiała.
Westchnąłem i już swobodniejszym krokiem się do niej zbliżyłem.
- Ty też?
- Jak widać - odparła, otwierając oczy i podnosząc na mnie wzrok turkusowych ślepi, lśniących niczym wypolerowane do perfekcji odłamki barwionego szkła.
- Mam nadzieję, że nie padnie na ciebie - zaśmiałem się - Nie chcę ci spuścić łomotu.
- Ty? Prędzej ja bym to zrobiła.
Już miałem coś odpowiedzieć, kiedy wyczułem woń innego wilka. Wilka, którego dobrze znałem. Odwróciłem się w jego kierunku.
- Oj, dzieci, dzieci - skomentował szaro-czerwony basior. Na jego szyi dzwonił srebrny nieśmiertelnik. Wyglądał jednak na rozbawionego.
- Dzień do... Cześć - poprawiłem się.
- Już miałem ci wytknąć, że jesteś zbyt oficjalny - odparł, siadając tuż obok mnie - Czyli co? Razem czekamy, aż nasza spóźnialska Alfa łaskawie przybędzie?
- Mhm - mruknęła Haro, obserwując wyłaniającą się zza krzaków ciemną, chuderlawą waderę. Jej oczy nie wyglądały zbyt przyjaźnie bez względu na to, czy tylko rozmawialiśmy, czy się kłóciliśmy. Właśnie dlatego zwykłem jej unikać. Podobno miała na imię Yuki i uczyła szczeniaki. Trochę im z tego powodu współczułem. Moje wizje na jej temat opierały się chyba wyłącznie na torturach i znęcaniu się. Z drugiej jednak strony na to Suzanna akurat by w życiu nie pozwoliła.
- Idzie - syknęła Haro. Stanęliśmy w równym rządku, widząc zbliżającą się Alfę. Za nią szła drobna grupka wilków, które zadeklarowały robienie jako widownię. Nim zdołałem otworzyć pysk, by powiedzieć cokolwiek, oślepiło nas światło. Nie było ono jednak tak brutalne, jak to wysyłające nas na arenę, więc jak się okazało, po prostu teleportowaliśmy się w dokładnie to samo miejsce, co ostatnio. Do Centrum Podziemnego, a przynajmniej tak je sobie nazwałem. Nikt nie wiedział w ogóle o istnieniu tego miejsca, aż do czasu Bitwy. Właściwie, to Suzanna nic nawet na ten temat nie wyjaśniała, ani tym bardziej tego, jak tu dotrzeć bez jej pomocy lub zaklęcia.
- Spotykamy się na drugiej rundzie "Bitwy o zwycięstwo"! Spośród ośmiu zgłoszonych wytrwało tylko czterech! Kto wygra? To się okaże już niebawem! - Po tych słowach zwróciła się do nas. - Jesteście gotowi do rozpoczęcia starcia?
Nagle wszelakie więzi między nami zniknęły, wszystkie żarciki, powiązania, przyjaźnie. Każdy z nas miał oczy zimne jak lód. Potaknęliśmy. Następny był ten blask i paraliżujący ból, jednakże tym razem byłem już na to bardziej przygotowany, więc pozbierałem się znacznie szybciej.
Kiedy niepewnie rozchyliłem powieki, zobaczyłem... ciemność. No, może nie całkowitą, ale z całą pewnością był to półmrok, do którego po zaklęciu Suzanny ciężko było przywyknąć. Odczytując coraz więcej kształtów, zdołałem się zorientować, że to po raz kolejny coś w rodzaju pustyni. Tu jednak było raczej chłodno, piasek był wprost zimny i lepki. Gdzieniegdzie znajdowały się większe głazy o różnorakich kształtach i gabarytach. Obejrzałem się za siebie, gdyż nigdzie nie widziałem sylwetki wilka, z którym miałbym odbyć walkę, kiedy tuż przede mną spadła różowofioletowa kometa. Siła jej uderzenia odrzuciła mnie o kilka metrów i ogłuszyła. Leżałem tak przez dobrą chwilę, nie mogąc się podnieść, kiedy dostrzegłem kolejny zbliżający się głaz kosmiczny. Wbrew protestom mojego ciała rzuciłem się do ucieczki. Udało mi się zbiec.
Czyli co? Trafiliśmy na jakieś pustkowie z deszczem meteorytów? Zadarłem pysk do góry. Niebo było zasianie niepokojącą ilością gwiazd. Wiele z nich zostawiało na czarnym tle kolorowe smugi, świadczące o tym, że niebawem wylądują na ziemi. Co najgorsze, wszystkie zbliżały się tak prędko, że zaczynały płonąć na srebrzysto. Całe dziesiątki. Wiele z nich spadnie lada moment. Postąpiłem kilka kroków w tył. Musiałem uciekać. Jak postanowiłem, tak też zrobiłem. Biegłem na oślep, aż się za mną kurzyło. Użycie żywiołu ziemi nieco przyspieszało osiąganą przeze mnie prędkość, jednak nie uchroniło całkowicie przed drobniejszymi, płonącymi odłamkami. Srebrny ogień co prawda nie parzył tak bardzo oraz nie rozprzestrzeniał się, jak ten zwyczajny, pomarańczowy, jednakże i tak nie było to zbyt przyjemne doświadczenie.
Moją próbę ratunku skóry przeszkodził nie kto inny, jak jeden z moich autorytetów z dzieciństwa.

<Kai?>

Uwagi: Brak.

czwartek, 2 lutego 2017

Od Dante "Kiedy zaśpiewa słowik" cz. 1 (c.d. Moone)

