Oparłam się o jedno z drzew, obserwując dziewczynę podczas budowy. Szybko kombinowała, jednak skończona wersja kompletnie do mnie nie przemawiała. Oplątując sobie palce łańcuszkiem medalionu w zamyśleniu patrzyłam na to, co stworzyła.
- Zrobione.
- Powiedz mi... co to ma niby być?
- Dom. Nie widać?
- To coś? - zaśmiałam się ironicznie odrywając się od drzewa i podchodząc bliżej. - Czy ty chcesz mi wmówić, że TO ma być moim domem?
- Zbudowałam. Nie rozwala się? Nie rozwala się. Czego ode mnie jeszcze chcesz? Pałacyku? - zadrwiła. Z nerwów otwierałam i zamykałam dłonie, aż zapominając o naszyjniku przerwał mi się łańcuszek, a medalion upadł na ziemię. Syknęłam kilka słów pod nosem i zaczęłam zbierać biżuterię.
- To w końcu dostanę tego smoka?
- Wynoś się stąd. - warknęłam.
- Co? - zapytała zaskoczona. Wstałam, ściskając w dłoni reszki po przedmiocie.
- Wynoś się stąd, słyszysz?! - krzyknęłam. Zrobiła się czerwona ze złości na twarzy.
- Nie! Obiecywałaś mi smoka i póki go nie dostanę...
- Dawaj pieniądze i spływaj, pókim dobra! JUŻ!
Nasze ciała szybko płynęła parząca czarna mgła. Cicho pisnęła z przestrachem, posłała mi nieco speszone spojrzenie i zaczęła grzebać w kieszeni.
- Ile...
- Sto dwadzieścia - oznajmiłam, unosząc butnie podbródek. Wyciągnęła drżącymi rękoma portmonetkę i położyła garść monet na moją dłoń. Na szybko je przeliczyła, a następnie dołożyła kolejną. Dopiero wtedy niechętnie oświadczyłam jej:
- Decyduj się. Byle szybko. - Kiedy posłała mi niewiedzące spojrzenie, westchnęłam z dezaprobatą i dodałam: - Którego chcesz? Tego młodego, na którym mi zrujnowałaś dom?
- Em... tak, tego - wydusiła. Mgła parząca jej ciało zniknęła. Przyłożyłam dwa palce do ust, następnie dmuchnęłam w nie. Na tak wysoki dźwięk reaguje tylko ten jeden młody smok, który dopiero co skończył sto dwadzieścia sześć lat. Stanął u mojego boku i patrząc na dziewczynę swoimi bystrymi, złotymi oczami, przekręcił nieco łeb. Aż mi się robiło niedobrze, widząc tą dwójkę. Miałam wrażenie, że zaraz porzygam się krwią.
Właściwie gwizdać nauczył mnie sam... Rafael. Kiedy przybyłam do Watahy Błękitnej Róży jako Amzuka spędziliśmy razem trochę czasu.
- Ma jakieś imię? - zapytała ostrożnie, podchodząc do niego bliżej.
- Nie.
Równie delikatnie przytuliła się do jego szyi. Zastanawiało mnie tylko to, jak na rozłąkę z dzieckiem zareaguje Vronti, jego matka.
- Dla twojej informacji to chłopiec. Teraz wypad stąd. - Po tych słowach uniosłam wolną dłoń i sprawiłam, że tuż za jej plecami rozwarł się portal wielkości młodego smoka. Popatrzyła na mnie jeszcze przez ułamek sekundy i przeszła przez teleport. Mały był bardziej zaniepokojony, ale dając mu znak głową, aby uczynił to samo, w końcu zdobył się na odwagę i podążył w ślad za swoją nową panią. Odetchnęłam z ulgą i nieco zatoczyłam się do tyłu. Nie miałam pojęcia, że nerwy powodują u mnie aż takie zmęczenie.
- Wszystko w porządku? - zapytał Valto, który dopiero teraz się materializował. Najwidoczniej przez ten czas wolał pozostać niewidoczny dla oczu dziewczyny. Dotknęłam dłonią swoje czoło.
- Tak... zaraz mi przejdzie.
- Jesteś strasznie blada... - Mówiąc to, chwycił swoimi łapskami moje ramiona. Stał tuż za mną.
- Ja zawsze jestem blada, kołku. - mruknęłam, wyrywając się z jego uścisku, jednak to nie było najlepszą decyzją, bo ponownie zawróciło mi się w głowie. Prawie upadłam, ale chłopak mnie złapał. Monety wypadły z mojej dłoni i rozsypały się na ziemi. Uchyliłam oczy, patrząc na jego uśmiechniętą twarz.
- Czego się cieszysz?
- Chyba trzeba będzie skombinować ci łóżko do tej twojej nowej chatki.
Westchnęłam niezadowolona.
- Przecież czuję się dobrze.
- Nie wydaje mi się... pozwól sobie pomóc.
- Nie zmieniaj się w Carlo, co? - mruknęłam niezadowolona, przypomniawszy sobie o starym znajomym.
- Kogo? To jakiś twój ukochany? A może były?
- Nie... - odrzekłam, stając chwiejnie na nogach. Zrzuciłam ze stóp szpilki. Coś czułam, że porobiłam sobie od nich odciski. Zwykle nie chodziłam w nich tak długo. - Znajomy. Wymieniliśmy kilka zdań, nic poza tym.
- Tęsknisz za nim?
Znieruchomiałam. Na takie pytanie nie byłam przygotowana. Carlo miał olbrzymią charyzmę, a mimo dziwnych upodobań, miał w sobie coś, co przyciągało do niego ludzi. Nie tylko kochanki, ale i zwyczajnie przyszłych kolegów. Każdy intuicyjnie darzył mu zaufaniem. Jego wrodzony dar umożliwiał również wyciągnięcie od innych dowolnych informacji... mógł wiedzieć o innych wszystko, bo sami mu to zdradzili, a inni o nim nic.
- Nie.
Ruszyłam zataczając się jak pijana w stronę domku. Usiadłam w środku, opierając się o ścianę tuż przy drzwiach wejściowych.
- Coś mi się zdaje, że jednak tak - powiedział, zbierając z ziemi Srebrne Gwiazdki oraz mój szmaragdowy medalion. Gdy mi je przyniósł, niechętnie skinęłam mu głową na znak, że mu dziękuję za pomoc. Popatrzyłam na pieniądze będące walutą w Watasze Magicznych Wilków. Trzydzieści z nich trafi do watahy, dziewięćdziesiąt będę mogła zatrzymać dla siebie... to i tak całkiem sporo. Zacisnęłam je w pięści i zamknęłam oczy. Czułam, jak ostre elementy gwiazdek wbijają mi się w skórę. Valto usiadł tuż obok mnie.
- Opowiesz mi coś o tym Carlo?
- Nie.
- Dlaczego? Wstydzisz się? A może po prostu ci się spodobał? - podjuszał Valto.
- Nie zaczepiaj się jak dwulatek. To żałosne. - mruknęłam, podnosząc się z podłogi. Przez chwilę chodziłam po mieszkaniu, a gdy stanęłam w miejscu uświadomiłam sobie, że mężczyzna patrzył na mnie jak zaczarowany. Typowe. Udałam, że tego nie zauważyłam. - Chyba powinnam wracać, i ty również.
- Chyba tak. - Odpowiedział, wbijając klingę miecza w podłogę i za jego pomocą wstając z ziemi. Popatrzyłam na niego jak na idiotę.
- Czy ty w ogóle wiesz do czego to służy? - Wskazałam na miecz.
- Tak... do walki z potworami i tak dalej. Dlaczego pytasz?
- Zdaje mi się, że raczej traktujesz to jako laskę. Dla twojej informacji możesz sobie taką zrobić z patyka. Niszczysz doskonale wykonane ostrze i przy okazji podłogę.
- Taak? - zapytał, podpierając się całym ciężarem ciała na mieczu. Mogłam się tego spodziewać, że mnie wyśmieje. - Nie wiedziałem. To opowiesz mi coś o tym Carlo?
- Nie! - powiedziałam nieco ostrzej. Do niego chyba już nic nie docierało.
- No dobra, dobra... Po prostu ciekawi mnie to, kto był w stanie poruszyć tak nieczułą kobietę. - Mówiąc to, oparł miecz na swoim ramieniu. Obracając się w stronę wyjścia, zrobił duże zadrapanie na ścianie. - Ups...
- Nic nie szkodzi - westchnęłam zrezygnowana. Już i tak nie miałam na nic siły. Jedyne co chodziło mi po głowie, było zaszycie się gdzieś w cieniu i ucięcie sobie drzemki. - A teraz znikaj. Mam już dość wrażeń na dziś.
- No dobra... czyli jednak nie opowiesz mi o Carlo?
- Valto! - krzyknęłam, spoglądając na niego z udawaną złością. Ten się tylko zaśmiał i zniknął. Odetchnęłam. Stałam tak jeszcze przez dobre kilka minut, po czym wyszłam na zewnątrz i wyczarowałam czarne, mizernie zdobione pudełko na pieniądze. Z tym skromnym pakunkiem stworzyłam portal i na nowo wylądowałam na terenach watahy. Na nowo poczułam w płucach świeże powietrze, które tak bardzo było przeze mnie znienawidzone.
Szybkim krokiem potruchtałam do Alfy, córki mojej starszej siostry, której tak samo darzyłam taką samą niechęcią, co całą tą watahę. Wcisnęłam jej monety mówiąc tylko "ktoś kupił smoka". Na pytanie, kto to był, już nie odpowiedziałam, tylko zawróciłam w stronę Mrocznego Lasu. Miałam olbrzymią chętkę na schowanie się za jednym z drzew i niewychodzenie przez najbliższy miesiąc.
Jednak moje szczęście nie trwało długo. Będąc już prawie u celu ktoś dał się we znaki. Ktoś, kto jak się domyśliłam, śledził mnie od dłuższego czasu. Udając, że go nie dostrzegłam, usłyszałam w końcu, że postanowił się odezwać:
- Cześć, dawno się nie widzieliśmy. - Z wrażenia aż przystanęłam. Ten miękki, pełen siły i delikatności za razem głos. - To ta twoja wataha?
Powoli odwróciłam się za siebie... i ujrzałam wysokiego, granatowego basiora z jaśniejszymi pasami na grzbiecie oraz grzywce. Mrugnął do mnie czerwono-pomarańczowym ślepiem, błyskając przy tym zielonym.
- Co ty tu... - syknęłam, ale przerwało mi jego machanie potężnymi, niebieskimi skrzydłami z pojedynczymi czerwonymi i zielonymi piórami, które spowodowały, że wszystkie liście zaczęły wirować w powietrzu. Jak zwykle "dyskretnie" pokazuje, jaki to on nie jest wspaniały. Ech...
- A, tak jakoś przechodziłem. Chciałem trochę czasu spędzić wśród wilków i szukam watahy. Pomyślałem, że może ci potowarzyszę. - Uśmiechnął się czarująco.
- Jak ty mnie... - Kiedy otworzył usta, żeby mi wszystko wyjaśnić, ja mu przerwałam uniesieniem łapy - Nic nie mów. Nie chcę wiedzieć. Idź sobie stąd.
- Skoro mnie tutaj nie chcecie... może przynajmniej powiesz mi, gdzie znajdę jakąś inną watahę?
Zamyśliłam się w duchu i wtedy do mojej głowy przyszedł iście szatański plan.
- Tam - wskazałam na północ. Basior popatrzył w tamtym kierunku, po czym w głębokim namyśle skinął głową. Uśmiechnęłam się złowieszczo. Ciekawa jestem, co z nim zrobią w watasze Asai.
- Zatem ruszam. Pamiętaj, że w razie jakbyś mnie oszukała, wrócę do ciebie z pretensjami, a następnie osobiście pójdę do waszej Alfy złożyć moje papiery odnośnie członkostwa. - Mówiąc to, ruszył we wskazanym przeze mnie kierunku. Przez chwilę stałam oniemiała, ale szedł na tyle szybko, że nawet nie miałam chęci, by za nim gnać i skierować gdzie indziej, w bardziej bezpieczne tereny. Pozostaje mi mieć jedynie nadzieję, że jednak ominie te tereny lub uda mu się przez nie przemknąć bez zbędnego szumu. Gdyby przerobili niczego nie świadomego Carlo na kabanosy, chyba bym sobie tego nie wybaczyła... z drugiej jednak strony chyba nie jest aż takim idiotą jak Valto i sam sobie z tym wszystkim poradzi.
<Yuki? Nie musisz mi już odpisywać. Możesz po prostu zakończyć serię lub dać chętnemu. ;z;>
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazuma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazuma. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 lipca 2016
środa, 13 lipca 2016
Od Kazumy "Co tu się..." cz. 2 (cd. chętny)
Smukła dziewczyna przemieszczająca się między krzakami. Coś zbierała. Spostrzegła, że jest obserwowana dopiero w momencie, gdy upadła pod naporem przeciwnika. Strasznie się wierciła, jednak nie udało jej się strącić ciężaru. Minęło dobre kilka chwil, kiedy napastniczka odskoczyła od niej na kilka metrów i wciąż warcząc przybrała pozę oznaczającą gotowość do dalszego starcia. Zaczęła uciekać, piszcząc przy tym przeraźliwie, na co i ja się lekko uśmiechnęłam. Przeciwniczka zaczęła kłapać zębami, przygryzając jej odrobinę nogi. Zaczęła kuleć. W końcu uświadomiła sobie, że może się zmienić w wilka i to właśnie zrobiła. Dopiero w tej formie postanowiła zaatakować.
Ciemniejsza wadera jednak uderza ją z całej siły w pysk, na co ta się zatoczyła, a z jej ust popłynęła strużka krwi. Krzyczała coś, ale nie wiedziałam co. Tylko te głośniejsze dźwięki do mnie docierały pod postacią niewyraźnego echa. Z każdym uderzeniem jej wroga stawała się coraz słabsza, w pewnym momencie zaczęła nawet płakać, błagając o litość.
W końcu powiedziałam sobie "stop", gdyż ta zabawa zaczęła mnie powoli nużyć. Cały obraz wokół nich zaczął się zmieniać. Wszystko się rozmyło, aż w końcu zmieniło się w plamy podobne do soku wlewanego do czystej wody. Na końcu została biel, która w końcu przemieniła się w czerń. Poprawiłam się w moim leżysku. Teraz jest zdana na moją władzę. Nic nie poradzi na to, co się zadzieje. Muszę szybko coś wymyślić, abym miała lepszą rozrywkę.
Ludzie mają te swoje telewizory, a ja mam przed sobą wizję zwaną "Lustrem Niezgody". Mimo, że fizycznie znacznie osłabłam, to moja moc stawała się coraz to potężniejsza. Szybko zorientowałam się, że mogę spowodować dowolne złudzenia w dowolnych miejscach. Wystarczyło, że wyślę do losowych wilków moją silniejszą kopię, którą wszyscy znają i się jej lękają. Spowoduję, że z kimś ją skłócę aż do nienawiści... i bum, jest w mojej garści. Leżąc sobie w jaskini mogłam wymordować psychicznie lub fizycznie wszystkie wilki. To było wprost wspaniałe uczucie.
