Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torance. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torance. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz. 3 (c.d. Edel)

Kwiecień 2022
Kiedy czekałam na powrót Vestar, czas dłużył mi się niemiłosiernie. Wyobrażałam sobie, że wadera wraca wraz z grupą wilków gotowych rzucić się na mnie i Asa. Wątpiłam, by w takim wypadku samiec w ogóle to zauważył - jego uwagę zaprzątała właśnie jedna ze starych ksiąg. 
W końcu, gdy już powoli zasypiałam z nudów, do jaskini weszła Vestar. Wilczyca od razu usiadła naprzeciwko mnie i automatycznymi ruchami zaczęła przeczesywać sierść. Zauważyłam, że poduszki jej łap były błękitne.
- Spodziewałam się, że przyjdziecie - odezwała się nagle. - Wiedziałam od czasu, gdy zobaczyłam stan Asgrima. Zaklęcie jego ojca były niekontrolowane i słabe. Oczywistym było, że kiedy tylko wrócą do niego wspomnienia, wyruszycie w podróż.
- Przejrzałaś nas - mruknęłam. 
Na pysku Vestar zadrgał delikatny uśmiech. Wilczyca szybko jednak się opanowała i odchrząknęła. Niewiele jej to dało - jej głos nadal był zachrypnięty.
- Historia, którą chciałabym ci opowiedzieć, jest bardzo długa. Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko, żebym przekazała ci wszystkie wspomnienia, które jej dotyczą? Musiałabym wejść do twojego umysłu.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
- Mówisz, jakbyś tego nie zrobiła, gdy tylko mnie zobaczyłaś.
Wyczułam od niej lekkie rozbawienie, jednak jej pysk ani drgnął.
- Dobra odpowiedź - pochwaliła mnie. - Zaczniemy od samego początku, dnia, w którym straciłam siostrę.

Byłam młodą wilczycą. Szłam wraz ze swoją rodziną, próbując odnaleźć Watahę Magicznych Wilków - sławne stado, w którym mieliśmy nadzieję odnaleźć schronienie. Nikt z nas jednak nie wiedział, w którą właściwie stronę powinniśmy się udać. Wiedzieliśmy co nieco o historii, jednak kierunek, w którym powinniśmy iść, to była całkiem inna sprawa. Znaliśmy go jedynie mniej-więcej.
Pewnego dnia obudziliśmy się jak zwykle o świcie i zaczynaliśmy zbierać się do dalszej podróży, gdy zauważyłam brak mojej siostry. Myśląc, że wilczyca się przed nami schowała, zaczęłam jej szukać. Gdy jednak po dłuższym czasie nie usłyszałam żadnego chichotu, który zdradzałby położenie wadery, zaczęłam się martwić.
- Astrid zniknęła - oznajmiłam mojej matce. 
Wilczyca podniosła na mnie wzrok znad bajorka, z którego właśnie wybierała brudną wodę. Miała świra na punkcie czystości zbiorników wodnych.
- Pewnie gdzieś się schowała - uspokoiła mnie i wróciła do przerwanego zajęcia.
Pokręciłam głową, zirytowana tym, że mnie próbowała zbyć.
- Szukałam jej. Nigdzie jej nie ma! - upierałam się. Mama chyba zauważyła moje zdenerwowanie i cudem hamowaną panikę, bo westchnęła i postanowiła pomóc mi w poszukiwaniach.
Nie udało się jej.
Gdy tata wrócił z polowania, przejął się zniknięciem jednej z jego córek i dołączył do nas. Szukaliśmy wadery przez cały ranek, jednak nie udało nam się.
Astrid zniknęła.