Grudzień 2018 r.
Cieszyłem się na wieść, że Astrid jest w ciąży. Jednak kiedy tylko mi powiedziała o tym, że przyszła do niej Desari ze strzykawką, a teraz przez to źle się czuje, zacząłem mieć podejrzenia. W końcu jak mówiła Sohara, została zaatakowana przez wilka z umiejętnością zmiany postaci. To bardzo niebezpieczne. Szczególnie, że Desari od dawna nie ma już w Watasze Magicznych Wilków. To nie mogła być ona. Ja to po prostu czułem.
Już od tygodni trwają poszukiwania śladów owego tajemniczego wilka. Nic. Kompletnie zero jakichkolwiek poszlak. Astrid ma niedługo urodzić. Boję się o nią i o szczeniaka. O ile teraz z maluchem jest podobno wszystko w porządku, tak nigdy nie wiadomo, co się stanie przy porodzie. Szczególnie, że moją partnerkę boli brzuch tak bardzo, że nie może spać po nocach. Martwię się o nią. Może nie wytrzymać przy porodzie.
Alfa zdecydowała się nawet zwolnić mnie częściowo ze stanowiska, bym mógł opiekować się żoną. Całe dnie biegałem jak szalony, starając się jej jak najbardziej udogodnić leżenie w jaskini. A to przynieść jej książkę, a to zaparzyć jakieś zioła, a to przynieść coś do jedzenia. Początkowo twierdziła, że przesadzam, jednak widząc, że nie przyjmę jej sprzeciwu i będę dalej robił swoje, dała sobie spokój i zaczęła mnie wykorzystywać jako służącego lub chłopca na posyłki. Nie przeszkadzało mi to. Ważne, żeby wypoczywała i miała dobre samopoczucie. Szczególnie w takim stanie.
Tego dnia poprosiła, abym przyniósł jej aż osiem ksiąg z biblioteki. Jako, że nie wpadłem na pomysł przyniesienia jakiejś torby lub koszyka, wszystkie ułożyłem w równym rządku na swoim grzebiecie i wolnym, równym krokiem skierowałem się w kierunku jaskini. Jednak coś z mojej głupoty zawsze pozostanie.
Kiedy byłem mniej więcej w połowie drogi, mała istotka przebiegła mi drogę, powodując, że chcąc się gwałtownie zatrzymać, spowodowałem, że książki zsunęły się z mojego grzbietu. Przekląłem w duchu. W bibliotece ktoś mi pomógł je ułożyć tak, aby się nie przewróciły, a teraz nawet sam nie dałbym rady tego zrobić. Dopiero uświadomiłem sobie, że zawsze mogę się zmienić w człowieka i zanieść to na rękach. Głupek. Zerknąłem w stronę zdumionego wilczka, który chwilę temu przegrodził mi drogę. Była to mała, chudziutka waderka o dużych, różowych oczach. Z jej grzbietu wyrastały maleńkie skrzydła.
- Przepraszam pana... Nic się nie stało? Może pomóc? - pisnęła cicho, jednak nie wyglądała na przestraszoną.
- Tak, poproszę... - mruknąłem - Czy mogłabyś pomóc mi je pozbierać?
- Oczywiście - odparła pogodnie, przesuwając łapkami i noskiem na zmianę jedną z lżejszych książek.
- Tylko błagam, nie zniszcz, bo wszystkie są z biblioteki. - Poprosiłem, zmieniając się w człowieka. To jednak jej napędziło niezłego stracha. Fakt, przemiana wyglądała dość... ciekawie. Obwąchała pospiesznie moją nogę, a kiedyś upewniła się, że jestem tą samą osobą, wróciła do porządkowania.
- Nigdy nie widziałaś przemiany w człowieka? - zapytałem, zbierając najbliższe tomy z ziemi. Ocierałem nadgarstkiem grudki zmarzniętej ziemi, które przywarły do okładek.
- Nie, jeszcze nie. Mam dopiero rok - powiedziała dumnie.
- To już duża z ciebie dziewczyna - oznajmiłem, przypominając sobie stałe teksty osób w moim wieku wobec dzieci.
- Już prawie dorosła!
- Mała kobietka - zaśmiałem się, przyjmując od niej ostatnią książkę - Tak właściwie, to jak ci na imię? Ja jestem Dante.
- Moone! - popatrzyła na stertę książek, którą trzymałem pod pachą - Umiesz czytać? Dużo tego wziąłeś. Masz tyle czasu, aby to wszystko przeczytać? Zazdroszczę, bo ja muszę chodzić na lekcje, które są taakie nudne...
- Umiem, ale nie płynnie. To dla mojej partnerki. Ja raczej nie przepadam za książkami - uśmiechnąłem się lekko - I zupełnie jak ty również chodziłem do szkoły i musiałem się uczyć. Dopiero teraz żałuję, że nie przykładałem się do nauki bardziej. Wielu rzeczy wciąż nie umiem, a miałem szansę. Dobrze ci radzę, weź się w garść i nie narzekaj na swoje obowiązki. Może i nawet to polubisz. Trochę zaangażowania, a nauczyciele będą patrzeć na ciebie przychylniej.
- Ale to głupie! Ciągle siedzieć i udawać, że się słucha. Przez ten czas mogłabym się pobawić w berka z pozostałymi szczeniakami!
- Rozumiem, o co ci chodzi, ale nic ci na to nie poradzę. Tak musi być i już. Lepiej się uczyć, żeby nie wyjść na głupka przy innych i dostać dobre stanowisko - powiedziałem cicho. Wolno ruszyłem przed siebie, jednak Moone musiała biec, aby na tych swoich krótkich łapkach mogła mnie dogonić.
- Nie rozumiesz, bo jesteś już dorosły - burknęła.
- W duchu pozostałem dzieckiem - zaśmiałem się - Musisz mi zaufać.
- Jaaasne... - mruknęła - A ta twoja partnerka lubi czytać? I skąd ma na to czas?
- Jest w ciąży i musi leżeć całymi dniami w jaskini. Nic dziwnego, że chce się czymś zająć. Jak wychodziłem, przykładowo układała drewniane klocki.
- W ciąży? Czyli będzie miała dzidziusia? - podekscytowała się Moone.
- Tak... Termin porodu zbliża się wielkimi krokami.
- Będziemy mieli nowego szczeniaka do zabawy! - wykrzyknęła radośnie.
- Prawdopodobnie.
- Basior czy wadera? Chciałabym, aby to była samica!
- A ja, żeby to był chłopiec. Nie wiemy, zorientujemy się dopiero po porodzie.
- Ale super! Nie mogę się doczekać! Będę się z nią bawić! I w chowanego! I w berka! Nowa koleżanka!
- Lub kolega - dodałem, jednak ona już mnie nie słuchała. Dalej przedstawiała swoje plany, jakie zrealizuje z moim dzieckiem lub dziećmi. Miło się tego słuchało, ale jakiś głos z tyłu głowy cały czas mi powtarzał, że przecież nawet może się nie narodzić i przy tym stracę również Astrid. Nieświadomie wbiłem paznokcie w okładkę jednej z książek. To nie mogła być prawda. Wszystko się ułoży i będziemy jedną, wielką szczęśliwą rodziną. Nawet jeśli Valka zaginęła, moi rodzice nie żyją, a Sohara ma objawy obłędu. Wszystko się ułoży... musi. Co może pójść źle?
Wszystko. Wszystko popaść w ruiny. Ja, moi bliscy i każdy z członków tej watahy. To jakaś klątwa. Szaleństwo. Zła passa. Zniszczy nas wszystkich.
- Dante, co się dzieje? - zapytała zaniepokojona Moone.
- Słucham? - odezwałem się, wytrącony ze swego rodzaju transu.
- Mruczałeś coś sam do siebie.
Czyli też oszalałem. To źle? Na pewno nie dobrze. Czemu choć raz los nie może się do mnie uśmiechnąć? Dlaczego teraz wszystko zaczęło się walić?
- Chcesz odwiedzić Astrid? Na pewno ucieszy się na twój widok.
- W sensie twoją partnerkę?
- Tak.
- I będę mogła zobaczyć, jak mała kopie? - podekscytowała się. Zdawała się całkiem zapomnieć o tym, że jeszcze chwilę temu majaczyłem.
- Pewnie tak.
- Jasne, że chcę iść! Później będę mogła powiedzieć Halsey, że widziałam, jak była w brzuszku! Na pewno mi nie uwierzy!
Zaskakujące, jak obcy szczeniak cieszył się na kogoś, kogo jeszcze nigdy nie widział. Nawet nadał jej imię. Na dziecko całkowicie obcych wilków. Przeszło mi przez myśl, że jeśli jednak stracę swoją najbliższą rodzinę, którą dopiero co udało mi się zbudować, mogę zawsze przyjąć pod opiekę Moone... Nie, nie myśl tak. Twój syn lub córka się narodzi, a Astrid niedługo potem wróci do pełni sił.
Jakiś czas później stanęliśmy przed wejściem do naszej jaskini.
- Astrid! Już jestem! Mamy gościa! - krzyknąłem u progu. Odłożyłem książki, zmieniłem się w wilka i skierowałem w miejsce, gdzie lubiła sypiać Astrid. Wtedy mnie zamurowało. Między jej łapami spoczywał nieruchomy, biały wilczek. Był naprawdę drobny. Moja partnerka leżała na boku, ledwo dysząc z bólu.
- Dobry Boże... - wyszeptałem, pospiesznie się zbliżając. As się lekko uśmiechnęła.
- Ledwo oddycha.
Dopiero z tej odległości dostrzegłem, że rzeczywiście krucha klatka piersiowa się unosiła i opadała. Futro było rzadkie, skóra trochę obwisła a pyszczek wyjątkowo szczupły. Moją uwagę przykuła dziwna, szarawa narośl na grzbiecie szczeniaka. Wyglądała jak napuchnięty strup. Nachyliłem się, aby ogrzać trochę maleństwo swoim ciepłym oddechem.
- Co się stało? - Podbiegła Moone. As dała jej znak, aby była cicho. Kiedy dostrzegła małego wilka-albinosa, trochę ją zamurowało.
- Tak wyglądają małe wilczki?
- Poniekąd - powiedziałem ostrożnie, zerkając na As. Spodziewałem się, że dziecko przejmie niebieską sierść po rodzicach, ale z jakiegoś powodu tak się nie stało.
- Dziecko listonosza? - zapytałem, z trudem powstrzymując złość.
- Danny, ale ty jesteś listonoszem - zachichotała moja partnerka. Wyglądała tak, jakby coś brała, ale z drugiej strony miała rację - Albinosy się czasem zdarzają i nie mamy na to wpływu. Może tę cechę przejęła po jakiejś dalszej rodzinie?
Skinąłem głową. Złość minęła. Patrzyłem zafascynowany na małą, zwiniętą kulkę. Niemożliwe jest, aby As dopuściła się zdrady. Nie było innej opcji. To naprawdę moje potomstwo.
- Mogę się z nią pobawić? - dopytała Moone.
- Skąd wiesz, że to dziewczynka? - zapytała zaskoczona As.
- Zgadywałam. To mogę?
- Jest jeszcze za malutka. Przez pierwszy miesiąc będzie praktycznie cały czas spać. Przykro mi - uśmiechnęła się blado.
- Oj, to za dużo!
- Ciii, bo się obudzi... - szepnąłem. Moone już się ułożyła obok śpiącego szczeniaczka, najwyraźniej z zamiarem uważnej obserwacji śpiącej kulki. Nie miałem serca jej wyganiać. Kto wie, może się kiedyś zaprzyjaźnią?
- Jak się czujesz? Już ci lepiej? Nic cię nie boli? Mała jest nakarmiona? Jak z porodem? - pytałem, w pełni świadom, że przez te godziny, kiedy mnie nie było, musiało mnie wiele ominąć.
- Jestem tylko zmęczona... I tak, już się napiła. Nie za wiele, ale lepsze to niż nic - zaśmiała się zachrypniętym głosem.
Ułożyłem się obok partnerki, wciąż nie odrywając wzroku od córeczki.
- Jak ją nazwiemy? - zapytałem.
- Halsey! - wtrąciła Moone, jednak As zdawała się jej nie usłyszeć.
- Zawsze podobały mi się imiona na literę "n". Co ty na to?
- Może być. Tylko jakie konkretniej?
- Może... - zamyśliła się - Nathalie?
- Zbyt pospolite. Nie pasuje.
- N... N... Navri?
- Brzmi w porządku. Takie... egzotyczne - zaśmiałem się cicho - Moone, proszę, nie dotykaj jej pyszczka, bo się obudzi.

<Moone?>

Uwagi: Kilkakrotnie przekręciłaś imię "Moone" na "Monne".

czwartek, 1 grudnia 2016

Od Dante "Co do..." cz. 3 (c.d. Kazuma)

