Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magnus Arvid Eriksen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magnus Arvid Eriksen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2019

Od Magnusa "Niepokój" cz. 5 (C.D. Cess)

Sierpień 2022 r.
Bezzwłocznie wyruszyliśmy na poszukiwanie schronienia. Dreptałem niepewnie tuż przy ścianie, za Cess, co jakiś czas przystając, by się otrzepać, ale nawet pomimo to moje futro stopniowo nasiąkało wodą. Ściana deszczu gęstniała coraz bardziej. Jednak szczęście uśmiechnęło się do nas tym razem – dość szybko znaleźliśmy odpowiednio duże wgłębienie w skale. 
W końcu mogłem porządnie osuszyć futro. Westchnąłem z ulgą, powoli przyzwyczajając wzrok do zmiany oświetlenia. Odwróciłem się, by rozejrzeć się po naszej tymczasowej kryjówce.
Z początku wszystko było na swoim miejscu. Ciemność pozostawała ciemnością, cztery kąty jaskini tkwiły cierpliwie na swoich miejscach. Jednak już po chwili z mroku wyłonił się długi, wilczy pysk, szaro-zielone oczy i szeroka, pokryta krótkim, złotorudym futrem pierś. Długie, potężne łapy napięły się z jakiegoś powodu, lewa cofnęła się z cichym szurnięciem. Podniosłem wzrok na ten dziwny pysk, rozciągający się w bardzo niezręcznym uśmiechu. Elementy układanki powoli składały się w spójną całość, obraz który miałem przed sobą wypełniał się realizmem. Przez chwilę wpatrywałem się w rozszerzone źrenice basiora, powoli zagarniając rozumem rzeczywistość.
Obaj jednocześnie wrzasnęliśmy.
Cess akurat spokojnie otrzepywała się z wody. Gwałtownie odwróciła łeb i również zaczęła krzyczeć. Panicznie zebrała wodę z niewielkich kałuży, powstałych na posadzce jaskini i przybrała obronną postawę.
– Kim jesteś?! – ryknęła.
Nie zabrzmiało to jak miłe podziękowanie.
Odskoczyłem i niezdarnie się cofnąłem, wlepiając paniczne spojrzenie w obcego. Rudy próbował nawiać, ale potknął się o własne łapy i upadł jak długi.
– Nikim! Jestem nikim! – wykrzyknął, usiłując wstać. – Do zobaczenia kiedy nigdziej!
Na wszystkie świętości, ten głos...
Cess skoczyła ku wyjściu i zagrodziła je długością całego swojego ciała, co, biorąc pod uwagę jej ogon i niski strop, zupełnie uniemożliwiło rudemu ucieczkę.
– Nigdzie nie idziesz! – warknęła na niego, szczerząc kły.
Basior przerastał Cess co najmniej dwukrotnie. Gdyby chciał, po prostu by ją odsunął, ale unosząca się po jej prawicy struga wody chyba go zniechęciła. Cofnął się z głupawym uśmiechem.
– Teraz ładnie się wytłumacz, ze wszystkiego! – wadera spojrzała na rudego pewnie, z tryumfem siadając u wylotu jaskini.
– To znaczy z czego? Eee, ja tylko przejazdem. Wypuść mnie, a już nigdy się nie zobaczymy! – odparł wilk. 
– Zacznijmy może od gryfa, chcę wiedzieć co między wami zaszło i czemu nas zaatakował – Cess zmierzyła go wzrokiem.
Myśli kłębiły się w mojej głowie tak gęsto i chaotycznie, że nie byłem w stanie uchwycić ani jednej. Rozgrywająca się przede mną scena zdawała się toczyć w innym, odległym świecie, który ja, bezcielesny duch, tylko obserwowałem.
Dopadły mnie straszne zawroty głowy, ledwo utrzymałem się na łapach. Starając się opanować narastające mdłości, podświadomie skupiłem się na najoczywistszych rzeczach w swoim otoczeniu i nakazie, myśli wypisanej neonowymi literami w moim umyśle, że muszę opanować to nowe, nieznane uczucie. Albo zaraz wpadnę w panikę.
– Jakiego gryfa?
– Nie wkurzaj mnie! – syknęła groźnie. – To, że jesteś ode mnie większy nie oznacza, że nie będę śmiała cię zaatakować!
Przez dłuższą chwilę basior milczał.
– Okej – wyrzucił przez zaciśnięte w uśmiechu zęby.
– Więc jak będzie? – zniecierpliwiona patrzyła mu prosto w ślepia. – Masz zamiar współpracować?
Basior znowu zrobił przerwę, jeszcze bardziej wykrzywiając pysk.
– Nie.
– Dlaczego? – warknęła Cess przez zęby, chyba powoli tracąc cierpliwość – Magnus, powiedz mu coś no... – spojrzała na mnie błagalnie.
W mojej głowie nagle zapanowała cisza.
– Coś?
– Jesteście beznadziejni – mruknęła – Kolega – wskazała na mnie łapą – stwierdził po twoim akcencie, że jesteś z północy. Co w takim razie robisz tutaj?
Basior zdębiał. Niepewnie przerzucał wzrok to na mnie, to na Cess.
– Pracuję?
– Gdzie? Nad czym? Dla kogo? – wadera zbliżyła się do rudego.
– Jestem szpiegiem! – wyrzucił ewidentnie przerażony wilk, cofając łeb.
Cess zmrużyła oczy i jeszcze bardziej zmniejszyła dystans pomiędzy nimi.
– Doprawdy? A czego tu szukasz?
– Odsuń się – rudy nagle spoważniał.
– Nie. – odparła równie pewnie, patrząc na niego prowokująco.
– Proszę?
– Jakbyś przypadkiem nie usłyszał, to z chęcią powtórzę. Nie.
Sam się odsunął, ale wilczyca nie dała za wygraną.
– Mogę tak cały czas – uśmiechnęła się kpiąco.
– Ja też – ponownie się cofnął.
– Wolałabym, abyś zaczął mówić – wadera zbliżyła się.
– A ja nie.
O sekundę za późno zorientowałem się jak blisko znajduje się basior. Praktycznie na mnie wpadł. Odskoczyłem z cichym piskiem.
Wilczyca parsknęła cicho i rzuciła mi szybkie, pełne politowania spojrzenie.
– Jak ci na imię, rudy basiorze?
Dosłownie przyparła go do muru.
– Nikt! – wykrzyknął nagle. – Miło było poznać, urodziwa nieznajoma!
W dwóch ogromnych susach wyminął Cess i skoczył ku wyjściu. Wadera prawie się wywróciła. Spojrzała za basiorem zaskoczona.
– Naprawdę radzę przeczekać ulewę! – zawołała, nim ten zdążył wybiec. – Woda zgasi twój zapał, oblepi zmoczone futro niebieskim nalotem i nie wiadomo, czy przypadkiem cię nie zmutuje!
Stanął w miejscu, jeżąc sierść. Wszystko jakby zwolniło, wilk zgarbił się, tuląc uszy do łba. Gdzieś w głębi duszy czułem, że jeszcze możemy tego pożałować. 
I nie myliłem się. Powoli się odwrócił, jednocześnie stając w płomieniach.
– No dobrze – rzekł powoli. – W takim razie pogadamy inaczej.
W co my się wpakowaliśmy?
– Co masz na myśli? – Cess uniosła dumnie głowę.
– Nie mam pojęcia po co za mną leźliście i chyba nie chcę tego wiedzieć, ale to nie ty tu stawiasz warunki.
Już się nie uśmiechał. Bił od niego taki gorąc, że ciężko było patrzeć w jego stronę dłużej niż kilka sekund.
– W tym stanie nie wyjdziesz na deszcz, a ja z wodą problemu nie mam – wilczyca zachowała pewność siebie. – Jednakże proszę, przedstaw swoje warunki! – prychnęła lekceważąco.
Rudy wyzywająco podsycił płomienie.
– Ty dasz mi spokój, a jak deszcz przeminie, to rozejdziemy się w swoje strony w pokoju. W przeciwnym razie... A nie wiem, jeszcze się zastanowię... W każdym razie, lepiej nie podskakuj starszym! – zakończył, z godnością unosząc łeb.
Zupełnie przestał zwracać na mnie uwagę. W sumie mu się nie dziwiłem, byłem nawet wdzięczny. Miałem wielką ochotę rozpłynąć się w powietrzu.
– Nie widzę tutaj żadnych korzyści dla mnie... – powiedziała Cess. – Nie dam ci spokoju, bo jestem wilkiem dość... upartym...
– Twoją korzyścią będzie wyjście bez uszczerbku na zdrowiu z tej sytuacji – wilk próbował brzmieć groźnie, ale zdradziło go to, że prawie zachichotał.
Wadera zaśmiała się głośno.
– Nadal chcę jednak dowiedzieć się paru rzeczy. Narażam się, aby tu być, panie starszy – podkreśliła ostatnie słowo.
Rudy nie odpowiedział. Wyglądał na niezbyt zadowolonego.
Z pewnością też jest uparty.
– Powiedz chociaż o co chodziło z gryfem – wilczyca położyła się na ziemi.
Obcy zastanowił się dłuższą chwilę. W końcu musiał stwierdzić, że panuje nad sytuacją czy coś w tym rodzaju i cofnął samozapłon.
– Po prostu go zdenerwowałem – odparł leniwie.
– Po co? Przecież to tylko przerośnięte ptactwo. – westchnęła, niespodziewanie przerzucając wzrok na mnie. – A ty co tak milczysz?
Nerwowo wzruszyłem ramionami.
– No przecież niespecjalnie! – wtrącił szybko rudy.
– Można spodziewać się wszystkiego. – posłała mi lekki uśmiech i z powrotem skupiła uwagę na rudzielcu. – Imię za imię?
– Eee... Pani pierwsza – uśmiechnął się nerwowo.
– Kas Ceres II – rzekła ze śmiertelnie poważną miną. – Znana także jako Córka Diabła. A pan?
Wilk zaśmiał się niezręcznie.
– Ja to ten... Em... hm...
– Znasz tego pana? – znowu zwróciła się do mnie.
Zmroziło mnie.
Tak, znam go, Cess. 
Ale ważniejsze jest to, że on zna mnie lepiej.

