Dlaczego ja to zrobiłam? Po co mi to było? Walki nie są dla mnie.
Zwłaszcza te jeden na jeden, stworzone jako rozrywka dla walczących (jak
bitwa z przyjaciółmi może dawać radość?) oraz znudzonych zwykłym życiem
wilków. To po co się zapisałam? Mało mi było wojen, bitew,
niebezpieczeństwa? Przeżyłam okresy trwania watahy, kiedy walki były
prawdziwe, a jednak to zrobiłam. Zapisałam się już dawno temu, może z
rok? Chętnych nie było wielu i odpowiednia ilość kandydatów zebrała się
niedawno. Szczerze, to zapomniałam już, że takie coś będzie organizowane,
a ja jestem zapisana. Gdyby nie to, że jestem na tyle tchórzliwa, że
nie chcę odczuwać aż tak dużego bólu usiadłabym podczas walki już na
samym początku mówiąc do przeciwnika „Dalej, powal mnie. Chcę mieć to
już za sobą.”. Wiem jednak, że będę walczyć by uchronić swój ogon.
Spoglądam na otaczające mnie wilki. Dante wydawał się być bardzo pewny
siebie, Itachi spoglądał na swoje łapy, Yuki i Tsume patrzyli przed
siebie niewzruszeni. Mizuki ciągle podnosiła i kładła na ziemi przednie
łapy. Kai podobnie jak ja rozglądał się wokół, a Sohara spoglądała w
dół. Poczułam jak jedzenie przewraca mi się w żołądku, zwróciłam więc
oczy na ziemię. Starałam się w tej chwili nie wyobrażać sobie swojego
rozszarpanego ciała i stojącego nade mną wilka, który ciągle zmieniał
swoją sylwetkę przybierając kształty każdego z otaczających mnie wilków.
Nie udawało mi się to. Powoli wypuściłam powietrze z płuc starając się
uspokoić. Wdech. Wydech. Wdech...
- Witajcie na pierwszej edycji Walki o Zwycięstwo. - usłyszałam głos
Suzanny. Wydawała się być taka spokojna... Doprawdy nie wiem co siedzi w
jej głowie, ale ta samica mnie czasem przeraża. - Bez zbędnej gadaniny,
gdyż wiem, że już mieliście wszystko wyjaśnione, po prostu przejdę do
jedynego pytania jakie chciałam zadać: jesteście gotowi?
Podniosłam wzrok i rozejrzałam się po towarzyszach, którzy już za chwilę
będą walczyć między sobą, a z jedną z osób na arenie wyląduję ja.
Niektóre z wilków kiwały głową na tak, ja jednak nie byłam w stanie
ruszyć pyskiem, jednak miałam w głowie odpowiedź. „NIE”
- W takim razie... - dalej nie słyszałam. Czułam się jakby ktoś wyłączył
mi zmysł słuchu. Widziałam, że Alfa otwiera i zamyka pysk wymawiając
słowa, jednak ich nie słyszałam. Poczułam, że sierść staje mi dęba. -
...niebawem!
Ostatnie słowo już usłyszałam, jednak nie zdążyłam się nad tym
zastanowić, bo oślepił mnie snop białego światła wydobywający się z
Alfy. Zamknęłam oczy, a chwilę później poczułam się jak w windzie w
świecie ludzi. Również ból głowy zaczął dawać o sobie znak. Ugh... Nigdy
więcej takich rzeczy... Nagle poczułam, że jestem na ziemi. Musiałam
spaść, jednak nie odczuwałam bólu przez parę pierwszych sekund. Dopiero
po chwili poczułam ból w łapach i tułowiu. Szybko wstałam i otrzepałam
się. Stałam w jakimś ciemnym pomieszczeniu, pozbawionym światła. Jednak
po chwili zdałam sobie sprawę, że coś widać. Zarysy otaczającej mnie
jaskini nie wydawały się być dobrą zapowiedzią. Niedaleko zauważyłam
sylwetkę wilka. Starając się odepchnąć zbierające się już teraz wyrzuty
sumienia przywołałam kulę energii magicznej, stworzonej z iluzji mającej
za zadanie ogłuszyć przeciwnika, który dopiero wstawał. Skoczyłam zaraz
za nią mając nadzieję na powalenie wilka. W chwilowym błysku światła
zauważyłam, kto jest moim przeciwnikiem. Sohara... Nie, tylko nie ona.
Dlaczego ona? Dlaczego nie mogłam trafić na kogoś kogo znam o wiele
słabiej? Kto dopasowywał nam przeciwników?! Poczułam na sobie wzrok
wadery. Boże, Haru przepraszam... Nie chcę... Skoczyłam na nią i
przywarłam do ściany. Przepraszam... Zamachnęłam się jedną z łap
uderzając ją w pysk. Przechyliła się wypadając moich łap znikając.
Spojrzałam na miejsce, gdzie powinna upaść i zdałam sobie sprawę, że
jest tam wielka dziura. Super.
Postanowiłam za nią skoczyć i za chwilę byłam już poziom niżej prawie
nadziewając się na stalagmit. Otrząsnęłam się i rozejrzałam wokół. Wokół
było pełno stalagmitów i stalaktytów. Byłam w jaskini. Wokół
rozchodziło się blade światło spływające z dziur w suficie. Haru nigdzie
nie było. Jeśli zaraz wyskoczy... Policzyłam do trzech, a kiedy samica
nie wyskoczyła znikąd, zaczęłam węszyć, gdzie poszła. Zapach ciągnął się w
prawo... albo lewo. Zawsze mi się mylą nazwy... Ruszyłam w tamtą
stronę. Mijałam wapienne konstrukcje w jak najszybszym tempie starając
się nie myśleć, co robię. Poczułam że jest coraz bliżej, więc skoczyłam
prawie dosięgając jej ogona. Nadziałam się jednak na stalagmit przez co
zostałam w tyle. Szybko wstałam otrzepując się. Następnie ruszyłam
dalej. Haru, przykro mi... Kiedy znowu zaczęłam ją doganiać zaczęłam
tworzyć iluzję. Fajerwerki, dodatkowe przeszkody, snopy magii biegnące w
jej stronę. Wszystko co tylko przyniosła mi do głowy wyobraźnia...
Nagle zaczęła mnie boleć głowa, przez co zwolniłam. Dziwne uczucie...
Kiedy minęło zdałam sobie sprawę, że nie wyczuwam Sohary. Zapadła się
pod ziemię? Znowu? Zaczęłam tworzyć sztuczne słońce mające na chwilę
rozświetlić ciemności. Stałam wśród różnych konstrukcji, jednak dziur
nie było żadnych. Może się teleportowała? Zaczęłam przemierzać korytarze
jaskini szybkim krokiem, jednak nie biegnąc. Kiedy w końcu opanowałam
dyszenie lekko przyspieszyłam szukając za pomocą węchu jej woni. Na
przemian znajdowałam i gubiłam jej trop.
Zajęcie było dość nużące, czułam się jak za starych czasów, kiedy brałam
udział w polowaniach grupowych. Szukanie zwierzyny było chyba
najtrudniejszą sprawą. Bywało, że nic nie znajdowaliśmy...
W pewnej chwili poczułam jak sierść na karku staje mi dęba. Szybko się
odwróciłam i zauważyłam pysk Sohary. W panice zrobiłam unik wpadając na
stalagmit. Wadera szybko się obróciła i znowu skoczyła. Uderzyła mnie
łapą w bok. Syknęłam i wycofałam się, by nabrać rozbiegu. Haru również
się cofnęła.
„Przepraszam. Wiesz, że nie chcę... Musisz wiedzieć. Gdyby nie to, że
jest to jedyny sposób na koniec, na wydostanie się stąd nie zrobiłabym
tego. Nie chcę, ale tak się boję... Jestem tchórzem. Jestem niczym...”
Ruszyłam wprost na nią najszybciej jak umiałam z wyciągniętymi pazurami.
Haru była jednak odrobinę szybsza i zdążyła przesunąć się na tyle w
bok, że przeleciałam po jej prawej (albo lewej nie mam pewności) stronie
zahaczając jedną łapą w jej bok. Skołowana przez upadek spojrzałam na
swoją łapę. Na pazurach zostało trochę skóry samicy, więc musiałam ją
nadciąć.
Zrobiło mi się niedobrze. „Co ja robię? Może lepiej byłoby...” Poczułam
ból na barkach. Sohara musiała skoczyć na mnie i wbić pazury.
Spanikowałam i zrzuciłam ją. Postanowiłam ponowić atak, który wcześniej
mi nie wyszedł i skoczyłam na nią przyciskając ją do ziemi. Zakończmy
to... Wystarczy parę sekund... Sohara wyślizgnęła się mi z łap i już po
chwili to ja byłam przygwożdżona. Czułam się, jakby czas zwolnił, gdy Haru
pochyliła nade mną pysk. Szybko, nie wiele myśląc ugryzłam ją w nos.
Następnie uderzyłam ją łapą w głowę przez co się odrobinę cofnęła.
Skoczyłam na nią. Po chwili leżała, a ja trzymałam ją mocno, żeby się nie
wyślizgnęła. Wadera szamotała się starając dosięgnąć mnie zębami i parę
razy prawie jej się to udało.
Musiało minąć wymagane dziesięć sekund, bo otoczył nas blask tak jak na
początku. Znowu poczułam się jak w windzie. Nigdy więcej korzystania z
ludzkich środków transportu i innych wynalazków...
Uwagi: Kilka przecinków.
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Astrid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Astrid. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 października 2016
niedziela, 21 sierpnia 2016
Od Astrid "Czarna dziura w pamięci"cz. 1 (Cd. chętny basior)
Co mi strzeliło do głowy, żeby iść na ten durny festyn? Chciałam się
pobawić, a zamiast tego siedzę i boję się zagadać do innych, nieznanych
wilków. Nie widzę tutaj żadnego znajomego pyska. Czuje się tutaj
dziwnie, jakbym nie pasowała do reszty, młodych wilków. A przecież
zaledwie parę lat temu byłam taka sama jak oni. A teraz? Jestem tylko
lekarką, osobą do której przychodzą wilki, które mają rany od kolców róż
powstałe podczas robienia wiadomo czego. No dobra, może przesadzam...
Samej też mi się to kiedyś zdarzyło... Wzdrygam się to na wspomnienie.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytał barman. Zwróciłam na niego wzrok. Był wysoki, miał dość przystojną twarz i bardzo ładne, brązowe oczy na wpół zasłonięte również brązowymi włosami. Gdybym była młodsza i moje serce już nie należało do innego, który mnie nawet w ten sposób nie zauważa od razu zakochałabym się na zabój. Roześmiałam się gorzko do swoich myśli.
- Daj coś mocnego. Najmocniejszego co tam masz. - mruczę. Mam ochotę się czegoś napić. Zawsze unikałam alkoholu, starałam się być zawsze trzeźwa, ale kiedy mam spróbować jeśli nie teraz?
- Diabelski Płomień, może być? Sześć gwiazdek - zapytał stawiając przede mną szklankę wypełnioną krwistoczerwoną cieczą. Skinęłam głową i podałam mu należną kwotę. Barman włożył pieniądze do kasy i podszedł do osoby siedzącej po drugiej stronie lady.
Przyjrzałam się uważnie trunkowi, nie będąc pewna jaki będzie mieć smak. Po krótkiej analizie westchnęłam i podniosłam szklankę.
- No to hop. - mruknęłam i przyłożyłam naczynie z alkoholem do warg. Poczułam słodko-gorzki smak na języku. Był trochę drażniący, ale z każdym łykiem pozbywałam się tego wrażenia. Kiedy skończyłam zaczęło mi się trochę kręcić w głowie, ale sam alkohol mi zasmakował. Postanowiłam zamówić jeszcze szklaneczkę, albo od razu od razu parę. Zawołałam barmana i poprosiłam o kolejne trzy szklaneczki. Ten tylko na mnie spojrzał i pokręcił głową na boki, spełnił jednak moje zamówienie, a ja wręczyłam mu należną kwotę.
Następne trunki wypiłam bardzo szybko, a po skończeniu roześmiałam się głośno. Podobało mi się to. Usłyszałam po chwili jakąś wesołą, rytmiczną piosenkę. Postanowiłam skorzystać z rozbudzonej alkoholem odwagi i zatańczyć. Pobawić się. Przeżyć to czego doświadczają wilki i ludzie w młodości, a czego ja nie doświadczyłam, bo byłam zbyt nieśmiała i kujonowata. Wstałam, a kiedy moje nogi dotknęły ziemi poczułam zawroty głowy. Zaśmiałam się tylko i wyszłam na parkiet, gdzie nieśmiało tańczyły jakieś młode wilki i dołączyłam do nich. Rozmawiałam z nimi, pytałam o imiona, które wlatywały jednym, a wylatywały mi innym uchem. Tańczyłam, bawiłam się, czułam, że żyję. To było cudowne...
* * *
Obudziłam się z ogromnym bólem głowy. Nie chciałam wstawać, jednak otworzyłam powoli oczy i prawie natychmiast je zamknęłam. Głupie światło... Warknęłam cicho i ponowiłam próbę otworzenia oczu. Udało się i mrużąc oczy rozejrzałam się – jak się okazało – po obcej mi jaskini. Starałam się unikać wzrokiem wejścia do niej, żeby nie widzieć światła. W końcu jednak tam zerknęłam i zauważyłam męską sylwetkę.
- Gdzie jestem? - zapytałam basiora niepewnym głosem.
- U mnie... - mruknął znudzony.
<Chętny basior? Astrid nic nie pamięta, nie wie co się stało, może jej ktoś wyjaśni wszystko ;D >
- Mogę w czymś pomóc? - zapytał barman. Zwróciłam na niego wzrok. Był wysoki, miał dość przystojną twarz i bardzo ładne, brązowe oczy na wpół zasłonięte również brązowymi włosami. Gdybym była młodsza i moje serce już nie należało do innego, który mnie nawet w ten sposób nie zauważa od razu zakochałabym się na zabój. Roześmiałam się gorzko do swoich myśli.
- Daj coś mocnego. Najmocniejszego co tam masz. - mruczę. Mam ochotę się czegoś napić. Zawsze unikałam alkoholu, starałam się być zawsze trzeźwa, ale kiedy mam spróbować jeśli nie teraz?
- Diabelski Płomień, może być? Sześć gwiazdek - zapytał stawiając przede mną szklankę wypełnioną krwistoczerwoną cieczą. Skinęłam głową i podałam mu należną kwotę. Barman włożył pieniądze do kasy i podszedł do osoby siedzącej po drugiej stronie lady.
Przyjrzałam się uważnie trunkowi, nie będąc pewna jaki będzie mieć smak. Po krótkiej analizie westchnęłam i podniosłam szklankę.
- No to hop. - mruknęłam i przyłożyłam naczynie z alkoholem do warg. Poczułam słodko-gorzki smak na języku. Był trochę drażniący, ale z każdym łykiem pozbywałam się tego wrażenia. Kiedy skończyłam zaczęło mi się trochę kręcić w głowie, ale sam alkohol mi zasmakował. Postanowiłam zamówić jeszcze szklaneczkę, albo od razu od razu parę. Zawołałam barmana i poprosiłam o kolejne trzy szklaneczki. Ten tylko na mnie spojrzał i pokręcił głową na boki, spełnił jednak moje zamówienie, a ja wręczyłam mu należną kwotę.
Następne trunki wypiłam bardzo szybko, a po skończeniu roześmiałam się głośno. Podobało mi się to. Usłyszałam po chwili jakąś wesołą, rytmiczną piosenkę. Postanowiłam skorzystać z rozbudzonej alkoholem odwagi i zatańczyć. Pobawić się. Przeżyć to czego doświadczają wilki i ludzie w młodości, a czego ja nie doświadczyłam, bo byłam zbyt nieśmiała i kujonowata. Wstałam, a kiedy moje nogi dotknęły ziemi poczułam zawroty głowy. Zaśmiałam się tylko i wyszłam na parkiet, gdzie nieśmiało tańczyły jakieś młode wilki i dołączyłam do nich. Rozmawiałam z nimi, pytałam o imiona, które wlatywały jednym, a wylatywały mi innym uchem. Tańczyłam, bawiłam się, czułam, że żyję. To było cudowne...
Obudziłam się z ogromnym bólem głowy. Nie chciałam wstawać, jednak otworzyłam powoli oczy i prawie natychmiast je zamknęłam. Głupie światło... Warknęłam cicho i ponowiłam próbę otworzenia oczu. Udało się i mrużąc oczy rozejrzałam się – jak się okazało – po obcej mi jaskini. Starałam się unikać wzrokiem wejścia do niej, żeby nie widzieć światła. W końcu jednak tam zerknęłam i zauważyłam męską sylwetkę.
- Gdzie jestem? - zapytałam basiora niepewnym głosem.
- U mnie... - mruknął znudzony.
<Chętny basior? Astrid nic nie pamięta, nie wie co się stało, może jej ktoś wyjaśni wszystko ;D >
sobota, 6 sierpnia 2016
Od Astrid "Obca czy znajoma" cz. 17
- To rany zaczęły trochę boleć… Nie ma o co się martwić. – powiedział
basior. Chciałam coś powiedzieć, że jest o co się zamartwiać, ale nie
zrobiłam tego. Powinnam się była chyba odsunąć, ale nie chciałam, ta
chwila była taka… Nie wiem jak to określić. Idealna? Nie, ale gdyby nie
ta sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, gdyby nie to że Dante jest cały
pokiereszowany to wtedy może byłaby taka. Staliśmy tak już od paru minut
i kiedy miałam zamiar puścić już Dantego, ten położył łapę na moim
grzbiecie. Zadrżałam lekko, ale w dość przyjemny sposób. Co nas
zaprowadziło do tej chwili? Te wszystkie wydarzenia, to wszystko… Nie,
stop. To nie ważne. Liczy się tylko to co dzieje się teraz.
- As? – przerwał ciszę Dante.
- Hm? – mruknęłam wracając na Ziemię.
- Nie mieliśmy wracać?
- Nie... – odpowiedziałam i wtuliłam w pysk w miękkie futro samca. Przyjemna woń, którą zawsze rozsiewał wokół siebie kojarzyła mi się z późnym latem, jednak teraz czułam ją o wiele wyraźniej, pachniał lasem, w którym jeszcze przed chwilą padał deszcz i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam zidentyfikować. Po chwili zapomniałam o całym świecie, co było bardzo przyjemne. Liczył się tylko ten moment i tylko on. Reszta nie była ważna…
Po chwili usłyszeliśmy szelest z krzaków. Puściliśmy się i obróciliśmy w tamtą stronę. Kto to i czego teraz chce? Spodziewałam się, że ktoś zaraz wyjdzie zza krzewów, jednak nikt się nie pojawił. Może tylko nam się wydawało. Nie, jednak nie, znowu usłyszałam ten dźwięk tylko, że o wiele wyraźniej. Ktoś się zbliżał. Poczułam woń wilka. Spojrzałam na towarzyszącego mi basiora. Nie wyglądał najlepiej, krew zabarwiła opatrunki na czerwono. Samiec cofnął się do tyłu, a ja przybrałam odpowiednią pozycję, by od razu zaatakować przybyłego. Zza roślin wyłonił się wilk. Wyglądał na skołowanego i niepewnego. Jego uszy opuszczone były do tyłu, a ogon skulony. Bał się nas. Albo udawał.
- Kim jesteś? – warknęłam, wolałam mu nie ufać.
- Ja… Ja… - spojrzał na mnie, później na Dante, jakby szukając pomocy, znowu na mnie i tak jeszcze parę razy. Ja w tym czasie mu się uważnie przyglądałam. Był raczej niski i chudy, nie mógł mieć więcej niż dwa lata. Jego sierść była beżowa i czymś posklejana, w niektórych miejscach nie było jej w ogóle. Na piersi miał coś co wyglądało jak obszar poparzonej skóry. Sprawiał wrażenie słabego i niepozornego. Intensywnie żółte oczy rozszerzone były ze strachu i zdziwienia.
- Mów.
- Ja… Jestem Kei. – powiedział cicho, przez co nie byłam pewna czy jego imię brzmiało Kai czy Kei. Powoli się wyprostowałam.
- Kei? – wolałam się upewnić. Basior skinął głową. – Co tutaj robisz?
- Em… Zgubiłem się. – mruknął zawstydzony. Moje spojrzenie złagodniało. Wydawał się taki niewinny. Jak szczeniak… W sumie wyglądał jakby dopiero wkraczał w dorosłość.
- Skąd jesteś? – zapytałam. Może mógłby wrócić do swoich?
- Nie wiem… Moje stado jest watahą koczowniczą… Poszli beze mnie… - powiedział cicho. Spojrzeliśmy na siebie z Dante. I co teraz? Ten cały Kei nie może zostać sam, w końcu może być potencjalnym nowym członkiem, a takich nie możemy zniechęcać do watahy. Chociaż z drugiej strony basior nie wyglądał za dobrze. Jakby potwierdzając moje rozmyślenia zakaszlał. Serce zamarło mi w piersi. Tylko nie to...
- Jesteś chory? - zapytałam modląc się, żeby otrzymać przeczącą odpowiedź. Kei pokiwał głową na tak. No nie... Teraz to muszę się nim zająć, ale w tej chwili... Błagam, niech to będzie żart!
~ Co się martwisz? Jeśli zdechnie to trudno, ale koniec końców każdy umrze. Powinnaś mu pomóc i go zabić już teraz... - usłyszałam w głowie niski głos jakieś wadery. Nie ma mowy. Nie mogłabym tego zrobić...
- Powiedz mi, co my mamy z tobą zrobić? - zapytałam. "Zabić?" usłyszałam znowu ten głos. "Nie!" pomyślałam. Kto u diabła siedzi w mojej głowie? Kei spojrzał na mnie ze strachem w oczach.
- Kei... Dziwne imię... Trochę jak nasz Kai. - odezwał się w końcu Dante za co byłam mu bezgranicznie wdzięczna. - Dawno się tu plączesz? - powiedział i mrugnął. Dan, jesteś geniuszem! Szybko się odwróciłam i odeszłam najszybciej jak potrafiłam. Kiedy znikłam z ich pola widzenia puściłam się biegiem. Przebiegałam przez tereny nie zwracając uwagi na nic i nikogo. Po chwili byłam już przy zwłokach. Tuż obok nich zaczęłam kopać rozsypując wokół ziemię. Przeturlałam to co zostało z wilka do dziury i zaczęłam zakopywać. Jak się okazało kopanie było dużo łatwiejsze niż zbieranie rozrzuconej ziemi. Kiedy skończyłam westchnęłam ciężko i odeszłam parę kroków w tył przyglądając się miejscu spoczynku nieznanego wilka i zawyłam cicho. Sumienie nie dawało mi spokoju. Postanowiłam, że pójdę do szpitala zobaczyć czy ktoś nie przyszedł i nie potrzebuje mojej pomocy. Całą drogę pokonałam szurając łapami i pyskiem spuszczonym ku ziemi. Biedny...