Następne wspomnienie dotyczyło mojego - nie, Vestar... Chociaż, czyż w tym momencie nie stanowiłyśmy jedności? - pierwszego zauroczenia. Byłam dorosłą samicą, może trzyletnią. Nigdy nie trafiłam do watahy, której z takim zapałem poszukiwali moi rodzice, jednak nie czułam z tego powodu żalu.
Tamtej jesieni trafiłam przez przypadek na tereny skalane wojną. Walki trwały niemal każdego dnia, ziemia była pokryta brudną krwią i ciałami poległych. Okropne miejsce.
Chciałam uciec, jednak plany skutecznie udaremnił mi wilk pełniący patrol niedaleko jednego z tymczasowych obozów. Basior był ode mnie o ponad głowę niższy, jednak jego sylwetka była nadzwyczaj umięśniona. Krótkie, ognistorude futro było poprzetykane bliznami, a prawe ucho naderwane. 
Przedstawił się jako Rodholf, jednak poprosił, bym mówiła do niego per Rod. 
"Jest to skrót przeznaczony dla przyjaciół, a ja liczę, że zostaniemy przyjaciółmi."
Zabrał mnie do obozowiska i traktował jak damę. Samiec okazał się niezwykle szarmancki i inteligentny. Przyjemnie się z nim rozmawiało. W pewnym momencie zaproponował mi kilka kubków pysznego trunku i chyba trochę odleciałam.
Wtedy sądziłam, że to była najlepsza noc w moim życiu. Następnego ranka, gdy zaproponowałam Rodowi, byśmy uciekli razem z dala od wojny, wilk odmówił. Czułam się głupio, tak bardzo głupio. Jednak nie byłam zdenerwowana, o nie. Gniew przyszedł kilka tygodni później, gdy moim życiem wstrząsnęła okropna wiadomość.
Byłam w ciąży z wojownikiem, którego widziałam raz i prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę.

Byłam już w zaawansowanej ciąży, jednak nie rezygnowałam z podróży. Zależało mi na znalezieniu własnego miejsca na świecie, watahy, która odwiodłaby moje myśli od tego wieczoru, który zmienił moje życie.
Któregoś dnia natrafiłam na niezwykle chudego wilka. Jego orzechowa sierść delikatnie powiewała na chłodnym, zimowym wietrze, a zimne oczy były nieruchome, wpatrzone prosto w moją sylwetkę. Dosłownie moment później wyczułam ciemnoniebieską aurę napierającą na moją. Wilk próbował dostać się do mojego umysłu.
Skupiłam się nad obroną, jednak - ku mojemu zaskoczeniu - nieznany wilk był silny. Po dłuższej walce z trudem udało mi się go pokonać, jednak ten wysiłek kosztował mnie wiele sił. Upadłam na pokrytą śniegiem ziemię.
- Kim jesteś? - usłyszałam czyiś chłodny głos tuż nad sobą. - Nie wolno ci tutaj być.
Podniosłam wzrok i spojrzałam na idealnie obojętny pysk samca.
- Ach tak? - spytałam, próbując się podnieść. Udało mi się.
Basior pokiwał głową i zmierzył mnie wzrokiem. Zatrzymał się na moim ciążowym brzuchu.
- Vestar - mruknęłam w końcu, próbując odwrócić jego uwagę od szczeniaka, którego w sobie nosiłam. Samiec szybko się zreflektował, jednak sam się nie przedstawił. 
- Jesteś uzdolniona - stwierdził jakby w zamyśleniu - I piękna.
Uniosłam brew, słysząc jego słowa.
- Owszem.
Zamilkł na chwilę. Zamyślenie na jego pysku było aż za bardzo widoczne.
- Stoję na czele najsilniejszej organizacji jaką widziała nasza ziemia. Nasza wiara pewnego dnia sprawi, że osiągniemy życie wieczne. Jednak najpierw musimy opanować magię Umysłu. Zechcesz do nas dołączyć?
Spojrzałam na niego jak na wariata. Organizacja religijna z fiołem na punkcie nieśmiertelności? Brzmiało to głupio, jednak pewne siebie słowa samca wywarły na mnie spore wrażenie. Kształcą się w moim żywiole... Mogłabym się nauczyć czegoś więcej, a przecież zawsze kochałam uczyć się nowych sztuczek. Manipulować umysłami nieświadomych wilków. 
- Oczywiście zapewnimy ci potrzebną opiekę oraz przyszłą edukację dla twoich szczeniaków. Jeśli posiadają odpowiednie zdolności. Jaki żywioł ma ich ojciec?
- Nie wiem.
Basior uniósł brew, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Czekał na moją odpowiedź.
- Z chęcią do was dołączę.

