Skończyłem już prace, lecz nie wracam do domu. Siedzę w zakurzonym fotelu. Obok mnie, na kanapie, leży Grace. Simon pakuje kartony z ubraniami i ważnymi rzeczami. Chciał, abym pomógł mu w przeprowadzce. Znalazł sobie mieszkanie na obrzeżach Los Angeles. Nadaje się dla niego i Grace.
Przypatruje się dziewczynie. Ma czarne włosy i szmaragdowe oczy. Może i jest ładna, ale ja już wybrałem inną. Piękniejszą. Dziewczyna bada mnie wzrokiem. Nasze spojrzenia krzyżują się, lecz nie odwracam wzroku.
- Zawsze masz taką kamienną twarz? - pyta cicho.
Chce mnie uwieść. Widać jak na dłoni. Nie ufam jej. Marszczę czoło próbując zdusić śmiech. Jest z Simonem, a już szuka nowego kochasia.
- Zawsze tak na wszystkich patrzysz? - odpowiadam niemal nie ruszając ustami. - Nie zapominaj o swoim "pseudo" chłopaku, którego zaraz rzucisz - syczę wstając szybko.
Czuję jej wzrok na swoich plecach gdy odchodzę.
Zaglądam do czegoś w rodzaju kuchni. Nie ma po nim śladu. Strych stajni jest wielki, a Simon zajmuje 1/4 część, czyli nawet dużo. Maszeruję korytarzem do sypialni. Stamtąd słyszałem krótki, cichy brzdęk. Wchodzę do środka. Chłopak siedzi na skraju czegoś, co pełni rolę łóżka. W rękach trzyma ramkę ze zdjęciem. Gdy podchodzę bliżej, nawet się nie wzdryga. Widzę na fotografii twarz kobiety i mężczyzny.
- Nie ma ich ze mną już kilka miesięcy - szepcze miękkim głosem.
Domyślam się, że to jego rodzice. Nie potrafię pocieszać innych, nigdy nie potrafiłem. Nie ruszam się. Chwile potem dołącza do mnie dziewczyna. Patrzy na mnie. Daje jej "znak" głową, aby do niego poszła.
- Simon - siada obok niego i zastyga w bezruchu.
Chłopak ciężko wzdycha. Wycofuje się do drzwi i opieram ręką o futrynę. Milczymy. Grace obejmuje ręką Simona. Kładzie głowę na jego ramieniu. Postanawiam, że ich zostawić samych. Może pomyliłem się co do Grace? Nie wiem.
Schodzę w dół. Kieruję swoje kroki do boksu Brytana. Ostatnio bardzo mało czasu właśnie jemu poświęcam, a jest jednym z koni, które zostały mi przydzielone. Słysząc kroki, wałach od razu wychyla głowę znad drzwi. Rży cicho na mój widok. Podchodzę bliżej i klepię jego potężną szyje. Nie wchodzę do boksu. Tylko bym się zasiedział. Koń skubie rękaw mojej koszulki.
- Percy? - słyszę ciche pytanie.
Odwracam głowę w stronę głosu. Simon. Głaszczę ostatni raz czoło zimnokrwistego i idę po kartony.
***
Zmieniam ściółkę w boksie hanowerskiego wałacha siwej maści - Jeremmy Steal. Podobno jego właścicielem jest znany skoczek, Albert Hinkle. Nie zdradzono mi szczegółów, więc mogę tylko przypuszczać.
- Grime na pana czeka - obok mnie przechodzi Lantern.
Spoglądam na niego. Jak zwykle elegancko ubrany, chodzi dumnie z zadartym nosem.
***
I kolejny raz patrzy na mnie ciekawym wzrokiem. Trzymam w lewej dłoni kantar. Niech się przyzwyczaja do tego widoku. Wyciągam do niej rękę. Cofa się dwa kroki. Był już późny wieczór, Lantern pojechał do miasta coś załatwić. Simon ma wolne, inni wcześniej skończyli. A skoro jestem tu sam, to postanawiam zmienić swą postać. Wieszam kantar na kołku obok furtki. Zamykam oczy i próbuję nie popełnić błędu. Nadal uczę się moich mocy, nie poznałem jeszcze wszystkich.
***
Spoglądam w dół. Kopyta. Czyli się udało... Widzę świat z innej perspektywy, wszytko jest niżej niż było. Skupiam się na klaczy. Stawia uszy ruszając lekkim kłusem w koło wybiegu. Rży cicho, ma podniesioną głowę. Zawracam w stępie i rozpędzam się do wolnego galopu. Gdy już jestem wystarczająco daleko, obracam się. Stoję na przeciw płotu. Rzucam się do cwału. Wybijam się i przeskakuję ogrodzenie z dużym zapasem.
<C. D. N.>
Uwagi: "Potężną" piszemy przez "ż".
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 kwietnia 2015
piątek, 6 lutego 2015
Od Percy'ego "Ucieczka" cz. 13 (cd. Desari)
Patrzę na nią zaskoczony. Nigdy bym jej "nie osądzał" o posiadanie takiego stroju. Wygląda pięknie, ale jestem w stanie ułożyć usta w uśmiech. Ten gest chyba powie wszystko. Wstaję z niewygodnego siedzenia. Stoimy chwilę w milczeniu. Odgarniam jej kilka pasm włosów w tył. Dziewczyna łapie mnie za rękę i ciągnie do wyjścia. Przez głowę przelatuje mi mój obraz i chęć zmiany stroju na coś innego, lecz porzucam te myśli.
Wchodzimy do środka klubu. Od razu po oczach biją mi neonowe lasery, a od muzyki można ogłuchnąć. Nie jestem przyzwyczajony do takiej atmosfery, nie to co Desari. Dziewczyna czasami spogląda na mnie przez ramię, wyraźnie ciekawa mojej reakcji. Rozglądam się czasami i wpatruję w twarze ludzi. Są roześmiane, w rękach lądują kolejne drinki, przez co są jeszcze bardziej szczęśliwi.
Siadamy przy barze. Zamawiamy alkohol o wymyślnych nazwach. Czekamy chwilę na napoje. Barman stawia kieliszki, w których znajduje się dziwna ciecz o niebieskim kolorze. Piję łyk. Mocny drink, lecz chce się więcej. Zauważam, że zmienił kolor na zielony. Unoszę brwi zdziwiony. Stawiam naczynie na blacie i patrzę na tłum. W naszą stronę zmierzają dwie dziewczyny, a pomiędzy nimi idzie wcześniej spotkany facet. Obejmuje je, a jego ręce kierują się na tyłki kobiet.
- Kim oni są? - szepczę do Desari.
<Des? Sorr, że takie krótkie...>
Wchodzimy do środka klubu. Od razu po oczach biją mi neonowe lasery, a od muzyki można ogłuchnąć. Nie jestem przyzwyczajony do takiej atmosfery, nie to co Desari. Dziewczyna czasami spogląda na mnie przez ramię, wyraźnie ciekawa mojej reakcji. Rozglądam się czasami i wpatruję w twarze ludzi. Są roześmiane, w rękach lądują kolejne drinki, przez co są jeszcze bardziej szczęśliwi.
Siadamy przy barze. Zamawiamy alkohol o wymyślnych nazwach. Czekamy chwilę na napoje. Barman stawia kieliszki, w których znajduje się dziwna ciecz o niebieskim kolorze. Piję łyk. Mocny drink, lecz chce się więcej. Zauważam, że zmienił kolor na zielony. Unoszę brwi zdziwiony. Stawiam naczynie na blacie i patrzę na tłum. W naszą stronę zmierzają dwie dziewczyny, a pomiędzy nimi idzie wcześniej spotkany facet. Obejmuje je, a jego ręce kierują się na tyłki kobiet.
- Kim oni są? - szepczę do Desari.
<Des? Sorr, że takie krótkie...>
sobota, 31 stycznia 2015
Od Percy'ego "Praca cz. 1"
Grime stoi ze wzrokiem utkwionym we mnie. Dzieli nas jedynie białe ogrodzenie. Jest piękną, tarantowatą klaczą w dwóch kolorach: białym oraz szarym. U Pana Lanterna jest od tygodnia. Nikt nie potrafi jej osiodłać, ani nawet założyć kantaru. Jest koniem dzikim, ze stepu Azji. Po raz pierwszy mam z nią do czynienia. Jeszcze przed poznaniem Desari i w ogóle znalezieniu watahy, uczyłem się jeździć. W nocy zabierałem konia z pastwiska i galopowałem na oklep. Byłem samoukiem, więc mój dosiad może być nieco dziwny. Przypominając sobie stare czasy, dopiero po chwili widzę, że Grime podeszła nieco bliżej i ma postawione uszy. Za sobą ma tyle zielonej trawy, kilka hektarów łąki, lecz ona trwa przy mnie.
Wyciągam powoli rękę w jej stronę. Zatrzymuje się na wysokości jej chrap. Stawiam wolno jeden krok, potem drugi.
- Percy! - rozlega się głośny okrzyk. - Miałeś przyprowadzić Equista do stajni!
Grime ucieka w popłochu wierzgając i rżąc przenikliwie. Biegnie na drugi koniec pastwiska, jak najdalej od innych koni. Odwracam się szybko. Co on tu robi? Philip Lantern. Wysoki, nieco krępy mężczyzna po czterdziestce. Wbijam wzrok w jego dziwny, krzywy nos, bardzo zadarty. Jeszcze nigdy nie patrzyłem na jego twarz tak długo, więc dostrzegam sporo szczegółów. Jako człowiek mam również wyostrzone zmysły.
- Właśnie się za to zabieram, ale Grime stała w przejściu.
- Grime zostaw doświadczonym pracownikom. Equist jest na innym pastwisku. - śmieje się cicho.
Uśmiecham się lekko odwracając się i odwiązując uwiąz ze szczebla płotu.
Prowadzę dumnego, kasztanowatego araba. Widząc jakąś klacz, od razu wygina szyję i wysoko podnosi nogi. Jedyny "Casanova" w stajni. Wprowadzam go do boksu i odpinam niebieski kantar. Wychodząc, wieszam go na haku obok tabliczki z imieniem i ważnymi informacjami. Idę do siodlarni wyczyścić parę siodeł. Potem jeszcze oporządzę Edwarda, małego, karego kuca szetlandzkiego i nakarmię konie w pierwszym budynku, czyli tym.
Pucuję siodło na błysk gdy wchodzi Simon.
- Czyje? - pyta patrząc na mnie.