Jaskinia była pusta i wyglądała bardzo ponuro. Rozejrzałam się wokół patrząc czy nikt nie idzie. W zasięgu mojego wzroku nie było jednak widać żywej duszy. Wzruszyłam ramionami i postanowiłam z braku innego zajęcia posprzątać trochę i wszystko poukładać na swoje miejsce, żeby później nie musieć niczego szukać.
Porządki przerwało mi uczucie, że ktoś tu jest. Obróciłam głowę w stronę wejścia do szpitala, gdzie wraz z Dante stał ten dziwny samiec, Kei. No tak, kaszel. Zaczęłam przypominać sobie przepisy na różne syropy. Postanowiłam, że zrobię sosnowy, bo nie mogłam przypomnieć sobie jakiegokolwiek, który robi się w krótszym czasie niż, w tym przypadku, pięciu godzin. Wzięłam do pyska pędy sosny i wymyłam je w drewnianej misce z wodą. Następnie wrzuciłam je do garnka wiszącego nad paleniskiem. Za mną pojawił się Dante, nie słyszałam kiedy podchodził. Odwróciłam się nerwowo.
- I jak? - szepnęłam, żeby Kei nas nie usłyszał.
- Ciężko powiedzieć. Mało mówił. - odpowiedział także szeptem - A tobie jak poszło?
Westchnęłam. Jak mi poszło?
- A jak mogło pójść? Zrobiłam to. - wyszeptałam czując, że mam łzy w oczach. Uśmiechnęłam się lekko i obróciłam do drugiego samca. Czując na sobie mój wzrok podniósł łeb i spojrzał mi w oczy. - Umm... Syrop będzie gotowy za około cztery godziny. Wytrzymasz?
- Tak. - odpowiedział. Zdziwiona, że otrzymałam słowną odpowiedź uniosłam brwi. - Ile macie lat?
Spojrzałam zszokowana na Dante. Nie wiedziałam co mam powiedzieć.
- Pięć, starzy już jesteśmy. - zaśmiał się Dante. Zwróciłam wzrok na przyjaciela.
- Że co? Przecież mamy dopiero dwa... - wyszeptałam starając się nie otwierać za bardzo pyska.
- Cii... Będziemy trochę starsi. Może być szpiegiem, już i tak za dużo mu powiedziałem. - odpowiedział szeptem.
- Co do tego ma nasz wiek? - zapytałam. Dan mnie jednak zignorował i zwrócił się z powrotem do Kei'ego.
- Kei... A ty ile masz lat?
- Kei? Jaki Kei? Nie znam żadnego Kei'ego. Jestem Erp. Mam cztery lata. - uśmiechnął się wesoło. Otworzyłam psyk ze zdziwienia.
- C-c-co? - zapytałam.
- To co powiedziałem. - roześmiał się kaszląc na koniec. - Czemu tak na mnie patrzycie? Mam coś na pysku?
- Nie... - mruknął Dante. Na naszych oczach basior właśnie zmieniał wygląd. Jego szara sierść zaczęła robić się coraz bardziej czerwona, a pierś żółta. Uszy się wydłużyły i miały teraz jakieś piętnaście centymetrów. Z głowy basiorowi zaczęła wyrastać bujna czarna grzywka, która zaczęła opadać na - fioletowe teraz - oczy. Jego sylwetka była teraz bardziej masywna i wyglądał jak zwykły magiczny wilk.
- No to o co cho... - zdanie przerwał mu atak kaszlu. - Przepraszam na chwilkę. - powiedział i w tym momencie jego oczy zaczęły się świecić.
- Co jest?! - zawołał Dante. Kei, Erp czy jak mu tam się otrząsnął. Jego oczy były znowu normalne. Westchnęłam z ulgą.
- Ach, nie macie mocy uzdrawiania, prawda? Przepraszam, że was zaniepokoiłem. - uśmiechnął się, po czym przyjrzał się Dan'owi. - Noo... Kolego, co ty ze sobą zrobiłeś? Pomóc ci?
- Emm... Może lepiej nii... - chciał zaprotestować Dante, jednak basior wstał i zamknął oczy. Kiedy je otworzył znowu się świeciły. Przerażona nie byłam w stanie się poruszyć i patrzyłam na scenę rozgrywającą się przede mną. Spojrzałam na Dante. Opatrunki zniknęły, a rany zaczęły się goić. Niesamowite... Po dłuższej chwili wszystko się skończyło. Dante był znowu zdrowy, a Erp - bądź Kei - uśmiechał się szeroko.
- Wow. To było... Wow. - zachwycał się Danny.
- Prawda? Połóż się jednak lepiej kolego, bo po TAKIM uzdrawianiu lepiej nie chodzić przez przynajmniej piętnaście minut. - powiedział. Mój przyjaciel posłusznie wykonał polecenie. - A ty, koleżanko, także się połóż. Twój kolega będzie tego potrzebował.
Speszona położyłam się obok Dantego. To coś w głosie Erpa kazało mi to zrobić... Jakie to było dziwne...
- O tak, właśnie tak. A teraz śpijcie. Tak, śpijcie. Dobranoc kolego, dobranoc koleżanko... - powiedział cicho Erp. Wtedy poczułam, że jestem bardzo śpiąca.
- Teraz jeszcze trochę zmienić im wspomnienia i będzie dobrze... - usłyszałam jeszcze głos basiora, zanim zasnęłam. Był taki kojący...
Uwagi: Wciąż poćwicz stawianie przecinków. Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie.
- As? – przerwał ciszę Dante.
- Hm? – mruknęłam wracając na Ziemię.
- Nie mieliśmy wracać?
- Nie... – odpowiedziałam i wtuliłam w pysk w miękkie futro samca. Przyjemna woń, którą zawsze rozsiewał wokół siebie kojarzyła mi się z późnym latem, jednak teraz czułam ją o wiele wyraźniej, pachniał lasem, w którym jeszcze przed chwilą padał deszcz i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam zidentyfikować. Po chwili zapomniałam o całym świecie, co było bardzo przyjemne. Liczył się tylko ten moment i tylko on. Reszta nie była ważna…
Po chwili usłyszeliśmy szelest z krzaków. Puściliśmy się i obróciliśmy w tamtą stronę. Kto to i czego teraz chce? Spodziewałam się, że ktoś zaraz wyjdzie zza krzewów, jednak nikt się nie pojawił. Może tylko nam się wydawało. Nie, jednak nie, znowu usłyszałam ten dźwięk tylko, że o wiele wyraźniej. Ktoś się zbliżał. Poczułam woń wilka. Spojrzałam na towarzyszącego mi basiora. Nie wyglądał najlepiej, krew zabarwiła opatrunki na czerwono. Samiec cofnął się do tyłu, a ja przybrałam odpowiednią pozycję, by od razu zaatakować przybyłego. Zza roślin wyłonił się wilk. Wyglądał na skołowanego i niepewnego. Jego uszy opuszczone były do tyłu, a ogon skulony. Bał się nas. Albo udawał.
- Kim jesteś? – warknęłam, wolałam mu nie ufać.
- Ja… Ja… - spojrzał na mnie, później na Dante, jakby szukając pomocy, znowu na mnie i tak jeszcze parę razy. Ja w tym czasie mu się uważnie przyglądałam. Był raczej niski i chudy, nie mógł mieć więcej niż dwa lata. Jego sierść była beżowa i czymś posklejana, w niektórych miejscach nie było jej w ogóle. Na piersi miał coś co wyglądało jak obszar poparzonej skóry. Sprawiał wrażenie słabego i niepozornego. Intensywnie żółte oczy rozszerzone były ze strachu i zdziwienia.
- Mów.
- Ja… Jestem Kei. – powiedział cicho, przez co nie byłam pewna czy jego imię brzmiało Kai czy Kei. Powoli się wyprostowałam.
- Kei? – wolałam się upewnić. Basior skinął głową. – Co tutaj robisz?
- Em… Zgubiłem się. – mruknął zawstydzony. Moje spojrzenie złagodniało. Wydawał się taki niewinny. Jak szczeniak… W sumie wyglądał jakby dopiero wkraczał w dorosłość.
- Skąd jesteś? – zapytałam. Może mógłby wrócić do swoich?
- Nie wiem… Moje stado jest watahą koczowniczą… Poszli beze mnie… - powiedział cicho. Spojrzeliśmy na siebie z Dante. I co teraz? Ten cały Kei nie może zostać sam, w końcu może być potencjalnym nowym członkiem, a takich nie możemy zniechęcać do watahy. Chociaż z drugiej strony basior nie wyglądał za dobrze. Jakby potwierdzając moje rozmyślenia zakaszlał. Serce zamarło mi w piersi. Tylko nie to...
- Jesteś chory? - zapytałam modląc się, żeby otrzymać przeczącą odpowiedź. Kei pokiwał głową na tak. No nie... Teraz to muszę się nim zająć, ale w tej chwili... Błagam, niech to będzie żart!
~ Co się martwisz? Jeśli zdechnie to trudno, ale koniec końców każdy umrze. Powinnaś mu pomóc i go zabić już teraz... - usłyszałam w głowie niski głos jakieś wadery. Nie ma mowy. Nie mogłabym tego zrobić...
- Powiedz mi, co my mamy z tobą zrobić? - zapytałam. "Zabić?" usłyszałam znowu ten głos. "Nie!" pomyślałam. Kto u diabła siedzi w mojej głowie? Kei spojrzał na mnie ze strachem w oczach.
- Kei... Dziwne imię... Trochę jak nasz Kai. - odezwał się w końcu Dante za co byłam mu bezgranicznie wdzięczna. - Dawno się tu plączesz? - powiedział i mrugnął. Dan, jesteś geniuszem! Szybko się odwróciłam i odeszłam najszybciej jak potrafiłam. Kiedy znikłam z ich pola widzenia puściłam się biegiem. Przebiegałam przez tereny nie zwracając uwagi na nic i nikogo. Po chwili byłam już przy zwłokach. Tuż obok nich zaczęłam kopać rozsypując wokół ziemię. Przeturlałam to co zostało z wilka do dziury i zaczęłam zakopywać. Jak się okazało kopanie było dużo łatwiejsze niż zbieranie rozrzuconej ziemi. Kiedy skończyłam westchnęłam ciężko i odeszłam parę kroków w tył przyglądając się miejscu spoczynku nieznanego wilka i zawyłam cicho. Sumienie nie dawało mi spokoju. Postanowiłam, że pójdę do szpitala zobaczyć czy ktoś nie przyszedł i nie potrzebuje mojej pomocy. Całą drogę pokonałam szurając łapami i pyskiem spuszczonym ku ziemi. Biedny...
Jaskinia była pusta i wyglądała bardzo ponuro. Rozejrzałam się wokół patrząc czy nikt nie idzie. W zasięgu mojego wzroku nie było jednak widać żywej duszy. Wzruszyłam ramionami i postanowiłam z braku innego zajęcia posprzątać trochę i wszystko poukładać na swoje miejsce, żeby później nie musieć niczego szukać.
Porządki przerwało mi uczucie, że ktoś tu jest. Obróciłam głowę w stronę wejścia do szpitala, gdzie wraz z Dante stał ten dziwny samiec, Kei. No tak, kaszel. Zaczęłam przypominać sobie przepisy na różne syropy. Postanowiłam, że zrobię sosnowy, bo nie mogłam przypomnieć sobie jakiegokolwiek, który robi się w krótszym czasie niż, w tym przypadku, pięciu godzin. Wzięłam do pyska pędy sosny i wymyłam je w drewnianej misce z wodą. Następnie wrzuciłam je do garnka wiszącego nad paleniskiem. Za mną pojawił się Dante, nie słyszałam kiedy podchodził. Odwróciłam się nerwowo.
- I jak? - szepnęłam, żeby Kei nas nie usłyszał.
- Ciężko powiedzieć. Mało mówił. - odpowiedział także szeptem - A tobie jak poszło?
Westchnęłam. Jak mi poszło?
- A jak mogło pójść? Zrobiłam to. - wyszeptałam czując, że mam łzy w oczach. Uśmiechnęłam się lekko i obróciłam do drugiego samca. Czując na sobie mój wzrok podniósł łeb i spojrzał mi w oczy. - Umm... Syrop będzie gotowy za około cztery godziny. Wytrzymasz?
- Tak. - odpowiedział. Zdziwiona, że otrzymałam słowną odpowiedź uniosłam brwi. - Ile macie lat?
Spojrzałam zszokowana na Dante. Nie wiedziałam co mam powiedzieć.
- Pięć, starzy już jesteśmy. - zaśmiał się Dante. Zwróciłam wzrok na przyjaciela.
- Że co? Przecież mamy dopiero dwa... - wyszeptałam starając się nie otwierać za bardzo pyska.
- Cii... Będziemy trochę starsi. Może być szpiegiem, już i tak za dużo mu powiedziałem. - odpowiedział szeptem.
- Co do tego ma nasz wiek? - zapytałam. Dan mnie jednak zignorował i zwrócił się z powrotem do Kei'ego.
- Kei... A ty ile masz lat?
- Kei? Jaki Kei? Nie znam żadnego Kei'ego. Jestem Erp. Mam cztery lata. - uśmiechnął się wesoło. Otworzyłam psyk ze zdziwienia.
- C-c-co? - zapytałam.
- To co powiedziałem. - roześmiał się kaszląc na koniec. - Czemu tak na mnie patrzycie? Mam coś na pysku?
- Nie... - mruknął Dante. Na naszych oczach basior właśnie zmieniał wygląd. Jego szara sierść zaczęła robić się coraz bardziej czerwona, a pierś żółta. Uszy się wydłużyły i miały teraz jakieś piętnaście centymetrów. Z głowy basiorowi zaczęła wyrastać bujna czarna grzywka, która zaczęła opadać na - fioletowe teraz - oczy. Jego sylwetka była teraz bardziej masywna i wyglądał jak zwykły magiczny wilk.
- No to o co cho... - zdanie przerwał mu atak kaszlu. - Przepraszam na chwilkę. - powiedział i w tym momencie jego oczy zaczęły się świecić.
- Co jest?! - zawołał Dante. Kei, Erp czy jak mu tam się otrząsnął. Jego oczy były znowu normalne. Westchnęłam z ulgą.
- Ach, nie macie mocy uzdrawiania, prawda? Przepraszam, że was zaniepokoiłem. - uśmiechnął się, po czym przyjrzał się Dan'owi. - Noo... Kolego, co ty ze sobą zrobiłeś? Pomóc ci?
- Emm... Może lepiej nii... - chciał zaprotestować Dante, jednak basior wstał i zamknął oczy. Kiedy je otworzył znowu się świeciły. Przerażona nie byłam w stanie się poruszyć i patrzyłam na scenę rozgrywającą się przede mną. Spojrzałam na Dante. Opatrunki zniknęły, a rany zaczęły się goić. Niesamowite... Po dłuższej chwili wszystko się skończyło. Dante był znowu zdrowy, a Erp - bądź Kei - uśmiechał się szeroko.
- Wow. To było... Wow. - zachwycał się Danny.
- Prawda? Połóż się jednak lepiej kolego, bo po TAKIM uzdrawianiu lepiej nie chodzić przez przynajmniej piętnaście minut. - powiedział. Mój przyjaciel posłusznie wykonał polecenie. - A ty, koleżanko, także się połóż. Twój kolega będzie tego potrzebował.
Speszona położyłam się obok Dantego. To coś w głosie Erpa kazało mi to zrobić... Jakie to było dziwne...
- O tak, właśnie tak. A teraz śpijcie. Tak, śpijcie. Dobranoc kolego, dobranoc koleżanko... - powiedział cicho Erp. Wtedy poczułam, że jestem bardzo śpiąca.
- Teraz jeszcze trochę zmienić im wspomnienia i będzie dobrze... - usłyszałam jeszcze głos basiora, zanim zasnęłam. Był taki kojący...
Uwagi: Wciąż poćwicz stawianie przecinków. Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie.
poniedziałek, 4 lipca 2016
Od Astrid "Jelonek" cz.4 (Cd.Yuki)
„Dzisiaj w końcu wzięłam się w garść i miałam w planach posprzątać w
końcu swoją jaskinię, która stała się jednym wielkim kłębowiskiem
śmieci. Przysięgam, że było tam wszystko! Moje „ludzkie” ubrania, stare
podręczniki, książki kupione kiedyś w mieście, których nadal nie
przeczytałam, jakieś stare kości, które kiedyś musiałam zostawić,
słoiki, zioła, lekarstwa. Wszystko, po prostu wszystko. Na początku
chciałam wszystko wyrzucić, kiedy jednak zaczęłam dłużej nad tym myśleć
stwierdzałam, że „to może się jeszcze przydać”. Co chwilę łapał mnie
sentyment do czegoś i w końcu by nie zostawić wszystkiego stwierdziłam,
że czego nie tykałam od około roku muszę to wyrzucić. I koniec.
Sentyment… W moim wieku? Mam dopiero pięć lat, a teraz wśród tych
wszystkich „użytecznych” i jednocześnie starych rzeczy poczułam się
jakbym miała piętnaście. Jeszcze te trzęsące się łapy… Zaczynam się bać,
że za jakiś czas będę musiała zrezygnować z posady lekarki, bo to, że z
byle powodu zaczynam się trząść jak w febrze nie działa na korzyść mi,
ani moim pacjentom. To wszystko jest takie… dziwne. Jakbym się szybciej
starzała. Mam nadzieję, że to nie długo przejdzie i wszystko będzie
takie jak jeszcze rok temu, kiedy to mogłam normalnie pracować.” – na
chwilę przestałam pisać w znalezionym dzisiaj dzienniku, bo wyczułam
czyiś zapach. Po chwili wilk wpadł do mojej jaskini.
- As… Chodź… Szybko… Yuki… Ona… - wydyszał Toboe. Sierść na jego boku była sklejona przez krew.
- Co z nią? I co tobie się stało? – spytałam siląc się o spokojny ton.
- Dam sobie radę… A teraz chodź. – powiedział stanowczo. W bardziej normalnej sytuacji przewróciłabym oczami teraz jednak zacisnęłam zęby i skinęłam głową. Basior wybiegł z jaskini, a ja za nim. Był o wiele szybszy i miałam trudności z dogonieniem go.
- Gdzie ona jest? – spytałam, kiedy w końcu udało mi się z nim zrównać.
- W jakieś jaskini, kawałek drogi stąd. Razem z jakimś dziwnym „czymś”. Sama z resztą zobaczysz.
- Żyje?
- Mam nadzieję. – mruknął. Po chwili wbiegliśmy do jaskini. Yuki leżała pod ścianą, wyglądała na ledwo żywą i jakby starszą. Była na wpół łysa, a sierść, która musiała wypaść w krótkim czasie była biała jak śnieg, mimo że wadera ma z natury czarne futro. Niedaleko leżał dziwny stwór. Był ogromny, miał przynajmniej dwa metry wzrostu. Nie miał ciała, składał się jedynie z kości, które układały się w szkielet jelenia. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego czegoś. Na chwilę stanęłam przerażona, po krótkiej chwili zdałam sobie sprawę dlaczego tu jestem. Podbiegłam do Yuki i szybko zaczęłam sprawdzać czy żyje. Kiedy okazało się, że oddycha, a serce funkcjonuje poprawnie odetchnęłam z ulgą. Rozejrzałam się po jaskini, która wydawała mi się w tej chwili miejscem tortur. Czy to możliwe, że ten potwór ją tu przytaszczył? A jeśli mowa o tym potworze…
- Niesamowite. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jak myślisz co to może być? – zapytał zafascynowany Toboe. Stał nad tym jeleniem i przyglądał się mu z wielkim zainteresowaniem.
- Nie wiem, ale lepiej się od niego odsuń. Przydałoby się zgłosić o nim Suzannie, nie uważasz? Lepiej, żeby wilki wiedziały o czymś takim na wolności. O ile to jeszcze żyje. Sam to zrobiłeś?
- Co zrobiłem? Pokonałem go? Tylko na niego skoczyłem i zaatakowałem, jak zwykłego jelenia. Kość się przesunęła, a ten tutaj zaczął leżeć jak zwykły kościotrup. – odpowiedział.
- Mam nadzieję, że nie potrafi się regenerować. Dobra, ja idę z Yuki do wilczego szpitala. Wolałabym mieć na nią oko w miejscu, w którym w razie czego będę mogła jej pomóc lekarstwami… Położysz mi ją na grzbiet? – poprosiłam. Toboe skinął głową i po chwili wadera leżała na moim grzbiecie. – To cześć. I uważaj na… to. – mruknęłam.
- Miałaś wiele szczęścia. – powiedziałam, kiedy do niej podeszłam. – Ten jeleń, by cię stratował gdybyś nie miała medalionu.
- Jak mnie znaleźliście? – spytała rozespana.
- Jakiś wilk, który się tam błąkał usłyszał rżenie i pobiegł z pomocą. – odpowiedziałam wymijająco. Toboe przyszedł jeszcze dzisiaj i powiedział, żebym nie mówiła, że to on jej pomógł. Nie potrafiłam stwierdzić dlaczego, ale zgodziłam się, głównie po to, by sobie poszedł i nie przeszkadzał mi w pracy. Zajmowałam się wtedy podrażnioną skórą wadery. – znalazł cię leżącą na ziemi, a obok stał jeleń, a raczej jego szkielet. – przerwałam i przypomniałam sobie dziwne stworzenie. Skąd one się tutaj wzięło? – Nie znam takiego stworzenia.
- Stworzyłam go. – wyszeptała Yuki. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem zmieszanym z przerażeniem.
- Jak? – spytałam prosząc, żeby ton mojego głosu nie zdradzał za wiele emocji.
- Normalnie. – odpowiedziała. Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Nie to nie. Spojrzałam na samicę. Na jej pysk wkradł się pewny siebie uśmieszek. Odwróciłam się i poszłam po maść na podrażnienia skóry. Kiedy podeszłam do niej z powrotem ta wybałuszyła na mnie oczy.
- Po co to? – spytała – Czuję się dobrze, nie potrzebne mi są żadne lekarstwa. Zostaw mnie.
- To na skórę. Jeśli chcesz to możesz sama się posmarować, nie widzę przeciwwskazań. Zostaniesz jeszcze na noc na obserwację, a jutro będziesz mogła wrócić do tworzenia potworów. Mam nadzieję, że jak na razie postarasz się tworzyć takie, które nie będą próbowały cię zabić… - powiedziałam i podałam jej maść. – Przepraszam Cię, ale mogłabym coś zjeść?
Yuki skinęła głową na znak zgody. Uśmiechnęłam się lekko i wyjęłam z przytarganej tu dzisiaj rano torby wczesne truskawki. Oblizałam pysk i zaczęłam jeść.
- Chcesz jedną? – zapytałam.
- Fuj, nie. Wolę mięso. Jak możesz to jeść? – skrzywiła się.
- Co kto lubi. – mruknęłam.
- Yuki? – zapytałam. Cisza. – Yuki?!
Nagle do jaskini weszła wadera.
- Gdzie ty byłaś?! – warknęłam zdenerwowana.
<Yuki?>
Uwagi: brak
- As… Chodź… Szybko… Yuki… Ona… - wydyszał Toboe. Sierść na jego boku była sklejona przez krew.
