Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiiyuko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiiyuko. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2017

Od Kiiyuko "Co do..." cz. 4

 Najprawdopodobniej lato 2017 r.
Kilka godzin temu byłam w szpitalu. Chciałam zobaczyć, w jakim stanie są jest dwójka poszkodowanych członków watahy. Nikt dokładnie nie wiedział, co się stało. O ile w przypadku Astrid było oczywiste, że została zaatakowana, tak Kazuma pozostawała jedną wielką zagadką. Przynajmniej dla mnie. Choć była dla mnie całkowicie obca, praktycznie czułam jej ból.
Zaniepokojenie. To jedyna rzecz, która towarzyszyła mi przez najbliższe godziny. Brak możliwości snu, nerwowe chodzenie w tę i we w tę. Pod skórą czułam, że ma się coś wydarzyć. Jeszcze nie wiedziałam, co. Coś na pewno.
Nie chciałam jeść, ani pić. Chodziłam i myślałam. To napięcie było wprost nie do zniesienia. Nawet nie mogłam zgrywać słynnej, wesolutkiej Kiiyuko. Zbyt przejęta byłam własnymi rozmyślaniami. Dlaczego niczego nie pamiętałam? Co się działo wcześniej? Nikt mi nie powiedział całej prawdy. Dopiero teraz zaczęłam żałować, że wcześniej nie wypytywałam dogłębniej pozostałych wilków o swoje losy. Brakowało mi wielu elementów tej chorej układanki. Zdołałam się domyślić, że jestem starsza, niż początkowo podejrzewałam. Mam więcej, niż raptem trzy lub cztery lata. Czy zawsze nazywana byłam Kiiyuko? To jedna z niewielu rzeczy, których jestem pewna. Członkowie stada wymawiają moje imię z takim przekonaniem, jakby powtarzali je przez całe swoje życie.
Znałam wszystkich, ale samej siebie nie. Niby taka dobra przyjaciółka, a siebie samą znienawidziłam. Potrzebowałam do tego zaledwie kilku godzin. Dotychczas, żyjąc szybko nie miałam takich rozmyślań. Liczyło się tu i teraz. Nie wpadłam na to, że zaczepienie losowych imprezowiczów w Mieście, wpakowanie się do ich samochodu i wspólny wyjazd wcale nie był takim dobrym pomysłem. Skończyło się wypadkiem. Oni trafili do szpitala... ja... cóż, jestem nieśmiertelna. Nic mi się nie stało. Wtedy nawet nie myślałam o tym, że mogą być chorzy do końca życia. Co najgorsze, podobnych wybryków miałam więcej. Coraz wyraźniej zdawałam sobie sprawę z własnej głupoty.
Na co ja tak właściwie czekam? Aż coś się wydarzy? Czy może raczej powinnam sama pchnąć akcję do przodu?
- Kiiyuko... - usłyszałam słaby, bardzo zachrypnięty głos. Z przestrachem się odwróciłam. Przede mną stał nie kto inny, jak Kazuma. Wyglądała tak, jakby miała zaraz upaść i już nigdy nie wstać. Jej całe ciało było rozdygotane. Wyczerpane do granic możliwości.
- Matko... - wyszeptałam. Zignorowała moją reakcję, wykonując dziwny ruch głową.
- Chodź...
Wskazywała mi drogę. Niepewnie ruszyłam w kierunku, który pokazywała pyskiem. Chwiejnym krokiem postąpiła za mną. Szłam na tyle wolno, że już po chwili zrównała się ze mną. Choć widziałam ból na jej pysku i determinację, nigdzie się tak właściwie nie spieszyła.
- Gdzie idziemy? Pozwolili ci wyjść ze szpitala?
Nie odpowiedziała. Była skupiona na tym, gdzie idzie. Często mrugała zapuchniętymi oczami. Wyglądała jak straszydło. Ilekroć dokładniej przyglądałam się jej poranionej, brudnej i zarobaczonej skórze, zbierało mi się na wymioty. Jak ona z tym wytrzymywała?
Minęłyśmy Zielony Las, wkraczając tym samym w teren zalany pomarańczowymi liśćmi.
- Jesteś byłą Alfą Watahy Magicznych Wilków. Zawsze siadałaś pod Pomarańczowym Drzewem, by wygłosić różne ważne informacje. Słuchali cię. Mieli cię za autorytet. Wszystko się dobrze układało - powiedziała to w taki sposób, jakby sporo wypiła - wolno i nie całkiem wyraźnie. Spojrzałam na nią zdumiona.
- Co?
- To co usłyszałaś - warknęła cicho.
Następnie przeszłyśmy obok Drzewa Wiedzy. Nie tuż pod nim, lecz w pewnej odległości. Wiedziałam, że było ono tak samo ważne, jak i niebezpieczne. Patrzyłam na nie z fascynacją. Nigdy nie byłam tak blisko. Nie miałam właściwie powodu, by zapuszczać się w te tereny.
- Często tu przychodziłaś. Nigdy nie wiedziałaś, po co. Lubiłaś patrzeć na to drzewo. Zupełnie jak nagrobki swoich bliskich. Zbliżałaś się zawsze do tego, co niebezpieczne. Nigdy jednak na tyle, by bezpośrednio zagrozić samej sobie.
- Nagrobki? - zapytałam drżącym głosem. Wchodziłyśmy na teren Żółtego Lasu. - To w takim razie jak długo już żyję?
- Dokładnie dwanaście i pół roku.
Z sykiem wypuściłam z płuc powietrze. Tego się nie spodziewałam. Sądziłam, że mam w granicach może ośmiu lat... ale nie więcej. Wtedy coś jeszcze zrozumiałam.
- Skoro jestem byłą Alfą... dlaczego zdjęto mnie ze stanowiska?
- Oddałaś je córce.
Suzanna to moja córka. Zrobiło mi się trochę słabo. Dlaczego akurat Kazuma chciała mi powiedzieć o tym wszystkim? Dlaczego teraz? Chciała to zrobić przed śmiercią? Czemu? Do moich oczu napłynęły łzy. Już niczego nie rozumiałam. A co jeśli cały czas mnie okłamywała? Nie, ta wersja jednak miała w sobie coś, co dawało mi poczucie, że to jednak prawda.
- Często przychodziłaś z nią tutaj, kiedy była mała. Razem z Rafaelem. Czasem nie było was całe dnie, bo bawiliście się w podchody.
Mój oddech zrobił się cięższy. Łapy mi drżały.
- Rafael? To mój partner, tak?
Skinęła głową.
- Dał ci ten naszyjnik - mówiąc to, spojrzała na srebrny wisiorek w kształcie gwiazdy. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Jak to? Jak wiele jeszcze przegapiłam? Ile pięknych chwil?
Przez kilka minut szłyśmy w kompletnym milczeniu. Wciąż nie mogłam przyjąć tego wszystkiego do wiadomości. To się nie działo naprawdę. To niemożliwe. Dlaczego chciałam tego wszystkiego zapomnieć? Co mnie do tego skłoniło? A może to był tylko głupi wypadek? Byłam szczęśliwa, ale ktoś mnie zmusił do wypicia tej cholernej wody?
Wkroczyłyśmy do Parku w watasze. Róże o tej porze rozwinęły się do swej pełni okazałości i pyszniły się soczystym, różowym kolorem. Zerwałam jedną i przytrzymując w długim ogonie, wąchałam. Czyli róże to moje ulubione kwiaty? Zerknęłam na Kazumę. Nie patrzyła na mnie. Zdawała się być zamyślona. Zamyślona i cierpiąca. Odczuwałam silną chęć pomocy, jednak wiedziałam, że ta mnie odtrąci. Nie chciała czyjegoś wsparcia. Już mi chyba nawet kiedyś o tym mówiła. Było mi jeszcze bardziej jej żal.
Weszłyśmy do Różowego Lasu, na co zerknęłam na nią rozbawiona.
- To miejsce dla zakochanych. Nie mów tylko, że chcesz mi się oświadczyć.
Prychnęła tylko i zmieniła temat:
- Mówiłaś, że zawsze chciałaś pokazać to miejsce synkowi. Będąc jeszcze w ciąży biadoliłaś o tym, że nie możesz się już doczekać, aż tutaj się zaręczy ze swoją ukochaną.
- To ja mam jeszcze syna? - zapytałam. Wszystko to zdawało się być jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Kazuma skinęła głową.
- Co się z nim stało? Jest w watasze? Czy może poszedł w świat? Dlaczego Suzi jest Alfą, a nie on?
Na to już nie odpowiedziała. Odwróciła głowę. Westchnęłam, rozczarowana. Czyli jednak nie zamierzała mi powiedzieć wszystkiego.
- Dlaczego tak właściwie mi to wszystko mówisz? I skąd to wiesz?
- Jestem twoją siostrą.
Aż zachłysnęłam się powietrzem.
- Co?
- Czy ty naprawdę musisz dziwić się takimi głupotami? - prychnęła z dezaprobatą.
- Wybacz, to wszystko to dla mnie kompletna nowość... i... to jest dla mnie trochę... zaskakujące. Nikt mi o tym nie powiedział. I ty... ty...
Spojrzała na mnie pytająco.
- Nie jesteś do mnie w ogóle podobna. Która z nas jest starsza? - zapytałam, uśmiechając się krzywo.
- Ty. Szczegóły naszej jakże wzruszającej historii rodzinnej już sobie daruję. Zostawię to na inny raz.
- Nie obraź się, ale może już nie być innego razu. Umierasz - powiedziałam cicho. Odzyskać siostrę i zaraz potem ją stracić. Nawet jeśli wygląda jak straszydło i zachowuje się jak bestia bez serca. Jednak pozostajemy rodziną, a rodziny nie powinno się odtrącać.
- I dobrze - mruknęła, zanosząc się kaszlem. Pluła drobinami krwi. Niedobrze. Zaczęłam panikować. Kazuma prawie, że upadła. Kiedy atak już minął, wyprostowała się, otrząsnęła i jak gdyby nigdy nic szła dalej. Pomijając, że łapy jej się trzęsły jak oszalałe.
- Może ci pomóc...?
- Nie - warknęła.
Ziemia zaczęła się robić coraz wilgotniejsza. Zerknęłam zaskoczona na siostrę (dziwnie się czułam, myśląc o niej w ten sposób), jednak ta nie wyglądała na ani trochę wystraszoną. Nigdy nie byłam w tym miejscu. Stopniowo różowe drzewa zaczęły się przerzedzać, a my brodząc już po kolana w wodzie, brnęłyśmy dalej. Zaczęłam się poważnie niepokoić.
- Kazuma, gdzie idziemy?
Otworzyła pysk, żeby mi odpowiedzieć, ale nagle jej kręgosłup wygiął się w łuk, a ona wrzasnęła. Krzyk był wprost ogłuszający. Aż się skuliłam. Nie pasował do niej. Był zbyt silny, piskliwy i... dziewczęcy. Z jej ciała zaczęły odchodzić fragmenty czarnego, zniszczonego futra, lecąc do góry i zupełnie, jakby się spalając. Pod spodem pojawił się przeszywający blask. Rozpadała się?!
- Kazuma! - krzyknęłam, starając się podbiec, jednak odbiłam się o coś, co musiało być niewidzialną ścianą. Tymczasem od mojej młodszej siostrzyczki odchodziły teraz już całe płaty skóry. Dopiero po chwili daremnych prób rzucania się jej na ratunek ze wszystkich stron, zauważyłam, że pod spodem znajdowało się idealnie białe, lśniące futro. Czyżby Kazuma wychodziła z kokonu niczym gąsienica przeobrażająca się w motyla? Jak na zawołanie spod jednego z odpadłych płatów starego ciała wyłoniło się wielkie, białe skrzydło. Z wrażenia o mało nie upadłam. Za chwilę to samo stało się z drugiej strony. I wtedy... blask zniknął. Nie zmieniła się do końca. Posłała mi przerażone spojrzenie, a później... upadła.
Prędko do niej podbiegłam, rozbryzgując we wszystkie strony wodę. Nie spotkawszy oporu ze strony żadnej niewidzialnej ściany, wyłowiłam ją na coś, co chyba mogłam nazwać brzegiem. Zaczęła kaszleć, wypluwając wodę zmieszaną z krwią, a później gwałtownie nabrała powietrza. Podniosła się.
Zaniemówiłam. Teraz podobieństwo do mnie było natychmiast zauważalne. Stała się jeszcze szczuplejsza i drobniejsza ode mnie, miała młodsze rysy pyska i piękne, fiołkowe oko. Futro przypominało trochę w dotyku biały aksamit. Cała lśniła... Pomijając szarawe plamki dawnego futra, które było krótkie i zniszczone. Część pyska również pozostała w niezmienionej formie. Jedno z oczu wciąż było jaskrawozielone.
- Twój medalion... - wyszeptała. Spuściłam łeb. Jeden z noszonych przeze mnie talizmanów, tym razem ten symbolizujący słońce połączone z księżycem, unosił się. Dosłownie lewitował. Nie zauważyłam tego w tym całym zamieszaniu. Już miałam coś powiedzieć, kiedy poczułam znajome mrowienie na plecach. Kiedy się odwróciłam, dojrzałam swoje własne, nieco mniejsze od tych Kazumy, skrzydła.
- Wygląda na to, że wróciłam do bycia Amzuką - uśmiechnęła się nieśmiało moja siostra. Nie miałam już nawet chęci pytania, o co jej chodziło. Liczyło się to, że teraz nagle była już całkowicie zdrowa. - Wiesz co... Wydaje mi się, że to wydarzyło się przez to, że doszłam do wniosku, że nie warto zgrywać absolutnie złej. Nikt nie jest czarny ani biały... Nie mogłam się z tym pogodzić. Od dawna dusiłam w sobie chęć powiedzenia ci prawdy. Teraz... zdaje mi się, że mamy przed sobą całą wieczność.
- Co masz przez to na myśli?
Zadarła łeb do góry. Mrużyła ślepia, wpatrując się w białe chmury.
- Widzisz... tam u góry było kiedyś Królestwo Pór Roku. Wilki mieszkające tam władały nad prognozą pogody oraz były pośrednikami Niebios. Ty jesteś kluczem. Pomimo tego, że rzekomo nie możesz tam nigdy powrócić, sądzę, że możemy spróbować. Odbudować nasze rodzime Miasto Pogody. Od lat nie było mowy o całkowitej harmonii. Możemy to zmienić. To właśnie brak Królestwa Pór Roku powodował większe zamieszanie na Ziemi.
Patrzyłam na nią w bezruchu. Skąd ona u diaska to wzięła? I skąd o tym wszystkim ma taką wiedzę?
- Skąd ta pewność, że możemy wrócić?
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę.
- Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, miałam wizję, kiedy tak leżałam w szpitalu.
- Jaką? Od kogo?
Prychnęła. Jednak jakiś ślad po jej poprzednim wcieleniu zawsze pozostanie.
- Naprawdę, nie musisz zadawać tylu pytań. Nie wiem, ale sądzę, że powrót na górę może być jedyną możliwą szansą uzyskania odpowiedzi.
- I co? Będziemy mogły tutaj jeszcze wrócić?
- Wątpię.
- Możemy chociaż iść się pożegnać...? Chciałabym powiedzieć córeczce, że ją kocham... - powiedziałam, czując spływającą po policzku łzę.
- Byle szybko - westchnęła. Uradowana wzbiłam się w powietrze i najszybciej jak tylko byłam w stanie, poleciałam w kierunku centrum watahy. Kazuma - a raczej Amzuka - frunęła tuż za mną, jednak jej skrzydła były dużo mniej pewne. Chwiała się. Kilka razy o mało nie wpadła na jakieś drzewo.
Odnalezienie Suzanny wcale nie było takie trudne. Była zajęta nerwowym chodzeniem po terenach. Kiedy się zbliżyłam, zadarła łeb i otworzyła szerzej zdumione oczy. Uśmiechnęłam się do niej. Zerknęła również na Amzukę. Widziałam na jej pysku duże zdezorientowanie.
- Córeczko... już tutaj nie wrócimy... Chciałam ci powiedzieć, że cię kocham. Zawsze kochałam. Nawet jeśli przez długi czas nie wiedziałam, że jesteśmy rodziną. Wiem, jak to idiotycznie brzmi. A teraz... musimy odejść. Mamy ważną misję do spełnienia. Już się raczej nigdy nie zobaczymy.
Nie zdążyłam dodać czegokolwiek więcej, bo medalion prysnął lśniącym promieniem, który wybił mnie i Amzukę wysoko, w górę. Leciałyśmy w zawrotnym tempie. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale nie mogłam powstrzymać falujących skrzydeł. Ziemia była coraz dalej od nas. Co teraz? Nie zdołałam się nawet dobrze pożegnać!
Wylądowałyśmy na chmurze, tuż przed częściowo zniszczoną, złotą bramą.
- Wygląda na to, że to właśnie jest nasze powołanie. Odbudować tę krainę. Nie mamy teraz innej opcji - oświadczyła Amzuka, a kiedy się odwróciła, w zdumieniu dostrzegła, że się rozpłakałam na dobre.