Ból. Nieznośny, okropny ból. Potem nagły koniec.
Obróciłam łeb i spojrzałam na malutką kulkę rudej sierści. Instynktownie polizałam samiczkę po głowie, a ta w odpowiedzi cicho pisnęła.
- Niedługo zostanie ci odebrana i przyłączona do pozostałych szczeniąt.
- Wiem - westchnęłam, spoglądając jak moja córeczka niepewnie się do mnie przesuwa, poszukując ciepła.
- Jednak możesz wybrać jej imię, jeśli zechcesz.
Skinęłam głową i zamilkłam na dłuższą chwilę, próbując wybrać odpowiednie. Zastanawiając się nad tym, przyglądałam się malutkiemu stworzonku.
- Torance - zdecydowałam w końcu. Samiczka jakby rozumiejąc, że chodzi o nią, podniosła na mnie główkę i ponownie pisnęła.

Minęło sporo czasu, nim ponownie zobaczyłam moją siostrę. Jednak gdy tylko ją zobaczyłam, od razu ją poznałam. Samica choć urosła, nadal miała w sobie coś ze szczeniaka. Poza tym, wystarczyło zaledwie kilka telepatycznych rozmów, bym już na zawsze rozpoznała jej głos.
- Vestar - powiedziała ze wzruszeniem, niepewnie mnie przytulając. Drżała.
- Tęskniłam... - mruknęłam, niezręcznie ją obejmując. 
- Nigdy nie sądziłam, że... No wiesz... Głupio się przyznać, że zapomniałam o twoim istnieniu, ale... - plątała się w tym, co chciała powiedzieć. - Miło cię widzieć.
Puściłam ją i wskazałam jej łapą, by podążyła za mną. Poszłyśmy do mojej jaskini i rozmawiałyśmy przez całą noc. Nie obyło się bez łez i cichych śmiechów z jej strony oraz tamowanych uczuć z mojej.
Gdy temat zszedł na nasze rodziny i partnerów, czułam się strasznie niezręcznie. Obawiałam się opowiedzieć Astrid o Rodzie i Torance. Jednak, gdy to zrobiłam, samica szczęśliwie się do tego nie odniosła i opowiadała ze wzruszeniem o swoim partnerze i małej córeczce. 
- Nie powiedziałam im, dokąd się wybieram. To było takie głupie z mojej strony... Ale zrozumiałam to, gdy było już za późno by wracać... - mówiła ze łzami w oczach. - A wiesz, co jest najgorsze? Że mogę ich już nigdy nie zobaczyć.
- Czemu tak mówisz? - spytałam, choć znałam odpowiedź. Wystarczyło jedno spojrzenie na zmęczony pysk samicy, by to zauważyć.
- Ves, ja umieram. Najpewniej nie dożyję końca podróży. Nigdy nie zobaczę jak Navri dorasta. Nie zestarzeję się razem z Dante... 
Wpatrywałam się w rozpacz wymalowaną na pysku As. W tym momencie żałowałam, że w ogóle się z nią skontaktowałam. Prawdopodobnie zabrałam jej ostatnie chwile z rodziną. Nie byłam tego warta.
- Wracaj - nakazałam jej.
- Co?
- Wracaj do rodziny, As.
- Ale... - zaczęła, jednak gdy posłałam jej groźne spojrzenie, umilkła. - Dobra, ale jeśli nie wrócę, przekaż im... 
Wilczyca zamiast skończyć zdanie, ponownie mnie objęła. Tym razem na pożegnanie.
- Jasne. Przekaż pozdrowienia - uśmiechnęłam się, już nie tamując łez, zbierających mi się w oczach.
- Nie martw się o to - powiedziała i wyszła z jaskini. Obserwowałam jej oddalającą się sylwetkę do momentu, aż zniknęła za jednym ze wzgórz.

Czułam na sobie spojrzenie Wielkiego Mistrza, jednak nie zamierzałam na nie odpowiedzieć. Nie dam mu tej satysfakcji.
- Ona musi odejść.
- Jest szansa, że jeszcze odkryje w sobie odpowiednie zdolności - stwierdziłam. Mój głos był chłodny.
- Dałem jej więcej czasu niż innym, a ona nadal nie potrafi nawet wykryć aury. Przykro mi, Vestar.
Położył delikatnie łapę na mojej. Z trudem opanowałam drżenie. Nienawidziłam tego, jak na mnie patrzył, jednak pozycja... Tak, Nevra mógł mi ją zapewnić.
- Spraw chociaż by nie była sama. Żeby była bezpieczna - poprosiłam. Wilk westchnął i mruknął coś na znak zgody. - I zostaw jej imię.
- Wiesz, że...
- Obiecałeś mi, że dasz jej wykształcenie. Skoro to niemożliwe, to chociaż spraw, by była sobą. Tyle możesz zrobić.
- To będzie cię kosztować - mruknął, przybliżając pysk do mojego ucha. Jego oddech rozwiewał moją sierść, jednak ja nawet nie drgnęłam.
- Z przyjemnością zrobię co trzeba, jeśli dotrzymasz słowa - odparłam i nie czekając na jego reakcję, wstałam. Odchodząc, musnęłam jeszcze swoim ogonem nos basiora. 