- Co z nią? I co tobie się stało? – spytałam siląc się o spokojny ton.
- Dam sobie radę… A teraz chodź. – powiedział stanowczo. W bardziej normalnej sytuacji przewróciłabym oczami teraz jednak zacisnęłam zęby i skinęłam głową. Basior wybiegł z jaskini, a ja za nim. Był o wiele szybszy i miałam trudności z dogonieniem go.
- Gdzie ona jest? – spytałam, kiedy w końcu udało mi się z nim zrównać.
- W jakieś jaskini, kawałek drogi stąd. Razem z jakimś dziwnym „czymś”. Sama z resztą zobaczysz.
- Żyje?
- Mam nadzieję. – mruknął. Po chwili wbiegliśmy do jaskini. Yuki leżała pod ścianą, wyglądała na ledwo żywą i jakby starszą. Była na wpół łysa, a sierść, która musiała wypaść w krótkim czasie była biała jak śnieg, mimo że wadera ma z natury czarne futro. Niedaleko leżał dziwny stwór. Był ogromny, miał przynajmniej dwa metry wzrostu. Nie miał ciała, składał się jedynie z kości, które układały się w szkielet jelenia. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego czegoś. Na chwilę stanęłam przerażona, po krótkiej chwili zdałam sobie sprawę dlaczego tu jestem. Podbiegłam do Yuki i szybko zaczęłam sprawdzać czy żyje. Kiedy okazało się, że oddycha, a serce funkcjonuje poprawnie odetchnęłam z ulgą. Rozejrzałam się po jaskini, która wydawała mi się w tej chwili miejscem tortur. Czy to możliwe, że ten potwór ją tu przytaszczył? A jeśli mowa o tym potworze…
- Niesamowite. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jak myślisz co to może być? – zapytał zafascynowany Toboe. Stał nad tym jeleniem i przyglądał się mu z wielkim zainteresowaniem.
- Nie wiem, ale lepiej się od niego odsuń. Przydałoby się zgłosić o nim Suzannie, nie uważasz? Lepiej, żeby wilki wiedziały o czymś takim na wolności. O ile to jeszcze żyje. Sam to zrobiłeś?
- Co zrobiłem? Pokonałem go? Tylko na niego skoczyłem i zaatakowałem, jak zwykłego jelenia. Kość się przesunęła, a ten tutaj zaczął leżeć jak zwykły kościotrup. – odpowiedział.
- Mam nadzieję, że nie potrafi się regenerować. Dobra, ja idę z Yuki do wilczego szpitala. Wolałabym mieć na nią oko w miejscu, w którym w razie czego będę mogła jej pomóc lekarstwami… Położysz mi ją na grzbiet? – poprosiłam. Toboe skinął głową i po chwili wadera leżała na moim grzbiecie. – To cześć. I uważaj na… to. – mruknęłam.
***
Kiedy w końcu wadera się obudziła poczułam nie lada ulgę. Była
nieprzytomna już od dawna. Zaczynałam się bać, że już się nie wybudzi.- Miałaś wiele szczęścia. – powiedziałam, kiedy do niej podeszłam. – Ten jeleń, by cię stratował gdybyś nie miała medalionu.
- Jak mnie znaleźliście? – spytała rozespana.
- Jakiś wilk, który się tam błąkał usłyszał rżenie i pobiegł z pomocą. – odpowiedziałam wymijająco. Toboe przyszedł jeszcze dzisiaj i powiedział, żebym nie mówiła, że to on jej pomógł. Nie potrafiłam stwierdzić dlaczego, ale zgodziłam się, głównie po to, by sobie poszedł i nie przeszkadzał mi w pracy. Zajmowałam się wtedy podrażnioną skórą wadery. – znalazł cię leżącą na ziemi, a obok stał jeleń, a raczej jego szkielet. – przerwałam i przypomniałam sobie dziwne stworzenie. Skąd one się tutaj wzięło? – Nie znam takiego stworzenia.
- Stworzyłam go. – wyszeptała Yuki. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem zmieszanym z przerażeniem.
- Jak? – spytałam prosząc, żeby ton mojego głosu nie zdradzał za wiele emocji.
- Normalnie. – odpowiedziała. Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Nie to nie. Spojrzałam na samicę. Na jej pysk wkradł się pewny siebie uśmieszek. Odwróciłam się i poszłam po maść na podrażnienia skóry. Kiedy podeszłam do niej z powrotem ta wybałuszyła na mnie oczy.
- Po co to? – spytała – Czuję się dobrze, nie potrzebne mi są żadne lekarstwa. Zostaw mnie.
- To na skórę. Jeśli chcesz to możesz sama się posmarować, nie widzę przeciwwskazań. Zostaniesz jeszcze na noc na obserwację, a jutro będziesz mogła wrócić do tworzenia potworów. Mam nadzieję, że jak na razie postarasz się tworzyć takie, które nie będą próbowały cię zabić… - powiedziałam i podałam jej maść. – Przepraszam Cię, ale mogłabym coś zjeść?
Yuki skinęła głową na znak zgody. Uśmiechnęłam się lekko i wyjęłam z przytarganej tu dzisiaj rano torby wczesne truskawki. Oblizałam pysk i zaczęłam jeść.
- Chcesz jedną? – zapytałam.
- Fuj, nie. Wolę mięso. Jak możesz to jeść? – skrzywiła się.
- Co kto lubi. – mruknęłam.
***
W nocy śnił mi się ten jeleń. Gonił mnie i Yuki po terenach watahy.
Kiedy mijałyśmy Mroczny Las ten zarżał, a z lasu wyszły dziesiątki
podobnych stworów. Yuki zawyła i zmieniła się w kolejnego jelenia.
Rozejrzała się wokół, jej wzrok zatrzymał się na mnie. Uśmiechnęła się
lekko i nabiła mnie na poroże mówiąc „Lubię mięso”.
***
Obudziłam się zlana potem. Ten sen był tak absurdalny i jednocześnie tak
przerażający… Rozejrzałam się po jaskini. Byłam w wilczym szpitalu…
Sama… - Yuki? – zapytałam. Cisza. – Yuki?!
Nagle do jaskini weszła wadera.
- Gdzie ty byłaś?! – warknęłam zdenerwowana.
<Yuki?>
Uwagi: brak
piątek, 27 maja 2016
Od Astrid "Co tu się..." cz. 1 (Cd. Kazuma)
- Astrid? Co tu robisz? - słyszę wypowiadane przez kogoś słowa. Wiem, że
są skierowane do mnie, jednak na nie nie odpowiadam, zamiast tego
zaczynam się kręcić. Nie chcę jeszcze wstawać. Wilk zauważając, że z
powrotem wracam do krainy snów lekko mnie szturcha. - Wstawaj.
- Nie chcę... - mruczę. Wilk szturcha mnie ponownie tym razem mocniej, przez co powoli się wybudzam z tego dziwnego stanu półsnu. Otwieram oczy niezadowolona z tego, że muszę wstawać. Z początku jasne światło mnie oślepia, jednak szybko wszystko staje się takie jakie być powinno. Rozglądam się wokół szukając osoby, przez którą się obudziłam. Znalezienie jej nie jest trudne, gdyż fioletowa sierść wadery zdecydowanie wyróżnia się na tle Zielonego Lasu. Samica wygląda na młodą, może mieć co najwyżej trzy lata. Jasne, prawie białe oczy spoglądają na mnie uważnie.
- Kim jesteś? - pytam zanim zdążę ugryźć się w język. Nie poznaję jej chociaż może powinnam. W tej chwili nie pamiętam za wiele. Wadera patrzy na mnie zaskoczona. Teraz jestem wręcz pewna, że ją znam, jednak nie mogę przypomnieć sobie skąd.
- Nie wiesz? - pyta patrząc na mnie uważnie.
- No nie. Znaczy znam cię, ale nie pamiętam twojego imienia. Nie jestem dobra w zapamiętywaniu imion... - nie wiem czemu zaczynam się tłumaczyć. Robi mi się trochę wstyd jak za każdym razem kiedy okazuje się, że nie pamiętam imienia jakiegoś wilka lub nie jestem pewna czy kogoś znam. Ech, mózgu, dlaczego...
Bo tak. - słyszę w głowie swój głos rozsądku. Przewracam oczami. Do czasem mnie denerwuje, ale kiedyś była gorsza. Teraz chyba się do niej przyzwyczaiłam...
- Alfie. - wzdycha wadera.
- Astrid. - uśmiecham się lekko mając nadzieję, że nie wyszedł mi dziwny uśmiech psychopaty. Wolę nie ufać zbytnio mojemu "pięknemu" pysku. Po chwili zdaję sobie sprawę, że Alfie wiedziała jak mam imię. No tak... Czasem się zapominam, że normalne wilki pamiętają takie rzeczy.
- Wybacz za ciekawość, ale dlaczego tu spałaś? - pyta samica. No tak, widok śpiącego pod drzewem wilka jest chyba trochę niespodziewany. Przynajmniej jeśli dotyczy to członków watahy. Nie wiem co odpowiedzieć, więc milczę. - Jeśli nie chcesz to nie musisz ze mną rozmawiać. To ja już może pójdę.
Spoglądam ze zdziwieniem na waderę. Co?! Czy jestem aż tak nieprzyjazna?!
Odkręć to lepiej. Chyba, że chcesz robić za "milczka" i "wredotę". - mówi Do. Szybko się z nią zgadzam. Wiem, że to głupie, ale nie lubię jak ludzie mają mnie za kogoś nieprzyjaznego. Nie chcę mieć z nikim na pieńku, tak żyje się prościej i jest nieco mniej kłopotów.
- Nie! Przepraszam, nie chciałam cię urazić. Po prostu sama nie wiem. Byłam chyba po prostu wczoraj zmęczona i nie chciało mi się iść do jaskini. - tłumaczę. Alfie unosi brew ze zdziwienia.
- Jak bardzo trzeba być... - zaczyna, jednak w połowie zdania przerywa i patrzy na mnie z lekkim przestrachem. Teraz zdaję sobie sprawę, że za tą waderą nie da się nadążyć, albo przynajmniej za jej emocjami.
Kobieta zmienną jest. - mówi Do.
Ale, żeby aż tak? - wzdycham w myślach.
- Dobra, ja muszę już iść. - mówi Alfie. Postanawiam, że nie będę jej namawiać do pozostania i dłuższej rozmowy ze mną, gdyż to wydaję mi się bezcelowe.
- Ok, do zobaczenia.
- Tak, cześć. - odpowiada już idąc w swoją stronę. Przyglądam się przez chwilę szybko oddalającej się waderze. Kiedy ta znika za drzewami zdaję sobie sprawę, że jestem strasznie głodna. Postanawiam wrócić do swojej jaskini, może jeszcze coś tam mam do jedzenia.
Kiedy wreszcie dochodzę, zaczynam poszukiwania. Jak się okazuje całkiem zbędne, bo jak w duchu wiedziałam, nie mam już nic. I co teraz? Przydałoby iść nazbierać trochę owoców i warzyw. Nie zastanawiając się długo, zamieniam się w człowieka i biorę do ręki dużą, lnianą torbę. Ostatni raz rozglądam się po jaskini myśląc, że muszę ją kiedyś uporządkować. Mogłabym przynieść też tu jakieś kwiatki. Może bez, w końcu uwielbiam jego zapach i miło by było mieć jego kwiaty przy sobie.
- Dobra, to chyba wszystko, czas iść. - mówię na głos wychodząc z jaskini.
Po jakimś czasie dochodzące do Magicznego Ogrodu, który w pierwszej chwili oszałamia mnie swoimi zapachami i kolorami. To miejsce zawsze robi na mnie spore wrażenie. Chodzę w kółko nim, szukając jakiś roślin nadających się do jedzenia. Nie wychodzi mi to za dobrze, bo ciągle rozpraszają mnie jakieś kwiaty, a zwłaszcza te bzu. Boże, jak ja kocham bez... W końcu udaję mi się znaleźć wczesne truskawki. Nie posiadając się z radości zaczynam je zrywać, a co trzecią jeść. Kiedy zauważam, że te wczesne się skończyły i zostały same zielone, jest mi strasznie żal. Zaglądam do torby i otwieram usta ze zdziwienia. Wydawało mi się, że tych truskawek jest o wiele mniej, a tu proszę! Jedna czwarta torby jest! Uśmiecham się zadowolona i postanawiam wracać. Za parę dni tu wrócę i nazrywam więcej, jak na razie tyle ile mam powinno mi starczyć. Wychodząc z ogrodu zrywam parę gałązek bzu, które od razu zaczynam wąchać. Słyszę jak Dolores się ze mnie cicho śmieje, staram się jednak to ignorować.
- Nic nie może mi popsuć tego dnia. Nic! - mówię i zaczynam nucić melodię piosenki, która cieszy się dużą popularnością, zwłaszcza wśród młodzieży.
- Przez twe, twe oczy zielone osza... - zaczynam śpiewać, jednak przerywam zauważając jakiś ruch w pobliskich krzakach. Co do...
- Ej! - krzyczę wystraszona kiedy ktoś się na mnie rzuca. Staram się szybko odepchnąć wilka, co okazuję się być ciężkie w formie ludzkiej, jednak nie niemożliwe. Kiedy tylko wadera, będąca jak się okazuje Kazumą znajduje się jakiś metr ode mnie szybko uciekam, by móc zmienić postać na wilczą. Ta jednak mnie dogania i znowu rzuca się z zębami. - Zostaw mnie!
Kazuma słysząc mój piskliwy głos zaczyna się śmiać, jednak nic nie mówi, jest chyba zbyt zajęta atakowaniem mnie... Staram się jak mogę odpychać waderę, co jest coraz trudniejsze ze względu na pojawiające się na mnie rany. Kiedy w końcu mi się udaje, szybko zmieniam się w wilka i rzucam na Kazumę z chęcią zemsty i praktycznie od razu zdaję sobie sprawę, że tak podpisuję na siebie tylko wyrok śmierci. Mam nadzieję jednak, że ta jeszcze po mnie nie przyjdzie...
<Kazuma?>
Uwagi: Przecineczki~ Poważnie, "TE miejsce"? Powinno być "TO miejsce". Kazuma ledwo zipie, jest prawie niezdolna do chodzenia, a ty mi tu z atakiem wyskakujesz. I co ja mam teraz zrobić? ;z;
- Nie chcę... - mruczę. Wilk szturcha mnie ponownie tym razem mocniej, przez co powoli się wybudzam z tego dziwnego stanu półsnu. Otwieram oczy niezadowolona z tego, że muszę wstawać. Z początku jasne światło mnie oślepia, jednak szybko wszystko staje się takie jakie być powinno. Rozglądam się wokół szukając osoby, przez którą się obudziłam. Znalezienie jej nie jest trudne, gdyż fioletowa sierść wadery zdecydowanie wyróżnia się na tle Zielonego Lasu. Samica wygląda na młodą, może mieć co najwyżej trzy lata. Jasne, prawie białe oczy spoglądają na mnie uważnie.
- Kim jesteś? - pytam zanim zdążę ugryźć się w język. Nie poznaję jej chociaż może powinnam. W tej chwili nie pamiętam za wiele. Wadera patrzy na mnie zaskoczona. Teraz jestem wręcz pewna, że ją znam, jednak nie mogę przypomnieć sobie skąd.
- Nie wiesz? - pyta patrząc na mnie uważnie.
- No nie. Znaczy znam cię, ale nie pamiętam twojego imienia. Nie jestem dobra w zapamiętywaniu imion... - nie wiem czemu zaczynam się tłumaczyć. Robi mi się trochę wstyd jak za każdym razem kiedy okazuje się, że nie pamiętam imienia jakiegoś wilka lub nie jestem pewna czy kogoś znam. Ech, mózgu, dlaczego...
Bo tak. - słyszę w głowie swój głos rozsądku. Przewracam oczami. Do czasem mnie denerwuje, ale kiedyś była gorsza. Teraz chyba się do niej przyzwyczaiłam...
- Alfie. - wzdycha wadera.
- Astrid. - uśmiecham się lekko mając nadzieję, że nie wyszedł mi dziwny uśmiech psychopaty. Wolę nie ufać zbytnio mojemu "pięknemu" pysku. Po chwili zdaję sobie sprawę, że Alfie wiedziała jak mam imię. No tak... Czasem się zapominam, że normalne wilki pamiętają takie rzeczy.
- Wybacz za ciekawość, ale dlaczego tu spałaś? - pyta samica. No tak, widok śpiącego pod drzewem wilka jest chyba trochę niespodziewany. Przynajmniej jeśli dotyczy to członków watahy. Nie wiem co odpowiedzieć, więc milczę. - Jeśli nie chcesz to nie musisz ze mną rozmawiać. To ja już może pójdę.
Spoglądam ze zdziwieniem na waderę. Co?! Czy jestem aż tak nieprzyjazna?!
Odkręć to lepiej. Chyba, że chcesz robić za "milczka" i "wredotę". - mówi Do. Szybko się z nią zgadzam. Wiem, że to głupie, ale nie lubię jak ludzie mają mnie za kogoś nieprzyjaznego. Nie chcę mieć z nikim na pieńku, tak żyje się prościej i jest nieco mniej kłopotów.
- Nie! Przepraszam, nie chciałam cię urazić. Po prostu sama nie wiem. Byłam chyba po prostu wczoraj zmęczona i nie chciało mi się iść do jaskini. - tłumaczę. Alfie unosi brew ze zdziwienia.
- Jak bardzo trzeba być... - zaczyna, jednak w połowie zdania przerywa i patrzy na mnie z lekkim przestrachem. Teraz zdaję sobie sprawę, że za tą waderą nie da się nadążyć, albo przynajmniej za jej emocjami.
Kobieta zmienną jest. - mówi Do.
Ale, żeby aż tak? - wzdycham w myślach.
- Dobra, ja muszę już iść. - mówi Alfie. Postanawiam, że nie będę jej namawiać do pozostania i dłuższej rozmowy ze mną, gdyż to wydaję mi się bezcelowe.
- Ok, do zobaczenia.
- Tak, cześć. - odpowiada już idąc w swoją stronę. Przyglądam się przez chwilę szybko oddalającej się waderze. Kiedy ta znika za drzewami zdaję sobie sprawę, że jestem strasznie głodna. Postanawiam wrócić do swojej jaskini, może jeszcze coś tam mam do jedzenia.
Kiedy wreszcie dochodzę, zaczynam poszukiwania. Jak się okazuje całkiem zbędne, bo jak w duchu wiedziałam, nie mam już nic. I co teraz? Przydałoby iść nazbierać trochę owoców i warzyw. Nie zastanawiając się długo, zamieniam się w człowieka i biorę do ręki dużą, lnianą torbę. Ostatni raz rozglądam się po jaskini myśląc, że muszę ją kiedyś uporządkować. Mogłabym przynieść też tu jakieś kwiatki. Może bez, w końcu uwielbiam jego zapach i miło by było mieć jego kwiaty przy sobie.
- Dobra, to chyba wszystko, czas iść. - mówię na głos wychodząc z jaskini.
Po jakimś czasie dochodzące do Magicznego Ogrodu, który w pierwszej chwili oszałamia mnie swoimi zapachami i kolorami. To miejsce zawsze robi na mnie spore wrażenie. Chodzę w kółko nim, szukając jakiś roślin nadających się do jedzenia. Nie wychodzi mi to za dobrze, bo ciągle rozpraszają mnie jakieś kwiaty, a zwłaszcza te bzu. Boże, jak ja kocham bez... W końcu udaję mi się znaleźć wczesne truskawki. Nie posiadając się z radości zaczynam je zrywać, a co trzecią jeść. Kiedy zauważam, że te wczesne się skończyły i zostały same zielone, jest mi strasznie żal. Zaglądam do torby i otwieram usta ze zdziwienia. Wydawało mi się, że tych truskawek jest o wiele mniej, a tu proszę! Jedna czwarta torby jest! Uśmiecham się zadowolona i postanawiam wracać. Za parę dni tu wrócę i nazrywam więcej, jak na razie tyle ile mam powinno mi starczyć. Wychodząc z ogrodu zrywam parę gałązek bzu, które od razu zaczynam wąchać. Słyszę jak Dolores się ze mnie cicho śmieje, staram się jednak to ignorować.
- Nic nie może mi popsuć tego dnia. Nic! - mówię i zaczynam nucić melodię piosenki, która cieszy się dużą popularnością, zwłaszcza wśród młodzieży.
- Przez twe, twe oczy zielone osza... - zaczynam śpiewać, jednak przerywam zauważając jakiś ruch w pobliskich krzakach. Co do...
- Ej! - krzyczę wystraszona kiedy ktoś się na mnie rzuca. Staram się szybko odepchnąć wilka, co okazuję się być ciężkie w formie ludzkiej, jednak nie niemożliwe. Kiedy tylko wadera, będąca jak się okazuje Kazumą znajduje się jakiś metr ode mnie szybko uciekam, by móc zmienić postać na wilczą. Ta jednak mnie dogania i znowu rzuca się z zębami. - Zostaw mnie!
Kazuma słysząc mój piskliwy głos zaczyna się śmiać, jednak nic nie mówi, jest chyba zbyt zajęta atakowaniem mnie... Staram się jak mogę odpychać waderę, co jest coraz trudniejsze ze względu na pojawiające się na mnie rany. Kiedy w końcu mi się udaje, szybko zmieniam się w wilka i rzucam na Kazumę z chęcią zemsty i praktycznie od razu zdaję sobie sprawę, że tak podpisuję na siebie tylko wyrok śmierci. Mam nadzieję jednak, że ta jeszcze po mnie nie przyjdzie...
<Kazuma?>
Uwagi: Przecineczki~ Poważnie, "TE miejsce"? Powinno być "TO miejsce". Kazuma ledwo zipie, jest prawie niezdolna do chodzenia, a ty mi tu z atakiem wyskakujesz. I co ja mam teraz zrobić? ;z;
poniedziałek, 29 lutego 2016
Od Astrid "Obca czy znajoma" cz. 15 (Cd. Dante)
- Co...? E... nic... - mruknął mój przyjaciel wpatrując się gdzieś w dal.
Coś jest nie tak – zdążyłam pomyśleć zanim spostrzegłam łzę na policzku
Dan'a. Poczułam dziwny impuls otarcia jej. Nie lubiłam kiedy ktoś w moim
otoczeniu się smuci, a zwłaszcza ktoś tak mi bliski. Szybko otrząsnęłam
się z takich myśli i uniosłam do góry brwi zdziwiona tym, że Dante
płacze. Co się stało, że tak nim wstrząsnęło? Chłopak pospiesznie otarł
łzę rękawem kurtki i uśmiechnął się lekko.
- Wszystko ok. Nic mi nie jest. Po prostu... coś mi wpadło do oka. - powiedział. Skierowałam spojrzenie na jego oczy. Niby takie jak zawsze, jednak coś nie w nich czaiło. Smutek, żal? Nie mam pojęcia.
- Dante, co się stało? - spytałam – Powiesz mi? - to pytanie wydawało mi się tak naiwne i głupie, a jednak je zadałam. Idiotka.