Przeniosłam waderę do Świata Mroku. Najpierw wyglądała na przestraszoną, a później próbowała wypatrzyć mojego klona, jednak z marnym skutkiem. Przed nią wyrósł spod ziemi Vernietiger. Chyba wrzasnęła, po czym zaczęła uciekać na oślep w przeciwnym kierunku. Aż się uśmiechnęłam. Teraz przynajmniej coś się działo. Smok ryknął, po czym wzbił się w powietrze i rzucił się w pościg za nią. Nie uciekła daleko, dlatego nie dość, że pochwycił ją w łapy, to jeszcze wyrwał przy tym kilka drzew, do których była miażdżona. Zapewne dalej krzyczała i usiłowała się wyrwać z uścisku, jednak nic z tego.
Dopiero po kilku minutach wypuścił ją na ziemię. Zaczęła spadać w zawrotnym tempie, jednak według mojego polecenia nie spadła na korony drzew i w ten sposób nie zakończyła swego życia, gdyż teren pod nią się zdematerializował przez co zaczęła wpadać w czarną nicość. W końcu światło przed nią się całkiem skończyło, a ona się zorientowała, że jest pod wodą (a raczej w cieczy bardzo ją przypominającej) i coś spętało jej gardło. Zaczęła się miotać. Nie mogła oddychać, gdyż to nie była znany jej związek chemiczny, gdyż ten powstał z mroku.
W pewnym momencie udało jej się złapać oddech i upadła na ziemię. Gdy otworzyła oczy, nad nią ponownie stał mój klon, który uśmiechał się szyderczo. Skuliła się i zapewne piszcząc cichutko, błagała o darowanie życia. Jednak jej przeciwniczka nie chciała tak szybko odpuścić. Nakazałam jej chwycić ją zębami za pierś i cisnąć gdzieś na bok. Wadera straciła przytomność.
Odetchnęłam i znowu przewróciłam się na drugi bok. Znowu kręciło mi się w głowie. Chyba pozwolę jej odsapnąć, gdyż nie dam rady dłużej utrzymywać czaru. Niech się pojawi w tym nieszczęsnym Magicznym Ogrodzie i dalej zbiera poziomki. Zamknęłam oczy i położyłam łeb na łapach. Zaczęłam myśleć nad tym, jak może smakować ten przysmak. W Królestwie Pór Roku nie mieliśmy żadnych ziemskich owoców, warzyw oraz nie jadaliśmy mięsa. Nigdy nie było mi dane zasmakować tego pożywienia. Będąc jeszcze młoda, często kładłam się na chmurze i spoglądając w dół, na wszechobecną zieleń lub błękit, rozmyślałam nad tym, jak tam musi wyglądać życie. Opowieści o ziemskich istotach mnie nigdy nie nasyciły. Ciekawość zawsze nie dawała mi spokoju. Jednak pojawienie się tutaj nie było tak miłe, jak to sobie wyśniłam. Teraz trochę tego żałuję... mogłam jednak umrzeć w tym wybuchu.
Zostało mi jeszcze kilka dni i jak każda inna śmiertelniczka umrę. Moje ciało się tutaj rozłoży i zostanie zjedzone przez te wszystkie padlinożerne stwory z tego lasu. Doprawdy mile postrzegam ten koniec. Nikt mnie nie pożałuje. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, ale już chwilę później zostałam zaatakowana przez napad nagłego kaszlu. Zaczęłam się dusić, a z mojego wnętrza wydobył się znajomy dźwięk przelewania. Wykrztusiłam z siebie całkiem sporą kałużę krwi, w której pływały jakieś małe cząstki wielkości kijanek. Na nowo padłam bez życia na kamień. Czułam, że jestem cała ubrudzona od czerwieni, która spływa po mojej brodzie. Właściwie to nikomu nie zrobi różnicy. W moim futrze, a tak właściwie jego resztkach, zalęgły się pchły. Zacharczałam kilkakrotnie, chcąc wykrztusić resztkę zaległej w gardle krwi, ale z marnym skutkiem.
Nim zauważyłam, po prostu zasnęłam. Byłam zbyt wyczerpana, by dalej utrzymywać całkowitą świadomość. Gdy się tylko ocknęłam, zauważyłam, że było jeszcze ciemniej, niż zwykle. Wygląda na to, że zapadła noc. W duchu przeklęłam. Pewnie wszyscy śpią, a ja nie będę miała kogo podręczyć.
Leżałam tak przez dłuższą chwilę, przymykając ślepia i rozkoszując się ciszą. Niespodziewanie ta została przerwana przez przeciągły ryk. Zaczęłam przeklinać pod nosem. Tylko tego mi brakowało. Zaczęłam się wycofywać do jaskini, co kilka sekund nerwowo się obracając, aby tylko nie wleźć na ścianę. O ucieczce nie było mowy, mogłam się tylko ukryć i poczekać, aż monstrum sobie pójdzie. Skulona w najciemniejszym zakątku skromnej jaskini, będąc tylko częściowo ukryta, dostrzegłam, że zza mojej kryjówki wyłania się warcząca istota podobna do konia. Po chwili obserwacji zorientowałam się, że to faktycznie było koń, a raczej istota do niej pokrewna - mroczny unipeg. Z wrażenia aż mi zamarło oddech w piersi. Jeżeli wykonam jakiś gwałtowny ruch, a ten mnie dostrzeże, mam marne szanse na przeżycie. Wciąż nie zebrałam dość siły na rzucanie silniejszych zaklęć.
W milczeniu patrzyłam, jak ten obskubuje zębami pobliskie gałęzie, aż w końcu spomiędzy nich wygrzebał kość pokryta czymś, co mogło być gnijącym mięsem. Wciąż trzymając to w pysku parsknął, a ja usłyszałam stukot wielu innych kopyt. Niech to szlag. Z jednej strony mam niebywałe szczęście, a z drugiej to jednak fatalny w skutkach pech. Spotkanie stada mrocznych unipegów jest równoznaczne ze śmiercią.
Gdy byłam mała, często prosiłam Kiiyuko o to, byśmy kiedyś poszły do króla z propozycją zaadoptowania na spółkę małego tęczowego unipega bądź pegaza. Kilka razy prawie się udało, ale moja starsza siostra prędzej czy później znajdowała sobie jakąś wymówkę. Nawet biegając po ziemi za równo będąc sobą, jak i Kazumą, gdzieś z tyłu głowy pozostała mi ta myśl. Mimo nieczułego serca wciąż uważałam te zwierzęta za cudowne, choć zwykle brzydziło mnie wszystko, co kolorowe. Los jednak zadecydował inaczej - ja na własność otrzymałam trzy olbrzymie i niezwykle rzadkie smoki oraz pewien wyjątkowo smętny wymiar. Choć na co dzień cieszyłam się z tego, co w życiu osiągnęłam, i tak gdzieś pozostało mi to głupiutkie marzenie.
Chciałabym przed śmiercią przynajmniej pogłaskać tęczowego unipega.
Leżąc tak i bezmyślnie wpatrując się w stado, w pewnym momencie po prostu westchnęłam rozmarzona. To wystarczyło, aby zwrócić na siebie całą uwagę. Serce stanęło w mojej piersi, a ja patrzyłam szeroko otwartymi oczami w stronę parzystokopytnych. Miałam cichą nadzieję, że zaraz wrócą do dzikiego posilania się padliną, ale nic z tego. Zaczęły syczeć, a ich wyliniałe futro zjeżyło się ostrzegawczo. Ich przywódca ryknął, na co pozostałe stanęły dęba i rzuciły się w moim kierunku.
- Nie! Nie! - zacharczałam, próbując się wycofać, ale wiedziałam, że to wszystko na nic, gdyż już miałam za sobą ścianę. W ostatniej chwili wyczarowałam przy wejściu tarczę ochronną, na którą wpadły dwa unipegi. Roztrzęsiona przełknęłam ślinę. Zwierzęta zaczęły walić kopytami, czaszkami, rogami oraz zaklęciami, chcąc zrujnować moje ostatnie koło ratunku. Po raz pierwszy od tak dawna zaczęłam odczuwać tak żywy strach... ten przeszywał mnie do szpiku kości. Miałam ochotę krzyczeć, aby się wynosiły stąd, ale wiedziałam, że to na nic. Gdybym mogła, od razu przeniosłabym się do bezpiecznego Świata Mroku, nad którym mam bezwzględną władzę... ale nawet na czar przeniesienia nie mam już dość siły.
Tarcza również zaraz rozsypie się w proch, a ja zostanę rozszarpana przez te drapieżniki. Wizja najbliższej przyszłości zanosi się dla mnie wyjątkowo żałośnie. Wielka Kazuma zginie przez istoty, które uważała za swoich podwładnych... aż dziwię się samej sobie, że wcześniej jakoś nie miałam okazji, by stoczyć bój ze wszystkimi gatunkami tego lasu, choć przebywałam w nim niemalże cały czas. Może to kwestia tego, że od zawsze byłam niesamowitą szczęściarą.
Kiedy tarcza zaczęła się sypać, ja usłyszałam krzyk, który mógł się wydrzeć tylko z gardła wilka bądź człowieka:
- Do bojuuu!
Z wrażenia aż znieruchomiałam i wstrzymując oddech, patrzyłam, jak dwa, może trzy wilki rzuciły się na mroczne unipegi. Przywarły do grzbietów potworów i wgryzając się w ich zapewne wyjątkowo niesmaczne mięso, warczały ostrzegawczo. Konie stawały dęba, albo fikały, usiłując je zrzucić. Choć miało to swój komizm, to jednak stojąc tak i patrząc na to wszystko z bliska, czuło się jedynie przerażenie ową sytuacją. Ryzykowały przy tym swoje życie... jednak w chwili, kiedy rzuciły jakieś zaklęcie, istoty w jednej chwili padły na ziemię i znieruchomiały.
Ja z bijącym sercem pośpiesznie sprawiłam, że tarcza nie dość, że się naprawiła, to jeszcze pociemniała w taki sposób, że oni mnie nie zobaczą, a ja ich owszem. Tak jak się spodziewałam, niemalże natychmiast zauważyli mój czar i podeszli bliżej. Z tego co się orientowałam, były to wilki z mojej watahy.
- Halo! Jest tam kto? - wykrzyknął jeden z nich. Ja w razie czego wycofałam się jeszcze bardziej do tyłu, choć nie bardzo było to możliwe. Dzielił mnie od nich zaledwie jeden, może dwa metry. Zapukał łapą w tarczę.
- Proszę, daj nam znak, że żyjesz i nic ci nie jest... - odezwał się inny błagalnym tonem. - Byliśmy na patrolu i usłyszeliśmy, że dzieje się coś złego. Chcemy ci jedynie pomóc. Unipegi zaraz się ockną. Musimy stąd uciekać.
Chciałam odkrzyknąć, iż nie potrzebuję cudzej pomocy, ale już przy pierwszym dźwięku zakrztusiłam się krwią, którą zbryzgałam ponownie posadzkę jaskini. Nie mogłam oddychać, krew ugrzęzła mi w gardle. Czułam się dosłownie jak ryba wyciągnięta na ląd. Oczy wywróciły mi się do góry białkami, a mnie zaczęło się gwałtownie kręcić w głowie. Wywracając ślepiami dostrzegłam, że tarcza pęka, a ja upadam na ziemię.
W ostatniej chwili świadomości zorientowałam się, że owe postacie dostrzegły mnie - na wpół łysego, starego wilka, z zapchlonymi i posklejanymi brudem resztkami futra, pokrytego różnego rodzaju bruzdami, chorobliwie chudego, którego łapy były grubości średniej gałęzi i można było przez nie obejrzeć dokładnie układ kostny, z przygaszonymi, niegdyś świecącymi w ciemności zielonymi ślepiami, które nie posiadały tęczówek, tylko malutkie źrenice oraz nadgryzionego miejscami przez padlinożerne robaki. Już nie miałam w ogóle czucia w ogonie, więc wolałam nie wiedzieć, w jakim jest stanie.
Miałam niemalże pewność, że mnie nawet nie rozpoznały. W końcu znali inną, silną Kazumę, a nie taką, na która nie jest w stanie zrobić ani jednego kroku...
<Chętny? Najlepiej wilki z patrolu (czyli Yui lub Vanessa), ale niewykluczone, że to może być ktoś, kto się na nim zjawił na zastępstwo>
Ciemniejsza wadera jednak uderza ją z całej siły w pysk, na co ta się zatoczyła, a z jej ust popłynęła strużka krwi. Krzyczała coś, ale nie wiedziałam co. Tylko te głośniejsze dźwięki do mnie docierały pod postacią niewyraźnego echa. Z każdym uderzeniem jej wroga stawała się coraz słabsza, w pewnym momencie zaczęła nawet płakać, błagając o litość.
W końcu powiedziałam sobie "stop", gdyż ta zabawa zaczęła mnie powoli nużyć. Cały obraz wokół nich zaczął się zmieniać. Wszystko się rozmyło, aż w końcu zmieniło się w plamy podobne do soku wlewanego do czystej wody. Na końcu została biel, która w końcu przemieniła się w czerń. Poprawiłam się w moim leżysku. Teraz jest zdana na moją władzę. Nic nie poradzi na to, co się zadzieje. Muszę szybko coś wymyślić, abym miała lepszą rozrywkę.
Ludzie mają te swoje telewizory, a ja mam przed sobą wizję zwaną "Lustrem Niezgody". Mimo, że fizycznie znacznie osłabłam, to moja moc stawała się coraz to potężniejsza. Szybko zorientowałam się, że mogę spowodować dowolne złudzenia w dowolnych miejscach. Wystarczyło, że wyślę do losowych wilków moją silniejszą kopię, którą wszyscy znają i się jej lękają. Spowoduję, że z kimś ją skłócę aż do nienawiści... i bum, jest w mojej garści. Leżąc sobie w jaskini mogłam wymordować psychicznie lub fizycznie wszystkie wilki. To było wprost wspaniałe uczucie.
Przeniosłam waderę do Świata Mroku. Najpierw wyglądała na przestraszoną, a później próbowała wypatrzyć mojego klona, jednak z marnym skutkiem. Przed nią wyrósł spod ziemi Vernietiger. Chyba wrzasnęła, po czym zaczęła uciekać na oślep w przeciwnym kierunku. Aż się uśmiechnęłam. Teraz przynajmniej coś się działo. Smok ryknął, po czym wzbił się w powietrze i rzucił się w pościg za nią. Nie uciekła daleko, dlatego nie dość, że pochwycił ją w łapy, to jeszcze wyrwał przy tym kilka drzew, do których była miażdżona. Zapewne dalej krzyczała i usiłowała się wyrwać z uścisku, jednak nic z tego.
Dopiero po kilku minutach wypuścił ją na ziemię. Zaczęła spadać w zawrotnym tempie, jednak według mojego polecenia nie spadła na korony drzew i w ten sposób nie zakończyła swego życia, gdyż teren pod nią się zdematerializował przez co zaczęła wpadać w czarną nicość. W końcu światło przed nią się całkiem skończyło, a ona się zorientowała, że jest pod wodą (a raczej w cieczy bardzo ją przypominającej) i coś spętało jej gardło. Zaczęła się miotać. Nie mogła oddychać, gdyż to nie była znany jej związek chemiczny, gdyż ten powstał z mroku.
