Umieram z pragnienia. W ustach mam istną Saharę. Gdzie tu jest woda!? No
gdzie!? Odkąd minąłem tamte źródełko, które zignorowałem, bo uznałem,
że po drodze będzie ich jeszcze mnóstwo, nie ma dosłownie nic. Ziemia
sucha, rośliny zwiędłe. Jeszcze trochę, a będę łaził po piasku.
Niemożliwe żebym tak szybko dotarł aż do takiego południa. Powinien być
jeszcze z miesiąc drogi.
Odkąd wyruszyłem minął tydzień. Pewnie nikt nawet nie zauważył, że mnie
nie ma. A i lepiej. Przynajmniej nie będę musiał odpowiadać na irytujące
pytania z serii "Gdzie byłeś?", "Co robiłeś?". Zawsze mi je zadawali,
gdy wychodziłem z domu na więcej niż dwa dni. Nienawidziłem na nie
odpowiadać. Czułem się jak na przesłuchaniu i strasznie działało mi to
na nerwy. Parę razy wybuchłem już tak na poważnie. Jak byłem jeszcze
szczeniakiem... No może nie całkiem szczeniakiem, ale jeszcze nie
dorosłym wilkiem. To wyszedłem wtedy na cztery dni w góry. Na spacer. Od
tak, bez specjalnego powodu. Chyba chciałem odpocząć od całego
towarzystwa. Oj, wkurzyli się wtedy, wkurzyli. Zaczęli się drzeć, że
jestem nieodpowiedzialny, że powinienem był ich poinformować, i że
wszyscy tropiciele szukali mnie dzień i noc. No cóż... Jak o tym teraz
pomyślę, to faktycznie było głupie. I wtedy spadł grad pytań. Tak się
wkurzyłem, że spaliłem cały las wokół jaskini bet. Oj, ojciec się musiał
tłumaczyć. Hahaha, to było dobre, ta mina. Taka skrucha zmieszana ze
złością i myślą "znów ten mój głupi syn i jego ogień...". To były dobre
czasy.
Odrzuciłem dalsze wspomnienia i skupiłem się na drodze. Nie powinienem
się rozpraszać A to co? Wyczułem wilgoć w powietrzu. Gdzieś w prawo?
Nie, prosto! Tak, tak prosto! Pobiegłem ile sił, parę razy potknąłem się
o drzewo, bo z pragnienia obraz zaczynał zamazywać mi się przed oczami,
ale mniejsza o to. Dopadłem do małej kałuży. Ugh, picie na pusty
żołądek ma to do siebie, że jest strasznie nieprzyjemne. Woda obija się o
ściany żołądka i zostawia nieprzyjemne uczucie zimna.
Podniosłem łeb. Chyba znam to miejsce, tak w ogóle. Czy to nie Stara
Przystań? Wybudował ją kiedyś rybak, który osiedlił się tu ze swoją
rodziną i żył pośród małych roślinek i wyschniętych traw. A skoro tak,
to jestem prawie na miejscu. Nie ma co tracić czasu.
Żwawym krokiem ruszyłem naprzód. Skoro Malachit jest z południa, to
tutaj na pewno się czegoś dowiem. Niedaleko powinien być Klan Zielonej
Oazy. Byłem tam kiedyś na ceremonii dojrzałości siostry żony mojego
stryja. To było dopiero widowisko. Nałożyła pawie pióra na łeb i
tańczyła ze swoim ojcem wokół sosny. Podobno była to prośba do bóstw o
dobrobyt. No cóż. Ja się za wiele nie znam na takich rzeczach, bo w
moich stronach nie praktykowało się żadnych religii. Ale z tego co
pamiętam to bardzo gościnna wataha. Chodź bardzo liczna. Skupili się
wokół "oazy" - jeziora, a mało ich tutaj. Dlatego nowi członkowie ciągnął
tu jak ćmy do światła. Och, widzę już pierwszych strażników.
- Renethrain, syn Davona - spuściłem uszy
Strażnicy spojrzeli po sobie. Ten po prawej otworzył szeroko oczy i
szepnął coś na ucho drugiemu. Przenieśli wzrok w stronę terenów watahy.
Chwila milczenia.
- Witaj Renethrainie, synu Davona - odpowiedział starszy wilk o złotych
oczach - Jesteś na terenie Klanu Zielonej Oazy. Co Cię tu sprowadza?
- Chcę skorzystać z prawa gościny
Biały wilk-strażnik zacisnął łapę. Ha... Nie możesz mi odmówić, nie?
- Od teraz jesteś pod ochroną naszego klanu. Wiesz jakie są warunki tego prawa? - spytał z kamiennym pyskiem
- Oczywiście
Dają mi ochronę - ja muszę być grzeczny i potulny, albo mnie zabiją.
Proste? Proste. I bardzo przydatne. Aczkolwiek nie wszystkie klany tego
przestrzegają. Tylko te bardziej szanujące się i wierzące w Ducha
Pustyni, Wielkiego Stwórcę (zwał jak zwał), który mówi, że pomoc
potrzebującym jest prawa i chwalebna oraz nie godzi się jej odmówić.
- Zaprowadzę cię do Alfy - powiedział złotooki wilk
Alfa mieszkał w bardzo ciekawym... Domku. Konstrukcja składała się z
kości i skór zwierząt i no nie powiem. Była spora. Jakieś dwa wilki
stanęły dumnie tuż przed nią.
- Wielki Alfa nadchodzi! - wypowiedziały jednocześnie, ukłoniły się i odeszły na boki
Oho. Zaczyna się. Czekałem w napięciu jakieś dwie minuty. Potem z namiotu
wyłonił się brązowy łeb. Nie wiem czemu, ale po ciele przeszła mnie
gęsia skórka. Ów alfa okazał się zupełnie innym wilkiem niż parę
miesięcy temu. Na sto procent jest ślepy na prawe oko - jest całkowicie
zamglone. Postawę ma masywną, a sierść brązową z czarnymi wstawkami w
postaci pasków. Trochę jak u zebry, ale nie rzucają się aż tak w oczy.
Bardziej zlewają z futrem. Na łbie jego sierść jest siwa i długa prawie
do łap! Psyk trochę kwadratowy no i mnóstwo blizn.
- Powołałeś się na prawo gościa - zaczął swoim grubym głosem - Możesz
zostać u nas na jakiś czas, lecz nie nadużywaj naszej gościnności! Bo
może się to odwrócić przeciwko tobie.
- Rozumiem, ee... Wielki Alfo.
- Możesz mówić mi Yngri.
- Oczywiście, Yngri. Prawda jest taka, że mam do ciebie pewną sprawę. Bardziej pytanie.
- Przeczuwałem, że twoja wizyta nie jest przypadkowa. Spotkajmy się jutro, przy prostokątnym stole na osobności.
- Dziękuję.
- Kto zechce oprowadzić naszego gościa? - Yngri zwrócił się do tłumu gapiów
Chwila niezręcznej ciszy. No tak. Wiem, wiem, oprowadzanie nieznajomego
basiora brzmi jak problem, no ale błagam, niech już ktoś się ulituje, ja
tu umieram z głodu i chcę jak najszybciej przejść przez ten proces
zapoznawczy!
- Ja mogę - odezwała się w końcu jakaś wadera
W końcu! Zaraz... Czy ja jej nie znam? Niebieska sierść, cztery ogony, biały kamień lewitujący przy czole.
- Aria! - uśmiechnąłem się
- Dawno się nie widzieliśmy, Rene.
- Ostatnim razem na twojej ceremonii - mrugnąłem do niej - wyglądałaś zjawiskowo!
- Weź się ze mnie nie nabijaj, marzę żeby o tym zapomnieć.
- No co ty, mówię serio. Pełna powaga.
- Ta, ta... no chodź już, bo zaczyna się ściemniać, a kolację cała wataha je wspólnie. Nie chcę się przez ciebie spóźnić.
Tereny watahy były rozległe, ale nie tak jak nasze. Było jedno jezioro,
które w sumie bardziej przypomina porośnięte przez sinice bagno. Do tego
las, całkiem duży i nieprzyjemny zarazem, bo ciemny i stary. Ogólnie
bardzo tu sucho, więc jakieś trzydzieści procent terenów to stepy, a kolejne czterdzieści
to łąki.
Po całej wycieczce, która odbyła się w iście ekspresowym tempie, w końcu
znalazłem się przy stole (pniu wielkiego drzewa, które szczęśliwym
trafem upadło i przepołowiło się tak, że stół przypominało) z jedzeniem.
Zebrały się tu wszystkie wilki. Chyba dwieście, z wyraźną przewagą
basiorów. Mała grupka dzieci siedziała nieco dalej, na ziemi. Na stole
znajdowały się cztery jelenie, osiem bizonów i dwadzieścia zajęcy -
efekt polowań łowców z dwóch dni. Najpierw jadł Alfa, potem Beta, potem
Strażnicy Alfy, a dopiero potem reszta. No i ja.
Byłem wygłodniały, więc od razu rzuciłem się na całego zająca, nie
zwracając uwagi na dwuznaczne spojrzenia moich sąsiadów, którzy w
przeciwieństwie do mnie jedli spokojnie i elegancko. Ja miałem gdzieś
ich spokój i elegancję.
- Och... Jak dobrze - położyłem się na ziemi i spojrzałem w niebo
Jestem jeden krok dalej. Jeden maleńki krok. Mam nadzieję, że Alfa
będzie wiedział coś o tej organizacji. W końcu to wataha z największymi
wpływami w okolicy.
