Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joel Treunis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joel Treunis. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 8

Sierpień 2022 r.
Podrapałem się po głowie. Co miałem jej odpowiedzieć? Naprawdę chciała jeszcze spędzić czas w Mieście? W dodatku ze mną? Cały czas byłem święcie przekonany, że za mną nie przepada. Ba, sądziłem że mnie nie cierpi.
- Powinniśmy... A czy musimy... - zacząłem, ale ona z szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy postanowiła mi przerwać w pół zdania:
- Czyli nie musimy. Zostajemy.
- Mamy swoje obowiązki w stadzie...
- Zasady są po to by je łamać - Znowu mi przerwała - Poradzą sobie. Raz na jakiś czas trochę luzu się nam przyda, czyż nie? Takie małe wakacje.
Jej propozycja brzmiała bardzo zachęcająco. Ja też bym sobie trochę odpoczął, szczególnie od tej uciążliwej pogody. Patrzyła na mnie wyczekująco, a ja nadal jakoś nie czułem się przekonany. Możemy ponieść za to niezbyt przyjemne konsekwencje... Yuki dostrzegając wahanie na mojej twarzy wywróciła oczami i skierowała się do kuchni.
- Daj spokój. Coś takiego jeszcze chyba nikomu nie zaszkodziło. To tylko kilka dni. Posiedzimy tutaj i wrócimy.
Potarłem brodę, która zdążyła ostatnimi czasy zarosnąć bardziej niż zazwyczaj, a po chwili z cichym westchnięciem podążyłem w ślad za nią.
- Co chciałabyś zjeść? - zapytałem - Z góry mówię, że nie jestem żadnym wybitnym kucharzem.
- A co proponujesz? - zadała pytanie, siadając na krześle w miejscu gdzie akurat na stole stał już zaschnięty garnek. Postanowiłem zajrzeć do lodówki i wtedy o czymś sobie przypomniałem: większość jedzenia, które tam zostawiłem była już niezjadliwa. Ostatni raz zawitałem w tym mieszkaniu dobre kilka miesięcy temu... Nawet jeśli coś się nie przeterminowało, nadal istniało dość spore prawdopodobieństwo, że okrutny zapach gnijącego jedzenia przeszedł również na nie i nie czułbym się dobrze starając się to spożyć. Nadal się krzywiąc zamknąłem drzwiczki lodówki.
- Co jest? - zapytała Yuki.
- Nic. Muszę iść na zakupy. Nie mam nic jadalnego. Przeterminowało się... - wytłumaczyłem niechętnie. Znowu zerknąłem przez okno. Lało jak z cebra. Powoli zbliżyłem się do stołu, zabrałem naczynia z zaschniętym jedzeniem i włożyłem do zlewu. Zalałem to wodą, żeby trochę się namoczyło... Może wtedy domywanie tego nie będzie aż takim koszmarem.
- Mam do ciebie prośbę. Ja pójdę na zakupy, a ty wyrzucisz całą zawartość lodówki do śmietnika - mówiąc to, wskazałem jej kosz - Następnie wyniesiesz do takiego dużego kontenera za budynkiem. Kolor zgniłozielony. Musisz to tam wrzucić. Zamrażalnik możesz zostawić jak jest, bo tam raczej jeszcze cokolwiek jest zdatnego do jedzenia...
Spojrzałem na nią. Kiwała w zadumie głową w taki sposób, że stojące, skołtunione włosy stały jak jakiś pióropusz i kiwały się razem z jej głową. Miała tak zsunięty t-shirt, że odkrywał jej całe ramię, a spodenki były kompletnie pogniecione. Zdecydowanie nie wyglądała jak modelki rzekomo tuż po w wstaniu, które promują zdrowy styl życia. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy ziewnęła.
- Tylko najpierw się ubierz. Wybierz sobie coś z mojej garderoby, co tylko ci wpadnie w oko. Raczej wiesz gdzie mam szafę z ubraniami.
Skinęła głową.
- Skoro masz tutaj zostać na dłużej to później możemy się przejść po jakichś lumpeksach w poszukiwaniu bardziej babskich ubrań dla ciebie... I przede wszystkim bielizny. Niestety, ale nie posiadam żadnego stanika.
- Stanika? - zapytała, marszcząc brwi.
- No... wiesz. Takie coś, co podtrzymuje piersi - Mówiąc to, chwyciłem się dłoniami w miejscu, gdzie powinien się znajdować biustonosz - Jest wygodniej i nie podskakują. Tak przynajmniej tłumaczyły mi to koleżanki.
- Rozumiem - Znowu pokiwała głową - Trzęsą się jak galareta.
Próbowałem się nie śmiać, ale średnio mi to wyszło.
- Ciekawe porównanie.
- Taka prawda - Wzruszyła ramionami - Sporo bym dała za ten... stanik.
- To sobie znajdziesz jakiś niedrogi i kupimy nieużywany. Właściwie to zostało mi niewiele pieniędzy... - skrzywiłem się. Dopiero wtedy sobie to uświadomiłem. Nie wiedziałem, czy w ogóle starczy mi na rachunek... Niby mógłbym poprosić wujostwo o pomoc, ale... Może sprzedam to mieszkanie i na stałe przeprowadzę się do watahy...? Mógłbym tylko od czasu do czasu do kogoś wpadać, żeby przypomnieć sobie jak to jest być człowiekiem...
- A nie możesz pożyczyć od jakiejś swojej... koleżanki? - zapytała, podkreślając mocniej ostatnie słowo. Zupełnie jakby była zazdrosna.
- Raczej nie da rady - mruknąłem - Wydaje mi się, że żadna się na to nie zgodzi. Nie wspominając już o tym, że poniekąd zerwaliśmy kontakt...
- Dlaczego?
- Zniknąłem, nie odzywałem się dość długo... Część wyjechała, a część została, lecz nie utrzymujemy żadnego większego kontaktu. Jedynie od czasu do czasu dzwonię do tych kumpli, o których już ci wspominałem wcześniej... - objaśniłem. Yuki cicho odetchnęła, jakby z ulgą. Uniosłem brwi.
- Cieszysz się?
- Co? Nie. Niby z czego? - powiedziała szybko, siadając noga na nogę i krzyżując ramiona na piersi. Widziałem, że jej policzki robią się czerwone. Uśmiechnąłem się złośliwie.
- Nie masz obiektu zazdrości, bo sam wykluczyłem całą konkurencję.
- Nie dorabiaj sobie już jakiejś durnej ideologii - Prychnęła, robiąc się jeszcze bardziej czerwona na twarzy.
- Czyżby? - zapytałem, zbliżając się do niej.
- Taka prawda. Ubzdurałeś sobie coś i... - nie dokończyła, bo zacząłem ją łaskotać, a ona krzyknęła, a później zaczęła się głośno śmiać. O mały włos nie spadła z krzesła, lecz ją przytrzymałem i kontynuowałem tę torturę. Próbowała mnie odpychać, ale na niewiele się jej to zdało. Właściwie nie robiła tego z taką siłą, z jaką mogła. Wiedziałem już mniej więcej na co ją stać...
- Przestań! - krzyczała, nadal się śmiejąc i usiłując obronić.
- Nie ma mowy! To za groźby wyrywania serca! - odparłem, dalej napastując łaskotkami jej brzuch.
- Dobrze, przepraszam!
Dopiero wtedy przestałem. Potrzebowała chwilki na uspokojenie się. Oddychała nieco ciężej. Nadal opierałem się rękami o krawędź siedzenia krzesła, które zajmowała, i obserwowałem dziewczynę z satysfakcją. Udało mi się odegrać i w dodatku przeprosiła! Ten dzień nie może być już chyba piękniejszy. Zaczynałem powoli wierzyć w to, że Yuki wcale nie była taka jak mi się do tej pory zdarzało i mamy szansę na jakąś przyjaźń, czy coś w ten deseń...
Wtedy podniosła na mnie wzrok. Dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Niemal stykaliśmy się nosami, a ja wciąż uśmiechałem się złośliwie. Zaczynałem się zastanawiać, czy zaraz mnie spoliczkuje.
- Jesteś idiotą, wiesz? - zapytała groźnie, a nim zdołałem odpowiedzieć... pocałowała mnie. Wytrzeszczyłem oczy. To zdecydowanie była ostatnia rzecz, której się w tamtym momencie spodziewałem. Nie było to jednak nic nieprzyjemnego. Wręcz przeciwnie... Delikatnie objąłem dłonią jej policzek, a kiedy skończyła nadal z niedowierzaniem patrzyłem w jej oczy. Naprawdę to zrobiła.
- Nie patrz tak na mnie. Miałeś iść na zakupy - mruknęła z charakterystycznym dla siebie niezadowoleniem. Uśmiechnąłem się czarująco i odsunąłem od niej.
- Zatem... kochanie, idę się ubrać, a później wychodzę. Ty zajmij się tą lodówką.
- Pewnie... - odpowiedziała, wywracając oczami. Spojrzałem na nią jeszcze przez tę ostatnią chwilkę, myśląc o tym, że teraz wydawała mi się jeszcze piękniejsza niż wcześniej.
Wyszedłem z kuchni.