<Cess?>

Uwagi: brak

sobota, 16 marca 2019

Od Magnusa "Niepokój" cz. 3 (C.D. Cess)

Sierpień 2022 r.
Nie zachowałem się dobrze w stosunku do Cess.
Narzekam na ubogie życie towarzyskie, a gdy ktoś sam wychodzi z propozycją rozmowy, odrzucam go. Podchodzi pod hipokryzję. Nie do tego dążę. Muszę się przemóc i załagodzić sytuację.
– Jestem Magnus – mruknąłem.
Wadera odwróciła się w moją stronę. Na jej pysku wymalowało się coś, co mogę opisać jako oschłą nadzieję.
– Tak w ogóle to cześć – dodałem niepewnie.
Wadera uśmiechnęła się usatysfakcjonowana.
– Cess. – powtórzyła i kiwnęła głową w stronę grupy.
Dopiero wtedy zorientowałem się, że łowcy oddalili się od nas na znaczną odległość. Bez słowa ruszyłem za wilczycą, ukradkiem przyglądając się jej sylwetce. Cess była wilczycą o dość... nietypowej urodzie. W bandzie kolorowych psowatych, władających siłami natury, dość ciężko się wyróżnić, a prawie dwumetrowy ogon, rogi i godne demonicznego lisa oczy zdecydowanie przyciągały uwagę. Orientalna piękność, skwitowałby Einar. Może to dlatego to określenie jakoś mnie nie przekonuje?
Dołączyliśmy do reszty akurat wtedy, kiedy jeden z tropicieli powrócił wraz z wieściami o dwóch kozicach i jeleniu. Z uwagi na to, że stworzenia znajdowały się w pewnym oddaleniu od siebie, Ireng zarządziła rozdzielenie grupy. Ja i nowo poznana wadera, wraz z siedmioma innymi wilkami, trafiliśmy do mniejszego grona, dowodzonego przez Dante. Naszym celem był byk. W przypadku dostrzeżenia innej zwierzyny łownej, mieliśmy dokonywać podziałów na mniejsze zespoły, aż do momentu, kiedy w każdym pozostanie minimalnie po jednym zabijającym, goniącym i atakującym.
Byliśmy zmuszeni znacznie przyspieszyć. Groźba zaskoczenia nas przez deszcz była aż nadto realna, więc tym bardziej się denerwowaliśmy. Cess widocznie nie była zachwycona narzuconym tempem, o czym nie omieszkała się wspomnieć. Dante tylko przewrócił oczami.
– No coś takiego – prychnęła. – Rzeczywiście sprawdzimy się doskonale z zadyszką – dodała z wyrzutem.
– Trudno się nie zgodzić – mruknąłem w odpowiedzi.
Wszystkie rozmowy powoli cichły.
Po kilkunastu minutach wolnego biegu przystanęliśmy na chwilę, by się rozejrzeć i złapać oddech. Mieliśmy do wyboru dwie ścieżki – jedną wąską, wiszącą tuż nad stromym żebrem skalnym, drugą znacznie bezpieczniejszą, biegnącą w bezpośrednim kontakcie z rumowiskiem. Przy obu można było wyczuć świeży trop poszukiwanego przez nas zwierzęcia. Jeleń wyraźnie się tu kręcił. I to całkiem niedawno.
Ktoś wykrztusił coś, co brzmiało jak stłumione "hej!", rozległo się parę warknięć i oburzonych krzyków. Nim zdążyłem się odwrócić, by sprawdzić o co chodzi, ktoś popchnął mnie z ogromną siłą. Zderzenie ze skałą na chwilę pozbawiło mnie oddechu, tępy ból rozlał się po czaszce. Otrząsnąłem się z lekkiego oszołomienia i zacząłem szukać wzrokiem sprawcy wypadku.
Wysoki, rudy wilk pędził na złamanie karku drugim z traktów, nawet się na nas nie oglądając. Dopiero wtedy dostrzegłem, że na jego końcu stanął nasz jeleń. W kilku susach pokonał dzielącą go od niego odległość i ruszył dalej, nawet nie oglądając się na zwierzę. Potężny byk nie zwrócił na niego uwagi. W oczy rzucały się nienaturalnie rozrośnięte poroże, dodatkowa para przednich kończyn i obszary wydłużonej, błękitnej sierści. Kolejny mutant.
Powietrze przeszył nieprzyjemny, skrzekliwy okrzyk. Odruchowo odskoczyłem, jednocześnie spoglądając w stronę źródła dźwięku, niemal wpadając przy tym na równie zdezorientowanego co ja, wilka. Nad rozstajem ścieżek zawisł prawie trzykrotnie większy od dorosłego wilka ciemnobrązowy gryf. Miarowo bił skrzydłami, stopniowo je unieruchamiając, gdy potężne kończyny uderzyły głucho o ziemię. Nad lekko rozchylonym dziobem lśniły wściekłe, bladożółte oczy, a boki stworzenia pokrywały nadpalone pióra i ślady oparzeń.
Hybryda skoczyła w sam środek naszej grupy. Skrzecząc wściekle, zamachnęła się na Cess, która uskoczyła z trudem. Zaślepiona złością na wszystko, co żywe, istota nie zwróciła uwagi na naszą znaczną przewagę liczebną, raz po raz atakując uciekające spod jej szponów wilki. Z trudem uchyliłem się przed jej skrzydłem, którym usiłowała strącić mnie ze ścieżki, co prawdopodobnie by się jej udało, gdyby ktoś w porę mnie nie ostrzegł. W uszach szumiało mi tak, że słowa ledwie do mnie dotarły, a i tak już po chwili zapomniałem o ich treści i źródle. 
Dwa basiory z Watahy Czarnego Kruka kontratakowały jako pierwsze, jeden usiłował wytrącić gryfa z równowagi, ciskając w chude, ptasie nogi odłamami skalnymi, drugi zaatakował ogniem, co wyraźnie jeszcze bardziej go rozzłościło. Chwilę po nich Dante puścił się biegiem dookoła stworzenia, wyczekując, aż odsłoni poranione boki, zaś Cess przyjęła pozycję obronną i lekko się wycofując, uformowała z niebieskiej wody kilka lśniących pocisków i niewielkich konstrukcji, jak się domyślałem, w formie magazynów. 
Pozostała część grupy, łącznie ze mną, okrążyła gryfa, w pełnej gotowości do walki. Bestia trzepotała wściekle skrzydłami, usilnie próbując dosięgnąć szponami któregoś z przeciwników, ale ostatecznie odpuściła, by móc obronić się przed płomieniami. W jasnych oczach błysnął strach; zdała sobie sprawę, że ma marne szanse na wygraną. 
Ostatecznie gryf runął na bok, próbując osłonić się skrzydłami.
– Dobra – zdyszany wilk ziemi obrzucił nas szybkim spojrzeniem. – Co to było?
Bestia próbowała odsunąć się od nas jak najdalej.
– Hm, no nie wiem... Może wściekły gryf na przykład? – warknął ktoś.
Gryf zaskrzeczał wściekle i poderwał się gwałtownie, odtrącając dwa wilki skrzydłem. Odruchowo cofnąłem się o krok, tylko po to by z przerażeniem stwierdzić, że stworzenie rzuca się w moim kierunku z rozcapierzonymi szponami.
Odniosłem wrażenie, że moje serce zatrzymuje się na sekundę, zmrożone panicznym strachem. Nie miałem pojęcia jak sobie poradzić, a użycie mocy uniemożliwiły mi chmury. Zawróciłem, niemal tracąc przy tym równowagę i rzuciłem się do ucieczki.
W przeciągu krótkiej chwili dostrzegłem i zdałem sobie sprawę z kilku istotnych rzeczy. Po pierwsze, sześcionogi jeleń zniknął, a na jego miejscu stał rdzawo-rudy wilk. Natychmiast wystrzelił w moim kierunku. Po drugie, ścieżka była co prawda dość szeroka, ale gryf nie należy do małych stworzeń i byłem niemal pewny, że zajął całą dostępną przestrzeń, tym samym blokując przejście dla reszty grupy. Byłem zdany tylko na siebie. A przynajmniej taka myśl błysnęła gdzieś w głębi mojego umysłu w tym krótkim jak mrugnięcie oka, morderczym momencie.
Ze wszystkich sił starając się nie spanikować, stanąłem naprzeciw obcemu wilkowi, licząc na to, że łowcy odciągną uwagę gryfa. Zjeżyłem się, przyjąłem pozycję obronną i zawarczałem najgroźniej jak tylko potrafiłem. Kątem oka dostrzegłem, że latający drapieżca odwraca głowę do tyłu i usilnie stara się coś od siebie odrzucić. Przynajmniej tyle.
Rudzielec zatrzymał się kilka kroków przede mną. Obrzucił mnie niepewnym spojrzeniem, wyraźnie bijąc się z myślami. Co chwila zerkał w stronę gryfa.
Był bardzo wysoki. Pod skórą, pokrytą średniej długości futrem, rysowały się świetnie wyrobione mięśnie. Odwracał wzrok, gdy próbowałem lepiej przyjrzeć się szarozielonym, przymrużonym ślepiom. Czułem się przy nim jak zając w potrzasku, obok wygłodniałego lisa. Z drugiej strony odniosłem niejasne wrażenie, że to po prostu łagodny olbrzym, który zrobił coś bardzo nie tak i wstyd było mu się przyznać. Jakiejś części mnie zrobiło się go szkoda.
– To się porobiło – basior zaśmiał się nerwowo.
Spojrzałem na niego wrogo, jeszcze raz powarkując.
– Słuchaj, Arvid, to nie miało tak wyjść, serio. Wybacz mi. Zaraz wszystko naprawię.
Nadstawiłem uszu.
– Ale skąd ty...?
Basior skoczył nagle ku mnie. Cofnąłem się odruchowo, ale ten po prostu odepchnął mnie w tył. Zachwiałem się, podnosząc na niego wzrok. Uśmiechnął się przepraszająco, po czym wytworzył wokół siebie dwie ogniste kule, którymi cisnął w, w dalszym ciągu zajętego łowcami, gryfa. Hybryda zawyła jak obdzierany ze skóry kot. Wystrzeliła niezgrabnie w stronę rudego, który natychmiast ruszył do ataku. Uskakując przed dziobem przeciwnika, odbił się od podłoża. Uderzył w jego bok i z całej siły odepchnął od siebie. 
Gryf stracił równowagę i zleciał ze skalnej półki. Z nieprzyjemnym trzaskiem runął na kamienie i zaczął się zsuwać. Rozpaczliwie próbował znaleźć punkt zaczepienia, ale tylko zrzucił na siebie kolejne kamienie. Z rozrywającym uszy wrzaskiem przekręcił się na brzuch i uderzył kilka razy skrzydłami. Przeleciał kawałek i wylądował ciężko. Jego grzbiet przypominał rozszarpany kawałek brązowego materiału, którym ktoś wrzucił do puszki z czerwoną farbą. Pióra fruwały wokół tak chaotycznie, jakby ktoś nadał im własną wolę.
Gryf odwrócił się ku nam z lekko rozchylonym dziobem. Nawet z takiej odległości widać było drżenie zgarbionej, zakrwawionej sylwetki. Obrzucił nas pustym wzrokiem, powoli rozkładając skrzydła. 
A potem legł bezwładnie z pustym, kamiennym hukiem.
Ledwo do mnie dotarło, że wilki obskoczyły mnie jak sarnę, by spytać, czy wszystko w porządku, przyjrzeć się lepiej miejscu zdarzenia albo wymienić spostrzeżeniami. Mruknąłem coś i kiwnąłem głową, nie mogąc zdobyć się na lepszą odpowiedź. W mojej głowie pobrzmiewał niejasnym echem wesoły okrzyk rudego wilka. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy usłyszałem go naprawdę, w krótkim momencie, który jawił mi się jako czarna plama, niby atrament wylewający się z zepsutego pióra, czy tylko go sobie wyobraziłem.
Wilk zniknął.