 Najprawdopodobniej lato 2017 r.
Patrząc na nieruchome ciało wilka, którego zdefiniowaliśmy jako Kazumę, wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co spotkało nas jeszcze kilka godzin temu. Cały czas byłem odrobinę nerwowy, bo nikt nie wiedział, co robić, ani co się stało. Nie mieliśmy żadnej pomocy medycznej. Pod drugą ze
ścian obszernej jaskini leżała również nieprzytomna Astrid. Znaleźliśmy ją omdlałą w Magicznym Ogrodzie z licznymi zadrapaniami. U jej boku leżała torba wypełniona truskawkami, która zdawała się być w nienagannym stanie. Nikt nie wiedział, co było powodem tak dziwnego zajścia.
Pierwszej wadery, która była w dużo gorszym stanie, nie widziano od kilku dobrych miesięcy. Część wilków od dawna podejrzewało u niej wystąpienie jakiejś groźnej choroby, jednakże patrząc na wrak, który z niej pozostał, teraz była pewność. Żaden z nas nie był w stanie stwierdzić, co jej dolega. Nawet sama Kiiyuko przybiegła kilka godzin temu do szpitala, żeby zobaczyć, co się stało. Alfie z kolei twierdziła, że widziała już wcześniej Astrid, która z jakiegoś powodu spała pod jednym z drzew w Zielonym Lesie.
Aktualnie byłem jedyną osobą, która postanowiła zostać na straży i czuwać, czy któraś z nich się nie ocknie. O ile stanem Kazumy byłem zwyczajnie zaintrygowany, tak bardziej przejmowałem się zdrowiem Astrid. Nawet, jeśli wiedziałem, że nic złego jej się nie dzieje, i tak myśl, że mogła zapaść w nieodwracalną śpiączkę bardzo raniła moją duszę. O ile jakoś mogłem zrozumieć to, że od jakiegoś czasu mnie unikała, gdyż zawsze mogła mieć chęć na odrobinę spokoju, tak nie zdzierżyłbym tego, jeśli by mnie opuściła już na zawsze.
Przechadzałem się po jaskini spowitej w mroku, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. W końcu, aby czymś zająć ręce, zdecydowałem się odszukać lampy naftowej, którą widziałem kiedyś na stole medycznym Astrid. Po omacku sprawdzałem każdy przedmiot stojący na półkach, aż nie wymacałem zimnego przedmiotu, który ewidentnie wykonano ze szkła i metalu. Wiedziałem, gdzie moja przyjaciółka zawsze odkładała zapałki, więc nie miałem większego problemu z odnalezieniem ich. Kiedy zapaliłem jedną z nich, nagle zrobiło się jasno. Zamrugałem oczami, a następnie zapaliłem zaczerniony knocik wewnątrz lampy i zamknąłem małe drzwiczki. Odszedłem od skalnego stolika i usiadłem po turecku na środku jaskini. Przed sobą ustawiłem lampę, która rzucała bladą poświatę na pysk za równo Kazumy, jak i Astrid. Ja oparłem łokieć na kolanie, a dłoń o policzek i spoglądałem to na jedną, to na drugą z nich. Odczuwałem potrzebę siedzenia tutaj tak długo, aż się nie ockną, nawet jeśli to by trwało wieczność, a ja przez to zmuszony byłbym do przyjęcia nauk medyka.
Przymknąłem oczy i patrzyłem na moją otwartą, ludzką dłoń, która była przysunięta do lampy naftowej na tyle, że czułem jej delikatne ciepło. Miałem tyle pytań do Astird. Dlaczego mnie unikała? Ma mnie dosyć? Czy uważa, że powinienem się zmienić? Nienawidzi mnie? I co jej się stało? Bardzo bolało? Jak się teraz czuje? Czy mogę przy niej zostać już do końca życia?
Szybko pozbyłem się ostatniego pytania z mojej głowy. Brzmiało naprawdę głupio. Sam nie wiedziałem, dlaczego tak właściwie to mi przeszło przez myśl. Lekko zawstydzony skierowałem wzrok w kierunku gwiazd migoczących na nocnym niebie. Część z nich widziałem z tego miejsca jaskini. Patrzyłem na nie jak zaklęty, jednocześnie lekko stukając palcami po swojej bosej stopie.
Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Kiedy się obudziłem, leżałem z ręką wsuniętą pod głowę, a sam obrócony byłem na bok. Ktoś musiał mnie przykryć nieco przetartym kocem, który od zawsze służył w szpitalu. Nie do końca zorientowany, co się stało i dlaczego urwał mi się film, uniosłem głowę i rozejrzałem się po jaskini. Rytm mojego serca przyspieszył, kiedy dostrzegłem, że jedno z łóżek było puste. As zniknęła. Sprawnie usiadłem i po raz kolejny rozejrzałem się dookoła. W moim sercu zatliła się nadzieja, że jednak może już się wybudziła i... zrobiło mi się ciemno przed oczami. Ktoś zakrył od tyłu je szczupłymi, zimnymi palcami.
- Zgadnij kto to - odezwał się za mną nieco rozbawiony głos.
- As? - zapytałem, delikatnie chwytając jej chude nadgarstki. Zaczęła się śmiać i zabrała ręce. Nie kryjąc szczęścia odwróciłem się za siebie. Miała cienie pod oczami, a jej względna radość miała w sobie coś smutnego. Spoważniałem.
- Co się stało?
- Nic poważnego. Trochę się posprzeczałam z Kazumą - jako, że była człowiekiem, potarła dłonią twarz. Zwracając wzrok w kierunku wciąż nieprzytomnej wadery, znieruchomiała. Zaczęła wyglądać na trochę przerażoną. Posłała mi pytające spojrzenie.
- To ona? - wyszeptała.
- Najprawdopodobniej tak - ja również skierowałem w jej kierunku głowę. Jej oddech zdawał się być jeszcze płytszy, niż dnia poprzedniego. Byłem niemalże pewny, że to jej ostatnie dnie życia.
- Ile czasu byłam nieprzytomna?
- Najprawdopodobniej dobę...
- Jakim cudem zmieniła się przez ten czas aż tak?
- Co przez to rozumiesz? - zapytałem, posyłając jej zdezorientowane spojrzenie.
- Kiedy mnie zaatakowała zdawała się być w pełni sił...
- To niemożliwe. Chyba sama widzisz, że jej organizm jest zbyt osłabiony, by chociażby sprawiać wrażenie dobrze funkcjonującego.
As lekko się zaśmiała.
- Myślałeś kiedyś o karierze lekarza lub chociażby pielęgniarza?
Prychnąłem.
- Chyba żartujesz. Prędzej zrobiłbym komuś krzywdę, niż go uratował.
- Przynajmniej szybciej wyciągasz wnioski, niż ja - mruknęła, siadając obok mnie.
- Popełniając tak wiele głupot w swoim życiu już nauczyłem się rozróżniać, co było błędem i jak się go pozbyć.
- W przeciwieństwie do mnie - powiedziała ledwie słyszalnie. Spojrzałem na nią lekko zmartwiony, ale tego nie skomentowałem.
- To jak? - zaczęła już głośniej - Co ty na to, by się ode mnie co nieco nauczyć? I tak zamierzam zrezygnować i potrzebuję jakiegoś godnego następcy.
Popatrzyłem na nią zaskoczony.
- Przecież już jestem obrońcą Alf i tancerzem... Zapewniam cię, że bliżej mi do wojownika, niż do kogoś, kto cały dzień opatruje rany. Nie mam w ogóle cierpliwości.
- Pozory mylą - oznajmiła melodyjnym głosem - W końcu chyba trochę tutaj siedziałeś.
Nie odpowiedziałem. Nie było sensu się tłumaczyć, bo zabrzmiałoby to jeszcze durniej. "Siedziałem tu wyłącznie ze względu na ciebie", tak właśnie by brzmiała prawda. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jeśli rzeczywiście przystałbym na jej propozycję, mógłbym jakoś wynagrodzić sobie brak Astrid przez ostatni czas.
- Zastanowię się - mruknąłem. As lekko się uśmiechnęła i podkuliła kolana pod brodę.
- Dzięki za opatrzenie ran - powiedziała po chwili - Nie zrobiłeś tego co prawda doskonale, ale lepsze to niż nic. Przynajmniej z tego co się zorientowałam nie wdarło się zakażenie. Brawo.
- Czy to kolejne zasugerowanie tego, jak bardzo chcesz mnie zagarnąć na staż do szpitala?
- Poniekąd - na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, a na policzki wstąpiły nikłe rumieńce - Tylko jednego zadrapania nie zauważyłeś.
- Jakiego? Gdzie?
- Na biuście.
Odruchowo mój wzrok powędrował w kierunku, gdzie kończył się dekolt jej sukienki. Kiedy dostrzegłem, że zabandażowała sobie już ową ranę i uświadomiłem sobie, że patrzę tam, gdzie raczej patrzeć nie powinienem, zawstydzony odwróciłem głowę. W duchu modliłem się o to, by tego nie zauważyła.

Nasze niezbyt mądre rozmowy przerwało ciche warczenie dobiegające z gardła dotychczas nieprzytomnej Kazumy.

<Kazuma?>

Uwagi: brak.

niedziela, 25 września 2016

Od Dante "Czarna dziura w pamięci" cz. 2 (cd. Astrid)