- Nie ma o czym mówić, nie ważne. - mruknął – Może lepiej... E... Poszukajmy jakieś trumny.
- Nie musimy szukać. Wracajmy lepiej do domu. - powiedziałam zrezygnowana. Dante spojrzał na mnie zdezorientowany. - Na nic nie starczy nam pieniędzy. Nici z pogrzebu. Musimy go po prostu zakopać bez trumny i innych takich typu rzeczy – wyjaśniłam. Mijająca nas kobieta skierowała zaciekawiony i jednocześnie lekko oburzony lub też przerażony wzrok. Jestem beznadziejna z odczytywania emocji innych, zwłaszcza dzisiaj.
- Dobre i tyle. Przynajmniej nie zgnije gdzieś pod drzewem. - spostrzegł Dante i skierował się w stronę, gdzie miasto się kończyło i jakiś kawałek dalej zaczynał się Zielony Las. Ruszyłam za nim. Przed oczami miałam tą chwilę gdy po policzku Danny'ego spadała łza, co z nie znanego mi powodu sprawiało, że czułam smutek. W myślach przestudiowałam wydarzenia w zakładzie pogrzebowym, próbując zrozumieć o co mogło chodzić mojemu przyjacielowi. Cokolwiek to było musiało być poważne skoro wywołało w nim takie emocje. Czułam się jakoś nieswojo, kiedy przypomniałam sobie, że jeszcze niedawno go nie poznałam idącego obok mnie chłopaka. Droga dłużyła mi się przeogromnie, chciałam coś powiedzieć, pocieszyć Dan'a, ale nie wiedziałam jak to mam zrobić. Kątem oka obserwowałam przyjaciela. Dante szedł chodnikiem całkowicie pochłonięty swoimi myślami, które musiały być dość ponure, bo widziałam, że ma tak zwane szklane oczy. Nie wiele myśląc, złapałam jego dłoń w swoją i lekko ścisnęłam. Praktycznie od razu poczułam bijące od niego ciepło. Dante spojrzał na mnie zaskoczony, jednak nie zabrał ręki. Uśmiechnęłam się lekko. To wszystko było takie dziwne, robiłam w ostatnim czasie tyle rzeczy, których całkowicie nie rozumiałam. Oddawałam się po prostu instynktom, a zdrowy rozsądek odszedł gdzieś daleko i nie chcę do tego wrócić. Spojrzałam znowu na Dantego. Zdecydowanie wyprzystojniał, już nie przypomina aż tak szczeniaka, którego poznałam dawno temu. Westchnęłam w myślach i odrzuciłam wszystkie myśli o tym, co było i będzie. Po prostu czułam coś w stylu szczęścia z powodu, że idę teraz koło Dante, że trzymam go za rękę, że go w ogóle znam.
W końcu doszliśmy do lasu, który zaczynał tereny naszej watahy. Puściłam rękę Dantego i na niego spojrzałam. Chłopak odwzajemnił spojrzenie.
- To... Chodźmy może głębiej w las i się przemieńmy. - powiedziałam. Dan skinął głową na zgodę. Tym razem ja ruszyłam przodem. Powoli mijałam drzewa czekając, aż las zacznie się tak naprawdę. Kiedy uznałam, że jestem w odpowiednim miejscu zamieniłam się w wilka i rozejrzałam za Dante. Ten już od jakiegoś czasu przemieniony w wilka szedł w moją stronę.
- Dalej się smucisz? - zadałam kolejne głupie pytanie. Nie dość, że idiotka to jeszcze żałosna...
- Co? Ja się wcale nie... - zaczął basior, po czym zamilkł, w oku pojawiła mu się łza. Nie rozumiałam co się stało, ale cokolwiek to było nie powinno w ogóle istnieć i męczyć Danny'ego. Podeszłam do niego i przytuliłam na tyle ile pozwalało mi ciało wilka.
<Dante?>
Uwagi: Nie "te pytanie", tylko "to pytanie". "Niedawno" piszemy razem.
- Wszystko ok. Nic mi nie jest. Po prostu... coś mi wpadło do oka. - powiedział. Skierowałam spojrzenie na jego oczy. Niby takie jak zawsze, jednak coś nie w nich czaiło. Smutek, żal? Nie mam pojęcia.
- Dante, co się stało? - spytałam – Powiesz mi? - to pytanie wydawało mi się tak naiwne i głupie, a jednak je zadałam. Idiotka.
- Nie ma o czym mówić, nie ważne. - mruknął – Może lepiej... E... Poszukajmy jakieś trumny.
- Nie musimy szukać. Wracajmy lepiej do domu. - powiedziałam zrezygnowana. Dante spojrzał na mnie zdezorientowany. - Na nic nie starczy nam pieniędzy. Nici z pogrzebu. Musimy go po prostu zakopać bez trumny i innych takich typu rzeczy – wyjaśniłam. Mijająca nas kobieta skierowała zaciekawiony i jednocześnie lekko oburzony lub też przerażony wzrok. Jestem beznadziejna z odczytywania emocji innych, zwłaszcza dzisiaj.
- Dobre i tyle. Przynajmniej nie zgnije gdzieś pod drzewem. - spostrzegł Dante i skierował się w stronę, gdzie miasto się kończyło i jakiś kawałek dalej zaczynał się Zielony Las. Ruszyłam za nim. Przed oczami miałam tą chwilę gdy po policzku Danny'ego spadała łza, co z nie znanego mi powodu sprawiało, że czułam smutek. W myślach przestudiowałam wydarzenia w zakładzie pogrzebowym, próbując zrozumieć o co mogło chodzić mojemu przyjacielowi. Cokolwiek to było musiało być poważne skoro wywołało w nim takie emocje. Czułam się jakoś nieswojo, kiedy przypomniałam sobie, że jeszcze niedawno go nie poznałam idącego obok mnie chłopaka. Droga dłużyła mi się przeogromnie, chciałam coś powiedzieć, pocieszyć Dan'a, ale nie wiedziałam jak to mam zrobić. Kątem oka obserwowałam przyjaciela. Dante szedł chodnikiem całkowicie pochłonięty swoimi myślami, które musiały być dość ponure, bo widziałam, że ma tak zwane szklane oczy. Nie wiele myśląc, złapałam jego dłoń w swoją i lekko ścisnęłam. Praktycznie od razu poczułam bijące od niego ciepło. Dante spojrzał na mnie zaskoczony, jednak nie zabrał ręki. Uśmiechnęłam się lekko. To wszystko było takie dziwne, robiłam w ostatnim czasie tyle rzeczy, których całkowicie nie rozumiałam. Oddawałam się po prostu instynktom, a zdrowy rozsądek odszedł gdzieś daleko i nie chcę do tego wrócić. Spojrzałam znowu na Dantego. Zdecydowanie wyprzystojniał, już nie przypomina aż tak szczeniaka, którego poznałam dawno temu. Westchnęłam w myślach i odrzuciłam wszystkie myśli o tym, co było i będzie. Po prostu czułam coś w stylu szczęścia z powodu, że idę teraz koło Dante, że trzymam go za rękę, że go w ogóle znam.
W końcu doszliśmy do lasu, który zaczynał tereny naszej watahy. Puściłam rękę Dantego i na niego spojrzałam. Chłopak odwzajemnił spojrzenie.
- To... Chodźmy może głębiej w las i się przemieńmy. - powiedziałam. Dan skinął głową na zgodę. Tym razem ja ruszyłam przodem. Powoli mijałam drzewa czekając, aż las zacznie się tak naprawdę. Kiedy uznałam, że jestem w odpowiednim miejscu zamieniłam się w wilka i rozejrzałam za Dante. Ten już od jakiegoś czasu przemieniony w wilka szedł w moją stronę.
- Dalej się smucisz? - zadałam kolejne głupie pytanie. Nie dość, że idiotka to jeszcze żałosna...
- Co? Ja się wcale nie... - zaczął basior, po czym zamilkł, w oku pojawiła mu się łza. Nie rozumiałam co się stało, ale cokolwiek to było nie powinno w ogóle istnieć i męczyć Danny'ego. Podeszłam do niego i przytuliłam na tyle ile pozwalało mi ciało wilka.
<Dante?>
Uwagi: Nie "te pytanie", tylko "to pytanie". "Niedawno" piszemy razem.
wtorek, 19 stycznia 2016
Od Astrid "Obca czy znajoma" cz. 13 (Cd. Dante)
Dobra, zostawmy jak na razie temat muzeów i pomyślny jak możemy zdobyć
pieniądze. - powiedziałam, kiedy skończyłam się śmiać. - Może pożyczymy
od funduszy watahy?
- Nie uda się. Inni od razu zaciekawią się po co nam te pieniądze... - odpowiedział Dante – Ale może podwędzisz trochę od wypłaty...?
- Jasne, nie ma sprawy. Ale pod warunkiem, że chcesz czekać prawie miesiąc. - roześmiałam się.
- To ja już nie wiem. - mruknął basior.
- Ja też nie... - powiedziałam – Chociaż... Czekaj chwilę.
Wstałam i zaczęłam przeszukiwać swoją jaskinię. Ciężko było mi znaleźć coś wśród wszechobecnego bałaganu. Kiedyś będę musiała zrobić porządek w tej jaskini. Ale najwcześniej po tym jak skończy się ta sprawa z tym martwym wilkiem. Przed oczami stanęło mi jego rozprute ciało. Potrząsnęłam głową starając się o tym teraz nie myśleć. W końcu w jakimś słoiku znalazłam to co szukałam. Uniosłam triumfująco rękę z zawiniątkiem.
- Co to? - zapytał Dante.
- Moje oszczędności jeszcze ze studiów. - wyjaśniłam wyjmując pieniądze. Powoli przeliczyłam banknoty – Powinno starczyć, ale jedynie na tanią trumnę.
- To kiedy pójdziemy do miasta po nią? - zapytał Dante. Spojrzałam zdziwiona na basiora.
- My? Ty zostajesz. Dziwię się, że w ogóle wpadłeś na taki pomysł. Jak na razie nie możesz się przemęczać. - powiedziałam.
- Czyli co? Ja mam siedzieć na tyłku, kiedy ty będziesz podbijać miasto? - mruknął niezadowolony basior.
- Podbijać? Kupując trumnę? - spojrzałam badawczo na przyjaciela. - Dante idę sama. Ty musisz tu zostać. Ledwo żyjesz.
Basior spojrzał na mnie tymi swoimi niebieskimi oczyma.
- Dam radę. - uśmiechnął się lekko. Zirytowana westchnęłam.
- Jak ty to robisz, że potrafisz mnie do wszystkiego przekonać? - spytałam. Dante uśmiechnął się szeroko. - Idziemy jutro. Za taki wyskok Suzanna da nam nieźle popalić... Nie powinieneś zbytnio się przemęczać jako wilk, nie wspominając o postaci człowieka...
<Dante? Przepraszam, że takie krótkie, ale nie mam w ogóle pomysłu... >
Uwagi: brak
- Nie uda się. Inni od razu zaciekawią się po co nam te pieniądze... - odpowiedział Dante – Ale może podwędzisz trochę od wypłaty...?
- Jasne, nie ma sprawy. Ale pod warunkiem, że chcesz czekać prawie miesiąc. - roześmiałam się.
- To ja już nie wiem. - mruknął basior.
- Ja też nie... - powiedziałam – Chociaż... Czekaj chwilę.
Wstałam i zaczęłam przeszukiwać swoją jaskinię. Ciężko było mi znaleźć coś wśród wszechobecnego bałaganu. Kiedyś będę musiała zrobić porządek w tej jaskini. Ale najwcześniej po tym jak skończy się ta sprawa z tym martwym wilkiem. Przed oczami stanęło mi jego rozprute ciało. Potrząsnęłam głową starając się o tym teraz nie myśleć. W końcu w jakimś słoiku znalazłam to co szukałam. Uniosłam triumfująco rękę z zawiniątkiem.
- Co to? - zapytał Dante.
- Moje oszczędności jeszcze ze studiów. - wyjaśniłam wyjmując pieniądze. Powoli przeliczyłam banknoty – Powinno starczyć, ale jedynie na tanią trumnę.
- To kiedy pójdziemy do miasta po nią? - zapytał Dante. Spojrzałam zdziwiona na basiora.
- My? Ty zostajesz. Dziwię się, że w ogóle wpadłeś na taki pomysł. Jak na razie nie możesz się przemęczać. - powiedziałam.
- Czyli co? Ja mam siedzieć na tyłku, kiedy ty będziesz podbijać miasto? - mruknął niezadowolony basior.
- Podbijać? Kupując trumnę? - spojrzałam badawczo na przyjaciela. - Dante idę sama. Ty musisz tu zostać. Ledwo żyjesz.
Basior spojrzał na mnie tymi swoimi niebieskimi oczyma.
- Dam radę. - uśmiechnął się lekko. Zirytowana westchnęłam.
- Jak ty to robisz, że potrafisz mnie do wszystkiego przekonać? - spytałam. Dante uśmiechnął się szeroko. - Idziemy jutro. Za taki wyskok Suzanna da nam nieźle popalić... Nie powinieneś zbytnio się przemęczać jako wilk, nie wspominając o postaci człowieka...
<Dante? Przepraszam, że takie krótkie, ale nie mam w ogóle pomysłu... >
Uwagi: brak
Od Astrid "Identyczna" cz. 3 (Cd. Vanessa)
Nie wiedziałam co ma powiedzieć. Jej słowa cały czas mi chodziły po
głowie. Potrzebowała pomocy, której nie wielu mogło udzielić.
Potrzebowała uzdrowienia duszy. Swego czasu dużo czytałam na ten temat
chcąc się pozbyć swojego demona. Dolores była niczym w porównaniu z tym
co opętało Van. Poczułam, że samica będąca gdzieś w środku mnie jest
niezadowolona z tego jak o niej w chwili myślę. W myślach przeniosłam
się na małą polanę, na której stałam ja i Dolores.
- Do, zamknij się. Sama widzisz, że to poważna sprawa. Ty też jesteś... Określ swoje niezrównoważenie psychiczne jak chcesz, ale jednak pomiędzy nami trwa coś w stylu zgody, więc siedź cicho. Van nawiedzają o wiele gorsze demony, którą chcą ją zabić. Ty czegoś takiego nigdy byś nie zrobiła. - powiedziałam w myślach do mojego osobistego demona.
- A skąd wiesz? - spytała samica.
- Błagam, przecież wiesz, że gdybyś zabiła mnie to samo zrobiłabyś z sobą. Jesteś bezpośrednią związana ze mną. - uśmiechnęłam się przymilnie. Oczywiście dalej w myślach. Vanessa gdyby widziała mój uśmiech nie wiedziałaby kompletnie o co mi chodzi i zaczęłaby pewnie rozważać czy nie jestem przypadkiem mocno stuknięta.
- Racja, ale mogę ci rozwalić życie. Zawsze jakieś pocieszenie. - mruknęła wadera. Przewróciłam oczami. Dolores potrafiła porządnie zdenerwować, ale ostatnimi czasami zaczęłyśmy się bardziej... Dogadywać? W sumie to nie wiem jak to nazwać. Wiem tylko, że panuje między nami względny spokój. Przynajmniej na razie... Zresztą nie ważne, teraz liczy się to, by pomóc Vanessie. Kto może o tym cokolwiek wiedzieć...?
- Dolores...? - spytałam.
- Co znowu? - warknęła.
- Bez zbytnej agresywności, dobra? Wiesz jak pozbyć się klątw, demonów i tym podobnych? - spojrzałam na nią.
- A co? Masz mnie już dość? - uśmiechnęła się złośliwie.
- Nie, no co ty? Skąd ci to przyszło do głowy? Wiesz przecież jak cię uwielbiam. - mruknęłam z sarkazmem jednocześnie przewracając oczami. - To dla Vanessy. Ciąży na niej jakaś klątwa. Coś co wykańcza ją psychicznie. Ona nie może skończyć jako obraz nędzy i rozpaczy, całkowicie wykończona klątwą czy co to to jest. Jeszcze biedna popełni samobójstwo. - wiedziałam, że przesadzam i daję się ponieść wyobraźni, ale nikt nie powiedział, że coś takiego nie jest niemożliwe...
- Astrid, czy ty przypadkiem nie przesadzasz? Znasz ją jeden dzień. Nic o niej nie wiesz. A jeśli chcę z ciebie zrobić kozła ofiarnego? I co gorsza ze mnie? - pytała oburzona.
- Przecież nie mogę... Nie możemy jej zostawić z tym samą. - jęknęłam rozpaczliwie. Wadera westchnęła.
- Te twoje „dobre serduszko” kiedyś zaprowadzi nas do grobu... Znam. Możesz o tym nie wiedzieć, ale wszystkie demony zanim zostaną do kogoś przydzielone przechodzą coś w stylu kursu. Na nim uczą się... różnych rzeczy. Między innymi przed czym mamy się trzymać się z daleka... Przykładowo Złote Serce potrafi zmienić nam charakter na dobry. Wtedy tą złą częścią staję się wilk, a my jesteśmy „sweetaśno-różowo piękniutkie o dobrym serduszku”. W skrócie prawdziwy ideał. Aż chcę się wilkowi rzygać. - skrzywiła się. Na mój pysk też wkradł się grymas. - O, As robisz postępy. Myślałam, że zaczniesz wzdychać i mówić „Wow! Ja chcę być takim demonem po przemianie przez te Serce!”.
- No, tak. W końcu tylko o tym marzę. Sama dziwię się swojej tak bardzo mrocznej reakcji. Masz rację, chcę być tym „sweetaśnym” wilczkiem o wspaniałym serduszku. Ideale, który nie wie co oznacza prawdziwe życie. Co sądzi, że świat jest piękny, nigdy nie poznał czegoś takiego jak smutek, złość, znudzenie i inne tego typu odczucia... - kolejny raz przewróciłam oczyma.
- No nieźle. Astrisia powoli robi postępy. - uśmiechnęła się złośliwie.
- Nie nazywaj mnie Astrisia. Nigdy. - warknęłam. Od zawsze nienawidziłam tego przekształcenia mojego imienia. Dolores zmierzyła mnie spojrzeniem. - Lepiej przejdźmy do rzeczy. Znasz coś co może jej pomóc?
- Mroczny Płomień.
- Mroczny Płomień? Ale sobie nazwę wybrali. Piękna po prostu. - prychnęłam.
- Astrid, mogłabyś się zamknąć? Sama wiesz, że mówię poważnie. Fakt nazwa nie do końca ładna, nawet nie do końca zgodna z wyglądem tego kwiatka. Ale to nie o nazwę chodzi tylko o właściwości. Ten kwiatek potrafi pozbyć się demonów i wszelakich klątw, ale tylko kiedy rozkwita. Jeśli jeszcze nie rozłożył płatków do końca jedynie pozbawi jakieś części demona lub klątwy. - wyjaśniła Dolores.
- A gdzie tego kwiatka można znaleźć? - spytałam.
- Na terenach watahy podobno jest miejsce gdzie one rosną. Jeśli to prawda to jest to przy Moście Nieskończoności.
- Ok, to ja już spadam. Dziękuję, Dolores. - powiedziałam i w myślach opuściłam polanę. Znowu byłam z Vanessą. Spojrzałam na nią. Biedna, dalej we łzach.
- Vanessa? Wiem jak się tego pozbyć. - powiedziałam. Wadera zwróciła wzrok na mnie. - Jest taka roślina. Nazywa się Mroczny Płomień. Rośnie prawdopodobnie w pobliżu Mostu Nieskończoności. Jeśli jest rozkwitnięta pozwala się pozbyć wszelakich klątw i demonów. Jeśli nie to tamuje ich moc. W każdym razie pomoże chociaż odrobinę.
- A skutki uboczne? - spytała.
- Skutki uboczne? - powtórzyłam. W myślach przeklęłam sama siebie, że o to nie spytałam Dolores. - Nie ma. - powiedziałam modląc się żeby to była prawda.
- To chodź. Idziemy po tego płomyczka. - Vanessa gwałtownie wstała. Łzy momentalnie jej obeschły. Zaczęła się kierować w stronę mostu. Ruszyłam za nią.
Po jakimś czasie doszłyśmy. Weszłyśmy na most rozglądając się za jakimkolwiek kwiatkiem przypominającym chociaż kolorem płomień lub jakiegoś czarnego kwiatka. Było ciężko, gdyż roślinność okolic mostu nie była obfita w kwiaty. Dokładniej, nie widziałyśmy żadnego kwiatuszka.
- Mam! To ten? - zawołała Vanessa. Spojrzałam w jej stronę. Łapą pokazywała czerwonego kwiatka rosnącego pod jednym z drzew. W myślach spytałam Dolores o wygląd i skutki uboczne (tak dla bezpieczeństwa) kwiatka, którego miałyśmy szukać. Otrzymałam wiadomość, że nie ma żadnych skutków ubocznych, po chwili przed oczami zobaczyłam też zdjęcie takiego samego kwiata jak tego spod drzewa z podpisem Mroczny Płomień. Uśmiechnęłam się z satysfakcją.
- Tak. Poczekaj chwilę, ja po niego skoczę. - odpowiedziałam.
- Chyba nie myślisz, że sama będziesz sobie skakać po moście? Też idę. - obruszyła się Van przybierając pozycję do skoku. Zrobiłam to samo.
- Na trzy. Raz, dwa... trzy! - zawołałam skacząc. Udało się! Wysepka była dość duża, więc zmieściłyśmy się obydwie. Vanessa zerwała kwiatek i skoczyła z powrotem na most. Ja zostałam. Moją uwagę przykuł maleńki kwiatek taki sam tylko jeszcze nie rozkwitnięty. Nie wiele myśląc zerwałam go i wróciłam na most.
- I co teraz? - spytała wadera.
- Zjedz go. - odparłam.
- A co ja krowa jestem, żeby kwiaty żreć?! - obruszyła się Vanessa, jednak posłusznie zaczęła go jeść. Znowu pod wpływem impulsu ja też zjadłam swojego.
- Astrid, nie! Czemu chcesz się mnie pozbyć?! - usłyszałam w głowie głos Dolores. Potem była tylko ciemność...
Obudziłam się w Wilczym Szpitalu. Kompletnie nie wiedziałam co się dzieję? Rozejrzałam się wokół. Niedaleko leżała Vanessa. Podeszłam do niej i szturchnęłam ją łapą.
- Żyjesz? - spytałam.
- N-n... No... - mruknęła, powoli wracając do rzeczywistości.
- I co? Pomogła ci ta roślinka? - spytałam.
<Vanessa?>
Uwagi: Rozwijaj skróty (np., itd., itp.).
- Do, zamknij się. Sama widzisz, że to poważna sprawa. Ty też jesteś... Określ swoje niezrównoważenie psychiczne jak chcesz, ale jednak pomiędzy nami trwa coś w stylu zgody, więc siedź cicho. Van nawiedzają o wiele gorsze demony, którą chcą ją zabić. Ty czegoś takiego nigdy byś nie zrobiła. - powiedziałam w myślach do mojego osobistego demona.