<Cess?>

Uwagi: brak

piątek, 15 marca 2019

Od Magnusa "Akcja reaktywacja" cz. 1

Marzec 2023 r.
Pogoda paskudna tak jak wcześniej, z innymi wilkami widywałem się praktycznie tylko na polowaniach, humor dalej mi nie dopisywał. W zasadzie to nic się nie zmieniło od czasu, gdy z powodu burzy większość watahy zaczęła spędzać praktycznie cały swój czas w jaskiniach. 
Jedyną nowością była informacja o przenosinach, co po tak długim czasie niepewności wstrząsnęło w posadach naszym kruchym spokojem. 
Niby nic się jeszcze nie zmieniło, ale niemal czuć było coś innego w atmosferze, zmianę w nas samych. Cała ta monotonna szarość, która towarzyszy nam już tak długo, nagle rozjaśniła się całą swoją paletą odcieni. Nawet samotnie w czterech ścianach z upiornym oknem na nieuniknioną zagładę, niemal można odczuć niezwykłe ożywienie całej naszej małej społeczności.
Rzecz jasna, odczułem to. I były to chyba najwspanialsze chwile w życiu, które pamiętam. Miałem wrażenie, że ktoś wyrwał mnie z monotonnego półsnu w autobusie, otoczonym deszczową aurą, gdzie po prostu nie da się odpłynąć w pełni. Chodziłem w kółko po całej jaskini z niesamowitej, stłumionej ekscytacji, powoli narastającej gdzieś w głębi świadomości. Spakowałem do torby kilka pamiątek i zestaw rzeczy, które na pewno będę chciał zachować, z niecierpliwością czekałem na każde polowanie czy patrol, uprzątnąłem nawet świecącą już pustkami jaskinię, pozostawiając na wierzchu tylko książki i posłanie. Aż w końcu nie zostało mi już nic poza pełnym napięcia oczekiwaniem.
Jednak tym razem nie potrafiłem tego znieść. Czułem się nieprzyjemnie rozbudzony i pełen energii, powrócił zapał do pracy, której nawet po wyczerpujących łowach było po prostu za mało. Musiałem szybko znaleźć sobie zajęcie, inaczej chyba bym nie wytrzymał. 
I tak oto jest. Niewielki, szaro-biały hipogryf, podążający za mną trochę niepewnie stawiając łapy. Szpony? Kopyta? Po prostu kroki? Cieszyłem się jak dzieciak, który dostał wymarzony prezent, pogodnie i radośnie, niemal płynąc w rześkim powietrzu. Niesamowite uczucie. 
A doszło do tego w sposób, o który nigdy bym się nie podejrzewał.
Chyba nigdy nie podjąłem decyzji tak szybko. Podczas bezcelowego kręcenia się po jaskini przez myśl przemknęły mi zasłyszane gdzieś wieści o możliwym wyginięcia niektórych gatunków z naszych, nie tak już odlegle, starych terenów. Nie wiadomo, czy żyją gdzieś jeszcze, więc to szczytny cel i tak dalej. Na krótko po sprawdzeniu obecności wymknąłem się z jaskini.
Ruszyłem w stronę gór, w myślach układając listę stworzeń naturalnie je zamieszkujących, jak i tych, które z powodu burzy się tam przeniosły. Starałem się utrzymywać stałe tempo, ale ostatecznie zwolniłem z truchtu do szybkiego marszu po tym jak niemal się wywróciłem. Zignorowałem obitą lewą, przednią łapę, myślami błądząc po potencjalnych kryjówkach niknących stworzeń.
Czasami, bardzo rzadko, zazwyczaj podczas polowań, widywałem niektóre z tych niesamowitych bestii. Dwa gryfy i xerale, po jednym smoku latającym i hydrze. Udałem się w miejsca, w których je widywałem, ale z marnym skutkiem. Raz mignęły mi dwa czy trzy gnolle, przez co trochę zrzedła mi mina, jednak poza tym nie widziałem nawet kozic. 
Czas mijał. Nie spodziewałem się natychmiastowych efektów, starałem się zachować cierpliwość. Z niepokojem patrzyłem na chmury i coraz wyższe urwiska. Dalej nic. 
Aż w końcu burza się zniecierpliwiła.
Lunęło tak nagle, że dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z kropel niebieskiej wody, uderzających w mój grzbiet. Rozejrzałem się szybko, z narastającym niepokojem stwierdzając, że nie mam gdzie się skryć. Przyspieszyłem do ostrożnego biegu, panicznie rozglądając się z jakimś tymczasowym schronem. Przede mną ciągnęła się stroma ścieżka biegnąca przy skale, z jednej strony otoczona morderczą pustką. Spojrzałem w dół. Stromy zjazd i półka skalna. Jest pewna szansa, że znajduje się tam większa wnęka w skale, o ile nie pomyliłem miejsc. Jeśli zdecydowałbym się tam zejść, a nie znalazłbym niczego odpowiedniego, nie byłbym w stanie wrócić na górę, przynajmniej nie podczas opadu. Gdzieś dalej, idąc z traktem, na pewno znajduje się coś odpowiedniego, ale jest zdecydowanie za daleko, bo o jakieś dwadzieścia minut stąd, żwawym truchtem pod górę.
Nie zdążyłem zarejestrować co właściwie się stało w tamtym momencie. Właściwie to równie dobrze mogłoby nie wydarzyć się nic. Efekt byłby taki sami. Ot, załamanie w czasie i przestrzeni, małe ustępstwo w sposobie działania Wszechświata. Dla mnie jedno i to samo. W jednej chwili stałem tam, na ścieżce, powoli moknąc, w drugiej wpatrywałem się w lepki mrok, zalegający w wąskiej wyrwie w ciele góry, dźwigając swoje obolałe jestestwo na nogi. Starając się nie myśleć o tym, że za mną najpewniej znajduje się teraz kilkudziesięciometrowa przepaść, czym prędzej wbiegłem do jaskini. Przejście było węższe niż te do których byłem przyzwyczajony, na tyle szerokie, by pomieścić dwa stojące w ścisku, dorosłe wilki. W norze pachniało czymś ostrym, ale nie drażniącym. Zapach był bardzo wyrazisty, delikatnie przeplatał się z mocną, metaliczną wonią, nie odbierając przy tym pełni ani sobie, ani jej. Istniały oddzielnie, równocześnie tworząc wspólnie delikatną, nieco wilgotną tkankę.
Otrzepałem się niezgrabnie. W oczekiwaniu na przejście deszczu, w miarę możliwości doczyściłem i ułożyłem futro. 
Przez dłuższy czas nie działo się nic. Prawie zasnąłem, wsłuchując się w spokojny szum deszczu, gdy nagle u wejścia groty rozległ się trzepot skrzydeł. Zerwałem się na nogi i cofnąłem, bacznie obserwując wejście.
To właśnie wtedy szczęście się do mnie uśmiechnęło. U wylotu nory stał nieduży, przygarbiony hipogryf. Ptasia "połowa" przypominała nie do końca udaną, ale dość ciekawą krzyżówkę orła z sokołem, ze znaczną przewagą tego drugiego. Wewnętrzna część skrzydeł, gardziel i pierś pokrywało białe pierze w czarne cętki, zaś grzbiet był jasnoszary. Zad, szerokie kopyta okryte długim, gęstym włosiem i masywne nogi stworzenia przywodziły na myśl konia pociągowego.
Hybryda nie wyglądała tak, jakby miała złe zamiary, wręcz przeciwnie, byłem niemal pewien, że szukała pomocy. Zagubiona w całym tym chaosie, nie znacząca wiele istota dostrzegła w wilkach ratunek. 
Gdy tylko przestało padać, wyszedłem z jaskini, bogatszy o nowy rodzaj radości. Po kilku długich próbach udało mi się pokonać stromiznę i wrócić na ścieżkę. 
Wtedy mój towarzysz tylko patrzył.