Uwagi: "Ochy" i "Achy" zapisujemy przez "ch". Każde zdanie kończ kropką lub innym znakiem interpunkcyjnym (prócz niektórych wypowiedzi, ale to trzeba czuć), szczególnie jeśli to ostatnie zdanie w akapicie. Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. Przy zwróceniu się do konkretnej osoby stawiamy przecinek, np. Dawno się nie widzieliśmy, Rene.
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renethrain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renethrain. Pokaż wszystkie posty
środa, 26 października 2016
czwartek, 6 października 2016
Od Renethraina "Cisza przed burzą" cz. 4
Ostatnio moje dni są całkiem normalne. Zero dziwnych snów. Zero nagłych
napadów psychicznych basiorów. No i las jako tako odżył od ostatniego
czasu jak tam byłem, czyli... Tydzień temu? Wow, dość szybko mu idzie,
bo pierwsze małe siewki już pną się w górę i konkurują o dostęp do
światła. Po tym jak Malachit zniknął, zaszyłem się w norze i spałem.
Chyba musiałem odreagować te nieprzespane noce, bo przyznaję. Bałem się,
że znów nawiedzi mnie jakaś nienormalna wizja i unikałem snu jak ognia.
Teraz czuję się znacznie lepiej. I chyba w końcu ruszę te leniwe kości,
żeby jakoś przeczołgały się do miejskiej biblioteki, bo jeśli dalej
będę przedłużaj moje "wakacje", to w końcu jakiś Rubin, czy Topaz
przyjdzie i skróci mnie o łeb.
Zmieniłem się w człowieka i przekroczyłem granicę miasta. To już drugi raz w tym miesiącu kiedy odwiedzam bibliotekę. Lubię to miejsce. Jest tam sporo rzeczy, których normalnie w internecie się nie znajdzie. A już widzę strony jakie by mi wyskoczyły jakbym wpisał "Kamienie Szlachetne - tajna organizacja wilków".
Stanąłem na schodach, wziąłem głęboki wdech i otworzyłem skrzypiące drzwi. Nie wiem czemu, ale ta atmosfera w bibliotece zawsze wprawia mnie w jakieś takie dziwne uczucie. Jakbym był obserwowany przez te tysiące ksiąg. Trochę nieprzyjemne, ale idzie się przyzwyczaić. Ruszyłem w kierunku regałów z rzadziej odwiedzanymi egzemplarzami. Kątem oka wychwyciłem "Ezoterykę", a potem wziąłem jeszcze "Historie Swiftkill - czyli dziewczyna, która myślała, że jest wilkiem". Cóż za tytuł. Nie dało się krócej? No nie ważne. Usiadłem na hebanowym krześle i zacząłem kartkować te opasłe tomiszcza. Po dwóch godzinach zmagań z morzącym snem, w końcu zacząłem mu się poddawać i lekko przysypiać nad "Ezoteryką". Jak nie widać efektów, to od razu traci się zapał. Wyszedłem bardziej niż zawiedziony.
Nie dowiedziałem się niczego nowego. No może prócz tego, że na południu watahy lubiły dzielić się na komanda, a te nie zawsze były "prawe" i "dobroduszne".
A nie. Nauczyłem się jeszcze jednej rzeczy. Nie wszystko jest takie proste, że wystarczy odwiedzenie miejskiego magazynu starych papierów żeby to rozwiązać. Będę musiał ruszyć trochę głową. Echh... Jakie to upierdliwe.
Nie znam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Jedyna droga jaka wydaje mi się słuszna to wyruszenie na południe. Mogę jeszcze czekać aż ktoś przyjdzie do mnie, ale chyba wybiorę element zaskoczenia. Już nieraz słyszałem o tym jak odmieniał losy całych wojen.
Zmieniłem się w wilka i wróciłem do swojej jaskini. Po drodze uśmiechnąłem się do Alfy i jakiejś innej wadery, która jej towarzyszyła - to już coś. Przynajmniej ich nie zignorowałem, a mam tendencję do nakładania maski z marmuru jak kogoś widzę. Taki swoisty bitch-face.
Rozejrzałem się po moim "mieszkaniu". No niewiele tu jest. Złapałem jakieś suszone mięso i owoce, wrzuciłem je do torby i przewiązałem ją sobie przez ramię, tak, że wisiała mi na łopatce. No dobra. Nie ma na co czekać.
Uwagi: "Historie Swiftkill - czyli dziewczyna, która myślała, że jest wilkiem" - nie stawiasz tych dwóch Spacji między myślnikiem a tekstem. Postaraj się następnym razem napisać trochę dłuższe op.
Zmieniłem się w człowieka i przekroczyłem granicę miasta. To już drugi raz w tym miesiącu kiedy odwiedzam bibliotekę. Lubię to miejsce. Jest tam sporo rzeczy, których normalnie w internecie się nie znajdzie. A już widzę strony jakie by mi wyskoczyły jakbym wpisał "Kamienie Szlachetne - tajna organizacja wilków".
Stanąłem na schodach, wziąłem głęboki wdech i otworzyłem skrzypiące drzwi. Nie wiem czemu, ale ta atmosfera w bibliotece zawsze wprawia mnie w jakieś takie dziwne uczucie. Jakbym był obserwowany przez te tysiące ksiąg. Trochę nieprzyjemne, ale idzie się przyzwyczaić. Ruszyłem w kierunku regałów z rzadziej odwiedzanymi egzemplarzami. Kątem oka wychwyciłem "Ezoterykę", a potem wziąłem jeszcze "Historie Swiftkill - czyli dziewczyna, która myślała, że jest wilkiem". Cóż za tytuł. Nie dało się krócej? No nie ważne. Usiadłem na hebanowym krześle i zacząłem kartkować te opasłe tomiszcza. Po dwóch godzinach zmagań z morzącym snem, w końcu zacząłem mu się poddawać i lekko przysypiać nad "Ezoteryką". Jak nie widać efektów, to od razu traci się zapał. Wyszedłem bardziej niż zawiedziony.
Nie dowiedziałem się niczego nowego. No może prócz tego, że na południu watahy lubiły dzielić się na komanda, a te nie zawsze były "prawe" i "dobroduszne".
A nie. Nauczyłem się jeszcze jednej rzeczy. Nie wszystko jest takie proste, że wystarczy odwiedzenie miejskiego magazynu starych papierów żeby to rozwiązać. Będę musiał ruszyć trochę głową. Echh... Jakie to upierdliwe.
Nie znam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Jedyna droga jaka wydaje mi się słuszna to wyruszenie na południe. Mogę jeszcze czekać aż ktoś przyjdzie do mnie, ale chyba wybiorę element zaskoczenia. Już nieraz słyszałem o tym jak odmieniał losy całych wojen.
Zmieniłem się w wilka i wróciłem do swojej jaskini. Po drodze uśmiechnąłem się do Alfy i jakiejś innej wadery, która jej towarzyszyła - to już coś. Przynajmniej ich nie zignorowałem, a mam tendencję do nakładania maski z marmuru jak kogoś widzę. Taki swoisty bitch-face.
Rozejrzałem się po moim "mieszkaniu". No niewiele tu jest. Złapałem jakieś suszone mięso i owoce, wrzuciłem je do torby i przewiązałem ją sobie przez ramię, tak, że wisiała mi na łopatce. No dobra. Nie ma na co czekać.
Uwagi: "Historie Swiftkill - czyli dziewczyna, która myślała, że jest wilkiem" - nie stawiasz tych dwóch Spacji między myślnikiem a tekstem. Postaraj się następnym razem napisać trochę dłuższe op.
piątek, 30 września 2016
Od Renethraina "Cisza przed burzą" cz. 3
Samiec zniknął z mojego pola widzenia. Nim zdążyłem się obejrzeć, był
już tuż za mną. Popchnął mnie zieloną energią. Przetoczyłem się po
popiele i z hukiem rozłupałem zwęglony konar. Podniosłem łeb i
wyostrzyłem wzrok. Chyba się w niego uderzyłem, bo przez chwile nie
wiedziałem gdzie jestem. Samca otaczały chmary zielonych muszek, które
wirowały wokół niego jak tarcza. Zaraz jednak znów się zbliżył. Był
szybszy. Dużo szybszy niż na początku. Podniosłem się i zrobiłem
największy odskok na jaki było mnie stać. Basior wyhamował gwałtownie. W
tym czasie stworzyłem trzy kule ognia i każdą z nich rzuciłem w innym
kierunku - ponad niego, z jego lewej i prawej strony. Wszystkie kule
nagle wystrzeliły strumieniem ognia, malejąc w miarę upływającej
energii. Jaffer próbował zrobić przed nimi unik, ale były jak
przyklejone. Jego zielone muszki upadały jedna po drugiej, dołączając do
szarego popiołu. Warknął i ruszył na mnie, gdy energia z kul już
całkiem wygasła. Był wolniejszy, zupełnie tak jak na początku. A więc
jednak. Te obleśne owady to nie była tylko tarcza. Nagle zza moich
pleców wyłoniła się kosa, a zza niej upiór w czarnych łachmanach.
Odruchowo stworzyłem mini wybuch, który umożliwił mi zwiększenie
dystansu. Coś uderzyło mnie w plecy. Ch*lera, uskoczyłem wprost na
Jaffera. Szybko rozpaliłem ognisty krąg i zniknąłem w płomieniach.
Chodziłem po rozżarzonym gruncie, wtapiając się w ogień. Krążyłem wraz z
kręgiem, wybierając najlepsze miejsce na atak.
- Co? Już sobie poszedłeś? - zaśmiał się samiec - No chodź, nie wstydź się. Albo nie wiesz co? Ja przyjdę do ciebie.
Strumień zielonej energii spadł z nieba jak armagedon i zgasił cały ogień jaki stworzyłem, wywalając mnie w dal na jakieś piętnaście metrów.