W pewnym momencie udało jej się złapać oddech i upadła na ziemię. Gdy otworzyła oczy, nad nią ponownie stał mój klon, który uśmiechał się szyderczo. Skuliła się i zapewne piszcząc cichutko, błagała o darowanie życia. Jednak jej przeciwniczka nie chciała tak szybko odpuścić. Nakazałam jej chwycić ją zębami za pierś i cisnąć gdzieś na bok. Wadera straciła przytomność.
Odetchnęłam i znowu przewróciłam się na drugi bok. Znowu kręciło mi się w głowie. Chyba pozwolę jej odsapnąć, gdyż nie dam rady dłużej utrzymywać czaru. Niech się pojawi w tym nieszczęsnym Magicznym Ogrodzie i dalej zbiera poziomki. Zamknęłam oczy i położyłam łeb na łapach. Zaczęłam myśleć nad tym, jak może smakować ten przysmak. W Królestwie Pór Roku nie mieliśmy żadnych ziemskich owoców, warzyw oraz nie jadaliśmy mięsa. Nigdy nie było mi dane zasmakować tego pożywienia. Będąc jeszcze młoda, często kładłam się na chmurze i spoglądając w dół, na wszechobecną zieleń lub błękit, rozmyślałam nad tym, jak tam musi wyglądać życie. Opowieści o ziemskich istotach mnie nigdy nie nasyciły. Ciekawość zawsze nie dawała mi spokoju. Jednak pojawienie się tutaj nie było tak miłe, jak to sobie wyśniłam. Teraz trochę tego żałuję... mogłam jednak umrzeć w tym wybuchu.
Zostało mi jeszcze kilka dni i jak każda inna śmiertelniczka umrę. Moje ciało się tutaj rozłoży i zostanie zjedzone przez te wszystkie padlinożerne stwory z tego lasu. Doprawdy mile postrzegam ten koniec. Nikt mnie nie pożałuje. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, ale już chwilę później zostałam zaatakowana przez napad nagłego kaszlu. Zaczęłam się dusić, a z mojego wnętrza wydobył się znajomy dźwięk przelewania. Wykrztusiłam z siebie całkiem sporą kałużę krwi, w której pływały jakieś małe cząstki wielkości kijanek. Na nowo padłam bez życia na kamień. Czułam, że jestem cała ubrudzona od czerwieni, która spływa po mojej brodzie. Właściwie to nikomu nie zrobi różnicy. W moim futrze, a tak właściwie jego resztkach, zalęgły się pchły. Zacharczałam kilkakrotnie, chcąc wykrztusić resztkę zaległej w gardle krwi, ale z marnym skutkiem.
Nim zauważyłam, po prostu zasnęłam. Byłam zbyt wyczerpana, by dalej utrzymywać całkowitą świadomość. Gdy się tylko ocknęłam, zauważyłam, że było jeszcze ciemniej, niż zwykle. Wygląda na to, że zapadła noc. W duchu przeklęłam. Pewnie wszyscy śpią, a ja nie będę miała kogo podręczyć.
Leżałam tak przez dłuższą chwilę, przymykając ślepia i rozkoszując się ciszą. Niespodziewanie ta została przerwana przez przeciągły ryk. Zaczęłam przeklinać pod nosem. Tylko tego mi brakowało. Zaczęłam się wycofywać do jaskini, co kilka sekund nerwowo się obracając, aby tylko nie wleźć na ścianę. O ucieczce nie było mowy, mogłam się tylko ukryć i poczekać, aż monstrum sobie pójdzie. Skulona w najciemniejszym zakątku skromnej jaskini, będąc tylko częściowo ukryta, dostrzegłam, że zza mojej kryjówki wyłania się warcząca istota podobna do konia. Po chwili obserwacji zorientowałam się, że to faktycznie było koń, a raczej istota do niej pokrewna - mroczny unipeg. Z wrażenia aż mi zamarło oddech w piersi. Jeżeli wykonam jakiś gwałtowny ruch, a ten mnie dostrzeże, mam marne szanse na przeżycie. Wciąż nie zebrałam dość siły na rzucanie silniejszych zaklęć.
W milczeniu patrzyłam, jak ten obskubuje zębami pobliskie gałęzie, aż w końcu spomiędzy nich wygrzebał kość pokryta czymś, co mogło być gnijącym mięsem. Wciąż trzymając to w pysku parsknął, a ja usłyszałam stukot wielu innych kopyt. Niech to szlag. Z jednej strony mam niebywałe szczęście, a z drugiej to jednak fatalny w skutkach pech. Spotkanie stada mrocznych unipegów jest równoznaczne ze śmiercią.
Gdy byłam mała, często prosiłam Kiiyuko o to, byśmy kiedyś poszły do króla z propozycją zaadoptowania na spółkę małego tęczowego unipega bądź pegaza. Kilka razy prawie się udało, ale moja starsza siostra prędzej czy później znajdowała sobie jakąś wymówkę. Nawet biegając po ziemi za równo będąc sobą, jak i Kazumą, gdzieś z tyłu głowy pozostała mi ta myśl. Mimo nieczułego serca wciąż uważałam te zwierzęta za cudowne, choć zwykle brzydziło mnie wszystko, co kolorowe. Los jednak zadecydował inaczej - ja na własność otrzymałam trzy olbrzymie i niezwykle rzadkie smoki oraz pewien wyjątkowo smętny wymiar. Choć na co dzień cieszyłam się z tego, co w życiu osiągnęłam, i tak gdzieś pozostało mi to głupiutkie marzenie.
Chciałabym przed śmiercią przynajmniej pogłaskać tęczowego unipega.
Leżąc tak i bezmyślnie wpatrując się w stado, w pewnym momencie po prostu westchnęłam rozmarzona. To wystarczyło, aby zwrócić na siebie całą uwagę. Serce stanęło w mojej piersi, a ja patrzyłam szeroko otwartymi oczami w stronę parzystokopytnych. Miałam cichą nadzieję, że zaraz wrócą do dzikiego posilania się padliną, ale nic z tego. Zaczęły syczeć, a ich wyliniałe futro zjeżyło się ostrzegawczo. Ich przywódca ryknął, na co pozostałe stanęły dęba i rzuciły się w moim kierunku.
- Nie! Nie! - zacharczałam, próbując się wycofać, ale wiedziałam, że to wszystko na nic, gdyż już miałam za sobą ścianę. W ostatniej chwili wyczarowałam przy wejściu tarczę ochronną, na którą wpadły dwa unipegi. Roztrzęsiona przełknęłam ślinę. Zwierzęta zaczęły walić kopytami, czaszkami, rogami oraz zaklęciami, chcąc zrujnować moje ostatnie koło ratunku. Po raz pierwszy od tak dawna zaczęłam odczuwać tak żywy strach... ten przeszywał mnie do szpiku kości. Miałam ochotę krzyczeć, aby się wynosiły stąd, ale wiedziałam, że to na nic. Gdybym mogła, od razu przeniosłabym się do bezpiecznego Świata Mroku, nad którym mam bezwzględną władzę... ale nawet na czar przeniesienia nie mam już dość siły.
Tarcza również zaraz rozsypie się w proch, a ja zostanę rozszarpana przez te drapieżniki. Wizja najbliższej przyszłości zanosi się dla mnie wyjątkowo żałośnie. Wielka Kazuma zginie przez istoty, które uważała za swoich podwładnych... aż dziwię się samej sobie, że wcześniej jakoś nie miałam okazji, by stoczyć bój ze wszystkimi gatunkami tego lasu, choć przebywałam w nim niemalże cały czas. Może to kwestia tego, że od zawsze byłam niesamowitą szczęściarą.
Kiedy tarcza zaczęła się sypać, ja usłyszałam krzyk, który mógł się wydrzeć tylko z gardła wilka bądź człowieka:
- Do bojuuu!
Z wrażenia aż znieruchomiałam i wstrzymując oddech, patrzyłam, jak dwa, może trzy wilki rzuciły się na mroczne unipegi. Przywarły do grzbietów potworów i wgryzając się w ich zapewne wyjątkowo niesmaczne mięso, warczały ostrzegawczo. Konie stawały dęba, albo fikały, usiłując je zrzucić. Choć miało to swój komizm, to jednak stojąc tak i patrząc na to wszystko z bliska, czuło się jedynie przerażenie ową sytuacją. Ryzykowały przy tym swoje życie... jednak w chwili, kiedy rzuciły jakieś zaklęcie, istoty w jednej chwili padły na ziemię i znieruchomiały.
Ja z bijącym sercem pośpiesznie sprawiłam, że tarcza nie dość, że się naprawiła, to jeszcze pociemniała w taki sposób, że oni mnie nie zobaczą, a ja ich owszem. Tak jak się spodziewałam, niemalże natychmiast zauważyli mój czar i podeszli bliżej. Z tego co się orientowałam, były to wilki z mojej watahy.
- Halo! Jest tam kto? - wykrzyknął jeden z nich. Ja w razie czego wycofałam się jeszcze bardziej do tyłu, choć nie bardzo było to możliwe. Dzielił mnie od nich zaledwie jeden, może dwa metry. Zapukał łapą w tarczę.
- Proszę, daj nam znak, że żyjesz i nic ci nie jest... - odezwał się inny błagalnym tonem. - Byliśmy na patrolu i usłyszeliśmy, że dzieje się coś złego. Chcemy ci jedynie pomóc. Unipegi zaraz się ockną. Musimy stąd uciekać.
Chciałam odkrzyknąć, iż nie potrzebuję cudzej pomocy, ale już przy pierwszym dźwięku zakrztusiłam się krwią, którą zbryzgałam ponownie posadzkę jaskini. Nie mogłam oddychać, krew ugrzęzła mi w gardle. Czułam się dosłownie jak ryba wyciągnięta na ląd. Oczy wywróciły mi się do góry białkami, a mnie zaczęło się gwałtownie kręcić w głowie. Wywracając ślepiami dostrzegłam, że tarcza pęka, a ja upadam na ziemię.
W ostatniej chwili świadomości zorientowałam się, że owe postacie dostrzegły mnie - na wpół łysego, starego wilka, z zapchlonymi i posklejanymi brudem resztkami futra, pokrytego różnego rodzaju bruzdami, chorobliwie chudego, którego łapy były grubości średniej gałęzi i można było przez nie obejrzeć dokładnie układ kostny, z przygaszonymi, niegdyś świecącymi w ciemności zielonymi ślepiami, które nie posiadały tęczówek, tylko malutkie źrenice oraz nadgryzionego miejscami przez padlinożerne robaki. Już nie miałam w ogóle czucia w ogonie, więc wolałam nie wiedzieć, w jakim jest stanie.
Miałam niemalże pewność, że mnie nawet nie rozpoznały. W końcu znali inną, silną Kazumę, a nie taką, na która nie jest w stanie zrobić ani jednego kroku...
<Chętny? Najlepiej wilki z patrolu (czyli Yui lub Vanessa), ale niewykluczone, że to może być ktoś, kto się na nim zjawił na zastępstwo>
środa, 30 marca 2016
Od Kazumy "Nowa ja" cz. 4 (cd. Shayle)
Młoda przeklęła pod nosem i nerwowo spoglądała to w kierunku Zielonego Lasu, to na nowo w stronę tego, gdzie króluje mrok. Posłałam jej kolejny wstrętny uśmieszek, ale ona chyba tego nie zauważyła. Starałam się ignorować to, że znowu zaczęło mnie szarpać w kościach, a ja ledwo stałam na łapach. To chyba nigdy nie da mi spokoju... Shayle popatrzyła na mnie, jednak zdawała się być nieobecna. Opracowywała plan działania. Po kilku długich chwilach wzięła głęboki wdech, który poskutkował atakiem kaszlu. Ona jednak już podążyła w stronę Mrocznego Lasu. Obserwowałam ją spod przymrużonych powiek. Samolubna się zrobiła, widzę.
Już miałam się obrócić w przeciwnym kierunku i donieść reszcie watahy o jej zgonie, który mógł nastąpić dzięki mojemu jednemu skinieniu pazurem, kiedy spostrzegłam, że ta zatrzymuje się i kalkuluje coś w swoim małym, pustym móżdżku. Ma wyrzuty sumienia? Śmiać mi się zachciało. To właśnie te wyrzuty sumienia kiedyś mnie o mało nie zabiły. Współczucie jest bezużyteczne. Powoli obróciła się w moją stronę i ruszyła stępem, a później kłusem.
- Wejdź mi na grzbiet - oznajmiła szeptem, stojąc już ze mną pyskiem w pysk. Jednak nie patrzyła mi w oczy. Bała się. I dobrze.
Już miałam się obrócić w przeciwnym kierunku i donieść reszcie watahy o jej zgonie, który mógł nastąpić dzięki mojemu jednemu skinieniu pazurem, kiedy spostrzegłam, że ta zatrzymuje się i kalkuluje coś w swoim małym, pustym móżdżku. Ma wyrzuty sumienia? Śmiać mi się zachciało. To właśnie te wyrzuty sumienia kiedyś mnie o mało nie zabiły. Współczucie jest bezużyteczne. Powoli obróciła się w moją stronę i ruszyła stępem, a później kłusem.
- Wejdź mi na grzbiet - oznajmiła szeptem, stojąc już ze mną pyskiem w pysk. Jednak nie patrzyła mi w oczy. Bała się. I dobrze.
- Co? - warknęłam, na co ta o dziwo nieco się schyliła.
- Wejdź
mi na grzbiet, pomogę ci tam dojść - Skinęła głową w stronę Mrocznego Lasu. W głębokiej konsternacji, marszcząc jednocześnie brwi po prostu patrzyłam to na jej pysk, to na jej grzbiet. I ja mam niby wejść na nią niczym na wielbłąda? A może niczym na rumaka? Czyżby to były jej niespełnione marzenia? Prychnęłam cicho, jednak postanowiłam wejść na jej grzbiet. Zrobiłam to bardzo niezgrabnie, przez co dodatkowo uderzyłam się w żebra, ale prócz zduszonego mruknięcia nie wydałam żadnego dźwięku będącego znakiem bólu. Podniosła się chwiejnie. Przez ułamek sekundy myślałam, że zaraz upadnie, przez co napięłam mięśnie, ale tak się nie stało. Powoli ruszyła w stronę Mrocznego Lasu. Postawiła rapem kilka kroków, kiedy upadła na ubitą ziemię. Aż zabrakło mi tchu i zakręciło mi się w głowie. Myślałam, że zaraz zwymiotuję kolejną porcją krwi, ale jakimś cudem udało mi się to powstrzymać. Gorączkowo zaczęłam machać tylnymi łapami, próbując zejść, ale ona jednak nie poddała się i wstała. Nie widziała tego, że sprawiała mi większy ból, niż jakbym miała iść całkiem sama. Przyspieszyła do biegu. Obijałam się o jej kościsty kręgosłup i twarde mięśnie. Prawie mdlałam, już zwisając bezwładnie z jej grzbietu, a świat stawał się coraz bardziej rozmyty. Nagle poczułam szarpnięcie. Gwałtownie zsunęłam się z jej grzbietu i uderzyłam o coś twardego.
Niech ta mała su*a spłonie w piekle...
Niech ta mała su*a spłonie w piekle...