<C.D.N.>

Uwagi: brak

sobota, 2 lutego 2019

Od Magnusa "Niepokój" cz. 1 (C.D. Chętny)

Sierpień 2022 r.
Szare sklepienie jaskini. Bardzo oczywisty i łatwy do wyobrażenia widok. Do tego stopnia, że przez dobrą chwilę zastanawiałem się, czy to jakieś urojenie.
Minęło tyle czasu, a dalej miewam podobne myśli. Niemal dwa lata. Według wilczej skali jestem praktycznie w średnim wieku, a mimo to dalej nie zdecydowałem się na jakieś środki przeciw starzeniu. Zdążyłem się zorientować, że takowe są dostępne już dość dawno, ale nie potrafię się w sobie zebrać. Idea magii dalej jakoś mnie nie przekonuje.
Zmuszony do częstego przesiadywania w zamkniętej przestrzeni miałem mnóstwo czasu na przemyślenia. Brak zajęcia denerwował mnie do tego stopnia, że chciałem wrócić do praktyki własnych zdolności magicznych. Jak na złość, czarne chmury skutecznie mi to uniemożliwiły. Przez długi czas siedziałem w pobliżu wejścia do swojej jaskini i wpatrywałem się w ten dziwny deszcz. Rzadko sięgałem po książkę, z powodu równie rzadkiej ochoty na czytanie.
Dziwnie się czułem. Z jednej strony trochę niepokoił mnie obecny stan rzeczy, z drugiej po prostu czekałem na rozwój wydarzeń. Oczekiwanie, to dobre słowo.
W końcu wszyscy się doczekaliśmy.
Padało bez przerwy przez dobre kilka godzin od mniej więcej środka nocy. Wyjątkowo nieprzyjemny ból głowy i potężne grzmoty, padające zdecydowanie za blisko, skutecznie wyrwały mnie ze snu. Uskoczyłem w głąb jaskini, niemal uderzając bokiem o skałę, gdy fioletowy piorun huknął praktycznie u wylotu nory. Drżąc na całym ciele, bezskutecznie próbowałem przebić wzrokiem mrok zalegający w jaskini. Pisk w obolałych uszach zagłuszył mi mój oddech, ale doskonale czułem, że jest znacznie przyspieszony. Dopiero po jakiejś minucie, dalej cały zjeżony, przeniosłem się w pobliże posłania i usiadłem obok. Miałem jako taki wgląd na zewnątrz, jednocześnie stojąc pod osłoną kamieni. Pomrukując słowa losowej piosenki zasłyszanej w radiu, oparłem głowę o ścianę. Pozostałem w tej pozycji niemal w bezruchu przez dłuższy czas. Co jakiś czas błyskawice rozświetlały okolicę fiołkowym światłem. Wrażliwie wilcze uszy nie znosiły zbyt dobrze towarzyszącego im grzmotu, ale był to widok na swój sposób piękny.
Kiedy półmrok dnia trwał już od co najmniej paru godzin, a deszcz powoli cichł, powietrze obok drgnęło. Podniosłem głowę, spojrzałem na posłańca. Już się do nich przyzwyczaiłem, ale za pierwszym razem omal nie dostałem zawału, gdy ktoś nagle odezwał się tuż obok mnie. Skinąłem wilkowi na powitanie, na co ten odpowiedział tym samym.
– Alfy nakazują stawić się łowcom na polowaniu, kiedy przestanie padać – oznajmił basior beznamiętnie.
– Rozumiem. – odparłem, odwracając łeb.
Zawahał się, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale ostatecznie musiał się rozmyślić, bo gdy po raz drugi spojrzałem w tamtą stronę, nikogo już tam nie było. Błysnęło w oddali, grzmot dotarł do moich uszu dopiero po chwili. Westchnąłem cicho, owijając ogon wokół łap. Zacząłem się zastanawiać ile jeszcze razy zobaczę w życiu fioletową błyskawicę. Nawet w świecie magii i czarodziejstwa jest to podobno nietypowe zjawisko, więc może warto poczekać na kolejne?

***

Ostrożnie stawiałem kroki, uważając by nie wpaść łapą w żadną z kałuż. O ile fioletowe pioruny wydawały się dziwnie piękne, tak to co pozostawiał za sobą deszcz było wyjątkowo odpychające. W powietrzu dalej wisiała nieprzyjemna wilgoć, a wiatr dął tak silnie, że idąc nie mogłem się do końca wyprostować. Ścieżka w odsłoniętym miejscu nie była za dobrym wyborem na taką pogodę, ale inne skutecznie odstraszyły mnie dużą ilością niemożliwego do ominięcia niebieskiego nalotu. Droga na umówione miejsce nie była co prawda długa, w normalnych warunkach pokonałbym ją w kilka minut, jednak w obecnej sytuacji zajęło mi to dużo dłużej. W pewnym momencie mało brakowało, bym nie poślizgnął się na jednej z niebieskawych, mętnych kałuż przy próbie jej przeskoczenia, co pewnie skończyłoby się niezbyt przyjemnym spotkaniem ze skalnym rumowiskiem. Przez dłuższą chwilę nie byłem w stanie nawet drgnąć, w ciszy wpatrując się w luźny materiał skalny jak w oczy samej śmierci.
Dotarłem na miejsce zbiórki jako jeden z ostatnich. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to obecność nie tylko goniących czy zabijających o charakterystycznym, ciemnym futrze, ale też strażników terenów i patrolu z naszej części watahy. Widocznie intensywność ostatnich deszczy dała nam się we znaki bardziej niż przypuszczałem.
– To wszyscy? – spytała wadera o której wiedziałem tylko tyle, że ma na imię Ireng i raczej nie chcę wdawać się z nią w jakąkolwiek dyskusję.
Rozległ się pomruk aprobaty.
– W takim razie ruszamy, zanim znowu zacznie padać. – rzekła wadera, kiwając głową na grupę.
Przez ryk wiatru przedarło się tylko szuranie pazurów o skałę.

<Chętny?>

Uwagi: brak

środa, 29 sierpnia 2018

Od Magnusa "We mgle" cz. 2

Październik 2020r.
Jako pierwszy pojawiłem się na miejscu zbiórki grup polowań. Usiadłem na skraju polany, przyglądając się skaczącym po gałązkach krzaku bzu wróblom. Pochmurne niebo zaczęło czernieć, zwiastując kolejne opady. Z głębi lasu dobiegło mnie ciche pohukiwanie.
Około kwadrans później usłyszałem, jak jakiś wilk biegnie w moją stronę. Zastrzygłem uszami i odwróciłem głowę w jego stronę.
Zbliżała się do mnie wadera o futrze w kolorze gorzkiej czekolady. Uwagę przykuwały błękitne skrzydła, wyglądające, jakby miały rozpłynąć się w powietrzu. Wilczyca była ode mnie sporo wyższa.
– Cześć – uśmiechnęła się.
– Witam – obrzuciłem ją wzrokiem, stwierdzając, że jest ode mnie młodsza, nawet jak na wilcze standardy.
– Na kogoś jeszcze czekamy? – zapytała.
– Dante. Zaraz powinien być – odparłem, z powrotem wracając do obserwacji wróbli.
– Nazywam się Bona – dodała po chwili, siadając obok.
– Magnus. Miło poznać.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że wadera patrzy na mnie wyczekująco. Musiałem się zamyślić.
– Słucham? – mruknąłem, spoglądając na nią.
– Nie słuchasz.
Z lekka zirytowało mnie to, że uznała, iż może przejść już na "ty". Kto ją wychował?
– Zamyśliłem się. – odwróciłem wzrok.
– Pewnie jesteś tu od niedawna? – spytała.
– Tak – odparłem beznamiętnym tonem.
– Od jak... – Bonie przerwało nadejście Dante, za co w duchu mu podziękowałem.
– Przepraszam za spóźnienie, musiałem pomóc Alfom – uśmiechnął się przepraszająco.
Kiwnąłem głową, a Bona stwierdziła, że "nie ma problemu". Omówiliśmy plan działania. Za dzisiejszy cel obraliśmy znajdujące się na południowym zachodzie stado saren, wytropione przez Dante dzień wcześniej. Rozpoczęliśmy wędrówkę na południe, w celu ominięcia Drzewa Wiedzy. Przez większą część drogi rozmyślałem o tym intrygującym bycie. Miałem wiele pytań dotyczących zarówno swojej przeszłości, jak i przyszłości. Rozważałem, czy warto podjąć ryzyko i ostatecznie się rozmyśliłem.
Po około godzinnym marszu dotarliśmy na granicę Zielonego Lasu. W pobliżu można było dostrzec już złociste korony. Spomiędzy masywnych pni wyglądały dwa tęczowe unipegi, przyglądające nam się z zainteresowaniem.
– Dziwne... – Dante rozejrzał się. – Nigdzie nie czuć ich zapachu, a mógłbym przysiąc, że jeszcze wczoraj tu były.
– Szukajmy dalej – zaproponowała Bona.
Przez dłuższy czas kręciliśmy się po okolicy. Deszcz pojawił się tak nagle, jak zniknął i zaczął tworzyć głębokie kałuże. Zdążyłem potknąć się trzy razy i wpaść do wody, doszczętnie przemakając.
W końcu natrafiliśmy na pojedynczy trop. Zbłąkana sarna była tak zdezorientowana, że darowaliśmy sobie gonitwę. Dante po prostu rzucił się na nią i rozszarpał jej gardło, nim zdążyła zareagować. Chwilę jeszcze pokręciliśmy się w okolicy, ale nie znaleźliśmy ani śladu po stadzie.
Basior trochę zmartwił się, Bona nie powiedziała nic. Skierowaliśmy się do Jeziora i złowiliśmy dwie ryby, w drodze powrotnej chwytając jeszcze starego zająca, wyglądającego tak żałośnie, że z pewnością długo już by nie pożył. Wróciliśmy do watahy sporo spóźnieni. Żaden z łupów nie trafił do spiżarni. Wszystkiego było za mało.
Powróciłem do swojej jaskini i wziąłem się za urządzanie swojego lokum. Posłanie przeniosłem pod lewą ścianę, obok wyjścia, tak, by jak najlepiej ochronić się przed wiatrem z zewnątrz i umieściłem na nim brązowy koc. Przyniosłem z Lasu przemoczony chrust, którego chciałem po wyschnięciu zrobić ognisko, a także kilka desek, z których w około godzinę godziny udało mi się zbić prowizoryczne, niezbyt stabilne biurko, które umieściłem przy prawej ścianie. Do wnęk w skale włożyłem książki i większość zabranych z domu drobiazgów. Po lewej stronie biurka znalazła się skrzynka na narzędzia i apteczka. Dostrzegłem też półkę w skale nad wejściem, do której nie miałem jak się w chwili obecnej dostać. Postanowiłem w najbliższym czasie zdobyć w Mieście w drabinę i wykorzystać dodatkową przestrzeń jako schowek.
Zadowolony ze swojego dzieła, usiadłem na legowisku. Obraz przez moimi oczami zaczął znajomo migać, zwiastując nadchodzący atak migreny. Westchnąłem i wlepiłem wzrok w zegar, czekając na rozpoczęcie swojego patrolu.
To będzie długa noc.