- No witaj - uśmiechnął się
Pode mną pojawił się znak. Czułem jak ulatują wszystkie moje siły, tak że nie mogłem podnieść się z ziemi. Krzyki duchów rozległy się w powietrzu, zielona energia zupełnie mnie otoczyła. Myślałem nad możliwościami ataku. Jak na razie prawie cały czas się bronię. W ogóle nie daje mi szansy na wykonanie czaru. Czuję się coraz słabszy, tak jakby był chodzącą ssawką energii. Ostatnimi siłami przetoczyłem się po ziemi i uwolniłem ze znaku. Stworzyłem potężną ścianę ognia, która niczym tsunami pochłonęła basiora. I już myślałem, że może mi się udać, kiedy ten, cały otoczony przez dziwną sferę, w której pełno było dłoni i zniekształconych twarzy upiorów, przetrwał mój atak bez najmniejszego szwanku. Uświadomiłem sobie, że przez te kilka miesięcy jak się tułałem, ognia używałem wyłącznie do głupot: ogrzanie się, upieczenie mięsa jak miałem ochotę, odstraszanie innych wilków. W ogóle nie walczyłem. A ten basior w walce czuje się jak ryba w wodzie. Tańczy po polu bitwy i wcale nie wysila się na uniki. Przyjmuje ciosy z największą przyjemnością. To jest inny poziom.
Ni stąd ni zowąd pojawił się za mną. Za późno uwolniłem płomienie. Przygwoździł mnie do ziemi. Spod niej wychodzić zaczęły blade, kościste dłonie, które mnie przytrzymywały.
- Zanim cię zabiję - zaczął Jaffer - mam do ciebie jedno pytanie.
Chciałem mu odpysknąć, ale zaraz mnie uciszył.
- Ciiii... Nie marnuj głosu. Chcę żebyś miał siłę odpowiedzieć. Albo nie! Wiesz co? Mam lepszy pomysł! Jak odpowiedź mi się spodoba, puszczę cię wolno! Och, ależ wspaniała idea! Co ty na to? Podoba ci się, co? No dobrze. To zaczynamy. M. O. J. E. P. Y. T. A. N. I. E. to - oddzielał każdą literkę co chwila przewracając głową to na prawdo to na lewo - Czy znasz wilka imieniem Renethrain?
Krew odpłynęła mi z twarzy. On szukał mnie! Gorączkowo zastanawiałem się nad odpowiedzią. Powiedzieć prawdę, czy skłamać? Obydwie opcje są ryzykowne, ale chyba zdecyduje się na wariant środkowy.
- Znam - ledwo wykrztusiłem
To jedno słowo wystarczyło żeby cała jego magia w sekundę się uspokoiła. Wziąłem głęboki wdech i kaszlnąłem. Podniosłem się na łapach.
- Naprawdę!? - podskoczył z radości - Ojej, jak miło. Gdzie jest, gdzie jest!?
- Był tutaj całkiem niedawno. Powiem ci dokąd poszedł jak chcesz. Ale tak w ogóle... To po co go szukasz?
Wydaje mi się, że samiec nie grzeszy za wielką inteligencją. Z resztą jest całkiem swobodny, widać, że nie przegrał wiele walk. Może uda mi się coś z niego wyciągnąć jak właściwie do tego podejdę.
- To moja misja. - odpowiedział, wzruszając ramionami - Misja... Nadana z góry.
Skierował łapę w niebo i uśmiechnął się. Co to miało znaczyć?
- Z góry? - spytałem
- Tak, dokładnie. Z góry. Bardzo wysokiej góry. Czemu chcesz wiedzieć?
- A nic. Po prostu nie lubię tamtego wilka i jestem ciekaw komu jeszcze ten cymbał wpadł w paradę.
- Hahaha! Dokładnie! Ale on nie wpadł. Raczej wypadł z parady!
- Wypadł?
- No! Zwiał nam i Diament się wściekł, i kazał mi go znaleźć.
- Ach, rozumiem.
Nic z tego nie rozumiem. Raczej pamiętałbym kogoś imieniem Diamnet.
- No, ale koniec o tym. Mów. Bo inaczej przejdziesz na tamtą stronę i będziesz mi służyć. Chociaż wiesz co? Nawet po tej stronie byś musiał! - i znów się roześmiał
- Ta, jasne. Zatrzymał się w naszej watasze, ale Alfa uznała, że jest podejrzany. Szybko go przegnaliśmy. Przystawiał się do mojej partnerki. Chyba polazł na zachód. - skrzywiłem pysk
- Hahaha! To faktycznie zasługuje na największe piekło! Ja to bym mu flaki za coś takiego wypruł. Wyjmowałbym baaaardzo powoli. Hahaha. Hej, wiesz co? Lubię cię. Nawet daruje ci życie, chociaż gdy to mówiłem na początku to kłamałem. Gdybyś go spotkał to szukaj Szlachetnych Kamieni.
- Jakich Szlachetnych Kamieni?
- Nazywają mnie Malachit. Od koloru mocy. Znajdziesz mnie wszędzie tam gdzie nie ma życia. A teraz żegnaj, Garonie synu Garanda. Miej pewność, że Rene już niedługo zapłaci za to co zrobił.
Mrugnąłem. A jego już nie było. Usiadłem z wrażenia. Żyję. Żyję! Gdy te paskudne szpony chwyciły mnie za łapy, myślałem, że to koniec. Że zaciągną mnie pod ziemię i faktycznie przejdę na drugą stronę tego świata. Uffff... Jak dobrze, że Jaffer był trochę zbyt pewny siebie. I przygłupi. Raczej nie wierzył, że wpadnie akurat na to co szukał, więc od razu wykluczył mnie z grona podejrzanych. Ale to dziwne. Powinien coś załapać. Skoro mnie szukają to mnie znają. A skoro tak to... Nikt mu nie powiedział o mojej mocy? No dobra. Żywioł ognia to nie najrzadsza moc na ziemi, no ale... I nagle poczułem wielką ulgę, że nie użyłem niebieskiego płomienia. To byłby gwóźdź do trumny. Łapy miałem jak z waty, więc nieco chwiejnym krokiem wróciłem na tereny watahy. Dowiedziałem się kilku rzeczy: ktoś mnie szuka. Ktoś kogo nawet nie znam. Jest ich więcej i ma to związek z Kamieniami Szlachetnymi. Jednym z nich jest Malachit. Są silni. Nawet bardzo, skoro pokonał mnie ktoś słabszy. Sam powiedział, że dostał rozkazy z góry. Więc jest ktoś wyżej od niego. To się robi coraz bardziej zagmatwane.
Uwagi: "Naprawdę" oraz "niedawno" piszemy razem. Kilka razy złapałam Cię na stawianiu Spacji przed znakami interpunkcyjnymi. Niemniej jednak widzę poprawę.
- Co? Już sobie poszedłeś? - zaśmiał się samiec - No chodź, nie wstydź się. Albo nie wiesz co? Ja przyjdę do ciebie.
Strumień zielonej energii spadł z nieba jak armagedon i zgasił cały ogień jaki stworzyłem, wywalając mnie w dal na jakieś piętnaście metrów.
- No witaj - uśmiechnął się
Pode mną pojawił się znak. Czułem jak ulatują wszystkie moje siły, tak że nie mogłem podnieść się z ziemi. Krzyki duchów rozległy się w powietrzu, zielona energia zupełnie mnie otoczyła. Myślałem nad możliwościami ataku. Jak na razie prawie cały czas się bronię. W ogóle nie daje mi szansy na wykonanie czaru. Czuję się coraz słabszy, tak jakby był chodzącą ssawką energii. Ostatnimi siłami przetoczyłem się po ziemi i uwolniłem ze znaku. Stworzyłem potężną ścianę ognia, która niczym tsunami pochłonęła basiora. I już myślałem, że może mi się udać, kiedy ten, cały otoczony przez dziwną sferę, w której pełno było dłoni i zniekształconych twarzy upiorów, przetrwał mój atak bez najmniejszego szwanku. Uświadomiłem sobie, że przez te kilka miesięcy jak się tułałem, ognia używałem wyłącznie do głupot: ogrzanie się, upieczenie mięsa jak miałem ochotę, odstraszanie innych wilków. W ogóle nie walczyłem. A ten basior w walce czuje się jak ryba w wodzie. Tańczy po polu bitwy i wcale nie wysila się na uniki. Przyjmuje ciosy z największą przyjemnością. To jest inny poziom.
Ni stąd ni zowąd pojawił się za mną. Za późno uwolniłem płomienie. Przygwoździł mnie do ziemi. Spod niej wychodzić zaczęły blade, kościste dłonie, które mnie przytrzymywały.
- Zanim cię zabiję - zaczął Jaffer - mam do ciebie jedno pytanie.
Chciałem mu odpysknąć, ale zaraz mnie uciszył.
- Ciiii... Nie marnuj głosu. Chcę żebyś miał siłę odpowiedzieć. Albo nie! Wiesz co? Mam lepszy pomysł! Jak odpowiedź mi się spodoba, puszczę cię wolno! Och, ależ wspaniała idea! Co ty na to? Podoba ci się, co? No dobrze. To zaczynamy. M. O. J. E. P. Y. T. A. N. I. E. to - oddzielał każdą literkę co chwila przewracając głową to na prawdo to na lewo - Czy znasz wilka imieniem Renethrain?
Krew odpłynęła mi z twarzy. On szukał mnie! Gorączkowo zastanawiałem się nad odpowiedzią. Powiedzieć prawdę, czy skłamać? Obydwie opcje są ryzykowne, ale chyba zdecyduje się na wariant środkowy.