****
Poczułam przeszywający ból, który sprawił, że zaczęłam się wić po ziemi niczym robak. Wrzasnęłam na cały las, tak że mój głos odbił się od wysokich drzew i poniósł aż ponad ich korony. Ponowiłam dziki krzyk, nie mogąc się wyzbyć tego cierpienia. Niewyobrażalnego bólu. Nie mam pojęcia, co dokładnie sobie zrobiłam. Bolało mnie wszystko. Ta młoda za to pożałuje... zapamięta to już po wsze czasy... Mój żołądek wywrócił się do góry dnem, a ja zwymiotowałam krwią. Zakrztusiłam się nią, więc zaczęłam kaszleć, przez co z mojego gardła wydobyła się kolejna porcja czerwonej cieczy. Czułam, jak spływa mi po brodzie, brudzi futro, a ja się w tym tarzam, nie mogąc się podnieść. To musiał być wyjątkowo żałosny widok... ale ja walczyłam o przetrwanie. Nie byłam do końca zorientowana, co się dzieje, gdyż wciąż mocno kręciło mi się w głowie, a kolejna próba otworzenia oczu kończyła się falą gorąca i bólu, która polewała mnie niczym wrzątek. Udało mi się wypluć dość krwi, by ponownie krzyknąć. Po tym na nowo straciłam przytomność.
Ocknęłam się już po upływie kilkunastu sekund. Ból znowu był tak zniewalający, że myślałam, że zaraz wykręci mi kark, a ja umrę w przeciągu kilku minut. Orałam długimi pazurami ziemię, próbując jakoś uśmierzyć te tortury, które właśnie odczuwałam. Bezskutecznie. Nawet nie poczułam, kiedy trafiłam na kamień, a osłabione paznokcie pękały lub całkowicie były wyrywane. Wykręciłam się na grzbiet, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Później znowu osłabłam i nie czułam kompletnie nic. To było trochę tak, jakbym wszystko widziała w zwolnionym tempie.
- Proszę się obrócić!
- Nie kręć się tak, panienko! - słyszałam te głosy tak wyraźnie, jakby te wszystkie wilki były tuż obok mnie, a ja wylądowałam na nowo w jakże parszywej przeszłości mego marnego życia.
- Nie miej nam tego za złe, my tylko wykonujemy rozkazy...
- Spokojnie, bo zrobisz sobie jeszcze większą krzywdę!
- NIE! - tym razem mój krzyk był jak najbardziej realny - ZOSTAWCIE MNIE!
Później w moich uszach usłyszałam piszczenie i dzwonienie za razem, przez co na nowo skuliłam się, podwijając pod siebie ogon. Na nowo nastąpiła ciemność.
Odwróciłam wzrok w kierunku nastolatki. Pożałuje. Naprawdę pożałuje. Stanęłam tuż nad nią, kiedy ta się poruszyła, stękając cicho. Rozchyliła powieki, by dostrzec, że znajduje się tam, gdzie myślała, że jest. Łzy spłynęły po jej policzku i spadły na ziemię. Z tego wydobył się jasny blask, który sprawił... właściwie to nic. Byłam na wpół ślepa, tak więc nie zaobserwowałam nic interesującego. Popatrzyła na mnie. Poczułam do niej jeszcze większą niechęć.
Ocknęłam się już po upływie kilkunastu sekund. Ból znowu był tak zniewalający, że myślałam, że zaraz wykręci mi kark, a ja umrę w przeciągu kilku minut. Orałam długimi pazurami ziemię, próbując jakoś uśmierzyć te tortury, które właśnie odczuwałam. Bezskutecznie. Nawet nie poczułam, kiedy trafiłam na kamień, a osłabione paznokcie pękały lub całkowicie były wyrywane. Wykręciłam się na grzbiet, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Później znowu osłabłam i nie czułam kompletnie nic. To było trochę tak, jakbym wszystko widziała w zwolnionym tempie.
- Proszę się obrócić!
- Nie kręć się tak, panienko! - słyszałam te głosy tak wyraźnie, jakby te wszystkie wilki były tuż obok mnie, a ja wylądowałam na nowo w jakże parszywej przeszłości mego marnego życia.
- Nie miej nam tego za złe, my tylko wykonujemy rozkazy...
- Spokojnie, bo zrobisz sobie jeszcze większą krzywdę!
- NIE! - tym razem mój krzyk był jak najbardziej realny - ZOSTAWCIE MNIE!
Później w moich uszach usłyszałam piszczenie i dzwonienie za razem, przez co na nowo skuliłam się, podwijając pod siebie ogon. Na nowo nastąpiła ciemność.
***
Tym razem chyba leżałam tak dłużej, niż poprzednio, gdyż kiedy się podniosłam, z trudem powstrzymując nudności i zawroty głowy, zorientowałam się, że jestem cała obklejona od własnej, zakrzepłej już krwi. Na nowo poczułam przyspieszający puls i gorącą, wręcz parzącą krew zalewającą moje żyły. Nieopodal dostrzegłam jasną waderę, która leżała nieprzytomna, gdzieś tam skulona za krzakami. Obnażyłam zęby, powoli zbliżając się do jej nieruchomego ciała. Wtedy uświadomiłam sobie, że czegoś mi brakuje. Czegoś... przejechałam zdrętwiałym językiem po zębach. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że mam kilka braków. Zatrzymałam się. Wybiłam sobie zęby. Nie było ich. Przejechałam językiem po nich po raz kolejny i uświadomiłam sobie, że nie dość, że mi się nie zdawało, to jeszcze jeden niebezpiecznie się kiwał. Szturchnęłam go językiem i poczułam, że już mam go luzem w ustach, razem z korzeniem. Skrzywiłam się i wyplułam go na ziemię. Patrzyłam w osłupieniu na kła leżącego na ziemi.Odwróciłam wzrok w kierunku nastolatki. Pożałuje. Naprawdę pożałuje. Stanęłam tuż nad nią, kiedy ta się poruszyła, stękając cicho. Rozchyliła powieki, by dostrzec, że znajduje się tam, gdzie myślała, że jest. Łzy spłynęły po jej policzku i spadły na ziemię. Z tego wydobył się jasny blask, który sprawił... właściwie to nic. Byłam na wpół ślepa, tak więc nie zaobserwowałam nic interesującego. Popatrzyła na mnie. Poczułam do niej jeszcze większą niechęć.
- No co? Mój żywioł.
Na nowo zachciało mi się z niej śmiać. Była żałosna. Tak okropnie żałosna. Przekrzywiłam głowę, chcąc sprawić wrażenie zainteresowanej jej wywodami.
- A polega on na...? Nie widziałam nigdy czegoś takiego...
- Nie
mam pojęcia. Nie jestem pewna czy cokolwiek robi... - obróciła się za siebie, jakby się zastanawiała, co jeszcze dodać. Następnie powiedziałam łamiącym się głosem:
- Pomogłaś mi... I udało ci się przeżyć... Jestem pod wrażeniem...
Zaskoczona popatrzyła na mnie, ale kiedy dostrzegła, że po chwili włosy na moim grzbiecie się jeżą, a ja przybieram pozę bojową, już nie była taka zadowolona ze swojego wyczynu. Prędko podniosła się z ziemi i odskoczyła jak oparzona.
- Naprawdę sądziłaś, że jestem tobą choć trochę zainteresowana? - syknęłam, zbliżając się do niej - Popatrz no tylko na mnie! Czy ja ci wyglądam na okaz zdrowia, albo... - tu się zaśmiałam - ...szczęścia? Sądzisz, że mam siły, by komukolwiek cokolwiek wpajać do mózgu? W tym takie oczywiste oczywistości, by się do mnie nie zbliżać?
- Ale... ja chciałam tylko... - wykrztusiła, a po jej pysku spływało coraz więcej łez.
- Mnie nie interesuje to, co chciałaś, jasne? Wynoś się stąd i nie pokazuj mi się już nigdy więcej na oczy, czy to jest jasne?! - warknęłam. Wiedziałam, że moje oczy płoną. Miałam jej dosyć. Z trudem powstrzymywałam się, by nie zadać jej śmiertelnego ciosu.
- Nie masz serca! - krzyknęła, sądząc, że mnie to ruszy.
- I co z tego? Naprawdę uważasz, że to coś zmieni w moim życiu? Że w duchu potajemnie łaknę miłości i zrozumienia? To błąd! Spadaj, jasne? Wynoś się stąd!
- A bo co? Bo to twój dom i nikt nie ma prawa się tutaj zbliżać?! Sądzisz, że jesteś numerem jeden?! Że...
Urwała, bo ja już nie wytrzymałam i wzięłam zamach zdrowszą łapą, w której było więcej zdrowych pazurów. Wymierzyłam w jej policzek, tak jak niegdyś ugodziłam Rafaela. Zostawiłam na nim dwie głębokie rany, w tym jedna aż rozcięła jej skórę na wylot, przez co mogłam dostrzec jej zęby. Musiałam jej również rozciąć dziąsło. Będzie miała piękne znamiona do końca jej życia. Żaden jej nie zapragnie. Nigdy!
Krzyknęła głośno, niemalże nie upadając. Miałam w sobie jeszcze trochę siły, która ujawniała się w szczególności w chwilach wyjątkowego gniewu. Jednak to, co jej zrobiłam było niczym w porównaniu z tym, w jakim stanie się obecnie ja znajdowałam. Wadera uświadomiwszy sobie, że może przełożyć język przez nowy otwór w jej pysku niemalże nie utraciła przytomności. Posłała mi tylko nienawistne spojrzenie swoimi zapewne zaczerwienionymi od płaczu oczami, a następnie ruszyła pędem w swoim kierunku.
Może będą próbować jej to zszyć, może sama będzie próbowała się ratować jakimiś zaklęciami... o ile nie udusi się po drodze przez ścieżkę przed Mostem Nieskończoności. A może będzie tak zrozpaczona, że się na niego rzuci bez pamięci? Teraz wszystko było mi jedno. Przynajmniej już na zawsze zapamięta to, aby się do mnie nie zbliżać. Wolę zdechnąć we własnej obecności i zgnić, przeobrażając się w ściółkę Mrocznego Lasu, niż ze świadomością, że jakieś wilki będą się nade mną pastwić i odprawią uroczysty pogrzeb na Cmentarzu. Właściwie po co to wszystko?
Obróciłam się w przeciwnym kierunku i chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie. Gdziekolwiek, byle dalej od tej zgrai półgłówków, którzy sądzą, że palę się do uczenia ich jakiś bzdur. Najpierw Yuko, teraz ona. Czy aż tak trudno zrozumieć to, że nie życzę sobie nikogo, kto będzie mi sapał na kark, napalając się na wspólne spędzanie czasu? To już zbyt wiele. Wystarczy mi ten kurdupel, Valto, który i tak właściwie się mną już nie interesuje i wbrew wszystkiemu - Carlo. Jeden i drugi nie grzeszy inteligencją, ale mimo wszystko jeden i drugi ma w sobie "to coś", czego nie ma nikt inny, kogo poznałam w ciągu całego swojego życia... Być może i mam jakieś upodobanie do koloru niebieskiego, a może to kwestia czystego przypadku. W każdym razie białego nie ścierpię. Mam już do niego prawdziwe obrzydzenie.
Mówią, że umiera się w bieli. Ja chcę umrzeć w czerni. Ewentualnie w błękicie niebieskiej toni koloru sierści Valto lub zagadkowej zieleni oczu Carlo.
<Shayle?>
Zaskoczona popatrzyła na mnie, ale kiedy dostrzegła, że po chwili włosy na moim grzbiecie się jeżą, a ja przybieram pozę bojową, już nie była taka zadowolona ze swojego wyczynu. Prędko podniosła się z ziemi i odskoczyła jak oparzona.
- Naprawdę sądziłaś, że jestem tobą choć trochę zainteresowana? - syknęłam, zbliżając się do niej - Popatrz no tylko na mnie! Czy ja ci wyglądam na okaz zdrowia, albo... - tu się zaśmiałam - ...szczęścia? Sądzisz, że mam siły, by komukolwiek cokolwiek wpajać do mózgu? W tym takie oczywiste oczywistości, by się do mnie nie zbliżać?
- Ale... ja chciałam tylko... - wykrztusiła, a po jej pysku spływało coraz więcej łez.
- Mnie nie interesuje to, co chciałaś, jasne? Wynoś się stąd i nie pokazuj mi się już nigdy więcej na oczy, czy to jest jasne?! - warknęłam. Wiedziałam, że moje oczy płoną. Miałam jej dosyć. Z trudem powstrzymywałam się, by nie zadać jej śmiertelnego ciosu.
- Nie masz serca! - krzyknęła, sądząc, że mnie to ruszy.
- I co z tego? Naprawdę uważasz, że to coś zmieni w moim życiu? Że w duchu potajemnie łaknę miłości i zrozumienia? To błąd! Spadaj, jasne? Wynoś się stąd!
- A bo co? Bo to twój dom i nikt nie ma prawa się tutaj zbliżać?! Sądzisz, że jesteś numerem jeden?! Że...
Urwała, bo ja już nie wytrzymałam i wzięłam zamach zdrowszą łapą, w której było więcej zdrowych pazurów. Wymierzyłam w jej policzek, tak jak niegdyś ugodziłam Rafaela. Zostawiłam na nim dwie głębokie rany, w tym jedna aż rozcięła jej skórę na wylot, przez co mogłam dostrzec jej zęby. Musiałam jej również rozciąć dziąsło. Będzie miała piękne znamiona do końca jej życia. Żaden jej nie zapragnie. Nigdy!
Krzyknęła głośno, niemalże nie upadając. Miałam w sobie jeszcze trochę siły, która ujawniała się w szczególności w chwilach wyjątkowego gniewu. Jednak to, co jej zrobiłam było niczym w porównaniu z tym, w jakim stanie się obecnie ja znajdowałam. Wadera uświadomiwszy sobie, że może przełożyć język przez nowy otwór w jej pysku niemalże nie utraciła przytomności. Posłała mi tylko nienawistne spojrzenie swoimi zapewne zaczerwienionymi od płaczu oczami, a następnie ruszyła pędem w swoim kierunku.
Może będą próbować jej to zszyć, może sama będzie próbowała się ratować jakimiś zaklęciami... o ile nie udusi się po drodze przez ścieżkę przed Mostem Nieskończoności. A może będzie tak zrozpaczona, że się na niego rzuci bez pamięci? Teraz wszystko było mi jedno. Przynajmniej już na zawsze zapamięta to, aby się do mnie nie zbliżać. Wolę zdechnąć we własnej obecności i zgnić, przeobrażając się w ściółkę Mrocznego Lasu, niż ze świadomością, że jakieś wilki będą się nade mną pastwić i odprawią uroczysty pogrzeb na Cmentarzu. Właściwie po co to wszystko?
Obróciłam się w przeciwnym kierunku i chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie. Gdziekolwiek, byle dalej od tej zgrai półgłówków, którzy sądzą, że palę się do uczenia ich jakiś bzdur. Najpierw Yuko, teraz ona. Czy aż tak trudno zrozumieć to, że nie życzę sobie nikogo, kto będzie mi sapał na kark, napalając się na wspólne spędzanie czasu? To już zbyt wiele. Wystarczy mi ten kurdupel, Valto, który i tak właściwie się mną już nie interesuje i wbrew wszystkiemu - Carlo. Jeden i drugi nie grzeszy inteligencją, ale mimo wszystko jeden i drugi ma w sobie "to coś", czego nie ma nikt inny, kogo poznałam w ciągu całego swojego życia... Być może i mam jakieś upodobanie do koloru niebieskiego, a może to kwestia czystego przypadku. W każdym razie białego nie ścierpię. Mam już do niego prawdziwe obrzydzenie.