Siedziałem przy barze wyjątkowo znudzony, podpierając głowę ręką, by ta nie upadła. Naprawdę chciało mi się spać. Sam już nie wiedziałem, po co tu przyszedłem o tak później porze. Wyglądało na to, że i mnie zaraziła bezsenność, która widocznie była u nas rzeczą rodzinną. Ziewnąłem po raz kolejny i przeniosłem wzrok z dwóch opróżnionych kieliszkach wódki na obszar łąki, gdzie stado wilków pląsało w rytm muzyki. Mój wzrok przykuła Astrid, którą rozpoznałem bez większego problemu. Chwiejnym krokiem weszła między roztańczone postacie i starała się je naśladować, pokrzykując przy tym. Aż zdumiałem się na świadomość, że ta jest kompletnie pijana. Naprawdę się tego po niej nie spodziewałem. Niezdarnie wykonywała zwroty, nie raz łapiąc się za cudzy łokieć czy ramię, byleby nie stracić równowagi. Jęknąłem w duchu i zerwałem się z krzesełka. A było już tak dobrze. Jednak silniejsze było poczucie obowiązku ratowania honoru... przyjaciółki. W sumie już sam nie do końca wiedziałem, kim dla siebie jesteśmy.
Podszedłem do niej od tyłu i delikatnie dotknąłem dłońmi jej bioder. Zaskoczona cicho pisnęła oraz spróbowała się odwrócić. Ja ją za to wyręczyłem, przechodząc tuż przed jej twarz i chwytając ją w talii. Akurat grali nieco spokojniejszy utwór, jednak ona dalej się dziko wiła, próbując naśladować ruchy wilków sprzed dwóch piosenek.
- As, spokojnie. Jesteś pijana. Odprowadzić cię do jaskini? - zapytałem ze spokojem. Ona na to zmarszczyła nos, przymrużyła powieki i przechyliła się w bok tak, jakby zaraz miała się przewrócić.
- Nie jestem... pijana - mruknęła z niezadowoleniem, gdy doprowadziłem ją do pionu.
- Naprawdę? Udowodnisz mi to jakoś?
Zamyśliła się, przestając się wić. Zamiast tego położyła dłonie na moich ramionach i próbując nie robić zeza patrzyła mi w oczy, poddając się rytmowi, w którym poruszałem delikatnie jej ciałem. Jeszcze jakiś czas temu chciałem oficjalnie być tancerzem, jednak zrezygnowałem z tej kariery... a może raczej mnie wyrzucili, tłumacząc, że ta funkcja jest przeznaczona dla nowych członków. Na rzecz owego hobby często ćwiczyłem, więc nabyłem jakieś poczucie rytmu.
- I co? Długo jeszcze będziesz się namyślać? - posłałem jej ironiczny uśmieszek. Ona próbowała go naśladować, jednak wyszła jej jakaś karykatura psychopaty.
- Nie jestem pijana. Tańcz ze mną.
- Jesteś pijana i powinnaś się położyć, aby nie zrobić krzywdy ani sobie, ani innym. Nie zapominajmy, że jesteś nieobliczalna - zaśmiałem się, na co ona ponownie zmarszczyła nos, nie bardzo rozumiejąc, co mam przez to na myśli - Poza tym wciąż mi nie udowodniłaś, dlaczego uważasz, że nie jesteś pijana.
- A ty? Dlaczego mówisz, że jestem nietrzeźwa?
- Chwiejesz się, czuć od ciebie alkohol... jeszcze mało?
Zasępiła się i wymruczała coś w stylu "nieprawda". Już nie przechylała się i o mało nie upadała chociażby dlatego, że ją mocno trzymałem, a kroki nie były zbyt trudne.
- To jak? Idziemy? - zapytałem. Nie odpowiedziała, tylko zbliżyła swoją twarz do mojej tak, jakby chciała coś powiedzieć. Czułem od niej wyraźnie, że piła. Już chciałem ją zapytać o to, co robi, kiedy zamiast przystawić usta do mojego ucha, przycisnęła je do moich warg. Zacisnąłem mocniej palce na materiale jej sukienki, czując rumieniec napływający na moje policzki. Prócz mocniejszego smaku alkoholu bardziej zwróciłem uwagę na to, że zaczęło mi się robić naprawdę gorąco. Jej ciało było równie rozpalone, co usta. Dopiero kiedy wilki zmienione w postaci ludzi zaczęły klaskać, oderwaliśmy się od siebie. Podczas pocałunku zapomniałem o oddychaniu, przez co teraz dyszałem. Patrzyłem z niedowierzaniem na przyjaciółkę... czy może raczej dziewczynę? Dan, nie rób sobie nadziei - myślałem - jest pijana. Nie wie, co robi.
- Idziemy - mruknąłem, puszczając jej talię i zamiast tego zaciskając dłoń na jednym nadgarstku. Protestowała tylko przez chwilę, aż nie pochwyciłem i drugiej ręki i nie zaciągnąłem do bliżej usytuowanej jaskini, która należała do mnie. Wielokrotnie się chwiała, czasem robiliśmy przystanki na to, by mogła zwymiotować... W końcu padła na moje posłanie, które dziwnym trafem znajdowało się dokładnie w tym samym miejscu, co to należące do niej, więc zapewne zrobiła to intuicyjnie. Mieliśmy bardzo podobne jaskinie, jednak ta moja była trochę mniejsza. W związku z zajętym łóżkiem zmieniony w wilka położyłem się pod ścianą. Czuwałem raptem przez godzinę, bo później zwyczajnie głowa mi opadła.
***
Kiedy się ocknąłem, był już ranek. Czułem lekkie odrętwienie i pragnienie. Popatrzyłem na wciąż słodko śpiącą As. Czy każdy, kto jest w stanie nieświadomości wygląda na młodszego, niż jest w rzeczywistości? Podszedłem bliżej i przez kilka minut patrzyłem na to, jak jej pierś się unosi i opada. Cały czas doszukiwałem się jakiegoś przesłania w tym, co zrobiła poprzedniej nocy. Faktycznie była pijana i pewnie tego nie pamięta. Czy powinienem był ją o tym poinformować? Czy może przemilczeć temat? Jeśli nie dowie się tego ode mnie, wspomni o tym jakikolwiek inny wilk z watahy, który był tego świadkiem. Niektórzy uważają, że podczas bycia nietrzeźwym jesteśmy znacznie szczersi i łatwiej nam wylać swoje prawdziwe uczucia. To cały czas napełniało mnie nikłą nadzieją, że... no właśnie. Przecież od zawsze byliśmy tylko przyjaciółmi. Czy nie od zawsze jej pragnąłem? Czy nie czułem ukłucia zazdrości za każdym razem, kiedy widziałem ją rozmawiającą z innym basiorem? Czy nie dbałem o nią już od najmłodszych lat? Jest mi najbliższą osobą, która trafiła już kilka lat temu w samo centrum mojego serca. Szczerze mówiąc nie wyobrażałem sobie związku z jakąkolwiek inną waderą, prócz niej... Choć tak różni, pasowaliśmy do siebie.
Coraz bardziej przerażony natłokiem wniosków podszedłem bliżej wyjścia jaskini, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Od tego wszystkiego kręciło mi się w głowie. To zbyt wiele jak na takiego półgłówka, jakim jestem... a co jeśli już dawno dorosłem i przestałem być idiotycznym młodzianem, który niczego nie mógł wynieść z życia? Może już pora, by za
Usłyszałem ciche warknięcia i poruszenia na leżysku. Odwróciłem się i spojrzałem na budzącą się samicę.
- Gdzie jestem? - zapytała zachrypniętym głosem.
- U mnie... - odpowiedziałem krótko, lekko monotonnym głosem. Wciąż nie całkiem się wyspałem.
- Czyli...? - mruknęła, opuszczając łeb na łapy i zamykając ślepia. Podszedłem nieco bliżej.
- As, czy to naprawdę aż takie trudne? - zapytałem z rozbawieniem. Starałem się nie myśleć o tym, na co wpadłem jeszcze chwilę temu i zachować tę samą żartobliwość, jaka się mnie trzymała na co dzień.
- Och, Dan... Przepraszam, że musisz mnie oglądać w tym stanie. Mam okropnego kaca - wymruczała.
- Jasne, nie ma sprawy - odpowiedziałem. Zapanowała niezręczna cisza.
- Ile razy rzygałam?
- Nie wiem. Nie liczyłem. Może... z dziesięć?
- Masakra - podsumowała, przewracając się na drugi bok - Będziesz zły, jeśli ci obrzygam poduszkę?
- Bardzo. Sama mi ją dałaś. Wybaczę tylko jeśli kupisz mi nową.
- Chyba śnisz - zadrwiła.
Ponownie zapanowała cisza. Miałem ochotę ją zapytać o wczoraj... ale chyba było na to jeszcze za wcześnie.
- Może pójdziemy nad Wodopój? Woda pomaga na kaca.
- Ok - powiedziała, powoli wstając. Kilka raz stęknęła zbolała, po czym powoli poczłapała w moim kierunku. Cały czas marszczyła nos i mrużyła oczy. W duchu cieszyłem się, że nie wypiłem tyle, co ona.
Kiedy już doszliśmy na miejsce (As po drodze jeszcze raz zwymiotowała) i pozbyliśmy się palącego pragnienia, wadera zaproponowała:
- Może pójdziemy na polowanie?
- Jasne... ale kto przystąpi do ataku? - zapytałem.
- Oczywiście, że ja. Tobie jeszcze nie całkiem ci się rany zrosły, o kościach już nie wspominając! - przekonywała.
- Przecież pewnie nadal widzisz podwójnie! Jeszcze mi tam zemdlejesz! Ja idę - upierałem się przy swoim.
- Pfff... - sapnęła, zamyślając się - Znając życie skończy się na jednej wielkiej kłótni. Jesteśmy dorośli, prawda? - Skinąłem głową. - W takim razie powinniśmy pójść na kompromis.
Niechętnie potaknąłem. Cały czas w duchu jednak powtarzałem sobie, że to właśnie ja powinienem to załatwić, nie ona. Miałem przed oczami wiele różnych wersji wydarzeń, kiedy to ona traci równowagę i upada prosto pod kopyta jelenia... Po godzinnym oczekiwaniu w krzakach i przenoszeniu się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu stada tłustych jeleni, w końcu ujrzeliśmy to, na co tak długo oczekiwaliśmy. Rzuciliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia, a następnie równocześnie ruszyliśmy pędem w kierunku najsłabszego osobnika. Nie minęła chwila, a ten już miał przerwaną tchawicę. Poszło łatwiej, niż się tego spodziewałem. Zabraliśmy się za jedzenie. Wtedy coś sobie uświadomiłem. Dopiero po posiłku odezwałem się do niej, uśmiechając się głupawo:
- Myślałem, że jesteś wegetarianką.
- Wilk nie może żyć na samych owocach... rozumiesz, coraz częściej bywałam głodna i... i... Kiedy chcesz się szybko nasycić, po co sięgasz - po kawałek wołowiny czy sałatę?
- Nie lubię sałaty - stwierdziłem. Po jej minie poznałem, że ledwo powstrzymywała śmiech.
- Skrótem mówiąc okazjonalnie mogę zjeść coś mięsnego.
- Skoro głodujesz... ja już cię nieco podtuczę. Jesteś strasznie chuda.
- A ty jesteś jedną wielką kupą mięśni - zaśmiała się. Przez chwilę byłem poważny i próbowałem ją zamordować spojrzeniem, ale miała bardzo zaraźliwy śmiech. Kiedy już się nieco obmyliśmy w rzece i położyliśmy na łące, na którą padały ostatnie promienie ciepłego, letniego słońca, by się osuszyć, As zapytała:
- W takim razie co robiłam gdy byłam pijana? Film mi się urwał.
- Tańczyłaś niczym techno muł do piosenki z Titanica.
- Ach. Coś poza tym?
- Darłaś się jak wariatka... siłą udało mi się cię opanować.
- Później od razu zaprowadziłeś mnie do swojej jaskini?
- Nie do końca... - mruknąłem, spuszczając wzrok. Na nowo poczułem ogarniające mnie poczucie winy.
- To znaczy? - dopytała z zainteresowaniem, jednak w jej głosie dało się również wyczuć nutkę zaniepokojenia. Mówić jej czy nie mówić? Mówić czy nie mówić? Teraz albo nigdy. To nie może być takie trudne. Podniosłem głowę i spojrzałem głęboko w jej oczy.
- As, czy ty czujesz do mnie coś... konkretnego?