- Znam - ledwo wykrztusiłem
To jedno słowo wystarczyło żeby cała jego magia w sekundę się uspokoiła. Wziąłem głęboki wdech i kaszlnąłem. Podniosłem się na łapach.
- Naprawdę!? - podskoczył z radości - Ojej, jak miło. Gdzie jest, gdzie jest!?
- Był tutaj całkiem niedawno. Powiem ci dokąd poszedł jak chcesz. Ale tak w ogóle... To po co go szukasz?
Wydaje mi się, że samiec nie grzeszy za wielką inteligencją. Z resztą jest całkiem swobodny, widać, że nie przegrał wiele walk. Może uda mi się coś z niego wyciągnąć jak właściwie do tego podejdę.
- To moja misja. - odpowiedział, wzruszając ramionami - Misja... Nadana z góry.
Skierował łapę w niebo i uśmiechnął się. Co to miało znaczyć?
- Z góry? - spytałem
- Tak, dokładnie. Z góry. Bardzo wysokiej góry. Czemu chcesz wiedzieć?
- A nic. Po prostu nie lubię tamtego wilka i jestem ciekaw komu jeszcze ten cymbał wpadł w paradę.
- Hahaha! Dokładnie! Ale on nie wpadł. Raczej wypadł z parady!
- Wypadł?
- No! Zwiał nam i Diament się wściekł, i kazał mi go znaleźć.
- Ach, rozumiem.
Nic z tego nie rozumiem. Raczej pamiętałbym kogoś imieniem Diamnet.
- No, ale koniec o tym. Mów. Bo inaczej przejdziesz na tamtą stronę i będziesz mi służyć. Chociaż wiesz co? Nawet po tej stronie byś musiał! - i znów się roześmiał
- Ta, jasne. Zatrzymał się w naszej watasze, ale Alfa uznała, że jest podejrzany. Szybko go przegnaliśmy. Przystawiał się do mojej partnerki. Chyba polazł na zachód. - skrzywiłem pysk
- Hahaha! To faktycznie zasługuje na największe piekło! Ja to bym mu flaki za coś takiego wypruł. Wyjmowałbym baaaardzo powoli. Hahaha. Hej, wiesz co? Lubię cię. Nawet daruje ci życie, chociaż gdy to mówiłem na początku to kłamałem. Gdybyś go spotkał to szukaj Szlachetnych Kamieni.
- Jakich Szlachetnych Kamieni?
- Nazywają mnie Malachit. Od koloru mocy. Znajdziesz mnie wszędzie tam gdzie nie ma życia. A teraz żegnaj, Garonie synu Garanda. Miej pewność, że Rene już niedługo zapłaci za to co zrobił.
Mrugnąłem. A jego już nie było. Usiadłem z wrażenia. Żyję. Żyję! Gdy te paskudne szpony chwyciły mnie za łapy, myślałem, że to koniec. Że zaciągną mnie pod ziemię i faktycznie przejdę na drugą stronę tego świata. Uffff... Jak dobrze, że Jaffer był trochę zbyt pewny siebie. I przygłupi. Raczej nie wierzył, że wpadnie akurat na to co szukał, więc od razu wykluczył mnie z grona podejrzanych. Ale to dziwne. Powinien coś załapać. Skoro mnie szukają to mnie znają. A skoro tak to... Nikt mu nie powiedział o mojej mocy? No dobra. Żywioł ognia to nie najrzadsza moc na ziemi, no ale... I nagle poczułem wielką ulgę, że nie użyłem niebieskiego płomienia. To byłby gwóźdź do trumny. Łapy miałem jak z waty, więc nieco chwiejnym krokiem wróciłem na tereny watahy. Dowiedziałem się kilku rzeczy: ktoś mnie szuka. Ktoś kogo nawet nie znam. Jest ich więcej i ma to związek z Kamieniami Szlachetnymi. Jednym z nich jest Malachit. Są silni. Nawet bardzo, skoro pokonał mnie ktoś słabszy. Sam powiedział, że dostał rozkazy z góry. Więc jest ktoś wyżej od niego. To się robi coraz bardziej zagmatwane.
Uwagi: "Naprawdę" oraz "niedawno" piszemy razem. Kilka razy złapałam Cię na stawianiu Spacji przed znakami interpunkcyjnymi. Niemniej jednak widzę poprawę.
poniedziałek, 5 września 2016
Od Renethraina "Cisza przed burzą" cz. 2
W donicy kwitła róża. Byłem w domu. Perspektywa jakaś inna... Jakby
wyższa? Poruszyłem palcami i zacisnąłem dłoń. Kiedy zmieniłem się w
człowieka? Ściany były białe, a w pomieszczeniu nie było niczego prócz
mnie, małego stoliczka z niebieskim obrusem i ową drewnianą donicą z
roślinką. Nagle róża zaczęła się kurczyć i marszczyć. Tak jakby
wyparowała z niej cała woda. Jej czerwone płatki stopniowo zaczęły
blednąć, a następnie przeszły w kolor zgniłej zieleni. Końcówki nieco
się wygięły i zupełnie zwęgliły.
Otworzyłem oczy. Od dwóch dni nie miałem żadnego snu. Aż do teraz. Odkąd spaliłem tamto drzewo nie działo się nic podejrzanego. Wyjrzałem zza jaskini i od razu oślepiło mnie poranne słońce. Pomimo tego dziwacznego snu, czuję się wyjątkowo wypoczęty. Wręcz rześki i pełen energii! Dziarskim krokiem ruszyłem w moje ulubione miejsce - nad wodospad. Sam nie wiem co mnie do niego tak ciągnie. Może to przez ten szum wody? Działa bardzo... Uspokajająco. No cóż, mniejsza o to. Po drodze wymieniłem spojrzenie z jakimś basiorem. Nie odezwałem się ani słowem. Uznałem, że to w porządku - skoro on też tego nie zrobił czemu ja miałbym? Dotarłem do lasu i skierowałem się na dobrze znaną mi ścieżkę. Przystanąłem przy rozwidleniu dróg. Normalnie odruchowo skręciłbym w prawo, ale tym razem przystanąłem. Tego wcześniej tu nie było - pomyślałem, gdy ujrzałem mały skrawek materiału nadziany na gałąź. Wiatru nie ma. W nocy też było cicho. Byłem tu wczoraj, a raczej zauważyłbym biały materiał na brązowej korze drzewa. I to dość spory kawałek. Podszedłem bliżej i powąchałem go. Nigdy wcześniej nie czułem tego zapachu, ale co się dziwić? Nie znam tu prawie nikogo. Może ktoś zahaczył o tę gałąź, gdy szedł przez las? A z resztą. Co mi tam? Nigdy nie szedłem w tamtą stronę, więc co szkodzi spróbować? Poznam nowe ścieżki, może wpadnę na coś ciekawego. Zerwałem materiał i ruszyłem w lewo. Las robił się coraz gęstszy, ptaki śpiewały, a wokół słychać było mnóstwo kroków zwierząt. Wziąłem głęboki wdech. To miejsce wydaje się tętnić życiem. Szedłem tak cały naładowany pozytywną energią, ciesząc się, że nie poszedłem nad wodospad. Nie wiedziałem jednak, że tak szybko pożałuję własnych myśli. Za jakieś piętnaście minut moje łapy stanęły na szarym popiele. Po drzewach zostały już tylko wyschnięte, zwęglone kikuty, a ptaki dziwnie umilkły. Z resztą tak jak i reszta zwierząt. Co tu się stało? Powietrze było gęste jak smoła, a jedynymi kolorami jakich mogłem się dopatrzeć były szary i czarny. Z wyjątkiem nieba i słońca. Po moim wspaniałym humorze nie pozostał nawet ślad. Ruszyłem naprzód. Mimo wszystko ciekawość wzięła górę. Z jam pod korzeniami drzew wydobywała się siarka. Gdzieś zauważyłem kości jeleni. Chyba całe stado. No tak. Teraz już wiem czemu w poprzedniej części było tak wiele zwierząt. One wszystkie uciekły stąd w głąb lasu. Roślinność wymiera, więc nic dziwnego. Nawet słońce wydaje się świecić tu słabiej. Ale... Czemu? Ktoś zatruł glebę? Albo wodę. Dziwne jest tylko to, że pomiędzy zniszczonym "wrakiem lasu", a tętniącą życiem puszczą jest wyraźna granica. Tylną łapę można postawić na zielonej, dorodnej trawie, a przednią na szarym popiele. Dopiero teraz zauważyłem, że już dawno opuściłem teren watahy. Nagle usłyszałem trzask. Kawałek węgla odpadł od czegoś co było kiedyś wiekowym drzewem. Zza niego wyłonił się wilk. Biały, chyba basior. O szczupłej posturze i zielonych końcówkach sierści. Od razu zwróciłem uwagę na porwaną, białą chustę, którą miał przewieszoną na szyi. Materiał, który wcześniej zawiązałem na przedniej łapę, ukradkiem wkopałem w popiół. Więc był na terenach watahy. Czego on tam szukał... Miał bardzo postrzępione uszy i paskudną minę, mimo, że z pyska taki brzydki nie był. Spokojnie można by go pomylić z waderą. Zdradzają go tylko masywne łapy. Jego długi ogon, zakończony zielonym płomieniem, wzbił w powietrze tuman kurzu, gdy podszedł bliżej.
Odruchowo najeżyłem sierść. Coś z nim nie tak.
- A ty to coś za jeden? - wykrzywił pysk w szaleńczym uśmiechu - Co? Milczysz? Czy niemowa? Język obcięli, hee? Za dużo paplałeś złociutki? Bla, bla, bla...