<C.D.N.>

Uwagi: "Pojedynczy" piszemy przez "n".

niedziela, 12 sierpnia 2018

Od Magnusa "Festyn i organizacje" cz. 4 (C.D. Chętny technik)

Marzec 2021r.
Gdy ostatnia deska znalazła się na swoim miejscu, z westchnieniem usiadłem na ziemi. Joel przeciągnął się i ziewnął cicho, również dając sobie chwilę na odpoczynek. Przymknąłem oczy i wyrównałem oddech, starając przypomnieć sobie ćwiczenia oddechowe, zalecane jeszcze w szpitalu.
Ból był prawie autentyczny, gdy tylko wspomniałem to dziwne miejsce, w którym mój świat zniknął, zastąpiony innym, nieznanym. Skrzywiłem się, mimowolnie wracając myślami do tamtego feralnego dnia. Obrazy i urywki zdań przewijały się w mojej pamięci, mieszając się z krzykiem kobiety. Chciała się do mnie dostać? Jeśli rzeczywiście tak było, to co mogło nią kierować? Nienawiść, smutek, tęsknota? Ale czy warto zawracać sobie tym głowę?
Wspomnienie rozpłynęło się.
Dostrzegłem zbliżającą się Lind. Wadera w zabawny sposób zmarszczyła nos i zwróciła łeb w kierunku, o ile się nie mylę, Wrzosowej Łąki. Joel przemienił się w wilka i od razu do niej podszedł, zdając relację ze stanu budowy. Obejrzałem się za siebie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi.
– Jest i Dan! – usłyszałem głos muzyka, podchodząc do współpracowników. Współpracowników? Co takiego?
Rzeczywiście, błękitny basior zbliżał się do nas niemal tanecznym, acz mniej energicznym niż poprzednio, krokiem.
– Jak widzę, a raczej czuję, grupa polowań wywiązała się ze swoich obowiązków – Dante wciągnął powietrze przez nos i zamruczał z lubością, tym samym doprowadzając Lind do śmiechu.
Technicy ruszyli w stronę polany w pobliżu Wrzosowej Łąki, która na czas trwania festynu miała stanowić miejsce w którym gromadzone będą łupy grup polowań. Zmieniłem formę na wilczą i poszedłem za nimi.
***
Podczas posiłku niemal całkowicie wyłączyłem się z rozmowy, błądząc myślami po szarym świecie ludzi z Miasta. Zdawać się może, zupełne przeciwieństwo barwnej krainy za sztachetowymi ogrodzeniami białych domków na przedmieściach i murami drzew, stojących na straży tego miejsca. Żyję w tym różowym świecie jakby na siłę, raz za razem poznając jego to jaskrawszą, to bardziej krwawą stronę, napełniającą mnie podziwem albo strachem. Strachem przed nieznanym.
Gdy dyskusja zeszła na tematy bardziej zbliżone do festynu, a z sarny nam przeznaczonej zostały tylko kości, oddaliliśmy się kawałek, by zrobić miejsce dla innych. Nadstawiłem uszu.
– Właśnie, Dante, co z tymi ławkami? – spytała Lind.
– Długo nad tym myślałem, ale jedyne co przyszło mi do głowy, to ścięcie kolejnych drzewek. – błękitny basior potrząsnął łbem – Obróbką już się zająłem, czekają na transport.
Nikt nie pytał, dlaczego nie przeniósł ich sam, tak jak to zrobił z dębem przeznaczonym na deski. Wyglądał na zmęczonego pracą, co razem z ubrudzonym po jedzeniu pyskiem dawało dość osobliwy efekt. Mimo to, zachowywał optymistyczne podejście.
– Jutro już powinny być elementy oświetlenia – powiedział Joel, przystając.
– Trzeba będzie dokupić też zastawę – dodała wadera.
– Ławki, zastawa i lampy – zaczął wyliczać Dante – Coś jeszcze?
– Nie zapominaj o wyposażeniu kuchni – muzyk machnął ogonem.
– Alfy wspominały też o ewentualnym zakupie palnika – wtrąciłem.
– Czyli szykuje się większa wycieczka do Miasta... Trzeba by to wszystko rozplanować.
Ku niezadowoleniu fanatyka broni palnej, zajęliśmy się sprawą od razu. Ustaliliśmy, że Lind i Joel rozpoczną prace nad instalacją "lamp", a w tym czasie ja i Dante wybierzemy się po resztę zaopatrzenia. Następnie wspólnymi siłami mamy przetransportować ławeczki pod Amfiteatr. W międzyczasie miał do nas dołączyć też niejaki Asgrim, wilk, którego napotkałem w Górach. Nie mogłem powiedzieć, że jestem tym zachwycony. Basior wydawał mi się niepoważny, niemal dziecinny, dodatkowo odnosiłem wrażenie, że za mną nie przepada. Trudno mi powiedzieć czy z wzajemnością, ale zdecydowanie nie zaczęliśmy najlepiej.
Wkrótce się rozeszliśmy. Byłem co prawda zmęczony, ale nie miałem najmniejszej ochoty na odpoczynek. Po wizycie nad Wodospadem, udałem się do swojej jaskini.
Mając już przekroczyć "próg" swojego lokum, spojrzałem jeszcze w stronę zachodzącego słońca. Złociste promienie zabarwiły pierzaste chmury na miły dla oka, delikatny odcień różu. Pomarańczowe niebo powoli wygasało, ciągnąc za sobą usiany bladymi jeszcze gwiazdami, ciemny płaszcz. Szum wiatru, obijającego się o skały, powoli cichł, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienie.
Nie ruszyłem się z miejsca do momentu, w którym po ognistej kuli została tylko smuga na horyzoncie. Opuściłem wzrok i mrugnąłem kilka razy, by wyostrzyć obraz przed sobą. Moim oczom ukazała się flanca jarzębiny, wysoka na około pół metra. Roślina wypuściła już pierwsze liście.
Jak drzewo jej pokroju zdołało przyjąć się w takim miejscu, pozostaje dla mnie zagadką.

<Chętny?>

Uwagi: Brak.

sobota, 12 maja 2018

Od Magnusa "Renowacja" cz. 2 (C.D. Joel)

 Listopad 2020
W końcu musiał nadejść moment, w którym zatrzymam się, na chwilę zejdę z drogi wiecznie pędzącego życia watahy i zastanowię się. Tak też stało się pewnego mglistego popołudnia, gdy stwierdziłem, że zwyczajnie mam dość. Nie chodziło o napięty grafik, czy nawet życie w środowisku tak odmiennym od znanego mi, ludzkiego życia, za którym tęskniłem coraz bardziej. Nie o to, a dręczący mnie już co noc sen, z przeraźliwie wręcz szczęśliwą kobietą. Najzwyczajniej w świecie bałem się. Próbowałem wmówić sobie, że to tylko koszmar i nie ma większego znaczenia. A jednak, jak dziecko bojące się potwora spod łóżka, nie wytrzymałem.
Wybiegłem truchtem z jaskini, nie szczędząc przy tym wściekłego powarkiwania. Dwie wadery, akurat przechodzące obok, posłały mi zaskoczone spojrzenia. Przystanąłem na chwilę i przymknąłem oczy, próbując się uspokoić. Wziąłem głęboki wdech, przez chwilę stałem nieruchomo. Mimowolnie spojrzałem na wilczyce, coś szepczące między sobą i rzucające mi ukradkowe spojrzenia. W takich momentach jak ten, naprawdę żałowałem, że nie mogę zabijać wzrokiem. Już w pełnym cwale, popędziłem w stronę Zielonego Lasu.
Niemalże wskakując do wody, ruszyłem dalej. Czas, swoim starym zwyczajem, płynął dalej, a emocje stopniowo przygasały. Zalała mnie fala ogłupienia, gdy zdałem sobie sprawę ze swojego położenia. Nieruchoma, szara woda otaczała mnie z każdej strony, a zapach wilgoci był wręcz nie do zniesienia. Wyklinając pod nosem cały świat, rozejrzałem się, próbując zorientować się w swoim położeniu.
Rdzawoszare, pozbawione liści pnie drzew rzucały smętne cienie na nieruchomą, czarną toń. Mlecznobiała mgła była tak gęsta, że można by kroić ją nożem. Wodę wokół moich łap co jakiś czas przecinała srebrzysta ławica drobnych, smukłych ryb, poszukujących pożywienia wśród kamieni na dnie.
Udało mi się mniej więcej określić punkt, w którym się znajdowałem. Postanowiłem znaleźć spokojne, odosobnione miejsce, w którym trochę odpocznę i spokojnie poddam analizie własne emocje. Padło na Park.
Po dłuższym marszu dotarłem na miejsce. Przemiana w człowieka przyszła mi dużo łatwiej niż kilka tygodni temu, co bardzo mnie usatysfakcjonowało. Los jednak okazał się być wyjątkowo złośliwym kompanem. Poślizgnąłem się na schodach, ledwo łapiąc równowagę. Z rezygnacją spojrzałem na swoje buty, ubrudzone we wszechobecnym błocie. Po raz kolejny zatęskniłem za swoim starym mieszkaniem i wszystkimi znajdującymi się tam ubraniami, które prawdopodobnie były już poza moim zasięgiem. Wszystko dzieje się tak szybko... Ani się obejrzę, a uznają mnie za zmarłego...
– Dzień dobry! – rozmyślania przerwał mi niski, męski głos.
Zaskoczony spojrzałem w stronę, z której dochodził dźwięk. Dostrzegłem brązowowłosego mężczyznę, siedzącego na kamieniu koło wejścia do Parku. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to wręcz komiczny strój, wyglądający tak, jakby nie miał styczności ze środkami czystości od co najmniej miesiąca. Szybko skarciłem się za tą myśl. W taką pogodę to przecież normalne. Ze strojem praktycznie wizytowym, to ja tu wyglądam jak idiota.
– Dzień dobry... – odparłem z wahaniem.
Nieznacznie przyspieszając, oddaliłem się trochę. Przez pierwsze minuty żywiłem cichą nadzieję, że nieznajomy opuści to miejsce, ale w dalszym ciągu czułem na sobie jego wzrok. Coraz bardziej zirytowany, miałem już zamiar opuścić skwer, gdy po raz kolejny usłyszałem głos obcego.
– Masz jakiś problem? Wyglądasz jakbyś wolał, by to miejsce było puste, bo nadaje się do rozważań.
W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co miał na myśli. Raptownie odwróciłem się w jego kierunku, próbując zrozumieć, co miał na myśli.
– Wybacz, nie miałem na myśli nic złego. Po prostu... niektóre osoby mają jakieś kłopoty, ale brakuje im kogoś do wygadania się. Może i się nie znamy, ale zapewniam, że i tak nie miałbym co z tymi informacjami zrobić.
W tamtym momencie coś się we mnie przełamało. Nie mogłem wiecznie odsuwać od siebie myśli, że trzeba zatrzymać ten niezdrowy proces, w jaki się wpakowałem. Ciągła praca nie była tym, po co tu przybyłem. W głębi duszy wiedziałem, że pragnę i potrzebuję ambicji, ale nie chciałem o tym myśleć. Dlaczego? Nie chciałem pogodzić się ze stratą wszystkiego, co i tak zniknęło z mojego życia. Podświadomie dalej żywiłem nadzieję, że to wszystko tylko koszmar, senna mara, która prędzej musi się skończyć.
– Tak, mam problem. – odparłem, sam siebie zaskakując.
– Zatem... Jeśli chcesz o tym komuś opowiedzieć, to słucham.
Odniosłem wrażenie, że w przeszłości nie byłem bardziej towarzyski, niż w tamtym czasie. Z początku ciężko było mi mówić o sobie i o swoich problemach, pomijając nawet fakt, że niepotrzebnie obarczałem nimi, choćby w tak pośredni sposób, kogoś innego, niż siebie. Jednak, poznawszy wcześniej imię swojego rozmówcy, z każdym słowem czułem się coraz lepiej.
Wkrótce przeszliśmy na nieco luźniejsze tematy, co nawet mi odpowiadało. Zaskoczyła mnie wiadomość, że Joel również pochodzi z Miasta, a nawet z tej samej okolicy, co ja. Przynajmniej nie siedzę w tym bagnie sam.
Około czterdziestu minut później postanowiliśmy ruszyć się sprzed bramy. Usiadłem na ławce koło okazałego krzewu rododendronu, uważnie obserwując poczynania wróbla, siedzącego na jednej z uschniętych gałązek. Jedna z jej nóg niebezpiecznie skrzypnęła i zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować, już siedziałem w błocie.
– Cholera... – mruknąłem, podnosząc się z ziemi.
<Joel?>

