Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suzanna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suzanna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2019

Od Suzanny "Czas wielkich zmian" cz. 3

Czerwiec 2023 r.
Chciałam zarządzić zebranie pod Pomarańczowym Drzewem, ale kiedy wyszliśmy na powierzchnię szybko okazało się, że to niemożliwe. Wiatr znowu szalał. Nie chciałam narażać członków watahy na ewentualne niebezpieczeństwo. Nie zdążyłam się dobrze zastanowić nad tym, co dalej, bo Ivailo natychmiast narzucił dość szybkie tempo. Na szczęście udało mi się go dogonić i dotrzymywać kroku.
- Za mocno wieje. Nie zrobimy generalnego zebrania. Co teraz? - zapytał nagle Hitam. Zaczęłam się intensywniej zastanawiać.
- Może poczekajmy, aż przestanie wiać, zbierzemy wszystkich i przeprowadzimy szybką akcję przeprowadzkową, póki pogoda znowu się nie zepsuje?
Hitam pokiwał głową w zadumie, wciąż prędko przebierając łapami.
- Myślisz, że się nie zbuntują? - zapytał po chwili.
- Nie wiem. To ty tu jesteś od myślenia - odparłam i przyspieszyłam kroku, byleby nie widzieć jego reakcji. Byłam pewna, że rzucił mi oburzone spojrzenie. Wtedy coś huknęło, a Dan rzucił się na przód. Chciałam krzyknąć, żeby uważał, bo skierował się właśnie tam, gdzie grzmotnęło, ale zaraz pojęłam o co chodziło. Zatrzymał w powietrzu w połowie powalone drzewo.
- Pospieszcie się! - krzyknął. Dosłownie przebiegliśmy przez dystans, który zaraz miał zostać przygnieciony przez konar. Dopiero będąc po drugiej stronie usłyszeliśmy jak konar z impetem spadł na ścieżkę. Dan nas dogonił jeszcze nim łupnęło. Wyglądał na bardziej spiętego niż wcześniej.
- Dziękujemy za pomoc - usłyszałam słowa Hitama. Przeszło mi przez myśl, że nigdy nie będę tak miła jak on, ale żeby dłużej tego nie roztrząsać postanowiłam zająć się czymś innym.
Dogoniłam Ivailo i spojrzałam na niego przelotnie z dołu. Był niemal tak wysoki jak Dante.
- Coś się stało, Alfo? - zapytał zdezorientowany.
- Nie, nie - mruknęłam, sama nie wiedząc czemu spojrzałam na niego jakby podejrzliwie. Może żeby udać, że z nim rozmawiam. W końcu szłam u jego boku... a raczej byłam na wysokości jego ramion.
- Chciałam zapytać tylko... chciałbyś zmienić tereny?
- Nie wiem. Obojętne mi to - odparł, wzruszając tymi swoimi wielgaśnymi umięśnionymi ramionami. Pokiwałam głową, ale jednocześnie wywróciłam oczami. Niewiele mi dała jego odpowiedź. Najwyraźniej będziemy musieli zrobić tak jak obmyślił to Hitam.
***
Kilka dni później nastał mniej wietrzny dzień. Zleciliśmy jakiemuś szczeniakowi, który już wcześniej dał do zrozumienia, że lubi krzyczeć i biegać, aby odwiedził każdą jaskinię i zarządził zebranie na Mniejszym Szczycie Góry, jak nazwaliśmy jedno z bezpieczniejszych wzniesień niewiele ponad najwyżej położoną jamą. To własnie tam ostatnimi czasy w bezpieczniejsze dni prowadziliśmy życie towarzyskie. Ja i Hitam zjawiliśmy się tam jako pierwsi, nie licząc jeszcze kilku wilków, które chciały tam po prostu porozmawiać ze znajomymi, nie spodziewając się nagłego zebrania.
Wilki zebrały się dość szybko. Nie miały nic lepszego do roboty, więc przybyły chcąc nie tylko rozprostować łapy, ale i również zapewne były poważnie zaintrygowane co sprawiło, że tak nagle chcemy narady. Kilku próbowało pytać już wcześniej, jakie mamy plany, ale uciszaliśmy ich słowami, że wszyscy dowiedzą się wszystkiego dopiero gdy zbierze się cała wataha.
Nie potrwało to długo. Co prawda jak zwykle odszukanie Bezumstvo było problematyczne, ale ostatecznie się udało. Pozwoliłam Hitamowi mówić jako pierwszemu. Zresztą ja nawet nie wiedziałam od czego zacząć. Ten cały pomysł mógł być dla niektórych trudny. Również dla mnie, choćby ze wzgląd na konieczność porzucenia cmentarza, na którym zachowały się szczątki wielu z wilków. W tym również mojego brata. Nie wiedziałam, co się z tym będzie działo gdy znikniemy. Zarośnie, a może ktoś się tym zaopiekuje i zadba o szacunek dla zmarłych? Nie wiedziałam. Trochę mnie to bolało. Hitam i tak nie znał swoich rodziców. Jego to nieszczególnie obchodziło. Ja byłam nieco bardziej związana z przeszłością stada. Urodziłam się tutaj...
- Witajcie. Cieszy nas, że zjawili się wszyscy w tak szybkim czasie - Tu przerwał, by zmierzyć wzrokiem hałasujące szczeniaki. Opiekunka młodych spróbowała ich uciszyć. Udało się. Hitam kontynuował:
- Musimy ogłosić ważną wiadomość i zarządzamy głosowanie. Bez waszej decyzji nasz plan nie ma prawa realizacji. Jak doskonale wiadomo robi się na naszych terenach dość niebezpiecznie, przez co zmuszeni jesteśmy do przebywania w jaskiniach. Zaczyna panować głód. Aby nie zakończyło się to tragedią postanowiliśmy o przeniesieniu terenów.
W tłumie poniosły się wzburzone szepty i krótkie narady. Hitam uciszył ich uniesieniem łapy.
- Pomysł ten jest w dobrej wierze. Proszę, rozważcie to dobrze, a odpowiedź podajcie za kilka minut w głosowaniu. W ten czas poprosimy jednego z waszych skrzydlatych przyjaciół o przesłanie wiadomości do smoków, które miałyby nam w tym pomóc. Czy ktoś z was ma za towarzysza ptaka lub smo... - nie dokończył, kiedy wyrwał się Joel i zaczął przepychać przez tłum:
- Ja! Ja mam!
Przeniosłam wzrok na tłum, który w milczeniu podążał wzrokiem za Joelem. Chyba myśleli, że powiemy coś jeszcze, a tym samym trochę naruszali naszą prywatność. Machnęłam łapą na wilki.
- No już, rozejść się! Macie chwilę na zastanowienie, nie marnujcie czasu!
Dopiero wtedy usłuchali, a Joelowi było trochę łatwiej do nas dotrzeć. Po umówieniu jakichś formalności posłaliśmy Dante po papier i tusz, a Joela po swojego smoka, który by miał być naszym posłańcem. Nie znaliśmy jeszcze odpowiedzi. Nie wiedzieliśmy co napiszemy w liście. Chcieliśmy mieć jednak już wszystko gotowe, bez względu na decyzję.
Dopiero gdy dotarł do nas smok Joela wróciliśmy na Mniejszy Szczyt Góry. Zgromadziliśmy wilki i tym razem ja postanowiłam przemówić:
- Nie mówiąc już zbyt wiele, bo nie mamy dużo czasu: kto jest ZA przeniesieniem się gdzieś daleko?
Najpierw podniosło się nieśmiało kilka łap, a zaraz potem jeszcze trochę, i jeszcze, aż w końcu nie była to znaczna przewaga. Powiodłam wzrokiem po wilkach, które zgadzały się na nasz plan. Jedne były niepewne, inne zatroskane, a jeszcze inne pewne swego i zimne... Westchnęłam cicho.
- A kto jest PRZECIW?
Raptem kilkanaście wilków podniosło łapę. Wyglądało na to, że kilku powstrzymało się od głosu. Wilki zaczęły się rozglądać, by zlokalizować osoby, które były przeciw. Jakby speszone tymi wzrokami pospiesznie opuściły łapy. Patrzyłam na nich w milczeniu, jeszcze się zastanawiając, co zrobić. Najwyraźniej trzeba będzie się pożegnać...
- Zatem zdecydowane. Przeprowadzamy się. Niebawem przybędą tu smoki, które wyraziły chęć pomocy, a wy macie ostatnie godziny na pożegnanie i zebranie skrzyń. Z tego co pamiętam z tyłu Góry była jakaś kolekcja jeszcze z czasów Kiiyuko. Jeżeli nie chcecie się tam tułać i wiecie jak powinna być zbudowana stabilna skrzynia, to wystarczy że zbiorą się wilki z żywiołem powietrza, metalu oraz natury, by takie zbudować. Prosiłabym, aby miały wymiary metr na metr na metr. Taka skrzynia bagażu będzie przypadać na dwa wilki. Zważywszy na to, że mamy... ilu członków? - spojrzałam pytająco na Hitama.
- Sto trzydzieści dwa wilki - odpowiedział spokojnie.
- To będzie to... - Szybko przeliczyłam w myślach - Sześćdziesiąt sześć skrzyń. W razie jakichś nowych członków czy większych miotów szczeniaków... - W tym momencie mój wzrok powędrował ku ciężarnym waderom - ...zróbcie siedemdziesiąt. Gdy przybędą smoki poślę je do doliny po gotowe skrzynie. Nie musicie ich dźwigać na górę. Tymczasem ja życzę wam powodzenia i mam nadzieję, że pogoda się nam nie zrujnuje. Do roboty!
Wilki powoli zaczęły się rozchodzić w swoje strony. Ja pomyślałam sobie, że muszę pożegnać się z bratem...

sobota, 23 marca 2019

Od Suzanny "Czas wielkich zmian" cz. 2

Czerwiec 2023 r.
Dopiero po przejściu do większych hali zaczynało robić się gorąco. Nadal nie było nigdzie widać smoków, ale gdzieniegdzie wystające obgryzione trawy wskazywały na to, że ktoś od czasu do czasu tam zaglądał. Kiedy mijałyśmy coś w rodzaju ogrodu, Taria użyła na mnie zaklęcie odporności na wysokie temperatury. Ulżyło mi, choć nie ukrywałam, że lubiłam ciepło.
Dalsza wędrówka była schodzeniem w dół zbocza. Dość szybko moim oczom ukazały się pierwsze zarysy sylwetek smoków, które albo latały po monstrualnej hali, albo leżały na jakichś kamieniach i ucinały sobie drzemkę. Coś, co początkowo wzięłam za rzeki kryształowej wody, szybko okazały się być niebieską lawą. Ilość gigantycznych smoków napawała mnie niemałym lękiem. Szczególnie, że najlepszy negocjator, jakim był Hitam, został w połowie drogi, a ja byłam zmuszona załatwić wszystko w pojedynkę.
Nadal powoli posuwałyśmy się w dół, kiedy kilka smoków wykonało gwałtowny zwrot w powietrzu i skierowało się do nas. Jeden wylądował nad nami, drugi pod nami. Czułam, jak ziemia się zatrzęsła. Z trudem powstrzymałam krzyk. W ostatniej chwili chwyciłam się pazurami jakiegoś występu skalnego. Taria ześlizgnęła się, ale na szczęście przed śmiercią ocalił ją większy wystający kamień, który miała niecały metr pod sobą.
- Czego tutaj szukacie? - ryknął złocisty smok.
- Pomocy. Na naszych terenach nie dzieje się dobrze - powiedziałam szybko. Bałam się, że zaraz kamień pod moimi łapami wypadnie, a ja zjadę na sam dół. Mogłam tego nie przeżyć. Wątpiłam, aby smoki zechciały mi pomóc.
- Pomocy? - Zaśmiał się złoty smok, ale zaraz srebrna smoczyca go uciszyła cichym sykiem.
- Wasza wataha już kilka razy nam pomagała, za co jesteśmy wdzięczni. Porozmawiamy z Nobilium i jeśli tylko będziemy w stanie spełnić wasze żądanie, uzyskacie od nas niezbędne wsparcie.
- Podróż. Chcemy zmienić tereny - wydukałam, starając się podciągnąć na kamieniu. Nie miałam gruntu pod tylnymi łapami. Dopiero wtedy podleciał jakiś brązowawy mały smok, który za pomocą głowy podsunął mnie pod pobliską skałę. Nie miał najwyraźniej zamiaru wcinać się w rozmowę, więc zaraz potem odleciał.
- Fulgur, zapytaj Nobilium o pomoc naszym przyjaciołom wilkom! - krzyknęła za nim srebrna smoczyca. Złoty smok syknął niezbyt zachwycony.
- Mamy pomagać tym małym ssakom?
Srebrna smoczyca puściła tę uwagę mimo uszu. Wygodniej ulokowałam się na skale i zerkałam na Tarię. Bacznie obserwowała złotego smoka i wszystkie inne gady, które szybowały nieopodal. Wyglądała tak, jakby była gotowa do ewentualnej obrony, mimo że napastnicy byli kilka lub kilkanaście razy więksi od niej samej.
- Od dawien dawna nie byłam na powierzchni... Powiedz mi, proszę, co się teraz dzieje? - dopytała srebrna samica z zaciekawieniem. Przełknęłam ślinę. Zerknęłam na złotego smoka, a dopiero później na nią.
- Ulewy. Niepokojące. Na ziemi zostaje niebieski lśniący nalot, a zwierzęta mutują. Nie wiemy jakie będą dalsze skutki takiego stanu.
Smoczyca wydała się zmartwiona, a samiec wciąż niewzruszony.
- Nie chcę cię martwić, Argento, ale ona pewnie kłamie.
- Skoro chce przeprowadzki, to jednocześnie chce nas wyciągnąć na powierzchnię. Wtedy zobaczymy kto miał rację... - zaczęła, ale ten znowu jej przerwał:
- To na pewno pułapka.
- Po co mielibyśmy zabijać smoki? Nie oddziałujecie na naszą watahę w negatywny sposób - wtrąciłam nieco rozzłoszczona. Nie chciałam, żeby jakiś arogancki i zrzędliwy smok miał zaważyć o losach naszego stada tylko dlatego, że sobie coś ubzdurał. Już chciał coś dopowiedzieć, ale zaraz potem nadleciały dwa smoki o łososiowych łuskach. Nim zdążyłam zaprotestować, poderwały i mnie, i Tarię na swoje grzbiety. Kurczowo chwyciłam się ciała swojego wierzchowca. Miałam lęk wysokości. Dość mocny. Zacisnęłam powieki. Miałam ochotę sprawdzić co się dzieje, ale zbyt bardzo się obawiałam, że jednocześnie się ześlizgnę. Pozostawało mi się jedynie domyślać, że Nobilium nas wezwał do siebie.
Najgorsze było lądowanie. Smok zanurkował w powietrzu, a ja w duchu tylko błagałam o to, żeby nic mi się nie stało. Czułam, jak ślizgam się po jego łuskach i jeszcze chwila i zwyczajnie spadnę głową w dół. Było mi niedobrze.
Na szczęście ostatecznie nic takiego się nie stało, a ja po tym koszmarnym locie bezpiecznie wróciłam na ziemię. Nazwałabym to raczej ześlizgnięciem się i upadkiem prosto na grzbiet z powodu zdrętwiałych ze strachu łap, ale prócz ubrudzenia futra nie odczułam żadnych gorszych konsekwencji. Taria zgrabnie zeskoczyła ze swojego smoka i podbiegła do mnie, aby zapytać czy wszystko w porządku. Zamruczałam coś i dopiero po chwili postanowiłam się podnieść oraz otrzepać. Ze wstydem zorientowałam się, że tego wszystkiego dokonałam na oczach naprawdę gigantycznego białego smoka, który wbijał we mnie wzrok swoich złotych ślepi. To pewnie ten ich przywódca - pomyślałam i grzecznościowo się ukłoniłam.
- Witaj, Nobilium - oznajmiłam, starając się przestać myśleć o nie najlepszym początku.
- Witam, Suzanno - odparł ze spokojem - Słyszałem, że chcecie nas prosić o pomoc. Mogłabyś mnie zaszczyć większą ilością detali?
- Oczywiście. Chcielibyśmy przemieścić nasze tereny w zupełnie inne miejsce... A raczej przemieścić nasze stado. Obecna pogoda wróży wyłącznie kłopoty i chcielibyśmy uniknąć ewentualnych tragicznych skutków pozostania tutaj. Nie wiemy, co będzie nas czekać za kilka lat, czy może i nawet dni. Obawiamy się, że możemy nawet zginąć. Tutaj jest moja prośba: szanowny Nobilium, czy mógłby pan użyczyć nam kilku swoich podwładnych do takiej przeprowadzki? - powiedziałam, patrząc na niego z nadzieją w oczach. Mój tryb grzecznościowy jak zwykle wypadał wyjątkowo niezgrabnie, a dodatkowy stres nie polepszał sytuacji. Rzadko kiedy miałam okazję rozmawiać z kimś na równym stanowisku z moim, lub może i nawet wyższym.
Nobilium patrzył na mnie w zadumie.
- Zgoda, lecz pod jednym warunkiem: znajdziecie nowy dom również i dla naszego stada. Wówczas użyczę wam moich wszystkich podwładnych.
- Dziękujemy z całego serca! - wypaliłam, czując nagłą falę szczęścia. Poszło zaskakująco gładko. Mogłabym przysiąc, że Nobilium się nawet uśmiechał.