- Za dużo paplasz tu tylko ty - warknąłem
- Och! Jakże miło mi usłyszeć twój głos! Dziękuję za ten zaszczyt - ukłonił się teatralnie - Czy teraz wyjawisz mi swoje tajemnicze imię? "My lord"?
- Garon - skłamałem
- Witaj Garonie, synu...?
- Garanda - dokończyłem
Tylko wilki z południa, a dokładniej z klanu Nara, tytułują się w ten sposób. Więc jest z moich stron. Co w takim razie robi tak daleko na północy?
- Jaffer syn Darona wita cię Garonie, synu Garanda. - powiedział
- I ja cię witam Jafferze, synu Darona - wyrecytowałem
Co jest z nim nie tak... Nie mogę pozbyć się wrażenia, że już gdzieś to czułem. To dziwne uczucie osłabienia i pustki. Jakby... Jakby życie ze mnie uchodziło. O kurde.
- Śmierć kroczy za tobą, Jafferze synu Darona. - wyszczerzyłem kły - Jesteś zaprzedanym nekromantą.
Mój ojciec mówił mi o tym kiedyś. Zwykli nekromanci swoją siłę czerpią ze świata zmarłych. Są jednak ci, którym to nie wystarcza. Zaprzedają część swojej duszy, oddając ją tym po drugiej stronie, po to aby móc czerpać też energię ze świata żywych. Jest to jeden z najbardziej haniebnych czynów jakie może dopuścić się nekromanta. Czyn karany śmiercią.
- Brawo! Brawa dla tego oto pana! Jestem pod wielkim wrażeniem. Niewiele osób rozróżnia to pojęcie od pojęcia "nekromanta". Och, naprawdę. Urosłem we własnych oczach.
- Zamknij się! - warknąłem - Czego szukałeś w lesie?!
Samiec cmoknął parę razy i pokiwał łbem. Poruszał się z przesadzoną gracją. Czułem się jakbym rozmawiał z tanim aktorem kiepskiego teatru.
- A więc to już koniec grzeczności? - przechylił głowę na lewą stronę - Szkoda. No cóż. Przynajmniej część zapoznawczą mamy już za sobą. Zawsze uważałem, że należy znać imię swojego zabójcy.
- Och, więc już planujesz ginąć z mojej łapy? - zadrwiłem
- Miałem na myśli ciebie.
Nim skończył zdanie zniknął z mojego pola widzenia.
Uwagi: Wciąż zdarza ci się stawiać Spacje przed znakami interpunkcyjnymi.
Otworzyłem oczy. Od dwóch dni nie miałem żadnego snu. Aż do teraz. Odkąd spaliłem tamto drzewo nie działo się nic podejrzanego. Wyjrzałem zza jaskini i od razu oślepiło mnie poranne słońce. Pomimo tego dziwacznego snu, czuję się wyjątkowo wypoczęty. Wręcz rześki i pełen energii! Dziarskim krokiem ruszyłem w moje ulubione miejsce - nad wodospad. Sam nie wiem co mnie do niego tak ciągnie. Może to przez ten szum wody? Działa bardzo... Uspokajająco. No cóż, mniejsza o to. Po drodze wymieniłem spojrzenie z jakimś basiorem. Nie odezwałem się ani słowem. Uznałem, że to w porządku - skoro on też tego nie zrobił czemu ja miałbym? Dotarłem do lasu i skierowałem się na dobrze znaną mi ścieżkę. Przystanąłem przy rozwidleniu dróg. Normalnie odruchowo skręciłbym w prawo, ale tym razem przystanąłem. Tego wcześniej tu nie było - pomyślałem, gdy ujrzałem mały skrawek materiału nadziany na gałąź. Wiatru nie ma. W nocy też było cicho. Byłem tu wczoraj, a raczej zauważyłbym biały materiał na brązowej korze drzewa. I to dość spory kawałek. Podszedłem bliżej i powąchałem go. Nigdy wcześniej nie czułem tego zapachu, ale co się dziwić? Nie znam tu prawie nikogo. Może ktoś zahaczył o tę gałąź, gdy szedł przez las? A z resztą. Co mi tam? Nigdy nie szedłem w tamtą stronę, więc co szkodzi spróbować? Poznam nowe ścieżki, może wpadnę na coś ciekawego. Zerwałem materiał i ruszyłem w lewo. Las robił się coraz gęstszy, ptaki śpiewały, a wokół słychać było mnóstwo kroków zwierząt. Wziąłem głęboki wdech. To miejsce wydaje się tętnić życiem. Szedłem tak cały naładowany pozytywną energią, ciesząc się, że nie poszedłem nad wodospad. Nie wiedziałem jednak, że tak szybko pożałuję własnych myśli. Za jakieś piętnaście minut moje łapy stanęły na szarym popiele. Po drzewach zostały już tylko wyschnięte, zwęglone kikuty, a ptaki dziwnie umilkły. Z resztą tak jak i reszta zwierząt. Co tu się stało? Powietrze było gęste jak smoła, a jedynymi kolorami jakich mogłem się dopatrzeć były szary i czarny. Z wyjątkiem nieba i słońca. Po moim wspaniałym humorze nie pozostał nawet ślad. Ruszyłem naprzód. Mimo wszystko ciekawość wzięła górę. Z jam pod korzeniami drzew wydobywała się siarka. Gdzieś zauważyłem kości jeleni. Chyba całe stado. No tak. Teraz już wiem czemu w poprzedniej części było tak wiele zwierząt. One wszystkie uciekły stąd w głąb lasu. Roślinność wymiera, więc nic dziwnego. Nawet słońce wydaje się świecić tu słabiej. Ale... Czemu? Ktoś zatruł glebę? Albo wodę. Dziwne jest tylko to, że pomiędzy zniszczonym "wrakiem lasu", a tętniącą życiem puszczą jest wyraźna granica. Tylną łapę można postawić na zielonej, dorodnej trawie, a przednią na szarym popiele. Dopiero teraz zauważyłem, że już dawno opuściłem teren watahy. Nagle usłyszałem trzask. Kawałek węgla odpadł od czegoś co było kiedyś wiekowym drzewem. Zza niego wyłonił się wilk. Biały, chyba basior. O szczupłej posturze i zielonych końcówkach sierści. Od razu zwróciłem uwagę na porwaną, białą chustę, którą miał przewieszoną na szyi. Materiał, który wcześniej zawiązałem na przedniej łapę, ukradkiem wkopałem w popiół. Więc był na terenach watahy. Czego on tam szukał... Miał bardzo postrzępione uszy i paskudną minę, mimo, że z pyska taki brzydki nie był. Spokojnie można by go pomylić z waderą. Zdradzają go tylko masywne łapy. Jego długi ogon, zakończony zielonym płomieniem, wzbił w powietrze tuman kurzu, gdy podszedł bliżej.
Odruchowo najeżyłem sierść. Coś z nim nie tak.
- A ty to coś za jeden? - wykrzywił pysk w szaleńczym uśmiechu - Co? Milczysz? Czy niemowa? Język obcięli, hee? Za dużo paplałeś złociutki? Bla, bla, bla...
- Za dużo paplasz tu tylko ty - warknąłem
- Och! Jakże miło mi usłyszeć twój głos! Dziękuję za ten zaszczyt - ukłonił się teatralnie - Czy teraz wyjawisz mi swoje tajemnicze imię? "My lord"?
- Garon - skłamałem
- Witaj Garonie, synu...?
- Garanda - dokończyłem
Tylko wilki z południa, a dokładniej z klanu Nara, tytułują się w ten sposób. Więc jest z moich stron. Co w takim razie robi tak daleko na północy?
- Jaffer syn Darona wita cię Garonie, synu Garanda. - powiedział
- I ja cię witam Jafferze, synu Darona - wyrecytowałem
Co jest z nim nie tak... Nie mogę pozbyć się wrażenia, że już gdzieś to czułem. To dziwne uczucie osłabienia i pustki. Jakby... Jakby życie ze mnie uchodziło. O kurde.
- Śmierć kroczy za tobą, Jafferze synu Darona. - wyszczerzyłem kły - Jesteś zaprzedanym nekromantą.
Mój ojciec mówił mi o tym kiedyś. Zwykli nekromanci swoją siłę czerpią ze świata zmarłych. Są jednak ci, którym to nie wystarcza. Zaprzedają część swojej duszy, oddając ją tym po drugiej stronie, po to aby móc czerpać też energię ze świata żywych. Jest to jeden z najbardziej haniebnych czynów jakie może dopuścić się nekromanta. Czyn karany śmiercią.
- Brawo! Brawa dla tego oto pana! Jestem pod wielkim wrażeniem. Niewiele osób rozróżnia to pojęcie od pojęcia "nekromanta". Och, naprawdę. Urosłem we własnych oczach.
- Zamknij się! - warknąłem - Czego szukałeś w lesie?!
Samiec cmoknął parę razy i pokiwał łbem. Poruszał się z przesadzoną gracją. Czułem się jakbym rozmawiał z tanim aktorem kiepskiego teatru.
- A więc to już koniec grzeczności? - przechylił głowę na lewą stronę - Szkoda. No cóż. Przynajmniej część zapoznawczą mamy już za sobą. Zawsze uważałem, że należy znać imię swojego zabójcy.
- Och, więc już planujesz ginąć z mojej łapy? - zadrwiłem
- Miałem na myśli ciebie.
Nim skończył zdanie zniknął z mojego pola widzenia.
Uwagi: Wciąż zdarza ci się stawiać Spacje przed znakami interpunkcyjnymi.
wtorek, 30 sierpnia 2016
Od Renethraina "Cisza przed burzą" cz. 1
Krwisty ogień. Płonące belki spadły z nieba. Spojrzałem w górę, ale
ujrzałem jedynie smolisty dym. Dopiero teraz poczułem jak palą mnie
płuca. Złapałem się za klatkę piersiową, walcząc o kolejny oddech.