środa, 20 stycznia 2016

Od Kiiyuko "Praca i dom" cz. 2 (cd. Onurix)

Hotel Monodero to wyjątkowo okazały budynek z setkami okien widocznymi z każdej strony, nie ważne, czy stałoby się pod jego wschodnią, czy południową ścianą. Wszędzie były również jasne, gładkie ściany. Od strony ulicy, którą poprzedzała biała, misternie zdobiona metalowym prętami brama oraz wysoki płot był mały park. Można było rozglądać się, podziwiając zielony ogród porośnięty egzotycznymi roślinami, więc ja zrobiłam to samo. Jako, że szłam po szerokiej ścieżce, nawet nie zauważyłam, że to była właśnie ta, na którą wchodziło się przez bramę. Znaczyło to tyle, że na tym odcinku pierwszeństwo miały samochody, chcące skręcić na parking, by to właśnie tam kierowcy mogli sobie znaleźć miejsce do zatrzymania pojazdu. Nie usłyszałam zbliżającej się maszyny, która swoimi ciężkimi kołami zgniatała kolejne to kamyszki. Wciąż z maksymalnym zaciekawieniem chłonęłam wszystko wzrokiem. Dopiero gdy zatrąbił, nie dość, że o mało nie zeszłam na zawał, to jeszcze szybko się odwróciłam. Stałam na środku ścieżki, tuż przed maską drogiego samochodu terenowego. Zaśmiałam się lekko, poklepałam ręką maskę, po czym się odsunęłam. Podążyłam za nim wzrokiem, po czym westchnęłam i całkowicie usunęłam się na bok. Weszłam na krawężnik i starając się utrzymać równowagę, szłam do dużych szklanych drzwi wejściowych hotelu.
Kiedy w końcu te udało mi się pchnąć, ukazując kosztowne wnętrze budynku, aż zabrakło mi tchu. Wszystko było tak bajecznie drogie, ale i za razem egzotyczne, że aż trud było w to uwierzyć. W życiu nie byłam w żadnym z odległych krajów. To znak, że kiedyś będę musiała się kiedyś gdzieś wybrać na wakacje. Nie ważne, z kim i gdzie, byleby zwiedzić trochę świata. Bo kto mi zabroni?
- Przepraszam, czy to pani Kiiyuko Wrońska? - usłyszałam za sobą miękki, męski głos. Z uśmiechem odwróciłam się na pięcie.
- Cudne nazwisko, czyż nie? - zagadałam. Ten pokręcił głową, a uśmiech nieco zelżał, jednak wciąż nie zszedł z mojej młodzieńczej twarzy.
- Przyszła pani tu pracować, a nie rozmawiać o tym, dlaczego pani ma takie, a nie inne nazwisko.
- No tak, tak, ale przecież małe pogaduszki zawsze umilają robotę! - mówiąc to, lekko szturchnęłam łokciem owego wysokiego mężczyznę z głową porośniętą szpakowatymi włosami. Na to ten posłał mi karcące spojrzenie i mówił dalej, ignorując moją wypowiedź:
- Za filarem jest schowek, w środku powinna już być Wiara i czekać na panią.
Aż się zachłysnęłam, po czym zaczęłam śmiać.
- Wiara? Że jak? - wykrzyknęłam, nie mogąc pohamować śmiechu. Facet cały czas patrzył na mnie z niezmiennym wyrazem twarzy - W środku stoi kapłan?
- Proszę się zachowywać... To nie czas i miejsce na żarty. Wiara to żeńskie imię.
Śmiałam się jeszcze głośniej. Oparłam się ręką o oparcie jakiegoś fotela, wciąż nie mogąc złapać tchu. Do środka weszło jakieś młode małżeństwo z córeczką. Odwróciłam się w ich stronę, wciąż chichocząc. Mąż od razu mnie poznał. To właśnie on na mnie trąbił, chcąc jasno dać do zrozumienia, abym zeszła ze ścieżki. Patrzył spod przymrużonych powiek to na mnie, to na gościa w garniaku. Zapewne uznał mnie za totalną wariatkę. Mój szef pospiesznie do nich podszedł, rzucając mi ostrzegające spojrzenie. Wiedziałam jednak, że nie może mnie wylać, bo rozpaczliwie potrzebował sprzątaczek. Pokiwałam mu na pożegnanie, a następnie zajrzałam za wskazany wcześniej przez niego filar. Rzeczywiście znajdowały się tam drzwi z czerwonym napisem "Wstęp tylko dla personelu". Uśmiechnęłam się, chcąc zrobić dobre wrażenie na koleżance, która miała wyjątkowo dziwacznie imię i nacisnęłam na klamkę. Drzwi były ciężkie, więc musiałam na nie naprzeć ramieniem, abym mogła zajrzeć do środka. Rzeczywiście na taborecie siedziała kobieta w wieku około sześćdziesięciu lat. Przykręcała podłużną końcówkę miotły do kija, a kiedy skończyła, podniosła głowę i popatrzyła na mnie.
- Cześć, jestem Kiiyuko - uśmiechnęłam się szeroko, wyciągając do niej rękę. Wiara zaczęła się śmiać, pokazując swoje braki w zębach lub ich całkowity brak. Na to również lekko się zaśmiałam, choć nie wiedziałam, co było powodem jej rozbawienia.
- Cóż to za fikuśne imię?! - wykrzyknęła swoim babcinnym głosem.
- No... Em... Po prostu takie mam - wyjątkowo nie wiedziałam, co powiedzieć. Wygląda na to, że mamy remis. Jeszcze chwilę temu się z niej naśmiewałam, a teraz ona ma jak największe prawo śmiać się ze mnie.
- No tyle to wiem... - kobieta wstała, już uspokajając się nieco i wcisnęła mi w dłonie miotłę, którą wcześniej trzymała na kolanach - Już dawno nie miałam nikogo, kto by mi pomógł. Musiałam to wszystko sama ogarniać.
- Naprawdę? To kupa roboty - oznajmiłam, stawiając ją na ziemi. Wiara wręczyła mi również kij z szufelką przytwierdzoną na jego końcu. Co jak co, ale jak na taki hotel, powinni nieco więcej zainwestować w sprzęt.
- Prawdę, prawdę - potwierdziła - A teraz do roboty, bo już tymi buciorami nam piachu wnoszą na korytarze. Ty obrabiasz całe skrzydło południowe, ja biorę się za północne. Za godzinę widzimy się tutaj i powiem, co dalej.
- Ok... a gdzie jest skrzydło południowe?
- Na południu - zaśmiała się - Nie ubrudzisz ciuchów?
Popatrzyłam na siebie. Rurki, biały T-shirt i różowy sweterek nie nadają się do pracy? Fakt, może i miałam pomalowane paznokcie i mogłam wyglądać na kandydatkę na miss, ale dla mnie liczyło się tylko tyle, byleby go nie złamać. Nie miałam ochoty latać po sklepach, żeby znaleźć jakiś dobry pilnik.
- Nie, a przynajmniej się postaram - uśmiechnęłam się.
- Czyli nie będziesz mi beczeć nad uchem jak ostatnia?
- Nie, nie będę.
- Ja myślę - zaśmiała się ponownie i z łatwością otworzyła drzwi. Zdawała się być całkiem sympatyczna. Mimo znaczącej różnicy wieku powinnyśmy się dogadywać. Patrzyłam, jak skręca w lewo patrząc od strony drzwi wejściowych, więc doszłam do wniosku, że ja powinnam pójść na prawo. Tak więc zrobiłam. Wyciągnęłam z kieszeni biały odtwarzacz MP3, a kiedy się włączał, włożyłam do uszu różowe słuchawki. Następnie w niebieskim menu wybrałam ulubioną piosenkę i zaczęłam wywijać miotłą w jej rytm. W sumie praca sprzątaczki nie była tak zła, jakby to się zdawało. Sprzątanie nie sprawia mi większych kłopotów, a słuchanie przy tym muzyki było niesamowitym połączeniem. Szef na rozmowie o pracę nic o tym wspominał, więc nie było to zabronione. Kto wie? Może ja i Wiara będziemy tworzyć zgrany zespół, a nawet dostaniemy podwyżkę? Byłoby naprawdę wspaniale.
Kontrolowałam godzinę co średnio dziesięć minut, patrząc w różowy zegarek, aż w końcu doszłam do wniosku, że skończyłam robotę. Podniosłam miotłę, kij ze szufelką zapełnioną po brzegu wszelakim piachem, wyschniętym błotem, włosami oraz kłaczkami kurzu, a następnie poszłam tam, skąd przybyłam. Wbrew pozorom było to wyjątkowo proste, gdyż na hol główny prowadziło wiele znaków przytwierdzonych do ścian. Wiara już tam była. Wyciągnęłam słuchawki z uchu i popatrzyłam na swoje zakurzone nogawki spodni.
- Wiara...
- Hm?
- Będziemy miały jakieś... no nie wiem, uniformy robocze?
Kobieta przez chwilę się zamyśliła, a później przytaknęła głową.
- Jeśli dojdzie do nas jeszcze jedna osoba, dostaniemy wtedy nie dość, że stroje, to jeszcze nowy sprzęt. Marzenia czasem się spełniają.
Uśmiechnęłam się. To chociaż jakieś pocieszenie. Nie pozostaje nam nic, jak tylko liczyć na pojawienie się nowej koleżanki... ewentualnie kolegi.
- Mogę o coś zapytać? - zaczęłam.
- Tak?
- Jak długo już tu pracujesz?
Zamyśliła się, wykonując takie ruchy szczęką, jakby coś przeżuwała. Może to jej przyzwyczajenie? Coś, co pomaga jej w myśleniu?
- W tym roku już dwanaście lat.
Otworzyłam szerzej oczy.
- Naprawdę?
- A czemu by nie? W tym roku najpewniej moje życzenie się spełni o większym wsparciu finansowym ze strony szefa. Traktujemy się jako kumplów, fakt, ale od początku mojej pracy tutaj sprzęt w całości był wymieniany tylko dwa razy.
Popatrzyłam na kupę już sfatygowanych mioteł, kubłów z wodą oraz kolekcję płynów do mycia podłóg ze zdartymi etykietami. Faktycznie to wszystko wymagało wymiany, tym bardziej, że podczas zamiatania w rękę wbiła mi się w rękę nieszczęsna drzazga, której za nic nie mogę wyciągnąć. Wiara odstawiła swoją miotłę, odebrała moją, a następnie wręczyła ścierkę oraz płyn przeciw przylegania kurzu do mebli.
- Teraz będziemy musiały wysprzątać pokoje. Ludzie poszli na śniadanie, więc to pora idealna na zrobienie tego. Tym razem jednak sądzę, że powinnaś iść ze mną na "nauki".
- Spoko - uśmiechnęłam się szeroko - Nie ma sprawy.
***
Ten dzień był wyjątkowo męczący... ale mimo to bawiłam się całkiem nieźle. Pewnie brzmi to wyjątkowo głupio, ale prawdę powiedziawszy, był to luźny zawód, który nie nudził. Mogłam sobie dzięki niemu nawet urobić krzepę. Machanie miotłą jest mimo pozorów dość wymagające wytrzymałości. Lepsze to niż niejedna siłka. No i jeszcze w dodatku na tym zarabiam.
- Dzięki Wiara, wygląda na to, że widzimy się jutro - powiedziałam uśmiechnięta. Ona odpowiedziała na to tym samym.
- No idź już, bo chyba zapomniałaś dziś o śniadaniu. Pewnie jesteś głodna, a w domu czeka na ciebie obiad...
- Prawda, prawda - zaśmiałam się. Moje podejrzenia okazały się być trafne - Wiara mimo swojego wyglądu "typowej sprzątaczki" była wyjątkowo miła.
- Do zobaczenia - powiedziała, gdy już odchodziłam. Ja odpowiedziałam jej, jednocześnie idąc tyłem, byleby na nią popatrzeć i pomachać ręką:
- Do jutra!
Później wyszłam na zewnątrz. Znowu stałam na żwirowej ścieżce. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę wschodniej części Miasta. Już było ciemno, ale nie przeszkadzało mi to zbytnio. Do pracy idę jeszcze jutro na cały dzień, później siedzę w robocie tylko w takich godzinach, abym mogła później pobiec na lekcje z dzieciakami. Pracuję siedem dni w tygodniu... raz dłużej, raz krócej. Może gdy dojdzie do nas "Nowa" (choć ja chwilowo właśnie taką jestem) zmiany będą nieco "lżejsze". Ba! Świetnie byłoby, gdyby było nas kilkanaście, bo właśnie wtedy praca szłaby jeszcze sprawniej. Ponadto przydałoby się we watasze więcej nauczycieli we watasze... wtedy miałabym zdecydowanie więcej luzu.
Kilkanaście minut później przeszłam pod ogrodzeniem, by zniknąć za drzewami i zmienić się w końcu w dużo wygodniejszą postać wilka. Westchnęłam cicho i potruchtałam w kierunku, gdzie znajdowała się Góra... no i w końcu moja jaskinia. Mniej-więcej w połowie drogi usłyszałam jakiś ruch za krzakami. Cień? Zwróciłam w tamtym kierunku głowę. Postać miała jasne futro, więc niezbyt dobrze się maskowała, mimo, że wszędzie leżała cienka warstwa już roztapiającego się śniegu. Zrobiłam dwa kroki w tył, napinając mięśnie. Przygotowałam się do skoku i ruszyłam. Bez problemu naskoczyłam na zaskoczonego wilka, który nawet nie zdążył zareagować. Przeturlaliśmy się kilka razy, aż w końcu ja na nim leżąc, krzyknęłam mu w pysk:
- Wygrałam!
Patrzył na mnie wystraszonymi, zielonymi ślepiami. Wstałam, jednak wciąż nie schodząc z jego klatki piersiowej i brzucha.
- Ugniatasz mi wnętrzności... nie mogę oddychać... - wysapał. Zeskoczyłam z niego. Ten powoli się podniósł i popatrzył na mnie w głębokim zamyśleniu, trochę jakby namyślał się, co miałby teraz powiedzieć.
- Siema tak w ogóle - wyszczerzyłam się, pokazując swoje wszystkie zęby.
- Cześć... - mruknął.
- Coś ty taki markotny? Jestem Kiiyuko, a ty? - wciąż głupio się uśmiechając wyciągnęłam do niego łapę, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że mógł mi co jedynie przybić żółwika, bo wilki nie posiadają zdolności chwytania się za łapy. Otworzył szerzej oczy, nie ruszając się ani odrobinę. Wyglądał na oszołomionego.
- Kiiyuko?
- No, a jak! - zaśmiałam się. Ten o dziwo mocno mnie uścisnął. Nieco zaskoczona zachowaniem całkowicie obcego basiora, odwzajemniłam przytulasa. Lubiłam się przytulać, on najwyraźniej podzielał moje hobby.
- Tak dawno się nie widzieliśmy... - odsunął się ode mnie i popatrzył mi w oczy - Pamiętasz mnie jeszcze?
- Eee... No wiesz, nie bardzo, ale zawsze możemy się zakumplować. Tak trochę miałam wypadek i nic nie pamiętam. - zaśmiałam się wesoło. Kompletnie gościa nie znałam, zbliżała się północ, a my rozmawiamy jak starzy przyjaciele. Nie wiedziałam nawet, czy pochodzi z watahy.
- Tak swoją drogą, ty w ogóle do nas należysz?
- Jak by to powiedzieć... - urwał, spuszczając wzrok.
- No mów - odpowiedziałam wciąż optymistycznie. Intrygowało mnie wszystko to, co tyczyło się mojej przeszłości, bo o takowej niestety posiadałam ograniczoną wiedzę. Zawsze mógł mnie okłamywać, ale zawsze jednak warto z takim pogadać. Nie wiedziałam, jak ma na imię, ale mówi się trudno. Prędzej czy później z całą pewnością się przedstawi, chociażby z czystej grzeczności.