<C.D.N.>

piątek, 22 marca 2019

Od Suzanny "Czas wielkich zmian" cz. 1

Czerwiec 2023 r.
Sytuacja zaczynała się robić bardzo niebezpieczna. Już dawno pojawił się pomysł przeprowadzki, ale odkładaliśmy ją najbardziej jak się tylko dało z głupią nadzieją, że zacznie się poprawiać. Ostatnimi czasy jednak odnajdowaliśmy coraz więcej zmutowanych zwierząt, co nie wróżyło nic dobrego. Wilki, którym zakazaliśmy wychodzenia, zaczynały się buntować. Rosło niezadowolenie, zawitał głód. Wyglądało na to, że przestawaliśmy mieć jakieś inne wyjście. Początkowo planowaliśmy pieszą wędrówkę, ale po tak długim zwlekaniu obawialiśmy się, że to na nic ze względu na osiąganą niewielką prędkość: chmury i tak nas dopadną, deszcz nas zaleje i sami obrośniemy tymi grzybkami. Może nawet umrzemy.
Nie dało się zbadać źródła takich anomalii pogodowych. Nawet gdy Pabalu próbował coś wywróżyć, na niewiele to się ostatecznie zdawało. Podobnie sytuacja się miała z Kai'm. Nic nie widzieli. Tak jakby przyszłość watahy czy nawet tych terenów kompletnie nie istniała na linii czasu. Zupełnie jakby te chmury dodatkowo zaburzały zdolność jasnowidzenia. Najgorsze było uczucie, że jednocześnie nie mogliśmy przekazać tej informacji stadu jako powód braku szczegółów co do dalszego planowania naszych losów, bo byłoby tylko gorzej. Mogłaby powstać panika, że wszyscy niebawem zginiemy, skoro nie ma nas na linii czas, choć w rzeczywistości to mogą być zwykłe zakłócenia magiczne. Kilka wilków zgłosiło mi trudności z używaniem czarów. To musiało coś oznaczać.
Przełomowy był moment, kiedy przypomniałam sobie o tym, że kiedyś mama powiedziała mi o przysłudze, jaką nam są winne smoki. Odblokowaliśmy też ich podziemia w trakcie powodzi, co tym bardziej upewniało mnie w przekonaniu, że warto spróbować sił z ustaleniem czegoś z nimi. Smoki mają to do siebie, że dotrzymują danych obietnic. Po krótkiej naradzie z Hitamem postanowiliśmy, aby jednak o to zapytać. Wystarczyło poczekać na mniej wietrzny dzień i udać się do Smoczych Podziemi. Istniała dość duża szansa, że pomogą nam w przemieszczeniu się w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Wraz z obstawą aż trzech obrońców udaliśmy się na negocjacje. Hitam był znacznie spokojniejszy ode mnie. Kilka razy wspominał, że dla wilków urodzonych na terenach Watahy Czarnego Kruka normalnym niegdyś było codzienne obcowanie mniej lub więcej z jakimiś mistycznymi zwierzętami, nierzadko również i groźnymi. Ja jeszcze nie miałam okazji przeżyć czegoś podobnego i sama nie wiedziałam czego się mam spodziewać.
Ostatecznie to ja odnalazłam wejście do Tajemniczych Podziemi, o czym natychmiast dałam znać całej reszcie kompanii. Jako pierwszy wskoczył do środka Dante, przebadał grunt, po czym dał znak pozostałym, aby również skoczyli. Dół był głęboki na niecałe dwa metry metry. Można było albo tam wylądować jednym susem, albo ześlizgnąć się po pochyłej ziemi. Ja wybrałam tę drugą opcję. Bałam się od zawsze takiego skakania.
Jak się okazało woda miała znacznie wyższy poziom, niż kiedy byłam tam ostatnio. Nadal panowały tam ciemności, a jedyne źródło światła stanowiły kryształowe kwiaty (co dawało dość imponujący efekt), ale zalana do ponad połowy sala nie wróżyła niczego dobrego. Szczególnie że nawet w trakcie powodzi nie wyglądało to aż tak tragicznie. Wtedy przynajmniej ta woda gdzieś uciekała. Teraz całkowicie stała. Przed zatopieniem uratowała nas wyłącznie moc Dante, który zatrzymał falę. Nie dało się przejść wąskimi skalnymi chodnikami, jak to było wcześniej, bo wszystko zostało zalane. Zerknęłam nieco zmartwiona i zdezorientowana za razem na Hitama, który bywał kiedyś na kontrolach w Tajemniczych Podziemiach. Jego pysk jednak nie wyrażał większych emocji. W milczeniu oglądał salę. Krystaliczna woda, którą zatrzymał Dante, sięgała nam aż po czubki uszu. Mogliśmy przez nią przejrzeć i zobaczyć to, co zostało zalane oraz to, co znajdowało się na samym dnie, czy też raczej "niższym dnie". Jak się okazywało Tajemnicze Podziemia miały również więcej pięter, które mogliśmy ujrzeć dopiero wtedy. Wysłalibyśmy wilki z żywiołem wody na zwiady gdybyśmy tylko lepiej się orientowali we właściwościach tej substancji... Choć na dobrą sprawę tak naprawdę nigdy nikt nie wpadł na zamiar przebadania tego dokładniej.
W pewnym momencie moją uwagę przykuł jakiś błyszczący zarys w środku wody. Nawet po wytężeniu wzroku nie mogłam określić co do dokładniej mogłoby być. Wyglądało jak jakiś większy kamień. Był tam od zawsze, czy dopiero się pojawił? Nie umiałam na to odpowiedzieć. Zbyt rzadko tam bywałam.
- Co o tym sądzisz? - zapytałam cicho Hitama, mając na myśli całą tę podziemną jaskinię.
- Zastanawiam się, czy nasze tajemnicze ulewy nie są cięższe od zwyczajnych i dlatego spływają na niższe poziomy - odparł powoli. Z chłodnym zaciekawieniem wodził wzrokiem po hali. Najwyraźniej też uważał to za dość nietypowe zjawisko.
- Jezioro nam nie wylało, podobnie jak nie zalało nam plaż - dodał za chwilę. Pokiwałam głową. Miał rację. Z relacji członków watahy jasno wynikało, że woda wsiąkała, czy też wyparowywała, bardzo szybko. Nawet z kamieni. Oddziaływała co prawda na podłoże, ale kałuże powstawały z dość dużym trudem.
- Ta woda ma zdolności lecznicze. Tak mówiła Kiiyuko - dorzucił Dante, który nadal szedł przodem i utrzymywał wodę tak, aby nas nie zalała. Poruszał się jednak wolno...
- Dan, powiedz mi... Masz trudności z utrzymaniem tego zaklęcia? - zapytałam nagle. Obrócił w moją stronę głowę, ale szybko wrócił do patrzenia przed siebie.
- Trochę tak... - odpowiedział cicho. Dostrzegłam kątem oka wzrastający niepokój Tarii. Chyba pomyślała, że zapytałam dlatego, że czuję, iż zaraz zaklęcie padnie.
- A wy? Macie ostatnimi czasy z tym kłopoty? - zwróciłam się do pozostałych. Po chwili wahania odpowiedzieli twierdząco. Westchnęłam cichutko. Moje obawy się potwierdzały. Cokolwiek było w tym deszczu, utrudniało nam korzystanie z żywiołów.
- Tutaj jest jeszcze gorzej - dodał Dante nieśmiało.
- Dasz radę dojść do końca korytarza? - zapytał nagle Hitam.
- Tak, jasne... Ale gdyby był wyższy poziom to raczej bym nie podołał wyzwaniu - Zaśmiał się nerwowo. Sytuacja wyglądała niewesoło. Kątem oka dostrzegłam zmartwienie na pysku Hitama, ale nie skomentował tego.
Resztę trasy przebyliśmy w milczeniu. Grunt stopniowo się wznosił, a korytarz zwężał. W końcu woda nas już na reszcie nie otaczała, ale za to musieliśmy się przepychać między szczelinami w skałach. Dante był z nas najwyższy i najszerszy, dlatego miał największy problem. Hitam za to musiał się nieźle nagimnastykować, aby zmieścić skrzydła. Właściwie na niewiele się to zdało. W pewnym momencie Dante zarządził odwrót, bo - jak sam twierdził - jeszcze jeden krok i się zaklinuje, a jego zaklęcie mogłoby sprawić zawalenie się skały nad nami. Zawróciliśmy. Dopiero gdy znaleźliśmy się znowu na takiej przestrzeni, żeby się obrócić, postanowiliśmy co dalej. Byłam z nich wszystkich najdrobniejsza. Zaraz po mnie była Taria. Zdecydowali o tym, abyśmy poszły we dwie. Miała moc ognia, więc mogła utrzymać na mnie zaklęcie odporności na wysokie temperatury, jakie czekały nas na końcu korytarza. Ruszyłyśmy ponownie w trasę. Na dobrą sprawę nie miałam z tym większego kłopotu - mieściłam się we wszystkich szczelinach, a otarłam jedynie raz prawy bok. Nie wymagał opatrywania. Nie osiągałam co prawda zabójczych prędkości, ale lepsze to niż nic. Od czasu do czasu porozumiewałyśmy się z Tarią oraz krzyczałyśmy ustalone hasło, żeby oczekujące na nas basiory miały pewność, że nic nam nie jest. Echo niosło się na tyle, że słyszeli wszystko doskonale i mogli nam odpowiadać.

<C.D.N.>

sobota, 27 października 2018

Od Suzanny "Apatia na tle katastrofy"

Marzec 2022
Czasem przychodzi taki moment kiedy zastanawiamy się nad swoim życiem. Czy to co robimy ma w sumie sens? Są zwolennicy opinii, że tak. Tylko że ich argumenty wypadają bardzo blado w porównaniu do tych, którzy myślą odwrotnie. Właściwie, to co robimy? Setki nieistotnych rzeczy, które marnują nasz czas. Nawet jeśli ciężko pracujemy, to pewnie i tak szybko pamięć o tym przepadnie. Ile wilków wspomina Kiiyuko? Praktycznie nikt jej tu już nie zna. Stała się nieważna.  Czas mija, a liczy się tylko tu i teraz. Mimo, że dokonała wiele, bo założyła to stado. Ile wilków będzie wspominać mnie? Dokonałam znacznie mniej. Czuję, że mnie tu nie lubią. Gdybym nie była Alfą pewnie byłabym wyrzutkiem społeczeństwa... Czy ktokolwiek by się przejmował jakąś małą, aspołeczną waderą? Pewnie nie. Jeśli już, to tylko z poczucia obowiązku. Mówią, że czyjeś życie zawsze jest dużo warte, że każde jest równe. Tylko ta opinia by sprawiła, że nie zostałabym zapomniana. 
Wiosna jest piękna, tak przynajmniej mówią. Czym ja się zamartwiam? Może tym, że siedząc na skraju jaskini obserwuję coś, co wygląda jak upadek stada? Mam założone słuchawki wyciszające i oglądam wichurę miotającą liśćmi i fragmentami krzewów, sporadycznie również dużych gałęzi czy całych drzew. W moich uszach pobrzmiewa wyłącznie spokojna muzyka z odtwarzacza muzyki. Ja również jestem dziwnie opanowana. Jeszcze jakiś czas temu bym chyba siwiała z nerwów. Teraz czuję się tak, jakby było mi wszystko jedno. Czy to chwilowe? Być może.
Właściwie to muszę być beznadziejną Alfą. Ktoś, kto by mnie teraz obserwował z boku mógłby pomyśleć, że jestem socjopatką. Wydaje mi się, że tak nie jest. Patrzę beznamiętnym wzrokiem na panikę. I co z tego? Stresowanie się w niczym nie pomoże. Nawet jeśli już jest pewność, że owa burza wisząca już od dawien dawna nad watahą bynajmniej nie przejdzie bokiem. Nie wiadomo nawet dokładnie co to wszystko oznacza. Były teorie, że to koniec świata, ale wydawało mi się to bez sensu. Nie było żadnej istoty na tyle silnej, by zdołać umyślnie spowodować taką apokalipsę. Wyglądało to raczej na wyjątkowo gwałtowne reakcje w atmosferze, ale już nie chciałam psuć światopoglądu co niektórym członkom stada. Niektórzy wierzyli sobie w te bóstwa i byli przekonani, że ściągnęły na świat klątwę...
Jedyne co ja mogłam w tej sytuacji powiedzieć, to to, że moja kochana mamusia i ciotka schrzaniły sprawę. Doszły mnie słuchy o akcji z Królestwem Pór Roku. Miały pilnować pogody, ale najwyraźniej się nie udało... O czym ja w ogóle teraz myślę? Sama nie miałam pewności. Chyba powinnam coś zrobić. Choć tak właściwie to co? Zorganizowałam próby obrony za pomocą wilków z żywiołem powietrza, ale nic to nie dało. Zostaje tylko tak stać i patrzeć na ewentualną zagładę. Czy mi nie zależy? Być może. Czy to, że jestem nieśmiertelna sprawia, że czuję się bezpieczna? Zdecydowanie nie. Wiem, że są od tego wyjątki oraz wiem, że życie przez wieki jest dla mnie straszniejszą wizją niż śmierć. Może kiedyś sama zdejmę Medalion Nieśmiertelności i skoczę z klifu, w razie jeśli nie umrę teraz. Wilki dbające o swoje życie powinny uciec na własną łapę z terenu zagrożonego coraz silniejszą wichurą... A jeśli nie... czy to jest rozważanie masowego samobójstwa? A może morderstwa? W końcu to ja nie podjęłam żadnej decyzji o przeniesieniu. Przynajmniej zapamiętają mnie jako najgorszego dowódcę w dziejach... O ile ktokolwiek przetrwa.
Czasem sobie myślę, że ktoś mógłby lepiej zająć moje stanowisko. Nierzadko czuję jak bardzo mam tego wszystkiego dosyć, czuję, że nie daję rady. To nie takie proste. Nawet jeśli mam Hitama, to zostaje poczucie odpowiedzialności. Czasem bywa irytujące. Za każde, nawet najmniejsze przewinienie moich podopiecznych czuję się współodpowiedzialna, nawet jeśli nie mam z nimi bezpośrednio do czynienia. Dlatego nie mogłabym być socjopatką. Nawet jeśli na pozór nic mnie nie rusza, to przesadne poczucie odpowiedzialności powoduje u mnie niezbyt przyjemne odczucia.
Przychodzą również momenty apatii i kompletnego pozbawienia uczuć. Jedną z takich chwil jest również i ta. Wiem, że z boku wygląda to dziwnie, ale daje mi to wewnętrzny spokój. Mimo to z tyłu głowy zostaje mi głos, który stale pyta co sobie inni pomyślą?. Zastanawia mnie również co członkowie watahy sobie o mnie myślą. Myślą dobrze, źle, czy może są kompletnie neutralnie nastawieni na mój los? Mam podejrzenia, że to ostatnie. Nie mam przyjaciół. Nie spieszy mi się do tego. Już nie. Zawiodłam się zbyt wiele razy. Zbędna konieczność nawiązywania więzi emocjonalnej. To mogłoby mnie zniszczyć, a przecież potrzebują dowódcy... Choć z drugiej strony: od czego jest Hitam? Znalazłby partnerkę, która by mu bardziej odpowiadała, założył rodzinę...
Jest tak wiele rzeczy, które powinnam zrobić, a nie robię nic. Dlaczego? Może dlatego, że to zamieszanie spowodowało taki chaos, że poczułam się chwilowo zbędna. Właściwie to trochę ironiczna sytuacja. Dopiero teraz mam chwilę by odpocząć... Całkiem zapomniałam jakie to uczucie.
Dlaczego wszystko musi być tak cholernie trudne?