- Rene... - usłyszałem w oddali - Renethrain...
Nie miałem siły odpowiedzieć. Chciałem krzyknąć "Kim jesteś ? Co się dzieje?", ale jedyne na co było mnie stać to charknięcia i głuche kaszlenie. Ogień był coraz mocniejszy. Niemal dotykał moich łap.
- Rene... - znów ten cichy głos - Czerwony jest ogień, czerwona jest krew... Hej, Rene. Czy krew to dla ciebie oliwa? Czarna smoła, czarna, czarna, czarna....
Przy ostatnich dwóch słowach głos się zmutował, przechodząc na koniec w upiorne krakanie trzyokiej sowy, która przeleciała nad moją głową.
Obudziłem się zlany zimnym potem. Kaszlałem i walczyłem o oddech, tak jakbym wciąż był w śnie. Po chwili rozejrzałem się i uspokoiłem na widok własnej jaskini. Wyjrzałem na nocne niebo. Księżyc był w pełni. Po ogniu nie pozostał żaden ślad. Wziąłem głęboki wdech. Znałem ten głos. I jak myślę o tym czyj, on był, to po plecach przechodzą mi ciarki.
- Spokojnie, Rene. - mówiłem do siebie, ale mój głos był dziwnie cichy i łamiący, tak jakby te słowa wypalały moje gardło - Jesteś w swojej jaskini. W watasze. W domu. Urodziłeś się na południu. Byłeś w piekle. Zabiłeś rodzinę. Uciekłeś.
Wsłuchiwałem się w każde słowo, akceptując jego znaczenie. Kolejny wdech i głęboki wydech. Tej nocy nie zmrużyłem już oka.
Gdy na niebo wejrzały pierwsze promienie słońca, postanowiłem przejść się nad wodę. Wszyscy chyba jeszcze spali. Albo zwyczajnie byli zajęci swoimi sprawami, bo nie ujrzałem żywej duszy. I dobrze. Ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę było natknięcie się na jakiegoś nieznanego wilka. Tak. Jedyną osobą z jaką póki co rozmawiałem jest Alfa. I nie czuje się z tym bynajmniej źle. Nagle w mojej głowie pojawiła się trzyoka sowa. Wzdrygnąłem się. Sowa, która kracze. Jak kruk. Zacząłem myśleć nad znaczeniami poszczególnych elementów. Sowa normalnie oznacza mądrość, ale jestem na sto procent pewny, że to nie o to chodzi. "Sowa na dachu kwili, umrzeć komuś po chwili" - przypomniałem sobie słowa pewnej szamanki z mojej dawnej watahy. Kracząca sowa - symbol śmierci. Albo ciemności, zła, nieszczęścia? Na pewno nic dobrego. A to trzecie oko? Jedyne z czym mi się to kojarzy to jakiś dodatkowy zmysł. Kurcze... Głowa mnie już od tego rozbolała.
Przez cały czas szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Gdy podniosłem łeb o mało co nie wpadłem do sadzawki. Nieufnie przyjrzałem się swojemu odbiciu, tak jakbym miał tam zaraz zobaczyć coś strasznego. Dotknąłem łapą wody i wzburzyłem lustro jeziorka.
Tej nocy również nie dałem rady zasnąć. Rozpaliłem jedynie niewielki ogień, który dotrzymywał mi towarzystwa i dawał nieco więcej światła niż księżyc. W tej chwili nie chcę być w ciemności. Użyłem też niebieskiego płomienia przez złe skojarzenie z czerwienią. O świcie pobiegłem do ścieżki prowadzącej do miasta. Przedarłem się przez płot i zmieniłem w niewygodną postać człowieka. Dawno tego nie robiłem i musiałem chwilę przyzwyczaić się do dwunożnego chodu. Ruch na ulicach był jeszcze mały, więc szybko dostałem się do miejskiej biblioteki. "Otwarte od godziny ósmej" - widniało na drzwiach.
Spojrzałem na zegar w wieży kościelnej obok. "Siódma czterdzieści pięć". Westchnąłem. Usiadłem na schodach i zacząłem nucić coś pod nosem.
- Czeka pan na otwarcie? - spytała jakaś miła pani
- Tak - przestałem śpiewać i spojrzałem w górę
Och. Miła i w dodatku piękna pani. Brunetka o długi włosach i zielonych oczach. Ubrana była w uniform. To bibliotekarka.
- Już od tej godziny zabiera się pan do nauki? - kontynuowała, otwierając drzwi
- Tak... Można tak powiedzieć.
- Godne podziwu, zwłaszcza, że jest sobota.
Wszedłem do przestronnego holu i skierowałem się w stronę działu ze starymi książkami. W powietrzu słychać było echo moich kroków. Zatrzymałem się przy półce "Podania i Legendy". Rzuciłem okiem na rozległe regały. No dobrze. Od czego by tu zacząć? Postanowiłem poszukać książek na literę S. "Symptomy Dżumy", "Skarby krzysztofowskie", "Stolemowe dary dla Gdańska", "Szabla Króla Zygmunta"... Jest! Chwyciłem "Sennik" i "Symbolika zwierząt".
"Dotykać ognia" - niedostatek
Nie no... Niedostatek to mi już nie grozi. Dalej.
"Ogromny" - duży sukces
Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ten sen oznacza coś dobrego. Dalej.
"Dym w oczy gryzący" - plotki i obmowa
Nie ma kto mnie obgadywać.
To bez sensu. Zamknąłem "Sennik" z hukiem. Przez pewien czas wgapiałem się w ścianę dudniąc palcami o "Symbolika zwierząt". Dobra. Ostatnia szansa. Otworzyłem na stronie "Sowa". Przeczytałem pierwszą linijkę, a po moich plecach przeszedł zimny dreszcz. I nagle wszystko stało się jasne. Według autora tej księgi sowa, która kwili nad grobem oczekuje zemsty. Nie zamilknie dopóki sprawiedliwości nie stanie się zadość. Niektórzy wierzą, że w tych ptakach zamknięte są dusze zmarłych. Skierowałem wzrok na cytat A. Mickiewicza. „Co to był za głos? To pewnie sowa, ta złowroga płaczka towarzysząca trumnie nocy”. Odstawiłem książki na półkę i pożegnałem uśmiechem miłą bibliotekarkę. Gdy dotarłem do płotu zmieniłem się z powrotem w wilka. O tak. O wiele bardziej lubię tę postać. Pobiegłem do jaskini i usiadłem żeby przemyśleć sprawę. Może przesadzam? Może to był tylko zwykły sen? Przecież to nie pierwszy raz kiedy śni mi się ogień. To przez tą sowę? Tak... Chyba tak. To ona wyprowadziła mnie z równowagi. Może powinienem to zignorować?
Nagle usłyszałem krakanie. Wyjrzałem zza jaskini. Drzewo było oblepione krukami, które krakały naprzemiennie, wprowadzając mnie w szał. Po pewnym czasie nie mogłem już tego wytrzymać. Moje łapy zapłonęły ogniem, który powędrował w górę i utworzył strumień, który skierowałem wprost na drzewo. W powietrzu uniósł się zapach ogniska i spalonego mięsa. Nareszcie cisza...
Wspaniała cisza... Cisza przed burzą.
C.D.N.
Uwagi: Wciąż stawiasz Spację przed znakiem zapytania. Przy zwracaniu się imieniem do danej osoby, powinno się stawiać przecinek (np. Spokojnie, Rene.). Tytuł Alfy w WMW zapisujemy z wielkiej litery. Liczby i znaki zapisujemy w op. słownie (np. sto procent), to samo tyczy się godzin. "Wieża" a "wiara to nie to samo! Kiedy piszesz inicjał autora, a później nazwisko, między jednym i drugim stawiaj Spację (np. A. Mickiewicz). Wciąż stawiasz albo dwie, albo cztery kropki, zamiast trzech.
- Rene... - usłyszałem w oddali - Renethrain...
Nie miałem siły odpowiedzieć. Chciałem krzyknąć "Kim jesteś ? Co się dzieje?", ale jedyne na co było mnie stać to charknięcia i głuche kaszlenie. Ogień był coraz mocniejszy. Niemal dotykał moich łap.
- Rene... - znów ten cichy głos - Czerwony jest ogień, czerwona jest krew... Hej, Rene. Czy krew to dla ciebie oliwa? Czarna smoła, czarna, czarna, czarna....
Przy ostatnich dwóch słowach głos się zmutował, przechodząc na koniec w upiorne krakanie trzyokiej sowy, która przeleciała nad moją głową.
Obudziłem się zlany zimnym potem. Kaszlałem i walczyłem o oddech, tak jakbym wciąż był w śnie. Po chwili rozejrzałem się i uspokoiłem na widok własnej jaskini. Wyjrzałem na nocne niebo. Księżyc był w pełni. Po ogniu nie pozostał żaden ślad. Wziąłem głęboki wdech. Znałem ten głos. I jak myślę o tym czyj, on był, to po plecach przechodzą mi ciarki.
- Spokojnie, Rene. - mówiłem do siebie, ale mój głos był dziwnie cichy i łamiący, tak jakby te słowa wypalały moje gardło - Jesteś w swojej jaskini. W watasze. W domu. Urodziłeś się na południu. Byłeś w piekle. Zabiłeś rodzinę. Uciekłeś.
Wsłuchiwałem się w każde słowo, akceptując jego znaczenie. Kolejny wdech i głęboki wydech. Tej nocy nie zmrużyłem już oka.