- Vestar, musisz mi pomóc. Niedługo nawet nie będę znał własnego imienia... - błagał basior. Przyglądałam się rozpaczy, malującej się na jego twarzy.
- Skontaktuję się z tobą i powiem ci, gdzie masz iść. Torance się tobą zaopiekuje - powiedziałam w końcu. Asgrim wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca.
- Dziękuję ci, tak bardzo ci dziękuję...
- Dbaj o siebie - nakazałam.
Asgrim w odpowiedzi skinął łbem i nie czekając dłużej, odbiegł.

Z ulgą przyjęłam powrót do swojego ciała i umysłu. Wspomnienia Vestar nadal były gdzieś w mojej głowie, ale nie tak żywe. Nie czułam już jej hamowanych uczuć, nie myślałam już jak ona. Na szczęście.
Marszczyłam brwi, powoli układając sobie w głowie to wszystko, co zobaczyłam. W końcu, gdy moje myśli w miarę pojaśniały, podniosłam wzrok na wilczycę.
- Chcesz powiedzieć, że jestem nieplanowanym szczeniakiem dla którego bezpieczeństwa oraz, oczywiście, pozycji jesteś z Wielkim Mistrzem tego całego Zakonu?
Vestar jedynie skinęła łbem.
- I... Że całkiem przypadkowo natrafiłam na watahę, której poszukiwałaś ze swoimi rodzicami i do której należała moja ciotka? Ta ciotka, która jest jednocześnie matką mojej przyjaciółki z wilczej szkoły?
Ponownie skinięcie.
- Nie wierzę... - mruknęłam, potrząsając łbem. - Znaczy, wierzę, ale... O Losie...
Vestar otworzyła pysk, jednak zanim zdążyła się odezwać do jaskini weszła jakaś postać.
- Mistrzyni... - wydyszała, sądząc po głosie, samica. - Wielki... Mistrz... Nagłe... Wezwanie...
Ledwo skończyła wymawiać ostatnie słowo, zwymiotowała.
Moja matka ledwo zauważalnie się skrzywiła, obserwując wyginającą się przybyłą.
- Już idę - mruknęła i wymijając samicę, wyszła.
Korzystając z zamieszania zerknęłam na Asa, który wpatrywał się z niedowierzaniem w sylwetkę chorej. Czułam, jak się o nią martwi.
- Edel? - zapytał, gdy tylko wilczyca się wyprostowała.
Samica podeszła w naszą stronę - oraz tym samym w stronę niewielkiej latarenki, która od razu oświetliła jej pysk - i przyjrzała się najpierw mojemu partnerowi, potem mnie.
- As? Tori? Co wy tutaj robicie? Myślałam, że...
- Edel, to naprawdę ty? - przerwał jej Asgrim.
Samica ukłoniła się niepewnie.
- Co ci się stało? Ty zawsze...
Edel pokręciła powoli łbem.
- Najpierw wy opowiecie mi swoją historię. Nie rozumiem, co się właśnie dzieję, a nie lubię żyć w niewiedzy - powiedziała, siadając. Sprawiała wrażenie znacznie silniejszej, niż wyglądała. Jednak wymiociny przy wejściu oraz emanujące z niej uczucia kazały mi stwierdzić, że umiała całkiem dobrze grać. Albo skupiać się na czymś innym niż choroba.