<Onurix? Doczekałaś się c: >

piątek, 9 października 2015

Od Kiiyuko "Przygotowania do imprezy" cz. 3

Siódme op. na wrześniowy Tematyczny Weekend!

- Zgodzisz się, żebyśmy powiesili twój rysunek nad sceną? - zapytałam z uśmiechem. Waderka zaczęła na mnie patrzeć, pogrążona w głębokim zamyśleniu. Gdy już przeliczyła wszystkie wewnętrzne głosy "za" i "przeciw", również odpowiedziała uśmiechem.
- Jasne. Możecie go powiesić gdzie chcecie, jest wasz.
Już wzięłam oddech, by jej odpowiedzieć, gdy poprzedził mnie głośny trzask dobiegający spod sceny. Mała Shayle tak się wystraszyła, że nie tylko podskoczyła, a jeszcze automatycznie pobiegła na tyły i schowała się za jednym z drewnianych pudeł, wniesionych przez któregoś z członków watahy. Lekko poirytowana nagłym przerwaniem mojej próby zawarcia przyjaźni ze szczeniakiem, odwróciłam głowę w stronę źródła hałasu. Pod sceną stała Kazuma, a zaraz obok niej leżało doszczętnie zniszczone pudło identyczne do tego, za którym schowała się mała rysowniczka. Cała jego - jak się okazało, niezwykle krucha, bo szklana - zawartość również uległa zniszczeniu.
- Co ty zrobiłaś? - zapytałam zaskoczona.
- Jak to co? - syknęła - Spadło mi, rozwaliło i się nie naprawi.
Zamrugałam zdezorientowana oczami. To był nasz ostatni komplet szklanej zastawy, do której miały być wlane napoje i wyłożone wszelkiego rodzaju przekąski zakupione w mieście bądź znalezione w lesie. Sprawnie zeskoczyłam ze sceny i ukucnęłam przy odłamkach szkła.
- I co my teraz zrobimy?
- Nie wiem i nie obchodzi mnie to - wzruszyła obojętnie ramionami, po czym odeszła, kopiąc jakiś kamyk, który niedawno wypłynął z morza. Mój wzrok powędrował właśnie ku niemu. Trzeba było coś wymyślić, i to szybko! Odwróciłam się w stronę małego tłumu pomocników, którzy również w osłupieniu patrzyli na porozrzucane szkło.
- No dobra, nic się nie stało! - mówiąc to, zaśmiałam się kłopotliwie - Trzeba to tylko wybrać z piasku, żeby nikt się nie pokaleczył, zakopać i po problemie...
- A co z zastawą? - zapytał ktoś. Znieruchomiałam. Właśnie akurat na to nie miałam najmniejszego pomysłu... Wtedy doznałam olśnienia.
- Jak na razie po prostu zbierzcie to na jedną kupkę... I wiecie co? Nie zakopujcie. W zamian tego chcę znać imiona wszystkich wilków o żywiole ognia!
Wilki przemienione we większości w ludzkie postacie popatrzyły na siebie nawzajem.
- Na pewno ty masz żywioł ognia...
- Sora i oczywiście Tsume...
- I Toboe, ale on tak raczej nie do końca.
- Ja mam żywioł ognia.
- Vanessa chyba coś wspominała.
- Ta nowa Igła, czy jak jej tam.
- Hehe... Szydełko, wiesz?
- Tylko bez obrażania, ok? - poprosiłam błagalnym tonem. Po tym wszyscy zamilkli.
- Tsume - ktoś jeszcze dodał, ale na to odpowiedział mu inny wilk:
- Już to mówiłam.
- W takim razie... Poproszę wszystkich dostępnych ognio... hm... - zamyśliłam się, nie mogąc znaleźć właściwego słowa. Postanowiłam wymyślić własne. - ...ogniożywiolnych tutaj!
Niektórzy słysząc obcobrzmiące słowo zaczęli chichotać, a inni nawet nie zwrócili uwagi na moje ogłoszenie, gdyż już zbierali odłamki szkła, które gdzieś zaczęły tonąć w złocistym piasku. Niektóre wilki jednak zniknęły gdzieś za skałami pokrywającymi skraj plaży, a jedna z samic podeszła bliżej mnie.
- Jestem Mizuki. Miałam w czymś pomóc...
Uśmiechnęłam się, chwytając w garść połamane szkło, które ktoś przed sekundą położył na brzegu sceny. Nie zwróciłam uwagi na to, że przejrzyste drobinki weszły mi pod skórę, a nieco większe spowodowały krwawienie. Już wcześniej obiło mi się o uszy, że nie dość, że jestem nieśmiertelna, to jeszcze każda, nawet najmniejsza rana, zagoi się w przeciągu kilkunastu sekund.
- Wystarczy, że rozgrzejemy to do właściwej temperatury i uformujemy nowe, dużo ładniejsze naczynie. Wspólnymi siłami wszystko się uda! - powiedziałam ciepło. Mizuki wciąż patrzyła na mnie niepewnie.
- Nigdy nie próbowałam topić szkła... Nie wiem, co z tego wyjdzie. Nie mam talentu artystycznego.
- Ale warto spróbować!
- Siemka, po co miałyśmy przyjść? - odezwała się jakaś wadera z sympatycznym uśmiechem na pysku. U boku miała inną, ciemniejszą waderę, która nie zdradzała żadnych większych uczuć, no może prócz małego zagubienia.
- A wam jak jest na imię?
- Ja jestem Igła, a ta to Vanessa! Van, powiedz coś!
- Cześć - powiedziała cicho fioletowo-czarna wadera. Chyba czuła się zmiażdżona przez optymizm i gadatliwość Igły.
- To co mamy zrobić? Przenieść coś? Ułożyć? Powiesić? Położyć? Zamieść? Posprzątać?
- Nie, ale jesteś blisko - zaśmiałam się - Możecie mi pomóc roztopić to szkło? Kazumcia przypadkowo upuściła pudło ze zastawą.
Dziewczyna ubrana w czarno-zielone barwy, mające na myśl przywodzić strój policjanta, prychnęła. Stała akurat oparta biodrem o pusty stół, który zrobiły kilkanaście minut temu wilki o żywiole ziemi i natury.
- Kazumcia? Przypominam ci, że jestem dorosła i moje imię nie ma żadnych zdrobnień. Jest całkowicie poważne...
- Jak to nie ma? Kazumcia, Kazu, Zumba no i oczywiście Kazia, co za tym idzie Kazimiera. Jesteś pewna, że nie ma?
Wilki wybuchnęły głośnym śmiechem. Kazuma aż zagotowała się ze złości.
- Wymagam kultury, bo inaczej zniszczę wam kolejną rzecz... I wiedz, że talerzy i całej reszty nie zniszczyłam przypadkowo! - warknęła, a później sypiąc piaskiem spod ciężkich butów, odeszła.
- Ojej, ależ ona jest nerwowa - westchnęłam - Chyba musimy iść do zielarzy po melisę na uspokojenie dla naszej koleżanki.
Kolejny wybuch śmiechu. Uśmiechnęłam się do pozostałych. Lubiłam, gdy ktoś rozumiał moje żarty i śmiał się razem ze mną. Im więcej śmiechu na ziemi, tym lepiej! Każdy uśmiech wydłuża w końcu nasze życie!
- To jak? Pomożecie mi? Nie ma już chyba sensu czekać na resztę, bo nim to stwardnieje na dobre, trochę czasu minie.
Wadery popatrzyły po sobie. Jako pierwsza pewnie uśmiechnęła się Igła, czyli tak jak myślałam na początku, kolejna była Mizuki, a na samym końcu Vanessa.
- To super! - uradowałam się - Położę wam na tamtym stole więcej odłamków szkła, a wy już próbujcie je stopić.
Mówiąc to popatrzyłam na wyzbierane już z piasku odłamki szkła, które teraz lśniły, leżąc na jednej kupce na skraju sceny, tak jak te, które miałam w dłoniach. Następnie podeszłam do stołu, o który jeszcze kilka chwil temu opierała się Kazuma i tam delikatnie położyłam to, co do teraz ściskałam w dłoniach. Poczułam ulgę, widząc, że rzeczywiście skaleczenia goją się w natychmiastowym tempie, a ból ustaje. Pierwsza w człowieka zmieniła się Mizuki, kolejna Vanessa, a Igła patrzyła na nie niezadowolona.
- Hej! Jak wy możecie?! Ja nie potrafię zmieniać się w człowieka! To niesprawiedliwe!
Wadery wybuchnęły śmiechem, Igła po chwili również. Tymczasem ja poszłam po całą resztę i przeniosłam im na stół. Zadowolona stwierdziłam, że Mizuki już miała ułożone dłonie w miseczkę, a w nich znajdował się gęsty, przezroczysty płyn - stopione szkło.
- I co dalej? - zapytała, patrząc na mnie wyczekująco.
- Spróbuj z tego zrobić talerz - wyjaśniłam, jak gdyby nigdy nic. Dziewczyna zmarszczyła cienkie, czarne brwi.
- Świetnie by było, jakbym chociaż wiedziała, jak to zrobić.
W skupieniu popatrzyłam na szkło. Miała rację. Ja również nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić. Mimowolnie mój wzrok powędrował ku zgarbionej sylwetce, która przysiadła sobie pod drzewem i z zacięciem coś rysowała, a jej brązowa czupryna tylko lekko poruszała się za szkicownikiem.
- Wiesz co... Poczekaj. Chyba znalazłam duszę artystyczną, która byłaby w stanie nam pomóc.
Gdy Mizuki skinęła głową, podeszłam do dziewczyny. Za stolik służyło jej udo i kolano, na którym to opierała szkicownik.
- Co rysujesz? - zapytałam z zainteresowaniem. Brunetka szybko przycisnęła szkic do swojej piersi i z przestrachem popatrzyła na moją twarz.
- Nieważne.
- No pokaż, jestem ciekawa, co tam tworzysz. Kto wie, może jesteś konkurencją dla Shayle?
- Shayle? Tej młodej? - zapytała, marszcząc brwi.
- Tak. Jak się okazało ona również jest artystką.
Dziewczyna potrząsnęła krótkimi lokami o kolorze miedzi, wzdychając przy tym.
- Tsa... Rzeczywiście, mam konkurencję.
- To pokażesz, co narysowałaś? - prosiłam dalej. Popatrzyła na mnie nieufnie.
- No dobra... Ale to będzie tylko jednorazowe.
Odwróciła w moją stronę szkicownik. Rysunek przedstawiał Kazumę opierającą się o stół, patrząc wybrednym wzrokiem w moją stronę i moich rozmówców, usadowionych w tle. Niekoniecznie wszystko było całkowicie realistyczne, ale chociaż dobrze wykonane.
- Bardzo ładnie. Ja bym czegoś takiego nie narysowała - oświadczyłam szczerze. Po raz kolejny tego dnia ktoś oszołomił mnie swoim talentem artystycznym, którego ja nie posiadałam.
- To tylko szkic... I rysunek a szkic to nie jedno i to samo. Rysunek jest pokolorowanym szkicem, malunek lub obraz jest namalowany farbami - Gdy zobaczyła, że patrzę na nią nierozumiejącym wzrokiem, dodała speszona: - Po prostu wiem, że z całą pewnością pomylisz te pojęcia.
- Ok, rozumiem... Może nam pomożesz?
Podniosła na mnie wzrok, mrużąc oczy przed słońcem, które świeciło za moją głową. Właściwie to nie mrużyła tylko oczu, ale i także nos pokryty ledwo widocznymi piegami słonecznymi oraz marszczyła brwi.
- W czym?
- Kazuma nam roztłukła zastawę i trzeba uformować ze szkła nową...
- I co? Co mam niby zrobić? - mruknęła.
- Zrobić jakieś ładne naczynia.
Wytrzeszczyła na mnie oczy, nerwowo przyciskając do piersi szkicownik, jednocześnie bawiąc się palcem kartką, która się z niego zaczęła wysuwać.
- Uformować? Z rozgrzanego szkła?
- Tak - uśmiechnęłam się.
- Popatrzę się.
- Nic sobie nie zrobisz. Użyjemy takiego zaklęcia, byś była na to odporna. Co ty na to?
- I tak jestem na nie.
Uniosłam brwi, zaskoczona jej decyzją. Aż tak obawiała się poparzeń?
- Dlaczego?
Spuściła wzrok.
- Bo nie. Jeśli nie chcę, to nie możesz mnie zmuszać.
Przykucnęłam przy niej, kładąc dłoń na jej kolanie. Posłała tylko urywane spojrzenie na moją dłoń, a później wróciła do upartego patrzenia w piach.
- Aż tak boisz się gorąca?
- Też... Ale nie o to chodzi.
- W takim razie o co?
- Nie chcę się ośmieszyć przed innymi, że czegoś nie potrafię.
- Jak nie spróbujesz, to nigdy się nie dowiesz, czy potrafisz, czy też nie. Być może okaże się, że to twój największy talent.
- Nie rozumiesz... Po prostu nie chcę pokazywać obcym swojego kiepskiego talentu... Jeśli jednak komuś się on spodoba, to zaczną się teksty z typu: "Suzi, narysuj mi coś" lub "ty to zrób, ty masz talent". Po prostu inni nie ogarniają, że nie mam ani ochoty, ani czasu rysować dla innych. Mam na głowie wystarczająco dużo obowiązków, a niektórzy nie rozumieją, że nie mam czasu na rysowanie.
Popatrzyłam na nią, myśląc co odpowiedzieć. Nigdy nie spotkałam się z taką sytuacją w swoim życiu, a przynajmniej takowej nie pamiętam.
- To wyjaśnij innym, że nie życzysz sobie tego rodzaju zamówień i po problemie.
Popatrzyła na mnie jak na głupią.
- To niczego nie zmieni. Po prostu inni są głupi i nigdy nie zrozumieją twojej sytuacji nawet nie warto się fatygować, by mówić.
- Za bardzo się ograniczasz... Musisz się wziąć w garść i pokazać się światu! Ukrywanie talentów nie jest dobre, bo takim sposobem nigdy ich nie udoskonalisz i przejdziesz przez życie nie pozostawiając po sobie chociażby najmniejszego śladu. Zrób coś naprawdę pozytywnego, dzięki czemu na zawsze zapiszesz się na kartach historii! I pamiętaj: życie jest za krótkie, żeby nie bawić się dobrze, więc korzystaj z tego, jak tylko zdołasz!
Popatrzyła na mnie nieruchomym wzrokiem, jakby oczekiwała, że coś jeszcze powiem. Albo po prostu się zawiesiła? Wstałam.
- To jak? Pomożesz?