Uwagi: Brak daty!

piątek, 20 kwietnia 2018

Od Magnusa "We mgle" cz. 1

Październik 2020 r.
Wzdrygnąłem się, poczuwszy jak lodowate strugi deszczu zaczynają siec mnie po twarzy. Nałożyłem kaptur na głowę i przyspieszyłem kroku. Rozejrzałem się po znajomej ulicy i wypatrzyłem blok numer dziewięć. Skierowałem swoje kroki w jego stronę. W duchu odetchnąłem z ulgą – ta część miasta znajdowała się na tyle wysoko, że nie została całkowicie zalana. Szybko przekroczyłem ulicę, którą można było porównać do potoku, pędzącego na niższe tereny i prawie zaliczyłem wywrotkę, potykając się o krawężnik. W ostatniej chwili złapałem równowagę i ruszyłem dalej.
Zatrzymałem się przed klatką schodową. Ciemność spowijała wszystko wokół, a ściana bezustannie spadającej z nieba wody przysłaniała mi widok. Latarnie stanowiły jedyne źródło światła w najbliższej okolicy, nie licząc błyskających świateł przejeżdżających po drodze aut. Desperacja i upartość niektórych ludzi jest wręcz niepojęta.
Zmrużyłem oczy i, po chwili zastanowienia, niemal bezwiednie wpisałem na domofonie znajomy kod. Mechanizm w drzwiach zabrzęczał, a ja wszedłem do środka.
Będąc na trzecim piętrze, zajrzałem pod wycieraczkę, i, uważnie nasłuchując, czy nikt się nie zbliża, wyjąłem schowany pod nią klucz. Już po chwili znajdowałem się w swoim mieszkaniu, dziękując w duchu rodzicom, za to, że podali mi dokładny adres mojego poprzedniego miejsca zamieszkania.
Nie miałem czasu na dokładniejsze poszukiwania, więc odszukałem to po co przyszedłem i zawróciłem, zostawiając wszystko w takim stanie, w jakim je zastałem, przy okazji narzucając na siebie znaleziony w mieszkaniu płaszcz.
Drzwi zamknęły się za mną. Chłodny wiatr nieprzyjemnie zaświszczał mi w uszach. Poprawiłem w dłoni wypełnioną po brzegi, płócienną torbę, w której niosłem swoje znaleziska i obrałem kierunek na wspólny dom.
Dotarłszy na miejsce, wygrzebałem z kieszeni bluzy klucz i otworzyłem drzwi. Jak się okazało, byłem sam. Zdjąłem buty i odwiesiłem płaszcz na wieszak. Wszedłem do kuchni i położyłem torbę na stole, z zamiarem dokładniejszych oględzin zabranych z mieszkania przedmiotów.
Na blacie wylądował brązowy koc, apteczka, zatęchły, zwinięty w rulon, niewielki dywan, cztery książki, zegar naścienny, skrzynka z narzędziami, kilka bardziej lub mniej przydatnych drobiazgów, oraz szara torba medyczna. Nie miałem pewności, czy kiedykolwiek skorzystam z niej w sposób, do którego została przeznaczona, ale uznałem, że i tak może mi się przydać.
Zadowolony ze swoich "łowów", z powrotem schowałem znaleziska do torby. Zerknąłem na zegar i stwierdziłem, że jeśli się nie pospieszę, spóźnię się do pracy. Wróciłem do przedpokoju, narzuciłem na plecy płaszcz i wyszedłem na zewnątrz.
Po około piętnastominutowym marszu przez niezbyt często uczęszczane uliczki, dotarłem do swojego miejsca pracy. Supermarket nie należał do największych, a uwagę przykuwały głównie krzykliwe i ekstrawaganckie ogłoszenia o przecenach. Skrzywiłem się na ten widok.
Skierowałem się do wejścia dla personelu. Wszedłem do środka, zdjąłem płaszcz i od razu skierowałem się do magazynu. Dwójka współpracowników, obsługujących wózki widłowe, rzuciło w moją stronę krótkie spojrzenia i się przywitało. Odpowiedziałem im i podszedłem do stosu pudeł z napojami. Ktoś wcześniej już sporządził listę towarów do uzupełnienia. Szybko przebiegłem po niej wzrokiem i zacząłem szukać odpowiedniego towaru. Ktoś włączył radio, co spotkało się z cichym pomrukiem aprobaty innych pracowników. Po chwili rozpoczęły się też pierwsze rozmowy. Odnalazłem karton z wodą mineralną i z trudem go podniosłem.
 – Ej, zielony!
Podskoczyłem, prawie upuszczając przy tym trzymany przedmiot.
– Co? – zmierzyłem delikwenta wzrokiem.
Facet miał jasne włosy, ścięte na jeża i piwne oczy. Był ode mnie wyższy o jakieś dwadzieścia centymetrów, mógł też poszczycić się potężną sylwetką. Miał całkiem sympatyczną twarz, był mniej więcej w moim wieku. W oczy rzucały się duże, spracowane dłonie.  
– Zapomniałeś tego – rzucił mi kamizelkę odblaskową.
Czy to naprawdę konieczne?, chciałem powiedzieć, ale w porę ugryzłem się w język.
– Dzięki – odłożyłem na chwilę karton, by podnieść i włożyć niechciany element ubioru.
– Pomóc ci z tym? Chłopaki zgarnęli wszystkie wózki i nie mam co z sobą począć – powiedział.
Nie miałem najmniejszej ochoty na zawieranie znajomości z tymi ludźmi, ale było to niestety nieuniknione.
– Wyglądasz... - zaczął niepewnie. – jak ten gość co zwiał z psychiatryka.
Zagotowało się we mnie ze złości, gdy usłyszałem to określenie. 
– To mój brat – wymyśliłem na poczekaniu.
Mariusz zmarszczył brwi.
– Mógłbym przysiąc, że też nazywa się Magnus. – odezwał się w końcu.
Odczułem przemożną chęć zignorowania natręta, ale nie mogłem pozwolić, by prawda wyszła na jaw.
– To pomyłka. – głos lekko mi się zachwiał.
– Jak nie chcesz o tym mówić, to nie ma problemu – podniósł ręce w obronnym geście.
Westchnąłem z ulgą i wróciłem do pracy.
***
Skończyłem pracę o trzeciej nad ranem. Mając jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia patrolu, wróciłem do watahy. Po drodze zahaczyłem o wspólny dom i zabrałem z niego wcześniej przygotowaną torbę. Droga zajęła mi około dwóch godzin. Gdy dotarłem na miejsce, nawet nie czekając aż moje futro wyschnie, położyłem się na przygotowanym jakieś dwa tygodnie wcześniej posłaniu z pożółkłych traw i wilgotnego mchu. Po około dziesięciu minutach, odpłynąłem.
Znowu stałem na środku szpitalnego korytarza. Krople bębniły w okna, a ciszę co jakiś czas rozrywał grzmot. Otoczenie spowite było szarą mgłą.
Po raz kolejny zza zakrętu wybiegła kobieta. Jej włosy były nieznacznie dłuższe niż poprzednio, tym razem miała na sobie prostą, zieloną tunikę. Bez przerwy się uśmiechała. Gdy spojrzała w moją stronę, roześmiała się serdecznie.
Popędziłem za nią, i tak jak poprzednim razem, nie mogłem jej dogonić. Zatrzymałem się, by złapać oddech. Sceneria zmieniła się. Stałem na łące, po brzegi wypełnionej różnokolorowym kwieciem. Zza wzgórza przede mną wyłoniło się wschodzące słońce, a wraz z nim pojawiła się kobieta. Siedziała wśród traw, wpatrując się bezchmurne niebo.
I znowu byłem w szpitalu. Stałem przed drzwiami prowadzącymi do wyjścia. Otworzyłem je. Przed oczami jeszcze raz mignęła mi łąka i roześmiana twarz nieznajomej.
Otworzyłem oczy, próbując cokolwiek zrozumieć ze snu. W głowie kołatały mi się pytania bez odpowiedzi. Jedno z nich przyćmiewało całą resztę, nie dając mi spokoju.
Kim ona jest?
<C.D.N.>
Uwagi: Czcionka...