- Hazell. - to siwa klacz kuca walijskiego. - Mam zamiar na niej pojeździć, jeśli Philip pozwoli.
Simon ogląda dokładnie uzdy wałachów, po czym wybiera najbardziej zniszczoną - Edwarda. Siada na przeciw mnie. Milczymy zajęci pracą. Podnoszę nieco głowę. Widzę jego rudą czuprynę. W przeciwieństwie do pozostałej części rodziny, ma proste włosy.
- Jak z Grime? - pytam nagle.
Przestaje majstrować coś przy wędzidle.
- Nie da się do niej podejść... od początku. Od razu próbuje gryźć i grzebie kopytem w ziemi.
- Dziś prawie jej dotknąłem, ale Lantern przyszedł...
Podnosi brwi robiąc wielkie oczy.
- Powiem Philipowi, żeby ją tobie przydzielił. Chyba cię widziałem...
- Bez przesady, jestem tu dopiero tydzień... Ty jesteś bardziej doświadczony.
- To nie zmienia faktu, że ty jesteś pierwszym pracownikiem, którego nie próbowała zranić.
Wzruszam ramionami. Już prawie kończę czyścić łęk przedni, gdy chłopak odkłada uzdę.
- Ja to zrobię. Skończysz wcześniej robotę, mi i tak przyda się zajęcie.
Wyciąga rękę po siodło. Po chwili mu je podaję.
- Ale... - uśmiecha się jednym kącikiem ust. - Powiedz Lanternowi, że radzisz sobie lepiej z Grime niż pozostali.
Śmieję się głośno wstając i zmierzając do boksu Edwarda.
Edek wita mnie cichym rżeniem. Głaskam go po głowie i biorę kuferek ze szczotkami obok boksu. Wchodzę do środka. Oglądam go dokładnie. Wolę go nie wyprowadzać na korytarz, bo czasami się niecierpliwi. Jest w "sektorze" dla szetlandów, więc ściany między boksami są przystosowane do ich wzrostu. Przy szczotkowaniu go, czyszczeniu kopyt muszę siedzieć na ściółce... Zdaję sobie sprawę jak to wygląda, no ale cóż mogę zrobić?
Wsypuję mieszankę dla koni do żłobów. Jeszcze chwila i kończę pracę... Mam zamiar iść do Philipa z prośbą zajmowania się Grime. Nie wiem czy będzie jeszcze w biurze, ale warto spróbować.
Pukam do drzwi. Wchodzę do środka. Wita mnie nieokreślony zapach. Lantern siedzi za biurkiem wypełniając papiery.
- Dzień Dobry. - witam się drugi raz w tym dniu. - Przychodzę do Pana z nietypową propozycją.
Odrywa się od kartki i wskazuje otwartą dłonią na krzesło na przeciw niego. Siadam w tym miejscu.
- Chciałbym zająć się Grime. - mówię od razu.
- Zostaw ją doświadczonym pracownikom, już ci mówiłem. - odpowiada błyskawicznie, jakby wiedział, po co przyszedłem.
- Dziś byłem bliski jej pogłaskania, proszę mi dać pozwolenie...
- Możesz jej bardziej zaszkodzić.
- Oddam 3/4 swojej pensji, jeśli nie zdołam jej nie udomowić. Jeśli mi się uda... - nie wiem co powiedzieć. - Odda mi ją Pan.
Przestaje pisać. Wzdycha ciężko i długo. Rozgląda się po pokoju pomijając moje spojrzenie.
- Mimo swoich dwudziestu sześciu lat wiesz, czego chcesz od życia... Na Grime będziesz musiał zapracować i zapłacić.
Wstaję z siedziska zmierzając do drzwi. Nie wiem czy tłumię w sobie złość, czy szczęście. Moja ręka zatrzymuje się na klamce, bo Lantern chrząka głośno.
- Nie myśl sobie, że tylko ty chcesz się nią zajmować. Jeżeli dam ci zezwolenie, nie będziesz miał ją na własność.
Opieram się łokciami o płot. Czuję na swoim ramieniu ciepły oddech Brytana, srokatego wałacha rasy shire. Jego kłąb jest mojej wielkości, a nie zaliczam się do niskich ludzi. Brytan jednak nadal rośnie... Przeraża mnie jego wielkość. Mam szczerą ochotę usiąść na jego grzbiecie, lecz nie mogę. Stoimy więc tak wpatrzeni w oddalone wielkie miasto. Za kilka chwil rozruszam wałacha, pobawimy się w wymyśloną przez niego grę. On udaje, że pasie się beztrosko, a ja mam jedno zadanie - złapać go. Kiedy jestem na prawdę blisko, on zawsze rzuca się w bok, a ja go gonię. Nie biega najszybciej jak potrafi, bo robi wszystko, abym wygrał. Potem zaczyna się od nowa, tym razem ja udaję, że zrywam jakieś pojedyncze kwiaty.
<C.D.N.>
Uwagi: Wataha znajduje się w bliżej nieokreślonym miejscu, miasto które jest niedaleko nie ma nazwy, więc nie jest to Los Angeles.
Wyciągam powoli rękę w jej stronę. Zatrzymuje się na wysokości jej chrap. Stawiam wolno jeden krok, potem drugi.
- Percy! - rozlega się głośny okrzyk. - Miałeś przyprowadzić Equista do stajni!
Grime ucieka w popłochu wierzgając i rżąc przenikliwie. Biegnie na drugi koniec pastwiska, jak najdalej od innych koni. Odwracam się szybko. Co on tu robi? Philip Lantern. Wysoki, nieco krępy mężczyzna po czterdziestce. Wbijam wzrok w jego dziwny, krzywy nos, bardzo zadarty. Jeszcze nigdy nie patrzyłem na jego twarz tak długo, więc dostrzegam sporo szczegółów. Jako człowiek mam również wyostrzone zmysły.
- Właśnie się za to zabieram, ale Grime stała w przejściu.
- Grime zostaw doświadczonym pracownikom. Equist jest na innym pastwisku. - śmieje się cicho.
Uśmiecham się lekko odwracając się i odwiązując uwiąz ze szczebla płotu.
Prowadzę dumnego, kasztanowatego araba. Widząc jakąś klacz, od razu wygina szyję i wysoko podnosi nogi. Jedyny "Casanova" w stajni. Wprowadzam go do boksu i odpinam niebieski kantar. Wychodząc, wieszam go na haku obok tabliczki z imieniem i ważnymi informacjami. Idę do siodlarni wyczyścić parę siodeł. Potem jeszcze oporządzę Edwarda, małego, karego kuca szetlandzkiego i nakarmię konie w pierwszym budynku, czyli tym.
Pucuję siodło na błysk gdy wchodzi Simon.
- Czyje? - pyta patrząc na mnie.
- Hazell. - to siwa klacz kuca walijskiego. - Mam zamiar na niej pojeździć, jeśli Philip pozwoli.
Simon ogląda dokładnie uzdy wałachów, po czym wybiera najbardziej zniszczoną - Edwarda. Siada na przeciw mnie. Milczymy zajęci pracą. Podnoszę nieco głowę. Widzę jego rudą czuprynę. W przeciwieństwie do pozostałej części rodziny, ma proste włosy.
- Jak z Grime? - pytam nagle.
Przestaje majstrować coś przy wędzidle.
- Nie da się do niej podejść... od początku. Od razu próbuje gryźć i grzebie kopytem w ziemi.
- Dziś prawie jej dotknąłem, ale Lantern przyszedł...
Podnosi brwi robiąc wielkie oczy.
- Powiem Philipowi, żeby ją tobie przydzielił. Chyba cię widziałem...
- Bez przesady, jestem tu dopiero tydzień... Ty jesteś bardziej doświadczony.
- To nie zmienia faktu, że ty jesteś pierwszym pracownikiem, którego nie próbowała zranić.
Wzruszam ramionami. Już prawie kończę czyścić łęk przedni, gdy chłopak odkłada uzdę.
- Ja to zrobię. Skończysz wcześniej robotę, mi i tak przyda się zajęcie.
Wyciąga rękę po siodło. Po chwili mu je podaję.
- Ale... - uśmiecha się jednym kącikiem ust. - Powiedz Lanternowi, że radzisz sobie lepiej z Grime niż pozostali.
Śmieję się głośno wstając i zmierzając do boksu Edwarda.
Edek wita mnie cichym rżeniem. Głaskam go po głowie i biorę kuferek ze szczotkami obok boksu. Wchodzę do środka. Oglądam go dokładnie. Wolę go nie wyprowadzać na korytarz, bo czasami się niecierpliwi. Jest w "sektorze" dla szetlandów, więc ściany między boksami są przystosowane do ich wzrostu. Przy szczotkowaniu go, czyszczeniu kopyt muszę siedzieć na ściółce... Zdaję sobie sprawę jak to wygląda, no ale cóż mogę zrobić?
Wsypuję mieszankę dla koni do żłobów. Jeszcze chwila i kończę pracę... Mam zamiar iść do Philipa z prośbą zajmowania się Grime. Nie wiem czy będzie jeszcze w biurze, ale warto spróbować.
Pukam do drzwi. Wchodzę do środka. Wita mnie nieokreślony zapach. Lantern siedzi za biurkiem wypełniając papiery.
- Dzień Dobry. - witam się drugi raz w tym dniu. - Przychodzę do Pana z nietypową propozycją.
Odrywa się od kartki i wskazuje otwartą dłonią na krzesło na przeciw niego. Siadam w tym miejscu.
- Chciałbym zająć się Grime. - mówię od razu.
- Zostaw ją doświadczonym pracownikom, już ci mówiłem. - odpowiada błyskawicznie, jakby wiedział, po co przyszedłem.
- Dziś byłem bliski jej pogłaskania, proszę mi dać pozwolenie...
- Możesz jej bardziej zaszkodzić.
- Oddam 3/4 swojej pensji, jeśli nie zdołam jej nie udomowić. Jeśli mi się uda... - nie wiem co powiedzieć. - Odda mi ją Pan.
Przestaje pisać. Wzdycha ciężko i długo. Rozgląda się po pokoju pomijając moje spojrzenie.
- Mimo swoich dwudziestu sześciu lat wiesz, czego chcesz od życia... Na Grime będziesz musiał zapracować i zapłacić.
Wstaję z siedziska zmierzając do drzwi. Nie wiem czy tłumię w sobie złość, czy szczęście. Moja ręka zatrzymuje się na klamce, bo Lantern chrząka głośno.