Gdy na niebo wejrzały pierwsze promienie słońca, postanowiłem przejść się nad wodę. Wszyscy chyba jeszcze spali. Albo zwyczajnie byli zajęci swoimi sprawami, bo nie ujrzałem żywej duszy. I dobrze. Ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę było natknięcie się na jakiegoś nieznanego wilka. Tak. Jedyną osobą z jaką póki co rozmawiałem jest Alfa. I nie czuje się z tym bynajmniej źle. Nagle w mojej głowie pojawiła się trzyoka sowa. Wzdrygnąłem się. Sowa, która kracze. Jak kruk. Zacząłem myśleć nad znaczeniami poszczególnych elementów. Sowa normalnie oznacza mądrość, ale jestem na sto procent pewny, że to nie o to chodzi. "Sowa na dachu kwili, umrzeć komuś po chwili" - przypomniałem sobie słowa pewnej szamanki z mojej dawnej watahy. Kracząca sowa - symbol śmierci. Albo ciemności, zła, nieszczęścia? Na pewno nic dobrego. A to trzecie oko? Jedyne z czym mi się to kojarzy to jakiś dodatkowy zmysł. Kurcze... Głowa mnie już od tego rozbolała.
Przez cały czas szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Gdy podniosłem łeb o mało co nie wpadłem do sadzawki. Nieufnie przyjrzałem się swojemu odbiciu, tak jakbym miał tam zaraz zobaczyć coś strasznego. Dotknąłem łapą wody i wzburzyłem lustro jeziorka.
Tej nocy również nie dałem rady zasnąć. Rozpaliłem jedynie niewielki ogień, który dotrzymywał mi towarzystwa i dawał nieco więcej światła niż księżyc. W tej chwili nie chcę być w ciemności. Użyłem też niebieskiego płomienia przez złe skojarzenie z czerwienią. O świcie pobiegłem do ścieżki prowadzącej do miasta. Przedarłem się przez płot i zmieniłem w niewygodną postać człowieka. Dawno tego nie robiłem i musiałem chwilę przyzwyczaić się do dwunożnego chodu. Ruch na ulicach był jeszcze mały, więc szybko dostałem się do miejskiej biblioteki. "Otwarte od godziny ósmej" - widniało na drzwiach.
Spojrzałem na zegar w wieży kościelnej obok. "Siódma czterdzieści pięć". Westchnąłem. Usiadłem na schodach i zacząłem nucić coś pod nosem.
- Czeka pan na otwarcie? - spytała jakaś miła pani
- Tak - przestałem śpiewać i spojrzałem w górę
Och. Miła i w dodatku piękna pani. Brunetka o długi włosach i zielonych oczach. Ubrana była w uniform. To bibliotekarka.
- Już od tej godziny zabiera się pan do nauki? - kontynuowała, otwierając drzwi
- Tak... Można tak powiedzieć.
- Godne podziwu, zwłaszcza, że jest sobota.
Wszedłem do przestronnego holu i skierowałem się w stronę działu ze starymi książkami. W powietrzu słychać było echo moich kroków. Zatrzymałem się przy półce "Podania i Legendy". Rzuciłem okiem na rozległe regały. No dobrze. Od czego by tu zacząć? Postanowiłem poszukać książek na literę S. "Symptomy Dżumy", "Skarby krzysztofowskie", "Stolemowe dary dla Gdańska", "Szabla Króla Zygmunta"... Jest! Chwyciłem "Sennik" i "Symbolika zwierząt".
"Dotykać ognia" - niedostatek
Nie no... Niedostatek to mi już nie grozi. Dalej.
"Ogromny" - duży sukces
Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ten sen oznacza coś dobrego. Dalej.
"Dym w oczy gryzący" - plotki i obmowa
Nie ma kto mnie obgadywać.
To bez sensu. Zamknąłem "Sennik" z hukiem. Przez pewien czas wgapiałem się w ścianę dudniąc palcami o "Symbolika zwierząt". Dobra. Ostatnia szansa. Otworzyłem na stronie "Sowa". Przeczytałem pierwszą linijkę, a po moich plecach przeszedł zimny dreszcz. I nagle wszystko stało się jasne. Według autora tej księgi sowa, która kwili nad grobem oczekuje zemsty. Nie zamilknie dopóki sprawiedliwości nie stanie się zadość. Niektórzy wierzą, że w tych ptakach zamknięte są dusze zmarłych. Skierowałem wzrok na cytat A. Mickiewicza. „Co to był za głos? To pewnie sowa, ta złowroga płaczka towarzysząca trumnie nocy”. Odstawiłem książki na półkę i pożegnałem uśmiechem miłą bibliotekarkę. Gdy dotarłem do płotu zmieniłem się z powrotem w wilka. O tak. O wiele bardziej lubię tę postać. Pobiegłem do jaskini i usiadłem żeby przemyśleć sprawę. Może przesadzam? Może to był tylko zwykły sen? Przecież to nie pierwszy raz kiedy śni mi się ogień. To przez tą sowę? Tak... Chyba tak. To ona wyprowadziła mnie z równowagi. Może powinienem to zignorować?
Nagle usłyszałem krakanie. Wyjrzałem zza jaskini. Drzewo było oblepione krukami, które krakały naprzemiennie, wprowadzając mnie w szał. Po pewnym czasie nie mogłem już tego wytrzymać. Moje łapy zapłonęły ogniem, który powędrował w górę i utworzył strumień, który skierowałem wprost na drzewo. W powietrzu uniósł się zapach ogniska i spalonego mięsa. Nareszcie cisza...
Wspaniała cisza... Cisza przed burzą.
C.D.N.
Uwagi: Wciąż stawiasz Spację przed znakiem zapytania. Przy zwracaniu się imieniem do danej osoby, powinno się stawiać przecinek (np. Spokojnie, Rene.). Tytuł Alfy w WMW zapisujemy z wielkiej litery. Liczby i znaki zapisujemy w op. słownie (np. sto procent), to samo tyczy się godzin. "Wieża" a "wiara to nie to samo! Kiedy piszesz inicjał autora, a później nazwisko, między jednym i drugim stawiaj Spację (np. A. Mickiewicz). Wciąż stawiasz albo dwie, albo cztery kropki, zamiast trzech.
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Od Renethraina "Jak dołączyłem?"
Kolejny dzień. Słońce grzeje niemiłosiernie. Chyba już południe.
Wcześnie. Musiałem dłużej spać. Obejrzałem się wokół siebie i pomyślałem
przez chwilę co działo się wczoraj. Ach... No tak. Już pamiętam. Byłem
głodny. Szukałem czegoś do jedzenia, ale jak coś jest potrzebne to
zwykle tego nie ma. Więc szedłem przed siebie, nie wiedząc nawet w jakim
kierunku. Po jakiś siedmiu godzinach marszu byłem tak wygłodniały, że zjadłem
jakieś jagody, które rosły na przypadkowym krzaku. Wcześniej skubały go
ptaki, więc pomyślałem, że nie mogą być trujące. Cóż... Bynajmniej nie
były to trujaki, ale to co działo się potem...
Po zjedzeniu dość sporej ilości obraz zaczynał mi się zamazywać. Drzewa falowały, moje serce biło zaskakująco głośno - wystarczająco abym nie słyszał własnych myśli. Potem zrobiło mi się gorąco, na tyle, że pobiegłem co sił do sadzawki i żłopałem tak, że o mało nie zwymiotowałem. Potem... eee... Potem już nie pamiętam. Ale nie pamiętam też żebym widział w tej sadzawce wodospad.
Wbiłem wzrok w kaskadę wody spadającą do niewielkiego jeziorka. Kaskada... Do mojej głowy od razu wepchały się nieprzyjemne wspomnienia. Odgoniłem je czym prędzej.
Gdzie ja jestem? A w sumie. Czy to ważne? Po prostu pójdę dalej przed siebie. Z zapałem ruszyłem naprzód. Szedłem tak z dwadzieścia minut, ale krajobraz wciąż się nie zmieniał. Miałem wrażenie, że chodzę w kółko. O matko... Ja chodzę w kółko ! Usiadłem kiedy ujrzałem ponownie wodospad.
Te dziwne jagody chyba jeszcze działają... Zwiesiłem uszy.
- Kim jesteś? - usłyszałem zza krzaków
Podskoczyłem przerażony i od razu skierowałem wzrok w stronę, z której dochodził głos. Niczego tam nie było.
- Kim jestem? Pyta się o to osoba, chowająca się w krzakach. Jesteś głupcem jeśli myślisz, że ci odpowiem - odburknąłem
- Nie chowam się w krzakach. - usłyszałem tym razem od strony wodospadu
Szybko się odwróciłem. Przede mną stała wadera. I to chyba nie przeciętna samica, która odłączyła się od swojej watahy. W ogóle jej nie wyczułem. Nawet nie wiem jak zjawiła się za moimi plecami. Postanowiłem nie tracić pewności siebie, ale jakaś część mojej podświadomości kazała mi powstrzymać sarkastyczny ton.
- W takim razie zwracam honor - wykrzywiłem twarz w czymś co miało być uśmiechem
Wadera tylko zmarszczyła podejrzliwie brwi.
- Jesteś na terenie MOJEJ watahy - rzuciła ostrzegawczo
Och, a więc jest Alfą. To wszystko wyjaśnia.
- Spokojnie... Nie jestem żadnym szpiegiem ani nic. Przechodziłem tylko.
- Żaden szpieg nie mówi na prawo i lewo, że jest szpiegiem
- No cóż, to prawda. No dobrze. Nazywam się Renethrain. Możesz mi mówić Rene. Przyszedłem ee... Chyba z południa... Albo z północy... - Powiedziałem spoglądając na słońce - W każdym razie. To skąd pochodzę już dawno nie istnieje, więc nie ma sensu się nad tym zastanawiać.