środa, 5 lipca 2017

Od Suzanny "Śmiertelnie ważne obowiązki" cz. 1 (cd. chętny)

Kwiecień 2019 r.
- N-nie patrz - szepce, a jego kręgosłup wygina się w łuk. Patrzę na niego beznamiętnymi, ciemnymi oczyma. Z gardła wyrywa mu się głośny wrzask, a jego ciało drży w konwulsjach. To jeden z tych momentów, kiedy nie wiem nawet o czym myślę. Z całą pewnością nie jest to ani strach, ani nawet nerwowość. Swój wzrok skupiłam na jednym z jego pazurów. Był ułamany. Nie przeszkadzał mu on?
***Parę godzin wcześniej***
- Suzanno, słabo mi - wymamrotał.
- Wyjdź poza jaskinię - mruknęłam, wciąż nie otwierając ślepi. Było wcześnie rano, a on jak zwykle żalił mi się z rzeczy, z którymi powinien radzić sobie sam. Usłyszałam, jak wymiotuje na zewnątrz, a moje nozdrza podrażnił smród jego wczorajszego posiłku. Położyłam łapę na nosie, jakby mając cichą nadzieję na ustanie nieprzyjemnego zapachu. Fermitate był już dorosły, a zachowywał się jak dziecko. Zakasłał jeszcze kilka razy i powiedział ledwo słyszalnie:
- Chyba pójdę do Wodopoju pozbyć się tego ohydnego smaku...
Nabrałam wielkiej ochoty rzucenia się na niego i wydrapania mu oczu albo chociażby porządnego potrząśnięcia nim. Skończyło się na tym, że szybko odszedł, a ja starając się naprawić zszarpane nerwy wbiłam pazury w posłanie. Po co on mi o tym wszystkim mówi? Kim była jego matka, że wychowała takiego mamisynka? Brakuje tylko tego, żeby zdawał mi relację z tego, jak się załatwia.
Im dłużej tak leżałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że zbliża się świt, a ja muszę wstawać, bo mam łapy pełne roboty. Podniosłam się z posłania i przeciągnęłam, starając się skupić na tym, że muszę kogoś zatrudnić do wysprzątania mieszkania w Mieście. Niespiesznie wyszłam na zewnątrz i zmierzyłam najbliższą okolicę wybrednym spojrzeniem. Ostatnio nie miałam zbyt pogodnego nastroju, ani tym bardziej chęci do uśmiechania się. Jedyne co mi dokuczało to niesamowite zmęczenie.
Co jeszcze musiałam dzisiaj zrobić? Oficjalnie ogłosić możliwość zgłaszania się na nauki matematyki i języka, znaleźć nauczyciela tego pierwszego przedmiotu, sprawdzić patrole, przeprowadzić dwa treningi oraz lekcję sztuk kreatywnych... Na samą myśl o tym wszystkim miałam dosyć tego dnia. Pewnie znowu będę spać o połowę krócej niż powinnam, a jutro czeka mnie powtórka z rozrywki. Nie wiedziałam sama do końca, skąd się wzięły te wszystkie rzeczy na mojej liście zadań. Od dłuższego czasu pojawiały się samoczynnie i sama już powoli zaczynałam zapominać, jak to jest mieć czas wolny. Teraz dla mnie było nie do pomyślenia to, że miałam go całkiem sporo. Bez względu na to, jakim półgłówkiem był Fermitate, niezaprzeczalnie sprawiał, że miałam o połowę zajęć mniej. Sama nie wiem, jak dałabym bez niego radę. Może po prostu nie zdołałabym zrobić tego wszystkiego na czas.
***
- Dziś na lekcji sztuk kreatywnych zajmiemy się malarstwem. Przyniosłam wam kilka barwników z roślin, którymi będziecie mogli pomalować kamienie i kawałki kory...
Rozległy się radosne okrzyki szczeniąt. Tylko na to czekały. Dosłownie wypytywały od swoich pierwszych lekcji. Zmierzyłam ich wszystkich beznamiętnym spojrzeniem. Najbardziej uradowana była chyba Sakura. W końcu robiła naprawdę niezłe postępy w dziedzinach związanych z jakimikolwiek formami sztuki. Już chciałam wyjaśnić maluchom, jak należy wykorzystać zawartość słoików, które wcześniej przytaszczyłam w wojskowym plecaku kupionym w Mieście, gdy na Szczenięcą Polanę wpadł Shiryu.
- Femitate jest chory!
Westchnęłam cicho i ruszyłam w kierunku posłańca.
- Biegunka? - zapytałam cicho, nie całkiem przyjemnym tonem.
- Nie, coś dużo gorszego - Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami - Pluje krwią, wije się z bólu, ma wysoką gorączkę... Nie wygląda to dobrze.
Zamarłam na ułamek sekundy. Czyli jednak wcale nie zatruł się czymś. Ostatnimi tygodniami coś wspominał, że czuje się gorzej, ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. W końcu mogła to być kolejna drobnostka, o której mówił nie wiadomo jak długo. Przeklęłam w duchu.
- Shiryu, poprowadź lekcje do końca. Szczeniaki mają namalować to, jak widzą watahę przyniesionymi przeze mnie farbami. Mogą bez problemu umaczać futerko, ale później powinny iść się umyć.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, a ja pobiegłam najszybciej jak tylko byłam w stanie do jaskini należącej do mnie i mojego partnera. Rzeczywiście wyglądał tak źle, jak przedstawił to Shiryu, jak nie gorzej. Miał podrapane łapy, prawdopodobnie wielokrotnie upadał. Oczy zaczerwienione, broda zalana krwią, która znajdowała się również na podłożu.
Właśnie tym sposobem znalazłam się tutaj. Stałam nad wijącym się z bólu Fermitate, skupiając się raczej na tym, że ma złamany paznokieć. Był dziwnie wygięty i postrzępiony na końcu. Zmarszczyłam nos.
- Lekarz! Lekarz! - wył mój partner, wykrzywiając się na dziwne sposoby. Pospiesznie wyszłam z jaskini. Od dłuższego czasu nie mieliśmy w Watasze Magicznych Wilków żadnego oficjalnego medyka, więc nie pozostało mi nic innego, jak udać się do byłych członków Watahy Czarnego Kruka. Wiele z nich siedziało w niepokojący sposób pod drzewami. Byli z pewnej odległości jedynie czarnymi sylwetkami ze świecącymi, złowieszczymi oczami. Nie ruszali się. Wyglądali jak jakieś zjawy z koszmaru. Przełknęłam ślinę, ale nie przestawałam się zbliżać.
- Wasz przywódca jest śmiertelnie chory! - rzuciłam, jeszcze nie stając dobrze przed nimi - Czy znajdzie się tu ktoś, kto zna się dość dobrze na leczeniu, by go uzdrowić?
Popatrzyli po sobie. Wystąpiła na przód smukła wadera o przerażająco wydłużonym pysku i bardzo długich uszach. Odór, który wydzielała skojarzył mi się od razu ze śmiercią. Nie miałam jednak innego wyjścia. Musiałam jej zaufać.
- Podejrzewam, że jego czas dobiegł końca - odezwała się w końcu. Jej głos był cichy, przypominający syczenie węża. Zadrżałam. Nie podobało mi się to wszystko. Nie znałam tradycji Watahy Czarnego Kruka, więc tym bardziej byłam zagubiona. O co mogło chodzić? Dostrzegając moje zagubione spojrzenie, opowiedziała cierpliwie:
- Za cenę naszych umiejętności musimy zapłacić nie tylko zrujnowaniem zdrowia psychicznego, ale i również krótkim żywotem. Każdy ma od początku dni policzone i zwykle mamy ich znacznie mniej, niż przeciętne wilki - przerwała, jakby straciła dech. Może była słabowita? Nie, patrząc na pozostałe wilki z jej stada nie chciałam w to wierzyć. A może i jej zostało mało czasu? - Niestety nie zawsze da się przewidzieć, ile dokładnie ich będzie. Jest to zależne od czynnika, którego nie znamy i raczej nigdy nie poznamy.
- To przez tę miksturę, którą musicie wypić przy rytuale przyjęcia do watahy?
- Tak... Dodaje nam siły, ale pozbawia częściowo wspomnień... Całe szczęście, że już tego nie praktykujemy. Całe szczęście, że wataha upada - ostatnie zdania wypowiadała już szeptem. Spojrzenie miała puste. Nigdy jeszcze chyba nie zdarzyło mi się spotkać kogoś, kto by się tak cieszył na upadek własnego stada, które w końcu już nie jedno w swoich dziejach przetrwało.
Weszłyśmy do środka. Fermitate wciąż w drgawkach już zdawał się nie mieć siły. Jego głowa bezwładnie zwisała na dół, gdyż leżał na jednej ze skalnych półek. Musiał wcześniej zrzucić wszystkie stojące tam wcześniej rzeczy. Moje rzeczy. Wazoniki się potłukły, zakurzone pudełka wraz z zawartością rozsypały, a książki leżały rozrzucone, często powykrzywiane w dziwny sposób. Z jego pyska kapała spieniona ślina zmieszana z krwią. Oczy były niemalże wywrócone białkami na wierzch. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co się właśnie działo. On naprawdę umierał. I to w tak żałosny sposób. W przeciągu zaledwie kilku godzin. Lepsze to niż jakby miał się męczyć miesiącami, ale mimo wszystko... Nie wszyscy zdołają się z nim pożegnać.
Nieznajoma wadera zabrała się za badania, lecz bardzo szybko podała diagnozę - spowodowane było to tą przeklętą miksturą. Właściwie to nawet nie byłam w stanie się ruszyć. Mogłabym pobiec po resztę watahy, ale jak sam Fermitate wcześniej prosił - nie chciał, by ktokolwiek go widział w tym stanie. Właściwie to mu się nie dziwiłam. Usiadłam więc i patrzyłam. Wadera wyszła z jaskini, żałobnie spuszczając głowę. Basior akurat ledwo łapał oddech, a jego wzrok był nieobecny. Nie miałam pojęcia, czy zdaje sobie sprawę z mojej obecności.
- Hej, chciałabym cię przeprosić - zaczęłam delikatnie. Aż wstrzymał oddech, a wzrok jego zmęczonych oczu nakierował się na mnie - Trochę cię męczyłam ten cały czas, a przecież chciałeś mi pomagać, nie? Szło ci to całkiem nieźle. Nie lubię chwalić innych, dlatego mogło ci się zdawać, że cię nienawidzę. Nie przepadałam za tobą, ale widziałam, że się starasz. To dobra cecha. W takim razie przepraszam cię i dziękuję za razem. Byłeś bardzo miłym i pomocnym partnerem, Fermitate.
Słuchał mnie z uwagą. Gdy skończyłam swoje przemówienie, które poszło mi zaskakująco łatwo, nadal się we mnie wpatrywał jak zaklęty. Wziął oddech, najwyraźniej chcąc też coś powiedzieć, ale przerwał mu kolejny bolesny jęk. Znowu zaczął się kręcić, o mało nie spadając, ale widziałam, że już nie miał sił. Jak długo się już tak męczył? Nie było mnie cały dzień w jaskini. Musiało mnie naprawdę wiele ominąć.
Nagle całkiem znieruchomiał, powietrze uleciało z jego płuc. Mięśnie zelżały, wzrok stał się pusty. Poczułam się tak, jakby zabrakło mi gruntu pod łapami.
- Fermitate? - Zapytałam. Nie doczekawszy się odpowiedzi, wstałam i podeszłam bliżej - Fermitate?
Nie odpowiadał. Jego klatka piersiowa przestała się unosić. Przyłożyłam delikatnie ucho... i nic. Żadnych oznak życia. Nawet bicia serca. Umarł. On naprawdę umarł. Odsunęłam się o kilka kroków, nie odrywając od niego spojrzenia. Ciężko było mi to przyjąć do wiadomości. I co teraz? Będę sama? Czy będę musiała ponownie wziąć ślub z kolejno wybranym wilkiem z Watahy Czarnego Kruka?
***
W jaskini byłego partnera spędziłam długi czas. Miałam cały czas nikłą nadzieję, że zaraz się obudzi, ale nic takiego się nie stało. Mogłam się tego spodziewać. Niedawno ogłosiłam zebranie pod Pomarańczowym Drzewem. Teraz wszystkie wilki siedziały pod bursztynowo-złocistą koroną drzew, kołyszącą się delikatnie na wiosennym wietrze. Niektóre liście opadały na ziemię. Żółty Las zawsze mnie trochę absorbował...
Nie mogłam jednak skupiać się na tym, jak teraz wyglądał las. Moje myśli były w dużym rozproszeniu, ale przecież musiałam ogłosić to, co stało się popołudniu. Był wieczór, a całe stado zaniepokojone czekało na wieści. Wszyscy już przybyli. Wyłoniłam się zza pnia. Ich spojrzenia zatrzymały się na drobnej mojej postaci. Znowu było mi słabo, ale musiałam jakoś przez to przebrnąć.
- Fermitate umarł! - krzyknęłam donośnym głosem - Sprawował władzę w Watasze Magicznych Wilków przez okres około trzech lat. Niestety wilki z Watahy Czarnego Kruka w dużej mierze szybko przemijają. Ich życie jest znacznie krótsze od naszego... Pogrzeb odbędzie się jutro wieczorem. Prosiłabym o obecność. Ponadto wtedy zdecydujemy, kto ma zostać nowym samcem Alfa. Obawiam się, że nie zdołam pełnić tej funkcji całkowicie sama - Zrobiłam w tym momencie pauzę, przypominając sobie o pewnej rzeczy, którą powinnam załatwić już wcześniej. Bojąc się, że jej zapomnę, dodałam: - Ponadto chciałabym wiedzieć, czy jest tu ktoś, kto zechciałby się udać do naszego mieszkania w Mieście i nieco posprzątać. Jest mocno zaniedbane... 