- Nie myśl sobie, że tylko ty chcesz się nią zajmować. Jeżeli dam ci zezwolenie, nie będziesz miał ją na własność.
Opieram się łokciami o płot. Czuję na swoim ramieniu ciepły oddech Brytana, srokatego wałacha rasy shire. Jego kłąb jest mojej wielkości, a nie zaliczam się do niskich ludzi. Brytan jednak nadal rośnie... Przeraża mnie jego wielkość. Mam szczerą ochotę usiąść na jego grzbiecie, lecz nie mogę. Stoimy więc tak wpatrzeni w oddalone wielkie miasto. Za kilka chwil rozruszam wałacha, pobawimy się w wymyśloną przez niego grę. On udaje, że pasie się beztrosko, a ja mam jedno zadanie - złapać go. Kiedy jestem na prawdę blisko, on zawsze rzuca się w bok, a ja go gonię. Nie biega najszybciej jak potrafi, bo robi wszystko, abym wygrał. Potem zaczyna się od nowa, tym razem ja udaję, że zrywam jakieś pojedyncze kwiaty.
<C.D.N.>
Uwagi: Wataha znajduje się w bliżej nieokreślonym miejscu, miasto które jest niedaleko nie ma nazwy, więc nie jest to Los Angeles.
piątek, 30 stycznia 2015
Od Percy'ego "Ucieczka cz. 11" (CD. Desari)
Wpatruję się w jej wielkie oczy. Nie daję po sobie poznać zdziwienia. Wspominała mi... zdaje się, że o dziecku. Wilk, według którego jestem "ścierwem", to chyba był ten jej cały mąż. Sam nie wiem...
- Nie wydajesz się być szczęśliwa. Zabrał ci syna, a teraz chce, żebyś zanim się znów związała? - szepczę nie ruszając się.
Odwraca wzrok ciężko wzdychając.
- Może prawnie jesteś z nim w związku, ale nie wydajesz się być szczęśliwa. - dodaję nieco głośniej. - Chcesz odzyskać syna lub chociaż go widywać? Postaw się twojemu "partnerowi", a przy okazji ojcu. Twój koszmar musi się w końcu skończyć. Będę obok w trudnych chwilach. Jestem pewien, że nas obserwują.
Zbliżam się nieco i szepczę jej do ucha.
- Pokaż, że jesteś silna.
Odsuwam się z bladym uśmiechem. Daję jej kilka chwil na przetrwanie moich słów.
- Nie pozwól omamić się słodkimi słowami niewiernych chłopców. - mówię z dziwnym grymasem na twarzy. - Chcesz tu zostać, czy wrócić do watahy? - pytam ni z gruszki, ni z pietruszki.
- Zostańmy tu do jutra.
Wstałem pierwszy. Promienie słońca próbują dostać się do puszczy przez korony drzew. Jest około dziesiątej. Od razu po przebudzeniu wadery musimy ruszać. Jeżeli prawdą jest to, że nad śledzą, lepiej usunąć się stąd jak najszybciej. Siedzę po turecku na podłodze. Zgięte łokcie opieram na kolanach, a na pięściach spoczywa ma głowa. Wspominam dawne czasy. W takiej pozycji patrzyłem na morze z wysokiego klifu. Nie było jednak tak cicho. Braciszek ciągle mi dokuczał, docinał z powodu braku drugiej połówki. Wadery w naszej watasze były dziwne. Kochały plotkować, wydawało im się, że są inteligentne i atrakcyjne. Za bardzo się przeliczyły. W tym momencie zauważam Desari. Wpatrywała się we mnie i w dziwne miny, jakie robiłem.
- Nie pytaj. Wspomnienia.
<Des?>
Uwagi: brak (a mówiłaś, że masz pewnie masę ;p)
- Nie wydajesz się być szczęśliwa. Zabrał ci syna, a teraz chce, żebyś zanim się znów związała? - szepczę nie ruszając się.
Odwraca wzrok ciężko wzdychając.
- Może prawnie jesteś z nim w związku, ale nie wydajesz się być szczęśliwa. - dodaję nieco głośniej. - Chcesz odzyskać syna lub chociaż go widywać? Postaw się twojemu "partnerowi", a przy okazji ojcu. Twój koszmar musi się w końcu skończyć. Będę obok w trudnych chwilach. Jestem pewien, że nas obserwują.
Zbliżam się nieco i szepczę jej do ucha.
- Pokaż, że jesteś silna.
Odsuwam się z bladym uśmiechem. Daję jej kilka chwil na przetrwanie moich słów.
- Nie pozwól omamić się słodkimi słowami niewiernych chłopców. - mówię z dziwnym grymasem na twarzy. - Chcesz tu zostać, czy wrócić do watahy? - pytam ni z gruszki, ni z pietruszki.
- Zostańmy tu do jutra.
***
- Nie pytaj. Wspomnienia.
<Des?>
Uwagi: brak (a mówiłaś, że masz pewnie masę ;p)
środa, 31 grudnia 2014
Od Percy'ego ''Ucieczka" cz. 9' (cd. Desari)
Rany zaczynają nieco piec, jednak nie przejmuję się tym. Przede mną
rozciąga się las, za nim jezioro oraz góry. Na niebie góruje ogromny
księżyc, a na około niego gwiazdy migocą bladym światłem. Badam
dokładnie teren, nasłuchuję dźwięków śpiącego lasu. Nadchodzi delikatny
podmuch wiatru. Małe gałązki roślin uginają się pod jego siłą, słychać
kojący szum. Przymykam lekko oczy.
Zmieniam się w ludzką postać. Siedzę jeszcze chwilę pod ścianą, po czym wstaję ciężko. Podchodzę do Desari, patrzę na nią przez chwilę. Nasze spojrzenia krzyżują się. Wyciągam do niej rękę. Kładzie swą dłoń na mojej, nadal wpatrując się w moją twarz. Widzi mnie dopiero drugi raz jako człowieka, rozumiem że jest nieco zaciekawiona mojego wyglądu. Zmuszam ją do wstania jednym ruchem ręki.
- Znajdźmy inną kryjówkę. - mówię spokojnie ruszając.
- Dlaczego? - chce wiedzieć.
- Nic nie mów, nie protestuj. I tak tam się udamy. - szepczę.
- Tam, czyli...?
- Zobaczysz.
Prowadzę ją przez zarośla od ponad dziesięciu minut. Nagle pojawia się znajomy mi ''budynek'', a raczej pozostałości po nim. Może nie wygląda najlepiej, ale to odpowiednie miejsce. Wszystkie okna są wybite, drzwi prawie się trzymają. Mimo to, stoi tam jeszcze kominek.
- Rozgość się. - mówię idąc po drewno leżące na zewnątrz pod frontową ścianą.
Rozpalam ogień. Desari odgarnia śnieg z parapetu. Siada na nim rozglądając się. Płomienie liżą ciemne drewno. Przysuwam się do dziewczyny opierając się o ścianę. Milczymy.
- Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - dziwi się.
Spoglądam na nią. Kolejny raz patrzymy sobie dłuższą chwilę w oczy. Uznaję to za doskonałą chwilę na powiedzenie prawdy. To, co ukrywałem przed wszystkimi, to, co ukrywałem przed samym sobą. Nie dawałem nic po sobie poznać i chyba mi to wychodziło...
- Najpierw chcę przeprosić za wszystko, co zrobiłem. Najbliższe nam niemiłe zdarzenie to moje chamskie zachowanie wobec ciebie.
Cisza. Okropna cisza. Decyduję się w końcu powiedzieć to, co planowałem.
- Ciągniemy to już długo, powiem wprost: czy zechciałabyś spędzić ze mną resztę swojego życia?
< Des? Chciałaś - masz. XD >
Zmieniam się w ludzką postać. Siedzę jeszcze chwilę pod ścianą, po czym wstaję ciężko. Podchodzę do Desari, patrzę na nią przez chwilę. Nasze spojrzenia krzyżują się. Wyciągam do niej rękę. Kładzie swą dłoń na mojej, nadal wpatrując się w moją twarz. Widzi mnie dopiero drugi raz jako człowieka, rozumiem że jest nieco zaciekawiona mojego wyglądu. Zmuszam ją do wstania jednym ruchem ręki.
- Znajdźmy inną kryjówkę. - mówię spokojnie ruszając.
- Dlaczego? - chce wiedzieć.
- Nic nie mów, nie protestuj. I tak tam się udamy. - szepczę.
- Tam, czyli...?
- Zobaczysz.
Prowadzę ją przez zarośla od ponad dziesięciu minut. Nagle pojawia się znajomy mi ''budynek'', a raczej pozostałości po nim. Może nie wygląda najlepiej, ale to odpowiednie miejsce. Wszystkie okna są wybite, drzwi prawie się trzymają. Mimo to, stoi tam jeszcze kominek.
- Rozgość się. - mówię idąc po drewno leżące na zewnątrz pod frontową ścianą.
Rozpalam ogień. Desari odgarnia śnieg z parapetu. Siada na nim rozglądając się. Płomienie liżą ciemne drewno. Przysuwam się do dziewczyny opierając się o ścianę. Milczymy.
- Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - dziwi się.
Spoglądam na nią. Kolejny raz patrzymy sobie dłuższą chwilę w oczy. Uznaję to za doskonałą chwilę na powiedzenie prawdy. To, co ukrywałem przed wszystkimi, to, co ukrywałem przed samym sobą. Nie dawałem nic po sobie poznać i chyba mi to wychodziło...
- Najpierw chcę przeprosić za wszystko, co zrobiłem. Najbliższe nam niemiłe zdarzenie to moje chamskie zachowanie wobec ciebie.
Cisza. Okropna cisza. Decyduję się w końcu powiedzieć to, co planowałem.
- Ciągniemy to już długo, powiem wprost: czy zechciałabyś spędzić ze mną resztę swojego życia?
< Des? Chciałaś - masz. XD >
niedziela, 28 grudnia 2014
Od Percy'ego ''Ucieczka cz. 7'' (cd. Desari)
Rozglądam się nerwowo. Chwilę potem ruszam pędem wprost na Desari,
próbuję ją stąd zabrać. Używam kilku mocy, by sobie pomóc. Kilka metrów
dalej zatrzymuję się. Słyszę cichy głos w zaroślach. Stawiam uszy
zaciekawiony skradając się do nich. Pojawia się para oczu, lecz zaraz
znikają. Czekam chwilę, po czym ruszam dalej z ciałem wadery.