<Edel?>

poniedziałek, 25 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz. 2

Kwiecień 2022
Od rana czułam się, jakby niewidzialna dłoń uciskała mój żołądek. Nerwy całkiem opanowały mój umysł, nie pozwalając mi skupić się na czymkolwiek innym poza spotkaniem, które zbliżało się z każdym moim krokiem.
- Może zrobimy przerwę? - zaproponowałam, przebierając niepewnie łapami.
As zmierzył mnie zmartwionym spojrzeniem, pod którym zrobiło mi się głupio.
- Tor, stoimy kilkanaście długości ogona od miejsca, w którym zaczyna się terytorium Zakonu.
- Tak, wiem, ale... - mój głos był zabarwiony obawą - Jestem zmęczona.
Basior westchnął przeciągle i uniósł wzrok na pokryte nienaturalnie ciemnymi chmurami niebo.
- Tori... 
- Słucham? - spytałam, siląc się na beztroski ton. Wyszło to, delikatnie mówiąc, marnie.
Wilk jedynie pokręcił głową w niedowierzaniu i położył łapę na mojej.
- Musimy iść.
Przyglądałam się przez chwilę jego pokrytej pyłem łapie, by nagle podnieść wzrok na zmartwiony pysk. Samiec niemal nie zmienił się przez ostatni rok. Nadal ciągle uśmiechał się w ten swój radosny, czasem nieco zwariowany sposób. Jego oczy wciąż błyszczały zainteresowaniem, gdy tylko ktoś wspomniał o magii lub czymś dotyczącym roślin. Był ciągle Asem, szczeniakiem, który odnalazł mnie w dzień, w który porzuciła mnie Anna.
Kiedy tak na niego patrzyłam, ciężko było mi uwierzyć, że zimą samiec skończy pięć lat. Z drugiej strony nie byłam od niego o wiele młodsza, a przecież też nie czułam się tak staro, jak mógłby świadczyć o tym mój rzeczywisty wiek. Moja dusza miała zdecydowane dwa lub trzy lata i tego wolałam się trzymać.
- Musimy - przyznałam w końcu, wzdychając głęboko.
As pokiwał głową i uśmiechnąwszy się pokrzepiająco, ruszył w stronę niewielkiej sosny, wyznaczającej początek terytorium Zakonu.
Gdy powoli mijaliśmy miejsca, przez które - według Asa - niegdyś przechodziliśmy wiele razy, zdenerwowanie powoli zastępowała ciekawość. Przyglądałam się każdemu drzewu, każdej skale czy wzniesieniu, szukając czegoś, co mogłabym poznać. Nadaremnie. Moja pamięć została idealnie wymazana, a próby przywołania wspomnień były zbyt niebezpieczne.
As wspominał, że tereny Zakonu zawsze były pewne wilków. Gdy znaleźliśmy się w samym centrum i nadal nie spotkaliśmy żywej duszy, zaczynałam w to wątpić. Chociaż obserwując minę mojego partnera, mogłam zauważyć, że coś nie grało.
- Idziemy do czyjej jaskini? - zaryzykowałam pytanie. Basior nie odpowiedział. - As?
Cisza.
Zerknęłam w jego stronę, jednak basiora nie było obok mnie. Momentalnie serce podskoczyło mi do gardła. Wystraszona obróciłam się, szukając Asa. Na moje - i jego - szczęście stał koło niewielkiego głazu, wpatrując się tępo w przestrzeń.
- As? - podbiegłam do niego - Ziemia do Asgrima. Co się stało?
Wilk lekko podskoczył, jakby wybudzony z głębokiego transu.
- Ja... - zaczął, potrząsając głową. - Nieważne. Chodź, zaprowadzę cię do jej jaskini.
- Czyjej?
As uniósł brwi.
- Jak to: "czyjej"? Vestar, oczywiście. Wybacz, ale jakoś nie mam ochoty spotkać się ze swoim ojcem.
Pokiwałam głową i wskazałam łapą zejście z wzgórza, na którym się znajdowaliśmy.
- No tak. Jasne. Prowadź.
Basior wyszczerzył zęby w wymuszonym uśmiechu.
- Z miłą chęcią.