<Ktoś chętny?>

czwartek, 20 kwietnia 2017

Od Suzanny "Wyłamanie ze schematu" cz. 2 (cd. Sierra)

Styczeń 2019 r.
Wyrzucili mnie z pracy. Tak jak myślałam. Dawno mnie w końcu nie było, musiałam się liczyć z tym, że się w końcu mnie pozbędą. Potarłam ręką zmęczoną twarz. Jakoś nie miałam głowy do dodatkowego biegania do pracy, podczas gdy miałam masę roboty w watasze. Samo pilnowanie byłych członków Watahy Czarnego Kruka było dość męczące, nie wspominając o rekrutacji czy kontrolowaniu wszystkich dyżurów. Nawet, jeśli pomagał mi Fermitate, było to niezwykle trudne. Przeszły mnie dreszcze na samą myśl, że wedle tego, co mówił, już za rok go ze mną nie będzie. Samodzielnie radzić sobie z nawałem roboty... Przecież się nie rozmnożę.
Otrząsnęłam się z tej myśli. Czas na rozważania, co zrobić, będzie później. W sumie stojąc tak pod dachem przy wejściu do huty szkła i czekając, aż przestanie tak lać, doszłam do wniosku, że praca robocza raczej nie była dla mnie. Lepsza by była jakaś mniej męcząca fizycznie, papierkowa... Trochę dorosłam, więcej zrozumiałam, więc wiem, co chcę w życiu robić. Udało mi się nawet nauczyć czytać. Byłam z tego powodu bardzo z siebie dumna. Bardzo przydatna umiejętność, jednak wymagała lat praktyki. Może powinnam uczyć tego w szkole? Nie, nie miałabym na to czasu. Westchnęłam w duchu. Tak wiele mogłabym osiągnąć, gdyby tylko dzień nie był tak krótki.
Nagle moje bystre oczy wypatrzyły dwójkę dość osobliwych ludzi. Szczupły mężczyzna, który przypominał mi nieco papugę, niósł równie barwy parasol, a tuż pod nim stała kobieta. Była średniego wzrostu, ubrana w żakiet i dopasowane spodnie o pastelowej barwie. Jej włosy były ciemnobrązowe, koloru gorzkiej czekolady, zebrane w luźny kok, a oczy jasne, przenikliwe. Pod lewym okiem miała dwa pieprzyki. Zastanowiło mnie to, czy nie jest im zimno, ale chwilę później uświadomiłam sobie, że musieli wysiąść przed chwilą z czarnego, wyraźnie drogiego auta.
- There's a perfect place for this scene. Take a photo and let's go to next road.
- That's right, Mrs. Vinyl - potaknął mężczyzna i zrobił zdjęcie chodnika. Ujęli na nim również i mnie. Posłałam im mordercze spojrzenie. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale nie chciałam pojawić się na okładce żadnego z magazynów. Kiedy przechodzili tuż obok mnie, warknęłam:
- Hej, wy!
Obrócili się w moim kierunku. Ich oczekujące, choć nieco niewyrozumiałe miny wskazywały na to, że mam mówić.
- Usuńcie to zdjęcie.
Patrzyli na mnie jak na głupią.
- Can you speak in English, please? And we haven't got too much time, so you must be a fast.
Nic nie rozumiejąc, poczułam jeszcze większą złość. Zdecydowanie nie był to dobry dzień do denerwowania mnie. Szczególnie, że się nie wyspałam.
- Nie będziecie mnie tutaj zaklinać żadnymi czarami! Mówcie po polsku, inaczej sama wam zabiorę to... - zwróciłam wzrok na urządzenie, które mężczyzna wciąż ściskał w dłoniach - ten... aparat!
Dalej patrzyli na mnie tak, jakbym spadła z księżyca. W końcu kobieta włożyła ręce do kieszeni i na odchodnym rzuciła:
- I said: we haven't got time for a strangers.
Papuga oczywiście pognał za nią, a barwny szalik się za nim ciągnął, powiewając na wietrze. Pilnował, aby nie zalał jej deszcz. Rozzłoszczona kopnęłam pobliską puszkę wypełnioną deszczówką. Trafiłam w okolice nóg przybyszów, przez co ich nogawki były teraz zalane. Z ust kobiety wydobył się okrzyk zaskoczenia. Nie dowierzała w to, co właśnie zrobiłam. Włożyłam ręce do kieszeni, nie odrywając od nich wzroku. Było mi już zimno w dłonie.
- What... you... - wydusiła kobieta, na co ja tylko wzruszyłam ramionami. Wyglądała na naprawdę wściekłą, jednak uznawszy, że nie warto się dalej wykłócać, odeszła. Teraz przynajmniej patrząc na to zdjęcie przypomną sobie brudne spodnie i zmarznięte nogi. Westchnęłam cicho i oparłam się o ścianę.
Powoli zaczynało się wypogadzać. Ulewa zmieniła się w mżawkę, jednak pomimo bluzy z kapturem, nie miałam chęci się jeszcze stamtąd ruszać. Nagle wypatrzyłam dziwnie znajomą sylwetkę. Wyszła z posterunku policji, jednak po jej zachowaniu poznałam, że wcale nie była na żadnym przesłuchaniu, tylko zwyczajnie tam pracowała. Zmarszczyłam brwi. Wyrzucili ją? Nie, wyglądała na zbyt spokojną. Ukucnęła przy przystanku autobusowym i wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów. Kiedy sięgała po zapalniczkę, zwróciłam uwagę na jej oczy. Nie przypominały tych zwyczajnych, ludzkich. Była w nich dzika głębia.
Najciszej jak tylko umiałam, postanowiłam się zbliżyć. Zapach wskazywał na to, że miałam do czynienia z wilkiem. W dodatku z mojej watahy. Poczułam się głupio, że nie umiem jej rozpoznać, jednak postanowiłam tego nie ujawniać. Oparłam się o kant ściany, tak, by znaleźć się jednak pod dachem.
- A zdaje się, że wilki nie mogą palić - skomentowałam.
- Widzisz wyłamuję się ze schematów.
Prychnęłam.
- Żeby co? Nie umrzeć ze starości, jak pozostali, tylko na raka płuc? To żadna imponująca indywidualność.
- To moja sprawa, rozumiesz? Nie możesz się wtrącać w moje życie... - wtedy odwróciła twarz w moją stronę. Uśmiechnęłam się krzywo, wyraźnie ironicznie. Dopiero kiedy zrzuciłam kaptur, jej oczy się rozszerzyły. Poznała mnie.
- Suzanna?
Skinęłam głową. Po chwili jednak uznawszy, że nie ma sensu dziwić się mojej obecności dalej, nieco się rozluźniła się i zaciągnęła ponownie. Kiedy gryzące opary dotarły do mojego nosa, zakasłałam i pomachałam przed twarzą ręką.
- Wiesz, że palacze bierni są bardziej narażeni, niż czynni? - zapytałam.
- W takim razie odejdź.
- Chcę ci tylko to uświadomić - Nagle przypomniało mi się, skąd kojarzyłam jej krwistoczerwone oczy. Była tą koleżanką starej wyroczni. - Kai nie byłby zadowolony.
Znieruchomiała na ułamek sekundy, po czym prychnęła z pogardą. Zaciągnęła się ponownie. Wyglądało na to, że nic sobie z tego nie robi i robić nie zamierza.
- No nic, widzę, że cię to nie ruszy. W porządku. Nie mogę ci zabraniać takich rzeczy. To rzeczywiście twoje życie i szkodzisz samej sobie. Tylko proszę, nie rób tego w pobliżu pozostałych wilków, dobrze?
Mruknęła coś niezrozumiale. Nagle zobaczyłam, że kobieta wraz z jej papuzim towarzyszem wracali. Uśmiechnęłam się z do nich chytrze. Ona mnie jednak całkowicie zignorowała, robiąc długie kroki, a fotograf dalej kicał ponad kałużami z parasolką. Później z rękami skrzyżowanymi na piersi obserwowałam, jak wsiadają do czarnego samochodu. Początkowo sądziłam, że w środku jest jakiś szofer lub to Papuga będzie kierować, jednak kobieta widocznie zdecydowała się sama tym zająć. Grzecznie usiadł wraz z aparatem na tylnym siedzeniu. Odjechali.
- Kto to był? - zapytała cicho palaczka.
- Nie mam pojęcia, ale zrobili mi zdjęcie - mruknęłam z niezadowoleniem, przypominając sobie tamtą sytuację - Kompletnie nie da się z nimi dogadać. Mówią coś w jakimś innym języku z dziwnym akcentem. Przyjechali do Polski, a po polsku mówić nie umieją...
- Może po angielsku? To język między narodowy.
Zrobiło mi się gorąco. Międzynarodowy? To oznaczało, że każdy musiał go znać. Niestety ja miałam okazję porozumiewać się tylko po polsku i podjąć próbę kilku, nieco starszych rodzajów magicznej mowy, jednak szło mi to fatalnie. Kompletnie nie miałam do tego głowy.
- Tak? - wydusiłam z siebie. Zaśmiała się ironicznie, najwyraźniej rozumiejąc, co tutaj zaszło. Nie skomentowała tego jednak w żaden sposób. Oj no, każdemu zdarzają się błędy...
- Zróbmy wymianę - zaproponowałam po chwili, akurat wtedy, kiedy zduszała niedopałka butem.
- Jaką?
- Ty nikomu nie powiesz o mojej wtopie, a ja nie powiem Kai'emu o tym, że palisz.
- A miałaś zamiar to zrobić?
- Cóż, to już zostawię dla siebie - powiedziałam nieco nieprzyjemnym tonem. Zamyśliła się, po czym z zrezygnowaniem oznajmiła:
- Niech ci będzie - zrobiła pauzę - Ale obiecujesz?
Zaśmiałam się.
- Akurat słowa to ja zawsze dotrzymuję.
Trochę jej ulżyło. Wstała na równe nogi.
- Pracujesz tu? - Kiedy skinęła głową, zapytałam: - Masz przerwę?
- Coś w tym rodzaju... Jestem zwolniona z reszty godzin z dzisiaj.
Pokiwałam w zamyśleniu głową. Dobrze, że przynajmniej ktoś martwił się o utrzymanie domu w Mieście. Swoją drogą ciekawe, czy ktokolwiek go odwiedzał.
- Przestało padać. Wracasz do watahy? Możemy iść razem - zaproponowałam, choć raczej wolałam przebywać sama. Odrobina towarzystwa od czasu do czasu chyba jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

<Sierra? Ciesz się i raduj, że w końcu ktoś odpisał. Nic specjalnego co prawda... ale przynajmniej masz co pisać.>

sobota, 29 października 2016

Od Suzanny "Czarna historia" cz. 2 (cd. chętny)