Docieram do jaskini. Rozpalam ogień, samicę kładę pod jedną ze ścian. Siadam blisko ognia wpatrując się w niego. Spoglądam co jakiś czas na wilka - nadal nic.
Mija kilka godzin. Cały czas podtrzymuję palenisko tak, aby nie zgasło. Zapada powoli noc. Jaskinia rozjaśnia się. Spoglądam jeszcze raz na Desari. Zero reakcji. Postanawiam pilnować schronienia przez całą noc. Podchodzę cicho do wyjścia i uzbrajam się w cierpliwość. Patrzę na księżyc. Przypominam sobie o mojej nodze. Zdejmuję prowizoryczny opatrunek. Widzę napuchniętą ranę. Mniej krwawi, ale infekcja nie ustępuje. Potrzebna mi jest natychmiastowa pomoc, ale wolę zostać tu i chronić innych. Nie mam już rodziny, więc chyba nie mam po co i dla kogo żyć. Chyba.
<Des?>
Docieram do jaskini. Rozpalam ogień, samicę kładę pod jedną ze ścian. Siadam blisko ognia wpatrując się w niego. Spoglądam co jakiś czas na wilka - nadal nic.
Mija kilka godzin. Cały czas podtrzymuję palenisko tak, aby nie zgasło. Zapada powoli noc. Jaskinia rozjaśnia się. Spoglądam jeszcze raz na Desari. Zero reakcji. Postanawiam pilnować schronienia przez całą noc. Podchodzę cicho do wyjścia i uzbrajam się w cierpliwość. Patrzę na księżyc. Przypominam sobie o mojej nodze. Zdejmuję prowizoryczny opatrunek. Widzę napuchniętą ranę. Mniej krwawi, ale infekcja nie ustępuje. Potrzebna mi jest natychmiastowa pomoc, ale wolę zostać tu i chronić innych. Nie mam już rodziny, więc chyba nie mam po co i dla kogo żyć. Chyba.
<Des?>
niedziela, 21 grudnia 2014
Od Percy'ego "Ucieczka" cz. 5 (cd. Desari)
Ocieram ranę łapą. Patrzę w jej stronę. Moje zachowanie było okropne,
zgadzam się, ale to wszystko przez te wspomnienia... Kiedyś było
inaczej. Codzienne obowiązki nie pozwalały mi na zajmowanie się sprawami
prywatnymi. Mimo to, byłem szczęśliwy. Matka i brat przy boku, to ja
nimi się tak naprawdę zajmowałem. Teraz... mam dużo swobody, praktycznie
0 obowiązków... I... nie ma przy mnie rodziny. Gdybym tylko wiedział,
co się z nimi dzieje... A może oni też przeżyli? Mało prawdopodobne,
ale nadzieja umiera ostatnia...
Leżę w jaskini oświetlonej przez płomienie. Po raz kolejny wymiotuję. Chwilę potem wypłukuję okropny osad z ust pobierając nieco wody, po czym wypluwam ją. Czołgam się bliżej ognia, oglądam ranę. Zakażenie, jestem pewien. Rana na pysku zaczyna się goić. Wtem znów zwracam pokarm... To będzie długa noc.
O wschodzie gaszę tlące się ognisko. Jeszcze raz spoglądam na ranę, przy świetle słońca. Muszę jak najszybciej dotrzeć do watahy...
A co z Desari? Czy jej słowa były szczere, czy tylko napłynęły jej do ust pod wpływem emocji? Możliwe, że tego już się nie dowiem... W sumie, mam moc uleczania samego siebie, ale nie poznałem, jej jeszcze na tyle, że zadziała perfekcyjnie. Postanawiam jednak spróbować. Z zakażeniem na pewno nie dam sobie rady, ale może rana na policzku się zagoi?
Jestem już w drodze. Łapę owinąłem w duże liście... Prowizoryczny bandaż. Ślad po ranie na łbie jeszcze widać, lecz nie płynie z niej krew. Idę energicznym krokiem na północ. Szukam
Desari... Wątpię w to, abym ją znalazł, lecz warto próbować.
<Des?>
Leżę w jaskini oświetlonej przez płomienie. Po raz kolejny wymiotuję. Chwilę potem wypłukuję okropny osad z ust pobierając nieco wody, po czym wypluwam ją. Czołgam się bliżej ognia, oglądam ranę. Zakażenie, jestem pewien. Rana na pysku zaczyna się goić. Wtem znów zwracam pokarm... To będzie długa noc.
O wschodzie gaszę tlące się ognisko. Jeszcze raz spoglądam na ranę, przy świetle słońca. Muszę jak najszybciej dotrzeć do watahy...
A co z Desari? Czy jej słowa były szczere, czy tylko napłynęły jej do ust pod wpływem emocji? Możliwe, że tego już się nie dowiem... W sumie, mam moc uleczania samego siebie, ale nie poznałem, jej jeszcze na tyle, że zadziała perfekcyjnie. Postanawiam jednak spróbować. Z zakażeniem na pewno nie dam sobie rady, ale może rana na policzku się zagoi?
Jestem już w drodze. Łapę owinąłem w duże liście... Prowizoryczny bandaż. Ślad po ranie na łbie jeszcze widać, lecz nie płynie z niej krew. Idę energicznym krokiem na północ. Szukam
Desari... Wątpię w to, abym ją znalazł, lecz warto próbować.
<Des?>
sobota, 20 grudnia 2014
Od Percy'ego "Ucieczka cz.3" (cd. Desari)
Wpatruję się w nią z pokerową twarzą. Po policzkach spływa jej kilka łez, nie ruszam się.
- Dlaczego płaczesz? - pytam cicho, lecz stanowczo
Nie uzyskuję wyraźnej odpowiedzi. Patrzę jej prosto w oczy.
- Płacz tylko pogarsza sprawę. Nie ma sensu tego robić.
Okrążam ją, po czym kuśtykam dalej na południe. Zatrzymuję się jednak kilka metrów od niej.
- Zostajesz tu?
Po raz kolejny nie słychać odpowiedzi.
- Zastanów się. Poczekam.
Wykrwawiam się powoli, liście nie pomagają. Siedzę pod drzewem, gdy ta myśli co ma robić. Upływa kilka chwil, wstaję ciężko.
- Do zobaczenia. Ja wracam, nie zamierzam spędzić nocy na obcych terenach.
- Dlaczego nie próbujesz mnie pocieszać? - pyta zdziwiona
- Nie rozumiem...?
- Na co dzień byłeś inny... - odpowiada cicho
- To i tak by nic nie dało. Nie ważne. Już czas.
Ruszam szybko, próbuję biec. Słyszę za sobą jej kroki.
- Zmieniłem się. A może twoja obecność mnie zmienia? - pytam pod nosem - Cóż... Najważniejsze to dojść do domu, więc pośpieszmy się.
<Des?>
- Dlaczego płaczesz? - pytam cicho, lecz stanowczo
Nie uzyskuję wyraźnej odpowiedzi. Patrzę jej prosto w oczy.
- Płacz tylko pogarsza sprawę. Nie ma sensu tego robić.
Okrążam ją, po czym kuśtykam dalej na południe. Zatrzymuję się jednak kilka metrów od niej.
- Zostajesz tu?
Po raz kolejny nie słychać odpowiedzi.
- Zastanów się. Poczekam.
Wykrwawiam się powoli, liście nie pomagają. Siedzę pod drzewem, gdy ta myśli co ma robić. Upływa kilka chwil, wstaję ciężko.
- Do zobaczenia. Ja wracam, nie zamierzam spędzić nocy na obcych terenach.
- Dlaczego nie próbujesz mnie pocieszać? - pyta zdziwiona
- Nie rozumiem...?
- Na co dzień byłeś inny... - odpowiada cicho
- To i tak by nic nie dało. Nie ważne. Już czas.
Ruszam szybko, próbuję biec. Słyszę za sobą jej kroki.
- Zmieniłem się. A może twoja obecność mnie zmienia? - pytam pod nosem - Cóż... Najważniejsze to dojść do domu, więc pośpieszmy się.
<Des?>
Od Percy'ego "Ucieczka cz.1" (cd. Desari)
Księżyc wolno wschodzi na czarne niebo z milionami małych punktów. Wlokę
za sobą zakrwawioną nogę ostatkiem sił. Docieram na polanę, dobrze
oświetloną. Niezbyt dobre miejsce na krycie się, ale zdolność kamuflażu
nie jest bezużyteczna. Siadam pod drzewem maskując się chwilę po tym.
Opieram głowę o chropowaty pień. Przede mną rozciąga się pas zarośli, a
za nim magiczny widok na góry. Mimo późnej pory słychać tylko grające
świerszcze. Dyszę ciężko łapczywie pobierając powietrze.
Grajki ucichły nieco, lecz na drugim końcu polany nadal było je słychać. Przez środek przewinęło się kilka wilków, ale dzięki zamaskowaniu jeszcze mnie nie ujrzały. Wpatrywałem się w nie, a w duszy szeptałem: ''Pomóżcie mi, proszę...''. Trwałem tak w bezruchu przez chwilę, aż ujrzałem znajomego wilka. Kiiyuko. Na krótki czas odszedłem od watahy, ale zapewniłem ją że wrócę. Chciałem wrócić na tereny, w których rozegrało się moje dzieciństwo i tam, gdzie stała się tragedia życia. Słowa dotrzymuję, tak się dzieje teraz.
- Kiiyuko... - szepczę, lecz wadera jest za daleko. - Kiiyuko! - mówię na głos z wyraźną chrypą w głosie.
Wstaję ociężale, stawiam pierwsze kroki po czym upadam pod ciężarem ciała.
- Kiiyuko! - zdołałem wydrzeć się jak najgłośniej się dało.
Niebieskie lice zwracają się w moją stronę. Natychmiastowo zmieniam kolor sierści, aby mnie dostrzegła. Na wszelki wypadek podnoszę się na przednich łapach, po czym opadam bezładnie na trawę. Słyszę tupot jej łap. Przewraca mnie gwałtownym ruchem na plecy nie wiedząc o co chodzi. Wołał coś, lecz nic nie rozumiem. Świat staje się zamglony. Po chwili jednak znów odzyskuję zmysły, wszystko staje się wyraźniejsze. Podrywam się w górę.
- Musisz leżeć. - mruczy przyciskając łapą moją szyje do ziemi.
Jako iż to alfa, poddaję się. Leżę spokojnie patrząc w gwiazdy. Czuję ból w nodze, ale na chwile uśmierza je jakaś maź. Wadera podchodzi do mojego łba, po czym podaje kilka liści.