- A skąd wiesz? - spytała samica.
- Błagam, przecież wiesz, że gdybyś zabiła mnie to samo zrobiłabyś z sobą. Jesteś bezpośrednią związana ze mną. - uśmiechnęłam się przymilnie. Oczywiście dalej w myślach. Vanessa gdyby widziała mój uśmiech nie wiedziałaby kompletnie o co mi chodzi i zaczęłaby pewnie rozważać czy nie jestem przypadkiem mocno stuknięta.
- Racja, ale mogę ci rozwalić życie. Zawsze jakieś pocieszenie. - mruknęła wadera. Przewróciłam oczami. Dolores potrafiła porządnie zdenerwować, ale ostatnimi czasami zaczęłyśmy się bardziej... Dogadywać? W sumie to nie wiem jak to nazwać. Wiem tylko, że panuje między nami względny spokój. Przynajmniej na razie... Zresztą nie ważne, teraz liczy się to, by pomóc Vanessie. Kto może o tym cokolwiek wiedzieć...?
- Dolores...? - spytałam.
- Co znowu? - warknęła.
- Bez zbytnej agresywności, dobra? Wiesz jak pozbyć się klątw, demonów i tym podobnych? - spojrzałam na nią.
- A co? Masz mnie już dość? - uśmiechnęła się złośliwie.
- Nie, no co ty? Skąd ci to przyszło do głowy? Wiesz przecież jak cię uwielbiam. - mruknęłam z sarkazmem jednocześnie przewracając oczami. - To dla Vanessy. Ciąży na niej jakaś klątwa. Coś co wykańcza ją psychicznie. Ona nie może skończyć jako obraz nędzy i rozpaczy, całkowicie wykończona klątwą czy co to to jest. Jeszcze biedna popełni samobójstwo. - wiedziałam, że przesadzam i daję się ponieść wyobraźni, ale nikt nie powiedział, że coś takiego nie jest niemożliwe...
- Astrid, czy ty przypadkiem nie przesadzasz? Znasz ją jeden dzień. Nic o niej nie wiesz. A jeśli chcę z ciebie zrobić kozła ofiarnego? I co gorsza ze mnie? - pytała oburzona.
- Przecież nie mogę... Nie możemy jej zostawić z tym samą. - jęknęłam rozpaczliwie. Wadera westchnęła.
- Te twoje „dobre serduszko” kiedyś zaprowadzi nas do grobu... Znam. Możesz o tym nie wiedzieć, ale wszystkie demony zanim zostaną do kogoś przydzielone przechodzą coś w stylu kursu. Na nim uczą się... różnych rzeczy. Między innymi przed czym mamy się trzymać się z daleka... Przykładowo Złote Serce potrafi zmienić nam charakter na dobry. Wtedy tą złą częścią staję się wilk, a my jesteśmy „sweetaśno-różowo piękniutkie o dobrym serduszku”. W skrócie prawdziwy ideał. Aż chcę się wilkowi rzygać. - skrzywiła się. Na mój pysk też wkradł się grymas. - O, As robisz postępy. Myślałam, że zaczniesz wzdychać i mówić „Wow! Ja chcę być takim demonem po przemianie przez te Serce!”.
- No, tak. W końcu tylko o tym marzę. Sama dziwię się swojej tak bardzo mrocznej reakcji. Masz rację, chcę być tym „sweetaśnym” wilczkiem o wspaniałym serduszku. Ideale, który nie wie co oznacza prawdziwe życie. Co sądzi, że świat jest piękny, nigdy nie poznał czegoś takiego jak smutek, złość, znudzenie i inne tego typu odczucia... - kolejny raz przewróciłam oczyma.
- No nieźle. Astrisia powoli robi postępy. - uśmiechnęła się złośliwie.
- Nie nazywaj mnie Astrisia. Nigdy. - warknęłam. Od zawsze nienawidziłam tego przekształcenia mojego imienia. Dolores zmierzyła mnie spojrzeniem. - Lepiej przejdźmy do rzeczy. Znasz coś co może jej pomóc?
- Mroczny Płomień.
- Mroczny Płomień? Ale sobie nazwę wybrali. Piękna po prostu. - prychnęłam.
- Astrid, mogłabyś się zamknąć? Sama wiesz, że mówię poważnie. Fakt nazwa nie do końca ładna, nawet nie do końca zgodna z wyglądem tego kwiatka. Ale to nie o nazwę chodzi tylko o właściwości. Ten kwiatek potrafi pozbyć się demonów i wszelakich klątw, ale tylko kiedy rozkwita. Jeśli jeszcze nie rozłożył płatków do końca jedynie pozbawi jakieś części demona lub klątwy. - wyjaśniła Dolores.
- A gdzie tego kwiatka można znaleźć? - spytałam.
- Na terenach watahy podobno jest miejsce gdzie one rosną. Jeśli to prawda to jest to przy Moście Nieskończoności.
- Ok, to ja już spadam. Dziękuję, Dolores. - powiedziałam i w myślach opuściłam polanę. Znowu byłam z Vanessą. Spojrzałam na nią. Biedna, dalej we łzach.
- Vanessa? Wiem jak się tego pozbyć. - powiedziałam. Wadera zwróciła wzrok na mnie. - Jest taka roślina. Nazywa się Mroczny Płomień. Rośnie prawdopodobnie w pobliżu Mostu Nieskończoności. Jeśli jest rozkwitnięta pozwala się pozbyć wszelakich klątw i demonów. Jeśli nie to tamuje ich moc. W każdym razie pomoże chociaż odrobinę.
- A skutki uboczne? - spytała.
- Skutki uboczne? - powtórzyłam. W myślach przeklęłam sama siebie, że o to nie spytałam Dolores. - Nie ma. - powiedziałam modląc się żeby to była prawda.
- To chodź. Idziemy po tego płomyczka. - Vanessa gwałtownie wstała. Łzy momentalnie jej obeschły. Zaczęła się kierować w stronę mostu. Ruszyłam za nią.
***
Po jakimś czasie doszłyśmy. Weszłyśmy na most rozglądając się za jakimkolwiek kwiatkiem przypominającym chociaż kolorem płomień lub jakiegoś czarnego kwiatka. Było ciężko, gdyż roślinność okolic mostu nie była obfita w kwiaty. Dokładniej, nie widziałyśmy żadnego kwiatuszka.
- Mam! To ten? - zawołała Vanessa. Spojrzałam w jej stronę. Łapą pokazywała czerwonego kwiatka rosnącego pod jednym z drzew. W myślach spytałam Dolores o wygląd i skutki uboczne (tak dla bezpieczeństwa) kwiatka, którego miałyśmy szukać. Otrzymałam wiadomość, że nie ma żadnych skutków ubocznych, po chwili przed oczami zobaczyłam też zdjęcie takiego samego kwiata jak tego spod drzewa z podpisem Mroczny Płomień. Uśmiechnęłam się z satysfakcją.
- Tak. Poczekaj chwilę, ja po niego skoczę. - odpowiedziałam.
- Chyba nie myślisz, że sama będziesz sobie skakać po moście? Też idę. - obruszyła się Van przybierając pozycję do skoku. Zrobiłam to samo.
- Na trzy. Raz, dwa... trzy! - zawołałam skacząc. Udało się! Wysepka była dość duża, więc zmieściłyśmy się obydwie. Vanessa zerwała kwiatek i skoczyła z powrotem na most. Ja zostałam. Moją uwagę przykuł maleńki kwiatek taki sam tylko jeszcze nie rozkwitnięty. Nie wiele myśląc zerwałam go i wróciłam na most.
- I co teraz? - spytała wadera.
- Zjedz go. - odparłam.
- A co ja krowa jestem, żeby kwiaty żreć?! - obruszyła się Vanessa, jednak posłusznie zaczęła go jeść. Znowu pod wpływem impulsu ja też zjadłam swojego.
- Astrid, nie! Czemu chcesz się mnie pozbyć?! - usłyszałam w głowie głos Dolores. Potem była tylko ciemność...
***
Obudziłam się w Wilczym Szpitalu. Kompletnie nie wiedziałam co się dzieję? Rozejrzałam się wokół. Niedaleko leżała Vanessa. Podeszłam do niej i szturchnęłam ją łapą.
- Żyjesz? - spytałam.
- N-n... No... - mruknęła, powoli wracając do rzeczywistości.
- I co? Pomogła ci ta roślinka? - spytałam.
<Vanessa?>
Uwagi: Rozwijaj skróty (np., itd., itp.).
wtorek, 20 października 2015
Od Astrid "Identyczna" cz. 1 (Cd. Vanessa)
Obudził mnie chłód wkradający się do jaskini. Mój Boże, jak zimno!
Poczułam, że jestem głodna. Już przyzwyczaiłam się, że nie muszę tak
często polować odkąd rzuciłam funkcję goniącej dla lekarki. Nowa praca
jest trudniejsza, bardziej wymagająca. Tam po prostu biegałam za ofiarą,
zaganiałam ją do pułapki stworzonej przez atakujących, zabijających i
Tsu, który dowodził. To była po prostu sielanka. Obecna praca wymagała
ode mnie większej zręczności, opanowania i troski. Czułam się nie do
końca dobrze, musiałam cały czas grać, udawać kogoś innego niż jestem
tak w środku. Musiałam pozbyć się swojej wewnętrznej wariatki, która
cały czas się wydurnia i śmieje. Nie mogłam taka być, nigdy. Nigdy, nie
pokaże tak naprawdę siebie. Takiej jaką chcę być, ale brakuje mi odwagi.
Spróbowałam wstać, jednak zgrubiałe z zimna łapy nie reagowały. Po dłuższym czasie przeznaczony na wysiłek, by w ogóle się podnieść znalazłam się w pozycji stojącej. Lekko się zataczając ruszyłam ku wyjściu z jaskini. Kiedy z niej wyszłam skrzywiłam się. Było jeszcze zimniej. Lodowaty wiatr mierzwił moją sierść. Włosy, które porastały mój łeb wpadały mi do oczu. Praktycznie na ślepo przechodziłam przez tereny. Prowadzona jedynie przez instynkt w końcu doszłam do Zielonego Lasu. Dzięki drzewom, tutaj tak nie wiało, więc w spokoju mogłam rozejrzeć się wokoło. Zielony Las o tej porze roku nie był zbyt zielony. Nagie drzewa ukazywały dookoła swoje puste, zaśnieżone gałęzie. Na ziemi leżało pełno śniegu. Długo rozglądałam się za jakimś zwierzątkiem, który nadawałby się na śniadanie. W końcu zobaczyłam lichego zająca rozglądającego się dookoła. Przyjrzałam się na niego łapczywie i skoczyłam. Po chwili rozgryzałam kości zwierzaka. Nie był to obfity posiłek, zając był jeszcze mały i strasznie wychudzony dlatego zaczęłam łazić w okolicach lasu za jakąś lepszą zdobyczą. Niestety w lesie pustki. Kiedy zrezygnowana wychodziłam z lasu zobaczyłam ładną sarenkę. Rozejrzałam się czy w pobliżu nie ma kogoś, kto mógłby mi przeszkodzić i rzuciłam się na sarnę. Wtedy zauważyłam przed sobą czarną skrzydlatą waderę. Sarna uciekła.
- Przez ciebie uciekło mi śniadanie! - powiedziała niezadowolona. Zignorowałam to. Ta wadera kogoś mi przypominała, w końcu kiedy zidentyfikowałam jej wygląd zapytałam:
- Patty?
- Jaka Patty? Ja jestem Vanessa. - spojrzała badawczo na mnie wadera.
- Patty to wadera należąca kiedyś do Watahy Magicznych Wilków, wyglądała identycznie jak ty. - wyjaśniłam.
- Wyglądała?
- Tak, poszła w świat i nie wiadomo gdzie teraz jest. - odparłam – Zresztą nie ważne. Miło mi cię poznać, Vanesso. Ja jestem Astrid.
<Vanessa?>
Uwagi: brak
Spróbowałam wstać, jednak zgrubiałe z zimna łapy nie reagowały. Po dłuższym czasie przeznaczony na wysiłek, by w ogóle się podnieść znalazłam się w pozycji stojącej. Lekko się zataczając ruszyłam ku wyjściu z jaskini. Kiedy z niej wyszłam skrzywiłam się. Było jeszcze zimniej. Lodowaty wiatr mierzwił moją sierść. Włosy, które porastały mój łeb wpadały mi do oczu. Praktycznie na ślepo przechodziłam przez tereny. Prowadzona jedynie przez instynkt w końcu doszłam do Zielonego Lasu. Dzięki drzewom, tutaj tak nie wiało, więc w spokoju mogłam rozejrzeć się wokoło. Zielony Las o tej porze roku nie był zbyt zielony. Nagie drzewa ukazywały dookoła swoje puste, zaśnieżone gałęzie. Na ziemi leżało pełno śniegu. Długo rozglądałam się za jakimś zwierzątkiem, który nadawałby się na śniadanie. W końcu zobaczyłam lichego zająca rozglądającego się dookoła. Przyjrzałam się na niego łapczywie i skoczyłam. Po chwili rozgryzałam kości zwierzaka. Nie był to obfity posiłek, zając był jeszcze mały i strasznie wychudzony dlatego zaczęłam łazić w okolicach lasu za jakąś lepszą zdobyczą. Niestety w lesie pustki. Kiedy zrezygnowana wychodziłam z lasu zobaczyłam ładną sarenkę. Rozejrzałam się czy w pobliżu nie ma kogoś, kto mógłby mi przeszkodzić i rzuciłam się na sarnę. Wtedy zauważyłam przed sobą czarną skrzydlatą waderę. Sarna uciekła.
- Przez ciebie uciekło mi śniadanie! - powiedziała niezadowolona. Zignorowałam to. Ta wadera kogoś mi przypominała, w końcu kiedy zidentyfikowałam jej wygląd zapytałam:
- Patty?
- Jaka Patty? Ja jestem Vanessa. - spojrzała badawczo na mnie wadera.
- Patty to wadera należąca kiedyś do Watahy Magicznych Wilków, wyglądała identycznie jak ty. - wyjaśniłam.
- Wyglądała?
- Tak, poszła w świat i nie wiadomo gdzie teraz jest. - odparłam – Zresztą nie ważne. Miło mi cię poznać, Vanesso. Ja jestem Astrid.
<Vanessa?>
Uwagi: brak
poniedziałek, 14 września 2015
Od Astrid "Obca czy znajoma?" cz. 11 (cd. Dante)
Kiedy Dante skoczył na Shadow'a, ja po cichu wyszeptałam zaklęcie i
stworzyłam swojego klona. Szybko, lecz uważnie przyjrzałam się wilczycy,
która się przede mną ukazała. Byłam dość... kolorowa.
Prędko wycofałam się w zarośla. Mój plan był prosty: Znaleźć kogoś i poprosić go o pomoc. Tymczasem mój klon będzie obserwował sytuacje, bym mogła wiedzieć co się tam wydarzyło. Później wessam w siebie swoją kopię i będę znać jego/jej wspomnienia.
Biegłam najszybciej, jak umiałam. Musiałam to zrobić szybko.
Niestety, ale nikogo wokół nie było. czemu zawsze jak potrzebuję kogoś spotkać wokół pustki, a jak potrzebuję samotności na około kręci się masa wilków?
Postanowiłam, że zawrócę. Tak też zrobiłam. Po drodze spotkałam Kazumę. Waderze widocznie się nudziło, ponieważ jak tylko pojawiłam się nie daleko niej wlepiała we mnie wzrok. Odwróciłam się od niej, co okazało się błędem. Kazuma skoczyła na mój grzbiet wbijając w niego ostre pazury. Próbowałam ją zrzucić. Czułam się jak jakiś konik. Po długim wywijaniu się udało mi się ją strącić. Ruszyłam do biegu, musiałam uciec, bo inaczej ona mnie zabije. Kazuma zawzięcie mnie goniła. Udało jej się dosięgnąć mnie swoimi pazurami, które szybko wbiła. Wrzasnęłam z bólu i przyspieszyłam. Samicy po chwili znudziło się gonienie mnie i zawróciła, by poczekać na inną ofiarę. Uff...
Po chwili znalazłam się na miejscu. Mój klon wyszedł mi na przeciw. Wciągnęłam go w siebie, by zobaczyć co się stało pod moją nieobecność. Zobaczyłam, że Dante od tyłu zaatakował Xardon, który wziął się nie wiadomo skąd (widziałam tylko to, co widział mój klon). Iiii... Już nic. Mój sobowtór odwrócił wzrok od walki i widziałam tylko ziemię.
Zdenerwowana warknęłam, po czym rozejrzałam się za Danny'm. Leżał nieprzytomny na ziemi. Jego sierść pokryta była krwią. Szybko zarzuciłam go sobie na grzbiet i doszłam do niedaleko położonej jaskini, która należała do mnie. Kiedy odstawiłam samca, szybko zaczęłam się krzątać wokół. Szukałam różnych ziół, bandaży i innych tego typu rzeczy. Po chwili udało mi się dość nieudolnie zatrzymać krwotok. Łapy trzęsły mi się ze zdenerwowania. Dante dalej był nieprzytomny. Postanowiłam poczekać, aż się obudzi. Położyłam się na ziemi i chyba trochę przysnęłam. Obudziło mnie lekkie szturchanie w bok. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Dante, który rozmazywał się na niebiesko. Od razu zrozumiałam co się dzieje. Dante wstał, a ja na jego oczach wracam do zwyczajnego wyglądu. Uff... Już się bałam, że będę taka kolorowa przez 14 dni...
- Astrid? - spytał basior, kiedy wszystko wróciło do normalnych barw.
- Tak?
<Dante?>
Uwagi: Prócz drobnych literówek nie zauważyłem poważniejszych błędów. Xardon czy Xander? Zastanawiałem się, lecz uznałem, że to może być inny wilk, niż ten, o którym wspominałaś wcześniej. Jeśli jednak nie, to daj mi znać. ;)
Prędko wycofałam się w zarośla. Mój plan był prosty: Znaleźć kogoś i poprosić go o pomoc. Tymczasem mój klon będzie obserwował sytuacje, bym mogła wiedzieć co się tam wydarzyło. Później wessam w siebie swoją kopię i będę znać jego/jej wspomnienia.
Biegłam najszybciej, jak umiałam. Musiałam to zrobić szybko.
Niestety, ale nikogo wokół nie było. czemu zawsze jak potrzebuję kogoś spotkać wokół pustki, a jak potrzebuję samotności na około kręci się masa wilków?
Postanowiłam, że zawrócę. Tak też zrobiłam. Po drodze spotkałam Kazumę. Waderze widocznie się nudziło, ponieważ jak tylko pojawiłam się nie daleko niej wlepiała we mnie wzrok. Odwróciłam się od niej, co okazało się błędem. Kazuma skoczyła na mój grzbiet wbijając w niego ostre pazury. Próbowałam ją zrzucić. Czułam się jak jakiś konik. Po długim wywijaniu się udało mi się ją strącić. Ruszyłam do biegu, musiałam uciec, bo inaczej ona mnie zabije. Kazuma zawzięcie mnie goniła. Udało jej się dosięgnąć mnie swoimi pazurami, które szybko wbiła. Wrzasnęłam z bólu i przyspieszyłam. Samicy po chwili znudziło się gonienie mnie i zawróciła, by poczekać na inną ofiarę. Uff...
Po chwili znalazłam się na miejscu. Mój klon wyszedł mi na przeciw. Wciągnęłam go w siebie, by zobaczyć co się stało pod moją nieobecność. Zobaczyłam, że Dante od tyłu zaatakował Xardon, który wziął się nie wiadomo skąd (widziałam tylko to, co widział mój klon). Iiii... Już nic. Mój sobowtór odwrócił wzrok od walki i widziałam tylko ziemię.
Zdenerwowana warknęłam, po czym rozejrzałam się za Danny'm. Leżał nieprzytomny na ziemi. Jego sierść pokryta była krwią. Szybko zarzuciłam go sobie na grzbiet i doszłam do niedaleko położonej jaskini, która należała do mnie. Kiedy odstawiłam samca, szybko zaczęłam się krzątać wokół. Szukałam różnych ziół, bandaży i innych tego typu rzeczy. Po chwili udało mi się dość nieudolnie zatrzymać krwotok. Łapy trzęsły mi się ze zdenerwowania. Dante dalej był nieprzytomny. Postanowiłam poczekać, aż się obudzi. Położyłam się na ziemi i chyba trochę przysnęłam. Obudziło mnie lekkie szturchanie w bok. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Dante, który rozmazywał się na niebiesko. Od razu zrozumiałam co się dzieje. Dante wstał, a ja na jego oczach wracam do zwyczajnego wyglądu. Uff... Już się bałam, że będę taka kolorowa przez 14 dni...
- Astrid? - spytał basior, kiedy wszystko wróciło do normalnych barw.
- Tak?
<Dante?>
Uwagi: Prócz drobnych literówek nie zauważyłem poważniejszych błędów. Xardon czy Xander? Zastanawiałem się, lecz uznałem, że to może być inny wilk, niż ten, o którym wspominałaś wcześniej. Jeśli jednak nie, to daj mi znać. ;)
piątek, 28 sierpnia 2015
Od Astrid "Obca czy znajoma?" cz. 9 (Cd. Dante)
Zabiłam go. Zabiłam tego wilka z zimną krwią. Dan powiedział, że to był
demon, nie ja. Jednak on był we mnie. Mogłam go powstrzymać, a tego nie
zrobiłam. Starałam się pocieszyć tym, że to była moja pierwsza
przemiana, nie wiedziałam co się dzieję. Niestety, ale wtedy
przypominałam sobie skąd jest ten demon, a to dodawało kolejne żale,
które do siebie miałam. Zresztą nie ważne, teraz trzeba się skupić i
zająć pochowkiem.
- To kto go niesie? - spytałam wskazując na rozprute ciało.
- Mogę ja to zrobić. - ofiarował się Dante.
- Lepiej nie, ja to zrobię. - odparłam zamyślona co basior odebrał jako urazę.
- Uważasz, że ja się do tego nie nadaję? Że go upuszczę i zapomnę? - pytał oburzony.
- Boże, Danny, nie! Nie uważam cię za głupiego! - wykrzyknęłam.
- To o co chodzi? - spytał unosząc brew.
- Chcę go nieść, by odpokutować to, że w ogóle trzeba to zrobić. - wyjaśniłam. Basior nie odpowiedział. Westchnęłam w duchu i zawiesiłam sobie bezwiednie ciało na grzbiecie. Szło mi się ciężko, chwiałam się na oba boki. Gdyby nie Dante, który chronił mnie przed upadkiem już bym się z tysiąc razy przewróciła. Mój towarzysz wędrówki był dziwnie małomówny.
- Nie w tą stronę. Idziemy do Mrocznego Lasu... - powiedział tylko jedno zdanie, kiedy nieumyślnie skręciłam w stronę Cmentarza.
Wstydliwie spuściłam wzrok. Dalej już była całkowita cisza.
Po głowie cały czas chodziły mi jego słowa "Jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi i nic więcej nas nie łączy". One bolały. Tak bardzo bolały.