- Jak tam na patrolu? Ostatnio spokojnie? - zapytałam, przechodząc obok Miniru, która w skupieniu rozglądała się dookoła.
- Taa... Jakoś nie zanosi się, aby cokolwiek się tu wydarzyło.
- Rozumiem - mruknęłam, zatrzymując się kawałek od niej. Okazjonalnie chciałam kontrolować pracę wilków na stanowiskach. Nie chciałam przecież, aby się obijały, szczególnie że wataha stawała się niestety coraz mniej liczna i gorzej zorganizowana. Kto wie: może to moja wina? Może jestem zbyt surowa i odstraszam nowych? Z drugiej strony jednak dyscyplina za czasu rządów mojej mamy była nieco gorsza...
- Kiedyś jeszcze będziesz uczyć naszych nowych współlokatorów? - zapytałam z krzywym uśmieszkiem, przypominając sobie scenę, kiedy wszyscy tarzali się ze śmiechu na polanie. Wyglądało to co najmniej dziwnie i prawdę mówiąc do teraz nie znam powodu ich rozbawienia.
- Nie wiem... jeśli nie będzie innych chętnych, to dlaczego by nie...
W zamyśleniu pokiwałam głową. Już chciałam odejść, by skontrolować przebieg treningu wojowników, kiedy dostrzegłam, że wadera nagle zaczęła strzyc uchem.
- Słyszysz to? - wyszeptała, widocznie ożywiona.
Wytężyłam słuch, ale niczego nie usłyszałam. Spoglądałam raz po raz na Miniru, która już zaczęła się ostrożnie przedzierać przez gęste krzaki, z których teraz zostały tylko zwykłe kikuty całkowicie pozbawione liści. Zaskakujące, jak cicho potrafiła się poruszać... Zaciekawiona po chwili wahania zdecydowałam się iść w ślad za nią. Zrobiłam znacznie więcej hałasu, jednak ona zdawała się nie zwracać na to kompletnie uwagi. W końcu przystanęła.
- Patrz... tam jest chyba szczenię - wyszeptała. Zwróciłam wzrok w stronę, w którą patrzyła. Pod drzewem skulona była maleńka, niezwykle drobna wadera o czarno-różowym futerku, którą widziałam po raz pierwszy w życiu. Słysząc głos Miniru, uchyliła powieki i na nas spojrzała. Przez chwilę patrzyła to na mnie, to na strażniczkę terenów. W końcu zdecydowała się podnieść z wszechobecnego śniegu i podejść bliżej nas. Przy każdym kroku jej łapki zapadały się w głębokim śniegu, ale zacięcie malujące się na jej pyszczku wyrażało brak chęci przyjęcia pomocy w tak błahej czynności.
- Mogłybyście mnie przygarnąć? - zapytała cichutkim, nieco przerażonym głosem, który miał w sobie jednocześnie mnóstwo żalu. Kiedy patrzyła na mnie z dołu tymi swoimi dużymi oczami, aż serce zaczęło mi się krajać.
- Tak... chyba tak - powiedziałam ledwo słyszalnie. Kątem oka dostrzegłam, że Miniru się uśmiecha. Nie wiedzieć czemu odebrałam to jako wyśmiewanie mojej spontanicznej decyzji. Postanowiłam przybrać mój oficjalny ton, którym zawsze przemawiam do nowych wilków. - ...ale najpierw okres próbny. Trwa on dwa tygodnie. Jeśli będziesz się źle zachowywać, natychmiast będziemy zmuszeni cię wygnać. Czy jest to jasne?
Pokiwała główką. Dostrzegłam, że cała się trzęsie i ma dziwnie ciemną, zakrzepłą krew na boku. Skinęłam na Miniru. Na ten znak podeszła bliżej maleństwa i oznajmiła jej, żeby wdrapała się na jej grzbiet. Później zaniosła ją do wilczego szpitala, aby tam mogła się ogrzać i zająć raną.
***
Następnego dnia zorientowałam się, że wieść o nowym szczeniaku już rozniosła się po całej watasze. Idąc do wilczego szpitala usłyszałam takie niedorzeczności, że aż miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Ktoś ubzdurał sobie, że był to szczeniak kogoś z Watahy Magicznych Wilków. Gdyby faktycznie tak było, z całą pewnością bym o tym wiedziała.
Kiedy stanęłam w wejściu do obszernej jaskini, w której unosił się silny zapach ziół, napotkałam Yuko stojącą tuż przy boku Nirverena. Basiorek uważnie przyglądał się nieco wystraszonej waderze.
- Masz śmieszny nos. Jest różowy. Taki jaskraworóżowy. To od zimna? - trajkotał wesoło - Bo ja mam normalny, czarny nosek. Widzisz? I masz futerko podobnego koloru. Nie przeszkadza ci to w maskowaniu się? Na śniegu pewnie widać cię na odległość.
- Nirvaren, dość - syknęła Yuko, ale on zdawał się nie zwracać uwagi na swoją opiekunkę i dalej próbował zagadywać do małej.
- Witajcie - postanowiłam się w końcu odezwać. Kiedy tylko wszyscy mnie dostrzegli, zapanowała cisza. Tylko Nirvaren dalej szczerzył się szeroko. Podeszłam bliżej.
- Jak ci na imię? - zapytałam nowej członkini watahy.
- Moone - powiedziała dumnie. Zmarszczyłam brwi. Ciekawe... zazwyczaj wilki mają na imię "Moon", bez tego "e" na końcu. Nie skomentowałam tego jednak, gdyż wiedziałam, że zapewne nie pojmie, o co mi chodzi.
- Ja jestem Suzanna. Co tak właściwie sprawiło, że tutaj przybyłaś?
Spuściła łepek.
- Ja... nie pamiętam. Nie widziałam. Mama była cała czerwona - mówiła cicho. Dałam znak Yuko i Nirvarenowi, aby odeszli. Usiadłam przy leżysku Moone.
- Opowiedz mi wszystko najdokładniej jak tylko możesz. Tak będzie mi dużo łatwiej ocenić twoją sytuację.
Zaczęła się trząść. Nie spuszczałam z niej wzroku. Dobrze, że przynajmniej zdecydowałam pytać się o to dzisiaj, a nie wczoraj... to mogłoby się wtedy źle skończyć.
- Mój dziadek zrobił krzywdę tacie, później mamie i moich braciszkom... Wyglądał dziwnie. Strasznie - powiedziała cicho i skuliła się pod ścianą. - Później odnalazły mnie jakieś małe, rude wilki i tutaj zaprowadziły.
- Lisy?
Przez chwilę patrzyła na mnie z uwagą, po czym przytaknęła głową. Patrzyłam na nią jeszcze w zamyśleniu przez chwilę, aż w końcu nie przyszło mi do głowy, jak poprawić chociażby odrobinę jej nastrój.
- Tutaj znalazłaś swój nowy dom. Cokolwiek stało się z twoimi rodzicami, wiedz, że tutaj z całą pewnością trafisz na wilka, który zechce pełnić funkcję twojego opiekuna, zupełnie jak Yuko Nirvarena - uśmiechnęłam się blado i spojrzałam na skromne ognisko, które musiała zapalić Astrid, chociażby z pomocą innego wilka. Dym wylatywał przez wydrążony nad nim otwór w suficie, który był dość mały, by nie wpuszczać dużo chłodu.
- Obiecujesz? - zapytała cicho. Zamknęłam oczy. Nie odpowiadałam za to, jakie decyzje podejmą członkowie mojego stada. Westchnęłam.
- Niczego obiecywać nie mogę. Jestem jednak niemalże pewna, że prędzej czy później tak się właśnie stanie - Wstałam - A teraz pozwól, że już pójdę. Obowiązki wołają.
Już miałam wyjść, ale kiedy słysząc jej nieco już pewniejszy głosik, zatrzymałam się w progu.
- Kto będzie się ze mną bawił?
- Mogę pójść po waderę, która pełni funkcję opiekunki młodych. Ma na imię Sohara. Co ty na to?
- Hm... dobrze - powiedziała po chwili. Wyszłam ze szpitala. Po drodze mijałam Kai'ego, którego od razu poprosiłam o pójście po Haro. Bez chwili wahania pobiegł wykonać polecenie. Wyglądało na to, że nie muszę się już o nic martwić.
- Co mamy jeszcze do zrobienia? - zapytałam Fermitate, który akurat skupiał się nad mapą rozłożoną tuż przed jego łapami.
- Może to cię trochę zaskoczyć - spojrzał na mnie - ale nic. Mamy chwilę wolnego.
Uniosłam brwi.
- Jakim cudem?
- Stanowiska skontrolowane, dyżury ustalone, wilki przyjęte, zapasy zrobione...
Patrzyłam na niego w milczeniu. Powoli zaczynało się ściemniać.
- Chyba pójdę do Miasta - mruknęłam - Nie czekaj na mnie. Dziś śpię w domu.
- Może wybrać się tam z tobą? - zaoferował z uśmiechem - Też mam ochotę na mały spacer, szczególnie, że dawno nie było mnie wśród ludzi.
- Nie trzeba - syknęłam. Czasem naprawdę irytował mnie ten wilk. Wzruszył ramionami i zaczął zwijać nosem papier.
- Rób jak uważasz.
Szybkim krokiem wyszłam z jaskini i skierowałam się w stronę Miasta. Już po kilkudziesięciu minutach wędrówki, idąc już w niemalże całkowitych ciemnościach, zmieniłam się w człowieka i przeszłam przez płot dzielący mnie od innej rzeczywistości. Jakiś czas później, idąc jasno oświetloną ulicą i zaglądając przez barwne wystawy zamkniętych już sklepów, usłyszałam, że ktoś mnie śledzi. Ukradkiem obejrzałam się przez ramię, ale nikogo tam nie było. Zdawało mi się. Otuliłam się lepiej ciepłym, czerwonym szalikiem i szłam dalej, starając się o nie wywrócenie na oblodzonym chodniku, co nie było wcale aż takie proste. W duchu przeklinałam tych głupców, którzy nie wpadli na pomysł posolenia dróg.
W końcu udało mi się dotrzeć pod jasny budynek z dużymi oknami. Brak jakichkolwiek odcisków butów na śniegu wskazywał na to, że nikt tutaj nie bywał. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w takim razie w ogóle zbudowaliśmy to miejsce. Kosztowało nas majątek, a i tak mało kogo ono obchodziło... każdy wolał swoją przytulną jaskinię.
Wygrzebałam z kieszeni kurtki kluczyk i otworzyłam drzwi. W środku było zimno i ciemno. Westchnęłam cicho, weszłam i zdjęłam buty, jednocześnie zatrzaskując za sobą wejście. Dobrą chwilę zajęło mi odszukanie włącznika światła i tym bardziej urządzenie kontroli ogrzewania. Później jeszcze tylko odkręcenie wody i czekanie, aż zrobi się cieplej. Nie ściągając kurtki, usiadłam na krześle w kuchni.
Słysząc, że przez grzejnik przechodzi pierwsza fala nagrzanej wody, stwierdziłam, że przygotuję sobie herbatę. Kiedy przeglądałam zawartość szafek, usłyszałam, że drzwi wejściowe są otwierane. Znieruchomiałam, uświadamiając sobie, że ich nie zamknęłam. Co to mogło być? Co jeśli ktoś naprawdę mnie śledził? Kiedy się odwróciłam, z przerażeniem dostrzegłam, że stała za mną kobieta w średnim wieku, przykładając do mojego gardła nóż.
- Wiedziałam, że to ty... - mruknęła zachrypniętym głosem - Zdradź, gdzie jest reszta twoich przyjaciół, a cię oszczędzę.
- Nie mam pojęcia, o czym pani mówi - wyszeptałam, odsuwając się od noża i niemalże kładąc na blacie. Ona jednak za każdym razem przysuwała go jeszcze bardziej.
- Widzę po twoich oczach, że wiesz.
- Z tym, że nie mam pojęcia! - wykrzyknęłam zrozpaczona.
- A ten twój chłopak? Jak wytłumaczysz jego obecność przy tobie?
- Kto niby?
Nim zdążyła odpowiedzieć, przez całe mieszkanie przeszedł donośny huk i zrobiło się całkiem ciemno. Zawiało chłodem, a później dostrzegłam unoszące się i jaśniejące na srebrno drobiny przypominające albo pył, albo płatki kwiatów. Osunęłam się na ziemię. Czułam, że podłoga jest zimna, lecz nie wiedziałam, co się dzieje. W duchu przeklinałam wszystko, co było tylko możliwe. To, że nie miałam rozoranej krtani wskazywało wyraźnie na to, że obca kobieta o ciemnych włosach przetykanych siwizną albo się wycofała, albo... leży gdzieś tutaj na podłodze.
Wtedy mrok zniknął. Oślepiona zaczęłam szybko mrugać oczami. Co się stało? Co to było? Dostrzegłam ślady krwi na podłodze. Serce biło mi tak, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Niczego już nie rozumiałam. Podniosłam głowę. W framudze wystawionych kuchennych drzwi stał średniego wzrostu chłopak o ciemnych włosach. Jego oczy lśniły jaskrawożółtym blaskiem. Kilkanaście sekund po użyciu swojej mocy odzyskały swój złotawy odcień. Dopiero po chwili rozpoznałam jego pozornie obcą twarz.
- Mówiłam ci, abyś za mną nie szedł... - wyszeptałam.

<Sohara albo Moone? Jak się bawicie? No chyba, że chce odpisać ktoś chętny, kto ma jakiś pomysł na ciąg dalszy.>

sobota, 24 września 2016

Od Suzanny "Nowy rozdział życia watahy" cz. 11 (cd. chętny)