Mówią, że umiera się w bieli. Ja chcę umrzeć w czerni. Ewentualnie w błękicie niebieskiej toni koloru sierści Valto lub zagadkowej zieleni oczu Carlo.
<Shayle?>
środa, 13 stycznia 2016
Od Kazumy "Próba mroku" cz. 4 (cd. Yuko)
Stanęłam tak, że opierałam ciężar swojego ciała na jednej z nóg, a konkretniej - biodrze, a następnie skrzyżowałam ręce i z kpiącym uśmieszkiem obserwowałam, cóż takiego młoda wymyśli. Czy może zemrze z głodu, pragnienia lub ogólnego wycieńczenia organizmu. Pierwszą rzeczą, którą spróbowała zrobić, było tak jak myślałam teleportowanie się. Jednak to tutaj tak nie działa i próba skończyła się na kompletnej porażce. Prócz dziwacznej, wyjątkowo skupionej miny nastolatki, w jej sposobie bytu nie zmieniło się dosłownie nic. Nie przesunęła się ani o milimetr. Otworzyła oczy nieco zaskoczona i poirytowana za razem, lecz przyznam, że dość zabawnie było mi na to patrzeć. Widząc, że uśmiecham się coraz szczerzej, zaczęła się szarpać i wykręcać we wszystkie możliwe sposoby, byleby uwolnić się z kajdan. To również skończyło się na niepowodzeniu.
Później siedziała tak, kompletnie bezradna i beznamiętnym wzrokiem obserwowała nieruchomą buteleczkę, z dna której wciąż wydobywały się na powierzchnię maleńkie pęcherzyki powietrza. Otworzyła szerzej oczy. Zmarszczyłam brwi, orientując się, że ta mogła wpaść na jakiś pomył. Nie myliłam się. Zaczęła walić z całej siły piętą o deskę, na której na drugim końcu spoczywała buteleczka. Poczułam, jak w jednej chwili robi mi się chłodno. Musiała wpaść na nowy, tym razem nieco bardziej logiczny pomysł. Już chciałam odepchnąć butelkę butem, kiedy ta zrezygnowana zaprzestała działaniu. Na nowo zesztywniała, zaciskając pięści, na co ja ponownie zaczęłam się zwycięsko uśmiechać. Czułam, że wygrałam, choć nie do końca było to pewne. Wróciła do czynności, którą wykonywała na samym początku, tym razem z większym zdecydowaniem. Drewniana spróchniała ściana niebezpiecznie zaskrzypiała. Ona uświadomiwszy to sobie, wpadła na pomysł, by sfatygować ją jeszcze bardziej. Szarpała pod jednym kątem kilkakrotnie, coraz bardziej ją zarywając, aż ułamała kawałek deski, razem z przykręconym do niej kawałkiem blaszki. Moje nogi jakby zmiękły. Z niepokojem patrzyłam na dziurę, przez którą można było ze spokojem wyjrzeć na zewnątrz i nazwać oknem. Już wystarczy, że owa dwupiętrowa wcześniej chata groziła zawaleniem... teraz w dodatku mam gwarancję, że jeszcze w tym tygodniu sufit wraz z dachem zechce znaleźć się piętro niżej, w efekcie czego stracę swój domek letniskowy. Tylko... skąd ja wezmę nowy?
Po chwili zrobiła mi drugie okno, po czym z uśmiechem wstała i za jednym stanowczym ruchem zrobiła mi także całkowicie zbędny dopływ bladego światła z zewnątrz, tylko takiego, które znajdowało się tuż przy podłodze. Już wiedziałam, że najwyższa pora zwijać manatki, bo ta spróchniała chata nie postoi za długo. Z uniesionymi brwiami patrzyłam, jak ta całkowicie zadowolona z siebie podchodzi, nonszalanckim ruchem odkręca korek i podkłada dłoń pod odpływ. Śmierdząca ciecz przelała jej się przez palce, a gdy butelka była w połowie opróżniona, na jej palcach spoczął mały kluczyk, którego później użyła do otworzenia pozostałości z kajdanek. Odrzuciła je gdzieś na bok, wyprostowała się i spojrzała mi prosto w oczy.
- I co... zdałam?
- Nie - odparłam, otrząsając się z chwilowego zamyślenia. By nie napełniać jej szczęściem, na nowo uśmiechnęłam się w taki sposób, z którego już zasłynęłam. Aż dziw, że jeszcze nie rozwieszają plakatów w Mieście z moją złowieszczą podobizną. - To była dopiero rozgrzewka.
- Co mam jeszcze zrobić?
- Przynieś mi szmaragdowy medalion - odpowiedziałam, niemalże automatycznie. Myśląc o przeprowadzce od razu przypomniałam sobie o tym, że niedawno zgubiłam jeden ze swoich ulubionych naszyjników. Nastolatka popatrzyła na mnie nie kryjąc zdumienia.
- A gdzie go znajdę?
- To już twój problem - powiedziałam melodyjnym głosem - A, i masz dwadzieścia trzy godziny.
Ta na nowo posłała mi to spojrzenie, jakiego nie powstydziła się jedna z żab lub dorodnych karpi, a następnie pospiesznie obróciła się na pięcie i niemalże zbiegła ze schodów, potykając się na wystającej desce. Jednak nie upadła i pobiegła na zewnątrz. Przez najnowsze okno obserwowałam, jak znika mi z widoku, a następnie wzdychając zeszłam na dół. Nie miałam najmniejszej ochoty oberwać jakąś przestarzałą deską w łeb, jak jak to było ostatnio, tym bardziej, że obecnie można było uznać tę sytuację za awaryjną. Tym razem mogłam dostać nie deską, a całym sufitem. Intrygowało mnie tylko to, kto zbudował tutaj ten dom i skąd wziął do tego materiały. Stanęłam przed od dawna wyłamanymi drzwiami wejściowymi i popatrzyłam w górę. Był wyjątkowo krzywy i niedbale wykonany... nic nie wróżyło tego, aby osoba, która go zbudowała wyróżniała się jakimś szczególnym talentem architektonicznym, a co jedynie zasobem gwoździ, młotkiem oraz toną desek. Aby czymś się zająć, usiadłam na najniższym i za razem jedynym schodkiem przed dworkiem. Oparłam głowę o nadgarstku, a łokieć z kolei na kolanie. Patrzyłam w nicość, zastanawiając się, czy ta w ogóle wróci.
- Cześć... - usłyszałam nagle nieśmiały głos. Nie odwracając się za siebie mruknęłam:
- Valto, czego tutaj szukasz?
Chłopak podszedł bliżej mnie i usiadł tuż obok, obserwując mój każdy, nawet najmniejszy ruch. Zapewne zastanawiał się, co jest powodem mojego zamyślenia i na co oczekuję.
- Właściwie to niczego... dawno się nie widzieliśmy - uśmiechnął się, lecz ja to zignorowałam, nie szczycąc go nawet ani jednym spojrzeniem. Na nowo zapadła cisza, po chwili przerwana przeszywającym rykiem jednej z istot. Znudzona wciąż patrzyłam w jednym kierunku, Valto jednak drgnął poważnie zaniepokojony. Nic się nie zmienił przez ten cały czas. Wiecznie podenerwowany i przede wszystkim strachliwy. A ja głupia sądziłam, że zmądrzał.
- Co to było? - zapytał.
- Nic... Może ją zeżre...
- Ją? To znaczy kogo? - dopytywał, a jego niebieskie oczy zdawały się być tak szeroko otwarte, jakby zaraz miały wypaść z orbit.
- Taką małą, białą dziewczynkę.
- Że co?! - wykrzyknął spanikowany, a następnie wstał i wyciągnął z pochwy srebrny miecz.
- Trzeba jej pomóc!
Wygląda na to, że tym razem był nieco lepiej wyposażony, niż ostatnio. Być może to Biały Kieł wynagrodził go za naszą pierwszą i ostatnią wspólną przygodę... no chyba, że w międzyczasie czymś jeszcze zdążył się poszczycić lub zwyczajnie sam go sobie skądś załatwił. Zawsze mógł go komuś ukraść, choć szczerze w to wątpię, bacząc na jego dobre serce. Teoretycznie gdybyśmy poznali się kilka lat wcześniej, można byłoby nas uznać za najlepszych przyjaciół o identycznym zachowaniu oraz zainteresowaniach. Jednak czas i doświadczenie zmienia więcej, niż by się początkowo zdawało. Z wiekiem możemy rozstać się z rzeczami, bez których niegdyś nie wyobrażaliśmy sobie życia.
- Uspokój się, przyszła tu z własnej woli, a jeśli zginie, to nie moja wina. Jest totalną wariatką i ja za nią nie odpowiadam - odpowiedziałam. Popatrzył na mnie w osłupieniu, opuszczając swój ciężki, dwuręczny miecz.
- Ale... jak to? Nie pamiętasz naszego układu? Nie możesz tutaj nikogo zabijać.
Wzruszyłam ramionami.
- Ja jej nie zabijam, tylko ona sama się naraża. Jeśli tam zginie, ja nie będę miała na to wpływu. Uparła się, przylazła, więc nie będę jej wyganiać.
- No to jak mi to wytłumaczysz, że tak nagle tutaj przyszła? Skąd spadła? Z Księżyca? - zaśmiał się wciąż podenerwowany. Bardzo nieostrożnie wbił klingę miecza tuż obok swojego sandała, o mały włos nie rozcinając sobie dużego palca. Obecnie jego broń najwidoczniej pełniła funkcję podpórki.
- Wlazła za mną przez portal, narzekając, że koniecznie chce mieć na własność Posłańca Mroku - mówiąc to, pokręciłam głową, wciąż nie mogąc pojąć jej wyjątkowo dziwacznego rozumowania - To z góry jest skazane na klęskę.
Valto po chwili zastanowienia przyznał mi rację.
- Czyli po prostu na nią czekasz? - zapytał.
- Zgadza się. Jeśli nie przyjdzie za kilkanaście godzin, oznacza to, że posłużyła za obiad moich podwładnych.
Niebieskowłosy zaśmiał się pokrótce. Posłałam mu rozgniewane spojrzenie, które zdawało się pytać, co go aż tak śmieszy.
- Czyli będziesz tak bezczynnie siedzieć przez nie wiadomo ile?
- Nie... w międzyczasie pójdę na spacer, później do cukierni, na basen i kręgle.
Wybałbuszył na mnie oczy, coraz mniej zorientowany w sytuacji.
- Zaraz... macie tutaj cukiernię? I basen? Kręgielnię?
- No jasne - odpowiedziałam z ironicznym uśmiechem. Był większym głąbem, niż się spodziewałam.
- Pozwolisz mi się tutaj wprowadzić? - zapytał, na co ja o dziwo wybuchnęłam zdrowym śmiechem. On za to nie wiedział, o co mi chodzi, lecz również odpowiedział tym samym.
Po upływie kilkunastu minut spędzonych na beztroskiej pogawędce z Valto, który był ostatnią osobą, od którą darzyłam zaufaniem, usłyszałam niespodziewanie trzepotanie skrzydeł gdzieś w oddali. Moje mięśnie się napięły, a ja nadstawiłam słuch.
- Też to słyszysz? - zapytał zaniepokojony, ale już chwilę później z impetem, kilka metrów od nas wylądował kilkudniowy Posłaniec Mroku, nieostrożnie uderzając długim ogonem w już sypiącą się ścianę chaty. Ta niebezpiecznie się zachwiała, więc pierwsze co zrobiłam, było chwycenie chłopaka za nadgarstek i ucieczka od budynku. W ostatniej chwili zdążyliśmy się uratować. Deski runęły na ziemię, a zamiast starego domu mogliśmy podziwiać istną ruinę. Moje zdumienie ustało na rzecz wściekłości.
- Masz mi to odbudować! Już!! - wrzasnęłam do przerażonej nastolatki, która siedziała na grzbiecie smoka. Ten tak jeszcze bardziej wystraszony zrzucił ją z grzbietu i najszybciej, jak tylko potrafił odleciał do matki, zostawiając ją na pastwę losu. Siedziała tak na ziemi i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Moje zaciśnięte pięści, z których buchnął czarny, ostrzegawczy ogień chyba jej uświadomiły, że nieźle mi zadziałała na nerwy, a ja mówię całkowicie poważnie.
<Yuko? W końcu się doczekałaś :I>
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Od Kazumy "Nowa ja" cz. 2 (cd. Shayle)
Stałam w Mrocznym Lesie, wpatrując się w korony drzew. Martwe korony drzew. Wszystko było spowite w mroku, a między uschniętymi liśćmi nie prześwitywała nawet odrobina światła. Wszystko zdawało się być smętne i pozbawione jakiejkolwiek odrobiny szczęścia. Tak samo jak moja dusza. Oparłam się o drzewo, głośno sapiąc. Prosta czynność będąca najzwyczajniejszym w świecie spacerem, czy nawet uniesieniem głowy, co jak można się domyślić blokuje mi częściowo możliwość swobodnego oddychania, sprawiała mi nie lada kłopot. Szczerze mówiąc od dawna już nie biegałam. Nie mam siły. Nie wytrzymuję tak stężonego wysiłku.
Nagle znieruchomiałam, wstrzymując oddech. Usłyszałam szelest. Ktoś tu był. Nie zdążyłam się odwrócić, kiedy od tyłu naskoczyła na mnie jakaś puchata kulka, która była na tyle miękka, że zwyczajnie odbiła się od mojego ogona, zdzierając sobie przy tym (a dokładniej na mojej ulubionej, wyjątkowo ostrej ozdobie, którą miałam owinięty ogon) miejscowo futerko, przeturlało po grzbiecie i upadło pół metra przede mną. Spojrzałam na nią z wyższością, z trudem powstrzymując się, by znowu nie dostać zadyszki. Niespodziewane uderzenie w grzbiet nie było dla mnie zbyt korzystne.
- Patrz gdzie leziesz, durny szczeniaku! - warknęłam, obserwując kulącego się malucha.
- Przepraszam... Szukałam tylko kogoś, kto może mi pomóc... - pisnęła, próbując ratować sobie życie czy po prostu zdrowie.
- Pomóc? - zakpiłam - To nie do mnie... Ja nie pomagam.
Waderka szybko wstała. Okazało się, że była jedynie o głowę ode mnie niższa. Musiała byś ponad półtorarocznym wilkiem, który niebawem mnie przerośnie. W sumie się nie dziwię. Mam już swoje lata, a przez moją "chorobę" z trudem utrzymuję się na łapach. Każdy oddech sprawia mi problem, męczy tak, jakby to były najokropniejsze tortury. Oczy nieustannie pieką... na początku swojego nowego życia odczuwałam coś bardzo podobnego, lecz z czasem się przyzwyczaiłam, tak samo jak mój organizm. Stałam się odporna na ból. Teraz jednak... świecące w mroku jaskrawą zielenią oczy pozbawione tęczówek czy źrenic sprawiały, że wszystko widziałam w zielono-szarych kolorach. I to dosłownie. Czerń była czarna, tak samo jak biel popielata, czy szarość szara. Wszelakie inne kolory z kolei przybierały barwę zgniłej zieleni, mającej się upodobnić do podobnego koloru, ale mniej wesołego, a smętnego.