<C.D.N.>

sobota, 9 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 7

Sierpień 2022 r.
Wciąż dość zaspany zamrugałem powiekami i już miałem się obrócić na plecy, aby sprawdzić godzinę, kiedy zorientowałem się, że coś jest nie tak. Yuki wciąż słodko spała, na co wskazywał jej spokojny, miarowy oddech... Z tym, że czułem czyjeś dłonie na swoim brzuchu. W dodatku nie na koszulce od piżamy, lecz pod nią. Z całą pewnością nie były to moje dłonie. Pozostawał tylko jeden, w dodatku wciąż śpiący, winowajca. Poczułem, jak robię się czerwony. Zrobiła to przypadkiem przez sen czy może zasnąłem wcześniej niż ona i zrobiła już wieczorem to z pełną premedytacją? Nie, nieprawdopodobne. Yuki by tak nie zrobiła. To na pewno przypadek... Choć może...?
Żal było mi ją budzić, aby zapytać. Żal było mi zabierać jej ręce, bo możliwe, że miała dość płytki sen. Żal mi było się w ogóle ruszyć. Nieco zdesperowany po prostu leżałem, wpatrując się w jej jasną twarz. Miałem nadzieję, że niebawem się wybudzi, a ja będę mógł na spokojnie zadać kilka pytań. Póki co jednak pozostawałem w potrzasku, nie mając możliwości wstania. Nie wiedziałem też która jest godzina. Przeniosłem wzrok na niezasłonięte okno. Mogłem tylko zgadywać. Słońce już dawno wzeszło, ale nie było dość jasno, żeby ocenić porę na południe. Mógłbym rzecz, że mieliśmy godzinę między ósmą a dziewiątą... Westchnąłem cicho i znowu spojrzałem na twarz Yuki. Nadal wyglądała jak jakaś nastolatka, która dopiero co wkracza w dorosłe życie, a nie jak wadera, która gdyby nie jej cudowny naszyjnik mogłaby być zwykłą staruszką. Sam już nie wiedziałem, jak powinienem o niej myśleć... Czy jako o osobie wciąż młodej, czy może starej, choć już sam nie byłem pierwszej młodości. Przynajmniej z perspektywy innych wilków z watahy...
***
Nawet nie wiem kiedy przysnąłem. Nie wiem też co mnie obudziło. Tak czy owak tuż po otworzeniu oczu zauważyłem, że Yuki się we mnie wpatruje. Może też ocknęła się dosłownie chwilę temu? Trudno określić. Nie wyglądała na zaspaną... Odchrząknąłem.
- Hm, dzień dobry.
- Dzień dobry - odpowiedziała, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wciąż czułem jej dłonie na swoim brzuchu. Musiała sobie doskonale zdawać sprawę z tego, co zrobiła. Nie wiedziałem jak zacząć, więc po prostu się w nią wpatrywałem z coraz mocniejszym rumieńcem.
- Co się gapisz? - zapytała.
- Co twoje ręce robią na moim brzuchu? - wypaliłem.
- Nie powinno się odpowiadać pytaniem na pytanie - odparła chłodno i stanowczo za razem.
- Gapię się, bo ty się gapisz i naruszasz jednocześnie moją przestrzeń osobistą, a ja nie wiem jak to skomentować. Teraz ty odpowiedz - rzekłem z uporem. Musiała mieć jakiś powód dla którego nie zabrała stamtąd dłoni.
- Grzeję ręce - oznajmiła swobodnym tonem. Zmarszczyłem lekko brwi z drobnym niezrozumieniem.
- I... musiałaś akurat tam...?
- Masz ciepły brzuch.
Zmrużyłem dodatkowo oczy. Wymówka na szybko, czy mówiła prawdę? Wyglądała na bardzo poważną.
- Chcę wyrwać twoje serce, by złożyć je w ofierze demonom z watahy - dodała z taką samą powagą. Wytrzeszczyłem oczy i znowu się zestresowałem. Tym razem to nie był ani trochę przyjemny stres. To planowała od początku? Chwyciłem za jej nadgarstki i spróbowałem pociągnąć w dół, ale niewiele to dało. Uparcie trzymała je pod moją koszulką.
- Ty mała cholero... - przekląłem, nieustannie próbując. Na jej twarzy pojawił się szeroki, nieco kpiący uśmieszek, a ja nadal się szarpałem. Przeturlałem się, a później ona, byleby tylko uzyskać większą dominację i nie dać mi za wygraną. Była silniejsza niż podejrzewałem. Mimo że jestem mężczyzną, który na pozór powinien być silniejszy, to czułem, że nie mam z nią najmniejszych szans. W pewnym momencie nie wytrzymała i zaczęła się szaleńczo śmiać. To jeszcze bardziej zmroziło mi krew w żyłach. Czułem, że mimo mojej walki jej dłonie posuwają się coraz wyżej i wyżej, a jej dość długie pazury drapią moją skórę. Co prawda nie mocno, ale dostatecznie bardzo mnie to przerażało. Co jeśli to była zaledwie mała próbka jej siły i potrafiłaby mi rozerwać klatkę piersiową bez pomocy żadnego narzędzia? Dość agresywnie próbowałem ją zrzucić, ale na niewiele się to zdało. Kiedy spróbowałem sam sturlać się na ziemię, by upadła na podłogę i się ode mnie odczepiła, a ja bym miał choć chwilę na ucieczkę, krzyknęła:
- Spokojnie, żartowałam! - Mówiąc to, zabrała ręce i uniosła je, jakby chcąc udowodnić swoją niewinność. Dopiero wtedy przestałem się szarpać. Cały czas się śmiała. Teraz już nie brzmiało to jak śmiech szaleńca. Poczułem się jak idiota, ale nadal pozostawał we mnie jakiś niepokój. Wciąż byłem gotów do dalszego odpychania jej. Siedziała na mnie, mógłbym spróbować ją zrzucić i... A może jednak faktycznie to był jeden wielki żart? Nie mając pojęcia czy wykorzystać swoją szansę chwili jej nieuwagi, czy może odpuścić. Nadal nieruchomo leżałem z uniesionymi rękoma, gotów do ponownego chwycenia jej nadgarstków i prób ubezwładnienia.
- Tak się miotałeś, że aż zrzuciłeś kołdrę - Śmiała się dalej. Zmrużyłem oczy. Dopiero teraz to brzmiało szczerze i bardziej przekonująco. Zdecydowanie zachowałem się jak idiota. Uwierzyłem w jej gierki.
- A jaką miałeś minę! - wykrzyknęła nadal z serdecznym rozbawieniem. Wywróciłem oczami.
- Po tobie można się wszystkiego spodziewać. Słyszałem, że pełnisz funkcję mordercy i w dodatku Alfa za tobą nie przepada. Musiałaś coś przeskrobać, więc lepiej mieć się na baczności w twoim towarzystwie. O różnych plotkach krążących po watasze nie wspominając... Tak jeszcze przypomnę, że przy pierwszym spotkaniu próbowałaś mnie zabić.
- Zapomnij o tym - Machnęła ręką, zsunęła się ze mnie i zlazła na podłogę. Wciąż podążałem za nią wzrokiem.
- Jestem głodna.
- Jak wilk? - zaironizowałem.
- Jak wilk - odparła, ale wciąż nie ruszyła się z miejsca.
- Czy ty sugerujesz mi w ten sposób, że mam wstać i przygotować dla ciebie śniadanie?
- To twój dom, ja jestem gościem... No i nie wiem co jedzą ludzie, ani jak to przygotować. Podobno jakoś przetwarzacie żywność, bo wasze żołądki nie trawią surowego mięsa - Wzruszyła ramionami. Westchnąłem. Miała rację. Nie przywykłem, że odwiedzający mnie goście nie byli zdolni do samodzielnego wymyślenia czegoś w ramach przekąski. Yuki w kuchni mogła się zrobić niebezpieczna.
- Już idę... - mruknąłem i niechętnie zgramoliłem się z łóżka. Oddaliła się na kilka kroków, stale mnie obserwując. Zignorowałem to i zbliżyłem się do okna, by sprawdzić aktualną pogodę. Słońce już zaszło za chmury, znowu lało i wiało. Skrzywiłem się. Mieliśmy dzisiaj wrócić do watahy. Nie zapowiadało się to zbyt przyjemnie. Najchętniej jeszcze trochę bym tu został, spisał porządnie wszystkie moje dotychczasowe pomysły na utwory, poobijał się i poudawał, że nie istnieję dla reszty świata... Choć pewnie by szukali mnie w watasze, a raczej nie tyle mnie, co bardziej Yuki. Ona nie miała zwyczaju spontanicznego znikania. Nie mogłem jej puścić samej w drogę powrotną. Jakby coś się stało, to chyba bym sobie nie wybaczył. Powinniśmy wrócić już po śniadaniu...
Spojrzałem na nią w zadumie.
- Wiesz, jak zjemy powinniśmy zawracać.
Nie wyglądała na zachwyconą, co mnie nieco zaskoczyło. W końcu chyba uwielbiała przebywać w lesie, w stadzie... Zawsze wydawało mi się, że ludzkie życie było dla niej nienaturalne i niezrozumiałe.
- Musimy? - zapytała.

<C.D.N.>

czwartek, 7 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 6

Sierpień 2022 r.
Yuki wyszła z łazienki dopiero po upływie nieco ponad pół godziny. Miała włosy przemoczone do suchej nitki i właśnie zalewała skapującą z nich wodą koszulkę, więc szybko do niej podbiegłem, żeby przetrzeć je innym ręcznikiem, na co pewnie sama nie wpadła. Podłogę też zalała... Przeszło mi przez myśl, że będę ją musiał przetrzeć mopem, żeby nie poślizgnąć na kałuży.
Kiedy zdjąłem z jej głowy ręcznik poczułem jak bardzo jej skóra jest zimna. W zasadzie z otwartych drzwi łazienki nie wylatywała gęsta chmura pary, jak się początkowo spodziewałem...
- Myłaś się w zimnej wodzie...? - zapytałem nieco zbity z tropu.
- Jest w ogóle ciepła? - mruknęła smętnie. Westchnąłem cicho. Tłumaczyłem jej przecież regulację temperatury... Nie słuchała, czy co? Pokręciłem ze zrezygnowaniem głową i odebrałem jej ręcznik. Kiedy już go rozwiesiłem na sznurku na mokre ubrania, wróciłem do niej i zaczesałem za pomocą palców jej bujne czarne włosy do tyłu. Nie wyglądała na jakoś szczególnie zachwyconą tym gestem, ale przynajmniej nie narzekała. Nawet nie były tak poplątane, jak się spodziewałem. Ba, nie trafiłem na ani jeden kołtun, co było dość... nietypowe jak na spędzenie całego życia w dziczy bez dostępu do szczotki.
- Kran nie działa - oznajmiła w końcu.
- Nie działa...? - powtórzyłem zdezorientowany.
- No... kręciłam, kręciłam i odpadło takie metalowe coś - objaśniła i wzruszyła ramionami. Uniosłem brwi i udałem się do łazienki, aby dowiedzieć się co się stało... W mig pojąłem, w czym rzecz.
- Odkręciłaś kurek - objaśniłem, czując na swoich plecach wzrok Yuki. Podniosłem niewielką metalową część i spróbowałem ją z powrotem wkręcić w bok kranu... Zajęło mi to dłuższą chwilę, ale ostatecznie zakończyło się powodzeniem. Obróciłem się do niej. Stała w drzwiach, wpatrując się we mnie w ciszy.
- No co? - zapytałem.
- Nic - odparła, potrząsając głową. Już chciała wycofać się do sypialni, ale zaraz potem ją skarciłem, że ma zawrócić, bo nie umyła zębów. Wywróciła oczami i zrobiła to, o co ją prosiłem. Tym razem to ja odkręciłem jej wodę, przygotowałem szczoteczkę i obserwowałem jak jej idzie. Skoro słuchała mnie jak słuchała, to wolałem dopilnować, aby przypadkiem nie połknęła pasty do mycia zębów. Nie miałem zamiaru rano trzymać jej włosów podczas gdy będzie wymiotować, ani tym bardziej wybierać się w razie takiej konieczności do szpitala. Co im wtedy powiem? To moja znajoma-wilkołak i po raz pierwszy w życiu myła zęby?
Dopiero gdy przepłukała usta wodą pozwoliłem jej iść do sypialni. Tak zrobiła. Zgasiłem światło w łazience i powędrowałem za nią. Byłem świadkiem tego, jak skacze na łóżko, po czym czym prędzej się zakopuje w kołdrze. Zwinęła się w kłębek i westchnęła z rozkoszą. Pomyślałem, że będę mieć przez jej włosy mokre poduszki, ale nic już na to chyba nie poradzę.
- Skończyłeś tę swoją śmieszną pioseneczkę? - zapytała mając już zamknięte powieki.
- Prawie. Niby coś tam mam, ale nadal wymaga pewnych poprawek...
- Ile można siedzieć nad jedną piosenką?
Uśmiechnąłem się pod nosem. Zdecydowanie nie znała się na muzyce. Prawdopodobnie nigdy nie miała z nią większego kontaktu.
- Od kilkunastu minut do kilku lat. Zależnie od długości utworu i tego, jak ma być dopracowany. Zazwyczaj to kwestia kilku dni, aby być pewnym, że brzmi dość dobrze.
Zauważyłem drobny grymas na jej twarzy. Nie odezwała się już.
- Tooo... to ja chyba już nie będę ci przeszkadzać i pójdę się myć - powiedziałem, na co również w żaden sposób nie zareagowała. Cicho zabrałem z szafy piżamę, zgasiłem światło w sypialni i poszedłem do łazienki z myślą, że pewnie gdy wrócę ona już będzie spać. Nie wiedziałem tylko czy powinienem się kłaść obok niej, czy zająć kanapę... W końcu jest gościem, a ja nie powinienem być nachalny. W końcu nie jesteśmy parą, zatem dlaczego mielibyśmy zajmować jedno łóżka? Chyba powinna spać sama. Miałem co prawda kanapę, ale szczerze powiedziawszy nie należała do najwygodniejszych. Może zabiorę gitarę i przed snem jeszcze coś napiszę...? Z taką myślą rozebrałem się i wskoczyłem pod prysznic. Ten pomysł nie był nawet taki zły.
***
Zasiedziałem się w łazience. Zazwyczaj myłem się do dziesięciu minut, ale tym razem spędziłem tam dobre dwadzieścia. Tak bardzo tęskniłem za ludzkim mieszkaniem, za bieżącą wodą, za ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa... Dzicz miała swoje plusy, jak przykładowo częściej ujawniająca się adrenalina oraz poczucie ryzyka, z którym rzadko się spotykałem podczas gdy mieszkałem w Mieście, czy bliskość z naturą, ale ostatecznie chyba wolałem życie jako człowiek...
Gdy wszedłem do sypialni, wyglądało na to, że Yuki śpi. Uśmiechnąłem się pod nosem i zacząłem się  skradać w kierunku gitary. Miałem nadzieję, że tym razem to jej nie przestraszy. Nie miałem zamiaru jej budzić...
- Zimno mi - wymruczała nagle. Znieruchomiałem w pół kroku, kiedy gitara był ode mnie już na wyciągnięcie ręki. Spojrzałem w kierunku mojego łóżka. Widziałem tylko zarys jej sylwetki pod kołdrą. Leżała na boku...
- Na co czekasz? Chodź tutaj i mnie przytul - wymamrotała, wtulając twarz w poduszkę. Wahałem się. Ktoś ją podmienił? To brzmiało irracjonalnie. Ja? Przytulić ją? Chciała przytulenia w nocy? Ta sama groźna Yuki, która lubi mnie obrażać na każdym kroku?
- Dlaczego...? Miałaś koszmar?
- Zimno mi - powiedziała z uporem. Dostrzegłem ruch jej rzęs. Otworzyła oczy. Czułem, że patrzyła centralnie na mnie.
- Naprawdę?
- Nie denerwuj mnie.
Zacisnąłem usta w wąską kreskę i zostawiłem gitarę w spokoju. Niepewnie wgramoliłem się na łóżko, zbliżyłem się do niej, a później również okryłem się kołdrą. Nim objąłem Yuki jeszcze chwilę ją obserwowałem, jakby zastanawiając się, czy nie próbuje mnie czasem przechytrzyć i czy nie trzyma w dłoni sztyletu, albo czegoś w tym rodzaju. Jej wzrok wyrażał drobne zniecierpliwienie. W końcu przełknąłem ślinę i zrobiłem to, o co prosiła. O dziwo ze spokojem się wtuliła w moją pierś i znowu zamknęła oczy. Czułem, że serce łomocze mi jak szalone. Bałem się jej? Może trochę. Bardziej... cieszyłem się. Cieszyłem się, że nie chce się ode mnie oddalić, jak to było do tej pory. Cieszyłem się, że poznałem ją z nieco innej strony. Drżącą dłoń przeniosłem z jej pleców na głowę i zacząłem powoli głaskać. Wtedy poczułem, że przysuwa się jeszcze bliżej, a mnie żołądek podchodzi do gardła. Yuki lubiła głaskanie...? Miałem ochotę płakać ze szczęścia. To bardzo skomplikowane i trudne do opisania uczucie...
- Yuki... czy ja ci się podobam? - wypaliłem nagle.
- Przymknij się... chcę spać - wymruczała.
- Zmieniasz temat.
Wciągnęła powietrze nosem i wyprostowała się. Zaraz potem poczułem jej gorące usta delikatnie muskające moją szyję.
- Chcę spać - wyszeptała zmysłowo. Może tak mi się tylko wydawało? W tamtym momencie wewnętrznie już całkiem zwariowałem. Miałem milion myśli na sekundę. To wszystko przyprawiło mnie to o jeszcze szybsze bicie serca, co na pewno poczuła. Była tak blisko mnie... Poczułem, że się uśmiecha z rozbawieniem.
- Dobranoc, Joel.
- Dobranoc... - odpowiedziałem cicho.