środa, 11 kwietnia 2018

Od Magnusa "Replay" cz. 1 (C.D. Lind)

Wrzesień 2020 r.
Otwierając oczy miałem nadzieję ujrzeć promienie słońca, padające na jasną pościel, rozświetlając nieznane pomieszczenie, który kiedyś mogłem nazwać własnym. Jednak jak na ironię - po raz enty oślepiła mnie biel sterylnego, szpitalnego pokoju. Zmrużyłem oczy z niezadowoleniem przewracając się na drugi bok. Po raz kolejny ogarnęło mnie przelotne rozczarowanie. Dalej tu jestem.
Podniosłem się do siadu. Syknąłem. Promieniujący ból rozszedł się po mojej głowie, by po chwili zniknąć. Atakował znienacka, zazwyczaj tuż po przebudzeniu, do czego nie mogłem się przyzwyczaić.
Szerzej otworzyłem oczy. Barwy zlewały się ze sobą, uniemożliwiając mi rozróżnienie pojedynczych przedmiotów. Sięgnąłem do szafki, stojącej obok szpitalnego łóżka, chwilę szukając swoich okularów. Nałożyłem je, a świat nabrał ostrości.
Przeniosłem wzrok na zegar, znajdujący się na ścianie po mojej lewej. Piąta dwadzieścia sześć. Czyli trochę jeszcze poczekam. 
Nie mając niczego lepszego do roboty, podniosłem leżącą na podłodze encyklopedię medyczną, którą prawdopodobnie zrzuciłem tam przez sen. Przez chwilę kartkowałem strony grubego tomu, w poszukiwaniu odpowiedniej strony. Po chwili skupiłem się na lekturze.
***
Minęły dwie godziny. Spojrzałem kątem oka na opróżnioną już tacę ze śniadaniem, w duchu wyklinając wszystkie obowiązujące mnie tu ograniczenia. Najzwyczajniej w świecie byłem głodny, a porcje jakie otrzymywałem w zakładzie nie należały do największych.
Te i podobne przyziemne rozmyślania przerwał mi dźwięk bosych stóp, uderzających o podłogę na korytarzu. Były na tyle delikatne, że mogłem podejrzewać o zakłócanie spokoju mojego i innych pacjentów tylko kobietę lub jakiegoś dzieciaka. Przez myśl mi przemknęło, że pewnie uciekł z oddziału uzależnień i ucieka przed koszmarem, jakim jest dla niego odwyk. Najspokojniej w świecie wróciłem do lektury.
Ktoś uderzył w drzwi do mojego pokoju. Podskoczyłem z wrażenia, upuszczając książkę na ziemię. Zaskoczenie szybko przerodziło się w irytację i niechęć do uciekiniera. Szarpnął za klamkę, na co zareagowałem poderwaniem się na nogi. Czego ten smarkacz ode mnie chce? 
Drzwi uchyliły się w momencie, gdy już miałem podejść i nawrzeszczeć na nieznajomego. Znieruchomiałem.
Kolejna osoba pojawiła się na korytarzu, co rozpoznałem po szybkich krokach, rozchodzących się w przestrzeni wszechobecnym echem.
– Agnis, nie! – usłyszałem znajomy głos. 
Einar. 
Mój przyjaciel odciągnął delikwenta. Ciszę przeszył wściekły, kobiecy wrzask, który prędzej przypisałbym do rozwścieczonej bestii, żywcem wziętej z horroru, niż do człowieka. Na korytarzu rozległy się ciężkie uderzenia butów lekarzy, dźwięki szarpaniny i kolejne krzyki kobiety. 
Stałem jak sparaliżowany, próbując rozkazać swojemu ciału wykonanie kroku w kierunku drzwi. Bezskutecznie. Coś w głosie kobiety dogłębnie mnie przerażało, a równocześnie przyciągało. Jakbym kiedyś już to słyszał... 
Po kilku minutach wrzaski ucichły, a lekarze wraz z kobietą oddalili się. Uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas stałem gotowy do ucieczki. Rozluźniłem się i z westchnieniem usiadłem na łóżku. Podparłem głowę na rękach, a te na kolanach i przez chwilę trwałem w tej pozycji, zmagając się z kolejnym bólem głowy. Drzwi uchyliły się, a do pomieszczenia wszedł Einar, którego rozpoznałem po charakterystycznym, dziarskim kroku. Podniosłem głowę.
– Tjena, Magnus! - przywitał się w naszym ojczystym języku.
– Hejsan, Einar – odparłem.
– Wszystko OK? – zagadnął.
– Skąd to pytanie?
Zakłopotał się.
– Chodzi o Agnis? – specjalnie zaakcentowałem imię kobiety.
Wbił wzrok w swoje buty, a nietypowe dla Szwedów, miodowe włosy, opadły mu na twarz.
– Kto to jest? – zapytałem, po raz pierwszy na niego spoglądając.
– Nikt specjalny – odparł trochę za szybko.
– Czy aby na pewno?
– Cierpi na zaburzenia osobowości... I ją tu leczą – odparł po chwili.
Zmrużyłem oczy i uniosłem brwi.
– Coś ci nie wierzę – powiedziałem.
– W takim razie masz problem – przewróciłem oczami, słysząc typową dla niego, gimbusowską odzywkę – Agnis jest chora i urwała im się z oddziału.
– W takim razie skąd wiedziałeś jak się nazywa?
– Pomagam tu czasem... – zaczął bawić się rąbkiem koszuli – A tę pannę goniłem już drugi raz.
– A ja myślę, że po prostu ci się podoba.
– Co... Co? Nie! – uniósł ręce w geście obronnym. – Jasne, że nie! Coś ty sobie znowu ubzdurał?
– Mówię, co widzę – uśmiechnąłem się półgębkiem.
– Cud się stał! Doktorek się uśmiechnął! – Einar roześmiał się. – I nie, nie masz racji. Nie podoba mi się.
– Wmawiaj to sobie – uśmiech jeszcze przez chwilę gościł na mojej twarzy, by po chwili zniknąć.
Einar westchnął zrezygnowany. Zastanowił mnie sposób, w jaki wtedy na mnie spojrzał. Jakby... Ze współczuciem?
Rozmawiałyśmy jeszcze przez kilkanaście minut, po czym mężczyzna oświadczył, że musi już iść.
Spojrzałem na zegar. Za dziesięć minut przyjdzie lekarz. Westchnąłem na tę myśl, starając się stłumić napływające mi do głowy myśli.
Nie powiedział mi wszystkiego. Byłem tego pewien.
***
Było późne popołudnie, gdy ostatni z trzech terapeutów opuścił mój pokój. Przeniosłem wzrok z drzwi na widok za oknem. Szare chmury zakrywały niebo, a o parapet dudniły ciężkie krople. Moją uwagę przykuła samotna latarnia, pod którą kulił się ogromny, szary pies. Postawione na sztorc uszy i typowe dla wilczków ubarwienie wskazywało na jego półdzikie pochodzenie. Przyglądałem mu się przez dłuższy czas, zastanawiając się, czy kiedyś miałem psa. Zamknąłem oczy i dręczony nagłym zmęczeniem, zapadłem w płytki sen. 
Stałem w korytarzu dobrze znanego mi szpitala. Przez przeszklone, obrotowe drzwi po lewej wpadało blade światło deszczowego dnia. Po prawej stronie znajdowała się recepcja, a przede mną ciągnął się pusty korytarz, którego ściany podpierał długi rząd niebieskich krzesełek, co kilka metrów przecinany przez drzwi.
Nagle zza zakrętu wyłoniła się kobieta. Lśniące, mysie włosy, okalały jej drobną twarz, a smukła sylwetka przywodziła na myśl kwiat. Miała na sobie luźną, niebieską koszulę i zwykłe dżinsy. Jej bose stopy miękko uderzały o podłogę. Głębokie, szare oczy zalśniły, a uśmiech twarz rozświetlił uśmiech, gdy spojrzała w moją stronę.   
Zniknęła za zakrętem. 
Czekaj!, chciałem krzyknąć, jednak nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu. Pobiegłem za nią. Za każdym razem znikała za zakrętem w momencie gdy już ją dościgałem. Trwało to długo, bardzo długo, aż w końcu trafiłem na drzwi, prowadzące do wyjścia. Nacisnąłem klamkę... 
Poderwałem się tak gwałtownie, że uderzyłem głową o ramę łóżka. Z jękiem opadłem na poduszkę. Przez dłuższy czas patrzyłem tępo na sufit, starając się ignorować pulsujący ból głowy. Mijały długie minuty, a dolegliwość nie ustawała. Ogarnął mnie niepokój. Przed drzemką nie miałem żadnych problemów ze wzrokiem, co wykluczało migrenę. Ból coraz bardziej się wzmagał. I wtedy coś zaczęło się zmieniać.
Miałem nogi jak z ołowiu, zaczęły mnie zalewać fale zimna i gorąca, a po całym moim ciele przebiegły dreszcze. Trwałem w tym stanie przez dobrą minutę, nie zdolny do najmniejszego ruchu. Nagle wszystko się uspokoiło. Otworzyłem zaciśnięte powieki, ignorując tańczące mi przed oczami mroczki.
Pierwsza zmiana, jaka rzuciła mi się w oczy, to całkiem zamazany świat. Myślałem, że zwyczajnie spadły mi okulary, ale wyczułem je... na nosie?
Podniosłem rękę do twarzy i doznałem największego szoku w całym swoim życiu. To nie była moja ręka, tylko grafitowa, wilcza łapa.
Krzyknąłem i spróbowałem odskoczyć, ale na skutek całkowicie zmienionej anatomii i środka ciężkości, z całą mocą uderzyłem plecami o podłogę. Oblał mnie zimny pot, gdy zdałem sobie sprawę, co się ze mną stało. Jestem wilkiem. 