- Ale nie... Nie o taką pomoc chodzi.
Odwróciłam w jej stronę głowę. W moich oczach była ona rzeczywiście antracytowo-popielata, a ślepia miały odcień zgniłej zieleni.
- A jaką? Przeczytać ci bajkę na dobranoc?
Na to przewróciła oczami. Jasne przebłyski zaczęły zadręczać mój widok. Brakowało mi powietrza, było mi słabo... i to właśnie nagłe mroczki przed oczami były tym spowodowane.
- Naucz mnie być taka jak ty - poprosiła.
- W jakim sensie? - zapytałam, znudzona unosząc brew. Najpierw ta cała Yuko, a teraz ona... Jeszcze kilka chwil, a zleci się cała szczenięca część watahy.
- No taka, jak ty... Nie boisz się, i w ogóle... Proszę, ktoś musi mi pomóc...
Tym akurat mnie zaskoczyła i rozbawiła za razem. Wybuchnęłam gromkim śmiechem, który poniósł się po całym lesie. Chwilę później zorientowałam się, że to był mój jeden z największych błędów. Głowa nagle zabolała mnie tak, jak dzwon ubolewający nad bezlitosnym dzwonnikiem, który raz po raz uderza w niego sercem, a świat się zawrócił. Oparłam się o najbliższe drzewo, przestając się śmiać. Ledwo utrzymywałam się na łapach, wszystko stało się niewyraźne. Sapałam niczym zażarta astmatyczka po kilometrowym biegu. Szczeniak musiał na mnie patrzeć dużymi, przerażonymi oczami, lecz ja tego nie widziałam. Nawet nie chciałam. Nie obchodziło mnie to, że pewnie się przed nią ośmieszę, a ta doniesie o tym reszcie watahy.
- Coś się stało...? - zapytała nieśmiało. Nie odpowiedziałam jej, całkowicie skupiając się na tym, by złapać oddech. Nie było to jednak takie proste, bo nie dość, że robiło mi się na przemian ciepło i zimno, to jeszcze nawet nie poczułam, gdy upadłam na ziemię. Moje łapy były jak z waty, nie zdołały utrzymać mojego ciała.
- Kazuma...? - pytała dalej. Niemalże jej nie słyszałam. Brzmiała tak, jakby znajdowała się naprawdę daleko ode mnie. Resztkami sił utrzymywałam przytomność. Po chwili poczułam znajomy odruch wymiotny. Wiedziałam, że uderzenie mnie w grzbiet nie było dobrym posunięciem, a ta wadera musiała trochę ważyć i zapewne była cięższa ode mnie. Musiała tak wstrząsnąć moimi martwymi organami wewnętrznymi, że te na nowo zablokowały dopływ krwi, wpuszczając ją do żołądka. Zwymiotowałam szkarłatną cieczą.
- Wezwę pomoc! - wrzasnęła. Pokręciłam przecząco głową, wciąż nie otwierając oczu. Czułam się tak, jakbym była w transie.
- Nie... rób... tego... - wycharczałam przez krew wciąż wypływającą z mojego pyska.
- Dlaczego? - zapytała drżącym głosem. Nie dziwiłam jej się. Obraz musiał być naprawdę makabryczny, tym bardziej dla niej, szczeniaka, który prosił ją o naukę bycia odważnym. Najwyraźniej nie byłam dobrym materiałem na wzorzec godny naśladowania. Ja ginęłam. Umierałam. Tak po prostu. Nie mam dawnej siły. Nie potrafię się podnieść, a jeśli już mi się to uda, zajmuje mi to do nawet kilku godzin. Mięśnie słabną razem z całym organizmem. Wiedziałam, że długo nie pociągnę. Koniec jest bliski.
- Powiedz mi... dlaczego? - pytała dalej, cicho szlochając. Musiała być przerażona do szpiku kości.
- Ciii... zamilcz... - szepnęłam nieco niewyraźnie, ale ona chyba zrozumiała ten przekaz. Sama nie do końca wiedziałam, co mam na myśli, lecz sądziłam, że to wywodziło się z mojej podświadomości, pragnącej zaznać bezkresnego spokoju. Mój łeb bezwładnie opadł, a szloch młodej wadery zniknął w najmroczniejszej z otchłani.
***
Pierwszy bodziec, jaki na mnie zadziałał, był ciepłem. Ciepło i siarczysty ból głowy. Zastrzygłam uchem, by usłyszeć radosny ćwierk ptaków.
- Kazuma? - usłyszałam cichy głos.
- Amzu... - mruknęłam niewyraźnie, chcąc ją poprawić. Niestety wciąż byłam pod wpływem najgorszego z narkotyków - bólu.
- Co?
- ...uka... - zawyłam nieco żałośnie, jednak nadal cicho. Już raz trafiłam do wilczego nieba, z którego nie było wyjścia. Tym razem nie miałam nic przeciwko temu. Mogłam tu zostać, lecz prosząc o pozbawienie mnie świadomości, aby moja dusza całkowicie już zrujnowana zaznała wiecznego spokoju.
- Możesz powtórzyć?
Uchyliłam powieki. Początkowo wszystko było jasne, zbyt jasne. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami pozbawionymi rzęs. Jednak to pozwoliło mnie uświadomić w tym, że tuż przed moim pyskiem wyrastał kęp lichej trawy, której źdźbła niebezpiecznie zbliżały się do mojego nosa. Szybko uniosłam głowę, aż zbyt szybko. Coś chrząstnęło w moim karku. Musiałam sobie przestawić kości. Moje oczy dopiero zaczynały się przyzwyczajać do tego, co ujrzałam. Zgniłozielony świat z szarymi i czarnymi akcentami. Jednak nie umarłam. Wyglądało na to, że moja walka z idiotyzmem Ziemianin jeszcze się nie zakończyła.
- Jak się czujesz? Iść po lekarza? Co ci dolega? - dopytywał głos. Odwróciłam głowę w jej kierunku. Tak jak myślałam, była to ostatnia osoba, z którą miałam do czynienia. To ten sam szczeniak.
- Nie ma mowy - warknęłam. Sam fakt, że niemalże wyjawiłam jej swoje prawdziwe imię był zbyt upokarzający. Nagle uświadomiłam sobie, że miejsce, w którym się znajdujemy nie było tym samym Mrocznym Lasem, w którym spędziłam ostatnie godziny przytomności.
- Gdzie jesteśmy?
- Nieopodal Mostu Nieskończoności - powiedziała ostrożnie. Wędrowałam niespokojnie wzrokiem po kolejnych fantazyjnie powykręcanych gałęziach drzew. Rzeczywiście, musiał być nieopodal. Ciekawe, czy ten dzieciak wiedział, że opary, które były wyczuwalne nawet z takiej odległości, odurzały ją bardziej, niż mnie. Mogła być na tak zwanym "haju" lub na to się zanosiło. Ja byłam odporna na takie cuda, choć nie powiem, że wciąż czułam się tak, jak po całkiem niezłym wypadzie do baru.
- Czemu akurat tu? - warknęłam.
- Bo... w Mrocznym Lesie jest niebezpiecznie - wyjaśniła takim tonem głosu, jakby sama nie wierzyła w prawdziwość tych słów.
- Wytargałaś mnie tutaj siłą?
Pokiwała potakująco głową. Prychnęłam. Faktycznie, było to możliwe, gdyż mogłam ważyć nawet o połowę mniej, niż ona. Nie znając tego faktu mogła potraktować siebie za Goliata, bądź jak kto woli - starożytnego herosa. Wadera wywróciła załzawionymi oczami. To był pierwszy znak otumanienia przez opary. Uśmiechnęłam się krzywo. To znak, że rzeczywiście nie czuje się zbyt dobrze. Nie mogłam nic na to poradzić, więc po prostu patrzyłam, uśmiechając się szyderczo.
- Jak się księżniczka czuje?
- Nie księżniczka, tylko Shayle... - mruknęła oburzona. A więc tak było jej na imię... Doprawdy interesujące. Powoli, niczym zgrzybiała staruszka podniosłam się z ziemi, by na nowo sprowadzić na siebie uporczywe zawroty głowy oraz zadyszkę. Odetchnęłam kilka razy, ale coraz gęstsze opary zdusiły mi gardło, w efekcie czego nie mam szans na całkowite pozbawienie uczucia duszności. Starałam się jednak nie dać tego po sobie znać, a zaschnięta krew na mojej brodzie poszła w niepamięć. Sierść od dawna niemyta nie dość, że była brudna, to jeszcze tłusta i nieułożona. Włosy wypadały każdego dnia i nocy, a ja zdawałam się to całkowicie ignorować. Nie obchodziło mnie to zbytnio. I tak nikogo nie spotkałam na swojej drodze, nie muszę zbytnio dbać o wygląd... no może prócz tej całej Shayle, która chce, abym ją nauczyła, jak być twardzielem. Właściwie to mogę przemyśleć tę opcję i urządzić jej taką szkołę, jakiej długo nie zapomni. Położyłam jej łapę na głowie i popatrzyłam z wyższością. Ona uniosła pysk, by na mnie spojrzeć pytająco.
- Wiesz co? - zaczęłam.
- Co?
- Dostaniesz taką lekcję od życia, której do końca swojego marnego żywotu nie zapomnisz.
- To znaczy? - zapytała już na wpół przytomna.
- Możesz tutaj zginąć. Opary są trujące - mówiąc to, zabrałam łapę z jej głowy i czekałam, na jej reakcję. Oczekiwałam na ten atak paniki. Ciekawa byłam, czy wie, że akurat znajdowałyśmy się w miejscu, gdzie opary były najrzadsze, a ruszenie się w kierunku Zielonego Lasu mogło skutkować jej nagłą utratą przytomności. Jeśli z kolei zawróciłaby w stronę Mrocznego Lasu, to powinna wiedzieć, że tam na każdym kroku czai się niebezpieczeństwo i dosłownie wszystko dążyło do tego, by ją zabić.
<Shayle?>
niedziela, 6 września 2015
Od Kazumy "Próba Mroku" cz.2 (cd. Yuko)
- Abisso... Leć na Polanę. Tam się spotkamy. - szepnęłam. Smok nawet z gigantycznej odległości usłyszał polecenie i bez odrobiny wahania wykonał je, gdyż zobaczyłam, że przeleciał nad czubkami drzew nad moją głową. Chciałam, aby moi Posłańcy Mroku byli bezpieczni w Świecie Mroku, bez żadnych wścibskich wilków, które się nimi interesują, o których wspomniał mi Vernietiger. Podobno miał to być jakiś mały szczeniak. Nagle usłyszałam jakiś szelest z oddali. Poruszyłam uszami. Nie, to jednak nie był szelest, a istny kombajn, bo jakieś stworzenie z natarczywością biegło w moim kierunku. Przygotowałam się do ataku... ale wtedy na ostatnim korzeniu zwierzątko się potknęło, po czym zaliczyło piękny upadek, zakończony głową w ziemi.
- Co ty robisz?! - wykrzyknęłam z poirytowaniem. Wilk, który okazał się być szczeniakiem, szybko podniósł się i otrzepał z piasku. Mimo wszystko jednak nadal na jej białym furze było widać wyraźnie plamy brudu. Ziemia z Mrocznego Lasu brudziła wyjątkowo mocno. Wadera popatrzyła na mnie z przerażeniem.
- Przepraszam, nie zauważyłam pani.
- Ty jesteś ślepa?! - ryknęłam. Nienawidziłam takich smarkaczy, które myślały, że gdy wejdą mi w drogę, ujdzie im to na sucho.
- Przepr... - zaczęła, lecz nie skończyła, bo patrzyła z fascynacją na lądującą za mną Cinstit. Miała przygłupi wyraz pyska, zupełnie jakby zobaczyła ósmy cud świata.
- Co, boisz się smoka? - prychnęłam.
- Przepraszam, a to pani smok?
- Nie wiesz, że w watasze tylko ja mam Posłańca Mroku? - zapytałam coraz bardziej zirytowana. Przecież to było oczywiste, że tylko ja byłam tak wspaniała, że spotkał mnie ten zaszczyt.
- Nie wiedziałam. A skąd pani go ma?
- No proszę, nie załamuj. Z Krainy Mroku. - syknęłam pod jej adresem.
- A gdzie jest Kraina Mroku?
- Niech zgadnę: podoba ci się on?
Wadera pokiwała głową z entuzjazmem. Mogłam się tego spodziewać.
- I chcesz go kupić?
W tym momencie szczeniak wyglądał na zaskoczonego. Najwyraźniej mała nie spodziewała się, że towarzysza należy kupić, a nie ot tak znaleźć. W końcu wszyscy Posłańcy Mroku do mnie należeli i mogłam do woli pobierać opłaty za ich sprzedaż.
- A jaka jest cena?
- Dowiesz się, gdy udowodnisz mi, że warto ci powierzyć tą informację.
- A to jest ściśle tajne?
Wywróciłam oczami.
- Tak.
Wadera wyraziła swój entuzjazm radosnym machaniem ogonem. Była denerwująco optymistyczna.
- Ale i tak się nigdy tego nie dowiesz.
- Dlaczego?! - wykrzyknęła zdziwiona. Gdy posłałam jej piorunujące spojrzenie, skuliła się. Żałowała swoich słów. I dobrze. Nic nie mówiąc odwróciłam się w stronę Cinstit i wskoczyłam na jej grzbiet. Szczeniak patrzył na mnie z zazdrością nawet, gdy dałam polecenie smoczycy, by odleciała. Pofrunęła wedle rozkazu w głąb Mrocznego Lasu, w którym to znajdował się ukryty portal do Świata Mroku. Przeklęłam pod nosem, gdy zobaczyłam, że portal przekraczam nie tylko ja i Cinstit, ale i także natrętny szczeniak. Kiedy tylko znaleźliśmy się w Świecie Mroku, nakazałam smoczycy wylądować i zeskoczyłam z jej grzbietu. Byłam tak jak zwykle w tym miejscu w przemianie w człowieka. Rozwścieczona podeszłam do wadery, która teraz zmieniła się w nastoletnią dziewczynę z krótkimi, białymi włosami z dwoma pasemkami w kolorze wściekłego różu i turkusu. Miała na sobie krótki biały top, czarne spodenki oraz botki tego samego koloru. Za pas miała zahaczony biało-turkusowo-różową puchatą kulkę do celów ozdobnych.
- Czego ty ode mnie chcesz?! - krzyknęłam.
- Chcę się tylko dowiedzieć, jaka jest cena.
- To się nie dowiesz. - warknęłam, odwracając się do niej tyłem. Nagle usłyszałam dźwięk upadku. Stałam i czekałam, aż dziewczyna dalej będzie mi narzekała, próbując mi wmówić, że się nadaje. Gdy tak się jednak nie stało, odwróciłam się w jej stronę. Leżała nieprzytomna na ziemi. Patrzyłam na nią bez wyrazu. Miała otwarte usta, wargi delikatnie zabarwione na czarno, a cerę tak jasną, że aż białą. Zatruła się. Musiała zaatakować i zjeść jedno ze zwierząt zamieszkujących Mroczny Las. Westchnęłam, wywracając oczami. Już miałam się odwrócić na pięcie i zostawić ją na pastwę losu, gdy przypomniały mi się warunki jakie mi narzucono, bym mogłaby być królową tego wymiaru...