- To nie nasze tereny, więc jak najszybciej się stąd wynoś. Jeśli ból się nasili, żuj to po czym rozsmaruj na nodze. A teraz wstawaj i kieruj się na południe. - ciągnęła półszeptem.
- Powiedz mi tylko jakiej rośliny są te liście... - mówię patrząc jej w oczy.
Wtem rozbrzmiewa nie znajoma mi melodia. Samica zrywa się do biegu. Zatrzymuje się na chwilę, obraca się.
- Na co czekasz?! Uciekaj! Teraz, już! Uciekaj!
Czołgam się najsprawniej jak umiem. Wpadam w zarośla, robię dużo hałasu, ale to nic. Czekam z niecierpliwością, co się stanie. Przez polanę nagle przetacza się stado wilków na dziwnych stworzeniach.
- Wróg. - szepczę do siebie.
Przebiegają z taką prędkością, że nie zdążam zobaczyć szczegółów. Za nimi widnieje tylko biała smuga pyłu, który znika po jakimś czasie. Wyczołguję się na środek. Badam pozostałości po smudze. Proch ma ostry zapach, lecz piękny. Rozglądam się. Ani żywego ducha...
Kilka chwil potem, wstaję obolały kuśtykając w stronę południa. Nagle przede mną pojawia się czarny wilk o złotych ślepiach. Desari.
<Des?>
Grajki ucichły nieco, lecz na drugim końcu polany nadal było je słychać. Przez środek przewinęło się kilka wilków, ale dzięki zamaskowaniu jeszcze mnie nie ujrzały. Wpatrywałem się w nie, a w duszy szeptałem: ''Pomóżcie mi, proszę...''. Trwałem tak w bezruchu przez chwilę, aż ujrzałem znajomego wilka. Kiiyuko. Na krótki czas odszedłem od watahy, ale zapewniłem ją że wrócę. Chciałem wrócić na tereny, w których rozegrało się moje dzieciństwo i tam, gdzie stała się tragedia życia. Słowa dotrzymuję, tak się dzieje teraz.
- Kiiyuko... - szepczę, lecz wadera jest za daleko. - Kiiyuko! - mówię na głos z wyraźną chrypą w głosie.
Wstaję ociężale, stawiam pierwsze kroki po czym upadam pod ciężarem ciała.
- Kiiyuko! - zdołałem wydrzeć się jak najgłośniej się dało.
Niebieskie lice zwracają się w moją stronę. Natychmiastowo zmieniam kolor sierści, aby mnie dostrzegła. Na wszelki wypadek podnoszę się na przednich łapach, po czym opadam bezładnie na trawę. Słyszę tupot jej łap. Przewraca mnie gwałtownym ruchem na plecy nie wiedząc o co chodzi. Wołał coś, lecz nic nie rozumiem. Świat staje się zamglony. Po chwili jednak znów odzyskuję zmysły, wszystko staje się wyraźniejsze. Podrywam się w górę.
- Musisz leżeć. - mruczy przyciskając łapą moją szyje do ziemi.
Jako iż to alfa, poddaję się. Leżę spokojnie patrząc w gwiazdy. Czuję ból w nodze, ale na chwile uśmierza je jakaś maź. Wadera podchodzi do mojego łba, po czym podaje kilka liści.
- To nie nasze tereny, więc jak najszybciej się stąd wynoś. Jeśli ból się nasili, żuj to po czym rozsmaruj na nodze. A teraz wstawaj i kieruj się na południe. - ciągnęła półszeptem.
- Powiedz mi tylko jakiej rośliny są te liście... - mówię patrząc jej w oczy.
Wtem rozbrzmiewa nie znajoma mi melodia. Samica zrywa się do biegu. Zatrzymuje się na chwilę, obraca się.
- Na co czekasz?! Uciekaj! Teraz, już! Uciekaj!
Czołgam się najsprawniej jak umiem. Wpadam w zarośla, robię dużo hałasu, ale to nic. Czekam z niecierpliwością, co się stanie. Przez polanę nagle przetacza się stado wilków na dziwnych stworzeniach.
- Wróg. - szepczę do siebie.
Przebiegają z taką prędkością, że nie zdążam zobaczyć szczegółów. Za nimi widnieje tylko biała smuga pyłu, który znika po jakimś czasie. Wyczołguję się na środek. Badam pozostałości po smudze. Proch ma ostry zapach, lecz piękny. Rozglądam się. Ani żywego ducha...
Kilka chwil potem, wstaję obolały kuśtykając w stronę południa. Nagle przede mną pojawia się czarny wilk o złotych ślepiach. Desari.
<Des?>
środa, 5 listopada 2014
Od Percy'ego ''Odejść czy zostać cz. 18'' (CD. Desari)
Uśmiechnąłem się pod nosem do siebie. Spojrzałem na nią z ukosa, po czym odezwałem się cicho:
- Czy ja jestem ''ładny''? Czy ja mogę ci coś zaoferować? Obawiam się, że nie. Tak samo jak i ty, mogę zrobić coś komuś swoją niewiedzą o mocach, jakie kryją się w tym ciele. Nie zapanowałem jak dotąd nad żadną z nich. Poza tym moim poematem... Poznałem już dużo wilków z ''trudnym'' charakterem. Poznając je lepiej, stawały się bardziej otwarte, potrafiły cieszyć się małymi rzeczami, śmielej okazywały uczucia, albo w ogóle zaczęły je ukazywać. Jeśli chciałabyś poznać jakiegoś mojego starego znajomego, których pewnie nie ma już a tym świecie, wiedziałabyś, że czasem trudno jest ze mną nawiązać kontakt. Nie zawsze. Czasem po prostu... czuję to, że mogę z tym kimś porozmawiać, odezwać się bez obaw. Tak wiem, nie odpowiedziałem dokładnie na to pytanie, ale jeśli chcesz - sama znajdź na nie odpowiedź.
Odwróciłem na chwilę głowę patrząc się na parę wilków biegnących w naszą stronę. Nie byli z naszej watahy...
<Des? Krótkie i bez sensu ;-;>
- Czy ja jestem ''ładny''? Czy ja mogę ci coś zaoferować? Obawiam się, że nie. Tak samo jak i ty, mogę zrobić coś komuś swoją niewiedzą o mocach, jakie kryją się w tym ciele. Nie zapanowałem jak dotąd nad żadną z nich. Poza tym moim poematem... Poznałem już dużo wilków z ''trudnym'' charakterem. Poznając je lepiej, stawały się bardziej otwarte, potrafiły cieszyć się małymi rzeczami, śmielej okazywały uczucia, albo w ogóle zaczęły je ukazywać. Jeśli chciałabyś poznać jakiegoś mojego starego znajomego, których pewnie nie ma już a tym świecie, wiedziałabyś, że czasem trudno jest ze mną nawiązać kontakt. Nie zawsze. Czasem po prostu... czuję to, że mogę z tym kimś porozmawiać, odezwać się bez obaw. Tak wiem, nie odpowiedziałem dokładnie na to pytanie, ale jeśli chcesz - sama znajdź na nie odpowiedź.
Odwróciłem na chwilę głowę patrząc się na parę wilków biegnących w naszą stronę. Nie byli z naszej watahy...
<Des? Krótkie i bez sensu ;-;>
wtorek, 4 listopada 2014
Od Percy'ego ''Odejść czy zostać cz. 16'' (CD. Desari)
Śledząc samice niczym cień, krok w krok, dotarłem do granic watahy.
Kryjąc się najlepiej jak potrafię, obserwowałem co teraz zrobi.
Rozejrzała się szybko stawiając niepewny krok w przód. Otaczała nas
idealna cisza.
- Poczekaj... - wyszeptałem do siebie, lecz chyba ona to usłyszała.
Spojrzała się w stroję prowizorycznej kryjówki, czyli zwykłych zarośli. Mój kamuflaż nie miał już sensu, więc wyszedłem na przeciw Desari. Zmieniłem się w człowieka na kilka chwil, bo skoro ona ma wyjść poza teren stada i stoczyć walkę z ojcem, może... nie wrócić. Poszedłbym za nią, gdybym tylko nie pełnił obowiązku Epislony i gdyby Alfa wiedziała... Wpatrywałem się przez chwilę w jej ponurą twarz, bez emocji. Nie obchodziło mnie już wtedy, czy ktoś nas obserwuje, czy nie. Złapałem ją delikatnie za rękę, po czym zacisnąłem. Zbliżyłem się do niej wolno i wtedy to się stało...
<Des?>
- Poczekaj... - wyszeptałem do siebie, lecz chyba ona to usłyszała.
Spojrzała się w stroję prowizorycznej kryjówki, czyli zwykłych zarośli. Mój kamuflaż nie miał już sensu, więc wyszedłem na przeciw Desari. Zmieniłem się w człowieka na kilka chwil, bo skoro ona ma wyjść poza teren stada i stoczyć walkę z ojcem, może... nie wrócić. Poszedłbym za nią, gdybym tylko nie pełnił obowiązku Epislony i gdyby Alfa wiedziała... Wpatrywałem się przez chwilę w jej ponurą twarz, bez emocji. Nie obchodziło mnie już wtedy, czy ktoś nas obserwuje, czy nie. Złapałem ją delikatnie za rękę, po czym zacisnąłem. Zbliżyłem się do niej wolno i wtedy to się stało...
<Des?>
piątek, 19 września 2014
Od Percy'ego ''Odejść czy zostać cz.14'' (cd. Desari)
Spojrzałem na nią i zawiesiłem wzrok na twarzy przesłoniętej kapturem.
- Jesteśmy różni. Zapomnijmy o tym... - nie wiedziałem dlaczego, ale jakoś od razu chciałem jej wybaczyć.
Podniosła nieco wzrok. Nasze spojrzenia się spotkały. Od razu zrobiło się niezręcznie, obydwoje odwróciliśmy głowy w inne strony.
- Pod postacią człowieka będziesz już zawsze? - zapytałem nagle.
- Gdy zmieniam się w wilka, moja moc staje się mniejsza. Puki nie pokonam Ojca, nie zmienię się.
- Aha... - wodziłem wzrokiem po otoczeniu. - Mam pewien debilny pomysł.
Milczała. Uznałem to za pytanie ''Jaki?'' więc szybko odpowiedziałem:
- Wiem nieco o twojej historii, ale jeśli możesz to opowiedz coś więcej o sobie. Jeśli chcesz, to ja też to mogę zrobić, bo zapewne nie wiesz skąd pochodzę...