- Czy jestem gotowa? Nie wiem... - mruknęła.
- Minariu, proszę ciebie o pomoc.
- Miniru... - poprawiła mnie.
- No dobrze, Miniru - westchnęłam - Jakim cudem cię jeszcze nie zobaczyłam?
- Może dlatego, że byłam w cieniu, na drzewach...
- Wspięłaś się na drzewo? - zmarszczyłam brwi.
- Może mnie nie zauważyłaś, ponieważ byłaś strasznie wszystkim przejęta?
- Może... - odpowiedziałam niemalże szeptem, na co ona coś mruknęła pod nosem.
- Słucham?
- Już dobrze... Zgadzam się - Uśmiechnęła się lekko.
- Chodźmy tam do nich! - oznajmiłam i zaprowadziłam wątłą waderę przed stado zdziczałych wilków, które właśnie skończyły swój krwawy posiłek.
- To jest Miniru. Będzie was szkolić w manierach i kulturze - zwróciłam się do basiora, który został wysłany do mnie przez przywódcę byłej Watahy Asai.
- Zatem witam - powiedział, zwracając wzrok ku Miniru - Czy ty naprawdę myślisz, że ona podoła temu wyzwaniu?
- Nie zaszkodzi spróbować.
- Jest nas około stu...
- Proszę cię, nie zniechęcaj jej - Powiedziałam, próbując powstrzymać drżenie głosu - Poradzisz sobie, mała...
- Mam taką nadzieję... Chodź za mną, Miniru! - zarządził samiec, dając znak nie tylko nowej nauczycielce, ale i również reszcie stada, aby ruszyli wgłąb Zielonego Lasu. Patrzyłam jeszcze przez dobrą chwilę, aż wszyscy nie zniknęli mi z oczu, po czym zwróciłam się w kierunku ścieżki prowadzącej do jaskiń. Cały czas byłam cała rozdygotana na myśl o tym, że już za kilka godzin wezmę ślub z basiorem, którego nawet nie znam. Po drodze trafiłam na Desari.
- Co tu się dzieje? - zapytała zimnym tonem. Patrząc na jej pysk miałam pewność, że nie mam innego wyjścia, jak tylko jej wszystko wyjaśnić.
- Wataha Magicznych Wilków łączy się z tą. O północy biorę ślub z ich Alfą...
- Czyli rozumiem, że wybrali jakąś nową? - zapytała, unosząc brew. Skinęłam głową. - Powodzenia życzę z Shadow'em.
- Zaraz... że co?
- Shadow był przecież prawą łapą Asai, więc powinien być teraz Alfą. Czy coś mnie może ominęło?
Przeszły mnie ciarki. Na to nawet nie wpadłam. Z tego co jednak mi się zdawało to faktycznie nie mógł być on. Został wygnany? A może nie żyje? Będę musiała o to zapytać przy najbliższej okazji kogoś z byłej Watahy Czarnego Kruka.
- Ja... nie wiem. Teraz proszę, czy możesz mi pomóc w organizacji ceremonii?
Patrzyła na mnie przez dobrą chwilę, aż nie skinęła głową. Po oczach poznałam, że robi to z czystej litości. Zapewne jej w czymś przerwałam.
- Poza tobą potrzebowałabym jeszcze przynajmniej kilku wilków... trzeba zgromadzić wszystkie osoby na ważniejszych stanowiskach, omówić to, kto co ma robić...
- W takim razie prócz ganiania za pozostałymi mam się zająć...?
- Szukaniem w księgach w bibliotece przysiąg małżeńskich. Dawno nie przeprowadzaliśmy niczego takiego, więc nie mam żadnych notatek w jaskini na ten temat.
- Rozumiem. Za to chcę zająć miejsce w pierwszym rzędzie - mrugnęła do mnie. Westchnęłam i zaśmiałam się lekko.
- Nie ma sprawy.
Rozeszłyśmy się w przeciwnych kierunkach. Po drodze napotykałam jeszcze kilka wilków, każdemu z nich przydzieliłam jakieś zadanie. Desari również spełniła swoją funkcję, gdyż przyszło do mnie kilka osób z zapytaniem, co mają robić. W ten sposób pół watahy uzyskała jakąś świadomość o tym, co się tu dzieje. Niektórzy dostali nawet dyżury w byciu nauczycielami dobroci na kolejne dni.
Około godzinę później będąc już w Zielonym Lesie wpadłam na pomysł, by zajrzeć do Miniru i skontrolować, jak sobie razi. Nie chciałam przecież, aby rozzłoszczone wilki ją zaatakowały. Ku mojemu olbrzymiemu zdziwieniu zastałam ponad setkę wilków tarzających się ze śmiechu na trawie.
- Co się tu stało?! - wyrwało mi się, gdy podeszłam bliżej Miniru. Nie mogłam za nic pojąć, czego to miało niby nauczyć.
- Nic... - wadera wstała z ziemi - My tylko budowaliśmy zaufanie i...
- Chyba ty naprawdę nie nadajesz się do takich rzeczy... - przerwałam jej, mierząc wzrokiem wszystkie rozbawione wilki.
- Jest dobrze. W czym jest problem? Miniru jakoś daje radę... Daj jej chociaż trochę się wykazać - usłyszałam głęboki bas. Już miałam się zwrócić do niego i wyjaśnić, że nie tak to miało wyglądać, gdy ujrzałam znajomy pysk.
- Xander? Ty... ją bronisz?... - wykrztusiłam z zaskoczeniem pomieszanym z przerażeniem. Jakim cudem tak szybko pojął, jak nie być psychopatą? - No dobrze... Miniru, ucz ich dalej dobroci i kultury... Zatem ja wam nie przeszkadzam... Do zobaczenia! - powiedziałam, na nowo tracąc wiarę w pewność własnych czynów. Pospiesznie oddaliłam się, lecz usłyszałam jeszcze polecenie Miniru, by wszyscy udali się nad Wodospad. Co jak co, ale rzeczywiście cuchnęli. Wszyscy, prócz Xandra, od którego smród był znacznie lepiej zamaskowany. Dlaczego? Potrząsnęłam głową. Musiałam się skupić przede wszystkim na rozdzielaniu zadań, a nie roztrząsaniu takich bzdur, bo inaczej ceremonia będzie jedną wielką katastrofą.
Resztę dnia spędziłam na zaczepianiu wilków i tłumaczeniu im kilku rzeczy na temat tego, co mają robić lub zwyczajnie zapraszaniu ich na wydarzenie. Od czasu do czasu zaglądałam w okolice Pomarańczowego Drzewa, by przekonać się, że nasz "ołtarz" staje się coraz to wspanialszym miejscem. Kolory aromatycznych kwiatów oraz lśniących kamieni szlachetnych cieszyły oko, a błyskające gdzieniegdzie barwne kule ognia dodawały klimatu. Sama doszłam do wniosku, że miejsce to wyglądało to coraz lepiej, im bliżej było północy. Kiedy już zrobiło się ciemno, stojąc i patrząc na oświetlone Pomarańczowe Drzewo, którego liście zdawały się świecić na bursztynowo, zostałam zaczepiona przez dwie wadery:
- Ty jeszcze nie gotowa?! Pędź szybko wziąć kąpiel! Poczekamy na ciebie w okolicy. Wyglądasz jak chodzące nieszczęście.
Uśmiechnęłam się blado i z wdzięcznością skinęłam głową. W tej sytuacji nie umiałam już nawet trzeźwo zdać sobie sprawę z tego, jak powinnam się wyszykować na własny ślub. Całe szczęście, że moim wizerunkiem zechciały zaopiekować się inne osoby.
Kiedy już wypluskałam się dostatecznie dokładnie, wyszłam z wody i otrzepałam futro. Okazało się, że wadery te stały kilka drzew dalej i patrząc niezadowolone na moje futro wcisnęły mi kilka kostek mydła i różnego rodzaju pachnące płyny. Stwierdziły, że albo użyję tego, albo perfum, których darzyłam niezwykle szczerą nienawiścią.
Po około godzinie "upiękniania" moje futro pachniało, lśniło nie tylko czystością, ale i brokatem, było wyszczotkowane, na szyi miałam piękny medalion z misternie zdobionym sercem, a na głowę wciśnięty miałam dość duży wianek z kwiatów, których nie umiałam rozpoznać. Ponadto moje łapy były oplecione jakimiś lianami, a pazury podcięte i pomalowane. Kiiyuko upierała się by wymalować jeszcze moje powieki cieniem, jednak na to się nie zgodziłam, podobnie jak na błyszczyk Yui. Cały czas patrząc na swoją matkę ledwo powstrzymywałam szloch, jednak ona nawet tego nie dostrzegła. Była zbyt przejęta faktem, że Alfa watahy, do której należy bierze ślub i może się nią zaopiekować.
Przez kolejną godzinę siedziałyśmy nieopodal Pomarańczowego Drzewa po prostu i wpatrywałyśmy się w niebo, oczekując na to, aż księżyc nie znajdzie się w odpowiednim miejscu. Raz na jakiś czas wymieniałyśmy się zdaniami na jakiś temat. Głównie byłam pytana o to, czy zamierzam się starać o szczeniaki i jak poznałam się z Alfą oraz jaki sądzę, że jest. Byłam strasznie zmęczona tą rozmową, więc często odpływałam myślami do całkiem innej krainy, która jako jedyny dawała mi zawsze spokój ducha - do światków wykreowanych przez wyobraźnię. Chciałam je później wcisnąć do powieści... aczkolwiek ostatnio mam coraz mniej czasu na pisanie. Chyba zrezygnuję z którejś z funkcji. Zadania wiążące się z byciem Alfą były jeszcze bardziej wymagające, niż się spodziewałam.
- Już czas - powiedziała po jakimś czasie Yui. Niechętnie podniosłam się z ziemi i poczłapałam w ślad za nimi w kierunku Pomarańczowego Drzewa.
Mój puls ponownie przyspieszył, gdy tylko zobaczyłam tłum wilków, których wzroki wbite były w przepiękny ołtarz. Nigdzie nie widziałam Fermitate, jednak już po chwili dojrzałam jego lśniące, żółte ślepia na tyle całej grupy przybyłych.
- Spotkaliśmy się tutaj, aby umocnić wiązem małżeńskim Alfy dwóch dotychczas skłóconych watah - Watahy Magicznych Wilków oraz Watahy Czarnego Kruka. Od tej pory połączymy swe siły, będziemy zawsze trwać razem i wspierać się na każdym kroku. Nie będzie lepszych i gorszych - każdy tutaj jest jednym z magicznych wilków o olbrzymim potencjale. W każdym tli się choć odrobina dobra, czego doskonałym przykładem są członkowie za równo jednego, jak i drugiego stada.
- Bzdura - skomentowała Kazuma, jednak Kai, który wygłaszał przemówienie jako najstarszy z członków watahy całkowicie to zignorował. Nie mogłam się jednak nie uśmiechnąć. Uwielbiałam taki humor. Yuko otwarcie prychnęła szyderczym śmiechem, na co siedząca obok Sohara zmierzyła ją mordującym spojrzeniem.
- Od dziś Alfa Suzanna oraz Alfa Fermitate zostaną związani nierozwiązalną nicią miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej.
Rozległy się gromkie brawa, a zespół z Watahy Magicznych Wilków wraz z kilkoma muzykami z Watahy Czarnego Kruka zaczął grać jakiś utwór. W międzyczasie zostałam zaprowadzona przez Kiiyuko na tył tłumu. Ku mojemu zaskoczeniu postawiła mnie u boku mojego przyszłego męża i popchnęła lekko, zachęcając, abym się ruszyła. Szliśmy delikatnie ocierając się bokiem na sam przód, a dokładniej do Kai'ego, którego wcześniej zachęciłam do bycia kapłanem. Zaczęło mi się trochę kręcić w głowie. Gdzie jest lekarz? Ja nie chcę. Jednak nie chcę! Pomocy! Zabierzcie mnie stąd! - krzyczałam w duchu, rzucając przelotne spojrzenia wszystkim wilkom, których pyski zwrócone były w naszą stronę. Miałam wrażenie, że moje serce zaraz pęknie, a moje łapy zegną się, a ja upadnę. Było mi bardzo niedobrze. Wszyscy, a to wszyscy śledzili mój każdy ruch. Uśmiechnęłam się niepewnie, z trudem utrzymując równowagę.
Nim zauważyłam, już staliśmy na samym przodzie, tuż przy Kai'm. Uśmiechnął się do nas niemalże niezauważalnie.
- Czy obiecujecie sobie wypełniać wszystkie obowiązki dobrego męża i żony?
- Obiecujemy - odpowiedzieliśmy zgodnie.
- Czy obiecujecie sobie godnie żyć jako dobre Alfy Watahy Magii Kruka?
Rzuciłam mu pytające spojrzenie, jednak on nawet na mnie nie patrzył. Wataha Magii Kruka?
- Obiecujemy - rzekliśmy, jednak już z mniejszym przekonaniem.
- Czy obiecujecie zawsze działać na rzecz dobra stada oraz każdego jej członka?
- Obiecujemy.
- Takie są przyrzeczenia złożone przez Alfę Suzannę oraz Alfę Fermitate. Teraz możecie się pocałować.

<chętny?>

piątek, 19 sierpnia 2016

Od Suzanny "Nowy rozdział życia watahy" cz. 9 (cd. chętny)

