Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 12 marca 2016

Od Suzanny "Kiedyś nadejdzie starcia czas" cz. 7

Usłyszałam szelesty w krzakach. Przybrałam pozycję bojową. Niech to... niech to... niech to... zbliżają się.
- Zu! Łap! - krzyknął Toboe. Odwróciłam głowę w jego stronę, by zobaczyć miecz, który przeleciał tuż przed moim nosem i wbił się w drzewo. Wytrzeszczyłam oczy, w osłupieniu patrząc na wystającą broń z grubej kory drzewa.
- Chciałeś mnie zabić? - syknęłam. Zaśmiał się lekko, chcąc jakoś ostudzić moją złość. Spróbowałam wyciągnąć ostrze z drzewa, chwytając zębami za rękojeść i ciągnąc do siebie. Ani drgnęła. Szelesty dobiegające zza drzew stawały się coraz wyraźniejsze, tak samo jak złowrogie teksty pieśni bojowych. Słowa brzmiały jak najgorsze przekleństwa rzucane w naszą stronę. Coraz bardziej gorączkowo szarpałam za miecz, aż w końcu przy dźwięku łamanej kory wyrwałam go na tyle nieostrożnie, że go wypuściłam ze szczęk i zatoczyłam się do tyłu.
- Tam ktoś jest! - usłyszałam głos dobiegający z odległości raptem kilkudziesięciu metrów. Obcy osobnik zaczął się szybko do mnie zbliżać. Spanikowana chwyciłam za rękojeść i gwałtownie odwróciłam się za siebie. Zrobiłam to na tyle nieostrożnie, że przecięłam policzek wrogiego wilka. Nie spodziewał się tego, bo pisnął tylko i odskoczył do tyłu, będąc w lekkim zaskoczeniu. Warknęłam do niego groźnie, wciąż trzymając w pysku broń. W głębi jednak wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że rzeczywiście go zraniłam. Taka łamaga jak ja? Jednak ja to mam szczęście. Przynajmniej to na chwilę go zatrzymało.
Już chciałam wykonać kolejny równie nieostrożny, ale i za razem skuteczny zamach ostrzem, kiedy tego przecięło na pół coś, co mogło być... kosą? Kazuma beznamiętnie patrzyła, jak wilk upada na ziemię. Zebrało mi się na wymiociny. Ona tylko drwiąco się do mnie uśmiechnęła i wymierzyła cios w kolejną postać, tym razem stojącą tuż za nią. Zaczęłam odnosić takie wrażenie, jakby ta miała oczy dookoła głowy. Zaczęła biec w stronę największej grupy przeciwników, sprawnie wywijając czarną kosą. Zabicie kogoś nie dość, że nie sprawiała jej problemu, to jeszcze uśmiechała się przy tym. Łatwość, z jaką Toboe czy Vanessa w powietrzu pokonywała wilki z watahy Asai była aż po prostu... dziwna. Czyżby byli aż tak słabi?
Zamachnęłam się po raz kolejny, widząc kolejną ciemną sylwetkę czającą się na mnie za drzewami. Odskoczył do tyłu i postanowił zaatakować kogoś innego. Unikali mnie? Nie chcieli mnie skrzywdzić? A może po prostu zaczęli się bać? Uśmiechnęłam się sama do siebie. Odwróciłam pysk w stronę dzielnie walczącego Kai'ego. Zbliżały się do niego trzy inne, niebezpiecznie wyglądające wilki.
- Uważaj! - krzyknęłam, jednocześnie rzucając czar powodujący, że z koron drzew spadały szklane igły, które powbijały się w przeciwników. Pisnęli przerażeni i zaczęli panikować, skacząc we wszystkie strony. Nagle zza drzew zobaczyłam coś jeszcze... i uświadomiłam sobie, że przecież było ich tam więcej. Zaczęłam się skradać, aby ocenić wroga pod względem liczebności... to, czy mnie zobaczą czy też nie zależy już tylko i wyłącznie od mojego szczęścia. Liście smagały mnie po całym ciele, ale starałam się to ignorować. Wszyscy byli zbyt zajęci walką, by mnie w ogóle dostrzec... tak jak ten wilk, który wcale mnie nie zobaczył i nastąpił na ostrze mojego miecza, jednocześnie rozcinając sobie łapę. Zaskoczona zatrzymałam się i z przerażeniem patrzyłam jak ten upada, nie mogąc się podnieść. Już chciałam podnieść się i zapytać, jak się czuje, pomimo tego, że nie rozpoznawałam w nim członka swojej watahy, gdy ktoś brutalnie wytrącił broń z mojego pyska. Nie obyło się bez nieprzyjemnego uderzenia w zęby i wykręcenia mi karku w bok. Ktoś musiał mieć wyjątkowo twardą skórę... Do moich oczu zebrały się łzy bólu. Przecież to tylko małe uderzenie! Przed chwilą komuś rozprułam łapę, ale i tak ubolewam nad bólem zębów?!
Wilk, który wytrącił mi miecz zwolnił i odwrócił się w moją stronę. Ostrze zrobiło mu tylko niegłębokie rozcięcie. Zaczęłam się cofać. Jestem Alfą. Powinnam być wzorem, ale nie jestem. Jestem tchórzem. Ten wilk jest ogromny. Szary, wysoki i masywny. Powodował u mnie trwogę już samym wzrokiem.
- Toż to Alfa... żałosne. Naprawdę sądziłaś, że z nami wygrasz? Że damy wam zwyciężyć?