- Na dłuższą metę, wiesz o mnie więcej, niż ja sama. - uśmiechnęła się delikatnie. - Ale ja niewiele wiem o Tobie. - dodała cicho.
Spojrzałem w niebo. Pierwsze krople deszczu spadły na mój nos.
- Lepiej ukryjmy się przed deszczem. Niedaleko nas jest mała jaskinia.
***
Rozpaliliśmy ogień. Na zewnątrz lało. Siedzieliśmy w ciszy. Zupełnie nie wiedziałem od czego zacząć, co powiedzieć, jaka będzie jej reakcja.
- No więc... - wyszeptałem nieśmiało. - Zacznę od tego, iż nie jestem rodzonym Magicznym Wilkiem. Tak na prawdę byłem zwyczajnym basiorem żyjącym około trzydziestu lat przed tobą. - mówiłem, lecz przerwałem na chwilę. - Nie, nie przesłyszałaś się. Może lepiej będzie jak opowiem wszystko, a potem będą pytania i wytłumaczenia. Zacznijmy już... Żyłem sobie spokojnie wraz z moją rodziną w pewnej watasze. Byłem tam Betą, a jak pewnie wiesz na tym stanowisku miałem pewne obowiązki. Któregoś dnia, jak co tydzień, poszedłem na ''zwiady'' czy coś poza terenami sfory coś się zmieniło. Oczywiście przyłączył się do mnie mój brat, Sun. Pamiętam, że jego to tylko wadery obchodziły... Co tydzień inną przyprowadzał. Ja natomiast nigdy nie miałem partnerki, a mimo tego żyło mi się świetnie. Wracając do tematu... Obok terenów mojej watahy stała elektrownia atomowa. Była to dla nas szczególna okazja, bo ludzie do śmieci różne rzeczy wyrzucali. W elektrowni było kilka reaktorów, w których były niebezpieczne substancje, niestety nie potrafię powiedzieć jakie. Zawsze mnie kusiło, aby zobaczyć co tam jest. Przemknąłem się przez grupę ludzi po czym zajrzałem do środka. No, nic specjalnego, ale wtedy zaczęło się coś dziać... Wybuchł pożar. Nastąpiło stopienie jądra w jednym z reaktorów. To był właśnie ten... Reaktor czwarty... Nastąpiła panika. Szukałem brata, lecz go nie mogłem znaleźć. W końcu odszukałem go obok kontenerów na śmieci. Uwielbiał jeść... Nakazałem mu uciekać. Sun oczywiście wszystko zamieniał na żarty, więc ucieczkę ze mną uznał za zabawę. Wyszedłem z terenów reaktora, lecz przy tym płytko oddychałem i ciężko było mi się ruszać. Upadłem na ziemię przymykając lekko oczy. Wiedziałem, że to koniec, że moje dostatnie życie się skończy... Było inaczej. Przebudziłem się w tymże wieku. Nie starzałem się, ani nie odmłodniałem. Pamiętam, że przebywałem przez jakiś czas w watasze pod opieką lekarzy. Ubłagałem ich o wyjście. I wtedy pojawiłem się tutaj. Poznałem ciebie, Kiiyuko i inne wilki. To Wataha Magicznych Wilków, lecz ja jeszcze nie opanowałem wszystkich mocy. No i... Jestem. Urodą to ja nie grzeszę, ale to nie ważne. Oto ja i moja historia.
<Desari?>
- Jesteśmy różni. Zapomnijmy o tym... - nie wiedziałem dlaczego, ale jakoś od razu chciałem jej wybaczyć.
Podniosła nieco wzrok. Nasze spojrzenia się spotkały. Od razu zrobiło się niezręcznie, obydwoje odwróciliśmy głowy w inne strony.
- Pod postacią człowieka będziesz już zawsze? - zapytałem nagle.
- Gdy zmieniam się w wilka, moja moc staje się mniejsza. Puki nie pokonam Ojca, nie zmienię się.
- Aha... - wodziłem wzrokiem po otoczeniu. - Mam pewien debilny pomysł.
Milczała. Uznałem to za pytanie ''Jaki?'' więc szybko odpowiedziałem:
- Wiem nieco o twojej historii, ale jeśli możesz to opowiedz coś więcej o sobie. Jeśli chcesz, to ja też to mogę zrobić, bo zapewne nie wiesz skąd pochodzę...
- Na dłuższą metę, wiesz o mnie więcej, niż ja sama. - uśmiechnęła się delikatnie. - Ale ja niewiele wiem o Tobie. - dodała cicho.
Spojrzałem w niebo. Pierwsze krople deszczu spadły na mój nos.
- Lepiej ukryjmy się przed deszczem. Niedaleko nas jest mała jaskinia.
***
Rozpaliliśmy ogień. Na zewnątrz lało. Siedzieliśmy w ciszy. Zupełnie nie wiedziałem od czego zacząć, co powiedzieć, jaka będzie jej reakcja.
- No więc... - wyszeptałem nieśmiało. - Zacznę od tego, iż nie jestem rodzonym Magicznym Wilkiem. Tak na prawdę byłem zwyczajnym basiorem żyjącym około trzydziestu lat przed tobą. - mówiłem, lecz przerwałem na chwilę. - Nie, nie przesłyszałaś się. Może lepiej będzie jak opowiem wszystko, a potem będą pytania i wytłumaczenia. Zacznijmy już... Żyłem sobie spokojnie wraz z moją rodziną w pewnej watasze. Byłem tam Betą, a jak pewnie wiesz na tym stanowisku miałem pewne obowiązki. Któregoś dnia, jak co tydzień, poszedłem na ''zwiady'' czy coś poza terenami sfory coś się zmieniło. Oczywiście przyłączył się do mnie mój brat, Sun. Pamiętam, że jego to tylko wadery obchodziły... Co tydzień inną przyprowadzał. Ja natomiast nigdy nie miałem partnerki, a mimo tego żyło mi się świetnie. Wracając do tematu... Obok terenów mojej watahy stała elektrownia atomowa. Była to dla nas szczególna okazja, bo ludzie do śmieci różne rzeczy wyrzucali. W elektrowni było kilka reaktorów, w których były niebezpieczne substancje, niestety nie potrafię powiedzieć jakie. Zawsze mnie kusiło, aby zobaczyć co tam jest. Przemknąłem się przez grupę ludzi po czym zajrzałem do środka. No, nic specjalnego, ale wtedy zaczęło się coś dziać... Wybuchł pożar. Nastąpiło stopienie jądra w jednym z reaktorów. To był właśnie ten... Reaktor czwarty... Nastąpiła panika. Szukałem brata, lecz go nie mogłem znaleźć. W końcu odszukałem go obok kontenerów na śmieci. Uwielbiał jeść... Nakazałem mu uciekać. Sun oczywiście wszystko zamieniał na żarty, więc ucieczkę ze mną uznał za zabawę. Wyszedłem z terenów reaktora, lecz przy tym płytko oddychałem i ciężko było mi się ruszać. Upadłem na ziemię przymykając lekko oczy. Wiedziałem, że to koniec, że moje dostatnie życie się skończy... Było inaczej. Przebudziłem się w tymże wieku. Nie starzałem się, ani nie odmłodniałem. Pamiętam, że przebywałem przez jakiś czas w watasze pod opieką lekarzy. Ubłagałem ich o wyjście. I wtedy pojawiłem się tutaj. Poznałem ciebie, Kiiyuko i inne wilki. To Wataha Magicznych Wilków, lecz ja jeszcze nie opanowałem wszystkich mocy. No i... Jestem. Urodą to ja nie grzeszę, ale to nie ważne. Oto ja i moja historia.
<Desari?>
Od Percy'ego ''Odejść czy zostać cz. 12'' (cd. Desari)
Otaczała mnie cisza. Czasem jakiś ptak odezwał się śpiewem. Nad mą głową
wisiały burzowe chmury, a mgła ograniczała mi widoczność. Zasiadłem
niedaleko brzegu. Wpatrywałem się w samotności w nieruchomą taflę wody.
Wszystkie wilki przebywały w ciepłych jaskiniach, tylko mi coś odbiło by
wyjść. No cóż, na początku nie było takiej pogody... Gapiłem się tak w
jezioro przez dobre kilka minut. I to jeszcze w bezruchu. Z południa
zaczął wiać lekki wiatr, lecz po chwili znów go nie było. Czułem się
obserwowany. To takie dziwne... Nie lubię tego. Rozpaczliwie rozglądałem
się dokoła szukając owego osobnika. Albo jest za dobrze zamaskowany,
albo po prostu zgłupiałem do reszty. Wstałem szybko nasłuchując
otoczenia. Odwróciłem się w stronę lasu. Przechyliłem nieco głowę w bok.
Spostrzegłem kawałek fioletowej peleryny leżącej bezładnie na ziemi.
- Desari? - wyszeptałem robiąc kilka kroków w przód.
Usłyszałem szelest liści, a niedaleko mnie przemknęła tajemnicza postać. Ruszyłem szybkim biegiem za nią starając się jak najlepiej zamaskować białe futro. Nie najlepiej wychodzi mi wykorzystywanie mojej mocy kamuflażu, ale tym razem udało mi się osiągnąć pożądany kolor ciała.
***
Niespełna kilka chwil potem, dogoniłem człowieka. Udało mi się to głównie przy użyciu mocy, ale i tak czułem satysfakcję, bo nie jestem najszybszy. Zagrodziłem jej drogę. Obydwoje patrzyliśmy sobie wprost w oczy.
- I co masz zamiar zrobić? - zapytała obojętnie.
- O co chodzi w tym wszystkim. - odparłem cicho.
- Dowiedziałeś się już wystarczająco dużo. - prychnęła kręcąc głową.
- Na pewno? To, czego się dowiedziałem to tylko połowa lub 1/4 całej twojej historii.
- Po co wiedzieć ci, kim jestem? Nie jesteś nikim ważnym, przyjacielem, znajomym... Nikim.
Odeszła wymijając mnie. Sterczałem w miejscu myśląc nad przebiegiem sytuacji. Skoro wyznała mi swą historię, a sama wspominała że nie każdemu ją opowiada, więc... Trudno jest zrozumieć płeć przeciwną. Skoro według niej jestem nikim, postanowiłem nie zastanawiać się nad tym co teraz robi. Żyje swoim życiem... Zapomnę o niej i całej opowieści.