Zamknęła szkicownik i odłożyła go na bok, a następnie wstała i otrzepała się z piasku.
- Niech ci będzie, ale jeśli zrobię sobie krzywdę, to będzie tylko i wyłącznie twoja wina.
Zaśmiałam się. Dziewczyna, choć dorosła, była o głowę ode mnie niższa, przez co czułam się nieco dziwnie. Zazwyczaj to inni mnie przewyższali wzrostem.
- Jasne. Przejmuję winę na siebie. W takim razie chodź, bo jeszcze chwila i Mizuki zdenerwuje się, że tak długo nam to zajęło.
Skierowałam się w stronę stołu, a Suzi poszła za mną. Była całkiem sympatyczna, choć było widać, że nie ma przekonania do szczerości ze strony innych wilków. Potrzebowała więcej zrozumienia... ale i tak zapewne go nie przyjmie. Jest dość zamknięta w sobie i potrzebuje czegoś, co by jej pozwoliło się otworzyć.
- I co? - powiedziała Mizuki, patrząc na moją koleżankę. Zmarszczyła brwi. Pewnie jeszcze się nie znały.
- To jest Suzi - uśmiechnęłam się, wskazując na towarzyszkę, a ta naburmuszona odpowiedziała:
- Suzanna. Suzi to idiotyczne imię.
Mizuki popatrzyła zszokowana na młodą dziewczynę. Ja dopiero po chwili połączyłam wątki, orientując się, że to Alfa watahy. Nie powiedziałam jednak nic na ten temat. Ja również nie spodziewałam się, że tak wyniosła wadera mogła być nie dość, że niska, to jeszcze wyjątkowo uparta.
- To jest to szkło? - popatrzyła na ciecz, którą nadal Mizuki trzymała w dłoniach pilnując, by nie zalała stołu. Niestety Igła nie mogła się tym pochwalić, bo jej porcja szkła najprawdopodobniej najpierw się roztopiła, a później stwardniała na stole. Spanikowana wadera właśnie próbowała jakoś je oderwać od drewna. Vanessa dopiero wzięła się za roztapianie, a patrząc na jej skupiony wyraz twarzy można było łatwo stwierdzić, że robiła to albo używając wzorku, albo siłą woli.
- Tak.
- W takim razie jak mam to niby uformować? - mruknęła. Chyba nie miała dziś zbytnio humoru... lub po prostu wyjątkowo bardzo nie lubiła pomagać.
- Nie wiem, wymyśl coś.
Po raz kolejny posłała mi spojrzenie z typu "czy ty jesteś głupia?". Patrząc na nią poczułam się dziwnie poniżona, więc odruchowo zaczerwieniłam się i posłałam jej kłopotliwy uśmiech. Widząc, że rzeczywiście jej w tym nie pomogę, wróciła wzrokiem do cieczy.
- Dalej, bo mi już ręce cierpną... - poskarżyła się Mizuki. Suzanna przygryzła wargę, próbując coś wymyślić. Koniec końców zanurzyła dłoń w rozgrzanym szkle i... wtedy zdałam sobie sprawę, że nie nałożyłam na nią obiecywanego jej zaklęcia chroniącego przed gorącem. Z sykiem wciągnęłam powietrze oczekując bolesnego wrzasku... ale nic takiego się nie stało. Alfa całkowicie pochłonięta pracą wzięła od Mizuki część szkła oraz zaczęła robić z niego placek na dłoni. Gdy skończyła wzięła rękę i ze zdumieniem wszystkie zauważyłyśmy, jak placek formuje się w idealnie równy talerzyk, a następnie pojawiają się na nim misterne zdobienia. Suzi z wrażenia aż upuściła swoje najnowsze dzieło. Na szczęście wylądowało w piasku, więc nic poważnego się nie stało. Szybko schyliłam się i wyciągnęłam je z piasku. O dziwo było również stwardniałe.
- Jak to zrobiłaś? - zapytałam.
- N-nie mam pojęcia - wykrztusiła, również zaskoczona swoim wyczynem.
- Możesz spróbować zrobić to jeszcze raz? - zaproponowała Vanessa.
- Um... Mogę... Ale nie gwarantuję, że się uda... - mruknęła, robiąc to samo, co wcześniej z kolejną porcją stopionego szkła, z tym samym efektem, a może i nawet lepszym. Wzory były ładniejsze i dokładniejsze. Gdy odkładała drżącą dłonią czwarty talerz na stertę, usłyszałyśmy trzaśnięcie, połączone z szarpnięciem stołem. Suzi w ostatniej chwili podtrzymała ręką ledwo co zrobioną zastawę i popatrzyła w stronę winowajcy problemu. Igła miała w pysku kawał oderwanego drewna ze stołu, na którym przyległo szkło. Upuściła deskę w piasek i wyszczerzyła się do nas.
- Wyczyściłam stół!
Ja i reszta dziewczyn zaczęłyśmy się śmiać, prócz Suzi, która tylko się krzywo uśmiechnęła.
- Tylko, że trzeba to jeszcze naprawić.
Igła popatrzyła zmieszana na dziurę.
- Eee... To ja może to po prostu czymś przykryję i nikt nie zauważy?
- Wątpię, aby to był dobry pomysł.
- Dlaczego?
- I tak jest dziura i tak - odpowiedziała Alfa.
- E, tam. Nikt nie zauważy. Po prostu zrób taki duży talerz czy coś...
Suzanna popatrzyła na nią, całkowicie poważniejąc. Od razu pojęłam o co chodzi: "ty to zrób, ty masz talent". Tekst, którego szczerze nienawidziła. Nie czekając na komentarze, poważna i najwyraźniej rozzłoszczona chwyciła Vanessę za nadgarstki i przyciągnęła do siebie. Następnie wzięła od niej szkło i w dłoniach urosła jej wspaniała figurka, która pochłonęła nawet szkło przyległe do deski, którą chwilę temu Igła oderwała od stołu. Suzi, nie mogąc już jej udźwignąć, położyła ją na stole.
- Proszę.
Z trudem popchnęła ją i zasłoniła dziurę w stole. Zszokowane popatrzyłyśmy na wspaniałą figurę. Nóżka była ozdobiona różnego rodzaju motywem roślinnym i owocami, na niej stał wilk z uniesioną głową, a na nosie miał misę, do której można było nakłaść owoców. Zatkało nas. Po prostu zatkało.
- Może być? - zapytała Alfa, krzyżując ręce na piersi.
- Jak najbardziej... - wykrztusiła pełna podziwu Vanessa.
- Suzanno, powiedz mi proszę... Czy ty masz żywioł szkła? - zapytałam.
- Szkła? - powtórzyła - Przecież nie ma takiego żywiołu.
- Najwyraźniej jest i ty go posiadasz.
Suzi patrzyła na mnie bez wyrazu. Znowu się zamyśliła. Jest bardzo skupioną osobą... Później wyciągnęła dłoń do Mizuki. Ta dopiero po chwili zorientowała się, o co chodzi i dała jej ostatnią i największą porcję szkła. Ta z niej zrobiła kilka kieliszków, misek i talerzy.
- Zadowolone? - zapytała.
- Tak...
- Coś jeszcze chcecie, czy mogę już iść?
- Jeśli chcesz, to idź... Tylko przyjdź na imprezę! - powiedziałam ze szczerym uśmiechem.
- Ta... I tak pewnie nie przyjdę - mruknęła pod nosem, już na odchodnym. Odwróciłam się w stronę Mizuki, Vanessy i Igły.
- Wy też jeśli chcecie idźcie się przygotować, ja zajmę się całą resztą.
Ku mojemu miłemu zaskoczeniu postanowiły zostać. Pomogły mi w montowaniu reszty oświetlenia oraz nagłośnienia, zasilanego przez wilki o żywiole elektryczności, które oddały część swojej mocy do zasilatora magicznego, którego miał na własność któryś z wilków. Szczeniaki nosiły wskazane przeze mnie jedzenie i picie, a mianowicie upolowane przez zespół polowań na moją prośbę, soki z owoców leśnych, wodę oraz różne owoce znalezione na terenie watahy. Pod wieczór wszystko było gotowe, więc musiałam jeszcze tylko wybrać się do siebie i przygotować.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Już pół godziny później byłam w swojej jaskini całkowicie gotowa - umyta, wyperfumowana, włosy miałam uczesane, a kokardy w nie wplecione poprawione. Znalazłam również przyciemniane okulary nabyte najprawdopodobniej podczas którejś wyprawy do miasta i nałożyłam je na nos. Wiedząc, że jest już chłodno i powinnam się przemienić w wilka, bo w tej postaci miałam grubszą skórę i futro, dlatego też tak zrobiłam. Wychodząc z jaskini, zobaczyłam, że jakiś basior idzie ścieżką tuż przed wyjściem od mojej groty. Z uśmiechem wpadłam na genialny pomysł. Chciałam go wystraszyć, wyskakując zaraz przed jego pyskiem. Plan się powiódł. O mało nie dostał zawału serca. Widząc jego minę wybuchnęłam głośnym śmiechem.
- Co ty tutaj robisz? I jak ci na imię? Bo wiesz, miałam taki mały reset mózgu i mogę cię nie kojarzyć - spytałam.
- Jestem Kai... - powiedział niepewnie, po czym zapanowała cisza. Czekałam, co jeszcze interesującego może mi powiedzieć.
- Jeśli dobrze mi się zdaje, idziesz na tą imprezę. Może pójdziemy razem?
Gdy popatrzyłam na niego zdziwiona, ten zakłopotany spuścił wzrok. Po chwili jednak wykrzyknęłam, jednocześnie rzucając mu się na szyję:
- Oczywiście, że idę!
Bardzo lubiłam się przytulać, więc nie było w tym niczego dziwnego. Kai jednak chyba miał inne zdanie o takim wyrażaniu szczęścia.
- Proszę nie rozczulaj się... - poprosił błagalnym tonem. Szybko puściłam go i cofnęłam się o jeden krok, a szeroki uśmiech wciąż nie schodzi z mojego pyska. Byłam w doskonałym nastroju i nie zamierzałam tego ukrywać.
- No to idziemy, czy nie?
- No, ok idziemy - odparłam szybko, a następnie szybko ruszyłam w stronę Wschodniej Plaży. Basior podążył za mną, powłócząc leniwie łapami. W końcu nasze tempo się wyrównało, a ja z podniecenia skręcałam lekko to w prawą, to w lewą stronę. Kai czuł się z tego powodu chyba nieco niekomfortowo, gdyż za każdym razem się ode mnie odsuwał.
Kilka chwil później dotarliśmy do celu i spotkaliśmy się z tłumem wilków oczekujących na moje nadejście, czekając na rozpoczęcie zabawy. Byłam naprawdę szczęśliwa widząc, że nie było nas wcale aż tak mało. Przyszła nawet Suzi i Kazuma, co było już nie lada wyczynem i niesamowitą satysfakcją z sukcesu! Kiedy podbiegłam bliżej, rozległy się gwizdy, oklaski i okrzyki radości. Witałam się z każdym po kolei, nie przestając się uśmiechać. Kai zszedł na sam bok, obok stołu zapełnionego jedzeniem i przepięknymi dziełami Suzanny, zasiadając obok Desari.
- No, Kii! Otwieraj to już! - ponaglał tłum.
- Ok, tylko mi pomóżcie wejść! - odpowiedziałam zanosząc się śmiechem. Już po chwili ze zdziwieniem zorientowałam się, że wilki wzięły to zbyt dosłownie i uniosły mnie na rękach w górę, jak prawdziwą gwiazdę. Ja nie odrzuciłam ich pomocy, więc już po chwili byłam już na scenie. Szybko zorientowałam się, że mikrofon jest zamontowany w stojaku, więc podeszłam do niego i powiedziałam:
- Cześć, wszystkim świetnym wilkom, którym chciało się tutaj przyjść i bawić razem z nami! Imprezę czas zacząć! Tego wieczoru grać nam będzie zespół Lithium Vane! Zapraszam!
Wilki po raz kolejny wydały z siebie okrzyk radości, a chwilę później moje miejsce zajęła muzykalna Lith oraz jej koleżanki. Sprawnie zeskoczyłam ze sceny do publiczności, a mój upadek zamortyzowała wyciągnięta dłoń Tsume, której się chwyciłam. Kapela nastroiła instrumenty i zaczęła grać, a ja mogłam się bawić z przyjaciółmi. Nawet po jakimś czasie z uśmiechem na pysku zobaczyłam, że Desari i Kai, którzy początkowo raczej nie palili się do tańca, zajęli parkiet. Suzi przekonała się do tego trochę wcześniej i tańczyła na zmianę to z koleżankami, to z Toboe i próbowała odklejać niechętnych od stołu z przekąskami.
Zabawa skończyła się dopiero około czwartej nad ranem, gdyż było widać, że wszyscy są bardzo wykończeni. Wszyscy, prócz oczywiście mnie. Widząc pyski zmęczonych wilków, wpadłam na pewien pomysł, jak można by ich jeszcze na jakiś czas zjednoczyć. Weszłam na scenę i wzięłam do ręki mikrofon, przed chwilą zostawiony przez spoconą Lith. Ten wydał z siebie nieprzyjemny pisk, ale na szczęście po chwili ustał. Jeszcze moment temu skrzywione wilcze pyski na nowo się uśmiechały.
- Widzę, że jesteście bardzo zmęczeni... Ale tak świetnie się bawimy, że nie warto tego psuć, prawda? A więc zapraszam was serdecznie na Wrzosową Łąkę, na której to będziemy oglądać gwiazdy, bo z tego co mi wiadomo, dziś jest noc spadających gwiazd!
Pomysł się przyjął. Ponad połowa wilków podążała za mną, a właściwie za lewitującą przede mną kulą ognia, którą wznieciłam. Miała nam służyć jako pochodnia, więc tak się stało. Po upływie niecałych dziesięciu minut byliśmy już na miejscu. Teraz byliśmy już otoczeni wysokimi wrzosami. To było ostatni miesiąc, kiedy kwitną. Później będziemy musieli czekać aż do lutego, kiedy się trochę ociepli. Wszystkie wilki albo usiadły, albo położyły się na Łące i w ciszy obserwowały spadające gwiazdy. Ja również. Były piękne. Ale... czegoś mi zaczęło brakować do pełni szczęścia. Prawdziwej miłości.