W momencie, gdy wspinaliśmy się na górę zamieszkiwaną przez kapłanów o wyższej randze, natknęliśmy się na kogoś. Nie byłam zaskoczona - spodziewałam się spotkania z kimś już od momentu, w którym położyłam łapę na terytorium Zakonu. Dlatego jedynym, co mnie zdziwiło, był fakt, że zdążyliśmy przejść niemal całą drogę.
Wilk, który mrużył oczy, przyglądając się nam, wyglądał młodo - jak szczeniak, wkraczający dopiero w dorosłość. Możliwe, że był dopiero uczniem, który wracał z zajęć ze swoim mentorem. Niemniej samiec z pewnością był niebezpieczny. W końcu należał do Zakonu, więc jego umiejętności raczej nie kończyły się na lekkiej manipulacji wspomnieniami.
Zmierzyłam go szybkim spojrzeniem. Był posiadaczem muskularnej sylwetki godnej wojownika oraz ogromnego wzrostu. Stwierdziłam, że z pewnością dorównywał Danowi - najwyższemu samcowi z naszej watahy. Wątpiłam jednak, by był równie szybki, co choćby ja.
- Kim jesteście? - warknął.
- Przybywamy w pokoju, spokojnie - As zignorował pytanie nieznanego samca. Odsłonięte kły były jawną oznaką, że temu się to nie spodobało. 
- To już osądzi Wielki Mistrz. Za mną - polecił, posyłając nam groźne spojrzenie.
Zerknęłam z niepokojem na Asa, który zdawał się całkiem nieporuszony całą sytuacją. Mało tego! Na jego pysku widniał delikatny uśmiech, jakby wcale nie miał zaraz się spotkać z kimś, kto był odpowiedzialny za wszystko, co spotkało go w jego życiu.
Czując na sobie mój wzrok, wilk odwrócił się i wskazał łapą, żebym ruszyła za nieznanym szczeniakiem.
- Wszystko jest pod kontrolą, Mała.
- Jasne - prychnęłam, automatycznie wykonując jego polecenie.
- Zaufaj mi - poprosił, zrównując się ze mną.
- Cicho!
Ponownie zerknęłam w stronę mojego partnera, który teraz przewracał wymownie oczyma.
Ktoś tu jest nerwowy - usłyszałam w swoim umyśle głos basiora.
Oj tak. Szczeniaczek próbuje być groźny...  - prychnęłam w myślach z rozbawieniem. Cała ta sytuacja była w pewnym stopniu zabawna. Nigdy nie sądziłam, że gdy znajdę się w watasze, z której pochodzę, złapie mnie byle szczeniak.
Zrobiliśmy zaledwie kilka kroków, kiedy zza wzgórza wyłoniła się wysoka sylwetka wilczycy. Długie futro o ciemnej barwie powiewało na wietrze, ujawniając smukłą sylwetkę. Nie musiałam widzieć jej z bliska, by zauważyć, że wyglądało ładnie i kobieco. Nawet, gdy sierść normalnie sięgająca jej zapewne za pierś, wpadała do jej pyska, psując cały majestat.
Basiorek, idący dotychczas krok za nami, podbiegł do samicy i ukłonił jej się. Widziałam, jak coś do niej mówi, jednak wiatr porwał jego słowa. Cokolwiek to było, zdawało się nie zrobić żadnego wrażenia na wysokiej piękności, która jedynie pokiwała głową i powiedziawszy coś do wilka, podniosła na nas wzrok.
Gdy na mnie spojrzała, poczułam się... Dziwnie. Nagle przez moją głowę przeszło kilkadziesiąt myśli, wspomnień z życia, które prowadziłam dotychczas oraz tych... Tych, które nie spodziewałam się jeszcze kiedykolwiek posiadać. Wspomnień życia w Zakonie.
- Vestar... - wyszeptałam, ledwo zdając sobie sprawę z tego, że coś mówię.
Nawet nie zauważyłam, kiedy szczeniak zniknął, a ja i As znaleźliśmy się tuż przed wilczycą, która przyglądała się z niepokojem.
- Zawsze musicie dać się przyłapać, prawda? - spytała, kręcąc z niedowierzaniem łbem. Jej głos był niski i zachrypnięty, a przy tym silny. 
As skinął łbem, uśmiechając się delikatnie.
- Witaj, Ve...
Samica nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Zamiast tego rozglądała się, zapewne sprawdzając, czy w okolicy nie ma nikogo innego. Gdy upewniła się, że jesteśmy sami, wskazała łapą kierunek, w którym wcześniej zmierzaliśmy.
- Wasze szczęście, że moja jaskinia jest niedaleko. Chodźcie 