<Desari?>
- Desari? - wyszeptałem robiąc kilka kroków w przód.
Usłyszałem szelest liści, a niedaleko mnie przemknęła tajemnicza postać. Ruszyłem szybkim biegiem za nią starając się jak najlepiej zamaskować białe futro. Nie najlepiej wychodzi mi wykorzystywanie mojej mocy kamuflażu, ale tym razem udało mi się osiągnąć pożądany kolor ciała.
***
Niespełna kilka chwil potem, dogoniłem człowieka. Udało mi się to głównie przy użyciu mocy, ale i tak czułem satysfakcję, bo nie jestem najszybszy. Zagrodziłem jej drogę. Obydwoje patrzyliśmy sobie wprost w oczy.
- I co masz zamiar zrobić? - zapytała obojętnie.
- O co chodzi w tym wszystkim. - odparłem cicho.
- Dowiedziałeś się już wystarczająco dużo. - prychnęła kręcąc głową.
- Na pewno? To, czego się dowiedziałem to tylko połowa lub 1/4 całej twojej historii.
- Po co wiedzieć ci, kim jestem? Nie jesteś nikim ważnym, przyjacielem, znajomym... Nikim.
Odeszła wymijając mnie. Sterczałem w miejscu myśląc nad przebiegiem sytuacji. Skoro wyznała mi swą historię, a sama wspominała że nie każdemu ją opowiada, więc... Trudno jest zrozumieć płeć przeciwną. Skoro według niej jestem nikim, postanowiłem nie zastanawiać się nad tym co teraz robi. Żyje swoim życiem... Zapomnę o niej i całej opowieści.
<Desari?>
sobota, 13 września 2014
Od Percy'ego ''Odejść czy zostać cz.10'' (cd. Desari)
Wadera pod postacią człowieka spojrzała na mnie przenikliwym wzrokiem,
po czym odwróciła się na pięcie ruszając biegiem wprost do lasu. Nie
próbowałem jej zatrzymywać, i tak zrobiłaby co by chciała. Patrzyłem w
ślad za nią aż zniknęła z pola widzenia. Wziąłem głęboki oddech.
Posiedziałem jeszcze chwilę na klifie, a następne poczłapałem ciężko do
jaskini.
***
Minęło kilka dni. Ciągle siedziałem w jaskini. Czułem się... po części pusty. To było dziwne... Zazwyczaj niczego mi nie brakowało, a jak już tak było - ignorowałem wszystko, co z tym związane. Teraz było inaczej. Miałem świadomość tego, iż w każdej chwili może nas zaatakować ojciec Desari, że możemy wszyscy zginąć... Z resztą - jak dla mnie to nie ma znaczenia. Byłem już raz w podobnej sytuacji, ale mniejsza z tym. Lecz w tym momencie nie to było najważniejsze. Brakowało mi jej... Pokerowej twarzy bez uczuć, choć w środku czująca coś innego, milczącej samicy wodzącej nieobecnym wzrokiem dokoła. Tego dnia postanowiłem wyjść nieco na świeże powietrze. Podszedłem do wyjścia pełen melancholii. Wychyliłem się lekko na zewnątrz. Promienie słońca od razu zaczęły razić me czerwone oczy, lecz po chwili przystosowałem się do otoczenia. Idąc przed siebie bez celu, zacząłem nucić w głowie znaną mi piosenkę:
Come up to meet you, tell you I'm sorry
You don't know how lovely you are
I had to find you, tell you I need you
Tell you I set you apart
Tell me your secrets and ask me your questions
Oh, let's go back to the start
Running in circles, coming up tails
Heads on a silence apart
Nobody said it was easy
It's such a shame for us to part
Nobody said it was easy
No one ever said it would be this hard
Oh, take me back to the start
I was just guessing at numbers and figures
Pulling the puzzles apart
Questions of science, science and progress
Do not speak as loud as my heart
But tell me you love me, come back and haunt me
Oh and I rush to the start
Running in circles, chasing our tails
Coming back as we are
Nobody said it was easy
Oh, it's such a shame for us to part
Nobody said it was easy
No one ever said it would be so hard
I'm going back to the start
Oh ooh, ooh ooh ooh ooh
Ah ooh, ooh ooh ooh ooh
Oh ooh, ooh ooh ooh ooh
Oh ooh, ooh ooh ooh ooh
Dotarłem nad jezioro. Przez całą drogę czułem się jakbym był obserwowany, lecz to zignorowałem.
<Desari?>
***
Minęło kilka dni. Ciągle siedziałem w jaskini. Czułem się... po części pusty. To było dziwne... Zazwyczaj niczego mi nie brakowało, a jak już tak było - ignorowałem wszystko, co z tym związane. Teraz było inaczej. Miałem świadomość tego, iż w każdej chwili może nas zaatakować ojciec Desari, że możemy wszyscy zginąć... Z resztą - jak dla mnie to nie ma znaczenia. Byłem już raz w podobnej sytuacji, ale mniejsza z tym. Lecz w tym momencie nie to było najważniejsze. Brakowało mi jej... Pokerowej twarzy bez uczuć, choć w środku czująca coś innego, milczącej samicy wodzącej nieobecnym wzrokiem dokoła. Tego dnia postanowiłem wyjść nieco na świeże powietrze. Podszedłem do wyjścia pełen melancholii. Wychyliłem się lekko na zewnątrz. Promienie słońca od razu zaczęły razić me czerwone oczy, lecz po chwili przystosowałem się do otoczenia. Idąc przed siebie bez celu, zacząłem nucić w głowie znaną mi piosenkę:
Come up to meet you, tell you I'm sorry
You don't know how lovely you are
I had to find you, tell you I need you
Tell you I set you apart
Tell me your secrets and ask me your questions
Oh, let's go back to the start
Running in circles, coming up tails
Heads on a silence apart
Nobody said it was easy
It's such a shame for us to part
Nobody said it was easy
No one ever said it would be this hard
Oh, take me back to the start
I was just guessing at numbers and figures
Pulling the puzzles apart
Questions of science, science and progress
Do not speak as loud as my heart
But tell me you love me, come back and haunt me
Oh and I rush to the start
Running in circles, chasing our tails
Coming back as we are
Nobody said it was easy
Oh, it's such a shame for us to part
Nobody said it was easy
No one ever said it would be so hard
I'm going back to the start
Oh ooh, ooh ooh ooh ooh
Ah ooh, ooh ooh ooh ooh
Oh ooh, ooh ooh ooh ooh
Oh ooh, ooh ooh ooh ooh
Dotarłem nad jezioro. Przez całą drogę czułem się jakbym był obserwowany, lecz to zignorowałem.
<Desari?>
niedziela, 3 sierpnia 2014
Od Percy'ego ''Odejść czy zostać cz.8'' (cd. Desari)
Nie zatrzymywałem jej, bo i tak na nic to się nie zda. Zrobi co
zechce... Patrzyłem w ślad za nią, po czym wróciłem do treningu.
Nie skupiałem się zbytnio na rozwijaniu nowych mocy, przez co nie osiągnąłem nic. Cały czas w głowie kłębiły mi się myśli dotyczące ojca wadery i niej samej. Poddałem się więc, poczłapałem wolno do swej jaskini.
Tej nocy nie zasnąłem. ''A jeśli on zaatakuje właśnie teraz i to jeszcze niespostrzeżenie? Świat zginie, nasze zwłoki będą rozkładały się miesiącami...'' - myślałem bez przerwy. Wstałem ciężko kierując się do lasu w poszukiwaniu Desari. Napotkałem ją na słabo widocznej ścieżce prowadzącej do wąwozu. Wyszedłem z naprzeciw i w geście powitania, skinąłem głową.
- To nieodpowiedni temat na rozmowy, ale ja zawsze muszę wiedzieć więcej... - zacząłem. - Jeśli proroctwo jest przerwane, to czy można ''zobaczyć'' gdzieś jego straconą część?
- Obawiam się, że nie. - odparła krótko.
- Ale... zawsze można spróbować je ''znaleźć'', prawda? - spuściłem głowę i spojrzałem na nią spod łba.
<Desari?>
Nie skupiałem się zbytnio na rozwijaniu nowych mocy, przez co nie osiągnąłem nic. Cały czas w głowie kłębiły mi się myśli dotyczące ojca wadery i niej samej. Poddałem się więc, poczłapałem wolno do swej jaskini.
Tej nocy nie zasnąłem. ''A jeśli on zaatakuje właśnie teraz i to jeszcze niespostrzeżenie? Świat zginie, nasze zwłoki będą rozkładały się miesiącami...'' - myślałem bez przerwy. Wstałem ciężko kierując się do lasu w poszukiwaniu Desari. Napotkałem ją na słabo widocznej ścieżce prowadzącej do wąwozu. Wyszedłem z naprzeciw i w geście powitania, skinąłem głową.
- To nieodpowiedni temat na rozmowy, ale ja zawsze muszę wiedzieć więcej... - zacząłem. - Jeśli proroctwo jest przerwane, to czy można ''zobaczyć'' gdzieś jego straconą część?
- Obawiam się, że nie. - odparła krótko.
- Ale... zawsze można spróbować je ''znaleźć'', prawda? - spuściłem głowę i spojrzałem na nią spod łba.
<Desari?>
niedziela, 27 lipca 2014
Od Percy'ego ''Odejść czy zostać cz. 6'' (cd. Desari)
Zastygliśmy w bezruchu. To było... dziwne uczucie. Nie wiedziałem co zrobić, powiedzieć. Przymknąłem lekko oczy.
- W życiu piękne są tylko chwile. Nie przejmuj się ojcem. - szepnąłem.
- To niemożliwe... - mówiła cicho.
- Wszystko jest możliwe. Wystarczy, by chcieć i wierzyć w to, co chce się osiągnąć. Jeśli uważasz, że ci się uda, to tak będzie. - wymamrotałem.
Wadera wypuściła mnie z uścisków. Patrzyłem jej wprost w oczy bez skrępowania. Ona spuściła wzrok, ale czasem podnosiła go, by sprawdzić, czy nadal się na nią patrzę.
- Kiedy on nadejdzie? - spytałem nieśmiało.
- Nikt tego nie wie. Jak znam życie, zaskoczy nas.
- A jeśli nie? - dopytywałem się.
- Nie wiem. - spojrzała na mnie zamglonym wzrokiem.
Zapadła cisza. Zacisnąłem zęby, aż w końcu przerwałem milczenie.
- Czy tylko ty go możesz pokonać? Nikt więcej?