piątek, 18 września 2015

Od Kiiyuko "W poszukiwaniu szczęścia" cz.4 (cd. chętny)

 Trzecie op. na wrześniowy Tematyczny Weekend!
- Ma ktoś urządzenie do strojenia gitary? - zapytała Li Vane.
- Urządzenie do strojenia... czego? - odpowiedziałam w osłupieniu.
- No, gitary... - mruknęła dziewczyna, unosząc instrument do góry. Dopiero po chwili zorientowałam się, o czym mówiła. Patrzyłam z zainteresowaniem na gitarę elektryczną, zupełnie jakby była niezwykle magicznym i zaskakującym przedmiotem. Co prawda wiedziałam, do czego służy i jak się nią posługiwać, ale i tak zastanowiło mnie to, jak jakieś urządzenie może stroić instrument. A może jednak? W końcu straciłam pamięć i mogłam wielu rzeczy nie wiedzieć. Może po prostu zapomniałam.
- No cóż, nie jestem człowiekiem, więc nawet nie mam pojęcia, jak się czymś takim posłużyć. - uśmiechnęłam się do niej serdecznie. - Może ktoś inny ma coś takiego? - zwróciłam się do pozostałych wilków. Ci popatrzyli na siebie, jakby namyślali się, co odpowiedzieć.
- Kiiyuko, ależ ty potrafisz zmieniać się w człowieka... - powiedziała ze spokojem stojąca za mną Astrid.
- Och, naprawdę? - uradowałam się. Chyba naprawdę wiele rzeczy musiało mnie ominąć, począwszy od tego, że niegdyś byłam tutejszą Alfą, a skończywszy właśnie na tej wiadomości.
Zastanawiające było jeszcze, kto jest obecnie Alfą. Mój zaufany przyjaciel? Może po prostu już nie miałam ochoty zajmować się nowicjuszami i wolałam imprezować? Zapewne tak właśnie było. Nie doszły do mnie słuchy, bym się z kimkolwiek hajtnęła.
- Naprawdę, naprawdę. Możesz nawet sprawdzić. - machnęła nonszalancko łapą.
- Ok! - wykrzyknęłam i po chwili zesztywniałam. Jak mogłam się o tym upewnić? Najczęstszym sposobem na uaktywnienie zaklęć było chyba zamknięcie oczu, skupienie się i wyobrażenie danego zjawiska, jakie chciało się wywołać. Zrobiłam więc tak, jak podawała większość wskazówek, które uroiłam sobie w moim wyczyszczonym umyśle. Gdy uchyliłam powieki, górowała nad głowami innych wilków, które bacznie mnie obserwowały. Wyciągnęłam przed siebie łapy... a raczej jasne i delikatne dłonie, zwieńczone smukłymi palcami. Udało się! Uniosłam najpierw jedną, później drugą nogę. Byłam zachwycona swoim nowym ciałem. Mój wzrost nie był większy, niż ten osiągalny przez ludzką formę Li Vane, ale i tak dostatecznie zadowalający, że nie robiłam sobie z tego powodu wywodów. Wilki nie spuszczały mnie z oczu nawet wtedy, gdy poprawiłam sobie niesforną grzywkę, przeczesując palcami włosy. Zaśmiałam się lekko, gdy włoski połaskotały moją skórę. Ciało wilka było mniej czułe na zmysł dotyku, dlatego nowe odczucie wydało mi się niezwykle fascynujące.
Li Vane zdawała się nie zauważać mojego radosnego zaskoczenia, bo była do reszty pochłonięta do reszty samodzielnym strojeniem gitary. Dante i Astrid również zmienili się w ludzi, gdyż przyjęli do wiadomości, że reszta przebywających tam wilków zrobiła chwilę temu to samo, ponieważ używanie rąk do wszelkich prac przygotowawczych były dużo łatwiejsze, niźli przy użyciu nieudolnych łap. Patrząc na tą dwójkę zaczęłam odnosić wrażenie, że są parą. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Chyba nie zauważyli, że ich obserwuję. Wiązali teraz balony, siedząc na jeszcze ciepłym piasku, który już niebawem miał się drastycznie ochłodzić, bo jesień była sprawcą niższych temperatur powietrza, szczególnie wieczorem i nocą. Rozmawiali między sobą, śmiejąc się co jakiś czas. Byli naprawdę uroczą parą.
Gdy stałam tak zamyślona, dopiero "obudziła mnie" Li Vane, która niespodziewanie postukała mnie palcem po ramieniu. Odwróciłam się w jej stronę.
- Coś się stało?
- Nie, tylko tak sobie pomyślałam... Skoro masz żywioł energii, to mogłabyś spróbować ruszyć wzmacniacz? - wyjaśniła nieśmiało.
- Ja mam żywioł energii? - zdziwiłam się.
- Tak... - mruknęła.
- Super!
Li Vane dalej patrzyła na mnie z oczekiwaniem. Otrząsnęłam się i odpowiedziałam:
- I jasne, mogę spróbować coś z tym zrobić.
Zbliżyłam się do drewnianej skrzyni, z jednej strony pokrytej czarną, drobną siateczką, którą Li nazywała wzmacniaczem. Przyłożyłam dłoń do jednej ze ścianek i postąpiłam w podobny sposób, co w przypadku przemiany do ludzkiej formy. Już po chwili poczułam lekkie mrowienie w żyłach, przechodzące do czubków moich palców. Gdy zaczęło się nasilać, odsunęłam dłoń, by nie uszkodzić urządzenia.
- I jak? - zapytałam, strzepując iskry sypiące z się z moich palców. Czarnowłosa dziewczyna podłączyła jakiś kabelek do jednego z wejść i zagrała akord na gitarze. Z wzmacniacza wydobył się głośny dźwięk, który na nieszczęście natychmiast skierował się w moją stronę. Zakryłam rękoma uszy. Li Vane patrzyła na mnie z przestrachem.
- Wszystko w porządku? Nie bolą cię uszy? To nie było celowe, przepraszam...
Wzięłam ręce i opuściłam je swobodnie wzdłuż ciała. Zaśmiałam się ciepło.
- Tak, jest ok. Zaraz przestanie boleć. Może już wracajmy do przygotowań? - mówiąc to odwróciłam się w kierunku innych obecnych. Miło było patrzeć, jak wszyscy się ze sobą dogadują i nie mają żadnych problemów z komunikacją. - Już niedługo słońce zajdzie, a wtedy reszta watahy zacznie się schodzić.

<Ciąg dalszy może napisać chętny, a raczej dwóch chętnych. Jedna wersja niech nosi tytuł "Przygotowania do imprezy", a druga "Oczekiwanie na zabawę". Mogą opowiadać o zdarzeniach tego dnia w innym miejscu lub z perspektywy innej osoby, która dołączy do nich dopiero później. Do dokończenia możecie dać op. komukolwiek, bądź tak jak ja: do dwóch osób. Chcę, aby jak najwięcej osób zaangażowało się do pisania. :)>

poniedziałek, 7 września 2015

Od Kiiyuko "W poszukiwaniu szczęścia" cz. 2 (cd. chętny)

 Pierwsze op. na wrześniowy Tematyczny Weekend!