- Ja... nie... - wydukałam, czując piekące łzy, które z coraz większą natarczywością cisnęły mi się do oczu.
- To, co widzicie teraz jest tylko przedsmakiem tego, co wydarzy się tutaj już za kilka chwil! - zaśmiał się złowieszczo, a następnie wymierzył cios łapą, zakończoną długimi pazurami. W jednej chwili zapomniałam o wszystkich manewrach, które mogłam wykorzystać w tej sytuacji i które wyćwiczyłam w wolnym czasie, bądź nauczyłam się w szkole. Odskoczyłam, nie mając niczego w głowie prócz chęci ucieczki, jednocześnie czując jak łzy spływają po moich policzkach, a łapy się trzęsą. Nie dam rady. Ma rację. Jestem żałosna.
- I to ciebie mają czelność traktować za wzór? Z taką przywódczynią nie mają nawet cienia szansy na zwycięstwo! Zmiażdżymy was, rozumiesz?!
- NIE! - wrzasnęłam rwącym się głosem.
- Głupia s*ka... - warknął, a wtedy zza niego zaczęły wybiegać setki wilków czarnych jak noc. Biegły z zawrotną prędkością w stronę Zielonego Lasu. Opuściłam uszy, patrząc na to załzawionymi oczami. Omijały nas. Chciały tylko pozabijać wszystkich członków Watahy Magicznych Wilków i przejąć tereny. A ja nie mam dość siły, by to zatrzymać. Nie potrafię. Nie umiem. Wrzasnęłam boleśnie, dając już całkiem upust łzom na co szary basior się zaśmiał. Tak się poniżyć... tak ośmieszyć... Teraz dostrzegłam, że w stronę terenów pędziły nie tylko wilki, a także różnego rodzaju demony, zjawy czy inne zmory. Najgorsze koszmary, potwory tak okropne, że aż strach na nie patrzeć. Wrzasnęłam po raz kolejny, jakby wierząc, że usłyszą to i zaczną uciekać, ale wrogowie zdawali się tego nie słyszeć. Basior wciąż patrzył na mnie triumfalnie.
- I co? Wciąż jesteś tak pewna swego?
Już nie wytrzymałam. Zrobiłam ostry zwrot i skoczyłam w wir czarnych wilków. Zdrętwiałe mięśnie nie pozwoliły mi poruszać się tak szybko, jak doskonale wyszkoleni wojownicy Asai, więc szybko zostałam mocno uderzona przez czyiś bok w głowę. Zatoczyłam się w przeciwnym kierunku, obrywając tym razem w pysk czyjąś łapą. Krzyknęłam, tracąc grunt pod łapami. Wszystko zawirowało, a ja upadłam. Mój głos poniósł się echem po całym lesie, jednak wiedziałam, że każdy ratował swoją skórę i nie mógł przyjść i mi pomóc. Na szczęście wylądowałam tuż za dość wysokim kamieniem, dlatego też uderzeń było mniej, niż jakbym leżała rozłożona na ścieżce. Zacisnęłam powieki. Czułam na sobie ciężkie łapy biegnących wilków i szpony innych bliżej niezidentyfikowanych istot. Jeden nieostrożny ruch i moje łapy mogły być wykręcone w różne nienaturalne strony. Kiedy w końcu usłyszałam charakterystyczne chrupnięcia, załkałam cicho. Czułam kolejne okropnie bolesne uderzenia. Ledwo utrzymywałam przytomność. Trochę ze strachu, a trochę z bólu... właściwie sama nie wiedziałam. Zrastanie się kości było tak samo bolesne, jak łamanie. Cała drżałam.
Uchyliłam oczy, by zobaczyć chyba najokropniejszy widok, jaki przyszło mi dotychczas ujrzeć. Gdzieś tam, miedzy szerokimi piersiami wilków Asai dojrzeć można było członków mojej watahy. Dzielnie rzucali się do gardeł przeciwników, aby być od tyłu zaatakowanym przez kogoś innego. Krew lała się strumieniami, a moi przyjaciele... a raczej koledzy słabli w oczach. Na jednego przypadało dziesięć mrocznych pysków. Upadali w zabójczym tempie. Chyba wolałam nie wiedzieć, jak zmasakrują resztę niewyszkolonych wilków, a tym bardziej szczeniaków... wątpiłam, aby chcieli zabierać zakładników. Zacisnęłam powieki, by za chwilę je ponownie otworzyć i popatrzeć na bijatykę. To jest wojna. Nie ma co się łudzić. Trzeba walczyć. Jestem Alfą i nie mogę ich tak zostawić. Muszę walczyć do ostatniej kropli krwi. Muszę się podnieść i stawić czoła wyzwaniu. Powoli, na wciąż roztrzęsionych łapach podniosłam się do góry...
Nagłe szarpnięcie. Przeszywający ból. Upadek. Widok ziemi i własnej krwi wypływającej z żył. Tak właśnie musi się czuć wilk trafiony włócznią. Poczułam łzę spływającą po moim pysku, która zmoczyła ziemię, do której miałam przyciśnięty nos. Miałam szeroko otwarte oczy, a usta rozdziawione. Wciąż nie bardzo rozumiałam, co właśnie się stało. Czy ja...? Z pyska wypłynął mi gęsty strumień krwi. Umieram...? Niezdolna do wrzasku lub wydania jakiegokolwiek dźwięku po prostu tak leżałam, a raczej na wpół wisiałam. Grot włóczni wbity był w ziemię. Żebra, które były przez nią przebite musiały pęknąć, bo moje ciało bezwładnie zsunęło się w dół. Teraz całkiem leżałam na ziemi. Jednak nie traciłam świadomości. Było mi tylko słabo. Bardzo słabo. Nie mogłam się nawet ruszyć.