<Des?>
- W życiu piękne są tylko chwile. Nie przejmuj się ojcem. - szepnąłem.
- To niemożliwe... - mówiła cicho.
- Wszystko jest możliwe. Wystarczy, by chcieć i wierzyć w to, co chce się osiągnąć. Jeśli uważasz, że ci się uda, to tak będzie. - wymamrotałem.
Wadera wypuściła mnie z uścisków. Patrzyłem jej wprost w oczy bez skrępowania. Ona spuściła wzrok, ale czasem podnosiła go, by sprawdzić, czy nadal się na nią patrzę.
- Kiedy on nadejdzie? - spytałem nieśmiało.
- Nikt tego nie wie. Jak znam życie, zaskoczy nas.
- A jeśli nie? - dopytywałem się.
- Nie wiem. - spojrzała na mnie zamglonym wzrokiem.
Zapadła cisza. Zacisnąłem zęby, aż w końcu przerwałem milczenie.
- Czy tylko ty go możesz pokonać? Nikt więcej?
<Des?>
czwartek, 17 lipca 2014
Od Percy'ego ''Sen cz.2'' (cd. Desari lub Kiiyuko)
Zacząłem się nieco niepokoić. Co prawda nie wiem czym jest ''TO'', lecz
poznałem Fate'a czy jak mu tam było... Nie wiem czy ma to coś z nim
wspólnego, wolę na razie nic nie mówić.
- Kiiyuko, zostań z nią. Jesteś alfą, powinnaś wiedzieć coś więcej o niej. Może gdy dojdzie do siebie, powie coś ''przydatnego''... - mówiłem idąc w stronę wyjścia.
Margaux i Sora wyszły chwilę po mnie. Obydwie od razu poszły swoimi drogami, a ja postanowiłem przemyśleć wszystko, co wydarzyło się w ostatnich dniach. Ruszyłem powolnym tempem przed siebie.
Dotarłem nad wodospad. Usiadłem na brzegu wpatrując się w spadającą wodę. Myślałem o... wszystkim, co było warte uwagi. Obok mnie przechodziły ciągle jakieś wilki gapiąc się na mnie. Dziwi ich wygląd myślącego zwierzęcia? No cóż... Nie irytowała mnie ich obecność, ale czasem zdarzały im się złośliwe uwagi na mój temat, gdyż mówili je na głos.
Wstałem w końcu idąc w stronę jaskini, gdzie była Desari oraz Kiiyuko.
<Desari lub Kiiyuko? Nie musicie kończyć, jeśli nie chcecie>
- Kiiyuko, zostań z nią. Jesteś alfą, powinnaś wiedzieć coś więcej o niej. Może gdy dojdzie do siebie, powie coś ''przydatnego''... - mówiłem idąc w stronę wyjścia.
Margaux i Sora wyszły chwilę po mnie. Obydwie od razu poszły swoimi drogami, a ja postanowiłem przemyśleć wszystko, co wydarzyło się w ostatnich dniach. Ruszyłem powolnym tempem przed siebie.
Dotarłem nad wodospad. Usiadłem na brzegu wpatrując się w spadającą wodę. Myślałem o... wszystkim, co było warte uwagi. Obok mnie przechodziły ciągle jakieś wilki gapiąc się na mnie. Dziwi ich wygląd myślącego zwierzęcia? No cóż... Nie irytowała mnie ich obecność, ale czasem zdarzały im się złośliwe uwagi na mój temat, gdyż mówili je na głos.
Wstałem w końcu idąc w stronę jaskini, gdzie była Desari oraz Kiiyuko.
<Desari lub Kiiyuko? Nie musicie kończyć, jeśli nie chcecie>
środa, 16 lipca 2014
Od Percy'ego ''Odejść czy zostać cz. 4'' (cd. Desari)
Położyłem się na skale na plecach.
- Nikt nie ma powodu do pochwał. - mówiłem cicho. - A kim ja jestem? Nie umiem posługiwać się tymi mocami, jestem tykającą bombą zegarową, która w każdej chwili może wpaść w furię zabijając połowę watahy. A jeśli chodzi o mój charakter... - nie dokończyłem, gdyż się zamyśliłem. - Dziwak ze mnie. Czasem zachowuje się jak jakiś psychopata... Szczerze, to nie obchodzi mnie co inni myślą. Może to wydawać się dziwne, ale nie umiem kochać całym sobą. Przynajmniej tak sądzę. Jeśli znajdzie się ta jedyna, to... Nie, nie możliwe. Zostawi mnie po góra dwóch dniach, a ja nadal będę wiódł życie robiąc dobrą minę do złej gry - jak teraz.
Czułem spojrzenie wadery na sobie. Dziwne uczucie... Gdy ktoś ciebie obserwuje, a ty nie wiesz kompletnie co zrobić.
- Uważasz, że jesteś ''nikim''? - pyta nieufnie.
- Ta. - ucinam krótko. - Ty przynajmniej masz swój charakter, a takich jak ja jest wielu, nie jestem wyjątkowy. Są o wiele ładniejsi, mądrzejszy... Mają co ze sobą zrobić. - szeptałem.
<Desari?>
- Nikt nie ma powodu do pochwał. - mówiłem cicho. - A kim ja jestem? Nie umiem posługiwać się tymi mocami, jestem tykającą bombą zegarową, która w każdej chwili może wpaść w furię zabijając połowę watahy. A jeśli chodzi o mój charakter... - nie dokończyłem, gdyż się zamyśliłem. - Dziwak ze mnie. Czasem zachowuje się jak jakiś psychopata... Szczerze, to nie obchodzi mnie co inni myślą. Może to wydawać się dziwne, ale nie umiem kochać całym sobą. Przynajmniej tak sądzę. Jeśli znajdzie się ta jedyna, to... Nie, nie możliwe. Zostawi mnie po góra dwóch dniach, a ja nadal będę wiódł życie robiąc dobrą minę do złej gry - jak teraz.
Czułem spojrzenie wadery na sobie. Dziwne uczucie... Gdy ktoś ciebie obserwuje, a ty nie wiesz kompletnie co zrobić.
- Uważasz, że jesteś ''nikim''? - pyta nieufnie.
- Ta. - ucinam krótko. - Ty przynajmniej masz swój charakter, a takich jak ja jest wielu, nie jestem wyjątkowy. Są o wiele ładniejsi, mądrzejszy... Mają co ze sobą zrobić. - szeptałem.
<Desari?>
poniedziałek, 14 lipca 2014
Od Percy ''Narodziny cz.4'' (cd. Sofija)
Jako iż nie znam się za bardzo na porodach, oznajmiłem, że wyjdę na
zewnątrz. Nie byłem nigdy lekarzem, więc nie mam nic do gadania.
Usiadłem obok jaskini gapiąc się na mrówki chodzące obok moich łap.
Nie wytrzymałem w jednym miejscu. Poszedłem więc na ''przechadzkę''. Odwiedziłem kilka miejsc, zwiedziłem nieco okolic. Poznałem też jakiś ''Różowy las'' i Wodospad, których wcześniej nie widziałem. Wracając do jaskini, ponownie obok niej usiadłem czekając na... Tak właściwie to na nic. Wsłuchałem się w wiatr. Tak pięknie grał, jak nigdy.
<Jeśli chcesz, to dokończ Sofijo>
Nie wytrzymałem w jednym miejscu. Poszedłem więc na ''przechadzkę''. Odwiedziłem kilka miejsc, zwiedziłem nieco okolic. Poznałem też jakiś ''Różowy las'' i Wodospad, których wcześniej nie widziałem. Wracając do jaskini, ponownie obok niej usiadłem czekając na... Tak właściwie to na nic. Wsłuchałem się w wiatr. Tak pięknie grał, jak nigdy.
<Jeśli chcesz, to dokończ Sofijo>
niedziela, 13 lipca 2014
Od Percy'ego "Odejść czy zostać?... cz.2" (cd. Desari)
Maszerując z głową podniesioną dumnie ku górze, po kolei ''strzelałem''
meteorytami w drzewa, głazy... W co popadnie, tak na prawdę. Zniszczenia
nie były duże, ale to zawsze coś. Cieszyłem się jak dziecko...
Przystanąłem na chwilę patrząc za siebie przez ramię. Korytarz
zniszczonych roślin i kamieni. Jakby przeszło tędy tornado... Aż tak
silny jestem, aby zniszczyć wszystko, co stoi mi na drodze? Nie sądzę.
Stawiając kolejne kroki, zapuszczałem się w nieznane mi tereny. Cisza.
Wyczuwałem czyjąś obecność... Co chwilę rozglądałem się a nadziei, iż
ujrzę ''prześladowcę''. Nadzieja matką głupich, jak to się mówi.
Dotarłem na znaną już mi plażę. Zaraz obok niej znajdował się ogromny klif. Wdrapałem się na niego, co nie było najłatwiejsze. Gdy znalazłem się już na krawędzi skały, zmieniłem się w człowieka. Jakoś... dziwnie się czułem stojąc na dwóch nogach. Obok mnie znajdowała się niewielka kałuża w zagłębieniu. Usiadłem obok niej i pochyliłem głowę. Ja - chłopak o czarnych, krótkich, stojących włosach. Ciemne, bystre oczy przysłaniały okulary przeciwsłoneczne oparte na smukłym nosie. Usta niezbyt wydatne, cienkie. Zapadnięte policzka, podłużna twarz. Odwróciłem wzrok, a następnie głowę. Patrzyłem się w horyzont... Szum morza uspokajał. Przysunąłem się do krawędzi, aby spuścić nogi w dół.
<Desari?>
Dotarłem na znaną już mi plażę. Zaraz obok niej znajdował się ogromny klif. Wdrapałem się na niego, co nie było najłatwiejsze. Gdy znalazłem się już na krawędzi skały, zmieniłem się w człowieka. Jakoś... dziwnie się czułem stojąc na dwóch nogach. Obok mnie znajdowała się niewielka kałuża w zagłębieniu. Usiadłem obok niej i pochyliłem głowę. Ja - chłopak o czarnych, krótkich, stojących włosach. Ciemne, bystre oczy przysłaniały okulary przeciwsłoneczne oparte na smukłym nosie. Usta niezbyt wydatne, cienkie. Zapadnięte policzka, podłużna twarz. Odwróciłem wzrok, a następnie głowę. Patrzyłem się w horyzont... Szum morza uspokajał. Przysunąłem się do krawędzi, aby spuścić nogi w dół.
<Desari?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)