- Wiesz ile konsekwencji się z tym wiąże i odpowiedzialności?...
- Ta... Ta... Ale mówiliście, że mogę wybrać trzy życzenia JAKIE CHCĘ.
- Zgoda... Ale nie wolno ci nikomu przez to szkodzić. Będziesz po prostu tutaj silniejsza i panujesz nad całym tym Wymiarem. To od dzisiaj będzie twoim drugim domem. Możesz się tutaj przenosić, kiedy tylko zechcesz.
- I z kim zechcę?
- Tak, ale nie możesz go tutaj przenieść nie na więcej niż 24 godziny, bo my wszystko widzimy, pamiętaj o tym. Jeden taki wybryk i możesz stracić życie przez takiego osobnika jak ty do Kurayami.
- U siebie będę nieśmiertelna?
- Tak, do czasu swojego pierwszego wybryku. Nie wolno ci się zbuntować.
- To wszystko mi odpowiada. - uśmiechnęłam się zadowolona.
- Ale pamiętaj, ty tutaj możesz być mniej czasu niż u siebie. Nikt nie może zauważyć, że znikasz.
- Spoko.
Westchnęłam i odwróciłam się zirytowana do wciąż nieprzytomnej nastolatki. Jest nieodpowiedzialna i naiwna, więc z całą pewnością nie nadaje się do bycia właścicielką Posłańca Mroku. Wzięłam ją na ręce i zaniosłam do Cinstit.
- No, Cin. Widzisz, kto się tutaj do nas przypałętał? Jakiś durny szczeniak, który nie potrafi zadbać sam o siebie, więc musi za nią robić to ktoś inny.
Smoczyca przyglądała się mi i dziewczynie tymi swoimi mądrymi złotymi ślepiami. Przerzuciłam Śpiącą Królewnę przez jej grzbiet, następnie sama na nim zasiadłam i poleciłam, aby leciała do mojego pałacyku, a raczej wielkiej, sypiącej się ruiny. Pamiętam, że gdy wybierałam się tam po raz pierwszy, to zajęło mi to i Valto, który przez cały czas narzekał, że bolą go nogi, bądź się boi, ponad szesnaście godzin. Tym razem poszło to o wiele sprawniej, ponieważ jako, że Posłańcy Mroku byli świetnymi lotnikami i dobrze orientowali się w terenie, na miejscu byliśmy już po upływie pół godziny. Cinstit podeszła do gładkiego lądowania, a gdy tylko jej łapy dotknęły ziemi, natychmiast zeskoczyłam z jej grzbietu, nie zapominając o dziewczynie.
W moim drewnianym pałacyku nie było drzwi. Z uśmiechem przypomniałam sobie, jak za jednym moim kopnięciem wyrwały się z zawiasów i pękły na pół, bo były już spleśniałe i zniszczone ze starości. Weszłam po sypiących się schodach do pokoiku, w którym to wciąż podłoga była brudna od czegoś ciemnego. Dopiero po dłuższych oględzinach można było stwierdzić, że to krew. Zaschnięta krew Kurayami. Wiedziałam również, że w najciemniejszym kącie znajdowały się niezniszczalne kajdany, które można było tylko ściągnąć przy użyciu klucza. Blokowały one również wszelkie zaklęcia. Wiedziałam to, bo Żółty Rzyg był do nich przykuty i nie mógł odprawiać przez to żadnych czarów. Ponadto wszędzie panował klimat taki, jaki wprost uwielbiałam, czyli potocznie zwąc - "creepy".
Położyłam dziewczynę na podłodze, następnie sięgnęłam do zardzewiałej, niegdyś metalowej półki i wzięłam buteleczkę zapełnioną mętnym płynem, który wyglądał na mocno sfermentowany. W środku również pływały jakieś bliżej nieokreślone małe cząstki roślin lub części ciała. Ukucnęłam obok niej i położyłam jej głowę na swoich kolanach. Następną czynnością było rozchylenie jej ust i wlania do nich połowy podejrzanej zawartości i zamknięcie. Nie musiała przełykać. Mogła, ale nie musiała. Już kilkanaście sekund później nastolatka gwałtownie usiadła, krztusząc się wywarem. Najwidoczniej połowę wypiła. Moje usta wykrzywiły się w kpiącym uśmieszku. Wiedziałam, że w smaku eliksir musiał być wyjątkowo okropny.
- Pyszne, prawda? - zapytałam jak na złość.
- Wcale nie! - wykrzyknęła. Miała minę, jakby miała zaraz zwymiotować. Jej usta odzyskały swój naturalny kolor, tak samo jak cera. Mimo wszystko przez panujące te warunki i tak była wyjątkowo jasna. Po chwili zwróciła wszystko, co zjadła i wypiła. Skrzywiłam się, widząc fioletową breję, przypominającą zmielone mięso i nadtrawione kawałki wnętrzności, a nawet pojedyncze kości. Dziewczyna popatrzyła na to z przerażeniem.
- Toś mi narobiła... - warknęłam.
- Prze... przepraszam... - wyjąkała. Popatrzyłam na nią znudzona. Mogłam dzięki niej trochę zarobić.
- Powiadasz, że chcesz Posłańca Mroku na własność?
Pokiwała głową niepewna tego, jak ma zareagować.
- Więc muszę przeprowadzić na tobie sprawdzian, czy aby na pewno jesteś tego godna. Zgadzasz się na takie warunki?
- Zgadzam się. - odpowiedziała po chwili wahania.
- A więc zadanie pierwsze...
Chwyciłam w dłonie kajdany i zakułam ręce i nogi dziewczyny. Oddaliłam się na odległość pięciu metrów. Nastolatka mogła poruszyć rękoma i nogami tylko o maksymalnie pół metra.
- ...masz się uwolnić. Pamiętaj, że możesz to zrobić tylko na jeden sposób.
By ją zorientować, cóż był to za sposób, pomachałam do niej małym srebrnym kluczykiem, wydobytym ze skórzanej torebki. Następnie wsadziłam go do buteleczki z wywarem, który uleczył ją z zatrucia i zamknęłam korek. Położyłam fiolkę na ziemi i odsunęłam się kolejne dwa metry. Skoro wilczemu bogowi się to nie udało bez cudzej pomocy, jej tym bardziej. Nie miała żadnych szans.
<Yuko? Masz okazję trochę pogłówkować :P>
piątek, 6 lutego 2015
Od Kazumy "Może lepiej się poznamy?"
Usiadłam w wejściu do swojej jaskini ciemną nocą i patrzyłam przed siebie. Nudy męczyły mnie z dnia na dzień coraz bardziej. Na samą myśl o tym, że moja kochana siostra, Kiiyuko ma partnera i jest w ciąży zbierało mi się na wymiociny. Dzieci... najgorsza rzecz jaka może tylko istnieć. Niczego to nie umie, jak tylko przeszkadzać innym. A i tak wszyscy chcą je mieć. Eh... Naprawdę nie rozumiem tych wszystkich idiotycznych par, które marzą o potomstwie. Usłyszałam cudze kroki zbliżające się do mnie coraz bardziej i bardziej.
- Cześć... - uśmiechnął się basior, który właśnie się pojawił w moim polu widzenia. Czego znowu on chce? Postanowiłam olać kołka, więc najzwyczajniej w świecie milczałam. Był dla mnie niewidzialny. Brzydactwo z niego takie, jakich wiele na tym świecie. Odpycha od siebie samym wyglądem, a i tak myśli, że jest fajny i przystojny, i że żadna wadera mu się nie oprze. Debil... Bezmózg... Idiota... Pedał...
- Jak masz na imię? Ja jestem Pearl. - zapytał nadal głupio się szczerząc. Czy mu to się nigdy nie znudzi?
- Bo wiesz... Wydajemy się być do siebie dość podobni. I ty, i ja lubimy niszczyć życie innym, i ty i ja nie lubimy tłoku. - mówił okrążając mnie dokoła, próbując uwieść samym spojrzeniem. - Wiem, bo obserwowałem cię już od dłuższego czasu. Może ja i ty razem...
- Razem co? Czy ty czegoś ode mnie oczekujesz? - warknęłam pod jego adresem. Jeszcze chwila i nie wytrzymam. Niech lepiej się zamknie, bo gorzko pożałuje...
- ...lepiej się poznamy? Pasujemy do siebie. - dokończył nadal patrząc w moje świecące oczy, które teraz zwężyły się w cienką kreskę. Me oczęta mówiły same za siebie, że ma zaledwie kilka setnych sekund na ucieczkę. On jednak nie zauważył najwidoczniej tego znaku i nie ruszył się ani o centymetr. Wzięłam nagły zamach łapą i uderzyłam z całej siły durnia, tak że ten zachwiał się i zatoczył kilka kroków w tył. Po jego obszernej piersi pociekła świeża krew, sącząca się z głębokiej rany.
- Jeśli nie chciałaś, to wystarczyło powiedzieć... - wyszeptał wytrzeszczając oczy. Ledwie mówił i stał. Zanosiło się na to, że zaraz upadnie, a później się wykrwawi. Muszę mu pomóc, bo... za długo to potrwa. Wzięłam kolejny zamach łapą i ze świstem powietrza zadałam kolejny cios, nie zwracając uwagi na to, że basior piszczy niczym niewinny szczeniak i błaga o litość...
*****
- Cześć... - uśmiechnął się basior, który właśnie się pojawił w moim polu widzenia. Czego znowu on chce? Postanowiłam olać kołka, więc najzwyczajniej w świecie milczałam. Był dla mnie niewidzialny. Brzydactwo z niego takie, jakich wiele na tym świecie. Odpycha od siebie samym wyglądem, a i tak myśli, że jest fajny i przystojny, i że żadna wadera mu się nie oprze. Debil... Bezmózg... Idiota... Pedał...
- Jak masz na imię? Ja jestem Pearl. - zapytał nadal głupio się szczerząc. Czy mu to się nigdy nie znudzi?
- Bo wiesz... Wydajemy się być do siebie dość podobni. I ty, i ja lubimy niszczyć życie innym, i ty i ja nie lubimy tłoku. - mówił okrążając mnie dokoła, próbując uwieść samym spojrzeniem. - Wiem, bo obserwowałem cię już od dłuższego czasu. Może ja i ty razem...
- Razem co? Czy ty czegoś ode mnie oczekujesz? - warknęłam pod jego adresem. Jeszcze chwila i nie wytrzymam. Niech lepiej się zamknie, bo gorzko pożałuje...
- ...lepiej się poznamy? Pasujemy do siebie. - dokończył nadal patrząc w moje świecące oczy, które teraz zwężyły się w cienką kreskę. Me oczęta mówiły same za siebie, że ma zaledwie kilka setnych sekund na ucieczkę. On jednak nie zauważył najwidoczniej tego znaku i nie ruszył się ani o centymetr. Wzięłam nagły zamach łapą i uderzyłam z całej siły durnia, tak że ten zachwiał się i zatoczył kilka kroków w tył. Po jego obszernej piersi pociekła świeża krew, sącząca się z głębokiej rany.
- Jeśli nie chciałaś, to wystarczyło powiedzieć... - wyszeptał wytrzeszczając oczy. Ledwie mówił i stał. Zanosiło się na to, że zaraz upadnie, a później się wykrwawi. Muszę mu pomóc, bo... za długo to potrwa. Wzięłam kolejny zamach łapą i ze świstem powietrza zadałam kolejny cios, nie zwracając uwagi na to, że basior piszczy niczym niewinny szczeniak i błaga o litość...
*****
- Hej, Kazuma! Widziałaś gdzieś Pearla?! - wrzasnęła spanikowana Jamaya gnając do mnie przez Mroczny Las. Potykała się o kamienie, lecz wyglądało na to, że bardziej od zdrowia własnych łap zależy jej na tym żałosnym szczeniaku.
- Widziałam. - mruknęłam tylko. Ta cała pseudo zła wadera też działała mi nieźle na nerwy... Udaje złą, lecz nadal pomaga innym, jest miła i kulturalna... A i tak uważa się za wcielenie istnego zła. Taaa... Te jej tęczowe kolorki są naprawdę przerażające. Przedszkolak by się nie przestraszył.
- Gdzie?! - wysapała zatrzymując się przede mną. W mojej głowie narodził się nowy szatański plan, jak by tu ją uciszyć...
- Chodź, to ci pokażę. - syknęłam obracając się w lewą stroną, ruszając powoli w swoją stronę. Jamaya najwidoczniej była zdumiona faktem, że jednak ja zgodziłam się z dobrej woli jej pomóc. Po chwili wahania ruszyła w ślad za mną.
- Gdzie?! - wysapała zatrzymując się przede mną. W mojej głowie narodził się nowy szatański plan, jak by tu ją uciszyć...
- Chodź, to ci pokażę. - syknęłam obracając się w lewą stroną, ruszając powoli w swoją stronę. Jamaya najwidoczniej była zdumiona faktem, że jednak ja zgodziłam się z dobrej woli jej pomóc. Po chwili wahania ruszyła w ślad za mną.
***
- Tam jest. - powiedziałam wskazując kierunek łapą. - Widziałam, jak tam wchodził.
- A nie czasem stamtąd nie można już wrócić? - zmartwiła się. - A może pójdę po innych?
- Nie, no co ty. To tylko plotki. Ja tam byłam i jakoś wróciłam. Tchórz z ciebie. - skłamałam.
- Ja tchórzem? - zmarszczyła brwi ze złością.
- Owszem.
- Pójdę. Zobaczysz. - warknęła wchodząc na pierwsze deski Mostu Nieskończoności, stając się lekko rozmazana przez warstwę niebieskich oparów, które unosiły się tam zawsze, bez względu na to, czy to dzień czy noc. Deski lekko się zakołysały, ale Jamaya dalej próbowała udawać, że wcale się nie boi. Kiepsko jej to wychodziło.
- No to idź i go poszukaj.
- A ty?
- A po co ja? Ty idź. Mi na nim nie zależy. - odrzekłam marszcząc nos na znak, że rzeczywiście uważam go za nic nieznaczącego robala.
- No dobra... - mruknęła niezadowolona i z ociąganiem zniknęła mi z oczu. Uśmiechnęłam się szatańsko pod nosem. Pearla tam nie ma, nigdy nie było, ani nie będzie, bo nie za bardzo ma jak, a Jamaya utknie tam już na wieki. Zapewne umrze z głodu, a mnie to ani trochę nie boli. Czuję się z tym dobrze, nawet lepiej, niż wcześniej. Zawróciłam do swojej jaskini, by uciąć sobie drzemkę, jakby nigdy nic się nie stało.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Od Kazumy "Warto było tutaj przyłazić?" cz.8 (cd. Midnight)
- A niech ją... - warknęłam. Mam dokoła siebie samych idiotów, którzy o siebie samych nie potrafią zadbać.
- Przeżyje? - zapytał z przerażeniem w oczach chłopak.
- Nie.
- Co?! Zrób coś! - wykrzyknął spanikowany.
- Po co? - zapytałam obojętnie wsiadając z powrotem na grzbiet smoka.
- Bo ona nie przeżyje!
- A co mnie to obchodzi? Jedna osoba mniej. Też mi różnica.
- Ale ona jest Alfą watahy... Nie może zostawić swoich na lodzie... Nie poradzą sobie. - załamał się. Popatrzyłam na niego z powagą.