- Głupiutka lasia teraz sobie zdycha, co? Myślała, że będzie panią świata, co? - kpiła jakaś wadera z wyjątkowo piskliwym głosikiem. Moje ucho wyłowiło jej głos, pomimo powszechnego chaosu.
- Dobijamy, stary? Już nie wstanie, a jej ojczulek będzie się przewracać w grobie - zaśmiał się jego towarzysz. Kątem oka zobaczyłam, że się do mnie zbliżają. Mają nawet czelność żartować z mojej rodziny... a ja nic nie mogę z tym zrobić. Stoczyłam się na same dno. Nagle poczułam roztaczające się po całej klatce piersiowej zimno. Moje serce przestało bić. Wiedziałam jednak, że jestem nieśmiertelna i co najwyżej zaraz stracę przytomność... jednak to się nie działo.
Oślepiający blask. Pisk przerażonej wadery i huk spowodowany miotaniem najbliżej stojących ciał. Moje oko wyłowiło tylko jakiś jasny zarys postaci, która emanowała mocą. Jednym ruchem sprawiła, że pozornie silni przeciwnicy lądowali kilkadziesiąt metrów dalej. Ja jednak skupiłam się na blasku. Na wpół przytomna wydałam z siebie bezgłośny krzyk...
"Tatusiu kochany! Mój braciszku! Idę do was!"
 ***
Zapach krwi. To była pierwsza rzecz, która do mnie dotarła po przebudzeniu.
- Gdzie... - mruknęłam zachrypniętym głosem, delikatnie rozchylając powieki. Prócz cienką, jasną smugą jasności nie zobaczyłam nic więcej. Niemiłosiernie bolała mnie głowa, jednak nie czułam nic poza tym. Znowu zamknęłam oczy, jednak nie traciłam przytomności.
- Gdzie jestem? - powtórzyłam już nieco wyraźniej. Nikt mi nie odpowiedział. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że było mi zimno, a ja znajdowałam się na cudzych łapach. Ktoś mnie niósł... usłyszałam szum drzew i krzyki dobiegające gdzieś z dołu. Drgnęłam odruchowo. Musiałam się znajdować na dość dużej wysokości.
- Ciii... spokojnie... nic się nie dzieje... - usłyszałam delikatny, miły dla uszu głos. Otworzyłam oczy z bijącym sercem. Ujrzałam pysk na wpół widocznego wilka. Wyglądał niemalże identycznie jak ja... różniło nas może to, że on posiadał skrzydła i był jednolicie biały... no i nie posiadał źrenic ani tęczówek. Wyglądał również na silniejszego. Myślałam, że zaraz sturlam się z jego łap i spadnę gdzieś w dół. Zamiast tego cała zesztywniałam i po prostu w osłupieniu się w niego wpatrywałam. Bałam się nawet zapytać, kim jest.
- Uratowałem cię... - uśmiechnął się lekko, jakby bał się, że mnie spłoszy. Ja jednak wciąż nie spuszczałam z niego wzroku. Nawet nie śmiałam mrugnąć. Był dla mnie jak iluzja, która może zaraz zniknąć, a ja lada moment obudzę się ze snu. - Nie wygraliście bitwy, ani też nie przegraliście. Wszystko będzie zależało od twoich łap.
Wciąż milczałam. Nawet przestałam oddychać. Nie wiedziałam, co w ogóle o tym myśleć. Wyglądał olśniewająco na tle gwiaździstego nieba. Nagle ciszę przerwał rozpaczliwy wrzask dobiegający gdzieś z dołu. Ze strachu wykonałam taki ruch, że tym razem już rzeczywiście spadłam. Zacisnęłam oczy i oczekiwałam na gwałtowne uderzenie.
Tak jednak się nie stało, a ja słysząc syk i zatrzymanie się powiewu wiatru. Poczułam grunt pod łapami. Otworzyłam jedno oko, a później drugie. Znajdowałam się na Cmentarzu? Ale... jakim cudem? Odpowiedzi na to pytanie akurat nie mogłam znaleźć w żaden logiczny sposób. To, co wydarzyło się przed chwilą musiało mi się przyśnić... tylko zastanawiające było to, dlaczego stałam, zamiast leżeć. Ból głowy wciąż nie ustawał. Musiałam oberwać mocniej, niż myślałam. A może nie było żadnej wojny? To wszystko mi się wydawało? Zaśmiałam się pod nosem, a następnie obróciłam się za siebie. To, co zobaczyłam, po prostu wbiło mnie w ziemię. Nad nagrobkiem lewitował kolejny duch, z równie wielkimi skrzydłami, co ten poprzedni. Jednak ten był kimś innym. Poznałam go dopiero po chwili. Tyle czasu minęło... Mogłam go sobie już i równie dobrze przeobrazić w swoich wspomnieniach.
- Suzi... moja Suzi... - szeptał, zbliżając się do mnie. Stałam tak i na niego patrzyłam. Chyba naprawdę porządnie mi się przewróciło w głowie. Jednak nie chciałam, aby to się kończyło. Wolałam tutaj zostać, niż wracać na bitwę. - Nie płacz...
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że po moich policzkach spływają kolejne, wielkie jak grochy łzy.