- Jesteśmy na miejscu. - moje rozmyślania przerwał nieobecny głos Dante. Delikatnie zrzuciłam wilka z grzbietu.
- No to kopiemy. - westchnęłam i wzięłam się do pracy. Danny zrobił to samo. Po dłuższym czasie wykopaliśmy głęboki rów. Wsadziliśmy tam obcego wilka i zakopaliśmy. Na koniec ułożyłam krzyż z gałązek na świeżo ułożonej ziemi.
- Panie, święć nad jego duszą. - wyszeptałam i dałam upust emocjom.
- Astrid, nie płacz. Musimy stąd iść. - mówił w dalszym ciągu nie wyrażający żadnych emocji Dante. Skinęłam tylko głową i ruszyłam ku wyjściu, Dante szedł za mną. Nagle ktoś wyskoczył przede mnie. Wystraszona pisnęłam.
- Ktoś ty? - zawołałam wystraszona.
- Shadow, ślicznotko. - odparł basior.
- Shadow, cicho siedź! - wykrzyknął drugi basior wyłaniający się z mroku.
- To ty siedź cicho Xander! Nie będziesz mi rozkazywał! - warknął Shadow.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy? - spytał chichocząc samiec nazwany Xanderem.
- Xander, Shadow. Oni są od Asai! O nie! Chwila, Xander to przecież Alexander! Ale po przemianie, nic nie pamięta, nie wie, że ma przed sobą jednego z wilków co chciały dołączyć, kiedy był na zastępstwie za Kiiyuko oraz (co ważniejsze) swojego siostrzeńca. Znowu podobno Shadow był kiedyś Leo, który jest... - myślałam.
- Ale już nie jestem i musisz się z tym pogodzić, mała. - odparł Shadow.
- Dante...? - wyszeptałam powracając do myśli o nim - Co robimy?
- Nie wiem. - odszepnął.
- Cicho siedzieć! Kto go zabił? - spytał któryś z wrogich nam wilków.
- To ja! - myślałam wbrew woli.
- Ona. - wskazał na mnie Shadow.
- O nie! On czyta w moich myślach! - krzyczałam dalej w swoim umyśle.
- Właśnie złotko. - odparł znowu basior.
Nie wiele myśląc znowu spytałam o to co robimy Dan'a, usłyszałam taką samą odpowiedź.
- Ale ja wiem! Biegnij! - wyszeptałam tak, by tylko on mnie usłyszał i ruszyłam do biegu. Biegliśmy razem, jednak po jakimś czasie zaczęłam opadać z sił. Byłam mniej wytrzymała. Dante biegł dalej nie zdając sobie sprawy, że zostałam w tyle. Biegłam jednak dalej. Zaczynałam go doganiać kiedy drogę zastąpili mi wrogo nastawione wilki.
- Gdzie tak gnasz? - zaśmiał się Xander.
- Byle od was. - warknęłam rzucając się na niego. Zadawałam mu rany, które od razu się goiły.
- Ty mała... - zaczął, ale Shadow go powstrzymał.
- Słyszałeś Asai, ma pojawić się przed nią żywa.
Z pyska basiora znikł uśmiech, kiwnął lekko głową.
- Ok... - westchnął zrezygnowany.
Myślałam właśnie czemu teraz nie mogę zmienić się w demona, kiedy Shadow mi przerwał.
- Widzisz ten wisiorek? - spytał i pokazał na wisior zawieszony za kolcu ze skrzydła. Skinęłam głową. - Blokuje on zamianę w demona i odzyskanie prawdziwej postaci. Działa teraz także na ciebie, teraz dopóki jesteś tu z nami. Dostałem go od Asai tylko na dzisiaj. - skończył z dumą w głosie.
*** (mija trochę czasu, spędzonego na podróż na tereny wrogiej watahy) ***
- (...) I właśnie dlatego masz nie odchodzić daleko od nas. - gadał jeden z basiorów.
- Przepraszam was, ale teraz MUSZĘ odejść od was. Mam potrzebę. - wyjaśniłam zalewając się rumieńcem. Było mi wstyd o tym gadać, jednak tylko to mogło mi pomóc. Samce wyrazili zgodę. Odeszłam za krzaczek gdzie szybko użyłam mocy i zmieniłam wygląd na dowolny inny.
- Długo jeszcze? - spytał Shadow.
- Astrid, tak? Idziesz czy nie? - wtórował mu Xander.
- Jaka Astrid? Kto to? - spytałam wyłaniając się zza krzaków jako inny wilk. Zmienił mi się nawet głos. Basiory spojrzeli na siebie i ruszyli za krzaki, prawdopodobnie myśląc, że spotkają tam mnie w moim zwyczajnym wyglądzie. Krzyczeli jak najęci, sama nie wiedziałam co który mówił.
- Nie ma jej!
- Przecież widzę!
- Asai nas zabiję!
W końcu im przerwałam.
- Przepraszam was, ale mogę prosić was o przedstawienie się? - spytałam udając lekko urażoną.
- Jasne, jasne. Jestem Shadow, to jest Xander. A ty ślicznotko jak się nazywasz?
- Ja mam na imię A... Ahira, tak Ahira. - odpowiedziałam.
- Idziesz z nami? - pytał Shadow dalej pożerając mnie wzrokiem. On serio jest dziwny i desperacko szuka dziewczyny. Ja raczej podziękuję, chociaż jako Ahira mogę się trochę pobawić i nakłonić go do pójścia prosto w łapy Suzanny i Kiiyuko.
- A gdzie idziecie? – spytałam udając zaciekawienie.
- Do domu, do Watahy A… - zaczął Xander, jednak Shadow mu przerwał.
- Właściwie to nigdzie, a ty?
- Ach, do Watahy Magicznych Wilków, mam do pogadania z Alfą. – parsknęłam udając kompletny brak szacunku do Ishi.
- Możemy iść z tobą? – spytał Shadow.
- Mów za siebie. Ja nie idę! – oburzył się Xander i odszedł. Shadow został – punkt dla mnie!
- Jasne, chodź. – powiedziałam i ruszyłam w przeciwną stronę niż Xander. Basior z szerokim uśmiechem szedł za mną.
Po dłuższym czasie, który mijał mi niezbyt fajnie (Shadow cały czas próbował mnie poderwać, na co ja niestety musiałam odpowiadać promiennym uśmiechem) w końcu doszliśmy do terenów Watahy Magicznych Wilków.
Powoli, kiedy zagłębiliśmy się w tereny zauważyłam znajomą mi sylwetkę basiora, który szybko tu przybiegł.
- Co tu robisz?! – warknął Dante, którym oczywiście był on – I gdzie jest Astrid?
- Młody, cicho siedź. Zniknęła, nie ma jej. – wzruszył ramionami Shadow. Zanim Dante zdołał coś powiedzieć odezwałam się ja.
- Shadow, kochany (jak te słowo przeszło mi nie mam zielonego pojęcia!) daj mi chwilę porozmawiać z tym o. – wskazałam na Danny’ego.
- Dobrze, ale wracaj szybko. – odparł tylko tamten.
- Chodź. – syknęłam do Dan’a i odeszłam nie co większy kawałek dalej.
- Kim ty do diabła jesteś i czego chcesz?! – zawołał.
- Cicho, Dante. To ja, Astrid. Zmieniłam wygląd. – wyszeptałam nerwowo.
- Skąd mam mieć pewność, że to prawda? – spytał podejrzliwie.
- Możesz mnie o coś zapytać. O coś co tylko Astrid wie. Ale najpierw posłuchaj, wierzysz czy nie. Zaprowadź mnie do Alfy, mnie i Shadow’a.
- Dobra, powiedz mi… - zamyślił się basior.
- Możesz szybciej? – spytałam zniecierpliwiona.
- Tak, tylko daj mi pomyśleć. – odparł.
- Ok, ok. – westchnęłam.
- Dobra już mam! – zawołał.
- No? – spojrzałam z pytaniem wymalowanym na pysku.
<Dante?>
Tak wyglądała Astrid po przemianie:
Uwagi: Rozwijaj skrót "WMW".
- To kto go niesie? - spytałam wskazując na rozprute ciało.
- Mogę ja to zrobić. - ofiarował się Dante.
- Lepiej nie, ja to zrobię. - odparłam zamyślona co basior odebrał jako urazę.
- Uważasz, że ja się do tego nie nadaję? Że go upuszczę i zapomnę? - pytał oburzony.
- Boże, Danny, nie! Nie uważam cię za głupiego! - wykrzyknęłam.
- To o co chodzi? - spytał unosząc brew.
- Chcę go nieść, by odpokutować to, że w ogóle trzeba to zrobić. - wyjaśniłam. Basior nie odpowiedział. Westchnęłam w duchu i zawiesiłam sobie bezwiednie ciało na grzbiecie. Szło mi się ciężko, chwiałam się na oba boki. Gdyby nie Dante, który chronił mnie przed upadkiem już bym się z tysiąc razy przewróciła. Mój towarzysz wędrówki był dziwnie małomówny.
- Nie w tą stronę. Idziemy do Mrocznego Lasu... - powiedział tylko jedno zdanie, kiedy nieumyślnie skręciłam w stronę Cmentarza.
Wstydliwie spuściłam wzrok. Dalej już była całkowita cisza.
Po głowie cały czas chodziły mi jego słowa "Jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi i nic więcej nas nie łączy". One bolały. Tak bardzo bolały.
- Jesteśmy na miejscu. - moje rozmyślania przerwał nieobecny głos Dante. Delikatnie zrzuciłam wilka z grzbietu.
- No to kopiemy. - westchnęłam i wzięłam się do pracy. Danny zrobił to samo. Po dłuższym czasie wykopaliśmy głęboki rów. Wsadziliśmy tam obcego wilka i zakopaliśmy. Na koniec ułożyłam krzyż z gałązek na świeżo ułożonej ziemi.
- Panie, święć nad jego duszą. - wyszeptałam i dałam upust emocjom.
- Astrid, nie płacz. Musimy stąd iść. - mówił w dalszym ciągu nie wyrażający żadnych emocji Dante. Skinęłam tylko głową i ruszyłam ku wyjściu, Dante szedł za mną. Nagle ktoś wyskoczył przede mnie. Wystraszona pisnęłam.
- Ktoś ty? - zawołałam wystraszona.
- Shadow, ślicznotko. - odparł basior.
- Shadow, cicho siedź! - wykrzyknął drugi basior wyłaniający się z mroku.
- To ty siedź cicho Xander! Nie będziesz mi rozkazywał! - warknął Shadow.
- Proszę, proszę. Kogo my tu mamy? - spytał chichocząc samiec nazwany Xanderem.
- Xander, Shadow. Oni są od Asai! O nie! Chwila, Xander to przecież Alexander! Ale po przemianie, nic nie pamięta, nie wie, że ma przed sobą jednego z wilków co chciały dołączyć, kiedy był na zastępstwie za Kiiyuko oraz (co ważniejsze) swojego siostrzeńca. Znowu podobno Shadow był kiedyś Leo, który jest... - myślałam.
- Ale już nie jestem i musisz się z tym pogodzić, mała. - odparł Shadow.
- Dante...? - wyszeptałam powracając do myśli o nim - Co robimy?
- Nie wiem. - odszepnął.
- Cicho siedzieć! Kto go zabił? - spytał któryś z wrogich nam wilków.
- To ja! - myślałam wbrew woli.
- Ona. - wskazał na mnie Shadow.
- O nie! On czyta w moich myślach! - krzyczałam dalej w swoim umyśle.
- Właśnie złotko. - odparł znowu basior.
Nie wiele myśląc znowu spytałam o to co robimy Dan'a, usłyszałam taką samą odpowiedź.
- Ale ja wiem! Biegnij! - wyszeptałam tak, by tylko on mnie usłyszał i ruszyłam do biegu. Biegliśmy razem, jednak po jakimś czasie zaczęłam opadać z sił. Byłam mniej wytrzymała. Dante biegł dalej nie zdając sobie sprawy, że zostałam w tyle. Biegłam jednak dalej. Zaczynałam go doganiać kiedy drogę zastąpili mi wrogo nastawione wilki.
- Gdzie tak gnasz? - zaśmiał się Xander.
- Byle od was. - warknęłam rzucając się na niego. Zadawałam mu rany, które od razu się goiły.
- Ty mała... - zaczął, ale Shadow go powstrzymał.
- Słyszałeś Asai, ma pojawić się przed nią żywa.
Z pyska basiora znikł uśmiech, kiwnął lekko głową.
- Ok... - westchnął zrezygnowany.
Myślałam właśnie czemu teraz nie mogę zmienić się w demona, kiedy Shadow mi przerwał.
- Widzisz ten wisiorek? - spytał i pokazał na wisior zawieszony za kolcu ze skrzydła. Skinęłam głową. - Blokuje on zamianę w demona i odzyskanie prawdziwej postaci. Działa teraz także na ciebie, teraz dopóki jesteś tu z nami. Dostałem go od Asai tylko na dzisiaj. - skończył z dumą w głosie.
*** (mija trochę czasu, spędzonego na podróż na tereny wrogiej watahy) ***
- (...) I właśnie dlatego masz nie odchodzić daleko od nas. - gadał jeden z basiorów.
- Przepraszam was, ale teraz MUSZĘ odejść od was. Mam potrzebę. - wyjaśniłam zalewając się rumieńcem. Było mi wstyd o tym gadać, jednak tylko to mogło mi pomóc. Samce wyrazili zgodę. Odeszłam za krzaczek gdzie szybko użyłam mocy i zmieniłam wygląd na dowolny inny.
- Długo jeszcze? - spytał Shadow.
- Astrid, tak? Idziesz czy nie? - wtórował mu Xander.
- Jaka Astrid? Kto to? - spytałam wyłaniając się zza krzaków jako inny wilk. Zmienił mi się nawet głos. Basiory spojrzeli na siebie i ruszyli za krzaki, prawdopodobnie myśląc, że spotkają tam mnie w moim zwyczajnym wyglądzie. Krzyczeli jak najęci, sama nie wiedziałam co który mówił.
- Nie ma jej!
- Przecież widzę!
- Asai nas zabiję!
W końcu im przerwałam.
- Przepraszam was, ale mogę prosić was o przedstawienie się? - spytałam udając lekko urażoną.
- Jasne, jasne. Jestem Shadow, to jest Xander. A ty ślicznotko jak się nazywasz?
- Ja mam na imię A... Ahira, tak Ahira. - odpowiedziałam.
- Idziesz z nami? - pytał Shadow dalej pożerając mnie wzrokiem. On serio jest dziwny i desperacko szuka dziewczyny. Ja raczej podziękuję, chociaż jako Ahira mogę się trochę pobawić i nakłonić go do pójścia prosto w łapy Suzanny i Kiiyuko.
- A gdzie idziecie? – spytałam udając zaciekawienie.
- Do domu, do Watahy A… - zaczął Xander, jednak Shadow mu przerwał.
- Właściwie to nigdzie, a ty?
- Ach, do Watahy Magicznych Wilków, mam do pogadania z Alfą. – parsknęłam udając kompletny brak szacunku do Ishi.
- Możemy iść z tobą? – spytał Shadow.
- Mów za siebie. Ja nie idę! – oburzył się Xander i odszedł. Shadow został – punkt dla mnie!
- Jasne, chodź. – powiedziałam i ruszyłam w przeciwną stronę niż Xander. Basior z szerokim uśmiechem szedł za mną.
Po dłuższym czasie, który mijał mi niezbyt fajnie (Shadow cały czas próbował mnie poderwać, na co ja niestety musiałam odpowiadać promiennym uśmiechem) w końcu doszliśmy do terenów Watahy Magicznych Wilków.
Powoli, kiedy zagłębiliśmy się w tereny zauważyłam znajomą mi sylwetkę basiora, który szybko tu przybiegł.
- Co tu robisz?! – warknął Dante, którym oczywiście był on – I gdzie jest Astrid?
- Młody, cicho siedź. Zniknęła, nie ma jej. – wzruszył ramionami Shadow. Zanim Dante zdołał coś powiedzieć odezwałam się ja.
- Shadow, kochany (jak te słowo przeszło mi nie mam zielonego pojęcia!) daj mi chwilę porozmawiać z tym o. – wskazałam na Danny’ego.
- Dobrze, ale wracaj szybko. – odparł tylko tamten.
- Chodź. – syknęłam do Dan’a i odeszłam nie co większy kawałek dalej.
- Kim ty do diabła jesteś i czego chcesz?! – zawołał.
- Cicho, Dante. To ja, Astrid. Zmieniłam wygląd. – wyszeptałam nerwowo.
- Skąd mam mieć pewność, że to prawda? – spytał podejrzliwie.
- Możesz mnie o coś zapytać. O coś co tylko Astrid wie. Ale najpierw posłuchaj, wierzysz czy nie. Zaprowadź mnie do Alfy, mnie i Shadow’a.
- Dobra, powiedz mi… - zamyślił się basior.
- Możesz szybciej? – spytałam zniecierpliwiona.
- Tak, tylko daj mi pomyśleć. – odparł.
- Ok, ok. – westchnęłam.
- Dobra już mam! – zawołał.
- No? – spojrzałam z pytaniem wymalowanym na pysku.
<Dante?>
Tak wyglądała Astrid po przemianie:
Uwagi: Rozwijaj skrót "WMW".
środa, 26 sierpnia 2015
Od Astrid "Praca" cz. 1
- Boże, już sierpień, a ja sobie nawet pracy nie znalazłam. Już długo
siedzę i nic nie robię. Super, po prostu super. Czas wyruszyć do miasta i
szukać jakieś szkoły, która mnie przyjmie... - mówiłam do... skały.
Przemieniłam się w człowieka i wyszłam do miasta na poszukiwania jakieś pracy. Dawno tam nie byłam, więc trudno było mi się tam odnaleźć. W końcu znalazłam się pod szkołą w której byłam na praktykach. Weszłam do środka i pokierowałam do sekretariatu. Zapukałam w drzwi po czym je otworzyłam. Zobaczyłam tam kobietę w krótkiej blond-różowej fryzurze. Zamurowało mnie, nie wiedziałam co powiedzieć.
- D-Dzień dobry. - wydukałam.
- Dzień dobry. - odpowiedziała kobieta.
- Ma pani ładne włosy, jaki żywy kolor. - pomyślałam. Kiedy kobieta podziękowała dotarło do mnie, że powiedziałam to na głos. Jęknęłam w duchu.
- Ja w sprawie pracy. - powiedziałam.
- To nie do mnie, tylko dyrektorki. - powiedziała wskazując drzwi - A tak w ogóle jestem Sycylia, możesz mi mówić po imieniu.
- D-Dobrze… - powiedziałam uśmiechając się nie pewnie.
Skierowałam kroki do drzwi i weszłam do środka.
- Czemu nie zrobimy po prostu szkoły o profilu mag… - mówiła jakaś kobieta do drugiej, kiedy mnie spostrzegła zamilkła.
- Dzień dobry. Jestem Astrid Wolf, ja w sprawie pracy. – powiedziałam starając się, by mój głos był jak najbardziej pewny. Kobieta, która wcześniej mówiła teraz przesłała spojrzenie mówiące „Słyszała coś?” do drugiej kobiety. Obie wyglądały na bardzo zdenerwowane, w końcu ta co się jeszcze nie odezwała spojrzała jakby przeze mnie i powiedziała:
- A… Astrid, podobno byłaś tu na praktykach.
- Tak. – potwierdziłam jej stwierdzenie – Pani Matylda miała załatwić tu pracę w następnym roku szkolnym.
- Zarząd szkoły się zmienił i ja nic nie słyszałam na ten temat. Jeśli wolno mi spytać, jaka pani Matylda?
- Pyłek. – powiedziałam niepewna, czy nie przekręcam nazwiska.
- Och, no tak. Pani Pyłek umarła niedługo po pani praktykach. – odparła kobieta jak gdyby nigdy nic. Wytrzeszczyłam na nią oczy.
- J… Jak to? – spytałam.
- No cóż, to było tragiczne. Mogłabym powiedzieć ci coś więcej, ale najpierw muszę wiedzieć czym jesteś.
- Że co proszę?! – wykrzyknęłam przerażona, ona mnie przeczuwała.
- No, czym jesteś. Człowiekiem? – pytała dalej kobieta. Coś w jej wyrazie twarzy kazało mi powiedzieć to, co według zasad panujących we Watasze Magicznych Wilków nie powinnam.
- Jestem Magicznym Wilkiem. – wyznałam.
- To wspaniale! Tak myślałam, że nie jesteś człowiekiem. Tak samo jak ja i reszta pracowników, oraz większość uczniów.
Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem.
- Tak w ogóle jestem Rachel Landow, jestem wampirem i dyrektorką.
- Nie jest pani taka blada. – wypaliłam.
- A, no tak. Maskuje kolor skóry pod makijażem. – wyjaśniła – Tutaj z boku jest Emily Craton, anielica.
Spojrzałam na kobietę, która nie wyglądała za ślicznie. Garbaty nos, wąskie usta, włosy wyglądające na tłuste (taki kolor), mnóstwo piegów, wszystko to nie dawało zbyt pięknego efektu.
- Zmieniam swój wygląd, dla niepoznaki. – odparła pani Emily.
- Sycylia, którą już poznałaś jest elfem. Stąd jej szalony kolor włosów. Uparta osóbka, nie chcę się maskować. – mówiła dalej pani Rachel.
- Po tobie czuć lasem, więc od razu pomyślałam, że jest pani wilkiem, wilkołakiem, elfem, wróżką lub też człowiekiem lubiącym spacery po lesie. Stawiałam jednak najbardziej na elfa lub magicznego wilka, ze względu na włosy. Jednak wyczułam, że ma pani w sobie mrok, skryty bardzo głęboko, jednak nie w sercu. Wydaje mi się, że to w wątrobie chowają się demony, choć pewności nie mam. No więc wtedy pomyślałam, że ta cała Astrid to chyba wilk. Znaczy się pani.
- Aha… - wydusiłam tylko – To kim była w takim razie pani Matylda?
- Czarownicą oczywiście. Zmarła przez to, że wyszła ze swojego ciała, ponieważ była w połowie medium. Jej ojciec był nieżywy, kiedy no wie pani, chodzi mi o TE sprawy. Jednak to jej biologiczny, po prostu jej matka z duchem. – mówiła kobieta nazbyt pewnie – Tak to, to oprócz tego kobieta władała magią 4 żywiołów, była najpotężniejsza na świecie. I to właśnie ją zabiło. Przed samą emeryturą. A wracając do pracy, możemy panią przyjąć nie ma problemu. Jest pani po studiach?
Odpowiedziałam, że tak i wyjaśniłam jakiej specjalizacji.
- To wspaniale! Właśnie nam brakuje nauczycielki do klasy II a. Pani ją przejmie.
- Mam rozumieć, że są dwie klasy: a i b…? – spytałam.
- Tak, klasę b przejął pan Seth Teuron, zmiennokształtny. – oświadczyła kobieta. - Nie wiem czy się nie powtarzam, ale proszę mówić wszystkim po imieniu.