- Jesteś samotnikiem?
- Ta. Chyba tak.
- Aha...
Jakoś dziwnie się czuję rozmawiając z innym wilkiem po dwumiesięcznym milczeniu. A na dodatek ta wadera wyjątkowo mnie peszy. Nie mogę się zebrać żeby podnieść moje uszy. Kurde, nawet nie zauważyłem, że je płożyłem!
Przecież to nie moja Alfa. Zaraz... A co jeśliby nią była? Nie mam dokąd pójść, a mając watahę będę mógł nareszcie myśleć o zemście, a nie o tym jak przeczyć kolejny dzień. Już dawno nie natknąłem się na żadnego wilka. Poczułem nagły przypływ siły.
- Mógłbym dołączyć do twojej watahy? - walnąłem prosto z mostu
Wadera chyba się tego nie spodziewała, bo nie zdołała ukryć chwilowego zmieszania. Zaraz jednak spojrzała się jeszcze bardziej nieufnie.
- Nie. Dopiero co zobaczyłam cię na oczy. Myślisz, że pozwolę jakiemuś pierwszemu lepszemu wilkowi wejść na teren mojego domu!? - podniosła ton - Odejdź stąd. I nie wracaj.
Ugh, nie mogę znieść tej gęstej atmosfery. Czemu wadery są takie trudne w rozmowie? Tak jakbym mógł napaść samodzielnie na całą watahę. Byłbym głupcem. Ale nie mam wyjścia. Nie mogę odpuścić. To moja szansa na bezpieczne schronienie i planowanie.
- W takim razie daj mi okres próbny - ciągnąłem - nie wiem. Jak będziesz chciała możesz mnie nawet na pewien czas przydzielić kogoś do obserwacji.
- Nie.
- No to nie wiem. Zwiąż i wprowadź jako więźnia?
- Czemu ci tak zależy?
- Po prostu mam dość rozmawiania z drzewami.
I na ten krótki moment na naszych pyskach jednocześnie pojawił się nikły uśmiech, który trwał zaledwie ułamek sekundy, ale wystarczył, by nieco rozluźnić atmosferę.
- To jak... ? - spytałem.
Wadera westchnęła.
- Możesz mówić na mnie Pestka lub Ishi.
- Dzięki, Pestka.
- Ale jak tylko zrobisz coś co będzie chodź trochę podejrzane...
- To każesz mnie zabić, tak, tak, zrozumiałem - przewróciłem oczami.
Przydzielono mi jaskinię. Dostałem stanowisko. Dużą kolację. Już od dłuższego czasu nie czułem tego uczucia...Takiego... Miłego uczucia spokoju i bezpieczeństwa. Mimo, że przez większość czasu unikałem innych członków.
Uwagi: Do tytułu op. dawaj pełne imię postaci. "Ach" i "och" piszemy przez "ch". Jeśli chcesz zrobić trzykropek - licz, ile ich postawiłaś. Przed znakiem zapytania oraz wykrzyknikiem (tak jak przed innymi znakami interpunkcyjnymi) nie stawiaj Spacji! Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. Rozwijaj skróty (np. min. = minut). "Alfa" jako tytuł na WMW zapisywane jest z wielkiej litery. Przed "więc" stawiaj przecinek. "Dwumiesięcznym" piszemy razem. Wilki nie mają twarzy. Zapominasz o kropkach na końcu zdań (szczególnie wypowiedzi lub zakończeń narracji).
Po zjedzeniu dość sporej ilości obraz zaczynał mi się zamazywać. Drzewa falowały, moje serce biło zaskakująco głośno - wystarczająco abym nie słyszał własnych myśli. Potem zrobiło mi się gorąco, na tyle, że pobiegłem co sił do sadzawki i żłopałem tak, że o mało nie zwymiotowałem. Potem... eee... Potem już nie pamiętam. Ale nie pamiętam też żebym widział w tej sadzawce wodospad.
Wbiłem wzrok w kaskadę wody spadającą do niewielkiego jeziorka. Kaskada... Do mojej głowy od razu wepchały się nieprzyjemne wspomnienia. Odgoniłem je czym prędzej.
Gdzie ja jestem? A w sumie. Czy to ważne? Po prostu pójdę dalej przed siebie. Z zapałem ruszyłem naprzód. Szedłem tak z dwadzieścia minut, ale krajobraz wciąż się nie zmieniał. Miałem wrażenie, że chodzę w kółko. O matko... Ja chodzę w kółko ! Usiadłem kiedy ujrzałem ponownie wodospad.
Te dziwne jagody chyba jeszcze działają... Zwiesiłem uszy.
- Kim jesteś? - usłyszałem zza krzaków
Podskoczyłem przerażony i od razu skierowałem wzrok w stronę, z której dochodził głos. Niczego tam nie było.
- Kim jestem? Pyta się o to osoba, chowająca się w krzakach. Jesteś głupcem jeśli myślisz, że ci odpowiem - odburknąłem
- Nie chowam się w krzakach. - usłyszałem tym razem od strony wodospadu
Szybko się odwróciłem. Przede mną stała wadera. I to chyba nie przeciętna samica, która odłączyła się od swojej watahy. W ogóle jej nie wyczułem. Nawet nie wiem jak zjawiła się za moimi plecami. Postanowiłem nie tracić pewności siebie, ale jakaś część mojej podświadomości kazała mi powstrzymać sarkastyczny ton.
- W takim razie zwracam honor - wykrzywiłem twarz w czymś co miało być uśmiechem
Wadera tylko zmarszczyła podejrzliwie brwi.
- Jesteś na terenie MOJEJ watahy - rzuciła ostrzegawczo
Och, a więc jest Alfą. To wszystko wyjaśnia.
- Spokojnie... Nie jestem żadnym szpiegiem ani nic. Przechodziłem tylko.
- Żaden szpieg nie mówi na prawo i lewo, że jest szpiegiem
- No cóż, to prawda. No dobrze. Nazywam się Renethrain. Możesz mi mówić Rene. Przyszedłem ee... Chyba z południa... Albo z północy... - Powiedziałem spoglądając na słońce - W każdym razie. To skąd pochodzę już dawno nie istnieje, więc nie ma sensu się nad tym zastanawiać.
- Jesteś samotnikiem?
- Ta. Chyba tak.
- Aha...
Jakoś dziwnie się czuję rozmawiając z innym wilkiem po dwumiesięcznym milczeniu. A na dodatek ta wadera wyjątkowo mnie peszy. Nie mogę się zebrać żeby podnieść moje uszy. Kurde, nawet nie zauważyłem, że je płożyłem!
Przecież to nie moja Alfa. Zaraz... A co jeśliby nią była? Nie mam dokąd pójść, a mając watahę będę mógł nareszcie myśleć o zemście, a nie o tym jak przeczyć kolejny dzień. Już dawno nie natknąłem się na żadnego wilka. Poczułem nagły przypływ siły.
- Mógłbym dołączyć do twojej watahy? - walnąłem prosto z mostu
Wadera chyba się tego nie spodziewała, bo nie zdołała ukryć chwilowego zmieszania. Zaraz jednak spojrzała się jeszcze bardziej nieufnie.
- Nie. Dopiero co zobaczyłam cię na oczy. Myślisz, że pozwolę jakiemuś pierwszemu lepszemu wilkowi wejść na teren mojego domu!? - podniosła ton - Odejdź stąd. I nie wracaj.
Ugh, nie mogę znieść tej gęstej atmosfery. Czemu wadery są takie trudne w rozmowie? Tak jakbym mógł napaść samodzielnie na całą watahę. Byłbym głupcem. Ale nie mam wyjścia. Nie mogę odpuścić. To moja szansa na bezpieczne schronienie i planowanie.
- W takim razie daj mi okres próbny - ciągnąłem - nie wiem. Jak będziesz chciała możesz mnie nawet na pewien czas przydzielić kogoś do obserwacji.
- Nie.
- No to nie wiem. Zwiąż i wprowadź jako więźnia?
- Czemu ci tak zależy?
- Po prostu mam dość rozmawiania z drzewami.
I na ten krótki moment na naszych pyskach jednocześnie pojawił się nikły uśmiech, który trwał zaledwie ułamek sekundy, ale wystarczył, by nieco rozluźnić atmosferę.
- To jak... ? - spytałem.
Wadera westchnęła.
- Możesz mówić na mnie Pestka lub Ishi.
- Dzięki, Pestka.
- Ale jak tylko zrobisz coś co będzie chodź trochę podejrzane...
- To każesz mnie zabić, tak, tak, zrozumiałem - przewróciłem oczami.
Przydzielono mi jaskinię. Dostałem stanowisko. Dużą kolację. Już od dłuższego czasu nie czułem tego uczucia...Takiego... Miłego uczucia spokoju i bezpieczeństwa. Mimo, że przez większość czasu unikałem innych członków.
Uwagi: Do tytułu op. dawaj pełne imię postaci. "Ach" i "och" piszemy przez "ch". Jeśli chcesz zrobić trzykropek - licz, ile ich postawiłaś. Przed znakiem zapytania oraz wykrzyknikiem (tak jak przed innymi znakami interpunkcyjnymi) nie stawiaj Spacji! Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. Rozwijaj skróty (np. min. = minut). "Alfa" jako tytuł na WMW zapisywane jest z wielkiej litery. Przed "więc" stawiaj przecinek. "Dwumiesięcznym" piszemy razem. Wilki nie mają twarzy. Zapominasz o kropkach na końcu zdań (szczególnie wypowiedzi lub zakończeń narracji).
Subskrybuj:
Posty (Atom)