<C.D.N.>

środa, 6 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 5

Sierpień 2022 r.
Yuki ostrożnie weszła do środka. Mieszkanie było pogrążone w ciemności. Dla ludzkich oczu rysowały się tylko kształty mebli i walających się gdzieniegdzie rupieci. Nie było duże. Ot, przeciętne mieszkanko w kamienicy, które prawdopodobnie niegdyś stanowiło tylko fragment jednego piętra dość okazałego budynku będącego własnością zaledwie jednej rodziny. Poziom na którym mieszkałem zostało niegdyś podzielone na dwie kwatery...
Yuki zatrzymała się kilka kroków od wejścia. Patrzyła na lustro wywieszone centralnie przed nią. Patrzyła na samą siebie, może i również kątem oka obserwowała lustrzanego mnie, który w tym czasie za jej plecami zamykał drzwi. Usłyszałem jak wiatr znowu postanowił szaleć na zewnątrz. Objawiło się to znajomym szumem otaczającym mury kamienicy. Dopiero wtedy Yuki się obejrzała, tym razem skupiając swój wzrok na komodzie, na której miałem postawioną porcelanową żabę i jakieś bliżej nieokreślone zgniecione kartki. Może w szale tworzenia je tam kiedyś zostawiłem...?
- To wszystko jest twoje? - zapytała nagle.
- Hm, tak. Z nikim nie dzielę tego mieszkania - odpowiedziałem, pospiesznie kierując się do swojej sypialni. Stojąc w progu zorientowałem się, że nawet nie było aż tak źle. Później powędrowałem do kuchni. Tam wyglądało to nieco gorzej. Zostawiłem kilka kubków i zaschnięty garnek. Syknąłem pod nosem. Dlaczego zawsze jestem tak roztargniony, że zapominam o tak istotnych rzeczach?
- Co robisz? - zapytała kobieta, która najwyraźniej musiała stanąć tuż za mną. Trochę się wystraszyłem, choć z drugiej strony przecież to Yuki. Ona lubiła się skradać i straszyć...
- Ach, nic. Przepraszam za bałagan - mruknąłem, zerkając na nią zawstydzony. Wychyliła się do kuchni i ze spokojem przesunęła wzrokiem po pomieszczeniu.
- Nie jest źle - skomentowała.
- Mhm, powiedzmy - odpowiedziałem, a później wróciłem do swojej sypialni. Zacząłem przeczesywać szuflady jednej z szaf. Tam zawsze chowałem swoje piosenki... Problem w tym, że tego również nigdy nie segregowałem. Wziąłem kilka teczek, zapaliłem światło w pokoju i zacząłem je gorączkowo przeszukiwać. Yuki już zaraz potem się pojawiła i obserwowała mnie z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
- Pomóc...?
- Nie. Możesz usiąść. Poradzę sobie - mówiąc to, wskazałem na swoje łóżko. Wzruszyła ramionami i zrobiła to, o co prosiłem.
- Miękkie. Co to jest? - zapytała.
- Łóżko - odparłem, obracając do niej głowę. Lekko podskakiwała, badając miękkość materaca. Zaraz potem się położyła.
- Śpi się na tym?
- Zgadłaś - odrzekłem, wracając do poszukiwań wcześniej wspomnianego utworu - Tylko mi tam nie zaśnij!
- Nie mogę?
- Nie. Nie myłaś się. I... chcesz zostać na noc? - dopytałem ostrożnie. Jakoś tak duża ufność nie pasowała mi do niej. Zdecydowanie w formie ludzkiej zachowywała się jak kompletnie inna osoba... Może coś było w tym kompocie?
- Po co się myć? - zapytała smętnie.
- Żeby być czystym. Ludzie myją się codziennie. Mam łazienkę, wiesz? I prysznic. Wiesz czym jest prysznic?
- Czym?
- Pokażę ci jak skończymy, okej? - Uśmiechnąłem się pod nosem. Jej zagubienie było całkiem... urocze. Chyba by się na mnie obraziła gdybym powiedział to na głos.
- Okej - mruknęła już nieco zaspanym głosem.
- Tylko nie śpij!
- Nie śpię - znowu zamruczała, tym razem turlając się na bok. Zacmokałem z dezaprobatą, dokładnie studiując kolejną kartę papieru. Jakiś pokreślony... Aha, to mój rachunek za prąd sprzed roku. Zrobiłem na nim jakieś notatki. Chyba listę zakupów. Odłożyłem go na inną stertę o nazwie "nie mam pojęcia po co to trzymam, pora to wyrzucić". Wtedy w końcu trafiłem na tekst piosenki, którą napisałem po moim pierwszym spotkaniu z Yuki. Wstałem z triumfalnym uśmiechem i zgarnąłem ze stojaka gitarę. Zrobiłem to tak gwałtownie, że dziewczyna raptownie podniosła się do siadu. Najwyraźniej myślała, że coś się stało. Wyglądała na zaaferowaną.
- Spokojnie. To tylko gitara - oznajmiłem, a następnie pomachałem nieco pomiętą kartką papieru - Znalazłem tekst.
Odchrząknęła, przez moment spojrzała w bok, a później znowu na mnie. Zestresowała się? Zirytowałem ją? A może się zawstydziła? Trudno mi było na to odpowiedzieć.
- To dobrze - odpowiedziała cicho - Możesz grać.
Usiadłem na łóżku nieopodal niej i zabrałem się za strojenie instrumentu, co w ciszy obserwowała. Pomrukiwałem sobie pod nosem poszczególne dźwięki. Nigdy nie zapomnę ich właściwego brzmienia. Nie potrzebowałem żadnego innego punktu odniesienia. Na coś jednak przydały mi się te studia muzyczne.
Dopiero gdy upewniłem się, że wszystko jest w porządku, po raz kolejny musnąłem palcami wszystkie struny i zacząłem grać wedle zanotowanych już wcześniej chwytów. Nie musiałem nawet patrzeć na notatki. Ta melodia wyjątkowo bardzo zapadła mi w pamięć. Może zabrzmi to snobistycznie, ale była ładna. Niedługo potem zacząłem też śpiewać. Lubiłem bawić się barwą głosu i emocjami, więc tak stało się i tym razem. Występowanie przed kimś nigdy mnie nie przerażało. Czułem się w pełni rozluźniony... Może i nawet bardziej, niż gdy jestem sam i gram dla siebie. Łatwiej mi było się wczuć. Brzmiało inaczej niż do tej pory. Rzekłbym, że nawet lepiej, co było dość zaskakujące jak na tak długą przerwę...
Nie wiem jaką minę miała Yuki, gdy grałem i śpiewałem. Przez znaczną część utworu miałem zamknięte oczy. Dzięki temu mogłem całkowicie zająć myśli tym, jak brzmię, jak brzmi moja muzyka... Dopiero gdy zabrzmiały ostatnie dźwięki gitary otworzyłem oczy. Yuki patrzyła z lekkim rumieńcem na twarzy. Przez ten jeden upiorny moment miałem wrażenie, że mnie spoliczkuje, bo z jakiegoś powodu poczuła się urażona. Trochę bałem się odezwać. Ona również milczała.
- Więc... - zapytałem po dłuższej chwili - Jak ci się podoba...?
- Ujdzie. Gdzie jest ta łazienka?
Westchnąłem cicho i odłożyłem na łóżko gitary. Czego ja się właściwie spodziewałem? Kwiecistej mowy na temat cudowności mojego tworu? Yuki nie była od chwalenia. Mogłem się spodziewać, że... chwila, nie skarciła mnie? Znieruchomiałem.
- Nie powiedziałaś, że jest paskudne - skomentowałem, jakby oczekując, żeby się miała zacząć tłumaczyć.
- Gdzie jest łazienka? - dopytała z uporem.
- Ale przyznaj, podobało ci się - powiedziałem, uśmiechając się złośliwie.
- Naprawdę chcesz wymusić ode mnie słowa, że bym to raczej uznała za skrzeczenie duszonej wrony niż śpiew, a grę za jakieś...? Sama nie wiem. Gnój.
Uniosłem brew.
- Gnój? Skończyły ci się riposty?
- Zamknij się i po prostu pokaż mi prysznic. Chcę zobaczyć ten dziwaczny ludzki wynalazek - mruknęła poirytowana i wstała z łóżka. Wywróciłem oczami odrobinę rozbawiony i zaprowadziłem ją do naprawdę małej skromnej łazienki. Tam przynajmniej było czysto. Wskazałem na kabinę w rogu.
- To jest prysznic. To obok to sedes, a w drugim rogu umywalka.
Zmrużyła oczy w konsternacji, dokładnie analizując wzrokiem każdy z poszczególnych obiektów.
- We wszystkim można się myć?
- Nie, nie... Sedes służy do załatwiania się. Możesz spłukać wodę tym przyciskiem - Wskazałem jej spłuczkę i pokazałem jak musi nadusić, aby się udało. Później przeniosłem się do prysznica. Otworzyłem drzwi kabiny, nachyliłem się do środka i zdjąłem wąż z uchwytu. Spróbowałem puścić wodę, ale niestety zawory były zakręcone. Kazałem jej chwilkę poczekać, a gdy wróciłem w końcu się udało. Pokazałem jej orientacyjnie w czym rzecz i co musi zrobić, żeby zakręcić lub odkręcić. Pokazałem jej też żel do mycia ciała, dałem szczoteczkę do zębów, objaśniłem mniej więcej jak się nią posługiwać...
- Nie możemy się po prostu umyć razem? - zapytała marszcząc nos, gdy wróciłem z czystym ręcznikiem dla niej i kolejną, tym razem zupełnie czystą, koszulką oraz spodenkami, które miały jej robić za piżamę. Momentalnie poczułem jak się robię czerwony.
- Pamiętasz naszą rozmowę o tym, że ludzie wstydzą się swojej nagości?
- Ach, tak - stwierdziła nieco zrezygnowana. Znowu spojrzała na prysznic. Nie wyglądała na przekonaną, mimo że jej wiele razy powtarzałem, że to przyjemniejsze niż kąpiel w gorących źródłach Watahy Magicznych Wilków.
- Poradzisz sobie?
- Mhm... - mruknęła, biorąc ode mnie ręcznik - Możesz wyjść.
- Mogę wyjść - powtórzyłem, a następnie wycofałem się z łazienki. Zamknąłem za nią drzwi, po czym wróciłem do sypialni. To wszystko było szalone. Yuki? W moim domu? W dodatku nie aż taka wredna jak na co dzień? Pytała nawet o wspólny prysznic. Objąłem się rękami na tę myśl, wciąż stojąc nad łóżkiem i patrząc dość pustym wzrokiem przed siebie. Dziwne uczucie. Chyba mimowolnie sobie wyobraziłem tę scenę...
Nie chcąc się zastanawiać nad tym dłużej w końcu dorwałem się do jakiejś kartki papieru i do gitary. Znowu wróciła do mojej głowy melodia, którą przyrzekłem sobie zanotować dla potomnych. Pisanie zawsze pomagało mi uporządkować myśli i sprawić, że tekst piosenki brzmiał nieco lepiej, niż jak by to mogło wypaść podczas improwizacji. Rymowanie okno-zalotno nigdy nie było dobrym pomysłem. O ile w ogóle istnieje słowo "zalotno"...

<C.D.N.>

niedziela, 24 lutego 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 4

Sierpień 2022 r.
Była noc. Rzadko kiedy zdarzało się, żeby o tej porze na terenach było tak pusto. Cicho jak makiem zasiał, cicho tak, że aż dzwoniło mi w uszach... Yuki w pewnym momencie potknęła się o wystający korzeń, ale nie upadła na ziemię. Kiedy obróciłem się do niej, żeby zapytać czy wszystko w porządku, po prostu bez słowa chwyciła mocno moją dłoń i dała znak głową, żebym się nie zatrzymywał. Tak też zrobiłem. Szliśmy za rękę. Dziwne uczucie. Ja dwa kroki przed nią, ona stąpając po moich śladach i bacznie obserwując to, co miała pod nogami. Pewnie nie przywykła do tego, że nie widziała nic w ciemnościach. Wilki mają na ogół dość dobry wzrok, nawet o tej porze...
Powietrze było wilgotne. Dość ciężkie. Nie wydawało się, aby wymieszało się z jakimiś toksynami z opadów. Ba, określiłbym je nawet jako dość orzeźwiające... Słodkie i energetyzujące. Może tylko mi się zdawało? Po raz kolejny spojrzałem na wlokącą się za mną kobietę. Miała zwieszoną głowę, ale nadal widziałem jasny rąbek jej cery widoczny we wcięciu jej koszulki. Nawet w świetle księżyca mogłem bez wahania powiedzieć, że jest idealnie gładka. Pogłaskałem kciukiem jej dłoń, przez co uniosła głowę i spojrzała na mnie ciut zmieszana. Chyba nikt jej tak nigdy nie robił.
- Spokojnie, po prostu sprawdzam czy dłonie też masz tak idealnie gładkie... - wyjaśniłem z uśmiechem. Zaczerwieniła się i odwróciła głowę. Wtedy zobaczyłem drobny przebłysk tej Yuki, jaką znałem wcześniej. Gniewną i oburzoną za razem.
- Wiesz... będąc człowiekiem widzę twój rumieniec. Nie ukryje się pod futrem - Zaśmiałem się.
- Zamknij się i po prostu idź - mruknęła, ponownie wpatrując się w swoje stopy. Chwilę wcześniej potknęła się o jakiś drobniejszy kamyczek. Pokręciłem głową z rozbawieniem i spełniłem jej polecenie.