- Wiem, że jesteś silna i ty również musisz to zrozumieć. Jesteś moją córką i nie możesz się poddać. - Patrzyłam na niego, mając coraz większą pewność, że jego słowa są szczere i płyną z głębi serca. - Nawet sobie nie zdajesz z tego sprawy, jak bardzo w ciebie wierzę. Nie możesz się bać, bo ja zawsze będę u twojego boku i będę cię chronił, nawet jeśli mnie nie widzisz.
Aż cisnęło mi się na usta, by wtrącić, że jednak pozwolił, aby była przebita włócznią, jednak tęsknota za tatą była zbyt silna. Zrobiłam krok w jego stronę. Pozbyłam się całego wrażenia, że to może być pułapka, a ja jak głupia dałam się nabrać. Nawet jeśli to tylko sen, to i tak uważam, że jest wystarczająco piękny, by się w nim zatracić bez reszty. Tyle myśli przepływało przez mój umysł jednocześnie, że nie mogłam uchwycić chociażby jednej z nich.
- Tato... mam ci tyle do opowiedzenia... - wyszeptałam.
- Nie musisz niczego mówić. Ja o wszystkim wiem - zapewnił, ale ja już wtuliłam się w jego pierś. Nie była do końca materialna, tylko chłodna, ale za to futro, które je porastało i było poruszane przez niewidzialną siłę, było niebiańsko miękkie. Pachniał (a może to sobie tylko ubzdurałam?) tak samo, jak jeszcze za życia.
- Ale chcę...
- Nie ma czasu, nasi przyjaciele giną. Musisz być silna córeczko, wiem że dasz sobie radę. Zawsze dawałaś.
- To tylko pozory... - mruknęłam. Nie chciałam go puszczać. Było mi tak dobrze. Trochę jakby czas stanął w miejscu.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale to naprawdę ważne - usłyszałam ponownie głos drugiego skrzydlatego basiora. Zesztywniałam. - Jeśli zaraz tam nie pójdziesz, twoja wataha legnie w gruzach już na zawsze.
Zapanowała cisza. Musiał stać jakieś pół metra za mną i oczekiwał na odpowiedź. Ta jednak wypłynęła nie z moich ust, a z ust Rafaela.
- Słyszysz? Twój brat dobrze ci radzi. Powinnaś już iść.
Brat? Mój brat? Czy to był Michael? Czy to był naprawdę on? Obróciłam w tamtym kierunku głowę. Jego puste oczy nakierowane były na mnie... ale dopiero teraz do mnie dotarło, że to mogła być prawda. W końcu nie żyje... od zawsze. Ale jak widać będąc duchem dorósł. Mój starszy brat. Michael.
- Nie potrafię. - odpowiedziałam krótko, całkowicie przekonana, że mam rację. Michael popatrzył na tatę błagalnym spojrzeniem, na co ten skinął głową. Nim zdążyłam się zastanowić, co właśnie sobie przekazali, poczułam ukłucie w sercu i chłód ogarniający całe ciało. Wokół zerwała się wielka wichura, a ja odczuwałam silne pulsowanie w żyłach. Świat stał się dużo wyraźniejszy, a ból głowy ustał. Oderwałam się od piersi taty i uniosłam lekko w górę. Nie dotykałam ziemi łapami. Nie panowałam nad tym. Nie panowałam nad sobą. Ten tylko patrzył z dołu i uśmiechał się do mnie. Z prędkością godną błyskawicy, zostawiając za sobą jasną smugę poleciałam na miejsce bitwy. Zajęło to raptem ułamek sekundy. Co się działo? I dlaczego? Miałam wyczulone zmysły. Wilki patrzyły na mnie w osłupieniu. Nie tylko te czarne, ale i również moi "podwładni". W jednym momencie wszystko ustało, a część osób zaczęła uciekać w popłochu.
Co się działo? Dlaczego uciekają? Dopiero teraz spostrzegłam, że posiadam skrzydła, takie same, jakie wcześniej miał Michael. Czy on...? Panuje nade mną...? Zamachnęłam się nimi, powodując trzęsienie całej ziemi i olbrzymi podmuch wiatru, który zmiótł z ziemi część przeciwników. Wilki z Watahy Magicznych Wilków stały niewzruszone. Demony, które stały gdzieś między drzewami, rzuciły się w moim kierunku, ale wtedy wyczarowałam (a raczej Michael w moim ciele) srebrną kosę, która unosiła się kilkadziesiąt centymetrów ode mnie. Siłą woli wzięłam nią zamach i przecięłam na pół przeciwników. Jeszcze kilka ciosów, a te rycząc rozpłynęły się w czarnej mgle.
Zaledwie sekundę później odwróciłam się za siebie, by ujrzeć stado zbliżających się mutantów. Wtedy poczułam gorąco ogarniające moje ciało, a później jeszcze większy przypływ mocy. Z mojej piersi wydobył się strumień blasku, który po prostu spowodował, że istoty mroku się w jednej chwili spaliły. Gdzieś w oddali usłyszałam krzyki "odwrót!", ale zaraz po tym poczułam, że opuszczają mnie wszystkie siły, a ja opadam na ziemię. Tym razem leżałam. Nie mogłam się podnieść. Wiedziałam, że już jestem sobą. Od razu podbiegł do mnie Toboe.
- Zu! Słyszysz mnie? ZU! - obróciłam głowę w jego stronę, a następnie zapytałam drżącym głosem:
- Wygraliśmy?
Dostrzegłam ledwo widoczny zarys Michaela, który majaczył się metr nad moim przyjacielem. Skinął głową, uśmiechając się lekko, po czym zniknął.