<Astrid?>

Uwagi: brak

sobota, 20 sierpnia 2016

Od Dante "Szok w bitwie" cz. 1 (cd. Mizuki)

- Hej, jak myślisz, kto wygra? - szepnąłem do najbliżej stojącej wadery. Posłała mi zdegustowane spojrzenie, po czym odpowiedziała, zupełnie jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie:
- Ja.
Uniosłem brwi, prostując się i wypinając dumnie pierś. Ukradkiem spojrzałem na As, która wpatrywała się uważnie w swoje pazury. Zupełnie jakby było tam coś interesującego... wytężyłem wzrok, ale nie zobaczyłem niczego więcej. Pewnie po prostu nie miała niczego ciekawszego do roboty. Ciekawe o czym myślała... Nagle w mojej głowie pojawiła się przerażająca wizja. Co jeśli będziemy musieli stanąć przeciwko sobie? Zadrżałem. Zdecydowanie to nie byłaby wygodna sytuacja. Po raz kolejny na nią spojrzałem, jednak ta podniosła na mnie wzrok. Szybko popatrzyłem w innym kierunku. Poczułem się niezwykle głupio. Zupełnie jakbym podejrzał ją w trakcie kąpieli.
- Witajcie na pierwszej edycji "Bitwy o zwycięstwo"! - obróciłem wzrok w stronę brązowej wadery stojącej na środku skalnego okręgu - Bez zbędnej gadaniny, gdyż wiem, że już mieliście wcześniej wyjaśnione, po prostu przejdę do jedynego pytania, które chciałam zadać: jesteście gotowi?
Natychmiast pokiwałem głową, spoglądając raz jeszcze w stronę Astrid. Dostrzegłem na jej pysku determinację. Spojrzała na mnie raz jeszcze i posłała mi lekki uśmiech. Dodał mi on odrobinę otuchy.
- W takim razie życzę powodzenia! Niech wyłonią się zwycięzcy pierwszej rundy! Do zobaczenia niebawem!
Nie zdążyłem obrócić głowy, żeby sprawdzić, co się stało, gdy nagle zalał nas blask. Astrid szybko zniknęła mi z oczu, a ja poczułem gwałtowne szarpnięcie, które niemalże zabrało mi dech w piersi. Przez głowę przelał się niespodziewany ból i w tym samym momencie zapanowała ciemność. Po chwili zorientowałem się, że stoję na czymś naprawdę gorącym. Odruchowo zacząłem podskakiwać, czując, że rzeczywiście zostałem poparzony. Łapy zapadały mi się w piachu... zaraz, w piachu. Jestem na pustyni.
- Dante? - usłyszałem zachrypnięty głos. Podniosłem wzrok i ujrzałem Mizuki, która stała kilka metrów ode mnie na zamarzniętym lodzie. Rozszerzyłem oczy, w momencie, kiedy ta cisnęła we mnie kulą ognia. Nie zdążyłem nawet krzyknąć, gdyż siła uderzenia odepchnęła mnie na odległość kilku metrów, a moje futro zwyczajnie zapłonęło. Poczułem silny ból, łzy pocisnęły mi się do oczu. Jednak szybko wpadłem na pomysł, co mógłbym zrobić. Wyczarowałem kulę wody, która opadła na mnie. Ciecz częściowo z sykiem zmieniła się w parę wodną, jednak było jej dość dużo, by mnie ugasić. Przyjemny chłód jednak nie trwał długo, gdyż poczułem skurcz mięśni. Niech szlag trafi szok termiczny! Chciałem wrzasnąć porażony własną głupotą, kiedy to usłyszałem zbliżającą się Mizuki. Dostrzegłem, że lodem z każdym jej krokiem pokrywa się coraz to więcej piasku, przez co jej nie parzy. Miałem walczyć z waderą? I to jeszcze w takich warunkach? Nie ma mowy.
Skurcz zelżał, więc natychmiast rzuciłem się do ucieczki. Nietrudno mi było zorientować się, że jesteśmy na wolnej przestrzeni. Nie ma gdzie się ukryć. Przekląłem w duchu, jednak nie przerywałem biegu. Spojrzałem kilka razy przez ramię, by upewnić się, że Mizuki za mną podąża. Biegła. Powoli mnie doganiała, od czasu do czasu ciskając ogniem, ale zwykle udawało mi się od tego uciec. Zwykle. Przeklinałem na głos za każdym razem, gdy ponownie zapłonąłem, jednak osiągana przeze mnie prędkość prędzej czy później ugaszała mały płomyczek na moim futrze. Po kilku minutach jednak przyszła mi do głowy pewna myśl. Zauważyłem, że zaczęła się męczyć, więc odczekałem jeszcze chwilę, aż ze złością nie rzuci się naprzód i nie spróbuje zaatakować. Tak się stało, a ja wykorzystując moment, wyczarowałem skalną ścianę, w którą z impetem grzmotnęła. Słysząc huk mimowolnie zachciało mi się śmiać, ale ostatkiem sił się powstrzymałem. Przecież nie jestem wilkiem cieszącym się z cudzego nieszczęścia... Poza tym raczej nie skrzywdziłem jej jakoś dotkliwie. Raczej. Drgnąłem na myśl o tym, co mogło się stać, ale nie przestałem biec. Obejrzałem się jeszcze kilka razy przez ramię, ale ściana stała nienaruszona. Mogła utracić przytomność. Zwolniłem, zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby jej pomóc, ale przecież to na tym polega... potrząsnąłem głową i na nowo przyspieszyłem tempa.
Kiedy uznałem, że jestem już wystarczająco daleko, zatrzymałem się i przeskakując rytmicznie raz w jedną, raz w drugą stronę, by jak najmniej się poparzyć, obróciłem się w stronę, gdzie była moja ściana. Przymrużyłem oczy, ale falujące gorące powietrze utrudniło mi obserwację. Chciałem wiedzieć, czy Mizuki już się podniosła. Wedle zasad, jeśli rzeczywiście nie może dalej walczyć, już dawno bylibyśmy odebrani z powrotem na tereny. Pewnie coś knuła... Nagle ujrzałem zbliżającą się sylwetkę. Zamarłem. Jak mogłem wcześniej tego nie zauważyć? Natychmiast rzuciłem się w dalszą ucieczkę, ale kiedy obróciłem się za siebie, zauważyłem, że wilk zniknął. Czyżby fatamorgana? Poczułem, że moje oczy z gorąca łzawią, a ja się pocę. Na nowo użyłbym chłodnej wody, ale bałem się, że ponownie spowoduję szok termiczny.
Zamiast tego sprawiłem, że wyrosła średniej wielkości skalna ściana, która przysłoniła mi słońce oraz pojawił się mały stawik. Spoglądając raz po raz, czy Mizuki się czasem nie zbliża, chłodziłem się w cieniu i popijałem wodę. Mijały minuty, może i nawet godziny i nic się nie działo. Nie mając lepszych zajęć wpatrywałem się w kierunku, z którego powinna nadejść i chlapałem lekko, uderzając delikatnie łapą w taflę wody.
Kiedy chyba przysnąłem, ocknąłem się idealnie w porę. Obróciłem pysk w stronę Mizuki, która wściekle się na mnie rzuciła, ale ja wykonałem szybki przewrót na piasku, przez co przeturlała się obok i wpadła do dołku, w którym wcześniej był mój stawik. Musiał wyparować, gdyż teraz cień się skrócił, a woda pod wpływem temperatury zniknęła. Podniosłem się i ona również. Usiłowała ponownie cisnąć we mnie kulą ognia, bo chyba dostrzegła, że nie lubię, gdy płonę. Moje błękitne futro teraz nie dość, że było brudne od zaschniętego błota, to jeszcze zostało częściowo wypalone. To właśnie powód, dla którego wolałem nie oglądać swojego odbicia w wodzie. Schowałem się za skalną ścianą i powoli przesunąłem się do jej drugiego krańca. Spodziewając się, że Mizuki zaatakuje z tej samej strony, po której zniknąłem, nieco się zaskoczyłem, gdy odezwała się tuż za mną.
- Bu.
Odskoczyłem, a ona cisnęła we mnie odłamkami lodu. Poprzecinała mi skórę, a siła uderzenia przykuła mnie do piasku. Krzyknąłem z bólu spowodowanego poparzeniami i mieszanymi odczuciami spowodowanymi szokiem... no właśnie! Uchyliłem oczy, które zamknąłem pod wpływem siarczystego bólu i nakierowałem jedną z łap, w której wciąż miałem czucie w jej kierunku. Wystrzeliła w jej stronę fala lodowatej wody. Krzyknęła nie tylko z zaskoczenia, ale i z powodu buntu ciała przez nagłą zmianę temperatury, a nie można było zaprzeczyć, że gorąca z niej wadera. Wolałem sobie nawet nie wyobrażać, w jakim stanie będzie jej ciało po takim ataku. Możliwe, że zejdzie jej częściowo skóra, powypada futro, mięśnie się usztywnią, a ona będzie niezdolna do jakiegokolwiek ruchu lub zmutuje... możliwe też, że odrobinę za bardzo ponosi mnie wyobraźnia. Kiedy udało mi się wyrwać z lodowych ostrzy (niestety przez to moje ciało było jeszcze bardziej osłabione - w kilku miejscach miałem istny krwotok), które i tak zaczynały topnieć, przybrałem pozę zdradzającą pełną gotowość do odparcia ataku i wyczekująco patrzyłem na Mizuki, która chyba usiłowała się podnieść. W duchu szczerze bałem się, że zrobiłem jej krzywdę, która zostanie przy niej aż do końca jej życia... Jeżeli będzie równa bliznom i poparzeniom, które zostaną mi po jej atakach - w porządku, jesteśmy kwita. Gorzej, jeśli to będzie coś znacznie okropniejszego...