Kiedy trafiła nam się jakaś skarpa, szedłem jako pierwszy i bez większego kłopotu zeskakiwałem. Yuki wciąż była niepewna swojej sprawności w formie ludzkiej, więc wyciągnąłem do niej zachęcająco ręce.
- Możesz skoczyć. Złapię cię.
- Na pewno? - zapytała z wahaniem w głosie.
- Na pewno. Tylko nie bierz rozbiegu. Patrz, podam ci rękę - wyciągnąłem do niej dłoń. Po chwili namysłu postanowiła się nachylić, chwycić ją i dopiero wtedy zsunąć się z zaspy. Nie była aż tak wysoka, więc złapałem ją bez problemu, zatrzymując w swoich objęciach.
- Widzisz? Nic się nie stało.
Nie odpowiedziała. Dalej tak stała. Kiedy chciałem ją już puścić, ku mojemu zdumieniu sama postanowiła się wtulić. Ukryła twarz w moim ramieniu i po prostu tak staliśmy. Skarpa nas skutecznie zasłaniała przed najczęściej uczęszczanym terenem w watasze.
- Yuki...? - zapytałem nieśmiało. Wówczas się ode mnie odsunęła, udając, że nic się nie stało. Westchnąłem cicho. Miałem nadzieję, że ta wadera ma w sobie choć odrobinę czułości.
- Jesteśmy już blisko - dopowiedziałem. Skinęła głową i tym razem ona mnie wyprzedziła. Dogoniłem ją.
- Obraziłaś się?
- Nie. Po prostu nie chcę się ślimaczyć.
Zmarszczyłem brwi, bo przecież to ona sama się zatrzymała. To popierało moją tezę o tym, że kobiety są dziwne i nijak da się je zrozumieć.

Pozostałą część trasy przeszliśmy w milczeniu. No, może prawie, nie licząc okazjonalnego "uważaj na korzeń" czy "schyl się, gałąź!". Po drodze nie spotkaliśmy dosłownie nikogo. Wszyscy prawdopodobnie nadal tkwili w jaskiniach, bojąc się wyjść na zewnątrz. Ziemia była podmokła od dziwacznej deszczówki. Nie tak ciężka jak od zwyczajnej, tylko połyskująca i miękka. Nie mogłem w żaden sposób tego wytłumaczyć. Trochę jakbyśmy chodzili po jakiejś gąbce. Wątpiłem, aby mi się to zdawało. Buty mieliśmy pokryte niebieskim nalotem... Zupełnie jakby były brokatowe. Obrzydlistwo.
Od samego Miasta dzielił nas tylko dziurawy druciany płot. Yuki nie wyglądała na zaskoczoną, kiedy go ujrzała. Prawdopodobnie niejednokrotnie go widywała podczas patroli. Przeszedłem jako pierwszy, dając jej instrukcje jak to zrobić, aby się nie podrapać. O dziwo zrobiła to z zaskakującą gracją. Najwyraźniej już przyzwyczajała się do swojego ludzkiego ciała. Uśmiechnąłem się triumfalnie, chwyciłem znowu za jej dłoń i pociągnąłem w dół zbocza prowadzącego do Miasta. Tam również było cicho, ciemno i pusto... No, może nie licząc bladego światła latarni.
Wciągnąłem powietrze i wypuściłem z nieukrywaną satysfakcją.
- Tak dawno tu nie byłem... Tęskniłem za tymi rzędami blokowisk.
- Blokowisk?
- Bloki. Takie budynki. Jak ten, widzisz? - mówiąc to, wskazałem na jedno z osiedli. Chwilę błądziła wzrokiem, a później skinęła głową.
- Mieszkasz tam?
- Nie. Nieco dalej - odparłem
- Mhm... - mruknęła. Rozglądała się dookoła. Dłoń się jej odrobinę spociła, czułem napięcie jej mięśni. Nie czuła się zbyt komfortowo.
- Nic się nie stanie. Jesteś człowiekiem, a ludzie tutaj są normą - powiedziałem spokojnie. W duchu niezmiernie się cieszyłem na myśl o odwiedzeniu swojego mieszkania. Będę mieć sporo półek do odkurzenia i podłogę do zamiatania, ale przynajmniej w końcu położę się na łóżku... Muszę też sprawdzić jak tam woda w kranie. Po tak długiej przerwie różnie z nią bywa.
- O, już widać moją kamienicę - stwierdziłem nagle, wskazując na szarawy, ciut zniszczony budynek. Teraz był zalany niebieskimi zaciekami...
- To już nie jest blok? - zapytała zmieszana.
- Nie. Kamienica to taki starszy blok, ładniejszy i mniejszy.
- Ile masz lat? - wypaliła nagle.
- Proszę...? - zdziwiłem się. Nie wiedziałem skąd jej się wzięło w ogóle takie pytanie.
- Skoro kamienica jest starsza niż blok to musisz mieć wiele lat, skoro ją wybudowałeś...
- Nie, nie... Nie wybudowałem - zaśmiałem się cicho - Mieszkanie można kupić. Budową zajmuje się ekipa budowlana.
- Coś jak nasi myśliwi...?
- No, można powiedzieć. Tylko to nie jest z czystego obowiązku, ale z chęci zarobku. Płatna praca.
- Słyszałam, że wilki z naszej watahy też pracują za pieniądze, ale na utrzymanie tego mieszkania...
- No to zasada jest identyczna. Ja również pracowałem właśnie z tego powodu... I mam trzydzieści lat.
- Trzydzieści...? - powtórzyła zdumiona.
- Ludzie inaczej starzeją się niż wilki... Przy okazji ty też możesz powiedzieć, ile sobie liczysz. Tak żeby był remis. Powiem, że wyglądasz na ludzkie dziewiętnaście, a wilcze... - zamyśliłem się, wykonując w głowie szybkie obliczenia - ...około trzy. Może ciut mniej. Wiem, że masz ten naszyjnik, więc podejrzewam, że to nie jest twój prawdziwy wiek...
- Mam... osiem lat - mruknęła.
- I jak rozumiem dzięki temu medalionowi stale wyglądasz na te trzy? I nigdy się to nie zmieni?
- Tak... dzięki niemu również goją się wszystkie moje rany - dopowiedziała. Akurat dotarliśmy pod wejście do klatki kamienicy. Nacisnąłem klamkę i pchnąłem drzwi. Jak zwykle były otwarte. Niemal od razu wyczułem, że znowu czyjś pies postanowił oznaczyć swój teren... Zapach skisłego moczu nie był zbyt przyjemny, szczególnie dla kogoś, kto nawet w formie ludzkiej ma minimalnie lepszy węch od przeciętnego mieszkańca Miasta. Yuki pozostawiła to na szczęście bez komentarza.
Poprowadziłem ją po schodach na pierwsze piętro, gdzie miałem swoje mieszkanie. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że chyba zostawiłem klucz u wujostwa... Miałem ochotę przekląć pod nosem, ale najpierw postanowiłem sprawdzić pod drzwiami, gdzie zazwyczaj je upychałem. Na szczęście moja pamięć mnie zawiodła. Musiałem go podrzucić wujostwu przy innej okazji. Wygrzebałem przedmiot ze szparki, podniosłem się z podłogi i przekręciłem klucz w zamku.

<C.D.N.>

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Od Joela "Pomyłka" cz. 3

Sierpień 2022 r.
Potrząsałem jej prawą łapą, a ona obserwowała to w konsternacji.
- I tak się witacie?
- Tak. Głównie mężczyzna z mężczyzną, bo z kobietą raczej nie wypada, no ale zasada jest dokładnie taka - objaśniłem.
- Idiotyczne - podsumowała. Wzruszyłem ramionami, przestając poruszać jej łapą.
- Trochę.
Czekałem, aż ją zabierze, ale o dziwo tego nie robiła. Tylko dalej wpatrywała się w moją ludzką dłoń i swoją wilczą łapę. W półmroku była już ledwo widoczna. Siedzieliśmy już tak od kilku godzin, a jedynym źródłem światła zostawała wypalająca się już powoli świeca. Yuki okazała się być bardzo zainteresowana moimi opowieściami z Miasta. Zadawała sporo pytań. Przedstawiłem jej również nieco większy kawałek swojego życia prywatnego. Trochę o moich kumplach z ekipy, przy okazji powspominałem stare dobre czasy... Zacząłem nawet za nimi tęsknić.
Yuki zamknęła oczy, co od razu zobaczyłem. Nim jednak zapytałem, co robi, ta zaczęła lśnić bladożółtą poświatą, a ja odczuwałem nagły wzrost temperatury jej ciała. Obserwowałem to wybałuszając oczy, jednak nie zabrałem ręki. Nagle światło się wzmogło na tyle, że aż musiałem zmrużyć oczy. Kiedy poczułem, że ustało, zamrugałem, przyzwyczajając się do ponownego półmroku.
To co zobaczyłem sprawiło, że nieźle mnie zamurowało.
Przede mną już nie stał żaden psowaty, lecz piękna dziewczyna o gładkiej, jasnej cerze. W tym świetle niemal ją odbijała. Miała intensywnie zielone, dzikie oczy i bardzo długie rzęsy. Czarne włosy układały się kaskadami na jej ramionach i spływały aż na plecy, a z przodu... Odwróciłem głowę. Oglądanie jej naprowadziło mnie na nagie piersi... Ten widok mnie nieźle speszył. Poczułem się jak jakiś podglądacz. W zasadzie jedyne co miała na sobie to Medalion Nieśmiertelności...
- Przepraszam... - wymamrotałem. Wtedy też musiała to zobaczyć, bo zaczęła panikować. Wówczas wstałem i skoczyłem w kierunku narożnika mojej jaskini. Rzuciłem jej jakiś koc, który przytaszczyłem tu dobre kilka miesięcy temu, by nie marznąć zimą. Od razu się nim owinęła, starając się zasłonić ciało. Chyba zrozumiała, że dla ludzi nagość była krępująca...
- Um... Chyba mi się udało - podsumowała, chowając się aż po nos w kocu. Dopiero wtedy ostrożnie na nią zerknąłem. Była zawinięta jak w kokon. Trochę mi ulżyło... Choć nie zmieniało to faktu, że miałem w jaskini nagą kobietę.
- Tak, udało ci się... I nawet umiesz się posługiwać rękami - zaśmiałem się cicho. Czułem jak na moją twarz wstępuje rumieniec. Holender. Miałem nadzieję, że w tym świetle nie zobaczy go za dobrze.
- Czy obecność kobiet bez ubrań zawstydza mężczyzn? - Zapytała w końcu. Uśmiechnąłem się idiotycznie i skinąłem głową. - A jeśli ty byś się rozebrał, też powinnam się wstydzić?
- W sumie też... Jak doskonale wiadomo ludzie chodzą w ubraniach, więc musi być tego jakiś głębszy sens...
- Zastanawiałam się, czy się wstydzicie, czy jest wam po prostu zimno, ale... chyba chodzi o jedno i drugie - mruknęła, ukrywając się jeszcze bardziej - Strasznie mi zimno.
Zaproponowałbym, że ją przytulę, by ją ogrzać, ale chyba nie wypadało. No i nadal była dla mnie dość nieprzewidywalna. Z drugiej strony... Zdawała się być nieco pokorniejsza i spokojniejsza w tym wcieleniu. Taka... niewinna.
- Chcesz się zmienić znowu w wilka? - zapytałem ostrożnie.
- Nie... Cieszę się, że jestem człowiekiem. Później może mi się to już nie udać... - mówiąc to, wystawiła rękę poza koc i spojrzała na swoją dłoń. Powoli poruszyła palcami, co obserwowała w niemym zachwycie. Ja skupiłem się na jej twarzy. Nigdy nie dostrzegałem piękna zwierząt, nie w taki sposób. Podobali mi się ludzie, nie wilki. Inaczej bym się czuł jak zoofil. Ale... Yuki była naprawdę ładna. Piękna. Taka... inna. W życiu bym się nawet nie zastanawiał jak by wyglądała w formie ludzkiej. Teraz przypominała dwudziestolatkę. Młodziutka...
Nawet nie wiem dlaczego równie delikatnie dotknąłem jej dłoni. Złączyłem nasze opuszki palców, co też obserwowałem w milczącym podziwie. Zerknęła na mnie, ale jakby tego nie dostrzegałem. W jednej chwili poczułem, jak cała moja wena powraca. Miałem ochotę śpiewać i grać o miłości dwóch cieni w świetle świec... Czułem się, czułem się... jakby Yuki była moją muzą. Już napisałem przecież coś pod jej natchnieniem. Wyszło naprawdę dobrze. Teraz też brzmiało to niesamowicie... Lepiej niż większość moich pozostałych utworów. Przymknąłem oczy, układając sobie melodię w głowie, słowa...
- Wiesz, ostatecznie nie pokazałem ci piosenki, którą napisałem o tobie... A teraz mam pomysł na kolejną... - powiedziałem cicho.
- Możesz mi pokazać teraz - odparła nieśmiało.
- Brakuje mi mojej gitary. Bez niej nie będzie brzmieć tak dobrze... - rzekłem odrobinę zasępiony.
- Nie masz jej ze sobą?
- Nie - Powoli odsunąłem dłoń, ale ona znowu ją chwyciła. Splotła nasze palce razem. Trochę mnie to zdziwiło, ale wolałem nie komentować.
- To po nią pójdziemy. Już nawet przestało padać. Jest w Mieście, czyż nie?
- Tak... W moim mieszkaniu - Zaśmiałem się nerwowo. Uniosła brwi w lekkim zaskoczeniu.
- Masz swoje mieszkanie?
- Mam... Jeszcze nim dołączyłem do watahy to je miałem. Słyszałem, że wykupiliście jakieś własne, ale nawet nigdy tam nie byłem... - Podrapałem się po karku. - I chyba masz kolejny argument za tym, że jednak nie jestem takim nieudacznikiem jak ci się wydawało. Utrzymanie mieszkania to jednak praca, praca i jeszcze raz praca...
- Nie musisz już mi tego udowadniać, Joel - stwierdziła, czujnie mnie obserwując. Trochę się zawstydziłem.
- Jasne... - Mój wzrok znowu powędrował w stronę koca, którym była wciąż szczelnie owinięta. - Dam ci coś do ubrania, dobrze?
Pokiwała głową. Wstałem z ziemi i powędrowałem do skalnej półki, na której miałem ułożone kilka ubrań. Na drugiej, dominującej niestety stercie leżały brudne. Znaczyło to dla mnie tyle, że nie miałem zbyt wielkiego wyboru... Zacząłem przeszukiwać pierwszą z nadzieją znalezienia czegoś odpowiedniego dla Yuki.
Ostatecznie padło na jakiś T-shirt ze spranym nadrukiem z tropikalną plażą, dresowe spodnie, szarą bluzę z kapturem i... kalosze. Najbardziej krępujące było dla mnie wybranie bielizny. Na stanik nie miała co liczyć, ale zamiast majtek podarowałem jej najmniejsze bokserki jakie posiadałem... Jak nie będą pasować to będzie zmuszona iść bez. Skarpetki zostały mi tylko dziurawe, co skwitowała przechyleniem głowy.
- Przepraszam, po prostu zabieram tutaj najbardziej znoszone rzeczy jakie mam... - wytłumaczyłem. Następnie wręczyłem jej rzeczy i odwróciłem się plecami do niej. - Nie będę podglądać, przysięgam.
Czułem na sobie jej wzrok. Dla większej pewności zasłoniłem sobie oczy i tak czekałem. Słyszałem jak ściąga i odkłada koc, po czym przebiera ubrania, a na końcu stara się założyć.
Potrzebowała dobrych kilku minut do uporania się z całym zestawem. Wtedy się przemieściła, prawdopodobnie do lustra, okręciła i dopiero wówczas odchrząknęła oraz powiedziała:
- Jestem gotowa.
Odsłoniłem oczy, a później się do niej obróciłem. Koszulka była za duża nawet na mnie, więc na niej tym bardziej wisiała... Choć nie tak bardzo, jak przewidywałem. Spodnie pasowały perfekcyjnie, nie licząc nadmiaru materiału wciśniętego do kaloszy. Bluzę miała założoną nieco krzywo. Wstałem i ją poprawiłem.
- No, chyba może być - Uśmiechnąłem się. Włożyła ręce do kieszeni i odwróciła wzrok.
- To idziemy?
- Idziemy - Skinąłem głową i skierowałem się do wyjścia. Rozejrzałem się i doszedłem do wniosku, że nawet nie jest tak źle. Ta dziwna woda wsiąkała zaskakująco szybko...
- Możemy ruszać.