- N-nie wiem... - odpowiedział basior. Mrużył jedno oko, z rozciętego policzka kapała krew. Jedną łapę miał nienaturalnie położoną na ziemi. Musiał ją złamać. Wstałam, stękając cicho. Zakręciło mi się w głowie, ale postanowiłam, że będę silna. Tak jak mówił tata.
- Musimy wracać - oznajmiłam do kilkunastu pozostałych żołnierzy. Chyba nawet bali się zapytać, co działo się ze mną jeszcze kilka chwil temu. Może i to nawet lepiej, bo nawet ja co do tego miałam wątpliwości. Wtedy minęło nas kilkadziesiąt wilków Asai uciekających w popłochu z powrotem na swoje tereny. Czyżbym aż takiego narobiła im stracha? Odwróciłam się w przeciwną stronę, puszczając wrogów wolno, bo i tak wiedziałam, że teraz już nie jestem w stanie zrobić im żadnej krzywdy i szybko ruszyłam w kierunku Wrzosowej Łąki, na której zapewne rozegrała się główna bitwa. Wciąż namyślałam się nad tym, dlaczego sprawa potoczyła się tak, a nie inaczej, jednak starałam się skupić na tym, aby nastawić się na to, co zobaczę.
Stanęłam na skraju łąki i ujrzałam dokładnie to, czego się spodziewałam. Wilki za równo te obce, jak i całkiem znajome leżały na wpół dychające lub całkiem martwe. Większość z nich była śmiertelnie poraniona. Trawa zroszona była krwią i miejscowo całkiem powyrywana bądź wypalona, zapewne przez walkę żywiołów. Słońce już wzeszło. Prowadziliśmy zacięty bój przez dobre kilkanaście godzin... Ja znaczną część musiałam ominąć. Wyglądało na to, że byłam dłużej nieprzytomna, niż wcześniej myślałam. A może czas po prostu płynął dla mnie szybciej?
- Asai! - usłyszałam krzyk Kai'ego, który wyrwał mnie z zamyślenia. Dobiegał gdzieś z oddali. - Asai nie żyje!
Przez chwilę zapanowała cisza, a później rozległy się triumfalne okrzyki. Otworzyłam szerzej oczy. Przecież ona była nieśmiertelna. Nie mogła umrzeć. To było niemożliwe. Obróciłam się, by zorientować się, iż Kai zdążył stanąć tuż za mną.
- Jak to? - zapytałam zdumiona.
- Widziałem ją po drodze. Twój promień ją zabił. Miałem duży problem z rozpoznaniem jej. Pomógł dopiero mój żywioł. Zmasakrowałaś ją. Nie wiem, jak, ale to ci się udało. - oznajmił z powagą. Zrobiło mi się niedobrze. Ja... Siła, jaką otrzymałam od brata musiała być potężniejsza, niż podejrzewałam. Na nowo obróciłam się w stronę Wrzosowej Łąki, by dostrzec, że niektóre kamienie ze szczytu spadły na dół miażdżąc niektóre osoby. Wolałam nie wiedzieć, co się stało w większym promieniu od miejsca, gdzie owej mocy użyłam.
- Czyli wygraliśmy... - powiedziałam, obserwując wilki, które już się opatrywały i pomagały nawzajem. Wszyscy wyglądali na wyczerpanych.
- Na to wygląda - odpowiedział były przyjaciel mojej mamy. Wzięłam wdech i wydech, a następnie zbiegłam na centrum łąki. Na nim wylądował już wcześniej jeden ze śmiertelnych kamieni, więc postanowiłam zrobić sobie z niego podwyższenie.
- Posłuchajcie wszyscy! - wykrzyknęłam. Sama nie wiedziałam, co miałabym mówić, lecz poczucie obowiązku kazało mi coś powiedzieć. Zmarnowane pyski obróciły się w moją stronę. Przełknęłam ślinę i nerwowo przeniosłam ciężar ciała na drugą łapę. - Wygraliśmy z Watahą Asai! Po raz kolejny! Tym razem jednak udało nam się unicestwić przywódczynię naszego wroga! Jednak nie możemy tracić czujności! Jest szansa, że znajdą innego, lepszego władcę, który będzie chciał się zemścić!
- A co ją zabiło? - zapytała Kirke. Popatrzyłam na nią przez chwilę, nie wiedząc co powiedzieć, po czym kontynuowałam tak, jakbym w ogóle nie usłyszała pytania:
- Musimy zbierać siły, bo mogą ponownie uderzyć lada dzień! Sami możecie zobaczyć, jakie szkody wyrządzili! Nasza wataha osłabła, a ich? Ich jest kilkakrotnie więcej i bez problemu zdobywają nowych członków! A my? - zadałam pytanie retoryczne. Niektórzy spuścili głowy. - Ja przynajmniej wiem jedno! Tą jedną rzeczą jest to, że nie możemy się poddać! Rozumiecie? Nigdy! Jesteśmy magicznymi wilkami, a wilki z tych stron słyną ze swojej niezłomności! Na dzień dzisiejszy to wszystko, co chciałam wam przekazać! Mam nadzieję, że weźmiecie te słowa sobie do serca! A teraz oddajmy hołd poległym!
Jak na zawołanie część wilków zaczęła wyć, na co pozostałe zaczęły odpowiadać tym samym, w tym również ja. Po zakończeniu naszego tradycyjnego rytuału, sprawnie zeskoczyłam z kamienia i ruszyłam slalomem między zmasakrowanymi ciałami. Z bliska wyglądało to jeszcze gorzej, niż z bliska. Powstrzymałam mdłości i szłam dalej z wysoko uniesioną głową.