Nie powiedziawszy nic więcej, odwróciła się i ruszyła w odpowiednią stronę. Jej kroki były żwawe i długie, więc musiałam truchtać, by za nią nadążyć. As nie miał takich problemów. Zastanawiało mnie jak to możliwe, że tak wielka wilczyca wydała na świat takiego mikrusa jak ja...
Szybko doszliśmy do groty, która wielkością przypominała mi Jaskinię Alf w naszej watasze. Z tą różnicą, że ta była wypełniona różnego rodzaju księgami, ziołami i... Kurzem. Wszystko wyglądało tak, jakby było nieużywane od dawna.
- Wybaczcie mi za bałagan. Już od dawna tutaj nie mieszkam - wyjaśniła, siadając z dala od wejścia. 
Usiadłam naprzeciwko niej i przyglądałam się jak układa swoją rozwichrzoną sierść. Moja prawdopodobnie wyglądała identycznie, jednak ja nie zamierzałam się tym przejmować. Miałam ważniejsze sprawy na głowie niż rozczochrane futro.
Bez słowa przyglądałam się jej pyskowi, próbując odnaleźć coś, co bym odnalazła w sobie. Z pewnością miałyśmy równie długą sierść oraz identyczne, jasnoniebieskie oczy, jednak czy coś jeszcze? Czy to moja wyobraźnia, czy nos wilczycy był lekko niebieskawy, a uszy ciemniejsze od reszty futra?
Usłyszałam chrząknięcie, dobiegające z mojej lewej strony. Spojrzałam pytającym wzrokiem na Asa, który siedział, nerwowo przebierając łapami.
- Vestar... Ty... Skąd wiedziałaś, gdzie mam szukać Tori?
Odpowiedziało mu głośne westchnięcie.
- Od razu do rzeczy? Nie spytacie co u mnie? Nie opowiecie, jak wam się wiedzie jako para? Kiedy zostanę babcią? - spytała, uśmiechając się nieco nieprzyjemnie.
- Skąd wiesz...? - wtrąciłam zszokowana.
- Och, Torance, błagam cię. Już od pierwszego dnia było widać, że Asgrim ci się podoba. Jemu zajęło to trochę więcej czasu, ale zanim został mi przydzielony, już był tobą zauroczony. Dziwi mnie, że zajęło wam to aż tyle... - zamilkła na moment, który wykorzystałam na otwarcie pyska w niemym zdziwieniu i wymienieniu zszokowanych spojrzeń z Asem. - Chociaż Eydis wam raczej nie sprzyjała.
Zimny głos wilczycy pobrzmiewał rozbawieniem, a oczy błyszczały, gdy patrzyła to na mnie, to na Asa.
Po dłuższej chwili zdołałam się otrząsnąć i odezwać:
- Opowiedz mi, skąd wiedziałaś, że należę do Watahy Magicznych Wilków i gdzie ona leży. Czemu pozwoliłaś mi żyć wśród ludzi nieświadoma swojego pochodzenia? Czemu w ogóle musiałam odejść? I czemu...
Wadera uniosła łapę, nakazując mi zamilknąć.
- Zadajesz za dużo pytań - stwierdziła. Odpowiedziałam jej niezadowolonym prychnięciem. - To długa historia, a ja nie mam zbyt wiele czasu.
- Ale...
Vestar posłała mi groźne spojrzenie, pod którym natychmiastowo umilkłam.
- Muszę powiedzieć Nevrze, że nie wrócę na noc oraz, że nie życzę sobie, by mi przeszkadzano. Poczekacie tutaj do czasu, aż wrócę, jasne?
Poczułam nagły wybuch niedowierzania tuż obok mnie.
- Nie wrócisz na noc do...?
- Mojego partnera. Wielki Mistrz i ja założyliśmy rodzinę. Mamy szczeniaka, Nilsa - odpowiedziała wilczyca i nie zwracając uwagi na naszą reakcję, wyszła z groty.
Wpatrywałam się zszokowana w pysk Asgrima, który - ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu - uśmiechał się. Chwilę po nim nastąpił głośny wybuch histerycznego śmiechu.
Basior śmiał się i śmiał, a ja czułam się, jakby grunt osunął mi się pod łapami.
- Ma... Mają... Szcze... niaka... - powiedział między wybuchami śmiechu samiec. Spojrzałam w niego zdenerwowana i szybką myślą, nakazałam mu opanować histerię.
Przyglądałam mu się, gdy oddychał głęboko. Gdy zdołał się uspokoić, podniósł na mnie wzrok i skinął lekko w podzięce.
- Co... Co o tym myślisz? - spytałam, siląc się na spokojny ton.
- Myślę, że to jest nienormalne - odpowiedział - Mamy przyrodniego brata. Tego samego brata.
Po chwili milczenia, zapytał:
- A ty, co o tym sądzisz?
Ja tylko głośno przeklęłam.