<C.D.N.>

sobota, 29 grudnia 2018

Od Joela "Pomyłka" cz. 2

Sierpień 2022 r.
- Zmiany w człowieka? - powtórzyłem zdumiony - Wiesz, raczej marny ze mnie nauczyciel... Nie lepiej jakbyś poszła do Kai'ego? On bardziej się zna na takich rzeczach. Chyba nawet uczy magii...
- Sam mówiłeś, że tutaj utknęliśmy. Chcę się czymś zająć - stwierdziła uparcie. Westchnąłem cicho. To nie jest tak proste jak się jej wydaje...
- Jestem trochę innej rasy niż ty. Ty jesteś magicznym wilkiem, ja jestem wilkołakiem-magiem. Zmieniam się w wilka, a nie odwrotnie. Przechodzi mi to trochę łatwiej... I chyba nie ma pewności, czy w ogóle możesz. Podobno nie każdy potrafi - próbowałem się bronić. Patrzyła na mnie znudzona.
- I tak nie mamy co robić. Chcę wiedzieć jak to jest mieć palce. Jak nie wyjdzie to trudno.
Patrzyłem na nią nie wiedząc co zrobić. Powinienem już jej wydać jakieś polecenie, czy coś? Nie, chyba nie... Zamiast tego sięgnąłem po jakiś ręcznik i zacząłem wycierać jej futro.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała, starając się odsunąć. Ja jednak ponownie się przybliżałem, byleby nie zdołała się ode mnie uwolnić.
- Czyszczę cię. Inaczej możesz się pochorować.
W odpowiedzi warknęła, ale ostatecznie się uspokoiła i dała wytrzeć. Z satysfakcją odłożyłem ręcznik, układając na jednej ze skalnych półek tak, by mógł wyschnąć i nie zśmierdnąć.
- Więc - Zacząłem, kładąc dłonie na swoich kolanach - Musisz myśleć o tym, że rośniesz. Zamykanie oczu i bardzo duże skupienie pomaga na początku. Może też trochę zaboleć, ale to normalne, w końcu rozciągają ci się kości i skóra. Z czasem jest to coraz mniej bolesne, aż na końcu odczuwa się jako zwyczajne łaskotanie. Można to wtedy zrobić ot tak - Pstryknąłem palcami - Nawet nie musisz się skupić. Wystarczy pomyśleć "o, chcę się zmienić w człowieka" i gotowe.
Obserwowała mnie z przechyloną głową. Ze zmierzwionym, sterczącym futrem wyglądała jeszcze zabawniej, ale starałem się nie śmiać. Źle by to odebrała. W najgorszym wypadku pożegnałbym się z życiem.
- Czyli dla ciebie to proste?
- Bardzo - potwierdziłem. Zmrużyła oczy, jakby mi nie wierzyła. Zacząłem mieć poczucie, że próbowała tego już wiele razy, ale nigdy jej nie wyszło. Była zła, że mnie przechodziło to z taką łatwością. Chyba miała nadzieję na jakieś bardziej skomplikowane procedury.
- I... to tyle? - dopytała.
- Tyle. Nie stać mnie na dokładniejsze opisy czy wskazówki, bo ich nie znam. Tak jak mówiłem: u magicznych wilków może to wyglądać inaczej. U mnie przebiega to tak i nic ciekawszego ci nie wymyślę. Nie wspominając już o tym, że na początku moje ciało wymuszało na mnie przemianę. Nie mogłem jej powstrzymać, więc by uniknąć spontanicznych przemian musiałem nauczyć się ją kontrolować i ostatecznie realizować tę minimalną ilość godzin, którą musiałem spędzać jako wilk.
- Kiedy to było? - dopytywała. Oho, czyżby moja historia ją zainteresowała? Kolejne zdziwienie tego dnia. Może nie była tak zła, jak mi się dotychczas wydawało?
- Gdy byłem w szkole średniej. Trochę pogorszyły mi się oceny, ale jako, że chciałem się dostać na studia, byłem zmuszony dawać sobie większy wycisk. Miałem mniej czasu, więc to był moment, kiedy musiałem przestać być takim śmierdzącym leniem, jakim byłem do tej pory. Poważnie, umiałem leżeć pół dnia na kanapie i oglądać telewizję.
- Telewizję...? - powtórzyła ostrożnie.
- Telewizor to takie pudełko, w którym wyświetlają się obrazy. Są to filmy, czyli zapis obrazu z jakichś historii, w których grają aktorzy. Jak teatr, ale z efektami specjalnymi i takie tam... Fikcyjne, zupełnie tak jak książki, których również czasem robią ekranizacje.
Zamerdała ogonem, a raczej pozamiatała nim ziemię.
- Chciałabym zobaczyć telewizję.
W jej głosie pobrzmiewała dziecięca wręcz ciekawość. Zacząłem się obawiać, że w tym kompocie był Eliksir Wieku. Na mnie nie podziałał, bo i tak mam mentalność dziecka... Mimowolnie zerknąłem na swoje ciało, ale wyglądało dokładnie tak jak wcześniej. Nawet patrząc w popękane lustro, które kiedyś zawiesiłem na ścianie nie dostrzegłem choćby minimalnej zmiany.
- Wszystko w porządku? - zapytała.
- Tak, tak... - mruknąłem. Wtedy uświadomiłem sobie coś jeszcze. - Yuki, czy ty się o mnie martwisz?
Speszona postąpiła kilka kroków do tyłu. Skrzywiła się i powiedziała z obrzydzeniem:
- Skąd w ogóle ten pomysł?
Uśmiechnąłem się nieco wrednie. A może zamieniliśmy się charakterami? Nie, to idiotyczne. Choć nie ukrywam, że cała ta sytuacja nieco mnie bawiła.
- Yuki się martwi, Yuki się martwi - nuciłem. Prychnęła poirytowana.
- Jeszcze słowo, a rozdrapię ci tę śliczną buźkę.
- Śliczną? - powtórzyłem. Wtedy wrzasnęła wściekle i się na mnie rzuciła. Coś mi jednak podpowiadało, by nie bać się tak jak za pierwszym razem. I słusznie. Choć wiedziałem, że jest ode mnie silniejsza, to bez większego problemu zdołałem się bronić. Jej kłapanie zębami trochę mnie rozbawiło. Gdy ją "odepchnąłem" (a raczej sama odskoczyła), wyglądała na szczerze rozbawioną.
- Oj, Yuki, Yuki... Jak tak można bić swojego nauczyciela? - zapytałem, podnosząc się z ziemi.
- Skoro na to zasługuje, to chyba trzeba.
- Wyobrażasz sobie żeby twoi uczniowie atakowali cię przy każdym słowie, które im się nie spodoba?
- Ja przynajmniej mam jakiś autorytet u nich, w przeciwieństwie do ciebie - oznajmiła dumnie.
- Uuu... Czyli sugerujesz, że nie masz do mnie szacunku? - zadałem pytanie z udawanym zamiarem obrażenia się.
- Nie posiadasz żadnych cech godnych podziwu, więc... nie.
- Na pewno żadnych?
- Na pewno.
- Jesteś absolutnie przekonana? - droczyłem się.
- Jestem absolutnie przekonana.
- Skończyłem szkołę z dość wysokimi wynikami, jestem po studiach, występowałem wraz z własną kapelą, wygraliśmy kilka konkursów, piszę własne piosenki, naprawiłem Park...
- Czekaj, co?
Spojrzałem na nią z pytaniem w oczach.
- Naprawiłeś Park? - dopytała z niedowierzaniem w głosie - Ty?
- Ja i Magnus, jeśli miałbym uściślać... - dopowiedziałem skromnie - A co, widziałaś?
Zawstydzona pokiwała głową. Nie powiedziała nic więcej, więc sam postanowiłem wymusić od niej jakieś miłe słowa:
- Podobało ci się?
Uparcie milczała, co oznaczało tylko jedno: nie chciała się przyznać i nie chciała mnie chwalić. Uśmiechnąłem się z satysfakcją.
- Czyli jednak jest coś, za co mogę uzyskać u ciebie szacunek... i wychodzi na to, że nie wiedziałaś o moich wszystkich poczynaniach. Wiesz, że ludzka szkoła nie trwa niespełna dwóch lat jak u was, tylko dwanaście? A studia dodatkowe trzy. Wyobrażasz sobie ile to męczarni? Ułatwię ci robotę: dużo. Naprawdę dużo. Dodaj do tego prace domowe, sprawdziany, kartkówki i odpytywanie. Wszystko jest oceniane nie na oko i wedle ogólnych postępów, tylko właśnie według tych cząstkowych osiągnięć. Tak naprawdę możesz gówno wiedzieć, ale jak wykujesz dziesiątki definicji na blachę to masz w garści wszystko. Nie wystarczy siedzieć na lekcjach i grzecznie uważać. Trzeba ślęczeć później nad książkami i zakuwać regułki. Koszmar, naprawdę. Każdy kto ukończył ludzką szkołę powinien dostać jakiś order.
- Teraz to już zmyślasz.
- Nie, mówię serio. Świat ludzki jest trochę bardziej skomplikowany od wilczego. Jak chcesz to mogę ci opowiedzieć więcej... Na szczęście nie jest też tak ponury, jak teraz opisałem. Jest tam wiele rzeczy, których tutaj nie ma. Naprawdę cudownych rzeczy.
Po chwili namysłu skinęła głową. Uśmiechnąłem się. Zabawne, że zaczęło się od prośby o nauczenie zmiany w człowieka...