- Alfą? Ona?
- Tak...
- Kiiyuko jak dobrze mniemam?
- Zgadza się. - rzekł niepewnie patrząc w moją stronę. Zsiadłam ze smoka. Szepnęłam mu na uchu w jego języku, że może już wracać. Leniwie gramolił się w stronę przepaści i rzucił się w dół, by następnie rozwinąć potężne skrzydła i poszybować wysoko w górę i zniknąć między chmurami. Podeszłam do różowowłosej.
- Grrr... Starsza a nie umie o siebie zadbać. - warknęłam.
- Coś mówiłaś? - zapytał chłopak.
- Nic.
Na me słowa nieznajomy odpowiedział milczeniem. Przykucnęłam przy nieprzytomnej i skupiając się na tyle, ile mogę skumulowałam całą energię w czubkach palców. Zajaśniały one bladym blaskiem. Przyłożyłam dłonie do czoła Kiiyuko i otworzyłam oczy. Zaczęła się krztusić i prędko usiadła wytrzeszczając oczy tak, że były wręcz wielkości filiżanek.
- Gdzie ja jestem? - zapytała z przerażeniem.
- W miejscu, gdzie nadejdzie dla ciebie zguba. - syknęłam. Kiiyuko popatrzyła w moją stronę. Najwyraźniej dopiero teraz zorientowała się, kogo ma obok siebie. Wstałam.
- A-Amzuka?! - wykrzyknęła. Zmarszczyłam nos z niezadowoleniem.
- Nieee... Skąd ci w ogóle to przyszło do głowy?
- Oh. Chyba cię z kimś pomyliłam. - odparła zmartwiona.
- Wstawać. Idziemy. Jeżeli chcecie sobie urządzać piknik, to nie tu. Jeżeli wam tyłki do ziemi przymarzły to trudno. - warknęłam rozdrażniona.
- Tsa... - mruknęła z niezadowoleniem dziewczyna wstając. Ruszyłam przed siebie.
- A gdzie tak właściwie nas prowadzisz? - zapytał nieufnie chłopak.
- Do takiego fajnego miejsca, w którym na pewno się zgubisz.
- Zaraz... Co?
- Jak wolisz zostać, to proszę bardzo. Jeżeli coś cię tu pożre to już nie będzie moja wina. - rzuciłam nie obracając się wcale nawet w jego stronę. Nie jest godzien mojej uwagi. Stał tam przez chwilę, ale w końcu nie wytrzymał i pobiegł w naszą stronę.
- Kiiyuko! Zaczekajcie! - krzyknął doganiając nas. Wiedziałam, że zaraz wróci. Wtem i mnie, i ich ogarnął nagły jasny blask, który oślepił i ich i mnie, bo nasze oczy już zdążyły przywyknąć do mroku.
- Co się stało? - mruknął basior, gdy wylądowaliśmy na łące. Byliśmy już w normalnym świecie.
- Midnight... Jesteśmy na terenie Watahy Magicznych Wilków. - odparła Kiiyuko patrząc zdezorientowana przed siebie.
- Zgadza się. - uśmiechnęłam się szeroko. - A teraz droga siostro przygarnij mnie do siebie, za taką milutką przysługę, jaką było przeteleportowanie was tutaj.
Popatrzyła na mnie z przerażeniem. Nasza cała trójka była znowu w formie wilczej.
- Amzuka?
- Nie. Teraz już nie. Mów mi Kazuma. Amzuki już nie ma. - syknęłam. - Przyjmiesz czy nie?
- Em... No... Dobrze. - wyjąkała. Najwidoczniej w moim towarzystwie nie była już taka odważna. Phi.
- A więc dobrze. Niech mnie nikt nie oprowadza. Dam radę sama. - rzekłam odchodząc w swoim kierunku. Kiiyuko w tym czasie oprowadzała tego Midnighta.
<Midnight? Jak nie masz pomysłów, to nie kończ.>
- Przeżyje? - zapytał z przerażeniem w oczach chłopak.
- Nie.
- Co?! Zrób coś! - wykrzyknął spanikowany.
- Po co? - zapytałam obojętnie wsiadając z powrotem na grzbiet smoka.
- Bo ona nie przeżyje!
- A co mnie to obchodzi? Jedna osoba mniej. Też mi różnica.
- Ale ona jest Alfą watahy... Nie może zostawić swoich na lodzie... Nie poradzą sobie. - załamał się. Popatrzyłam na niego z powagą.
- Alfą? Ona?
- Tak...
- Kiiyuko jak dobrze mniemam?
- Zgadza się. - rzekł niepewnie patrząc w moją stronę. Zsiadłam ze smoka. Szepnęłam mu na uchu w jego języku, że może już wracać. Leniwie gramolił się w stronę przepaści i rzucił się w dół, by następnie rozwinąć potężne skrzydła i poszybować wysoko w górę i zniknąć między chmurami. Podeszłam do różowowłosej.
- Grrr... Starsza a nie umie o siebie zadbać. - warknęłam.
- Coś mówiłaś? - zapytał chłopak.
- Nic.
Na me słowa nieznajomy odpowiedział milczeniem. Przykucnęłam przy nieprzytomnej i skupiając się na tyle, ile mogę skumulowałam całą energię w czubkach palców. Zajaśniały one bladym blaskiem. Przyłożyłam dłonie do czoła Kiiyuko i otworzyłam oczy. Zaczęła się krztusić i prędko usiadła wytrzeszczając oczy tak, że były wręcz wielkości filiżanek.
- Gdzie ja jestem? - zapytała z przerażeniem.
- W miejscu, gdzie nadejdzie dla ciebie zguba. - syknęłam. Kiiyuko popatrzyła w moją stronę. Najwyraźniej dopiero teraz zorientowała się, kogo ma obok siebie. Wstałam.
- A-Amzuka?! - wykrzyknęła. Zmarszczyłam nos z niezadowoleniem.
- Nieee... Skąd ci w ogóle to przyszło do głowy?
- Oh. Chyba cię z kimś pomyliłam. - odparła zmartwiona.
- Wstawać. Idziemy. Jeżeli chcecie sobie urządzać piknik, to nie tu. Jeżeli wam tyłki do ziemi przymarzły to trudno. - warknęłam rozdrażniona.
- Tsa... - mruknęła z niezadowoleniem dziewczyna wstając. Ruszyłam przed siebie.
- A gdzie tak właściwie nas prowadzisz? - zapytał nieufnie chłopak.
- Do takiego fajnego miejsca, w którym na pewno się zgubisz.
- Zaraz... Co?
- Jak wolisz zostać, to proszę bardzo. Jeżeli coś cię tu pożre to już nie będzie moja wina. - rzuciłam nie obracając się wcale nawet w jego stronę. Nie jest godzien mojej uwagi. Stał tam przez chwilę, ale w końcu nie wytrzymał i pobiegł w naszą stronę.
- Kiiyuko! Zaczekajcie! - krzyknął doganiając nas. Wiedziałam, że zaraz wróci. Wtem i mnie, i ich ogarnął nagły jasny blask, który oślepił i ich i mnie, bo nasze oczy już zdążyły przywyknąć do mroku.
- Co się stało? - mruknął basior, gdy wylądowaliśmy na łące. Byliśmy już w normalnym świecie.
- Midnight... Jesteśmy na terenie Watahy Magicznych Wilków. - odparła Kiiyuko patrząc zdezorientowana przed siebie.
- Zgadza się. - uśmiechnęłam się szeroko. - A teraz droga siostro przygarnij mnie do siebie, za taką milutką przysługę, jaką było przeteleportowanie was tutaj.
Popatrzyła na mnie z przerażeniem. Nasza cała trójka była znowu w formie wilczej.
- Amzuka?
- Nie. Teraz już nie. Mów mi Kazuma. Amzuki już nie ma. - syknęłam. - Przyjmiesz czy nie?
- Em... No... Dobrze. - wyjąkała. Najwidoczniej w moim towarzystwie nie była już taka odważna. Phi.
- A więc dobrze. Niech mnie nikt nie oprowadza. Dam radę sama. - rzekłam odchodząc w swoim kierunku. Kiiyuko w tym czasie oprowadzała tego Midnighta.
<Midnight? Jak nie masz pomysłów, to nie kończ.>
Od Kazumy "Love story" cz. 12 (cd. Rafael)
Leżeli na tym trawniku jak wykładzina i gapili się bezcelowo w niebo. Liczyli spadające gwiazdy. O Matko... Niedouczone dzieci nie wiedzą co to jest i cieszą się jak niemowlaki. Tarzali się po tej trawie jak świnie w błocie. Stałam sobie spokojnie w krzakach i patrzyłam, co oni tam wyczyniają.
- Słuchaj... jesteś piękną, mądrą i... kurczę aż brak mi słów.
...brzydka jak krowa. Gorszej w życiu nie widziałem. Wypala mi oczy. - dokończyłam za niego w myślach.
- Jesteś wspaniała! Twój uśmiech, twoje oczy...
...są tak okropne, że mam ochotę je wydrapać i powiesić sobie na ścianie jako ozdobę.
- ...to wszystko jest cudowne. Chciałbym móc widzieć ciebie taką już zawsze, a mówiąc zawsze...
...to mam na myśli to, że wziąłem ze sobą siekierę i zaraz skończysz swój marny żywot i będziemy mogli być razem już na zawsze. Twoje truchło będzie mi służyć jako dywanik w jaskini.
Wtedy wyciągnął jakiś naszyjnik. Tak się błyszczał, że o mało się nie porzygałam. Za dużo słodyczy na raz...
- Wyjdziesz za mnie? - zapytał zamykając oczy.
Tsa... Wyszłabym za ciebie, jeżeli widziałabym drzwi.
Wtedy przyszedł mi do głowy pewien genialny pomysł... Nim Kiiyuko zdążyła w ogóle zareagować, ja udzieliłam już głosu w jej imieniu.
- NIE! - rzuciłam uśmiechając się szeroko. Kii wyglądała na przerażoną, a Rafael na zasmuconego. I o to mi chodziło. Wyglądało na to, że mój głos jest podobniejszy do mojej siostry bardziej, niż myślałam.
- Wiem. Wyszedłem na okropnego idiotę... Przepraszam. Nie podobam ci się i...
- Rafi... - popatrzyła na niego szczerze. Tsa... I teraz będą mi się tu cmokać. Bleeee!...
- Tak?
- To nie byłam ja.
- A kto?
- Ja kurde tępoku i niewychowany wieprzu! - wrzasnęłam wyskakując z ukrycia.
- Em... Rafael, to moja siostra, Kazuma. - powiedziała niepewnie Kiiyuko wstydząc się najwyraźniej za zachowanie młodszej siostry. No i dobrze. Rafael... Zaraz. Czy to ten Rafael? Przyjrzałam mu się uważnie. On patrzył na mnie wytrzeszczając szeroko oczy. Z taką miną wyglądał jak kurczak.
- Mój tatuaż został? Pokaż pyska. - rzekłam do niego z drwiącym uśmieszkiem. Pokazał swój policzek, na którym niegdyś zostawiłam śliczne blizny.
- To wy się znacie? - zapytała zdumiona Kii.
Zignorowałam ją.
- Wyglądasz z tym tak groźnie, że przedszkolak by się zesrał. - skomentowałam.
- A ty przez ten czas wypiękniałaś i nabrałaś kolorów. Te worki pod oczami podkreślają twój charakter, a ten drut kolczasty to chyba najnowszy trend. Też chyba muszę sobie taki sprawić. Masz bardzo ładną talię. Jesteś naprawdę piękna. Koooścista z ciebie babka, wiesz?
Aż gotowałam się w środku ze złości, ale starałam się tego nie okazywać po sobie.
- No co ty nie powiesz? Zaraz będziesz miał ten pysk wciśnięty do środka tak, że wyjdzie odbytem.
- Em... Możecie się przestać kłócić? - zapytała niepewnie Kiiyuko.
<Rafi? Starzy znajomi reaktywacja! XD>
- Słuchaj... jesteś piękną, mądrą i... kurczę aż brak mi słów.
...brzydka jak krowa. Gorszej w życiu nie widziałem. Wypala mi oczy. - dokończyłam za niego w myślach.
- Jesteś wspaniała! Twój uśmiech, twoje oczy...
...są tak okropne, że mam ochotę je wydrapać i powiesić sobie na ścianie jako ozdobę.
- ...to wszystko jest cudowne. Chciałbym móc widzieć ciebie taką już zawsze, a mówiąc zawsze...
...to mam na myśli to, że wziąłem ze sobą siekierę i zaraz skończysz swój marny żywot i będziemy mogli być razem już na zawsze. Twoje truchło będzie mi służyć jako dywanik w jaskini.
Wtedy wyciągnął jakiś naszyjnik. Tak się błyszczał, że o mało się nie porzygałam. Za dużo słodyczy na raz...
- Wyjdziesz za mnie? - zapytał zamykając oczy.
Tsa... Wyszłabym za ciebie, jeżeli widziałabym drzwi.
Wtedy przyszedł mi do głowy pewien genialny pomysł... Nim Kiiyuko zdążyła w ogóle zareagować, ja udzieliłam już głosu w jej imieniu.
- NIE! - rzuciłam uśmiechając się szeroko. Kii wyglądała na przerażoną, a Rafael na zasmuconego. I o to mi chodziło. Wyglądało na to, że mój głos jest podobniejszy do mojej siostry bardziej, niż myślałam.
- Wiem. Wyszedłem na okropnego idiotę... Przepraszam. Nie podobam ci się i...
- Rafi... - popatrzyła na niego szczerze. Tsa... I teraz będą mi się tu cmokać. Bleeee!...
- Tak?
- To nie byłam ja.
- A kto?
- Ja kurde tępoku i niewychowany wieprzu! - wrzasnęłam wyskakując z ukrycia.
- Em... Rafael, to moja siostra, Kazuma. - powiedziała niepewnie Kiiyuko wstydząc się najwyraźniej za zachowanie młodszej siostry. No i dobrze. Rafael... Zaraz. Czy to ten Rafael? Przyjrzałam mu się uważnie. On patrzył na mnie wytrzeszczając szeroko oczy. Z taką miną wyglądał jak kurczak.
- Mój tatuaż został? Pokaż pyska. - rzekłam do niego z drwiącym uśmieszkiem. Pokazał swój policzek, na którym niegdyś zostawiłam śliczne blizny.
- To wy się znacie? - zapytała zdumiona Kii.
Zignorowałam ją.
- Wyglądasz z tym tak groźnie, że przedszkolak by się zesrał. - skomentowałam.
- A ty przez ten czas wypiękniałaś i nabrałaś kolorów. Te worki pod oczami podkreślają twój charakter, a ten drut kolczasty to chyba najnowszy trend. Też chyba muszę sobie taki sprawić. Masz bardzo ładną talię. Jesteś naprawdę piękna. Koooścista z ciebie babka, wiesz?
Aż gotowałam się w środku ze złości, ale starałam się tego nie okazywać po sobie.
- No co ty nie powiesz? Zaraz będziesz miał ten pysk wciśnięty do środka tak, że wyjdzie odbytem.
- Em... Możecie się przestać kłócić? - zapytała niepewnie Kiiyuko.
<Rafi? Starzy znajomi reaktywacja! XD>
Subskrybuj:
Posty (Atom)