Następne co pamiętam, to moich rodziców. Mama chyba płakała... Nie byłem w stanie nic powiedzieć, ba, nie mogłem nawet się ruszyć. Tylko siedziałem na podłodze w głębokim szoku, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Jestem wilkiem, obijało mi się w głowie. Ta świadomość powoli docierała do najgłębszych zakamarków mojego umysłu, wypełniając go niedowierzaniem i paniką. Gdzieś na uboczu, w okolicach podświadomości zacząłem zastanawiać się, jakim cudem do tego doszło. Spokój i zimne kalkulacje powoli zaczęły przeważać nad instynktem i lękiem przed nieznanym. Powoli odzyskiwałem kontrolę nad swoim, innym, ale jednak swoim, ciałem.
– Jak to się stało?  – zapytałem cicho, z jakiegoś powodu niezbyt zdziwiony tym, że potrafiłem mówić w tej formie.
Momentalnie oboje umilkli.
– Jak to się stało?  – powtórzyłem już głośniej, wbijając w nich wzrok.
Po chwili ciszy głos zabrała moja matka:
– Nie chcieliśmy, by do tego doszło – zaczęła z trudem.  – Próbowaliśmy wszystkiego, by uchronić cię przed tym przekleństwem. Ale n-nie udało się. – pociągnęła nosem.
 – Oboje jesteśmy wilkami...  – Tata chciał przejąć pałeczkę, ale przerwałem mu:
 – Co takiego?! – wytrzeszczyłem oczy.
Obrzuciłem ich wściekłym spojrzeniem.
 – Mamo,  – zwróciłem się do niej.  – nie jestem już dzieckiem. Mam trzydzieści lat! Potrafię sam o siebie zadbać i nie potrzebuję cholernej opieki!  – ostatnie słowa prawie wykrzyczałem.
Patrząc na nich, byłem pewien, że są odmiennego zdania. To niedorzeczne!
 – Owszem, potrze...  – zaczął tata
 – Opieka lekarska, a niańczenie to dwie różne sprawy  – warknąłem.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
 – Nie możesz tu zostać – podjęła niemrawo Annika.  – Pomożemy ci.
– Twoje szczęście, – rzekł tata –  że szpital znajduje się blisko Lasu. A teraz...  
 – Lasu? Że niby mam tam pomieszkiwać? – przerwałem mu. 
– A masz inny pomysł? Wracając...
 – Nie ma mowy.
Najwyraźniej zdenerwowało go to, że ciągle mu przerywam, bo spojrzał na mamę w sposób, który ani trochę mi się nie spodobał i wykonał jakiś gest ręką. W jednej chwili pokój szpitalny zniknął, świat zawirował, a przed oczami pojawiły mi się gęsto rosnące sosny.
 – Co to miało być?  – podskoczyłem.
 – Dawno nie korzystałem z teleportacji.  – mruknął ojciec do siebie, przeciągając się.  – A co dopiero mówiąc o grupowej translokacji.
Jego słowa odebrały mi mowę. Znieruchomiałem ze szczerym zdumieniem zastygłym na twarzy. Spojrzał na mnie i zaniósł się głośnym śmiechem.
 – Magia, synek, magia  – wykrztusił, między napadami śmiechu.
Ogarnęła mnie jeszcze większa dezorientacja i złość. Magia? Nie dość, że jesteśmy wilkami, to jeszcze odprawiającymi jakieś voodoo? 
 – Jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć?  – warknąłem.
 – Tak. Zdejmij te okulary, bo wyglądasz jak idiota. 
Jak zwykle prostolinijny i szczery do bólu. 
Zdjąłem okulary i włożyłem je do kieszeni płaszcza, co zajęło mi chwilę. Do moich uszu doszedł suchy trzask i zduszony okrzyk. Odwróciłem się. Ze zdziwieniem zdałem sobie sprawę, że jestem całkiem sam na polanie.
 – Tato?  – rozejrzałem się.
Zmarszczyłem brwi. Ponownie się omiotłem łączkę szybkim spojrzeniem. Zniknął. Jak kamień w wodę. 
 – Co ja mam teraz zrobić?  – westchnąłem.
Jeszcze jeden raz spojrzałem za siebie, w nadziei, że jednak jeszcze ktoś tam stoi. A potem odwróciłem się, znikając w cieniu drzew.
***Miesiąc później***
Przyczaiłem się w cieniu obszernego dębu, wbijając wzrok w węszącego wśród traw zająca. O sekundę za późno przypomniałem sobie o możliwości użycia mocy i zamiast cieszyć się łupem, patrzyłem jak niepyszny za umykającym zwierzęciem. Przez chwilę próbowałem go dogonić, ale dałem sobie spokój, gdy niemal nie wpadłem na drzewo, przy okazji zaliczając bliskie spotkanie z ziemią. Westchnąłem z irytacją i wróciłem do nieudolnego tropienia zwierzyny. Starając się nie robić zbytniego hałasu, z nosem przy ziemi szukałem jakiegokolwiek tropu. Nawet nie zauważyłem kiedy trafiłem na polanę, na której miesiąc wcześniej zacząłem swoją "przygodę".
Dzień po nagłym zniknięciu ojca, odnalazła mnie matka i poinformowała mnie, że dosłownie rozpłynął się w powietrzu, a ostatnią osobą, jaka go widziała, byłem ja. Przez pierwszy tydzień szukaliśmy po Lesie na własną rękę, mama powiadomiła też policję. Musieliśmy jednak przerwać, przez nagłe ujawnienie się moich zdolności.
Stało się to zupełnie niespodziewanie, gdy czekałem na nią na Polanie. Zapadłem w płytki sen, z którego mnie wybudziła. Wszystkie rośliny w odległości pięciu metrów zszarzały, a te najbliższe zostały w jakiś sposób wypalone. Okazało się, że na kilka godzin wytworzyłem wokół siebie próżnię. Spalona roślinność dalej pozostawała dla mnie zagadką.
Wszystkie te wspomnienia przelatywały mi przez głowę z prędkością błyskawicy. Zamyśliłem się, przyglądając się słońcu, zwiastującemu rychłe nadejście południa. Po raz setny spróbowałem zmienić się w człowieka. Na darmo.
 – Magnus?  – rozmyślania przerwała mi matka.
Odwróciłem się w jej stronę. Dalej nie mogłem przyzwyczaić do jej prawdziwej formy. Wzdrygnąłem się.
 – Jakieś wieści?  – spytałem głosem pozbawionym wyrazu.
 – Nie  – odparła.  – Ale nie po to tu przyszłam.
 – A więc?  – mruknąłem, siadając i owijając ogon wokół łap.
 – Uważam, że powinieneś dołączyć do tutejszej watahy. – oznajmiła bez ogródek.
 – Chcę wrócić do swojego życia, nie zaczynać je od nowa.  – fuknąłem z irytacją.
 – Posłuchaj  – zaczęła.  – nie wiadomo, czy wróci ci pamięć, czy kiedykolwiek będziesz w stanie powrócić do normalności. W zasadzie nigdy nie byłeś. Och, Magnus!  – wykrzyknęła nagle. – Jesteś wilkołakiem! Twoje miejsce nie jest i nigdy nie będzie wśród ludzi!
Chciałem jej przerwać, ale uciszyła mnie gestem łapy.
 – Musisz się z tym pogodzić. Jesteś wilkiem, nie człowiekiem. Zapamiętaj to.  – zrobiła krok w tył.  – Muszę iść. Już tu nie wrócę. Mam nadzieję, że kiedyś nasze drogi jeszcze się zejdą. – uśmiechnęła się smutno, nerwowo oglądając się za siebie.  – Żegnaj.
– C-co...? Nie! Czekaj! – wykrztusiłem.
Zawróciła i zniknęła wśród drzew. Zaskoczony jej słowami i nagłym zniknięciem, zrobiłem kilka kroków w kierunku miejsca w którym zniknęła. Zdezorientowany, usiadłem na ziemi. Wszystko dzieje się tak szybko... Za szybko... 
Zupełnie straciłem poczucie czasu. Trwałem w tej pozycji, wpatrując się w nieokreślony punkt przed sobą. Dużo rozmyślałem nad tym co powiedziała. Poddawałem analizie każde wypowiedziane przez nią słowo, by w końcu podjąć decyzję. 
Miała rację. 
Dalej niepewny tego, o czym zadecydowałem, jeszcze przez chwilę biłem się z myślami. Otworzyłem szerzej oczy, starając się wierzyć, że to może się udać. Mogę zacząć jeszcze raz. Inaczej. I wreszcie znaleźć się wśród swoich. 
Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch w zaroślach. Odwróciłem głowę w jego stronę, pilnie nasłuchując. Podszedłem do tego miejsca, w każdej chwili gotowy do ucieczki bądź ataku. Zacząłem węszyć, coraz bardziej zdenerwowany. Nie rozpoznałem tego zapachu, ale miałem niejasne wrażenie, że... Należy do wilka.
Nagły trzask rozległ się kilkanaście metrów za moimi plecami. Gwałtownie się odwróciłem.
Na granicy polany, przy wysmukłej sośnie, stała wadera. Na szeroko otwarte oczy opadła jej różnokolorowa grzywka, a z jej gardła wydobyło się niepewne warknięcie.
Krzyknąłem i odskoczyłem, prawie się przy tym wywracając. Wilczyca zawahała się, a ja rzuciłem się do ucieczki. Działałem instynktownie, w pierwszych chwilach nie myślałem o niczym. Szybko zdałem sobie sprawę, że jestem od niej o wiele wolniejszy. Kilka razy gwałtownie skręciłem, próbując zgubić napastniczkę, ta jednak uparcie podążała za mną. Nagle straciłem grunt pod łapami, a grawitacja pociągnęła mnie w dół. Z całą mocą zderzyłem się ze ścianą, jak się okazało, rowu i wylądowałem na błotnistym dnie. Poczułem rwący ból w okolicy prawego barku. Jeszcze tego brakowało. Jęknąłem cicho.
Tak jak się spodziewałem, wadera już po chwili pojawiła się w polu widzenia. Odsłoniła kły, a jasna sierść na jej karku zjeżyła się. Wbiła we mnie uporczywe spojrzenie.
– Jestem ranny! – fuknąłem w jej kierunku. – Stwarzam zagrożenie równe inwazji motyli! Daj mi święty spokój!
<Lind?>

Uwagi: Formatowanie oraz brak daty przede wszystkim. Nie "tą pannę", tylko "tę pannę".