<C.D.N.>

czwartek, 27 grudnia 2018

Od Joela "Pomyłka" cz. 1

Sierpień 2022 r.
Tego dnia było tak samo wietrznie jak w ostatnich miesiącach. Paskudna ta pogoda, nie ma co... Chciałem iść do Miasta, ale kategorycznie mi tego zabroniono. Z tym, że z dnia na dzień miałem coraz większe poczucie, że nie zdołam się tam już nigdy wybrać i warto jednak zgromadzić sobie jakieś pamiątki... Albo iść tam, do rodziny, i już nigdy nie wrócić do stada. Robiło się niebezpiecznie, a ja jednak wolałbym mieć poczucie, że przeżyję. Wyjeżdżając z dala stąd powinno być lepiej. Nie wierzę, że takie chmury by wisiały nad całym globem...
Prawda była też taka, że aktualnie byłem bezrobotny. Zwolnili mnie w Mieście, a jako, że nie miałem co ze sobą tam zrobić (prócz sporadycznych spacerków do baru na kilka drinków) większość swojego czasu spędzałem w watasze. Czułem, że się trochę staczam. Po co kończyłem studia? By sprzątać w kawiarni, a na końcu rzucić wszystko i zamieszkać w dziczy? Śmieszne. Tu nawet nie miałem swojej gitary. Czy to by oznaczało, że się wypalam? Nie, niemożliwe. Może to tylko chwilowy kryzys twórczy. W końcu dziwne, że taka pogoda mnie nie inspiruje... A może to wina tego, że wolę jednak nieco bardziej spokojne i pozytywne utwory? Aktualny stan był stanowczo zbyt porywisty.
Jak na zawołanie na zewnątrz zaczęło lać. Coraz piękniej. Wychyliłem się z jaskini, ale nie na tyle, by zamoknąć. Zmarszczyłem brwi. Ten deszcz był... inny. Nie zdawał się być szarawy. Był... niebieski. Zerknąłem na kałuże. Osadzało się się coś, co trochę przypominało mi pyłek drzew, ale nie był żółty jak zazwyczaj, tylko właśnie niebieski.
- Dziwne - mruknąłem i usiadłem na ziemi. Wpatrywałem się w to jak zaczarowany. Nie umiałem sobie wytłumaczyć co się właśnie działo i jaki może być powód pojawiania się czegoś takiego. Zerknąłem w kierunku malującego się w oddali Miasta. Już miałem przed oczami szaleństwo ludzi. Dziesiątki specjalistów wypowiadających się na temat dziwnego osadu, przedstawianie profesjonalnych wyników badań i tworzenie nowych kategorii opadów w prognozach pogody... Mieszczan pewnie albo to nie obchodziło, albo zaczynali panikować i uciekać. Mruknąłem z niezadowoleniem. Miałem nadzieję, że przestanie padać, bo naprawdę chciałem zabrać co moje, póki nie zatonie w tej ulewie.
- Nie wychodzić z jaskiń póki nie przestanie padać!! - wrzasnął jakiś wilk z tej drugiej części watahy. Nie znałem go. Westchnąłem cicho. Czyli mamy kolejny zakaz - nie wychodzić póki pada. Świetnie.
***
Ostatnie kilka godzin spędziłem na porządkach. W jaskini uzbierało mi się nieco rupieci, pochodzenia których nawet nie znałem, ale wmówiłem sobie, że ułożenie ich według kolorów powinno sprawić, że można nazwać to porządkiem. Beznadziejne, że nie podpisywali butelek z eliksirami. Tylko na kilku z nich widniał jakiś napis... Najbardziej zastanowiła mnie butelka z różowym płynem. Ktoś mi dał to na przechowanie, czy co? Nie przypominałem sobie żadnego prezentu podobnego do tego. Wyglądało jak kompot. Może to był kompot? Truskawkowy. W zasadzie tak właśnie to wyglądało. Zdjąłem ostrożnie buteleczkę z póki, bo i tak mi nie pasowała do wystroju. Wraz z tym momentem do środka weszła już dobrze mi znana Yuki. Na początku się jej wystraszyłem, bo najwyraźniej złamała zakaz wychodzenia, a ja nie spodziewałem się gości. Nadal padało, a ona wyglądała jak czarno-niebieska kula przemoczonego futra. Patrzyłem na nią z szeroko otwartymi oczami. W pysku nadal trzymałem buteleczkę, co musiało wyglądać jeszcze komiczniej.
- Ukradłeś mój medalion? - warknęła wściekle.
- Szo? Njee... - Powiedziałem, po czym odłożyłem butelkę z sokiem na bok - Nie wiem nawet o jaki medalion chodzi.
Westchnęła z poirytowaniem.
- To już nie wiem gdzie go szukać - mruknęła jakby do siebie.
- Może zgubiłaś go pod jakimiś rupieciami w jaskini...? Ja przed chwilą zrobiłem generalne porządki i kilka rzeczy się znalazło...
Przerwałem, bo wadera dalej patrzyła na mnie tym swoim wściekłym wzrokiem. W dodatku tak, jakbym był głupi. Przełknąłem ślinę.
- Jasne, nie potrzebujesz pomocy... - Rozejrzałem się po jaskini - Może masz ochotę na kompot? Tak na poprawę nastroju.
- Kompot? - powtórzyła nadal agresywnie.
- Wiesz, taki wywar z owoców. Bardzo dobry i słodki.
- Pewnie chcesz mnie otruć.
- Co? Ja? Ależ skądże - Zaśmiałem się cicho - Jeśli mi nie wierzysz to możemy się napić razem. Jeśli to jednak nie kompot, to ucierpimy na tym razem. Jeśli jednak kompot, to wypijemy coś naprawdę dobrego.
- A co jeśli ja nie lubię słodkich rzeczy?
- To doleję ci wody - Mówiąc to, zmieniłem się w człowieka i odszukałem miseczek, które tutaj służyły za szklanki. W wiaderku obok miałem również zapas wody pitnej. Obserwowała mnie niezbyt szczęśliwa. Nawet nie chciała się otrzepać. Musiała być naprawdę zła z powodu medalionu, skoro zgodziła się napić z kimś, kto chyba na ogół ją denerwuje.
Na końcu postawiłem przy niej miseczkę. Nawet w środku pływały truskawki. Tak, to na pewno kompot - pomyślałem z zadowoleniem. Popatrzyła na to bez przekonania i odczekała, aż usiądę po turecku na ziemi, wezmę miseczkę i sam ją przechylę. Obserwowała mnie przez moment.
- Kompot - oznajmiłem, wzruszając ramionami. Wziąłem kolejny łyk. Tak bardzo mi tego brakowało... Zupełnie taki jak u babci.
Dopiero wtedy postanowiła też spróbować. Najwyraźniej również jej zasmakowało, bo zaczęła pić dość łapczywie, a resztki wylizała językiem.
- Widzisz? Wiedziałem, że ci przypadnie do gustu - oznajmiłem z satysfakcją. Podniosła na mnie wzrok, ale czaiło się już w nim mniej gniewu niż do tej pory. Czyżby ten kompot był dla nas symbolem pojednania? Uśmiechnąłem się do niej.
- O, udobruchałem najbardziej obrażalskiego wilka w watasze - zażartowałem. Wywróciła tylko oczami. Dopiero zauważyłem, że nieco unikała mojego wzroku. Zawsze tak było? Być może. Nie zwracałem na to uwagi. Wyciągnąłem do niej rękę, a ona o dziwo się nie odsunęła. Przeczesałem palcami jej grzywkę tak, by nie zasłaniała jej oczu.
- Od razu lepiej. Nie będziesz już ślepa - mówiłem. Znowu zwiesiła głowę. Uniosłem brew. Takie zachowanie trochę do niej nie pasowało.
- Wszystko w porządku?
- Tak, idioto - warknęła. Westchnąłem. Czyli stara dobra Yuki wróciła.
- Mam wrażenie, że tym razem ty utknęłaś w mojej jaskini, a nie ja w twojej. Sytuacja jak przy naszym poznaniu się, tylko że na odwrót... Romantycznie, nie uważasz? - zapytałem z nieco wrednym uśmieszkiem. Prychnęła i zerknęła na dwór. W tej samej chwili trzasnął piorun. Tak głośno, że miałem wrażenie, że zaraz popękają mi bębenki, a cała Góra się zatrzęsła. Yuki pisnęła i przysunęła się do mnie. Odruchowo ją objąłem, mimo że nadal była mokra. Uderzyło tuż przy wejściu do mojej jaskini. Serce biło mi jak oszalałe. Czy to oznacza, że być może ledwo uszliśmy z życiem?
- Nienawidzę piorunów - powiedziała Yuki, siląc się na ton głosu wyrażający złość, ale wyszło dość żałośnie. Naprawdę się bała. Zatroskany ją pogłaskałem. Po raz pierwszy widziałem ją w takim stanie...
- Nic się nie stało... - wyszeptałem. Nieznacznie drżała. Nieustraszona Yuki czegoś się bała. Niemożliwe.
- Czasem nienawidzę bycia wilkiem. Ludzie nie mają tak czułego słuchu - Mówiąc to, obniżyła głowę tak, by móc lepiej ukryć swoje uszy. Kładła je po sobie. Musiały ją boleć.
- W domu miałem takie nauszniki... Trochę wyciszały... Ale teraz ich nie mam - zacząłem, ale ona mi przerwała. Podniosła głowę i popatrzyła na mnie z wyzwaniem w oczach:
- Nauczysz mnie zmiany w człowieka?