<Mizuki?>

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 23 maja 2016

Od Dante "Obca czy znajoma?" cz. 16 (cd. Astrid)

Patrzyła na mnie przez dobre kilka sekund, najwyraźniej nie wierząc w moje tandetne wytłumaczenie. W sumie jej się nie dziwiłem, sam raczej bym nie łyknął takiej bajeczki.
- Dante, co się stało? - Uleciało ze mnie powietrze. Wiedziałem, że gdyby w końcu nie zadała tego pytania, świnie zaczęłyby latać. - Powiesz mi?
Speszony odwróciłem wzrok i odburknąłem:
- Nie ma o czym mówić, nieważne.
Na nowo zapanowała ta niezręczna cisza, w ciągu której szedłem dalej, uparcie wpatrując się w swoje stopy. As pewnie podążała krok w krok za mną. Wprost czułem na sobie jej spojrzenie.
- Może lepiej... E... - zacząłem - Poszukajmy jakieś trumny?
- Nie musimy szukać. Wracajmy lepiej do domu. - powiedziała ściszonym głosem. Zaskoczony na nią popatrzyłem. Mimo, że zrobiła się dziwnie blada, jednocześnie na jej policzkach pojawiły się dwie czerwone plamy. Nawet z tej odległości doskonale je widziałem. Jedyny akcent w jej wyglądzie, który nie jest ani błękitem, ani szarością, ani czernią, ani bielą. Róż dodawał jej jedynego w swoim rodzaju uroku. - Na nic nie starczy nam pieniędzy. Nici z pogrzebu. Musimy go po prostu zakopać bez trumny i innych takich typu rzeczy.
Włożyłem ręce do kieszeni i odwróciłem wzrok, nie chcąc być złapanym na kolejnym wpatrywaniu się w nią jak cielę w malowane wrota.
- Dobre i tyle. Przynajmniej nie zgnije gdzieś pod drzewem - oznajmiłem i skręciłem w prawo, bo to właśnie tam powinniśmy się kierować chcąc wrócić do siebie. Na nowo zapanowała cisza. No może nie licząc gwaru dobiegającego z wyjątkowo ruchliwej ulicy. Na nowo powróciło do mnie wspomnienie wysokiego mężczyzny przyodzianego w czerń. Co było w nim takiego niepokojącego? Nie sam fakt, że zawitał w zakładzie pogrzebowym, a raczej jego spojrzenie i dziwnie znajome rysy twarzy. Zdecydowanie mi on kogoś przypominał. Tylko kogo? Kątem oka popatrzyłem w witrynę sklepową. Lalki, misie, samochodziki i inne zabawki... I średniej wielkości lusterko w różowej, plastikowej ramie przytwierdzone do "toaletki małej księżniczki". Widząc własną twarz moje serce zabiło dużo mocniej. Wystarczył ten ułamek sekundy, bym już wiedział, z kim kojarzyłem tamtego mężczyznę.
Ze mną samym.
Z zamyślenia wyrwała mnie moja przyjaciółka, a raczej jej dłoń, która pochwyciła moją. Mocno zdezorientowany popatrzyłem na dziewczynę. Nic nie powiedziała, tylko dalej szła, beznamiętnie patrząc przed siebie. Po chwili czując na sobie moje spojrzenie uśmiechnęła się lekko i popatrzyła na mnie. Zaglądając w jej oczy moje serce nie zwalniało, tylko jeszcze bardziej przyspieszało. Czy to z nerwów? To był jeden z tych momentów, kiedy myślę sam o sobie, zastanawiając się nad powodem takiego zachowania. Odwróciłem głowę zaraz po tym, gdy ona to zrobiła. Czułem się tak okropnie głupio. Bardziej niż zwykle. Nagle uświadomiłem sobie, że As była dziewczyną, przy której zapominałem o swoich problemach, uważając te jej za absolutny priorytet... Było to nie tyle co dziwne, co bardziej niezwykłe.
Myśli wirowały w mojej głowie jak szalone. Istny mętlik. Zlepek emocji i uczuć, w efekcie czego mam już dość wrażeń i nie potrafię sobie niczego ułożyć sensownie w swoim pustym łepku. Najpierw morderstwo, później ucieczka przed wilkami z Watahy Asai, podszywanie się pod wroga, walka, próba zorganizowania pogrzebu, zobaczenie osoby łudząco podobnej do mnie... Już wszystko mi się miesza. Przypomniawszy sobie o tym wszystkim, na nowo odczułem nieprzyjemne pieczenie w zranionych miejscach. To zdecydowanie znak, abym wreszcie wypoczął. Mój organizm strajkuje przeciwko mnie i dalszemu wysiłkowi. Teraz szedłem z As trzymając się za ręce. Nie jest w tym nic szczególnie fascynującego, w końcu jesteśmy sobie bardzo bliscy... Ale i tak zdawało mi się to dziwne. Może to przez tą "pozorną bliskość"? Może nasza przyjaźń tak naprawdę nie wygląda tak, jak wyglądać powinna? W końcu ona sama była w stanie o mnie zapomnieć. Czy tak robią przyjaciele? Jakiś wewnętrzny głos we mnie krzyczał, że to była jej chwila słabości i nie powinienem był jej obwiniać, więc zacząłem się w duchu spierać sam ze sobą. To było okropnie irytujące i męczące za razem. Mimo to nie potrafiłem zatrzymać natłoku myśli.
Tak, w końcu udało mi się opanować tę trudną sztukę myślenia. A przynajmniej tak mi się wydaje.
Wkroczyliśmy w końcu do Zielonego Lasu. Niespodziewanie As puściła moją dłoń. Przez opuszczające mnie jej ciepło poczułem się dziwnie... nagi? Zupełnie jakby czegoś mi brakowało, jakiejś części mnie. Jej bliskości.
- To... Chodźmy może głębiej w las i się przemieńmy. - oznajmiła, na co ja odpowiedziałem skinieniem głowy. Kolejne kilka minut drogi przemierzaliśmy w milczeniu. Wizja mężczyzny w płaszczu znowu do mnie wróciła. Już wiem, że to wszystko nie pozwoli mi zasnąć, a ja nic na to nie zaradzę. Ciekawe czy As ma jakieś zioła nasenne...?
Patrzyłem na plecy dziewczyny, sam już naprawdę nie wiedząc, co mam sobie o tym wszystkim myśleć. Zaczynała mnie boleć głowa. Taka nagła dawka logicznego myślenia nie działała na mnie dobrze.
As zmieniła się w wilka chwilę po tym, gdy ja to zrobiłem.
- Dalej się smucisz? - zapytała, po raz kolejny wyrywając mnie z głębokiego zamyślenia. Patrzyła na mnie zatroskanym spojrzeniem. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że w oczach mam łzy.
- Co? Ja się wcale nie... - zacząłem, ale uświadomiwszy sobie, jak bardzo mój głos jest żałosny, zamilknąłem. Zdecydowanie nie jest ze mną dobrze. As widząc moje nieco wystraszone oczy, zbliżyła się i przytuliła. Tak po prostu.
- To rany zaczęły zaczęły trochę boleć... Nie ma o co się martwić - powiedziałem zgodnie z prawdą, choć nie całą. As się nie odsunęła, a ja nawet nie chciałem, by to robiła. Staliśmy tak dobre kilka minut, wsłuchując się w dmący wiatr. W końcu i jej grzbiet otuliłem łapą, na co ona lekko zadrżała, ale nie protestowała. Pachniała lasem, a w szczególności suszonym rumiankiem, którego zawsze miała całe mnóstwo w swojej jaskini.
- As? - zapytałem, a mój głos przeciął ciszę jak bicz.
- Hm? - mruknęła wadera.
- Nie mieliśmy wracać?
- Nie... - odpowiedziała, wtulając pysk w moje futro. Miło było tak postać i zapomnieć o wszystkich problemach. To trochę jak trafić do jednej wielkiej nicości, w której nic, oprócz tej jednej jedynej osoby i jej bliskości się nie liczy. Odetchnąłem z ulgą.
Nasz spokój naruszył jakiś dźwięk dochodzący z krzaków. Niepokojący szelest. Od razu puściłem As, a ona mnie i obróciliśmy się w tamtym kierunku. Nic się nie działo. Może to tylko zając? Najprawdopodobniej tak. Kiedy już miałem jej coś oznajmić, dźwięk z zarośli się powtórzył. Tym razem był dużo wyraźniejszy. Włosy mi się zjeżyły na karku. Instynkt mówił mi, że jestem zbyt słaby, by przystąpić do walki. Nie chciałem tak zostawiać As, ale chyba nie miałem innego wyjścia. Byłem ranny. Odsunąłem się o dwa kroki do tyłu i popatrzyłem na nią. Była gotowa do starcia. Wtedy z krzaków wyszedł wilk. Na pierwszy rzut oka wyglądał normalnie i przede wszystkim niewinnie, nie licząc czegoś na piersi, co mogło być obrzydliwym, napuchniętym popatrzeniem. Albo wielkim strupem. Patrzył to na mnie, to na As z opuszczonymi uszami. Wyglądał na wystraszonego. Nie spodziewał się najwidoczniej tutaj obecności kogokolwiek.
- Kim jesteś? - warknęła nieufnie.
- Ja... - zaczął, wodząc wzrokiem między naszą dwójką - Ja...
- Mów.
- Ja... Jestem Kei.
- Kei? - powtórzyła moja przyjaciółka, na co wyjątkowo wątły basior przytaknął.
- Co tutaj robisz? - dopytywała.
- Em... Zgubiłem się - mruknął, spuszczając łeb. Wyglądał na wyjątkowo zawstydzonego.
- Skąd jesteś?
- Nie wiem... Moje stado jest watahą koczowniczą... Poszli beze mnie... - wytłumaczył ledwie słyszalnie. Musiał mieć niecałe dwa lata. Ja i As popatrzyliśmy na siebie, nie widząc, co zarządzić. Z jednej strony nie mogliśmy go tak zostawić, ale z drugiej musieliśmy pochować ciało. On nie mógł tego widzieć, bo by się zraził nie tylko do nas, ale i do całej watahy. Mogliśmy go też odprawić do innego z członków... Ale kto zechciałby się nim zająć? Na potencjalnego członka mi nie wyglądał. Basior zakaszlał.
- Jesteś chory? - zapytała As. Ponownie pokiwał głowa. Z płuc wadery uleciało całe powietrze. Również nie wyglądała na zadowoloną tą sytuacją. Jest lekarzem, powinna się nim zająć. Zawsze mógł to być pielęgniarz, ale od dłuższego czasu nie widziałem Yusufa.
- Powiedz mi, co my mamy z tobą zrobić? - zapytała w końcu, na co ten popatrzył na nią wystraszony. Chyba sam nie wiedział.
- Kei... Dziwne imię... Trochę jak nasz Kai - postanowiłem przejąć pałeczkę. - Dawno się tu plączesz? - Po tych słowach mrugnąłem do As na znak, że ja się nim zajmę, a ona ma iść odprawić szybki pogrzeb. Chyba zrozumiała, o co mi chodzi, bo odwróciła się na pięcie i odeszła żwawym krokiem.
- Od kilku godzin...
- Tak? A jak ci się tu podoba? - dopytywałem, powoli ruszając w przeciwnym kierunku, niż As.
- Jest w porządku...
- I mówisz, że należysz do watahy koczowniczej? Jak się ona nazywa?
- Po prostu wataha...
- Należą do niej magiczne wilki?
- I tak i nie.
- A ma dużo członków?
- Nigdy nie miałem porównania. - Dopiero po tych słowach podążył za mną.
- Teraz masz - zaśmiałem się, na co on odpowiedział tym samym, choć słyszałem, że był wymuszony. - U nas jest około trzysiestu członków, a u was?
- Trochę mniej...
- To nieźle. Jak ma na imię wasza Alfa?
- Po prostu Alfa... - słysząc to, mimowolnie się skrzywiłem. Wyglądało na to, że będziemy mieli poważne problemy z komunikacją. Moje próby wyciągania z niego informacji kończyły się na niczym, więc żeby czymś go zająć, zacząłem opowiadać o sobie. Cierpliwie mnie wysłuchał i powiedział, że nasza wataha jest ładna. Nic więcej. Wydał mi się po prostu dziwny. Biało-niebieski basior o niespokojnym spojrzeniu i poparzonej piersi o imieniu Kei, który sam nie wie, jak się tu znalazł.
Nie wiedziałem tylko, jak mógłbym się wytłumaczyć przed Alfą, gdyby nas zobaczyła. Ona nie lubi obcych. Zawsze uważa, że to szpiedzy... Teraz doznałem prawdziwego olśnienia. A jeśli to BYŁ szpieg? Przecież przekazałem mu tyle informacji o mnie i watasze. Popatrzyłem na niego. Właśnie przyglądał się fantazyjnym roślinom, które porastały Magiczny Ogród. Wyglądał tak niewinnie... Choć dostrzegłem w nim coś niepokojącego. Nie zadawał żadnych pytań, pozwalał mi po prostu mówić.
Uniosłem łeb i między licznymi liśćmi drzew dostrzegłem, że słońce już musi się chylić ku zachodowi. As powinna być już u siebie. Kei zakaszlał.
- Musimy iść do lekarki. Ja na zmianę opatrunków, ty po jakieś leki.
Skinął głową, więc skręciłem w kierunku Góry.
Kilkadziesiąt minut później stanęliśmy w wejściu do wilczego szpitala. Tak jak myślałem, As miała akurat dyżur. Od razu nas zauważyła. Nie musiałem mówić, o co chodzi, bo ona już się zabrała do robienia wywaru na kaszel. Kei grzecznie przysiadł pod ścianą, za to ja podszedłem do As.
- I jak? - szepnęła. Jej głos częściowo zagłuszał syk ognia na palenisku.
- Ciężko powiedzieć. Mało mówił - powiedziałam równie cicho. - A tobie jak poszło?