- Co się stało z Asai? Kto ją zabił? - niespodziewanie doskoczyła do mnie ta sama niebieska wadera, co wcześniej. - Odpowiedz! Nie powinien być jakoś wynagrodzony? Przecież z tego co mi wiadomo ona od lat niszczyła nam watahę!
- Nie ma takiej potrzeby - odpowiedziałam krótko.
- To na pewno dzięki temu wygraliśmy! Przecież to może znaczyć, że mamy kogoś, kto ma zdolności do zabijania nieśmiertelnych. Z tego, co wyczytałam w księgach to niezwykle rzadka umiejętność, która trafia się raz na milion! Powinniśmy się ukrywać!
- Ale jesteśmy skromną watahą, więc i tak nie będziemy tego rozgłaszać gdzie popadnie.
- A ty jak zawsze... robisz wszystko po swojemu. Czy ty kiedykolwiek w ogóle bierzesz pod uwagę nasz głos? Czy patrzysz tylko na swój? Gdyby Asai nie przepadła, twój nieprzemyślany plan legł w gruzach i wszyscy byśmy zginęli! - mówiła przyciszonym głosem, jednak wyczuwałam w nim złość. Zatrzymałam się i obróciłam w jej stronę.
- Tak?! A co ty sobie myślisz?! Że bycie Alfą to coś przyjemnego?! Że to łatwe?! Że kiedykolwiek chciałam być przywódczynią stada?! Jeśli tak, to byłaś w głębokim błędzie! Chcę dla was jak najlepiej, rozumiesz?! Ciekawi mnie tylko, jak ty byś się sprawdzała jako Alfa! Czy też zawsze podejmowałabyś najsłuszniejsze i najlepsze decyzje spośród wszystkich możliwych i zawsze trafne!
Patrzyła na mnie szeroko otwartymi, lśniącymi oczami, po chwili odpowiedziała o dziwo krzycząc:
- Fakt, ale przynajmniej moje decyzje nie były takie, że zabijałyby połowę watahy! Generalnie zginęłabym tylko ja! Myślisz, że też nie martwię się o watahę?! To mój dom! I nie wybaczyłabym sobie gdyby tyle wilków zginęło przez mój plan i ty też powinnaś!
- Ale jest jak jest, rozumiesz?! Nie ma osoby bez skazy! Możesz sobie o mnie myśleć co chcesz, ale ja mam głęboko gdzieś twoje zdanie! Możesz nawet mnie obgadywać gdzie tylko zechcesz! Mówić co chcesz! Możesz nawet stąd odejść! Mnie to wszystko jedno! Nie myśl sobie, że ty jesteś jedyną pokrzywdzoną przez los! Kiedy ma się tą cholerną świadomość, że to wszystko co na ciebie spada jest twoim obowiązkiem i winą za razem, to życie wcale nie jest takie proste! A teraz idź i zostaw mnie łaskawie w spokoju!
Nie czekając na odpowiedź ruszyłam biegiem do swojej jaskini. Musiałam to wszystko przemyśleć i oszacować straty. Łomoczące serce i zszarpane nerwy w niczym mi nie pomogły. Nim rzuciłam się na swoje "łóżko" zorientowałam się, jak bardzo roztrzęsione łapy miałam.
Mam tego dosyć. Nie wytrzymam ani dnia dłużej. Michael byłby dużo lepszym przywódcą ode mnie. Nie sprawiłby, aby wataha niemalże upadła. Zaczęłam płakać.

Od Kai'ego "Watson, mamy problem! Cały świat się wali!" cz. 4 (cd. Sierra)

Sierra śmiała się ze mnie i mojej wyjątkowo głupiej miny przez najbliższe dwie minuty. Ledwo trzymała się na łapach, a nawet miała problem ze złapaniem oddechu. Nie wiedziałem, co zrobić, ani tym bardziej powiedzieć, więc wciąż patrzyłem na nią z lekko przechyloną głową, oczekując, aż ta skończy. Niespodziewanie wzięła głęboki oddech, sprawiając wrażenie osoby, która się zachłysnęła powietrzem. Potem jej wzrok zatrzymał się na mnie.
- Kai?
Jej błyszczące pomarańczowe ślepia były szeroko otwarte. Patrzyły nieruchomo na mnie. Niespokojnie zastrzygłem uchem, jakbym obawiał się, że ta powie coś, czego raczej słyszeć bym nie chciał. Ja również patrzyłem na nią szeroko otwartymi oczyma.
- Czy chcesz mi udzielić odpowiedzi na pytanie: "Kimże jest tan Watson"? - zapytałem, przerywając niezręczną ciszę.
- Nie - pokręciła przecząco głową. Wypuściłem z płuc część zalegającego powietrza, wciąż jednak oczekując na to, aż dokończy swoją myśl. - Czy ty... Czy ty kiedyś byłeś w mieście?
- Nigdy. Nie potrafię przemieniać się w człowieka. - Już całkiem wypuściłem powietrze i przymrużyłem oczy, wciąż patrząc na nią w taki sposób, jakbym chciał ją przejrzeć na wylot. - A czy to ma coś do Watsona?