- Mamo! Mamo! Przyniosłem ci kwiatki! - piszczał radośnie basiorek, z bukietem kolorowych kwiatów w pyszczku. Popatrzyłam na niego i lekko się uśmiechnęłam. Nie był to jednak uśmiech radości, a raczej osoby, która patrzyła na coś, czego sama nie mogła nigdy mieć.
- Kiiyuko, coś się stało? - zapytał Rafael, który szedł przez cały czas u mojego drugiego boku.
- Nie, wszystko w porządku... - szepnęłam. Czułam, jak moje serce przyspiesza, coraz prędzej przepompowuje krew płynącą w żyłach. Wiedziałam, że od dłuższego czasu borykam się z depresją, a nagły przypływ szczęścia dawał niezbyt przyjemny efekt.
Nie było z nami Suzi. Nie było jej, bo nie była mi ona potrzebna do pełni szczęścia. Dlaczego? A no dlatego, że miałam ją na co dzień. Wiedziałam, że z dnia na dzień mnie zostawi, że będzie zawsze. Wiedziałam, że oczekuje na mój powrót we watasze, którą założyłam blisko cztery lata temu. Dlatego nie było jej tutaj teraz. Bo tutaj miałam coś, czym nie mogłam się poszczycić na co dzień. Podniosłam łeb i zobaczyłam w oddali kilka malujących się ciemnych sylwetek. Zmarszczyłam brwi, gdyż wiedziałam, że o nikim ani o niczym więcej nie marzyłam. A może jednak? Może mam jeszcze jakieś niespełnione marzenia, tylko o tym nie wiem? Czy jest to możliwe, aby był tutaj ktoś jeszcze prócz mnie? Przyspieszyłam kroku, by jak najprędzej rozwiązać tę zagadkę.
- Kii, kochanie, gdzie tak pędzisz? - dopytywał się mój partner. Ignorowałam to pytanie, brnąc dalej na przód. Mój synek aż biegł w ślad za nami na tych swoich króciutkich łapkach, bo inaczej już dawno zostałby porzucony na pastwę losu. Sylwetki stawały się coraz wyraźniejsze: widziałam dwóch ludzi i jednego malucha.
- Kim jesteś?! - zakrzyknęłam, by dowiedzieć się jak najprędzej, z kim mam do czynienia. Postać średniego wzrostu przemieniła się w swoją wilczą formę i również zaczęła iść w moją stronę. Miała kruczoczarną sierść i była wyższa ode mnie, zapach wskazywał na to, że była to...
- Des?! - wykrzyknęłam zaskoczona, ale mimo wszystko jednak nadal zachowując zimną powagę. W moim sposobie bycia przez ostatni czas zaszły kolosalne zmiany.
- Kiiyuko? A ty co tutaj robisz? - zapytała wadera, gdy stałyśmy już pyskiem w pysk. Również w swoim tonie głosu nie zdradzała żadnych emocji.
- Czasami chciałabym pobyć sama, z własnymi myślami, a tutaj było to możliwe aż dosłownie. - wyjaśniłam.
- Mamo, kto to jest? - powiedziały chórem szczeniaki. I mój Michael i... Właśnie, kim był ten drugi? Popatrzyłam pytająco na Desari. Miała syna?
- Nathanielu, proszę, bądź miły dla Kiiyuko. - zwróciła się do niego.
- Desari, powiedz mi, proszę... Miałaś syna o imieniu Nathaniel? - wyszeptałam poruszona. Moje serce teraz waliło jak oszalałe. Wadera popatrzyła na mnie w głębokim skupieniu, jakby zastanawiała się, czy warto mi odpowiadać, czy też nie.
- Tak.
To wystarczyło. Patrzyłam na małą, puchatą kulkę, jak się okazało będącą synem Desari. Mimowolnie poczułam, jak łza spływa po moim policzku. Zapewne basior, który teraz do niej podszedł i również patrzył na nas wszystkich zdezorientowany, był jej partnerem. Dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę, iż ja i moja właściwie już przyjaciółka jesteśmy do siebie podobne. Nie wiedziałyśmy o sobie wszystkiego, ale nasz życiorys najwyraźniej mimo pozorów był niemalże taki sam. Zmusiłam się do sztucznego uśmiechu, jaki okazywałam dotychczas wszystkim we Watasze Magicznych Wilków. Miałam go już opanowanego do perfekcji.
- Możesz mnie przedstawić nowo przybyłemu? Nie wydaje mi się, abym go znała.
- To jest Kovu, ojciec Nathaniela... - powiedziała. Było widać, że wyjątkowo ją boli to, że musi to mówić. Aż cisnęło mi się na usta pytanie, czy Percy wiedział o tym, ale nie chciałam jej dobić bardziej myślą o ukochanym, który zmuszony był odejść.
- Mamo? Mogę się pobawić z Nathanielem? - zapytał po chwili milczenia Michaelek.
- Mów mi Nati! - oznajmił mały, wypinając dumnie pierś. Mój synek się zaśmiał.
- A mi Mike!
Lekko się uśmiechnęłam. Skinęłam na brązowego basiorka, a ten radośnie pomachał ogonkiem i już chwilę później tarzał się z nowym kolegą w wysokiej trawie, symulując bitwę. Cała Dolina Cudów i Marzeń była teraz skąpana w pomarańczowym świetle, tak samo jak niebo, które z żółtego przechodziło do różu i błękitu, aż w końcu do granatu posypanym srebrnymi gwiazdami. Tutaj wszystko zdawało się być niezwykłe. Nawet księżyc, który już był widoczny. Mieliśmy pełnię. Des również obserwowała z uwagą nasze dzieci, tak samo jak i ja.
- Tęsknisz za Michaelem, prawda? - zapytała po chwili.
- Owszem.
Westchnęłam.
- Chociaż ciężko to nazwać tęsknotą, bo Michael jest wilkiem, którego nigdy nie miałam okazji poznać naprawdę. Wiedziałam tylko, jak wygląda, a reszta pozostaje tylko i wyłącznie moim domysłem...
- Podobnie jak ja i Nathaniel... Bardzo szybko go straciłam... Nawet nie wiem, jaki jest teraz... i czy w ogóle żyje.
- Całkowicie cię rozumiem...
Zapanowała cisza. Niebo stało się już kompletnie ciemne, a my nadal stałyśmy. W tej samej chwili kątem oka dostrzegłam dziwną postać przyglądającą się nam zza drzewa. Była to blada dziewczyna z długimi, prostymi włosami.
- DoCuMa? - szepnęłam. Dziewczyna szybko się cofnęła i bezszelestnie uciekła, śmiejąc się cicho.
- Słucham? - zapytała Desari.
- Chyba musimy już... iść... - odpowiedziałam. Wadera odwróciła głowę w stronę wciąż roześmianych szczeniaków. Wiedziałam, że nie chce wracać i walczyła z poczuciem obowiązku a własnymi pragnieniami. Nasi partnerzy również ich obserwowali z uśmiechami na pyskach, lecz kawałek dalej. Poczułam w sercu dziwną pustkę. Rzekomo kraina ta miała przynosić wieczne szczęście i radość, ale ja z jakiegoś powodu nie czułam niczego z tego rodzaju. Nie czułam kompletnie nic. To było naprawdę przerażające. Zero wzruszenia, brak radości... Z zamyślenia wyrwała mnie Des, która już wyczarowała portal i skinieniem łapy wskazała, bym ruszyła jako pierwsza. Nie odpowiadając zrobiłam to, co nakazała.
Nie powitało mnie tak jak zwykle wychodząc stamtąd przygnębiające wrażenie niedosytu, tylko dosłowny upadek na trawę. Leżałam i nie mogłam się podnieść. Desari chwilę później również przeszła przez biały portal, a następnie go zamknęła i popatrzyła na mnie. Uniosła brwi w zdumieniu.
- Kiiyuko...? - zapytała, ale nie skończyła, bo już się podniosłam. Łapy miałam mocno roztrzęsione, a serce łomotało jak oszalałe. Samo wrażenie było tak przeraźliwie uderzające w duszę, że zaczęłam płakać. Tak zupełnie bez powodu. Des obserwowała mnie, nie wiedząc chyba, co zrobić. Nie dziwiłam się jej. Dopiero po chwili zorientowałam się, dlaczego łzy popłynęły po moich policzkach: już wcześniej podświadomie ujrzałam rozmazaną, lecz lśniącą na błękitno postać. Rafael. Już mam zwidy... Oszalałam do całej reszty... Pisnęłam i pobiegłam przed siebie. Nie potrafiłam wytłumaczyć w żaden logiczny sposób moich działań. Nie widziałam prawie nic, przez fakt, że był środek nocy, a ja nie miałam zbyt dobrego wzorku. Łzy nie ułatwiały sprawy.
Biegłam, choć nie wiedziałam dokąd. Nie potrafię przed tym uciec. Nie ucieknę przed wyrzutami sumienia, nieodwrotnego bólu i ciężaru na sercu. Nie ma na to lekarstwa. Zabiłam go. Straciłam syna. To już nie miało żadnych nadziei, że wrócą. W dodatku zaczęłam mieć dziwne widzenia. Jeśli jednak to rzeczywiście był duch, to przyszedł, by mi przypominać o tym, że jestem zimnokrwistą morderczynią. Że jestem potworem. Że nikt mnie już nie pokocha.
Nie widząc wystającego korzenia, upadłam. Leżałam tak przez kilka chwil odrętwiała, z pyskiem mokrym od łez. Później podniosłam się, nadal się trzęsąc. Moim oczom ukazało się niezwykłe niebo, na którym spadały dziesiątki gwiazd, niektóre z nich wpadały do jeziora, które rozciągało się kilka metrów ode mnie. Tafla wody mimo pozorów była gładka jak lustro i odbijała wszystko inne. Zaintrygowana, powstrzymując łzy podeszłam bliżej. Ujrzałam siebie. Nie rozmazaną, jak we większości przypadków bywało, a całkowicie wyraźną. A może to nie była woda, a rzeczywiście lustro? Wyciągnęłam łapę przed siebie, by to sprawdzić i zamoczyłam ją w chłodnej wodzie. Zemdlałam.