<As? Wybacz, że tyle mi to zajęło>

Uwagi: brak

środa, 17 lutego 2016

Od Dante "Obca czy znajoma?" cz. 14 (cd. Astrid)

- Dobra, zostawmy jak na razie temat muzeów i pomyślny jak możemy zdobyć pieniądze. - oświadczyła, kiedy napad śmiechu już ustał - Może pożyczymy od funduszy watahy?
Astrid postawiła parujący kubek tuż przed moim nosem.
- Nie uda się. Inni od razu zaciekawią się po co nam te pieniądze... Ale może podwędzisz trochę od wypłaty...?
- Jasne, nie ma sprawy. Ale pod warunkiem, że chcesz czekać prawie miesiąc - zaśmiała się lekko.
- To ja już nie wiem - oznajmiłem, spuszczając w wzrok.
- Ja też nie... - mruknęła. Zapanowała cisza. Rzeczywiście tkwiliśmy w martwym punkcie. Już naprawdę nie wiedziałem, co mielibyśmy zrobić, aby wyprawić sobie właściwy pogrzeb.
- Chociaż... Czekaj chwilę - rzekła po chwili. Z nową nadzieją podniosłem na nią wzrok. Dziewczyna wstała i ponownie podeszła do kamienia, na którym miała postawione wszystkie swoje rupiecie. Zaczęła za nie zaglądać, przesuwać, podnosić, oglądać pod każdym możliwym kątem... Nic nie komentowałem, gdyż zbyt zajęty byłem nie tylko obserwowaniem jej poczynań, a także wdychania aromatu ziołowego naparu przygotowanego przez przyjaciółkę. W pewnej chwili uniosła przejrzysty słoik, w środku którego leżał jakiś brązowy woreczek, zapewne wykonany z jakiejś cienkiej, wyprawionej skóry. Sprawnie wyciągnęła korek, a następnie zawiniątko. Kiedy uniosła to na wysokość swojej twarzy, coś w środku zagruchotało.
- Co to? - zapytałem zainteresowany.
- Moje oszczędności jeszcze ze studiów - odparła, na następnie odstawiła słoiczek, na który delikatnie nałożyła z powrotem korek. Rozwiązała sznureczek, którym spętany był woreczek, który najwidoczniej nazywała swoim "portfelem" i wysypała drobniaki na otwartą dłoń. Z dołu dostrzegłem jeszcze kilka banknotów. Wciąż bacznie obserwując Astrid, podmuchałem w gorącą herbatę, aby przyspieszyć jej stygnięcie.
- Powinno starczyć, ale jedynie na tanią trumnę.
- To kiedy pójdziemy do miasta po nią? - zapytałem, na co ta odwróciła głowę w moją stronę, wyraźnie bardzo zaskoczona moją wypowiedzią. Zgaduję, że właśnie palnąłem coś głupiego.
- My? Ty zostajesz. Dziwię się, że w ogóle wpadłeś na taki pomysł. Jak na razie nie możesz się przemęczać.
- Czyli co? Ja mam siedzieć na tyłku, kiedy ty będziesz podbijać miasto? - mruknąłem, ponownie dmuchając w kubek.
- Podbijać? Kupując trumnę? - Posłała mi długie, matczyne spojrzenie, na co ja patrzyłem na nią z dołu błagalnym wzrokiem. - Dante, idę sama. Ty musisz tu zostać. Ledwo żyjesz.
Postarałem się być jeszcze bardziej uroczy, unosząc wyżej brwi.
- Dam radę.
Wciąż nie odpuszczałem. Uśmiechnąłem się delikatnie, nie spuszczając wzroku z jej oczu. Westchnęła zirytowana.
- Jak ty to robisz, że potrafisz mnie do wszystkiego przekonać? - Wyszczerzyłem się jak skończony idiota... czyli tak jak zawsze zresztą. - Idziemy jutro. Za taki wyskok Suzanna da nam nieźle popalić... Nie powinieneś zbytnio się przemęczać jako wilk, nie wspominając o postaci człowieka...
Prychnąłem. Już lekko przesadzała... nie jest moją matką, by mi rozkazywać. Szczerze mówiąc to nikt nie miał prawa mi rozkazywać. Ja przecież nie mam matki. Już nie.
- To kiedy idziemy? - zapytałem radosnym tonem.
- Jutro - oświadczyła całkowicie pewna siebie.
- Czemu nie dziś?
Westchnęła, dramatycznie wywracając oczami.
- Znając życie wywrócisz się po drodze, nie mogąc wstać. - Uniosłem jedną brew, zaciskając usta w cienką kreskę. Popatrzyła na mnie jeszcze przez chwilę, po czym oświadczyła:
- I zgaduję, że i tak nie odpuścisz, póki się nie zgodzę.
Ponownie na moim pysku pojawił się szeroki uśmiech. Cieszyłem się, że w końcu zrozumiała. Niebieskowłosa oderwała się od blatu, o który już wcześniej po raz kolejny się oparła i wzięła z wieszaka kurtkę. Mebel ten wykonała ze zwyczajnej gałęzi znalezionej w lesie. Wciągnęła ręce w rękawy i popatrzyła na mnie w oczekiwaniu.
- W takim razie idziemy - oświadczyła. Podniosłem się z ziemi tak szybko, że zapominając całkowicie o herbacie, popchnąłem kubek łapą, na co ten niebezpiecznie się zachwiał, aż w końcu całkiem nie przewrócił. Podłogę zalała gorąca ciecz. Popatrzyłem na As, opuszczając uszy i ogon.
- Ups...
- Umyjesz to jak wrócimy... rozumiemy się? - zarządziła, patrząc na mnie groźnie. Pokiwałem szybko głową. - Zatem... możesz się już zmienić w człowieka. Zobaczę, w jakim stanie będziesz. Ponownie skinąłem głową i zamknąłem oczy. Czułem się teraz już dużo bardziej na siłach, dzięki czemu to nie sprawiło mi najmniejszego problemu. Kiedy otworzyłem oczy, byłem już dwu, może trzykrotnie wyższy niż poprzednio.
- Odwróć się - oznajmiła, obserwując mnie z uwagą. Podeszła bliżej. Zrobiłem co kazała, na co ta dała znak ciągnąc delikatnie za kaptur mojej ciepłej kurtki na znak, abym ją zsunął z ramion. Wykonałem polecenie.
- Gdzie podziałeś koszulkę?
Wzruszyłem ramionami. Nie miałem zielonego pojęcia. Raz była tu, raz tam, ale nigdy nie na mnie.
- Chyba nie będziesz paradować po mieście topless... - mruknęła.
- Czemu nie? - zaśmiałem się. Odwróciłem się ponownie do niej przodem, zakładając kurtkę jak należy. Posłała mi prawdziwie mordujące spojrzenie.
- No dobra, dobra... Jest w mojej jaskini.
- No ja myślę - mruknęła i już wyszła ze swojego domu. Ja podążyłem za nią, wiedząc, że ta wie, gdzie mieszkam. Sam z zainteresowaniem popatrzyłem na to, w jakim stanie jest moje ciało. O dziwo bandaże wciąż przylegały do ciała, tamując upływ krwi. Może nawet i to lepiej. To jednak nie wykluczało tego, że gdzieniegdzie widoczna była już zakrzepła krew, co sprawiało efekt człowieka, który właśnie wyszedł spod kół samochodu, bądź jak kto woli - tira.
Chwilę później stanęliśmy przed wejściem do mojej jamy. Astrid dała mi znak, abym wszedł tam sam. Jak kazała, tak zrobiłem, jeszcze po drodze ściągając kurtkę. Szybko wypatrzyłem szary i biało-niebieski T-shirt rzucony niedbale gdzieś w kąt. Zdecydowałem, że tym razem wciągnę na siebie ten szary. Poszło gładko, dzięki czemu prędko wróciłem do As. Akurat zakładałem kurtkę, kiedy ta mierząc mnie wzrokiem zapytała:
- Od jak dawna chodzisz w tych samych ciuchach?
- Nie wiem.
- Pierzesz je chociaż?
- Od czasu do czasu się zdarzy - Zaśmiałem się, na co ta pokręciła głową, dając znak, że powinienem robić to częściej. Udawałem oburzenie, jednocześnie otulając się bardziej kurtką. - Wypraszam to sobie, ale kurtkę prałem dwa tygodnie temu.
- A koszulkę? Jeansy? I te... buty? - mówiąc ostatnie słowo, popatrzyła na zniszczone obuwie bliżej nieokreślonej firmy.
- Mam prać buty? To już chyba lekka przesada.
- A co z resztą? - uniosła brew.
- Oj, no... już nie czepiaj się.
- Będę musiała cię kiedyś zaciągnąć na zakupy. Jeśli będzie taka potrzeba, zwiedzimy każde centrum handlowe w Mieście.