<C.D.N.>

sobota, 18 sierpnia 2018

Od Joela "Deszczowy przybysz" cz. 5

Wrzesień 2020 r.
– Ciekawe której chciałoby się wysłuchiwać mdlących piosenek o miłości i skowronkach... – skomentowała nadal nieznana mi z imienia wadera.
– Wbrew pozorom mam kilka fanek mojej twórczości... – odpowiedziałem bardziej do siebie, niż do niej.
– Jesteś kimś znanym, że posiadasz wielbicielki? – zapytała dość skwaszonym głosem. Postanowiłem to zignorować. W końcu zdarzały mi się już osoby, które się nabijały z mojej twórczości lub w ogóle z jakiejkolwiek form tworzenia muzyki.
– Raczej nie. Nie odczuwam tego – Odparłem po chwili namysłu – Miałem na myśli raczej znajome, które po prostu lubią moją muzykę.
– Pewnie obracasz się w gronie znajomych lubiących gatunek muzyki, którą tworzysz, więc co się dziwić, że posiadasz wielbicielki... – mruknęła. Dalej patrzyłem w zadumie w deszcz. Miałem przeczucie, że ta wadera zasugerowała mi, że szukam takiego towarzystwa, byleby otrzymać poklask. Tak naprawdę to chodziło mi głównie o to, by wszyscy cieszyli się tak samo z muzyki jaką mogę zaoferować. Z tego co było mi wiadomo, nie była wcale aż taka zła. Będąc po studiach, do których się jednak przykładałem i ukończyłem bez większych problemów, miałem jakąś gwarancję, że to co robię nie było wcale aż takie złe. Kiedyś przeszło mi przez myśl, by opublikować co nieco w Internecie, ale chyba miałem za słabe nerwy na coś takiego. Ponoć można było bardzo łatwo trafić na niejakich hejterów... Zniechęcenie się do czegoś co kocham to była ostatnia rzecz, którą chciałbym zrobić.
– Nie liczę na sławę. Grunt, że robię to, co lubię – oznajmiłem w końcu.
– Lubisz układać smętne piosenki dla swoich wielbicielek?
– Układam je zwykle dla siebie i nie zawsze są smętne... – odparłem z drobnym rozbawieniem. Ta wadera naprawdę sceptycznie oraz ignorancko podchodziła do muzyki. Nie zdziwiłbym się, gdyby miała podobnie negatywną opinię o innych formach sztuki.
– To dobrze, że dla siebie. Ja na ich miejscu bym nie wytrzymała i sobie strzeliła w łeb. Albo lepiej tobie. Oszczędziłabym cierpienia innym.
Ku jej lekkiemu zdumieniu, zaśmiałem się.
– To nie miało być śmieszne – odwarknęła – Mówiłam serio. Jakbym tylko mogła, to byłbyś już martwy...
– Och, daj spokój. Czasem można sobie pożartować. Wiesz jak to się nazywa? Czarny humor. Raczej wiesz co to takiego. Ty mi pogrozisz śmiercią, ja udam przestraszonego, a później będziemy się razem śmiać. Według mnie takie wyjście jest dużo lepsze od grożenia sobie.
– Chyba mnie nie rozumiesz – powiedziała groźnie.
– Być może. Płeć piękna jest trudna do zrozumienia – Wzruszyłem ramionami.
W jaskini zrobiło się aż dziwnie cicho. Jedynie w mojej głowie brzmiała zapętlona melodia obmyślonej dzisiaj piosenki. Wadera zaś wyglądała na całkowicie skupioną na słuchaniu deszczu. Wskazywało na to ułożenie jej uszu.
Po jakimś czasie zaczęło mi się nudzić, a to milczenie stawało się niezręczne. Samica nie była raczej zbyt chętna do rozmowy. Jedynie jej przewracanie się z boku na bok dawało mi jasny znak, że ta nie śpi. Ślepia co prawda miała zamknięte, lecz prawdopodobnie przez moją obecność nie umiała odpłynąć. Poczułem się niechciany w tym miejscu. Popatrzyłem sobie między łapy. Może powinienem iść do Alfy? Możne ona zezwoli mi na okazjonalne wizyty tutaj. W końcu gdzieś musiałem pobyć trochę wilkiem, inaczej będą mnie czekać regularniejsze niespodziewane przemiany, a to z całą pewnością nie skończyłoby się dobrze. Jeżeli będę pełnoprawnym członkiem stada już żadna zgryźliwa wadera nie będzie miała prawa mi grozić... Przynajmniej w teorii. Nie miałem bladego pojęcia, jakimi prawami rządziło się to miejsce.
– Jak sądzisz... kiedy przestanie padać? – zapytałem w końcu. Mój głos wydał się jeszcze cichszy i bardziej nieśmiały niż bym chciał.
– Najlepiej jak najprędzej. Będziesz wtedy mógł się ulotnić – mruknęła. Pysk miała wtulony w ściółkę swojego legowiska, przez co słowa nie były do końca wyraźne.
– A... udusisz mnie jeśli tu dołączę?
Parsknęła niewesołym śmiechem.
– Spróbuję, ale niczego nie obiecuję. Jesteś bardzo irytującym kundlem.
– Wypraszam sobie. Jestem wilkołakiem, a nie kundlem – oznajmiłem z udawanym oburzeniem. Miałem wrażenie, że zaczyna w końcu łapać zasadę z żartami.
– To jeszcze lepiej. Człowieka łatwiej zagryźć. Nie umie tak szybko uciekać – wymamrotała.
– Dziękuję za wskazówkę, by zacząć ćwiczyć bieganie. Właściwie to nie taki zły pomysł. Dobrze wpływa na utrzymanie kondycji. Miło, że o mnie dbasz.
Prychnęła.
– Och, a jak dołączę, to będziesz musiała mi w końcu wyjawić swoje imię – stwierdziłem z udawanym zachwytem.
– Nie rób sobie nadziei, nie dopuszczę do tego – mruknęła.
– W takim razie będę musiał ci wymyślić ksywkę... Może Kruszynka? Pasuje doskonale.
– Miałam na myśli nie dopuszczenie do dołączenia – odrzekła z irytacją. Zerknąłem na nią. Głowę miała obróconą w przeciwnym kierunku.
– Sądzę, że nie masz prawa mi zabronić chęci przyłączenia się do stada. Mam rację?
Nie odpowiedziała. Najwyraźniej nie chciała mi przyznać, że odgadłem. Po raz kolejny zastanowił mnie ten deszcz. Naprawdę nie zanosiło się na to, by zamierzało przestać w najbliższym czasie, a ja robiłem się nie tylko senny, ale i jednocześnie głodny. Chciałem już wracać do siebie, ale nawet z tej wysokości widziałem, że na dole zaczyna się robić niezłe bagno. Mógłbym ugrząźć na dobre i jako, że jestem intruzem, prawdopodobnie nikt by mi nie pomógł. 
– Wiesz co... Możesz mnie zaprowadzić do Alfy? Już teraz. Ślicznie proszę – Wyszczerzyłem się do niej w szerokim uśmiechu. Uniosła jedną powiekę i popatrzyła bez zainteresowania.
– Musisz iść w górę ścieżki. Największa grota znajdująca się na samym końcu należy do Alf.
Coś mnie ścisnęło w środku.
– Nie pójdziesz ze mną?
– Nie chce mi się.
– Mogę spaść po drodze na jakimś bardziej śliskim kamieniu. I na kogo padnie wina? Prawdopodobnie na ciebie... – nie dokończyłem, bo mi przerwała:
– O ile odnajdą twoje ciało. Zawsze możesz wpaść do takiego błota na dole, że nikt cię nie odkopie. Ponadto nikt cię tu nie zna, ani nikt nie widział nas razem. Twój poślizg byłby wyłącznie twoją winą, nie moją. Jakiegoś obcego, plączącego się tu wilczka. W dodatku głupiutkiego.
Wypuściłem powietrze. No tak, to nie jest Miasto. Tutaj nie ma czegoś takiego jak bhp.
– No już, idź sobie. Nie chcę cię tutaj – mruknęła – Dajesz mi szansę na pozbycie się ciebie, a teraz sam dalej sterczysz jak kołek w środku mojej jaskini.
Pokręciłem głową i niechętnie wyszedłem na zewnątrz. Natychmiast zalała mnie lodowata fala wody. Nie było to szczególnie przyjemne, szczególnie zważywszy na to, że w jaskini było ciepło i nawet całkiem przytulnie. Spod zmrużonych powiek obejrzałem teren. Do góry, tak? Faktycznie prowadziła tam ścieżka, jednak piach był tak wymyty, że wiele kamieni niebezpiecznie wystawało ze ścieżki. Jeśli tylko nastąpię na nie nogą... Właśnie, nogą. Jako wilk byłem chyba nieco lżejszy. Przy odpowiednich staraniach powinno się udać.
Z tak pokrzepiającą myślą udałem się w drogę. Szło mi to dość opornie, bo łapy ślizgały mi się jeszcze bardziej, niż kiedy miałem zamiar dotrzeć do jaskini czarnej samicy. Nabyłem również chyba kilka zadrapań od tych stałych potknięć, ale nie mogłem się im nawet dobrze przyjrzeć. Wiedziałem tylko tyle, że diabelnie szczypały i mam sporą szansę na zakażenie z racji warstwy brudu. Błoto również lepiło się niemiłosiernie do futra. Deszcz może i nieco to wymywał, ale nieszczególnie mnie to cieszyło. Wraz z wiatrem sprawiał, że moja wspinaczka była jeszcze trudniejsza.
Niewiele brakowało, a bym przegapił jaskinię, która od razu wydała mi się największą spośród wszystkich mijanych. Wgramoliłem się na ostatni kamień i wszedłem do środka. Miałem ochotę się otrzepać, ale wolałem sobie oszczędzić wstydu. Tak naprawdę to jedyne o czym marzyłem to gorący prysznic i otarcie się ręcznikiem...
– Halo? – zapytałem, orientując się, że w środku było jakby pusto. W powietrzu unosił się aromat wilgoci... Był on jednak całkiem przyjemny.
Niespodziewanie zza jednej ze skalnych kolumn wyłoniła się niska wadera o brązowym futrze i wściekłym spojrzeniu, choć jej mina wyrażała tak naprawdę co najwyżej irytację.
– Słucham.
– Ja... Em... – jąkałem się. Kompletnie nie przemyślałem, o co chciałem pytać – Jeste... jest pani Alfą?
Skinęła głową. Patrzyła na mnie z lekką niecierpliwością.
– T-to świetnie... Jestem Joel Treunis, chciałbym dołączyć do pani stada.
Przyjrzała mi się uważnie od stóp do głów. Poczułem się jeszcze bardziej idiotycznie. Musiałem wyglądać okropnie. Aż strach było mi popatrzeć na moje łapy.
– Mów mi Suzanna – zaczęła odrobinę znudzonym tonem – Mogę cię przyjąć na okres próbny. W ten czas będziesz poddany obserwacji przez stałych członków stada. Za nawet drobne przewinienie możesz przestać być naszą rodziną. Zasady jakie tu obowiązują są raczej oczywiste, przypominają te z jakiejkolwiek innej watahy. Aktualnie niestety nie mogę ci przydzielić nikogo do oprowadzenia ze względu na panującą aktualnie pogodę... Póki co możesz zostać u nas i przeczekać deszcz. Jeśli nie masz na to chęci i uważasz, że poradzisz sobie sam, możesz się udać do najbliższej wolnej jaskini. Sądzę, że wszyscy mieszkańcy aktualnie już zajęli swoje schrony, więc łatwo się zorientujesz, gdzie możesz się zadomowić.
Słuchałem jej, kiwając głową ze zrozumieniem. Tak naprawdę to nie wiedziałem o co chodzi z tymi zasadami, a ruszać się stąd nieco bałem. Alfa zdawała się być tak samo oziębła jak wadera, którą spotkałem na początku. Nie wiedziałem, czy poczuję się tu dobrze. Najwyżej ulotnię się przy najbliższej okazji i będę się zmieniać w wilka gdzie indziej...
Niespodziewanie moje rozważania przerwał głos samca stojącego w cieniu jaskini, którego dotychczas nie zauważyłem:
– Wyglądasz na całkowicie zagubionego. Chodź, zaprowadzę cię – oznajmił i wstał z miejsca. Suzanna potaknęła mu głową i odprowadziła nas wzrokiem.
Okazało się, że droga w dół była równie problematyczna, co w górę. Zrobiłem sobie niezłą szramę na tylnej łapie. Kiedy to się stało, z trudem wstrzymałem przekleństwo. Musiałem się w końcu dobrze zachowywać. Czułem się jak nowy pracownik w jakimś wysoko postawionym zakładzie, który będzie obserwowany przez swoich przełożonych...
– Pomóc? – zapytał nieznajomy basior o ciemnym futrze. Zgrabnie przeskakiwał z kamienia na kamień. Kiedy mnie wyprzedził, dopiero z zaskoczeniem dostrzegłem, że miał skrzydła. Cóż to za dziwna odmiana... Wilko-ptak?
– N-nie... dam radę – stwierdziłem przez zaciśnięte zęby. Popatrzył na mnie jeszcze, czekając aż zrównamy kroku i dopiero wtedy podążaliśmy razem. Kiedy dotarliśmy do celu, przekazał mi to na ucho. Skręciłem w lewo i w ten sposób trafiłem do dość wąskiej jamy. Mimo to wyglądała całkiem obiecująco...
– Jak tu trafiłeś? – zapytał basior. Podejrzewałem, że również był dowódcą, skoro samica wspominała o parze Alf...
– Znalazła mnie taka czarna wadera... Nie była zbyt miła – stwierdziłem niepewnie – Najpierw posiedziałem w jej jaskini, a później odesłała mnie tutaj. To znaczy... Tam. Sam Alfa chyba rozumie – Popatrzyłem na niego z nadzieją w oczach. Ku mojemu zaskoczeniu pokiwał głową.
– Mieszka na tej samej ścianie Góry, w której się teraz znajdujemy?
– Em... Nie wiem... Chyba – odrzekłem zdezorientowany.
– Zielone oczy, naszyjnik, długi ogon? – dopytywał dalej. Po chwili namysłu skinąłem głową. Wyprostował się.
– To na pewno Yuki.
Ma na imię Yuki..., pomyślałem, czyli z jej pozostania anonimową nici. Uśmiechnąłem się do siebie. Sprawiało mi to dziwną satysfakcję.
– Sądzę, że możemy cię przydzielić do ekipy polowań. Kiedy tylko przestanie padać masz się stawić na Wrzosowej Łące. Tam macie zbiórkę. Przekażę reszcie o ile to możliwe o tym, że mają nową osobę do pomocy.
Pokiwałem głową. Ten basior zdawał się być jedynym wilkiem, który przejawia jakąś sympatię. Zrobiło mi się trochę lepiej. Może nie wszyscy są tacy źli? Jedynie jego przenikliwy wzrok był odrobinę przerażający. Zdawał się patrzeć mi w duszę... Jakby nie patrzeć podobny miała jego partnerka. Nieźle się dopasowali.
– Nie przedstawiłem się jeszcze. Mam na imię Hitam, jestem Alfą Watahy Czarnego Kruka – Uśmiechnął się blado.
– Czarnego Kruka...? A to nie jest czasem Stado Magicznych Wilków, czy coś? – zapytałem kompletnie zbity z tropu.
– Wataha Magicznych Wilków i Wataha Czarnego Kruka połączyły się w Watahę Magicznego Kruka. Jesteśmy teraz jednym stadem.
– Ach... – odpowiedziałem cicho, wpatrując się w niego w zdumieniu. Jednak stada wilków były nieco mniej prymitywne niż mi się początkowo zdawało... Aż mi było trochę głupio z tego powodu. Ponadto zastanawiała mnie geneza określenia magiczne. Czy oznaczało to wszystkie wilko-ptaki, wilki-czarowniki, wilkołaki i wilkołaki-czarodziejów? Miałem kompletny mętlik w głowie, a wstydziłem się zapytać. Musiałem przecież uchodzić za dobrego członka stada. Tylko tego im brakowało, by dołączył jakiś mało rozgarnięty wilczuś, który większość swojego życia spędził w Mieście. Może Yuki nie jest jedyną osobą, która się z tego naśmiewa...
– Mam wezwać lekarza? – zapytał w końcu Hitam. Dopiero wtedy zorientowałem się, że patrzył na moją krwawiącą łapę. Sam na nią zerknąłem. Skrzywiłem się aż. Spodziewałem się wiele, ale na pewno nie aż tak głębokiej rany. Jako człowiek będę miał rozoraną łydkę... Pewnie przydałyby się szwy.
– Ja... Nie wiem – popatrzyłem na niego z przerażeniem. Miałem nadzieję, że nie stosowali tu starych sposobów leczniczych, takich jak chociażby spuszczanie krwi... Choć nigdy niczego nie wiadomo. Hitam uniósł brew. Speszony postanowiłem się spróbować się jakoś wytłumaczyć: – Bo... Ja... Chciałbym jedynie bandaż, jak już.
– Mieszkałeś wcześniej w Mieście, prawda?
Zwiesiłem głowę i potaknąłem.
– To by wyjaśniało, dlaczego się nie otrzepałeś z wody. Nie potrafisz, prawda?
Ponownie potaknąłem. Chyba łatwo mnie przejrzeć... Dobrze, że nie było widać mojego świeżo wykwitłego rumieńca. Hitam westchnął cicho.
– No nic, zawsze możesz się tego po prostu nauczyć. Niektóre rzeczy przychodzą z czasem. Jeżeli chcesz, mogę ci objaśnić zasady jakimi rządzą się watahy.
Ochoczo na niego popatrzyłem i po raz trzeci pokiwałem głową. Basior rozpoczął swoją opowieść, a ja słuchałem, starając się zapamiętać jak najwięcej detali.
Nagle przerwał w pół zdania.
– Miałem przynieść bandaż. Poczekaj tutaj.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, a jego już nie było. Wrócił już po zaledwie kilku minutach, niosąc w pysku słoik z kawałkiem białego, zwiniętego materiału. Trzymał go tak, by nie zamoczyć go w deszczu. Trochę się bałem pierwszej pomocy w jego wykonaniu, ale ostatecznie nie było tak źle. Radził sobie w każdym razie lepiej niż ja.
– Dziękuję – powiedziałem na końcu. Nie odpowiedział jednak, a jedynie usadowił się na swoim poprzednim miejscu i kontynuował opowieść.
Po upływie jakiegoś czasu naszła mnie myśl, że nie mam pojęcia jak w takich warunkach dotrę do swojego ludzkiego domu, do pracy... Oraz kiedy i w jaki sposób spiszę swoją najnowszą piosenkę. Ta myśl napełniła mnie niepokojem. Chciałem zrobić to jak najprędzej i nie stracić źródła dochodu, ale nie miałem bladego pojęcia kiedy skończy się ulewa. Zanosiło się na prawdziwą powódź...