Mruknęła tylko potakująco i podniosła wzrok ku górze, do nieba. Przez ułamek sekundy również tam popatrzyłem, ale zdając sobie z tego sprawę, że niczego tam nie ma, dalej patrzyłem na nią, marszcząc brwi. Chcąc nie chcąc zrobiłem coś, czego nie miałem okazji czynić od naprawdę dawna. Stało się to mimowolnie. Szczerze mówiąc trochę mi tego brakowało.
Jak to jest nie zmieniać się w człowieka? Chyba żywot w ciele wilka jest bardzo męczący... jak on to znosi? Raczej nie wygląda na kogoś, kto się tym szczególnie przejmuje. Nie może chodzić po zapełnionych ulicach za równo śmieciami, jak i spacerującymi ludźmi, nigdy nie zajrzy przez szybę wystawy sklepowej... Nawet nie ma pojęcia, kim jest Watson. Nie posiada podstawowej wiedzy dziecka... ludzkiego. Swoją drogą, Watson? Czemu nie? Kai Watson?
Uśmiechnęła się lekko na tą wizję, a później cicho zachichotała. Patrzyłem na nią bez wyrazu, jedynie lekko unosząc brew ku górze. Nie miała zielonego pojęcia, że właśnie zajrzałem do jej głowy i mogę dowolnie czytać jej myśli, a nawet przeglądać wspomnienia. Ja z kolei nie bardzo wiedziałem, kimże jest ten cały Watson, choć i równie dobrze mógłbym wyciągnąć również i te informacje z jej głowy.
- A chciałbyś? A chciałbyś kiedyś pójść do Miasta? - zapytała po chwili.
- Nie. Co najmniej na razie. - odpowiedziałem, mając przed oczami wizję jednego ze spacerów Sierry po Mieście. Brak wszechobecnej zieleni chyba jednak zabolał najbardziej. Nie kręciły mnie zbytnio te wszystkie ludzkie zwyczaje. Lekko wzdrygnąłem się dostrzegając gdzieś w oddali plującego nastolatka, prosto pod nogi niczego nieświadomego biznesmena. Sierra pokręciła lekko głową, najwidoczniej nie rozumiejąc mojego rozumowania. Wizja jednak trwała dalej, więc byłem nieco oszołomiony, kiedy ta pod moją nieuwagę i całkowite zapatrzony w jej wspomnienia, ta zaczęła odchodzić, jednocześnie rozrywając moje połączenie z jej umysłem. Teraźniejszość uderzyła mnie zdecydowanie zbyt mocno. To trochę tak, jakby ktoś mnie nagle spoliczkował. Z ciepłego popołudnia na rozgrzanym chodniku z powrotem wylądowałem na Wschodnim Klifie spowitym w ciemnościach. Zamrugałem tylko kilkakrotnie oczami, a później wykonałem ostry zwrot w przeciwnym kierunku. Szybko wypatrzyłem smukłą sylwetkę znikającą już mi z oczu. To musiała być ona. Szybkim krokiem skierowałem się w ten sam kierunek. Schodziła na Wschodnią Plażę. Sam nie wiedząc dlaczego, chciałem pójść tam razem z nią. Tak więc postąpiłem. Już chwilę później stanąłem tuż obok niej. Moczyła łapę w dotychczas gładkiej tafli wody. Zaskakujące było to, że nawet prąd nie tworzył chociażby delikatnych fal, jakie były całkowicie normalne na Plaży. Może tutaj panował inny sposób bytu? Albo to kwestia pogody? Sam nie wiedziałem, bo nigdy jakoś szczególnie nie fascynowałem się przyrodą i tym, co w niej zachodzi każdego dnia. Prawdę mówiąc interesowało mnie tylko to, gdzie zwykle bywał potencjalny obiad i wilki, z którymi mógłbym porozmawiać... choć tą drugą czynność ostatnimi czasy wykonywałem wyjątkowo rzadko. Popatrzyłem w kierunku, gdzie na niebie wisiał srebrny księżyc. Wyciągnąłem szyję, by niespodziewanie zostać porażonym pierwszymi promieniami słońca. Kryły się one najwidoczniej za potężną skałą będącą nie niczym innym jak Klifem.
- Wygląda na to, że zaraz zacznie się kolejny dzień... - mruknąłem niby to do siebie. Ziewnąłem, przypominając sobie o zmęczeniu, jednak wiedziałem, że nawet to nie pozwoli mi zasnąć. Popatrzyłem na waderę, która zdawała się być nieobecna.
- Sierra? Słyszysz mnie?
Popatrzyła na mnie, uśmiechając się złośliwie.
- Tak, głuptasie. Nie ogłuchłam.
Niespodziewanie wzięła zamach łapą i tym samym powaliła mnie do wody. Tego się nie spodziewałem. Przed moim pyskiem zawirowały pęcherzyki powietrza, a do oczu wdarła się słona woda. Spróbowałem wziąć wdech, ale to nie skończyło się dobrze. Kiedy poczułem, że moje płuca napełniają się zawartością morza, obudził się odruch panicznego ratunku swojego życia. Wynurzyłem się z wody, krztusząc się i nie mogąc złapać oddechu. Sierra miała ten sam problem, ale dlatego, że śmiała się z mojego zmieszania. Chcąc się wyjątkowo brutalnie zemścić, podciąłem jej łapy, przez co chlupnęła do wody. Przymrużyłem już zakażone i lekko zaczerwienione oczy. Czułem, że mi puchną, ale starałem się to ignorować. Kiedy samica się wynurzyła, jednak wybuchnęła śmiechem. Ja również odpowiedziałem tym samym. Czułem, że po moich policzkach spływają łzy. Najwyraźniej pilnie potrzebowałem odsolenia gałek ocznych.