- Dobry wieczór - przywitał się młody basior. - Podjęłaś już decyzję?
Skinęłam głową i zeskoczyłam z kamienia.
- W takim razie możesz nam ją przedstawić - uśmiechnął się lekko. Słowa ugrzęzły mi w gardle, ale w końcu udało mi się przezwyciężyć strach i odpowiedzieć:
- Zgadzam się na wasze warunki.
Basior zdawał się w pierwszej chwili nie dowierzać w to, co właśnie usłyszał. Wydawał się być strasznie młody. Zastanawiałam się, czy nie czasem ma mniej lat na koncie ode mnie. Mógł również zawsze być nieśmiertelny i wiecznie młody, zupełnie jak ja. Właściwie to była myśl nie na miejscu... ale z nerwów sama już nie potrafiłam zachować właściwej trzeźwości i trzymać się w pionie.
- W takim razie... ceremonia odbędzie się jutro o północy. Do tego czasu członkowie naszej watahy przybędą na tereny. Macie ich godnie przyjąć oraz zacząć zaznajamiać z kulturą. Z tego co mi wiadomo, panują tutaj całkowicie inne zwyczaje.
Nie spuszczałam go z oka. Denerwował się bardziej ode mnie, co nieco podniosło mnie na duchu. Dopiero uświadomiłam sobie, że jestem obserwowana przez kilka niedowierzających wilków. Powoli skinęłam głową. On ukłonił mi się lekko na znak grzeczności i zaczął się oddalać razem ze swoimi ochroniarzami. Odetchnęłam, choć wciąż było mi ciężko na sercu. Czy aby na pewno dobrze postępuję?
- Jak się czujesz? - zapytał zatroskany Dan.
- Jest w porządku. Możesz odejść - odpowiedziałam drżącym głosem. Z natłoku emocji zaczęło mi się kręcić w głowie - Chyba pójdę się położyć.
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę swoimi czujnymi, błękitnymi oczętami, po czym ufając moim słowom rzeczywiście odszedł do swojej jaskini.
- Suzanno? - zapytał nieśmiało jakiś wilk. Popatrzyłam na niego zmęczonym spojrzeniem, nic nie mówiąc. Byłam naprawdę wykończona. W nocy ciągle się budziłam, nie mogąc zdecydować się na to, jak powinnam uczynić.
- Mam nadzieję, że to będzie słuszna decyzja. - Uśmiechnęłam się blado. Żaden z obecnych nie miał pojęcia, co się właśnie stało, dlaczego i po co. To właśnie wyrażały ich pyski - zakłopotanie i poczucie niewiedzy oraz zaniepokojenie. Nie miałam siły tego wszystkiego tłumaczyć. Dowiedzą się czego trzeba w odpowiednim czasie.
Poczłapałam do siebie i na miejscu padłam na ziemię. Zasnęłam szybko, jednak byłam dręczona koszmarami i budziłam się co jakiś czas cała zalana potem. Często również krzyczałam. Traciłam całą pewność odnośnie słuszności własnej decyzji. To zawsze mógł być podstęp, dzięki któremu cała wataha zostanie unicestwiona.
W końcu zostałam pochłonięta przez zdrowy sen, jednak mój wypoczynek nie trwał długo. Do mojego ucha wdarł się wrzask jakiejś wadery. Raptownie wstałam, zupełnie jakby polała mnie wiadrem lodowatej wody. Popatrzyłam na nią, ale widząc jej przerażone spojrzenie, sama skierowałam się do wyjścia i spojrzałam na widok rozciągający się na zewnątrz. Przeklęłam w duchu. Wiedziałam, że coś się kroiło. Po prostu wiedziałam!
- Wezwać wojsko! - krzyknęłam najgłośniej jak tylko potrafiłam, tak, że mój głos poniósł się po dolinie. Czarne kropki w dole, będące wilkami należącymi do byłej watahy Asai zaczęły się śmiać, szydzić z mojego polecenia. W jednej chwili niebo zasnuły niepokojąco czarne chmury, zerwał się gwałtowny wicher. Moje serce zabiło mocniej.
- Alfie, zostań proszę tutaj. Nie jesteś wyszkolona do takich przypadków.
Zaczęłam najszybciej jak tylko potrafię zbiegać w dół Góry. Byli uzbrojeni aż po zęby. To zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego. W duchu powtarzałam sobie, jak bardzo głupia i naiwna jestem. Jak mogłam pozwolić zejść członkom z granic, sądząc, że ci stali się naszymi sojusznikami?! Wielokrotnie potykałam się i o mało nie upadałam, ale jednak udało mi się bez szwanku znaleźć się na dole.
- Czego od nas chcecie? - warknęłam, stając przed jednym z większych wilków. Zaczęli się śmiać.
- To znowu ty, mała?
Poznałam go. To znowu on. Ten sam, który mnie zaczepiał podczas pierwszej bitwy. Przeniosłam wzrok na postać, o której wiele słyszałam i kilkakrotnie była widziana przeze mnie na terenach. Xander. Chciał coś powiedzieć, ale wtedy dostrzegłam rozpędzoną Alfie, która wpadła między nich niczym strzała i wskoczyła na waderę, która podniosła z ziemi nieznajomego mi szczeniaka.
- Oszalałaś? Co ty wyprawiasz?!
W większości czarne wilki obróciły się w tamtą stronę. Jeden z nich pospiesznie podniósł za pomocą swojej mocy kamień, ale nim zdążyłam ją ostrzec, ten już cisnął go w jej głowę. Pisnęła i upadła.
- Wygraliście bitwę, ale przegracie wojnę. - Skomentował bez emocji Xander.
Dopiero teraz zbiegło się i stanęło za mną murem kilku z moich wojowników. Opuściłam uszy i cofnęłam się do tyłu, bacznie ich wszystkich obserwując. Bałam się i czułam, jakby to wszystko było moją winą. To ja ich tutaj sprowadziłam... Moje wojsko nie atakowało, czekało na mój znak.
- Nie rozumiem. Nie tak się umawiałam z waszym przywódcą i...
Przerwał mi śmiech szarego basiora.
- Doprawdy? Zdaje się, że jednak tak brzmiała umowa.
- Ale... - zaczęłam, ale znowu ktoś mi przerwał.
- Nikt nie mówił nam, że ktokolwiek będzie robił zamachy na bezbronne matki z młodymi.
Popatrzyłam na waderę, która trzymała w pysku szczeniaka. Teraz ten wtulał się w jej łapę. Krwawiła. To właśnie ją bezpodstawnie zaatakowała Alfie. Dopiero teraz przypomniałam sobie, co tak naprawdę mogła oznaczać wizyta tych wilków. Coś, co z wysokości wyglądało na broń, okazało się być wszelakimi torbami oraz poprzypinanymi innymi tobołkami do grzbietów.
- Przeprowadzka...? - zapytałam ledwo słyszalnie.
- Zgadza się.
- Ja... przepraszam. Wasze zachowanie nas zmyliło i... i... - przełknęłam ślinę. Nagle poczułam się niezwykle głupio. - Alfie sądziła, że wasza koleżanka zabiera naszego szczeniaka. Chciała bronić watahy.
Zapanowała cisza.
- Wybaczamy. To pierwszy krok do naszej zmiany, jaką nam obiecywano - odezwał się dotychczas milczący czarny basior, z którego wydobywało się coś na wzór błękitnego światła. Domyślałam się, że wojownicy z Watahy Magicznych Wilków czują się coraz bardziej zagubieni.
- Część z nas jest sporymi patriotami, dość porywczymi i takie sytuacje się zdarzają... mogę zapewnić opiekę medyczną tamtej waderze oraz kogoś, kto zadba o jej szczeniaka podczas wracania do zdrowia...
- Nie musisz się nam tłumaczyć. Chcemy po prostu teraz wiedzieć, gdzie możemy zamieszkać i kiedy zaczniemy nasze szkolenie w nowych warunkach. Jeśli to nie problem, udamy się na polowanie. Od dawna nie mieliśmy dobrego mięsa w pyskach.
- Tak, tak, tak... oczywiście - mruknęłam, choć nie bardzo wiedziałam, o jakie szkolenie chodzi. Mogłam się co jedynie domyślać. Popatrzyłam w górę. Wciąż było ciemno. - Co z chmurami?
- Przez pierwsze dni będą nad watahą. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do światła - wytłumaczył po raz kolejny czarny basior.
- Rozumiem. W takim razie... proszę za mną. - Odwróciłam się i dałam znak wojownikom, że mogą się rozejść.
- Suzanno, co się dzieje? - syknęła Astrid, która podbiegła do mojego boku.
- Zaopiekuj się tą waderą z młodym - westchnęłam - oraz Alfie. Nie chciałabym, aby zdarzyła się jakaś większa tragedia.
As zbadała mnie jeszcze niedowierzającym spojrzeniem, po czym szepcząc coś sobie pod nosem odwróciła się i odeszła w kierunku swojej przychodni. Obróciłam się jeszcze kilkakrotnie, kontrolując, czy aby na pewno ciemne zbiorowisko wilków podąża za mną. Posłusznie szli, co mnie nieco zaskoczyło. Nie wyglądali aż tak źle, jak postrzegałam ich do tej pory. Przełknęłam ślinę. "Będzie dobrze, nic złego się nie stanie" - powtarzałam sobie w myślach, jednak cały czas byłam roztrzęsiona.
Szłam do nich tyłem, więc lada moment ktoś może na mnie naskoczyć i próbować zabić. Raz jeszcze nerwowo spojrzałam za siebie, po czym dalej próbując się uspokoić, stanęłam przed wejściami do dziesiątek mniejszych jaskiń, w które to były według mnie nieco za ciasne, by zamieszkały w nich nasze wilki. Znajdowały się nie wysoko, a przy podnóżu Góry. Gwałtownie odwróciłam się za siebie.
- Sądzę, że możecie tutaj zamieszkać! Nie mam pojęcia, czy pomieścicie się wszyscy, ale matki z dziećmi oraz mężami zapraszam do większych jaskiń, w których mieszkali stali członkowie Watahy Magicznych Wilków, lecz z różnych powodów odeszli. Niestety nie mam innej opcji, gdyż tych większych nie jest tak wiele, jak tych małych - zmierzyłam wzrokiem stojące wilki. Żaden pysk nie wyrażał żadnych szczególnych emocji. Zdawali się być obojętni na to, co się zaraz stanie... ale w oczach niektórych dostrzegłam błysk radości - Zapraszam do środka. Na spokojnie podzielcie się mieszkaniami. Gdy tylko skończycie, zapraszam do mnie wszystkie wilki, które mają dość siły, by upolować coś do jedzenia.
Zaczęli między sobą rozmawiać i iść w kierunku ich nowego domu. Odsunęłam się na bok i bez słowa obserwowałam ich poczynania. Zdawali się być... inni, ale i za razem tacy sami. Zdecydowanie byli mocniej ze sobą związani. Choć ich była ponad setka, na spokojnie uzgadniali to, kto gdzie zamieszka... oczywiście prócz typowych samców Alfa, których wypatrzyłam chwilę później. Wypuściłam z płuc powietrze i prędko do nich podbiegłam. Zaczęli na siebie naskakiwać i usiłować ugryźć.
- Hola! Co tu się dzieje?! - wrzasnęłam, jednak mój głos nieco drżał. Bałam się, że zamiast ataku na siebie nawzajem teraz zastosują wyżycie się na mnie. Ci jednak już po chwili przestali się rzucać. Wciąż miotali między sobą wściekłe spojrzenia, ale nic nie mówili.
- Za karę śpicie na dworze. Wpuście tu to rodzeństwo - mówiąc to, spojrzałam na dwójkę małych wilków, o dużych złotych ślepiach. Basiory popatrzyli na siebie wściele, po czym odeszli. Krzyknęłam jeszcze za nimi: - I nie życzę sobie nigdy więcej takich numerów!
- Dziękujemy - powiedział cicho jeden ze szczeniaków, wchodząc do środka. Kiedy się obróciłam, te już zniknęły w cieniu jaskini. Zmarszczyłam brwi. Każdy z tych wilków miał w sobie coś przerażającego. Coś, co sprawiało, że czuło się zaniepokojenie. Może z czasem minie mi to wrażenie? To pewnie przez moją naturalną nieufność... Pewnie trochę przesadzam.
Odeszłam jeszcze kawałek i usiadłam w umówionym miejscu. Czekałam na potencjalnych wojowników. Mijały minuty, a koło mnie stawały coraz to kolejne, umięśnione, aczkolwiek wychudzone wilki. Dopiero teraz dostrzegłam, jak wyniszczone były ich organizmy. Nie mówiąc ani słowa na ten temat i widząc, że uzbierała się całkiem duża gromada, podniosłam się z miejsca i dałam znak, abyśmy ruszali. Węszyliśmy większego stada jeleni przez dobre kilka godzin, ubijając po drodze pojedyncze króliki. Jak na razie pozwoliłam im zjadać tylko połowę, aby byli skuteczniejsi w walce. Po ich niechlujnym sposobie jedzenia zauważyłam od razu, jak bardzo pragnęli zasmakować zwierzyny, z którą tak dawno stracili kontakt. W pewnym sensie im współczułam, ale bałam się, że prędzej czy później i nam skończy się pożywienie i będziemy musieli się przenieść. W końcu teraz jest nas grubo ponad setka... nawet nie wiem kiedy podzieliłam się moimi obawami z jedną z wader. Ona po wysłuchaniu mnie, odpowiedziała cicho, niemalże szeptem:
- Większość z nas nie może się rozmnażać.
- Naprawdę?
- Nasza rasa prawie wymrze, jednak są pojedyncze wilki, które prócz płodności mają jeszcze nieśmiertelność...
- Rozumiem... I jeżeli mogę zapytać... czy u was też można otrzymać nieśmiertelność za własną pracę i za pieniądze?
- Nie... - pokręciła głową, a siwiejące włosy obsypały jej wymizerowany pysk - Co trzy lata wybierany jeden wilk, który został zgłoszony do losowania.
- Losowania?
- Starszyzna decyduje, kto zasługuje na tą łaskę. Odbywa się losowanie... i rozpoczynamy Obrzęd Wielkiego Trio.
- Wielkiego Trio?
- Dokonywał go przywódczyni i jego zastępca oraz szaman. - Zrobiła pauzę. - U was nie ma czegoś takiego, prawda?
- Prawda, ale z tego co słyszę to część waszej tradycji... nie chciałabym jej rujnować. Może pozwolę wam dalej organizować wasze święta, o ile nikomu w żaden sposób nie będą zagrażać. Pomyślę nad tym.
Wadera z wdzięcznością pokiwała głową. Zauważyłam, że reszta grupy przystanęła i wpatrywała się w coś w osłupieniu, co znajdowało się za krzakami. Przepchnęłam się do przodu i ujrzałam stado dorodnych jeleni. To było właśnie to, czego szukaliśmy! Wydałam szybkie rozkazy wilkom, a te posłusznie przyjęły pozycje. Już po chwili zaczęło się polowanie. Ja sama nie zdążyłam nawet ruszyć, gdy wszystkie wilki rzuciły się tak szybko na przód, że w przeciągu niecałych dziesięciu sekund wszystkie zwierzęta były rozszarpane na strzępy. Rozpoczęła się dzika uczta. Pobiegłam kawałek i z szeroko otwartymi oczami obserwowałam ich poczynania. Niemożliwe. To jest niemożliwe! Są kilkanaście jak nie kilkadziesiąt razy szybsi od naszych wilków! Strach pomyśleć, co by z nimi zrobili, gdyby tylko któryś ich zdenerwował. Po raz kolejny poczułam mdlejący strach. Wszędzie była krew i wnętrzności...
- DOŚĆ! - krzyknęłam, a mój głos poniósł się echem po całej polanie. Wilki znieruchomiały, oderwane od krwawych kawałków, które spożywały i utkwiły swój czujny wzrok w mojej postaci - Nie możecie zjeść wszystkiego!
Popatrzyli po sobie, ale usłuchali. Kilkadziesiąt minut później weszliśmy na Wrzosową Łąkę.
- OBIAD!!! - wrzasnęłam. Już kilkanaście minut później obległo nas stado wygłodniałych wilków. Nie mogłam patrzeć na brutalność, jaką darzyli nawet jedzenie, więc odeszłam kawałek dalej i zamknęłam oczy. Nie usłyszałam, jak podszedł do mnie ten sam czarny wilk z błękitnymi znamionami, więc przeżyłam mały zawał, gdy się odezwał:
- Nasz Alfa kazał przekazać, abyś rozpoczęła pierwsze lekcje kultury i dobroci z byłymi członkami naszej watahy.
Popatrzyłam na niego zaskoczona. Miałam tak wiele do zrobienia... Musiałam w takim razie znaleźć kogoś innego do tej roboty.
- W takim razie zaczekaj tu chwilę... pójdę po kogoś.
Prędko ruszyłam biegiem. Już po kilku metrach dojrzałam wilka ukrytego za skalną ścianą, który zaciekawiony przypatrywał się obcemu stadu. Wystraszony z powodu przyłapania na gorącym uczynku wysłuchiwał moich wyjaśnień, zakończonych pytaniem:
- To jak? Możesz przeprowadzić pierwszą lekcję panujących u nas zasad z byłą Watahą Asai?

<chętny? ;z;>

środa, 25 maja 2016

Od Suzanny "Nowy wymiar" cz. 8 (cd. Yui)