Na samą myśl o tym zawróciło mi się w głowie. Cały dzień ganiać po sklepach za jedną bluzką? Miałem tylko dwie i to mi wystarczało. Jeansów miałem jedną parę, tak samo jak i butów czy kurtkę, którą w szczególności lubiłem. As ruszyła na zachód, więc ja podążyłem w ślad za nią.
- Pamiętaj, żeby nie wdarło ci się zakażenie - zakpiła. Przymrużyłem oczy, jednocześnie robiąc z ust dzióbek.
- Czy ty mi coś narzucasz?
- Że się nie myjesz? Owszem - roześmiała się. Ja odruchowo zrobiłem to samo. Może i uchodziłem w jej oczach za strasznego flejtucha, jednak przyznam szczerze, że wolę być czysty, niż całkowicie brudny. To jednak nie jest w tej chwili ważne ani istotne.
Kiedy w końcu stanęliśmy w drzwiach pierwszego zakładu pogrzebowego, od razu doskoczył do nas niski, pulchny sprzedawca.
- Dzień dobry! - rzucił na powitanie. Jak na grabarza musiał być wyjątkowo pogodnym człowiekiem.
- Witam... - odpowiedziała As. To właśnie jej swoim milczeniem powierzyłem prowadzenie rozmowy - Szukam trumny. Tylko jakiejś taniej.
- Taniej trumny, panienka powiada?
Dziewczyna skinęła głową, na co jej błękitne loki podskoczyły radośnie. Obserwowałem to w skupieniu, zwalczając dziwny impuls, by ich nie dotknąć, sprawdzić czy rzeczywiście są tak miękkie i owinąć sobie wokół palca. Ciekawe jakiej odżywki stosuje. Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, a następnie potruchtał do innej sali. As niechętnie podążyła za nim, więc ja postąpiłem tak samo. Wolałem nie zostawać sam na sam z rzędami ustawionych w całym pomieszczeniu trumien, do których niebawem miały być włożone ciała nieboszczyków. Zdecydowanie milej dla mnie prezentowała się wizja podziwiana loków przyjaciółki. Zatrzymaliśmy się dopiero przy jednej z większych trumien.
- Mocna, dębowa trumna w okazyjnej cenie. Posiada wiele misternych wzorów na wieku i wewnątrz wyłożona jest miękkimi poduszkami.
As oglądała ją przez chwilę, aż nie zobaczyła ceny. Oniemiała zaskoczona.
- A jest może coś w granicach... dwustu złotych?
Pączek (bo właśnie na takiego pączka mi ten facet wyglądał) wybuchnął śmiechem, a jego rumiane policzki stały się jeszcze bardziej czerwone niż dotychczas.
- Dwieście złotych? Trumny w takiej cenie dla tak rosłego męża pani nigdzie nie znajdzie.
Dopiero kiedy dziewczyna odwróciła się w moją stronę, zorientowałem się, że mowa była o mnie. Zaskoczony i mocno zdezorientowany zacząłem wpatrywać się w grabarza.
- To... nie jest mój mąż.
- Brat?
- Po części. Po prostu przyjaciel - wytłumaczyła szybko, a ja na to tylko przytaknąłem potwierdzająco głową. Pączek westchnął i popatrzył na mnie zasmucony.
- Czyli nie ma nikogo z rodziny, kto by o niego po śmierci zadbał... rozumiem - powiedział, patrząc na zakrwawiony bandaż otaczający moją szyję.
- Ale on nie umiera...
- Jak to? - facet zmarszczył brwi, już tracąc do nas cierpliwość. Mógł przecież wziąć nas za parę nastolatków, którzy przyszli do niego tylko po to, by się ponaśmiewać. Właściwie to nie dziwiłem się temu, bacząc na jego dość zabawny wygląd. Dziwiłem się, że jeszcze nie popękały mu guziki ciasno opinającej jego brzuch marynarki.
- To... dla mojej kuzynki. Wie pan, flaki i te sprawy... miała... wypadek. Trumna nie musi być duża ani ładna. Kto będzie oglądał coś, co jest głęboko pod ziemią?
Popatrzyłem w zdumieniu na dziewczynę, jednak nie komentując jej wymysłów. Co ona kombinowała? Chciała go oszukać?
- Kuzynki? Pewnie te wilki, których wycie często słychać z lasu ją rozszarpały.
- Nie, nie, nie... To nie tak. Po prostu... nie chcę o tym rozmawiać.
- W takim razie rozumiem, lecz najtańsza trumna jest w cenie dwóch tysięcy. Ile kuzyneczka miała lat?
- Osiem. Tylko...  nie mam aż tylu pieniędzy. Nie mógłby pan nieco zejść z ceny? Albo sprzedać nam zwykłe deski?
- Niestety luźnych desek nie posiadam... lecz mogę sprawdzić na zapleczu.
- W porządku. Niech pan idzie - oznajmiła. Pączek odwrócił się na pięcie i odszedł. Odczekałem, aż zniknie za grubymi drzwiami zaplecza i wlazłem do trumny, krzyżując ręce tak, jak miały mumie na tych wszystkich zdjęciach. Kiedy As odwróciła się w moją stronę o mało nie dostała zawału.
- Łaaa! Jestem Tutenchamon jakiś tam! Zjem wam mózgi! - wykrzykiwałem, wywracając oczy na zewnątrz białkami.
- Wyłaź, rozumiesz! Już! - syknęła cicho - Jak wróci i cię zobaczy, już po nas!
Zaśmiałem się i wyszedłem z trumny. Już chwilę później facet wrócił, w bezradności unosząc ręce po bokach.
- Niestety zbędnych desek brak.
- A gdzie pan je kupuje? Zna pan jakiegoś taniego drwala? - dopytywała moja przyjaciółka. Ja już jednak słuchałem tylko w połowie, bo moją uwagę przykuł kolejny klient wchodzący do środka sklepu. Oglądał z uwagą wszystkie wystawione trumny, a jego długi, czarny płaszcz powiewał przy każdym kolejnym jego kroku. Zmarszczyłem brwi. Kogoś mi on przypominał, ale nie wiedziałem, kogo.
- Tak... - odpowiedział ostrożnie - Ma siedzibę dobre kilkadziesiąt kilometrów stąd.
Miał krótkie ciemne włosy, które właśnie przeczesał palcami. Zdawał się nas nie zauważać, choć staliśmy w pustej ramie drzwi prowadzącej do kolejnego pomieszczenia, a głosy niosły się po całym sklepie.
- A dojeżdża tam jakiś autobus? Pociąg? Cokolwiek? - pytała gorączkowo niebieskowłosa.
- Niestety nie.
- W takim razie... do widzenia - mruknęła. Chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła do wyjścia. Młody mężczyzna w płaszczu w końcu podniósł na nas wzrok. As pociągnęła mnie taką drogą, że przez chwilę znajdowałem się z nim w twarzą w twarz. Przez ułamek sekundy patrzyłem w jego oczy koloru ochry, a on w moje koloru niebieskiej toni. W jego spojrzeniu była dziwna zaciętość, jakby chciał mi rzucić wyzwanie na pojedynek. Wychodząc z budynku jeszcze odwróciłem głowę przez ramię, by zobaczyć jego tyczkowate ciało przyodziane w czarny płaszcz.
- Och, to znowu pan Purpura? Czym jest pan tym razem zainteresowany? - od razu doskoczył do niego Pączek, a wtedy drzwi się zatrzasnęły. Otworzyłem szerzej oczy. Niemożliwe. Tylko mi się zdaje. To tylko złudzenie. Mężczyzna w płaszczu jeszcze patrzył przez chwilę tym swoim dziwnym wzrokiem na mnie, a następnie odwrócił twarz w stronę sprzedawcy. Nie mogłem tam wrócić, gdyż poddałem się woli As i szedłem za nią, powłócząc nogami. Wciąż ciągnęła mnie za nadgarstek. Byłem w głębokim szoku. W końcu się zatrzymaliśmy, stojąc kilkanaście metrów dalej. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę.
- Co jest?
- Co...? E... nic... - mruknąłem, wciąż patrząc w jeden punkt, gdzieś za jej barkiem. Później po moim policzku spłynęła łza. Uniosła brwi zaskoczona. Takiej reakcji chyba się nie spodziewała. Szybko otarłem ją rękawem kurtki i uśmiechnąłem się lekko.
- Wszystko ok. Nic mi nie jest. Po prostu... coś mi wpadło do oka.

<Astrid? Danny i tak nie potrafi sprecyzować, o co tak naprawdę mu chodzi, więc nic nie wyjaśni.>

Uwagi: brak