- Woda to zło - oznajmiłem, wciąż lekko się śmiejąc. Ta na to dobitnie potwierdziła moje zdanie, kiwając głową. Kropelki wody, które zatrzymały się na jej długich, ciemnych włosach teraz ochlapały mój pysk. Niespodziewanie poczułem ból w klatce piersiowej. Trochę, jakbym nagle coś sobie podświadomie przypomniał... lecz nie potrafiłem sobie przypomnieć, co to mogło być. Po chwili sobie uświadomiłem. Zesztywniałem, szeroko otwierając oczy. Zacząłem patrzeć w wodę. Gdzieś w kierunku Sierry, lecz nie całkiem. Przestałem oddychać. Nari. Powiedziałem to również Nari. Poczułem piekący ból w klatce piersiowej, jakbym połknął ogień. Ból ogarniający serce i umysł. Zacząłem mieć coraz większą pewność, że nie uwolnię się od niej do końca swojego marnego żywotu. Ona była wszędzie. W każdym nieprzemyślanym słowie, w każdym spontanicznym czynie... Po moim policzku spłynęła kolejna łza, tym razem z żalu. Sierra jednak nie mogła tego zobaczyć, bo wciąż byłem cały mokry.
- Co jest? Ktoś cię zahipnotyzował czy się zawiesiłeś? - zakpiła. Wciąż nie podnosząc wzroku odpowiedziałem:
- Wybacz, ale muszę już iść...
- Gdzie?
- Zgłodniałem... idę coś upolować - wymyśliłem na szybko wytłumaczenie, podnosząc tym samym wzrok na nią i uśmiechając się lekko. To było kłamstwo. Po prostu chciałem pobyć trochę sam. Potrzebowałem tego teraz. Potrzebowałem ucieczki. Już i teraz.
- To idę z tobą - uśmiechnęła się szeroko - W kupie raźniej. Może upolujemy coś więcej. W końcu zespół polowań ostatnio wyjątkowo się obija.
- Ja... - zacząłem cichym i drżącym lekko głosem, ale ciąg dalszy już był powiedziany mocnym i stanowczym tonem - Nie trzeba. Dam radę sam.
- Ja też jestem głodna. Nie daj się prosić. Idziemy - zaśmiała się. Nie miałem już jak się wycofać. Łapy trzęsły mi się jak oszalałe, chcąc się zerwać do ucieczki.
- Zimno ci? - zapytała.
- Um... t-tak - mruknąłem.
- W takim razie pogoń za sarenką dobrze nam zrobi. Rozruszasz się i będzie ci cieplej - po tych słowach otrzepała się z wody. Ja również zrobiłem to samo, chociaż najchętniej zaszyłbym się w najbliższej jaskini. Pewna siebie zaczęła się wspinać w górę, więc ruszyłem w ślad za nią. Nie zanosiło się na to, aby odpuściła mi w najbliższym czasie. Obróciła się w moją stronę i oznajmiła jak gdyby nigdy nic:
- Masz czerwone oczy.
- Wiem - odpowiedziałem krótko. Mrugałem często nie tylko dlatego, że niemiłosiernie mnie one piekły. To również dlatego, że nie chciałem płakać.
***
Kilkanaście minut później już staliśmy w Zielonym Lesie. Sierra poleciła mi stanąć w południowej części łąki, w gęstych krzakach, w których nie ma szans, abym był dostrzeżony. Ona miała zaatakować jako pierwsza, a ja miałem wystartować w momencie, kiedy ona zwróci na siebie uwagę tłustej sarny. Oddychałem płytko, wciąż mając wodę w płucach. Bolało. Zbyt duża aktywność może się źle skończyć. W końcu nie wiem, czy niewykrztuszenie jej może być śmiertelne. Właściwie nie bardzo mogłem znaleźć powody do życia... niby miałem kilku przyjaciół, a dla watahy każdy członek był ważny... lecz nic poza tym. Miłość już mnie nie obchodzi. To trwale złamało mi serce. Moje dzieci powinny teraz kończyć rok, a ja nie widziałem ich od dobrych kilku, może kilkunastu miesięcy... już straciłem rachubę. I to jest właśnie najgorsze. Mimo, że to było dość dawno, to i tak ból jest wciąż tak samo wyraźny, jaki był w dniu, kiedy Nari oświadczyła, że odchodzi i nie zamierza wracać.
Przymrużyłem spuchnięte oczy, próbując dostrzec coś więcej prócz rozmazującego się już po kilku sekundach obrazu. Kręciło mi się w głowie. Zobaczyłem, że Sierra wystartowała. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, więc ja ruszyłem już chwilę później, atakując zwierzę od tyłu. Uczepiłem się pazurami jej grzbietu, a zęby wbiłem w szyję. Wykonała gwałtowny ruch głową, próbując mnie strącić, ale straciła równowagę i upadła wprost na mnie. Pisnąłem pod naporem jej ciężaru, ale na szczęście zdechła już chwilę później. Straciłem dech w piersi.
- Widzisz? Już mamy piękne śniadanie - oznajmiła triumfalnie Sierra. Na szczęście moja towarzyszka sprawnie chwyciła drgające jeszcze ciało i częściowo ściągnęła ze mnie, dzięki czemu bez problemu mogłem się podnieść. To jednak wystarczyło. Wystarczyło, abym zaraz po podniesieniu się upadł i wpadł w objęcia ciemności.

<Sierra?>