czwartek, 2 sierpnia 2018

Od Joela "Deszczowy przybysz" cz. 3

Wrzesień 2020 r.
Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp – czy raczej łap – do głów. Analizowała każdy detal. Ostatecznie chyba uznała moją sztuczkę za autentyk. Wciąż jednak nie była zbyt przyjaźnie nastawiona.
– Co ty tutaj robisz, hę?
– Z-zwiedzam – odpowiedziałem, tym razem wstając z siadu i odsuwając się o kilka kroków. Czułem, jak moje wilcze ciało intuicyjnie reaguje na lęk: zacząłem się kulić. Ta samica mnie przerażała. Im dłużej stała nieopodal mnie, tym więcej detali, choćby mięśni, widziałem. Sprawiała wrażenie silniejszej ode mnie i zdecydowanie bezwzględniejszej. Ja nie byłbym w stanie zabić żadnej w pełni świadomej istoty, ona pewnie nie miałaby żadnych skrupułów...
– Nie powinno cię tu być – warknęła. Zrobiłem jeszcze jeden krok w tył.
– D-dlaczego? – wydukałem. Dopiero zwróciłem uwagę na trzęsący się głos. Dodatkowo ulizane przez deszcz futro powinno potęgować żałosny efekt. Niemal sobie współczułem.
– Jesteś na terenie Watahy Magicznych Wilków. Lepiej by Suzanna nie dowiedziała się o twojej obecności – oznajmiła lodowatym tonem. Nieznacznie uniosła podbródek. Miałem wrażenie, że patrzy na mnie z nienawiścią, może obrzydzeniem.
– W takim razie wrócę i nie będę tutaj przechodził... – Wymamrotałem, chyląc jeszcze bardziej głowy. Nie przestawałem na nią patrzeć, oczekując na jakąkolwiek reakcję. Wciąż miałem cichą nadzieję, że pozwoli mi tu zostać.
– Tylko żartowałam – Oznajmiła po chwili milczenia, nadal patrząc na mnie tym bezwzględnym wzrokiem. Wypuściłem powietrze, ale nadal coś mi nie dawało spokoju:
– Z czym żartowałaś?
– Z Suzanną – bąknęła i obróciła się do mnie tyłem. Zamiotła mokrym ogonem równie mokrą ziemię i zaczęła iść przed siebie, zapewne albo załatwiać swoje sprawy, albo schronić się pod jakimś drzewem, jaskini, czy gdzie tam jeszcze wilki by się mogły chować...
– Czyli mogę tutaj zostać?! – krzyknąłem, wciąż nie będąc zorientowanym do końca w tej wyjątkowo nieszczęsnej sytuacji. Dopiero wtedy moja poza nieco się rozluźniła. Już nie byłem zbitym wilczkiem.
– Tak, zostawaj sobie na ile chcesz, lecz nie ręczę za to, co inni z tobą zrobią.
Ta wiadomość trochę mnie przygnębiła. Czyli lepiej jakbym się stąd wynosił...? Niespodziewanie dokończyła moją myśl, przekrzykując nadal bębniący o liście drzew deszcz:
– Dlatego lepiej byś trzymał się kogoś z tych stron!
Obróciła w moją stronę głowę. Jej oczy zdawały się złowieszczo świecić nawet w ciemnościach. Może ona nie była aż taka zła? Nigdy nie wiadomo kim jest ta cała Suzanna i jakie ma podejście do nowych... Podobnie sprawa się ma z całą resztą stada. Nie brzmiało to obiecująco, a ja miałem dalej do domu niż do prawdopodobnego schronu.
– Mógłbym iść z tobą? – zapytałem z nikłą nadzieją.
– Jeżeli chcesz – odrzekła obojętnie, wciąż idąc leniwie przed siebie. Poderwałem się z miejsca i do niej podbiegłem. Nie wyglądała jednak na skorą do rozmowy, toteż milczeliśmy. Postanowiłem wsłuchiwać się w deszcz. Czasem to on przynosił najlepszą inspirację.
Niekiedy zdarzało się, że zasłuchany potykałem się o jakiś korzeń, którego nie zauważyłem. Yuki komentowała to cichym prychnięciem lub zwyczajnie ignorowała.
– Tak w ogóle, dokąd właściwie idziemy? – zapytałem, gdy już ułożyłem w głowie do końca nową piosenkę. Byłem pewien, że ją zapamiętam. Spiszę ją zaraz po powrocie do domu...
– Do mojej jaskini – odparła wciąż tym zimnym i nieprzyjemnym tonem. Przełknąłem ślinę. Raz się żyje.
– Nie przeszkadzałoby ci gdybym poszedł razem z tobą?
– Rób co chcesz – rzekła po raz kolejny równie obojętnie. Jeszcze chwilę przyglądałem się jej badawczo, a później, potyknąwszy się o kolejny kamyk, skupiłem się na drodze.
Jak się okazało, wieloma leśnymi ścieżkami płynęły cienkie strumyki wody. Miałem także wrażenie, że wchodzimy coraz wyżej i wyżej... Z czasem okazało się, że rzeczywiście mam rację, bo strumyki przybierały na sile, a nasza wspinaczka robiła się coraz trudniejsza i bardziej niebezpieczna. Waderze szło to znacznie lepiej. Zazdrościłem jej kondycji. Sprawnie przeskakiwała z kamienia na kamień, a mnie łapy się non stop ślizgały.
Z czasem drzewa nad nami zaczęły się przerzedzać, aż w końcu całkiem nie zniknęły. Wtedy ujrzałem szczyt jakiejś góry. Jak to możliwe, że mieszkając w Mieście nigdy jej nie dostrzegłem? Może to jakieś czary...? Właściwie, to miałoby sens... Chwila, to stado zostało nazwane Watahą Magicznych Wilków. Czy to by oznaczało, że nie jestem jedyny łączący wilkołactwo z czarami? Przelotnie zerknąłem na dzwoniący cicho medalion samicy. Może on również miał jakieś zdolności?
Ostatecznie wadera zatrzymała się przed jedną ze szczelin w skale. Bez problemu weszła do środka. Ja jednak musiałem wciągnąć brzuch, ale na szczęście okazałem się dość szczupły, by nie musieć się przeciskać. Zacząłem wodzić wzrokiem po wnętrzu. Nie było zbyt wytwornie, bo była to zwykła, szara jaskinia z jakimiś porostami. W zasadzie nie było tam żadnego większego wystroju. Zresztą... czego ja się spodziewałem? Kryształowych sal?
Z zadumy wyrwało mnie ochlapanie drobnymi drobinkami wody. To wadera otrzepywała się z deszczówki. Naszła mnie myśl, że ja również powinienem. Szkopuł w tym, że nie umiałem. Samica ułożyła się na czymś, co mogło być jej posłaniem, bo składało się w dużej mierze z mchu. Ja ten moment wykorzystałem na własną próbę wysuszenia się. Szło mi to jednak delikatnie mówiąc słabo. Prawdopodobnie z boku wyglądało to jak jakiś dziwny taniec, bądź też skurcz. Nie miałem bladego pojęcia jak psy to robią.
– Co ty niby masz zamiar osiągnąć? – Skomentowała wadera. Zamarłem i obróciłem w jej stronę łeb. Poczułem się jak dziecko przyłapane na jakiejś głupocie.
– Próbuję wytrząsnąć wodę...? – chciałem oznajmić, ale zabrzmiało to raczej jak pytanie. Roześmiała się.
– Jeżeli chcesz się tak wytrzepać to chętnie popatrzę – powiedziała równie ironicznie. Uśmiechała się w sposób idealnie pasujący do jej tonu głosu. Wpatrywałem się w nią jeszcze przez chwilę. Nie było sensu by dalej się ośmieszać. Smętnie poczłapałem pod ścianę jaskini, z której miałem widok na ulewę. Było w niej coś dziwnie hipnotyzującego. Ponownie w mojej głowie zabrzęczała melodia, którą ułożyłem po drodze. Umiałem sobie wyobrazić, jak przebiegam palcami po strunach gitary, jak dźwięk by brzmiał, jakbym grał we własnej sypialni...
– Jak ci na imię? – zapytałem z nostalgią w głosie. Nadal miałem w głowie cały akompaniament. Przydałby się też jakiś tekst...
– A co cię to obchodzi? – warknęła.
– Jeśli już mamy spędzić ze sobą jakieś kilka godzin, to chyba warto poznać choćby własne imiona.
– Niedoczekanie – mruknęła i prawdopodobnie przekręciła się na drugi bok. Wciąż wpatrzony w deszcz, zmrużyłem oczy. Może by tak zaśpiewać o dziewczynie, która nie chce wyjawiać swojego imienia?
– Hm... Powiedz mi... Co robi twój wisiorek?
– Nie twój interes.
"Nie mój interes" też brzmiało jak dobra linijka tekstu piosenki, pomyślałem. Zawahałem się przed ostatnim pytaniem. Ostatecznie stwierdziłem, że jednak wolałbym się upewnić.
– Skoro to Wataha Magicznych Wilków, to wszyscy z was są wilkołakami i umieją czarować, tak?
– Co ty taki ciekawski? – zapytała ironicznie, obracając w moją stronę głowę, co zarejestrowałem kątem oka.
– Intryguje mnie to. Nigdy nie byłem w żadnym stadzie... – Przy drugim zdaniu zwiesiłem nieco głowę.
– Samotnik? Czy może mieszczuch? – zakpiła.
– Mieszczuch, jeśli masz na myśli mieszkańca Miasta... – mruknąłem pod nosem. Coś o byciu samotnikiem czy też samotnym też by mogło być..., myślałem dalej.
– Wychowany wśród ludzi... żałosne – wypowiedziała to tak jadowitym tonem, jakby chciała splunąć. Aż na usta cisnęła mi się uwaga, że ludzie są rasą jednak wyższą intelektualnie od jakichś wilków, ale stwierdziłem, że jednak lepiej trzymać nerwy na wodzy. Z tą waderą nigdy nic nie wiadomo.
Znowu jedyne, co słyszałem, to jedynie głuchy deszcz. Drobniutkie kropelki, które rozprysły się przy wejściu do jej jaskini delikatnie zraszały moje futro. Było to uczucie nawet przyjemne. Rzadko kiedy miałem okazję siedzieć tak blisko deszczu. Nadal myślałem nad piosenką i układałem logicznie brzmiący tekst. Chciałem, by opowiadał o dziewczynie, która nie chce wyjawić zbyt wielu rzeczy o sobie i regularnie powtarza zainteresowanemu nią chłopakowi, że to nie jego interes. Ona zaś o nim wie wszystko i naśmiewa się z jego szarej codzienności, lecz to jemu nie przeszkadza szczególnie. Sądzi, że znoszenie tego to droga do lepszego poznania tej dziewczyny... Ostatecznie na końcu wyjawia mu swoje imię i jest to początek co najmniej przyjaźni.
Z tą wiedzą i połowicznie ułożonymi linijkami poczułem się nieznacznie lepiej w towarzystwie niczego nieświadomej wadery.
– Wiesz, twoja obecność jest inspirująca. Pomogłaś mi napisać tekst piosenki – oznajmiłem w końcu. Nabierając nieco pewności siebie, postanowiłem na nią spojrzeć. Gwałtownie obróciła się w moją stronę.
– Co?
– Jestem muzykiem. Czasem piszę piosenki.
– W jakim sensie pomogłam? – zapytała, marszcząc w niezrozumieniu brwi.
– Wspomogłem się niektórymi twoimi wypowiedziami, co ciekawszymi ich fragmentami... Jak wrócę do domu, postaram się zapisać i stworzyć coś sensowniejszego. Melodię ułożyłem już po drodze.
– Jakie to romantyczne – Wywróciła oczami i znowu położyła głowę na łapach.
– Wcale nie chciałem, by było romantyczne – Znowu popatrzyłem na ulewę. Zdawała się nie słabnąć. – Inspiracji trzeba szukać wszędzie – Zrobiłem pauzę. Dalszą część zdania wypowiedziałem już bardzo cicho: – Choć chciałbym kiedyś układać piosenki specjalnie dla swojej miłości życia...

<Yuki?>