***
- Kiiyuko! - usłyszałam zniekształcone głosy. Chcąc się jak najprędzej dowiedzieć, któż tak krzyczał imię swojej przyjaciółki, otworzyłam delikatnie oczy. Ujrzałam przed sobą obce pyski.
- Otworzyła oczy! - zakrzyknęła jakaś biało-niebieska wadera. Zmarszczyłam brwi.
- Gdzie ja jestem...? - mruknęłam.
- W wilczym szpitalu.
Mój wzrok podążył po kolejnych obcych pyskach. Nikogo z nich nawet nie byłam w stanie skojarzyć.
- Kim jest Kiiyuko? - zapytałam po chwili. Wadera wytrzeszczyła oczy.
- Jak to, kto? Nie wiesz, że to twoje imię?
- A, no tak. - zmarszczyłam jeszcze bardziej brwi, udając, że już zrozumiałam, o czym mowa. Od kiedy się tak nazywałam? Niczego takiego sobie nie przypominałam. Cóż, może jest jeszcze więcej rzeczy, o których nie zdaję sobie sprawy. Uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- A wam jak na imię?
Jeden z wilków stracił przytomność, choć nie miałam pojęcia dlaczego.
- Ja jestem Astrid. - powiedziała zmartwiona wadera, która zaczęła ze mną rozmowę najwcześniej ze wszystkich.
- Nie pamiętasz nas? - zapytała smętnie czarna wadera.
- Jak to nie pamiętam? Nie znam was. - rzekłam zdezorientowana. Na przód przepchnął się jakiś szaro-czarno-czerwony basior, który natychmiast przyłożył łapę do mojego czoła, zupełnie jakby mierzył mi gorączkę.
- Wszystko ok, czuję się wspaniale. Nie wiem, po co to całe zamieszanie. - zaśmiałam się.
- Straciła pamięć. - oświadczył basior, zabierając łapę z mojego czoła. Wszyscy patrzyli na mnie osłupieni. Panowała martwa cisza. Chyba nie spodziewali się takiej diagnozy. Szczerze powiedziawszy, to ja też. Wcześniej byłam kimś innym? A może to moi przyjaciele z watahy? W jednej chwili posmutniałam.
- Jesteście moimi przyjaciółmi, prawda? I zapomniałam o was?
Popatrzyli na siebie, jakby bez słowa naradzali się, co mają mi odpowiedzieć.
- Można tak powiedzieć... - oznajmiła biało-szara wadera. - Ja jestem Mizuki, to jest Kai, tu Desari, dalej Yusuf, Sora, Sohara, Yui, Ice, Kazuma i Suzanna.
Mizuki wskazywała na kolejne to wilki, a te dawały znak o sobie skromnym skinieniem głowy. Na szczęście nie dokuczał mi problem związany z brakiem umiejętności zapamiętywania wielu imion na raz, więc zapamiętałam je i skojarzyłam z poszczególnymi osobami niemalże od razu. Wstałam z prowizorycznego leżyska.
- Mogę wiedzieć, w jakiej watasze się znajdujemy?
- Wataha Magicznych Wilków... - wyjaśniła niepewnie Sora.
- Super nazwa! A dużo jest tutaj wilków?
- No, dość sporo...
- To świetnie! Wszystkich znałam?
- Zdaje się, że tak. - wtrąciła Sohara.
- W takim razie dziś wieczorem urządzimy dyskotekę, co wy na to? - uśmiechnęłam się radośnie. Patrzyli na mnie w coraz większym osłupieniu. Suzanna aż z wrażenia zatoczyła się w bok i oparła o wejście do jaskini.
- Wszystko ok? - zapytałam.
- Tak, tak... - powiedziała cicho. Była w głębokim szoku.
- Na pewno? - Podeszłam bliżej.
- Na pewno.
Położyłam jej łapę na ramieniu.
- W takim razie jestem z tego powodu bardzo zadowolona i spodziewam się was o zachodzie słońca... E... Ktoś mógłby mnie oprowadzić? Nie bardzo wiem, gdzie co się znajduje i bardzo bym chciała, aby ktoś mi pomógł w przygotowywaniach.
Wilki popatrzyły po sobie. W końcu łapę podniosła Kazuma. Wilki popatrzyły na siebie po raz pierwszy mocno zszokowane. Uśmiechnęłam się do niej.
- Mogę oprowadzić, ale nie będę w niczym więcej pomagać. - warknęła.
- Spoko, czaję. To jak, idziemy?
- Tsa... - mruknęła i wyszła z zatłoczonej jaskini, ja zaraz za nią. Po kilku sekundach zatrzymałam się i popatrzyłam na widoki rozciągające się dookoła. Wilczy szpital znajdował się na jakimś wzgórzu, więc wszystko z tego punktu było idealnie widać. Tereny były zachwycające... Nigdy w życiu nie widziałam tak oszałamiających widoków.
- Łał... - powiedziałam. Kazuma prychnęła.
- Idziesz, czy dalej będziesz stała jak ten kołek w miejscu?
- Jasne, idę już, idę. - odpowiedziałam pospiesznie, a później tak jak zadeklarowałam, podążyłam za popielatą waderą. Wyglądała na wyjątkowo nieszczęśliwą. Nie lubiłam, gdy wilki były tak pokaleczone i wychudzone jak ona.
- Em... Może ci pomóc wyciągnąć ten drut kolczasty z ogona? - zapytałam niepewnie. Wadera popatrzyła na mnie rozgniewana.
- Nie.
- Dlaczego? Musi cię naprawdę kaleczyć.
- Ale nie kaleczy.
- Jak to nie? Przecież widzę. - rzekłam, nie spuszczając jej ogona z oczu. 
- To... - wadera się zawahała. Patrzyłam na nią z zainteresowaniem. - ...pokuta za moje grzechy.
- Pokuta? Jakie grzechy?
- Nie ważne... - zakaszlała. Była przeziębiona? - Nic już nie jest ważne. Wiem, że niebawem stąd odejdę i już nic nie będzie miało dla mnie znaczenia.
- Dlaczego masz odejść? Nie podoba ci się tutaj?
Wadera posłała mi wymuszony uśmiech. A może to była próba okazania radości po długim czasie bycia nieszczęśliwą?
- Sama już nie wiem. Po prostu jestem śmiertelnie chora i wiem, że już powoli czas na mnie.
Popatrzyłam na nią zmartwiona, ale ona kontynuowała swoją przemowę:
- Pamiętam, jak rok temu mnie tędy oprowadzałaś. Nie podobało mi się tutaj. Teraz... teraz czuję do ciebie dziwną litość. Nie mam pojęcia dlaczego.
- A może jesteśmy siostrami? - zażartowałam. - Ja też często odczuwam nastroje, których nie potrafię wyjaśnić.
Wadera nie odpowiedziała.
- Mogłabyś mi opowiedzieć nieco o "starej mnie"?
Znowu cisza. Kazuma się zastanawiała, co odpowiedzieć.
- Urodziłaś się w Królestwie Pór Roku. Miałaś młodszą siostrę. Byłaś Wilkiem Pogody. Z czasem sama zadecydowałaś o przeniesieniu się na Ziemię i tak trafiłaś tutaj.
- Och! To naprawdę fascynujące! - podekscytowałam się. Kazuma po raz kolejny posłała mi ten swój skwaszony uśmiech.
- W każdym razie potrafię ci powiedzieć tyle, że byłaś wilkiem miliard razy lepszym wilkiem ode mnie.
- Dlaczego tak uważasz? Nikt nie jest zły i nie powinnaś tak myśleć o sobie. Nie ma rzeczy, której by się nie dało naprawić.
- Tak tylko ci się wydaje...
- Ale... - nie skończyłam, bo wadera zatkała mi pysk łapą.
- Dotarłyśmy do Wodopoju, dalej strumyk prowadzi do Wodospadu, w którym możemy wziąć kąpiel, Jezioro i ujście rzeki na Plaży.
- Będę mogła to wszystko zobaczyć?
- Tak, ale dopiero po tym, jak cię oprowadzę. - wywróciła oczami, jakby to było oczywiste.
- A, ok.
***
Po wyjątkowo skromnym oprowadzaniu, stwierdziłam w końcu, że urządzę wcześniej obiecywaną dyskotekę na Plaży Wschodniej. Wydawała się być najbardziej obiecująca. Usiadłam na piasku i zaczęłam się zastanawiać, jak mogłabym to wszystko przyozdobić i rozkręcić imprezę. Może by tak kogoś zapytać o pomoc? - pomyślałam, a chwilę później stwierdziłam, że to całkiem niezły pomysł i pobiegłam w stronę terenu, na którym według Kazumy znajdowały się jaskinie innych wilków. Spotkałam trzy wilki idące w tym kierunku. Najwyraźniej szara wadera musiała im już powiedzieć o tym, gdzie koniec końców miało się rozpocząć świętowanie bez żadnej okazji.
- Cześć! Może wiecie co zrobić, aby było bardziej kolorowo? Jakieś balony, sempertyny, konfetti, cokolwiek? Jedzenie, muzyka? Bo wiecie, robię imprezę i nie wiem, jak się do tego zabrać. Pomożecie?

 <Chętny? Tylko pamiętajcie, że Kii straciła pamięć i ma inny charakter. Zdążyła poznać na nowo tylko Mizuki, Kai'ego, Desari, Yusuf'a, Sorę, Soharę, Yui, Ice, Kazumę, Suzannę i Astrid. Zapomniałam wspomnieć, że za op. na Tematyczny Weekend dostaje się 2 razy więcej pkt. i SG za op.>

wtorek, 30 czerwca 2015

Od Kiiyuko "Łzy beznadziei" cz.5 (cd. Suzanna)

Odkąd Rafael powiedział mi "niedługo wrócę" minął już cały dzień, nie licząc tych kilku godzin. Nie mogłam ich szukać, bo nawet jeśli bym chciała, to i tak się nie uda, gdyż deszcz zmył cały zapach. Mocno podenerwowana oczekiwałam na powrót Rafaela wraz z Suzi. Gdzie oni mogą się podziewać? Urządzili sobie piknik? Nie... to jest niemożliwe, bo w takim deszczu raczej to powieść się nie mogło. Dreptałam podenerwowana po całej jaskini nie wiedząc czego mam się spodziewać. Siadałam - niewygodnie, chodziłam - źle, kładłam się - miałam ochotę wstać, stałam - chciałam leżeć. W nocy nawet nie mogłam usnąć, a jak już mi się to udało, to dręczyły mnie koszmary.
Nagle do moich uszu dobiegł dźwięk chlupotania - najprawdopodobniej ktoś biegł w stronę mojej jaskini wdeptując w kałuże, które pozostawił deszcz. Wychyliłam głowę na zewnątrz, by zobaczyć, kto mnie zaszczyca swą obecnością. Był to nie kto inny jak...
- Rafael?! Gdzie ty byłeś?! A Suzi?!
Rafael mnie czuje objął, po czym przemówił patrząc mi głęboko w oczy:
- Asai i jej armia nas zaatakowała. I niestety, ale... Suzi nie przeżyła.
Zamurowało mnie.
- N-nie p-przeż-żyła? - wydusiłam mówiąc tak cicho, że aż szeptem. W moich oczach zebrały się gorzkie łzy.
- Niestety nie... - powiedział przytulając mnie do siebie. Zaczęłam płakać na dobre. Miała zostać już za 2 dni nową Alfą.
- Moja córeczka! Moja kochana córeczka! - płakałam bez pamięci. - To już drugie dziecko, jakie straciliśmy! Drugie! Najpierw Michael... teraz Suzi... i co my teraz zrobimy?
- Michael...? - zapytał nieco zdezorientowany. Na chwilę przestałam płakać, oderwałam się od niego i popatrzyłam na jego pysk zamglonymi oczami.
- Nasz synek... Michaelek...
- Wybacz, ale mnie też trochę poturbowali i mam zaniki pamięci.
- Ale... jak to? Nie pamiętasz Michaelka?
- Niestety nie... - odparł. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.
- Umarł przy porodzie... byłby starszym bratem Suzi. - spuściłam wzrok i wpatrywałam się w ziemię. Rafael odpowiedział milczeniem. W jego oczach zobaczyłam coś... dziwnego. Coś nie jego. Coś wprost dziwnego. Nie odzywałam się już ani słowem pogrążona w czarnej żałobie do końca dnia.

<Suzi?>

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Od Kiiyuko "Dołączenie?!" cz. 2 (cd. Midnight lub Yusuf)

To mój ostatni dzień bycia Alfą główną, już jutro władzę obejmie nasza córka... Nie mam pojęcia, czy poradzi sobie z tak wielkim wyzwaniem, ale żywię nadzieję do tego, że jednak mu podoła. Suzi obecnie przebywa w Wilczej Szkole i spędza czas na nauce: miała przez prawie całe dotychczasowe życie przyśpieszony kurs wszystkich przedmiotów przez duuużo szybsze dorastanie, niż wszystkie pozostałe szczeniaki. Przez to będzie się wciąż uczyła, nawet jak stanie się już dorosła, tyle że w innej formie i na wyższym poziomie - będą to indywidualne zajęcia. Całe szczęście, że nie ma większych problemów z nauką, bo wtedy pojawiłby się dość spory kłopot.
Rafael kilka minut temu wyszedł na zwiady, gdyż zostaliśmy poinformowani, iż jakiś uzbrojony wilk szlaja się po naszych terenach. Nie wiedzieć dlaczego natychmiast skojarzyło mi się to z Midnight'em... Odszedł jakiś czas temu, gdyż stwierdził, że woli żyć w samotności... czyżby nagle zmienił zdanie?
- Kiiyuko! Mid się znalazł! - zakrzyknął niespodziewanie mój partner wyłaniając się zza krzaków. Za nim niepewnie wylazł biały basior.
- Cóż za niespodzianka... - mruknęłam unosząc brwi. Podeszłam bliżej do nich obu. - Co cię tu sprowadza?
- Serce... mógłbym porozmawiać z Shaylin?
- Niestety, ale niedawno odeszła z watahy.
Mid wyglądał na zszokowanego. Wtedy dostrzegłam czerwoną smugę na jego grzbiecie.
- Znowu się z kimś pobiłeś?
- Niekoniecznie... To tylko draśnięcie.
Przyjrzałam się dokładniej dwucentymetrowemu skaleczeniu.
- Tak właściwie to masz rację. Nic ci się nie powinno stać, co nie wyklucza faktu, że powinieneś się skierować do swojego starego kumpla - Yusufa.
- To on nie odszedł? - uradował się Mid.
- No nie. Wolał zostać i dalej płatać figle innym członkom. - wywróciłam oczami.
- A co u waszej córki?
- Cóż... jutro obejmie moje stanowisko. Ja i Rafi zostaniemy emerytami. - uśmiechnęłam się lekko. Nadal jakoś to nie mogło do mnie dotrzeć.
- Naprawdę?! To ile ona już ma?!
- Niecałe 2 lata... Ale jak wiesz starzeje się szybciej od pozostałych dzięki Eliksirowi.
- Ah, tak... zapomniałem. To gdzie mógłbym znaleźć Yusufa?
- Najpierw powiedz mi, czy chcesz ponownie dołączyć do watahy, bo inaczej nie dam ci do niego skierowania, a on miałby prawo, by ci nie udzielić pomocy.
Basior się zamyślił. Po kilku sekundach odpowiedział:
- Chcę. Wiem, że sprawiałem trochę problemów. Wybaczycie i przyjmiecie mnie ponownie?
- Przyjmiemy. Yusuf ostatnio był widziany nad Wodospadem.
- Dziękuję wam bardzo. - powiedział Mid kłaniając się nisko, a następnie radośnie rozpoczął poszukiwania starego przyjaciela.