- Dobrze. – powiedziałam. Gdyby nawet powiedziała to i tak bym nie zapamiętała, przez jej ciągłą bieganinę słów.
- W takim razie proszę przyjść jutro dopełnić formalności. – powiedziała.
- Dobrze, do widzenia! – odpowiedziałam i wybiegłam ze szkoły.
Gadanina pani… Tfu! Rachel mnie zmęczyła, więc szybko wróciłam do mojego wspaniałego domu, którym jest teren Watahy Magicznych Wilków…
<C.D.N>
Uwagi: "Dla niepoznaki", "nieżywy" piszemy razem.
Przemieniłam się w człowieka i wyszłam do miasta na poszukiwania jakieś pracy. Dawno tam nie byłam, więc trudno było mi się tam odnaleźć. W końcu znalazłam się pod szkołą w której byłam na praktykach. Weszłam do środka i pokierowałam do sekretariatu. Zapukałam w drzwi po czym je otworzyłam. Zobaczyłam tam kobietę w krótkiej blond-różowej fryzurze. Zamurowało mnie, nie wiedziałam co powiedzieć.
- D-Dzień dobry. - wydukałam.
- Dzień dobry. - odpowiedziała kobieta.
- Ma pani ładne włosy, jaki żywy kolor. - pomyślałam. Kiedy kobieta podziękowała dotarło do mnie, że powiedziałam to na głos. Jęknęłam w duchu.
- Ja w sprawie pracy. - powiedziałam.
- To nie do mnie, tylko dyrektorki. - powiedziała wskazując drzwi - A tak w ogóle jestem Sycylia, możesz mi mówić po imieniu.
- D-Dobrze… - powiedziałam uśmiechając się nie pewnie.
Skierowałam kroki do drzwi i weszłam do środka.
- Czemu nie zrobimy po prostu szkoły o profilu mag… - mówiła jakaś kobieta do drugiej, kiedy mnie spostrzegła zamilkła.
- Dzień dobry. Jestem Astrid Wolf, ja w sprawie pracy. – powiedziałam starając się, by mój głos był jak najbardziej pewny. Kobieta, która wcześniej mówiła teraz przesłała spojrzenie mówiące „Słyszała coś?” do drugiej kobiety. Obie wyglądały na bardzo zdenerwowane, w końcu ta co się jeszcze nie odezwała spojrzała jakby przeze mnie i powiedziała:
- A… Astrid, podobno byłaś tu na praktykach.
- Tak. – potwierdziłam jej stwierdzenie – Pani Matylda miała załatwić tu pracę w następnym roku szkolnym.
- Zarząd szkoły się zmienił i ja nic nie słyszałam na ten temat. Jeśli wolno mi spytać, jaka pani Matylda?
- Pyłek. – powiedziałam niepewna, czy nie przekręcam nazwiska.
- Och, no tak. Pani Pyłek umarła niedługo po pani praktykach. – odparła kobieta jak gdyby nigdy nic. Wytrzeszczyłam na nią oczy.
- J… Jak to? – spytałam.
- No cóż, to było tragiczne. Mogłabym powiedzieć ci coś więcej, ale najpierw muszę wiedzieć czym jesteś.
- Że co proszę?! – wykrzyknęłam przerażona, ona mnie przeczuwała.
- No, czym jesteś. Człowiekiem? – pytała dalej kobieta. Coś w jej wyrazie twarzy kazało mi powiedzieć to, co według zasad panujących we Watasze Magicznych Wilków nie powinnam.
- Jestem Magicznym Wilkiem. – wyznałam.
- To wspaniale! Tak myślałam, że nie jesteś człowiekiem. Tak samo jak ja i reszta pracowników, oraz większość uczniów.
Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem.
- Tak w ogóle jestem Rachel Landow, jestem wampirem i dyrektorką.
- Nie jest pani taka blada. – wypaliłam.
- A, no tak. Maskuje kolor skóry pod makijażem. – wyjaśniła – Tutaj z boku jest Emily Craton, anielica.
Spojrzałam na kobietę, która nie wyglądała za ślicznie. Garbaty nos, wąskie usta, włosy wyglądające na tłuste (taki kolor), mnóstwo piegów, wszystko to nie dawało zbyt pięknego efektu.
- Zmieniam swój wygląd, dla niepoznaki. – odparła pani Emily.
- Sycylia, którą już poznałaś jest elfem. Stąd jej szalony kolor włosów. Uparta osóbka, nie chcę się maskować. – mówiła dalej pani Rachel.
- Po tobie czuć lasem, więc od razu pomyślałam, że jest pani wilkiem, wilkołakiem, elfem, wróżką lub też człowiekiem lubiącym spacery po lesie. Stawiałam jednak najbardziej na elfa lub magicznego wilka, ze względu na włosy. Jednak wyczułam, że ma pani w sobie mrok, skryty bardzo głęboko, jednak nie w sercu. Wydaje mi się, że to w wątrobie chowają się demony, choć pewności nie mam. No więc wtedy pomyślałam, że ta cała Astrid to chyba wilk. Znaczy się pani.
- Aha… - wydusiłam tylko – To kim była w takim razie pani Matylda?
- Czarownicą oczywiście. Zmarła przez to, że wyszła ze swojego ciała, ponieważ była w połowie medium. Jej ojciec był nieżywy, kiedy no wie pani, chodzi mi o TE sprawy. Jednak to jej biologiczny, po prostu jej matka z duchem. – mówiła kobieta nazbyt pewnie – Tak to, to oprócz tego kobieta władała magią 4 żywiołów, była najpotężniejsza na świecie. I to właśnie ją zabiło. Przed samą emeryturą. A wracając do pracy, możemy panią przyjąć nie ma problemu. Jest pani po studiach?
Odpowiedziałam, że tak i wyjaśniłam jakiej specjalizacji.
- To wspaniale! Właśnie nam brakuje nauczycielki do klasy II a. Pani ją przejmie.
- Mam rozumieć, że są dwie klasy: a i b…? – spytałam.
- Tak, klasę b przejął pan Seth Teuron, zmiennokształtny. – oświadczyła kobieta. - Nie wiem czy się nie powtarzam, ale proszę mówić wszystkim po imieniu.
- Dobrze. – powiedziałam. Gdyby nawet powiedziała to i tak bym nie zapamiętała, przez jej ciągłą bieganinę słów.
- W takim razie proszę przyjść jutro dopełnić formalności. – powiedziała.
- Dobrze, do widzenia! – odpowiedziałam i wybiegłam ze szkoły.
Gadanina pani… Tfu! Rachel mnie zmęczyła, więc szybko wróciłam do mojego wspaniałego domu, którym jest teren Watahy Magicznych Wilków…
<C.D.N>
Uwagi: "Dla niepoznaki", "nieżywy" piszemy razem.
wtorek, 25 sierpnia 2015
Od Astrid "W poszukiwaniu nowych terenów" cz. 1
Był późny wieczór, a ja siedziałam rozmyślając.
Czemu wszyscy odchodzą? Zaczynając od rodziny, a kończąc na członkach Watahy Magicznych Wilków. Było ich tak wiele, tyle ich tu przeszło, tyle przyszło. Są nowi, którzy nie są tacy źli, ale jednak odczuwam smutek, że oni mają zastąpić moich przyjaciół, którzy poszli w świat. To smutne. Kiedy o tym pomyślę, chce mi się płakać. Wiem, że ci nowi mogą zostać moimi nowymi przyjaciółmi, ale trzeba ich najpierw poznać, tamtych znałam. Iiii... I lubiłam, a oni poszli w świat. Wydaje mi się, że z kawałkiem mojego serca. W watasze czuję się obco, wśród nieznanych mi pysków. No cóż powoli tracę siłę na poznawanie, zwłaszcza jak oni nie chcą mnie znać. Ja przecież miałam siostrę, przybraną, ale siostrę, którą kochałam jak prawdziwą, a ona odeszła. Na takie myśli chce płakać, jednak brak mi sił. Boję się, że nikt nie zostanie z tych już trochę "starych" członków. Tylko ja. Do nikogo się nie odezwę, bo nie będę w stanie. A może to ją odejdę szybciej. Nie chce odchodzić, ale wśród samych nieznajomych, których nie mam jak i nie chcę poznać, chyba będę musiała to uczynić. To smutne, ale prawdziwe. Potrzebuje czasu, samotności i spokoju. Muszę odetchnąć od życia. Ale jak? Jak odejść od wszystkich co znam, ale tak by powrócić? Już wiem, pójdę na wyprawę pod pretekstem szukania terenów, znajdę coś, byle co zatrzymam się tam, po to by odetchnąć i potem wrócę. Będę spokojniejsza i przy okazji zrobię coś pożytecznego. Teraz tylko iść do Alfy i już.
Poszłam do jaskini Suzanny, oznajmiła jej, że wyruszają na poszukiwania nowych terenów z samego rana.
*W okolicach 5 rano*
Nadszedł ten czas. Czas na moja wyprawę. Muszę iść, jak najszybciej iść. Teraz, szybko, już! Tylko w którą stronę? Biegałam po terenach jak opętana. W końcu zaczepiłam Ivette. Jako, że jest nowa i pyskata, a to może mi się przydać.
- Mnie ciekawi Most Nieskończoności. A co stara, wybierasz się na wycieczkę? - powiedziała zdenerwowana, że ją obudziłam o tak wczesnej porze.
- Tak właśnie, a co nie mogę?! - odparłam podenerwowana - Ok, to idę mostem, dzięki!
Mała chyba pomyślała, że jestem jakąś chora umysłowo, ale mało mnie to obchodziło. Ważne, by dostać się do mostu i mieć spokój.
Kiedy dostałam się tam zauważyłam, że stoi na nim jakąś postać. Jęknęłam w duchu, ale weszłam na most. Spojrzałam w dół, nie było widać dna. Słabo.
- Cześć Astrid! - zawołała dobrze mi znana postać. Źle, bardzo źle.
- Cześć Dante. - odparłam.
- Gdzie idziesz? - spytał basior.
- Na wyprawę. Sorry Danny, ale idę sama i daj mi spokój i pójdź sobie. - odpowiedziałam. Te słowa bolały, bardzo. Zrobiłam jeden krok przed siebie po czym poślizgnęłam się i wypadłam z mostu. Starałam tak, niesamowicie wystraszona. Dalej bolały mnie słowa, które powiedziałam do Dantego. Chciałam umrzeć. Jednak nie dane było mi to zrobić. Zbliżałam się do końca mojej nieprzyjemnej wycieczki. Przygotowywałam się na bolesne spotkanie z ziemią, które nie nastąpiło. Odbiłam się od czegoś i teraz do góry. W końcu wylądowałam na ziemi w jakimś lesie. Po spotkaniu z ziemią wszystko mnie bolało. Nie wiem co było dalej, chyba straciłam przytomność...
<C.D.N.>
Uwagi: Gdy chcesz wspomnieć w op. o WMW, to proszę, rozwiń ten skrót. Zapominasz o polskich literach. Mówiąc o porze jako o porze dnia, piszemy przez "rz". Masz trzykrotne powtórzenia wyrazu "most". Niezbyt rozumiem, o co chodzi w końcówce (jest Dan, później go nie ma, As pojawia się na moście, spada z niego, później gdzieś leci i jest w lesie. Wot?), ale żeby nie zepsuć ukrytego sensu, nie będę niczego poprawiać.
Czemu wszyscy odchodzą? Zaczynając od rodziny, a kończąc na członkach Watahy Magicznych Wilków. Było ich tak wiele, tyle ich tu przeszło, tyle przyszło. Są nowi, którzy nie są tacy źli, ale jednak odczuwam smutek, że oni mają zastąpić moich przyjaciół, którzy poszli w świat. To smutne. Kiedy o tym pomyślę, chce mi się płakać. Wiem, że ci nowi mogą zostać moimi nowymi przyjaciółmi, ale trzeba ich najpierw poznać, tamtych znałam. Iiii... I lubiłam, a oni poszli w świat. Wydaje mi się, że z kawałkiem mojego serca. W watasze czuję się obco, wśród nieznanych mi pysków. No cóż powoli tracę siłę na poznawanie, zwłaszcza jak oni nie chcą mnie znać. Ja przecież miałam siostrę, przybraną, ale siostrę, którą kochałam jak prawdziwą, a ona odeszła. Na takie myśli chce płakać, jednak brak mi sił. Boję się, że nikt nie zostanie z tych już trochę "starych" członków. Tylko ja. Do nikogo się nie odezwę, bo nie będę w stanie. A może to ją odejdę szybciej. Nie chce odchodzić, ale wśród samych nieznajomych, których nie mam jak i nie chcę poznać, chyba będę musiała to uczynić. To smutne, ale prawdziwe. Potrzebuje czasu, samotności i spokoju. Muszę odetchnąć od życia. Ale jak? Jak odejść od wszystkich co znam, ale tak by powrócić? Już wiem, pójdę na wyprawę pod pretekstem szukania terenów, znajdę coś, byle co zatrzymam się tam, po to by odetchnąć i potem wrócę. Będę spokojniejsza i przy okazji zrobię coś pożytecznego. Teraz tylko iść do Alfy i już.
Poszłam do jaskini Suzanny, oznajmiła jej, że wyruszają na poszukiwania nowych terenów z samego rana.
*W okolicach 5 rano*
Nadszedł ten czas. Czas na moja wyprawę. Muszę iść, jak najszybciej iść. Teraz, szybko, już! Tylko w którą stronę? Biegałam po terenach jak opętana. W końcu zaczepiłam Ivette. Jako, że jest nowa i pyskata, a to może mi się przydać.
- Mnie ciekawi Most Nieskończoności. A co stara, wybierasz się na wycieczkę? - powiedziała zdenerwowana, że ją obudziłam o tak wczesnej porze.
- Tak właśnie, a co nie mogę?! - odparłam podenerwowana - Ok, to idę mostem, dzięki!
Mała chyba pomyślała, że jestem jakąś chora umysłowo, ale mało mnie to obchodziło. Ważne, by dostać się do mostu i mieć spokój.
Kiedy dostałam się tam zauważyłam, że stoi na nim jakąś postać. Jęknęłam w duchu, ale weszłam na most. Spojrzałam w dół, nie było widać dna. Słabo.
- Cześć Astrid! - zawołała dobrze mi znana postać. Źle, bardzo źle.
- Cześć Dante. - odparłam.
- Gdzie idziesz? - spytał basior.
- Na wyprawę. Sorry Danny, ale idę sama i daj mi spokój i pójdź sobie. - odpowiedziałam. Te słowa bolały, bardzo. Zrobiłam jeden krok przed siebie po czym poślizgnęłam się i wypadłam z mostu. Starałam tak, niesamowicie wystraszona. Dalej bolały mnie słowa, które powiedziałam do Dantego. Chciałam umrzeć. Jednak nie dane było mi to zrobić. Zbliżałam się do końca mojej nieprzyjemnej wycieczki. Przygotowywałam się na bolesne spotkanie z ziemią, które nie nastąpiło. Odbiłam się od czegoś i teraz do góry. W końcu wylądowałam na ziemi w jakimś lesie. Po spotkaniu z ziemią wszystko mnie bolało. Nie wiem co było dalej, chyba straciłam przytomność...
<C.D.N.>
Uwagi: Gdy chcesz wspomnieć w op. o WMW, to proszę, rozwiń ten skrót. Zapominasz o polskich literach. Mówiąc o porze jako o porze dnia, piszemy przez "rz". Masz trzykrotne powtórzenia wyrazu "most". Niezbyt rozumiem, o co chodzi w końcówce (jest Dan, później go nie ma, As pojawia się na moście, spada z niego, później gdzieś leci i jest w lesie. Wot?), ale żeby nie zepsuć ukrytego sensu, nie będę niczego poprawiać.
środa, 8 lipca 2015
Od Astrid "Nowa" cz. 2 (Cd. Lily/Dante)
Nadszedł kwiecień, zapach wiosny wisi w powietrzu. Drzewa pokrywają
liście, rośnie nowa trawa i wyrastają kwiatki. Patrząc na te cuda, aż
serce się raduje. Nic też dziwnego, że gdy tylko rano się obudziłam
(były okolice 7 rano) pobiegłam nad Wodospad, by zażyć dłuższej niż
wcześniej kąpieli. Kiedy tam dotarłam rzuciłam się do wody. Była
chłodna, ale i tak o wiele cieplejsza niż zaledwie miesiąc temu. W
wodzie siedziałam przez prawie godzinę (długo bawiłam się żywiołem
wody). Kiedy tylko wyszłam i się wytrzepałam zauważyłam z dala sylwetkę,
która z pewnością należała do wadery. Po jakimś czasie ukazała mi się
nowa Alfa WMW - Suzanna.
- Dzień dobry. Jak tam poszły ostatnie polowania, Alicjo, tak? - spytała Suzi.
- Dzień dobry. Nie Alicjo, tylko Astrid. - wysiliłam się na uśmiech. Nie lubiłam jak ktoś mylił moje imię. Jakoś zawsze mi się to źle kojarzyło. Nie wiem tylko czemu. - W miarę dobrze. A jak tam bycie Alfą, droga Suzanno?
- Nie Suzanno, bardzo proszę. Mów do mnie jak chcesz byle nie obraźliwie i po imieniu. - jęknęła niezadowolona. - Też dobrze.
- Spoko. - mruknęłam.
- A więc Adixio, radziłabym ci iść zawołać resztę zespołu do polowań i wybrać się na nie. - Ishi znowu pomyliła moje imię.
- Mam na imię Astrid. - westchnęłam - Już idę. Cześć.
- Astrid, spróbuje zapamiętać. - usłyszałam tylko te słowa nowej Alfy.
Pobiegłam po resztę jak kazała mi Suzi.
* Po polowaniu i śniadaniu. Podczas polowania na obiad. *
- Astrid, ty biegnij na lewo, coś tam szeleści! - powiedział dość głośno Tsume
- Jasne, już biegnę. - powiedziałam i pobiegłam. Rzeczywiście coś tam było. Zrobiłam koło i zaskoczyłam owe stworzenie od tyłu. Spodziewałam się sarny lub jakiegoś zająca, a tutaj siedziała (to z pewnością była ona) i gapiła się na mnie biała wadera przetykana fioletem w okolicach szyi, pyska, grzbietu i końcówki ogona.
- Heej... - powiedziała wadera.
- Cześć, kim jesteś? - spytałam
- Ja? Lily. A ty?
- Ja jestem...
- Astrid! Znalazłaś coś? - zawołał do mnie Dante.
- Właśnie znalazłam. - przyznałam ze śmiechem - Chodź zobaczyć!
Po chwili basior wychylił się zza krzaków. Spojrzał zdziwiony na mnie, potem na Lily i znów na mnie.
- Kto to? - spytał ciekawy.
- To jest Lily. Właśnie miałam się jej przedstawić, ale ty zrobiłeś to za mnie. - uśmiechnęłam się spoglądając z ukosa na Dante.
- Aha... No to cześć Lily. Ja jestem Dante.
- Ja to jak pewnie już wiesz, Astrid. - wróciłam wzrokiem do wadery - Wiesz, że jesteś na terenach WMW?
- WMW? - spytała.
- Wa... - zaczęłam jednak znowu Dante mnie uprzedził.
- Watahy Magicznych Wilków.
- Dzięki Dante, ale też bym chciała coś do niej powiedzieć. - prychnęłam ze śmiechem zwracając się do niebieskiego basiora.
- Zresztą nie ważne. Jak się tu znalazłaś? Nie kojarzę cię z okolic. - spytałam
- Ja też jej nie widziałem. - znów wcisnął swoje trzy grosze basior. Spojrzałam na niego z udawanym groźnym spojrzeniem.
- Dante, proszę zamknij się i daj mówić Lily. - powiedziałam.
<Lily, opowiesz coś o sobie? Dante, zamkniesz się czy nie? xD>
Uwagi: Suzanna aż tak nie myli imion i nie ma aż takiej sklerozy... zapomina ich po kilku godzinach lub dniach, nie sekundach. Można do niej mówić Suzanna, bo na to pozwala - gryzie jednak przy zwrocie "Suzi". Nie "szeleszczy", tylko "szeleści"
- Dzień dobry. Jak tam poszły ostatnie polowania, Alicjo, tak? - spytała Suzi.
- Dzień dobry. Nie Alicjo, tylko Astrid. - wysiliłam się na uśmiech. Nie lubiłam jak ktoś mylił moje imię. Jakoś zawsze mi się to źle kojarzyło. Nie wiem tylko czemu. - W miarę dobrze. A jak tam bycie Alfą, droga Suzanno?
- Nie Suzanno, bardzo proszę. Mów do mnie jak chcesz byle nie obraźliwie i po imieniu. - jęknęła niezadowolona. - Też dobrze.
- Spoko. - mruknęłam.
- A więc Adixio, radziłabym ci iść zawołać resztę zespołu do polowań i wybrać się na nie. - Ishi znowu pomyliła moje imię.
- Mam na imię Astrid. - westchnęłam - Już idę. Cześć.
- Astrid, spróbuje zapamiętać. - usłyszałam tylko te słowa nowej Alfy.
Pobiegłam po resztę jak kazała mi Suzi.
* Po polowaniu i śniadaniu. Podczas polowania na obiad. *
- Astrid, ty biegnij na lewo, coś tam szeleści! - powiedział dość głośno Tsume
- Jasne, już biegnę. - powiedziałam i pobiegłam. Rzeczywiście coś tam było. Zrobiłam koło i zaskoczyłam owe stworzenie od tyłu. Spodziewałam się sarny lub jakiegoś zająca, a tutaj siedziała (to z pewnością była ona) i gapiła się na mnie biała wadera przetykana fioletem w okolicach szyi, pyska, grzbietu i końcówki ogona.
- Heej... - powiedziała wadera.
- Cześć, kim jesteś? - spytałam
- Ja? Lily. A ty?
- Ja jestem...
- Astrid! Znalazłaś coś? - zawołał do mnie Dante.
- Właśnie znalazłam. - przyznałam ze śmiechem - Chodź zobaczyć!
Po chwili basior wychylił się zza krzaków. Spojrzał zdziwiony na mnie, potem na Lily i znów na mnie.
- Kto to? - spytał ciekawy.
- To jest Lily. Właśnie miałam się jej przedstawić, ale ty zrobiłeś to za mnie. - uśmiechnęłam się spoglądając z ukosa na Dante.
- Aha... No to cześć Lily. Ja jestem Dante.
- Ja to jak pewnie już wiesz, Astrid. - wróciłam wzrokiem do wadery - Wiesz, że jesteś na terenach WMW?
- WMW? - spytała.
- Wa... - zaczęłam jednak znowu Dante mnie uprzedził.
- Watahy Magicznych Wilków.
- Dzięki Dante, ale też bym chciała coś do niej powiedzieć. - prychnęłam ze śmiechem zwracając się do niebieskiego basiora.
- Zresztą nie ważne. Jak się tu znalazłaś? Nie kojarzę cię z okolic. - spytałam
- Ja też jej nie widziałem. - znów wcisnął swoje trzy grosze basior. Spojrzałam na niego z udawanym groźnym spojrzeniem.