- Nie możemy jeszcze spróbować tutaj? Nie wierzę, żeby takie miejsce zostawiło nas bez niczego - oznajmiła Yui po chwili namysłu.
- Przestań, tutaj niczego nie ma! - syknęłam niezadowolona. Kilka minut później udało nam się zgramolić ze stromych schodów, zejść na parter i wyjść z zamczyska. Kiedy byłyśmy w bezpiecznej odległości od siedliska tej chmary kruków, Yui przystanęła za jednym z pustych konarów drzew. Zaczęła rozwijać czarne bandaże. Obserwowałam ze znudzeniem, jak ta się odwracała, oglądała swoje rany, aż w końcu nałożyła świeży opatrunek. W końcu jej spojrzenie zatrzymało się na mnie. Zrobiło mi się zimno. Już wiedziałam, o co chciała zapytać.
- Zmienić ci bandaże?
- Co? Nie, jeszcze są w dobrym stanie - bąknęłam, odwracając wzrok. Na moje nieszczęście chyba podchwyciła, że muszę coś ukrywać, bo niebezpiecznie zbliżyła się do mojego boku i zapytała:
- Co tam masz?
- Rany, jakbyś nie wiedziała - Przewróciłam oczami, odsuwając swój łeb od jej pyska. Cofnęłam się o kilka kroków do tyłu. - Idziemy?
Moja towarzyszka uznała, że to chyba najlepszy pomysł. Szczerze wątpiłam, że faktycznie uwierzyła w to, że nie mam nic do ukrycia, ale wolałam nie kusić losu, więc uparcie milczałam.
Minęło trochę czasu, aż nie stanęłyśmy na skrzyżowaniu. Rozglądałyśmy się przez chwilę, namyślając się, którędy podążyć. Nie konsultując się z towarzyszką, od razu ruszyłam w kierunku nieco wyróżniającej się drogi, która była przysłonięta rozkruszającymi się, pustymi w środku konarami drzew. Z wrażenia aż przystanęłam, gdy do moich uszu dobiegł cichy szum wody. Dopiero teraz poczułam, że moje usta są wysuszone na wiór. Posłałam Yui znaczące spojrzenie, na co ona odpowiedziała tym samym. Następną czynnością przez nią wykonaną było wyczarowanie gładko czarnych schodów ponad stertą drewna. Przez chwilę wahałam się, czy warto tam się wdrapywać, ale kiedy wadera ochoczo zaczęła wspinać się na górę, podjęłam decyzję, by postąpić tak samo.
Szybko ją dogoniłam, gdyż zatrzymała się na ich szczycie. Mnie również nieco przytkało. Moim oczom ukazała się zielona łączka z soczyście zieloną trawą, przyozdobiona gdzieniegdzie barwnymi kwiatami. Dookoła porastał ją najzwyczajniejszy w świecie las, który w tej sytuacji zdawał się być dla mnie najpiękniejszym widokiem, jaki mógł mnie spotkać. Poczułam się niemalże zaszczycona. Puściłam się biegiem w dół schodów, potykając się kilkakrotnie, lecz nie upadając. Czując chłód świeżej trawy oraz jej miękkość zaczęłam się głośno, acz radośnie śmiać i zwiedzać każdy zakamarek nowo odkrytego miejsca. Czułam się jak wolna. W końcu coś, co przypominało mi dom! Yui mnie wyprzedziła. Zareagowała dokładnie tak samo. W moich oczach pojawiły się łzy szczęścia.
Prawie padłam na trawnik, jeszcze lekko chichocząc. Nagle uśmiech zniknął z mojego pyska, otworzyłam szerzej oczy. Choć miałam dość słaby słuch i tak postawiłam uszy, nasłuchując jakiś dźwięków. Yui wciąż się śmiała, więc szepnęłam:
- Cicho.
- Co jest? - zapytała, również nieruchomiejąc. Wyglądała na dość zaniepokojoną.
- Zamilcz - Syknęłam ponownie, wpatrując się w gęste zarośla, jakich było tutaj całe mnóstwo. - Zostań tu i nie rób żadnej głupoty.
Po tych słowach zaczęłam się czołgać między gałęziami. Dziwne dźwięki zaczęły się nasilać. Tak. Teraz słyszałam wyraźnie. Szum wody, dźwięk stukających kopyt, ciche prychanie... wtedy ją ujrzałam. Smukła postać o czterech kopytach, utrzymująca się na swoich chuderlawych nogach.
- Cześć, sarenko - powiedziałam do siebie ledwo słyszalnie, po czym natychmiast obudził się we mnie instynkt drapieżcy. Rzuciłam się na zwierzę, na co to zareagowało paniczną ucieczką. Byłam zbyt głodna, by jej odpuścić. Warknęłam kilkakrotnie ścigając ją, przez co wyglądała na jeszcze bardziej spanikowaną. Zignorowałam palący ból ran oraz mojego biodra. Liczył się tylko potencjalny posiłek. Niedługo potem z zarośli wyłoniła się i Yui, która również przystąpiła do ataku. Choć początkowo szło jej to raczej marnie (od razu widziałam, że była ona niewyszkolona w polowaniu), koniec końców udało nam się schwytać tłustą sarnę.
Kiedy ta się wykrwawiała na trawie, my łakomie pożerałyśmy ją kawałek po kawałeczku. Zbyt wiele czasu spędziłyśmy bez posiłku, przez co niemalże zapomniałam jak smakuje świeże mięso. Choć nie przepadałam za taką brutalnością, a gustowałam raczej w owocach leśnych, wiedziałam, że to była jedyna rzecz, która mogła dać ukojenie mojemu dotychczas pustemu żołądkowi.
- Chce mi się pić - oznajmiła Yui po uczcie. Przytaknęłam jej, od razu zrywając się na równe łapy. Nie było czasu na leżakowanie. Nie teraz. Najpierw powinnyśmy ukoić pragnienie.
Kilka minut później, rozchylając kolejne gałęzie krzaków, naszym oczom ukazało się rozległe jezioro o krystalicznie czystej wodzie. Już miałyśmy się radośnie rzucić w jego kierunku, kiedy do naszych uszu dobiegł niski, kpiący głos:
- Witam, panienki.
Samica odwróciła się jako pierwsza, a widząc jej nastawienie do gościa, wiedziałam już, na co być przygotowaną. Nie myliłam się. Ujrzałyśmy basiora, który był nam już znany z kilku wizji. Szczerzył się, jakby powiedział jakiś wyśmienity żart. Postąpiłam krok do tyłu. Czułam przed nim lekką trwogę, ale większe było raczej zainteresowanie. Przewyższał mnie o dobre trzy głowy, Yui za to o dwie. Był czarnym, masywnym basiorem z radosnymi iskierkami w oku.
- Jak mniemam, pewna... wadera zdążyła wam już powiedzieć, znalazłyście niewłaściwy kamień. - W tej chwili z jego pyska uśmiech całkiem zniknął. Brwi zmarszczyły się, co oznaczało nie nic innego, jak wściekłość. - Żaden z tych kamieni nie miał prawa znaleźć się w waszych wścibskich łapskach! Ale to nieistotne. Oddaj kamień, a nic się nikomu nie stanie.
Poczułam się tak, jakby wywiercał wzrokiem dziurę w mojej piersi. Nie spuściłam wzroku, patrzyłam na niego pewnie, choć serce łomotało mi jak szalone. Miałam wrażenie, że zaraz rzuci we mnie potężnym gromem, który w jednej chwili zakończy me życie.
- Ale my nie mamy żadnego kamienia! - Wykrzyknęła zrozpaczona wadera.
- Nie wtrącaj się, jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek wrócić do swojego świata.
Postanowiłam się odezwać. Nie chciałam, by Yui miała sobie radzić z nim sama:
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- Kłamiesz. - Jego głos stał się bardziej zachrypnięty. Niecierpliwił się. To nie wróżyło niczego dobre. - Oddaj mi to, a... - Zamyślił się, lecz po chwili dokończył, mówiąc coś, czego nawet ja nie przewidziałam: - zagwarantuję wam powrót do domu.
- Na jakiej podstawie mamy ci ufać? - Syknęłam, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. Analizowałam jego mimikę pyska, grę ciała i ton głosu. Sama już nie wiedziałam, kto po czyjej stronie stoi.
- A na jakiej podstawie macie mi NIE ufać? Nie mówcie, że wierzycie w te puste słowa cukrowej lali ze skrzydłami? - Po tych słowach wybuchnął śmiechem, tak bardzo charakterystycznym dla wszystkich psychopatów.
- Dlaczego zakładasz, że mamy w ogóle jakiś kamień? - Dopytywałam.
- Nie jestem głupi ani ślepy, w przeciwieństwie do waszej dwójki. Śledziłem was od samego początku.
- Pestka? - Zapytała zaniepokojona Yui. Musiała być zagubiona. Przymrużyłam oczy, nie odpowiadając samcowi ani słowem.
- Koniec pogawędki, drogie panie, czas ucieka. - Nim skończył mówić, zniknął, a ja poczułam szarpnięcie i dźwięk rozrywanego materiału. Obróciłam się i ujrzałam za sobą basiora, błyskającego swoim kpiącym okiem. W pysku trzymał szary kamień, który sprawnie przeniósł w powietrze za pomocą kuli many, by mieć wolne szczęki. Odruchowo rzuciłam się na niego, lecz z marnym skutkiem. Zrobił szybki zwrot, chwycił za mój kark, a następnie szarpnął mną gdzieś w bok. Wszystko zawirowało, a ja poczułam szczęk nadwyrężonych kręgów. Uderzyłam o coś szorstkiego, co musiało być drzewem. Z trudem orientowałam się, co się dzieje. Bydlak był silny. Podniosłam się po chwili, jednak wszystko wirowało, a ja nie byłam zdolna do żadnego konkretnego ruchu. Nie wiedziałam, co się dzieje. Z trudem dostrzegłam zarys sylwetki samca i powiewający na wietrze skrawek czarnego materiału, który doczepił się do jego pazura. Był na wyciągnięcie łapy. Chwyciłam zębami "chorągiewkę", jednak coś on powiedział i gwałtownie przechylił swoją kończynę tak, że niemalże upadłam na ziemię i zaryłam pyskiem w trawnik. Ten jednak na nowo popchnął mnie na drzewo i przycisnął do niego.
- Pobawmy się trochę... - Tym razem dotarły do mnie jego słowa. Mówiąc to przycisnął swoją umięśnioną łapę do mojego gardła. Zaczęłam się miotać, czując, że się zaczynam dusić, a on może mi zmiażdżyć krtań. Wyczarował z fioletowej kuli many długi, zdobiony sztylet i przyłożył do mojego policzka. Z braku tlenu szybko straciłam przytomność.
***
Obudził mnie szyderczy śmiech basiora.
- Tak bardzo nie chciałyście już tam tkwić, że nabrałyście się na najłatwiejszą sztuczkę - iluzję. Twoja przyjaciółeczka nie powinna długo tam zostawać, jeśli nie chce zdechnąć od trucizny.
Poczułam, że mam już prawie całkowicie swobodny dostęp do tlenu... tlenu, który drażnił płuca. W sumie nie było w tym nic dziwnego, gdyż wszystko na nowo stało się doliną cierpienia i rozpaczy. Dopiero po chwili dotarły do mnie wypowiedziane przez niego słowa. Patrzył w stronę jeziora. Czy tam... czy tam była Yui?
- Przestań! - krzyknęłam, choć słabo, bo wciąż nie zdążyłam odetchnąć. Moją klatkę piersiową krępowały ciasne więzy. Basior nawet się nie odwrócił. - Mówię ci, przestań! Przywróć to wszystko do poprzedniego stanu, nawet jeśli to będzie trucizna! Błagam!
- Tak? I co jeszcze? Żebym sprawił, że to wszystko stanie się na nowo słodką krainą? Żebym zaczął się przyjaźnić z Ivter? Chyba śnisz!
Ivter? Ivter? Zaczęłam przetwarzać dane. Doszłam do wniosku, że mogła to być ta skrzydlata wadera.
- Tego nie powiedziałam. Po prostu ją uwolnij! Kamień możesz zatrzymać, ale zostaw ją w spokoju! - Spróbowałam się uwolnić z lin, ale nic z tego. Były ponadto wykonane z czegoś, co mogłoby jedynie mi stępić zęby lub nawet całkiem wyłamać.
- Wtedy nie byłoby żadnej zabawy. Pomyślałaś o tym?
- Skąd w ogóle wiesz, po czyjej stronie stoimy? Jak myślisz, dlaczego nie przekazałam tej całej Ivter kamienia? Gdybym jej ufała, z całą pewnością bym to zrobiła. I nie obchodzi mnie to, czy to usłyszy, czy też nie. A ty o tym pomyślałeś?
Wybuchnął śmiechem.
- Próbujesz mnie przekonać, że stoicie po mojej stronie, pomożecie mi w zagładzie tego wymiaru, tylko po to, aby mnie przechytrzyć i zabić. Jesteś całkowicie żałosna.
- Może i jestem... ale proszę, zrobię wszystko, bylebyś tylko ją ocalił! - krzyknęłam coraz bardziej zrozpaczona i zrezygnowana tą sytuacją. Znieruchomiał.
- Wszystko, powiadasz?
- Wszystko!
- Bez względu na konsekwencje, jakie poniesiesz? Nawet, jeśli w ten sposób ubzduram sobie, żeby cię zabić z uprzednimi torturami, przez które zwariujesz z bólu?
- TAK! Ale najpierw wyciągnij ją stamtąd!
Po chwili namysłu wykonał gest łapą, po którym na powierzchnię wypłynęło nieruchome ciało Yui, na szczęście pyskiem do góry. Odetchnęłam z ulgą. Samiec odwrócił się w moją stronę. Uśmiechał się złowieszczo.
- W takim razie... jesteś od teraz moją marionetką do wykonywania wszystkich moich poleceń, po wiek wieków - Wyszczerzył się szeroko. Spodziewałam się długiej umowy, ale że aż tak? Miałam na głowie jeszcze watahę, ale wiedziałam, że nie był typem wilka, który wysłuchiwałby mojego wyżalania się. Najwyżej ktoś przejmie moje stanowisko. Nigdy nie uważałam siebie za godną następczynię Kiiyuko.
- Czyli mam rozumieć, że pierwszym twoim poleceniem będzie bycie przywiązanym do drzewa, aż mnie nie oblezą mrówki i nie obgryzą aż do kości?
Yui zaczęła się dławić i wypluwać wodę. Budziła się. Basior za to wyglądał na mocno zirytowanego. Liny pętające moje ciało zniknęły. Upadłam na ubitą ziemię. Dostrzegłam, że od jakiegoś czasu nie było również u jego boku unoszącego się szarego kamienia. Zaczęłam się zastanawiać, cóż mógł z nim uczynić. Zniszczyć? Teleportować gdzieś?
Nagle zerwało się silne wietrzysko, unoszące grudki ziemi w powietrze, wyłamujące kruche gałęzie oraz falujące powierzchnię burego jeziora. Następnym objawem teleportacji była jasna smuga światła, a zaraz po tym bordowy zarys skrzydlatej sylwetki.
- Zdradziłaś mnie! - wykrzyknęła coraz to wyraźniejsza różowa wadera. Tym razem jej oczy groźnie łypały na moją osobę. Przeniosła wzrok na basiora.
- Birerosie! Za twe niecne poczynania będę zmuszona cię unicestwić!
Samiec wybuchnął głośnym śmiechem.
- Tak? A niby przez kogo? Nie mów mi tylko, że przez ciebie! Nie zapominaj, że przez twoje ego utraciłaś znaczną część umiejętności! Jesteś teraz nikim w porównaniu do mnie!
Wadera się skrzywiła, ale nie ustępowała.
- Mam po swojej stronie wiele potężnych wilków, które pozbędą się stąd zła, w tym ciebie!
- Wiesz, że bez zła dobro nie istnieje? - Zażartował z niej. Wyglądała na naprawdę wściekłą. Chcąc chyba pokazać, jaka jest potężna, rzuciła we mnie falą mocy, która odepchnęła mnie na kilka metrów i sprawiła, że zaczęło mi dzwonić w uszach, po czym zniknęła. Bireros wczepił się pazurami w ziemię, przez co to nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Dlaczego to zawsze na mnie muszą się wyżywać?
Rzuciłam spojrzenie w stronę już wybudzonej Yui, która leżała na brzegu jeziora i patrzyła zdumiona to na mnie, to na mojego nowego "władcę", nim nie otoczyła mnie ciemność. Kiedy ustąpiła, znalazłam się w skąpanej w mroku komnacie. Czułam ciężki zapach pleśni i wilgoci. Musiałam być w podziemiach. Bireros już się pojawił naprzeciwko mnie i w tej chwili wyczarował coś na wzór obroży z ćwiekami na mojej szyi. Me futro pociemniało, przez co wszystko co było białe, stało się szare, a to, co różowe fioletowe.
- Ten róż gryzł mnie po oczach. - Wytłumaczył się szybko. - Obroża ta sprawi, że mam nad tobą kontrolę. Musisz być posłuszna. Widzę wszystko, co robisz. Próba zdjęcia tego skończy się śmiercią. - Uśmiechnął się złowieszczo. Spodziewałam się tego, więc nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Chyba spodziewał się poruszenia, bo speszony kontynuował swoją mowę: - Twoim pierwszym zdaniem będzie obserwowanie twojej przyjaciółki. W razie, jakby radziła sobie za dobrze, masz przekręcić tę gałkę.
Wskazał mi mały przycisk, który znajdował się przed jasno lśniącą kulą, którą do tej pory zasłaniał swoim potężnym cielskiem. Zainteresowana podeszłam bliżej. Ujrzałam w niej wizję, w której to przemoczona do suchej nitki Yui wędruje po wyniszczonej ścieżce. Wyglądała na naprawdę przerażoną. Gdy obróciłam się w stronę, gdzie powinien stać Bireros, zorientowałam się, że ten już zdążył zniknąć. Wróciłam do obserwowania kuli. Wyglądało na to, że muszę sobie radzić sama. No dobra. Więc co dalej? Mam tak siedzieć w samotności i umierać z nudów? W sumie to nie byłby taki zły pomysł. Mam przynajmniej święty spokój i nikt nie będzie mi przeszkadzać. Brakowało tylko dobrej książki. Fakt, sytuacja była dość dziwna, ale ku własnemu zaskoczeniu, nie traktowałam jej jako jakąkolwiek tragedię. Ba! Czułam się z tym całkiem dobrze.
Mijały minuty, a ja podziwiając poczynania mojej byłej towarzyszki łykałam ślinę, złudnie sądząc, że w ten sposób przestanę być spragniona. Wolałam o nic nie prosić basiora. Chciałam być samowystarczalna. Oczy mnie bolały od słabego oświetlenia, mrugałam często, a po moich policzkach spływały liczne łzy zmęczenia. Kiedy dostrzegłam, że Yui znalazła jakąś jaskinię i zaczyna ją przygotowywać do celów sypialnych, natychmiast rzuciłam się na zimną, przesiąkniętą wilgocią podłogę i szybko usnęłam.
Obudziłam się... w sumie nie wiem kiedy. Nadal bolały mnie oczy. Yui zdążyła się już wybudzić i ruszyła w dalszą podróż. Nic ciekawego prócz eksploracji terenu się nie działo, aż do czasu, gdy znowu jej się objawiła... Enevris? Czy jak jej tam było? Nieważne, grunt, że to była ta różowa, skrzydlata lala. Zaczepiła waderę i pytała o coś. Wcześniej zdążyłam się zorientować, że po przyłożeniu łapy do szklanej kuli, usłyszę w swojej głowie również dźwięk, więc tak właśnie zrobiłam.
- Czy chcesz być tak niewdzięczna i zdradliwa jak twoja towarzyszka?
- Pestka nie jest niewdzięczna!
- W takim razie jak usprawiedliwisz jej decyzję?
- Ratowała mnie! I nie miała za co tobie dziękować.
- Uratowałam wam życie. Powiedziałam, co macie robić. Czego chcieć więcej? Mogłyście uratować ten świat przed zagładą, stać się sławne i cenione... ale wygląda na to, że tylko ty możesz zostać bohaterką, niszcząc Birerosa i tą zdrajczynię. - Ostatnie słowa wypowiedziała ze złością. - Jeśli zechcesz, mogę ci nawet sprowadzić kogoś jeszcze, kto będzie w przeciwieństwie do niej godny zaufania. Wystarczy, że powiesz mi, kim ma być. - Z wrażenia aż nachyliłam się nad kulą, wyczekując reakcji Yui.

<Yui? Postaram się odpisywać nieco szybciej. xd>