<Mid? Yusuf? Nie miałam weny. ;-;>

piątek, 27 marca 2015

Od Kiiyuko "Szczerze to niezbyt się cieszę..." cz. 1

Znowu siedziałam nad nagrobkiem Michaelka, pomimo tego, że obiecywałam sobie już tego nie robić. Znaczy się nie w ten sposób. Wpatruję się w koślawy napis wyryty na kamiennej płycie już od dobrych kilku godzin. Może i mnie szukają, ale ja i tak chcę spędzić trochę czasu z synem. Co z tego, że mamy wiosnę, a na cmentarzu jest zimno? Jakoś tego nie czułam. Nie teraz. Najwyżej korzenie mnie owiną tak już na wieki, a me ciało porośnie trawą i mchem. Ponownie przed oczami błysnął mi moment, kiedy okazało się, że jest martwy, a następnie jego pogrzeb...
Łeb mój spoczął na łapach, które były teraz umoczone od słonych łez. Dlaczego tak właśnie musi być? Powie mi to ktoś? Już nie miałam nawet siły się ruszyć. Pod moimi oczami pojawiły się od dnia, kiedy on zmarł sine worki, a same białka pewnie wyglądały jak u królika. Często płakałam. Sora wczoraj dowiedziała się o swojej ciąży, a ja co? Ja oczywiście zostanę bezdzietna. Kolejna potężna porcja łez pocisnęła mi się do oczu. Zaniosłam się głośnym szlochem. Dlaczego inni są tak szczęśliwi? Dlaczego ja nie mogę się również radować? No dlaczego?... - myślałam i z tą myślą zamknęłam ślepia.
***
Obudziłam się cała zdrętwiała. Nie miałam pojęcia co się stało. Zamrugałam powiekami, zastanawiając się gdzie jestem i co tu robię. Oszołomienie jednak minęło dość szybko.
- Rafael? - szepnęłam lekko zdezorientowana widząc partnera.
- Uhum... Zasłabłaś.
- Naprawdę? - zachrypiałam. Odchrząknęłam i szybko zerwałam się na łapy. Poczułam lekki skurcz. Pewnie to nic poważnego.
- Lepiej leż...
- Dlaczego?
- Bo inaczej poronisz. Nie można cię na to narażać po pierwszej ciąży. Według teorii Yusuf'a straciłaś naszego Michaela przez zbyt dużą aktywność fizyczną i przemęczenie. Musisz wypoczywać. - wyjaśnił. Co on znowu wygaduje?
- Zaraz... Co? Jak to "poronię"? Przecież nie jestem w ciąży. - zmarszczyłam brwi. Już nic nie rozumiałam.
- Ice przyszła, gdy ją wezwałem. Od razu stwierdziła ciążę, przy badaniu powodu twojej utraty przytomności. - uśmiechnął się blado. Zatkało mnie. Byłam szczerze w głębokim szoku. Posłusznie ułożyłam się ponownie i leżałam tak wpatrując się w Rafaela.
- Czyli, że... znowu mamy szansę na potomstwo? - zapytałam po kilku minutach milczenia.
- Owszem.
- Szczerze to niezbyt się cieszę... - mruknęłam. Rafael również był pełen powagi.
- Dlaczego?
- Przez cały czas mam wrażenie, że ponownie poronię i nici będą ze szczeniaka. Że znowu nie ujrzy światła dziennego. Że nie zobaczy matki ani ojca. Że... - nie dokończyłam, bo Rafael mi przerwał słowami:
- Nawet tak nie myśl. To źle wróży. Trzeba mieć nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.
- Jasne... - mruknęłam. Wciąż jednak nie zmieniałam zdania, ale nie wrażałam tego głośno. Może jednak Rafi miał rację? Może nie powinnam się przejmować? Tak właściwie, to co ma być, to będzie...

<C.D.N.>

piątek, 27 lutego 2015

Od Kiiyuko "Powrót" cz. 2 (cd. Iloriel)

Siedziałam tak bezczynnie w jaskini i patrzyłam beznamiętnie na rozwijającą się okolicę. Na liście drzew, które niepewnie wydawały pąki, na leśne owoce, które jeszcze były nierozkwitniętymi kwiatami, na zieleniejącą trawę... Nic po za tym się nie działo. Z nudów mogłabym nawet trochę podokuczać siostrze... Ale nie, powstrzymam się. Mam jeszcze resztki dumy. I jestem dorosła. Tak w sumie to tak naprawdę wolę nie ryzykować... Kazuma mogłaby mnie za to nawet zaatakować. Ah, kochana młodsza siostrzyczka. Rafael obecnie był zajęty sprawdzaniem "dyżurów" wszystkich wilków, czyli czy każdy spełniania sumiennie swoje stanowisko. Nie miałam za bardzo z kim porozmawiać. Zawróciłam w przeciwnym kierunku, zapuszczając się w głąb jaskini. Usiadłam i patrzyłam bezsensu w ścianę. Ciszę przerwał mi znajomy głos mówiący:
- Witaj Kiiyuko, wróciłam i chciałabym dołączyć na nowo.
Szybko obróciłam głowę w stronę przybysza. W pierwszej chwili nie mogłam ustalić, kimże ona jest, lecz po momencie doznałam olśnienia.
- Iloriel?!
- Tak, to ja. - uśmiechnęła się. - Miło zobaczyć kogoś z starych lat.
- Z tym "starych" przesadziłaś. Przez ciebie poczułam się jak emerytka. - zaśmiałam się cicho.
- Przepraszam. W takim razie, czy zezwalasz na moje ponowne dołączenie?
- Tak, oczywiście.
- Dziękuję. - lekko się ukłoniła.
- Ależ nie ma za coś. Masz do mnie jakieś pytania?
- Owszem. Jakie zmiany zaszły w watasze pod moją nieobecność?
Zamilkłam na chwilę namyślając się nad odpowiedzią. Naprawdę, długo mogłabym jej o tym opowiadać, lecz pewnie nie chciałaby słuchać.
- To może tak zaczniesz od podstaw? Mogę się zobaczyć z Alexandrem i Valką? - uśmiechnęła się radośnie. Popatrzyłam na nią z nieudawaną powagą.
- Z Valką owszem, możesz. A z Alexandrem... - tu urwałam. To może ją zaboleć.
- Coś mu się stało? - spoważniała i patrzyła na mnie uważnie.
- Dla naszego dobra przeszedł na stronę zła. Inaczej Wataha Magicznych Wilków nie miałaby Alfy i zapanowałby totalny chaos.
- Nie da się tego jakoś cofnąć?
- Nie wiem... Niestety, ale w to tak właściwie wątpię. A jak już, to miną lata, aż poznamy odtrutkę. Naprawdę przepraszam, że to właśnie ja musiałam tobie to przekazać... - powiedziałam ledwie słyszalnie. Bałam się trochę, że Iloriel może tego nie wytrzymać i że się nawet może rozpłakać...

<Iloriel?>

czwartek, 26 lutego 2015

Od Kiiyuko "W poszukiwaniu nowych terenów" cz.3

- A skąd pomysł na taką nazwę? - zapytałam wbijając w nią wzrok. Musiał być jakiś konkretny powód, nieprawdaż?
- Bo... Eh. - westchnęła z zrezygnowaniem. Najwyraźniej nie mogła się wysłowić.
- No, słucham.
- Chodź ze mną, a zobaczysz.
- W porządku... - odparłam nie wiedząc, czego mam się spodziewać.
***
- I co? Już mogę otworzyć?
- Możesz. - odparła stanowczo Shay. Otworzyłam oczy chwilowo oślepiona nagłym światłem, które mnie wręcz uderzyło.
- Rety... - szepnęłam, gdy wszystko zaczęło się stawać wyraźne. Stałam na samej krawędzi jakiejś chłodnej skały, a delikatna bryza powietrza dmuchała mi prosto w twarz, tym samym wprawiając w ruch moje włosy. W dole widoczna była szafirowa woda i wielkie wodospady, wokół których majaczyła się barwna tęcza. Resztę terenu porastały gęste zielone lasy. Zdziwiłam się lekko, gdyż na pozostałych terenach panowała zupełnie inna pogoda, a tu słońce mocno przygrzewało, lecz nie tak natarczywie, a bardzo przyjemnie...
- To jest ta Dolina Cudów i Marzeń? - zapytałam przymykając lekko oczy z zadowoleniem. Wreszcie mogłam się trochę ugrzać w promieniach słońca. Bardzo brakowało mi tego przez mroźną zimę.
- Zgadza się.
- W takim razie już chyba wiem, dlaczego wybrałaś taką, a nie inną nazwę. - powiedziałam zwracając głowę w jej stronę.
- To jeszcze nie wszystko. Pomyśl sobie coś.
- Coś to znaczy co? - zmarszczyłam brwi.
- Cokolwiek. Na przykład coś o czym od dawna marzyłaś.
- Coś materialnego, tak?
- Tak.
- A więc dobrze...
Zamknęłam oczy, a następnie zacisnęłam powieki tak mocno, jak tylko potrafię, gdyż rzecz, której najbardziej w życiu pragnęłam była dość niezwykła i wymagała niezłego wytężenia umysłu. Gdy już poczułam, że wszystko gotowe otworzyłam oczy. Nie wierzyłam w to, co właśnie zobaczyłam. Shaylin też tak po prostu stała wbijając puste spojrzenie w dwa wilki wesoło goniące się w dolinie, na zielonej trawie. Tutaj, z góry widoczne były tylko jako małe, rozbrykane punkciki.
- Czyli że marzenia tutaj się spełniają? - zapytałam wciąż zdumiona.
- Tak... A czego sobie zażyczyłaś? - nie otrzymała odpowiedzi, gdyż mnie już nie było. Zeskoczyłam ze skały i leciałam tak w dół, do wilków. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne wrażenie, że przy lądowaniu nic mi się nie stanie. Tak się stało. Gładko podeszłam do lądowania niczym na nieistniejących skrzydłach.
- Amzuka? - zapytałam spiorunowana tym, co zobaczyłam. Śnieżnobiała zwróciła swój łeb w moją stronę. Gdy tylko mnie rozpoznała na jej pysku pojawił się łaskawy uśmiech.
- Kii! Gdzie ty przez ten cały czas byłaś?! - wykrzyknęła uradowana. Wciąż stałam jak słup soli. Czy to dzieje się naprawdę? Czy to ta Kazuma, która obecnie narzeka na każdy piękny dzień? Ta "realna" Kazuma nie jest w niczym podobna do tej, która teraz przede mną stoi!
- Hej, wszystko ok? - zapytała lekko zmartwiona.
- Mama? - zapytał malutki basiorek, który przyglądał się nam od kilku dłuższych chwili. Popatrzyłam na niego. W moich oczach pojawiły się łzy.
- Michael! - wykrzyknęłam poruszona. - Ty żyjesz!
- No żyję. - uśmiechnął się. - Pobawimy się?
- Oczywiście! - rzekłam chórem z Amzuką i już po chwili ścigaliśmy się po całej Dolinie Cudów i Marzeń śmiejąc się jak oszalali.
Jednak nasza zabawa nie trwała długo. Około godzinę później zatrzymała mnie Shaylin.
- Kiiyuko, opanuj się! - powiedziała lekko przestraszona, gdy upadłam na trawę i zaczęłam się śmiać jak jakaś wariatka.
- Musimy już iść. Nie możemy tu przebywać zbyt długo.
- Dlaczego? Przecież tu jest wspaniale! - odparłam już odrobinę poważniejąc.
- Jeśli tu jeszcze trochę zostaniemy, to zginiemy i nigdy nie wrócimy.
Wstałam z trawy i popatrzyłam na nią.
- A więc wracajmy już. - zmusiłam się na tą decyzję. Coś jednak w środku walczyło ze mną, by jednak przekonać koleżankę do zostania dłużej, lecz zimna rozwaga wygrała.
- Już idziecie? - zmartwiła się Amzuka.
- Niestety. Musimy. - powiedziałam zasmucona. Tak bardzo chciałam jeszcze trochę przebywać ze "starą" siostrą...
- No to cześć...
- Pa! - powiedział maluch. Nie zdążyłam im odpowiedzieć, bo się teleportowałyśmy. Znowu byłyśmy w mojej jaskini. Miałam cichą nadzieję, że Kazuma znowu jest Amzuką... Mimowolnie wychyliłam łeb z jaskini. Nieopodal akurat przechadzała się moja siostra. Już chciałam do niej zakrzyknąć coś miłego, gdy ta sama mnie poprzedziła:
- Co się tak gapisz?!
Postanowiłam więc się powstrzymać i wróciłam do siebie, zwieszając nieco rozczarowana głowę. W co ja wierzyłam? Shaylin wyraźnie stwierdziła, że nie jest mi potrzebna, bo już sobie poszła.

niedziela, 22 lutego 2015

Od Kiiyuko "Witam i przepraszam" cz.4 (cd. Yusuf)

Zamyśliłam się na chwilkę. Miałam do nich jeszcze jedno pytanie.
- A czy wataha nie będzie miała w związku z tym żadnych kłopotów?
Yusuf i Mid równocześnie pokręcili przecząco głowami. Odetchnęłam z ulgą. Muszę przyznać, że wyraźnie kamień spadł mi z serca.
- A ci templariusze czają się gdzieś w okolicy? A co jeśli zamierzają uderzyć?
- Nigdy nic nie wiadomo. Trzeba się mieć na baczności. - odpowiedział za kolegę Yusuf. Z świstem wciągnęłam powietrze do płuc.
- Czyli jednak mogą być kłopoty?
- Nie no, co ty. Nasza wataha jest zbyt wielka. Zmiażdżymy ich bez problemu. - roześmiał się Mid.
- A ile tak właściwie ile osób do niej należy, skoro mówisz, że jest taka "wielka i potężna"? - zaintrygował się nowy basior.
- 46. - odparłam.
- To rzeczywiście dużo. - zdziwił się.
- No można tak powiedzieć...
- To znaczy?
- Lada dzień może być nas mniej, więc lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca.
- Typ realistki widzę. - uśmiechnął się Yusuf.
- No... Zazwyczaj tak, lecz czasem uda mi się odlecieć. - odwzajemniłam uśmiech.
- No cóż, każdemu może się zdarzyć.
- Hej, jeszcze trochę i uznam to za flirt! - wtrącił zbity z tropu Mid.
- Hehe... A skąd wiesz, że to nie jest flirt? - nowy wyszczerzył się jak głupi.
- Bo ja mam partnera. - uśmiechnęłam się na myśl o przystojnym partnerze. O moja droga Kii, znowu odlatujesz. Ten koleś źle na ciebie wpływa... - pomyślałam w tej samej chwili otrząsając się z złudzenia przedstawiającego Rafaela, który pojawił mi się przed oczami moment temu. Tak, rzeczywiście, on źle na mnie wpływa.
- Uuu... Widzę, że to właśnie ten twój słynny "odlot wysoko do chmur", o którym przed chwilą wspominałaś. - rzekł szary basior przyglądając mi się z drwiącym uśmieszkiem na pysku.
- Nie będę przeczyć. To prawda, że mniej-więcej tak to wygląda.
Basior otworzył pysk, by coś powiedzieć, lecz ja mu raptownie przerwałam, sprawnie zmieniając temat rozmowy.
- Masz jakieś jeszcze pytania?

<Yusuf?>