- Dante, proszę zamknij się i daj mówić Lily. - powiedziałam.
<Lily, opowiesz coś o sobie? Dante, zamkniesz się czy nie? xD>
Uwagi: Suzanna aż tak nie myli imion i nie ma aż takiej sklerozy... zapomina ich po kilku godzinach lub dniach, nie sekundach. Można do niej mówić Suzanna, bo na to pozwala - gryzie jednak przy zwrocie "Suzi". Nie "szeleszczy", tylko "szeleści"
czwartek, 25 czerwca 2015
Od Astrid "Szkoła..." cz. 9
Nadszedł ten dzień. Dzień oddania dyplomów. Jak ten czas szybko zleciał,
nie dawno szukałam uczelni, a tu BACH! I mam dostać dyplom ukończenia
studiów. Cieszę się niezmiernie. Najpierw jednak chciałabym uregulować
sprawy z dziewczynami i Sethem.
* Jakiś czas później... *
Setha nie udało mi się znaleźć, a o dziewczynach poznałam zadziwiającą prawdę. Otóż wiedziały one o naszym siedlisku (naszym czyli WMW) i wiedziały kim jestem. Skąd? Obie widzą przyszłość. To jest ich nieodłączny dar jako wróżek. Tak, są wróżkami. Kiedy się o tym dowiedziałam zamurowało mnie. Na dodatek (!) są przyrodnimi siostrami od innych ojców. Ciekawe, nie powiem...
* Podczas apelu *
Serce biło mi jak oszalałe. Połowa "klasy" już dostała swoje świadectwa. Ja nie. Nadal czekałam, a te czekanie było straszne. W końcu nadeszła ta chwila.
- A teraz... - zaczęła mówić dyrektorka - Po świadectwo przyjdzie... - zawiesiła głos jak w jakimś głupim teleturnieju.
- Astrid Wolf. - powiedziała do mikrofonu.
Powinnam tam do niej iść, ale zamiast tego wrosłam w ziemię. Gdyby nie Seth, który delikatnie mnie popchał nie poszłabym po świadectwo. Ruszyłam w tamtą stronę i... BUM! Wywaliłam się na nierównym betonie. Wszyscy w śmiech. Kiedy przestali się śmiać wiatr zawiał mi sukienkę (dalej całowałam beton) i pokazałam wszystkim moją pupę. OPS! Wstyd masakryczny. Wstałam jednak, wzięłam świadectwo. Kiedy apel się skończył uciekłam. Już nie byłam powiązana ze światem ludzi. Jednak na niedługo, nie długo będzie czas znaleźć pracę...
Uwagi: nie wiedzieć czemu całe op. skojarzyło mi się z jakimś anime. ;_;
* Jakiś czas później... *
Setha nie udało mi się znaleźć, a o dziewczynach poznałam zadziwiającą prawdę. Otóż wiedziały one o naszym siedlisku (naszym czyli WMW) i wiedziały kim jestem. Skąd? Obie widzą przyszłość. To jest ich nieodłączny dar jako wróżek. Tak, są wróżkami. Kiedy się o tym dowiedziałam zamurowało mnie. Na dodatek (!) są przyrodnimi siostrami od innych ojców. Ciekawe, nie powiem...
* Podczas apelu *
Serce biło mi jak oszalałe. Połowa "klasy" już dostała swoje świadectwa. Ja nie. Nadal czekałam, a te czekanie było straszne. W końcu nadeszła ta chwila.
- A teraz... - zaczęła mówić dyrektorka - Po świadectwo przyjdzie... - zawiesiła głos jak w jakimś głupim teleturnieju.
- Astrid Wolf. - powiedziała do mikrofonu.
Powinnam tam do niej iść, ale zamiast tego wrosłam w ziemię. Gdyby nie Seth, który delikatnie mnie popchał nie poszłabym po świadectwo. Ruszyłam w tamtą stronę i... BUM! Wywaliłam się na nierównym betonie. Wszyscy w śmiech. Kiedy przestali się śmiać wiatr zawiał mi sukienkę (dalej całowałam beton) i pokazałam wszystkim moją pupę. OPS! Wstyd masakryczny. Wstałam jednak, wzięłam świadectwo. Kiedy apel się skończył uciekłam. Już nie byłam powiązana ze światem ludzi. Jednak na niedługo, nie długo będzie czas znaleźć pracę...
Uwagi: nie wiedzieć czemu całe op. skojarzyło mi się z jakimś anime. ;_;
środa, 24 czerwca 2015
Od Astrid "Terytorium wilków" cz. 2 (Cd. Blue)
Środek zimy, wszędzie śnieg. W okolicach 4 nad ranem obudziłam się z
drgawkami na cielę. Otworzyłam oczy jak rażona piorunem. Rozejrzałam się
po ciemnej jaskini. Moje ciało dalej drgało, nie mogłam tego
powstrzymać. Było to dziwne, ale prawdziwe. Poczułam, że muszę wyjść.
Nie wiem co mi kazało to zrobić, ale uczucie było mocne i wbrew woli mu
uległam. Opuściłam jaskinię. W oczy wpadł mi blady blask księżyca w
pełni okazałości. Noc była o dziwo bezchmurna. Spojrzałam w górę i
przyjrzałam się białym punktom lśniącym na niebie. Jak w transie
przemierzałam tereny watahy. Nie wiem co się dalej stało, ale obudziłam
się pod wysoką brzózką. Był już ranek. A dokładniej okolice dziewiątej.
Spojrzałam zdezorientowana w przestrzeń. Próbowałam przypomnieć sobie
jak się tutaj znalazłam. To nie była wina Dolores, tego byłam pewna.
Skąd ta pewność? Nie czułam mdłości, które były nieodłączną częścią Do.
Byłam jednak spragniona. Ruszyłam ku wodopojowi. Spojrzałam jeszcze
przelotnie w niebo, ujrzałam znikający księżyc. Zawyłam. Mój głos
rozniósł się echem po skąpanym w śniegu terenie watahy. Nie wiem czemu
to zrobiłam, poddałam się instynktowi. Po prostu. Postąpiłam jeszcze
parę kroków do przodu i... rzuciła się na mnie wilczyca. Chciało się jej
widocznie bić. Chociaż w sumie... W miarę dałam radę oswobodzić się od
agresywnych chwytów owej wilczycy.
- Hej spokojnie. Chciałam się tylko napić. - powiedziałam lekko zdyszana. Wadera zmierzyła mnie wzrokiem. Oddałam spojrzenia. Wadera była czarna, miała bandaże na łapach. Wyglądała dość interesująco, przynajmniej dla mnie.
- Wiesz, że jesteś na terenach WMW? - spytałam podchodząc do wodopoju. Wzięłam parę łyków zimnej wody i znowu wróciłam do wadery, która siedziała w całkowitym zamyśleniu.
- Jak masz na imię? - próbowałam dalej zaintonować rozmowę.
- Blue. A ty? - odparła samica.
- Ja? Astrid. Chcesz może dołączyć do WMW? - spytałam ją.
- WMW? - zapytała tylko.
- Wataha Magicznych Wilków. - powiedziałam.
- Jesteś Alfą? - dalej pytała. Te pytanie jednak mnie zamurowało. Skąd taki niby pomysł?! Ja się nie nadaję do tego!
- Nie no co ty! Alfą jest Kii i Rafi, a i jeszcze jest mała Suzi. - powiedziałam szybko - To chcesz? Zaprowadzę cię do nich.
- Chcę. Prowadź. - powiedziała. No to zaprowadziłam. Blue weszła do jaskini Alf, a ja usiadłam i czekałam klepiąc lekko ogonem o śnieg. W końcu wróciła. Oczy jej się skrzyły z radości.
- I? - spytałam.
- As, oprowadź proszę Blue. - dobiegł mnie głos zdenerwowanej Kii od strony jaskini.
- Okay... Blue to chodź. - powiedziałam ruszając. Wadera jednak nie podążyła za mną.
- Co jest? - zapytałam samicę.
<Blue?>
Uwagi: brak
- Hej spokojnie. Chciałam się tylko napić. - powiedziałam lekko zdyszana. Wadera zmierzyła mnie wzrokiem. Oddałam spojrzenia. Wadera była czarna, miała bandaże na łapach. Wyglądała dość interesująco, przynajmniej dla mnie.
- Wiesz, że jesteś na terenach WMW? - spytałam podchodząc do wodopoju. Wzięłam parę łyków zimnej wody i znowu wróciłam do wadery, która siedziała w całkowitym zamyśleniu.
- Jak masz na imię? - próbowałam dalej zaintonować rozmowę.
- Blue. A ty? - odparła samica.
- Ja? Astrid. Chcesz może dołączyć do WMW? - spytałam ją.
- WMW? - zapytała tylko.
- Wataha Magicznych Wilków. - powiedziałam.
- Jesteś Alfą? - dalej pytała. Te pytanie jednak mnie zamurowało. Skąd taki niby pomysł?! Ja się nie nadaję do tego!
- Nie no co ty! Alfą jest Kii i Rafi, a i jeszcze jest mała Suzi. - powiedziałam szybko - To chcesz? Zaprowadzę cię do nich.
- Chcę. Prowadź. - powiedziała. No to zaprowadziłam. Blue weszła do jaskini Alf, a ja usiadłam i czekałam klepiąc lekko ogonem o śnieg. W końcu wróciła. Oczy jej się skrzyły z radości.
- I? - spytałam.
- As, oprowadź proszę Blue. - dobiegł mnie głos zdenerwowanej Kii od strony jaskini.
- Okay... Blue to chodź. - powiedziałam ruszając. Wadera jednak nie podążyła za mną.
- Co jest? - zapytałam samicę.
<Blue?>
Uwagi: brak
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Od Astrid "Obca czy znajoma?" cz. 7 (Cd. Dante)
- Właściwie to nie. Ominął nas rok. Był on o wiele za długi. -
westchnęłam ciężko spoglądając na Dante - mojego przyjaciela. To właśnie
jego oraz Soharę poznałam najpierw. To oni mnie zaprowadzili do Alfy,
czyli Alexandra, gdyż trafiłam do watahy w momencie nieobecności
Kiiyuko. To z nim, nie kimś innym spędziłam tyle chwil, radosnych i tych
smutnych. Dużo razem przeżyliśmy, a ja teraz nie poznałam go. No cóż,
ostatni rok całkowicie pochłonęła mnie nauka i świat ludzi. Teraz zdałam
sobie sprawę jak bardzo zanim tęskniłam.
- Dante... - zaczęłam łamiącym się głosem, który powoli zniżał się do szeptu - Przepraszam, że cię nie poznałam. Od dawna się z nikim nie widziałam z watahy, a zwłaszcza z tobą.
Wykończona wszystkim, a zwłaszcza tym spotkaniem położyłam się na ziemi. Basior nic nie mówił, nie poruszył się ani o centymetr. Myślał... Ja też nic nie mówiłam tylko myślałam.
O życiu, szczęściu i dzieciństwie. Wszystko było wtedy takie proste. Nie to co teraz. Miałam ochotę uciec od mego przyjaciela z dzieciństwa, od niego i wspomnień z nich związanych, znaleźć się w jakiejś dziurze i poddać emocjom, które mną targały. Zamiast tego siedziałam i spoglądałam na tego od którego w myślach uciekałam, niezdolna do poruszania czymkolwiek oprócz ogona.
Cisza zaległa wśród nas i nie chciała odejść. Czułam się nieco nieswojo, gdy przypominałam sobie o tym jak nasze spotkania wyglądały rok temu.
W końcu targana impulsem powiedziałam łamiącym się głosem zamieniającym w szept:
- Dante, tęskniłam.
- Za czym? - spytał.
- Za tobą. - wyszeptałam czując, że łzy spływają po moim pysku.
<Dante?>
Uwagi: nie ma słowa "pochłoniła", tylko "pochłonęła".
- Dante... - zaczęłam łamiącym się głosem, który powoli zniżał się do szeptu - Przepraszam, że cię nie poznałam. Od dawna się z nikim nie widziałam z watahy, a zwłaszcza z tobą.
Wykończona wszystkim, a zwłaszcza tym spotkaniem położyłam się na ziemi. Basior nic nie mówił, nie poruszył się ani o centymetr. Myślał... Ja też nic nie mówiłam tylko myślałam.
O życiu, szczęściu i dzieciństwie. Wszystko było wtedy takie proste. Nie to co teraz. Miałam ochotę uciec od mego przyjaciela z dzieciństwa, od niego i wspomnień z nich związanych, znaleźć się w jakiejś dziurze i poddać emocjom, które mną targały. Zamiast tego siedziałam i spoglądałam na tego od którego w myślach uciekałam, niezdolna do poruszania czymkolwiek oprócz ogona.
Cisza zaległa wśród nas i nie chciała odejść. Czułam się nieco nieswojo, gdy przypominałam sobie o tym jak nasze spotkania wyglądały rok temu.
W końcu targana impulsem powiedziałam łamiącym się głosem zamieniającym w szept:
- Dante, tęskniłam.
- Za czym? - spytał.
- Za tobą. - wyszeptałam czując, że łzy spływają po moim pysku.
<Dante?>
Uwagi: nie ma słowa "pochłoniła", tylko "pochłonęła".
sobota, 13 czerwca 2015
Od Astrid "Szkoła..." cz. 8
- J-jasne. - powiedziałam.
- A teraz idź już. To pa! - zawołała nauczycielka. Stosowana uciekłam. I oczywiście z moim szczęściem wpadłam na Setha.
- I jak było? - spytał.
- A fajnie, a u ciebie na lekcjach? - mruknęłam.
- Nuuuuda. Tylko siedziałem i pisałem, gorzej niż te dzieciaki. - przyznał po czym stwierdził - Ty pewnie miałaś to samo.
- A, nie. Nauczycielką musiała wyjść i to ją je uczyłam. Przed chwilą też dostałam propozycje poparcia pójścia tu do pracy w następnym roku. - wypaliłam. Chłopaka zamurowało.
- A teraz się zmywam. Cześć! - oświadczyłam i wróciłam do domu, do lasu, do watahy....
Uwagi: um... Czyżbyś myliła wyrazy? Bo to wygląda jak op. pisane na telefonie na szybko z błędnym podpowiadaniem słów.
- A teraz idź już. To pa! - zawołała nauczycielka. Stosowana uciekłam. I oczywiście z moim szczęściem wpadłam na Setha.
- I jak było? - spytał.
- A fajnie, a u ciebie na lekcjach? - mruknęłam.
- Nuuuuda. Tylko siedziałem i pisałem, gorzej niż te dzieciaki. - przyznał po czym stwierdził - Ty pewnie miałaś to samo.
- A, nie. Nauczycielką musiała wyjść i to ją je uczyłam. Przed chwilą też dostałam propozycje poparcia pójścia tu do pracy w następnym roku. - wypaliłam. Chłopaka zamurowało.
- A teraz się zmywam. Cześć! - oświadczyłam i wróciłam do domu, do lasu, do watahy....
Uwagi: um... Czyżbyś myliła wyrazy? Bo to wygląda jak op. pisane na telefonie na szybko z błędnym podpowiadaniem słów.
czwartek, 4 czerwca 2015
Od Astrid "Szkoła.." cz. 7
- Dzieci, to jest Astrid. Będzie się u nas uczyć jak uczyć. - zaśmiała się starsza pani - Powitajcie ją grzecznie.
- Dzieeeeeń dooobrryyyyy... - mruknęli w odpowiedzi uczniowie.
- Dzień dobry. - odpowiedziałam im z uśmiechem bardziej niepewnym od barwy głosu.
- Dzieci powiedzcie po kolei jak macie na imię. - nakazała im pani Matylda. Uczniowie podali swoje imiona. Pani Matylda szybko kazała mi usiąść do ostatniej ławki, z której miałam robić notatki.
Okazało się, że nauczycielka choć wyglądała na małą, kruchą i spokojną kobiecinkę, lekcje prowadziła z dużą dozą dobrego humoru. Nieco żartowała i wygłupiała się. Dzieciaki wyglądały natomiast na skore do nauki. Podczas trzeciej (na pięć) lekcji pani Pyłek musiała iść do dyrektorki. Mi przypadło zastępstwo. No tak... Bogu dzięki, młodzi uczniowie wyczuli mój niepokój wobec tego niezaplanowanego zdarzenia i zachowywali się bardzo grzecznie. Uczyli się, siedzieli w ciszy i nie przeszkadzali. Nie wiem jakim cudem. Dzieci tym bardziej w ich wieku zachowują się bardzo głośno i w ogóle całkowicie inaczej niż tego dnia. Podczas czwartej lekcji wyluzowałam się i zaczęłam uczyć tą grupę z większą chęcią. W połowie piątej lekcji wbiegła do klasy pani Matylda. Dziewczynka, która właśnie czytała przerwała to zajęcie.
- I jak? Było tak źle? - spytała mnie starsza pani.
- Nie. Ta klasa jest niesamowita! Całą lekcje siedzieli cichutko i słuchali się mnie. Wspaniałe lekcje były z nimi. - powiedziałam z uśmiechem.
- No to się cieszę. Dzieci, a jak wam się podobały lekcje z Astrid?
- Było super! - zawołała jedna z dziewczynek, reszta klasy potwierdziła to zdanie.
- Wspaniale. A teraz skończmy tą lekcje! - zawołała pani Matylda. Reszta lekcji była naprawdę ciekawa.
Po lekcjach pani Matylda kazała mi zostać, by z nią porozmawiać. Kiedy dzieci wyszły z klasy, a drzwi się zamknęły kobieta powiedziała:
- Astrid, ten rok jest dla mnie ostatni. Idę na emeryturę. Jeśli chcesz zapewnię ci nauczanie w tej szkole, tej klasy. Co ty na to?
Zamurowało mnie.
- Oczywiście, jak zdasz. No to co? - dopowiedziała jeszcze.
<C.D.N.>
Uwagi: "nieco" piszemy razem.
- Dzieeeeeń dooobrryyyyy... - mruknęli w odpowiedzi uczniowie.
- Dzień dobry. - odpowiedziałam im z uśmiechem bardziej niepewnym od barwy głosu.
- Dzieci powiedzcie po kolei jak macie na imię. - nakazała im pani Matylda. Uczniowie podali swoje imiona. Pani Matylda szybko kazała mi usiąść do ostatniej ławki, z której miałam robić notatki.
Okazało się, że nauczycielka choć wyglądała na małą, kruchą i spokojną kobiecinkę, lekcje prowadziła z dużą dozą dobrego humoru. Nieco żartowała i wygłupiała się. Dzieciaki wyglądały natomiast na skore do nauki. Podczas trzeciej (na pięć) lekcji pani Pyłek musiała iść do dyrektorki. Mi przypadło zastępstwo. No tak... Bogu dzięki, młodzi uczniowie wyczuli mój niepokój wobec tego niezaplanowanego zdarzenia i zachowywali się bardzo grzecznie. Uczyli się, siedzieli w ciszy i nie przeszkadzali. Nie wiem jakim cudem. Dzieci tym bardziej w ich wieku zachowują się bardzo głośno i w ogóle całkowicie inaczej niż tego dnia. Podczas czwartej lekcji wyluzowałam się i zaczęłam uczyć tą grupę z większą chęcią. W połowie piątej lekcji wbiegła do klasy pani Matylda. Dziewczynka, która właśnie czytała przerwała to zajęcie.
- I jak? Było tak źle? - spytała mnie starsza pani.
- Nie. Ta klasa jest niesamowita! Całą lekcje siedzieli cichutko i słuchali się mnie. Wspaniałe lekcje były z nimi. - powiedziałam z uśmiechem.
- No to się cieszę. Dzieci, a jak wam się podobały lekcje z Astrid?
- Było super! - zawołała jedna z dziewczynek, reszta klasy potwierdziła to zdanie.
- Wspaniale. A teraz skończmy tą lekcje! - zawołała pani Matylda. Reszta lekcji była naprawdę ciekawa.
Po lekcjach pani Matylda kazała mi zostać, by z nią porozmawiać. Kiedy dzieci wyszły z klasy, a drzwi się zamknęły kobieta powiedziała:
- Astrid, ten rok jest dla mnie ostatni. Idę na emeryturę. Jeśli chcesz zapewnię ci nauczanie w tej szkole, tej klasy. Co ty na to?
Zamurowało mnie.
- Oczywiście, jak zdasz. No to co? - dopowiedziała jeszcze.
<C.D.N.>
Uwagi: "nieco" piszemy razem.
środa, 27 maja 2015
Od Astrid "Szkoła..." cz. 6
Piątek to dzień praktyk, tak długo przeze mnie wyczekiwany. W mieście
było jedno przedszkole współpracujące z naszą uczelnią, w którym było 5
grup. 6 osób idzie natomiast do podstawówki. Mi trafiła się druga
klasa, Seth'owi trzecia, niestety w tej samej szkole. Olivia - pierwsza w
drugiej podstawówce. Sandy i Shelby przejęły przedszkole.
Uradowana ruszyłam ku podstawówce. Seth - Bogu dzięki! - szedł jakieś 15 metrów za mną. Po krótkiej wędrowce weszłam do szkoły prosto z dzwonkiem. Byłam pod podziwem dzieci, które nic sobie z niego nie robiły, pobiegły tylko do klas. Ja sama już się przyzwyczaiłam do tego dźwięku.
Powoli weszłam do pokoju nauczycielskiego. Niektórzy zmierzyli mnie wzrokiem, jednak niziutka staruszka uśmiechnęła się na mój widok - jako jedyna to zrobiła.
- Dzień dobry... - powiedziałam niepewnie.
- Cześć Astrid. - powiedziała staruszka - Jestem Matylda Pyłek, miło mi cię poznać. Idziesz do mnie na praktyki.
Kiwnęłam głową i skierowałam się do drzwi, by wyjść i ruszyć za nią do klasy.
Przywitał mnie widok jakiejś 30 dzieciaków. No to się wrobiłam...
<C.D.N>
Uwagi: literówki i brak polskich znaków
Uradowana ruszyłam ku podstawówce. Seth - Bogu dzięki! - szedł jakieś 15 metrów za mną. Po krótkiej wędrowce weszłam do szkoły prosto z dzwonkiem. Byłam pod podziwem dzieci, które nic sobie z niego nie robiły, pobiegły tylko do klas. Ja sama już się przyzwyczaiłam do tego dźwięku.
Powoli weszłam do pokoju nauczycielskiego. Niektórzy zmierzyli mnie wzrokiem, jednak niziutka staruszka uśmiechnęła się na mój widok - jako jedyna to zrobiła.
- Dzień dobry... - powiedziałam niepewnie.
- Cześć Astrid. - powiedziała staruszka - Jestem Matylda Pyłek, miło mi cię poznać. Idziesz do mnie na praktyki.
Kiwnęłam głową i skierowałam się do drzwi, by wyjść i ruszyć za nią do klasy.
Przywitał mnie widok jakiejś 30 dzieciaków. No to się wrobiłam...
<C.D.N>
Uwagi: literówki i brak polskich znaków
Subskrybuj:
Posty (Atom)