<C.D.N.>

czwartek, 21 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz.1

Kwiecień 2022r. 
Pogoda pogarszała się z każdym dniem. Wiatr uginał bezlistne gałęzie, jakby sprawdzając, w którym momencie te połamią się z głośnym trzaskiem. Unosił tony piasku i mniejsze przedmioty, próbując uderzyć każdego, kto miał nieszczęśliwy obowiązek wyjścia na dwór. Uderzał w ciało, nieprzyjemnie je ochładzając, zwiewał sierść na oczy i utrudniał poruszanie się. To właśnie z jego powodu marzyłam, by znaleźć się w swojej jaskini i schować się przed smaganiem uciążliwej wichury. Najlepiej wraz z parującym naparem ziołowym w glinianym naczyniu, które zrobiłam na zajęciach sztuk kreatywnych, gdy byłam jeszcze szczeniakiem. 
Powoli zaczynałam żałować impulsywnej decyzji odejścia z watahy na kilka miesięcy i wyruszenie na bezsensowne poszukiwania. Zdawałam sobie jednak sprawę, że to mogła być moja ostatnia szansa na poznanie wszystkich okoliczności mojego odejścia z Zakonu. Nikt z nas nie był pewny, kiedy pogoda stanie się zbyt nieprzewidywalna, by wychylić łapę poza własną grotę. Może to będzie jutro, a może za miesiąc? Nawet najbardziej optymistyczne wilki musiały przyznać, że wątpiły w uspokojenie się wiatru, wstrząsającego światem od zeszłego roku. 
To właśnie z powodu tej niepewności o losy watahy, zapytaliśmy Suzannę o możliwość wyruszenia w podróż. Alfa nie była przekonana w powodzenie naszej misji, wydawało się, że nawet chciała nas powstrzymać, jednak w końcu skinęła głową na znak zgody. Mogliśmy wyruszyć następnego dnia, ale jedynie pod warunkiem, że weźmiemy na wszelki wypadek dwie Lampki Motyla. Szczęśliwie okazało się, że każde z nas – As i ja – mieliśmy po jednej w swoich zapasach magicznych przedmiotów. 
Szybko okazało się, że pomysł był bardzo dobry. W końcu minęło wiele czasu, odkąd Asgrim zawędrował na tereny naszej watahy, poza tym jego stan nie był wówczas najlepszy, więc cokolwiek by nie mówił, wątpiłam, by był dobrym przewodnikiem. Basior przez jakiś czas kręcił nosem, lecz gdy wspięliśmy się na górę, niechętnie podniósł na łapie magiczny przedmiot, który miał założony na szyi i wyszeptał w jego stronę pełną nazwę Zakonu. 
Od tego czasu fosforyzujący motyl o pięknych, błękitnych skrzydłach walczył z wiatrem, prowadząc nas w stronę miejsca, w którym mieliśmy zmierzyć się z przeszłością. Miejsca, w którym czekała na mnie moja matka. 
Byłam przerażona. Zawsze oczywistym było dla mnie, że nie miałam matki czy ojca. W Zakonie rodzinę zastępował mi As i Edel, potem żyłam wśród ludzi, aż w końcu w Watasze Magicznych Wilków znalazłam swoje miejsce. Miałam moją kochaną Yuki, rozważnego Kai'ego i w końcu Asa. Kochałam ich i nigdy nie wyobrażałam sobie, że dane mi będzie poznać – nie, spotkać. Znałam ją już wcześniej. Chociaż... Czy jeśli tego nie pamiętam, to to się liczy? - matkę. Wilczycę, która dała mi życie. 
Zastanawiałam się, jak powinnam się zachować, gdy ją zobaczę. Rzucić się jej na szyję? Spytać, czemu pozwoliła mi odejść bez jakichkolwiek umiejętności, bez pamięci? Obawiałam się także swojej reakcji. Nie wiedziałam, czy zacznę płakać, czy ogarnie mnie wściekłość, a może będę zwyczajnie obojętna. Cholera. To wszystko zapowiadało się tak dziwacznie... 
As starał się mnie wspierać. Cały czas rzucał jakimiś uwagami, próbował mnie rozśmieszyć lub wciągnąć w interesujący temat. Szybko okazało się to całkiem bezskuteczne. Zwykle reagowałam niezadowolonymi pomrukami i nakazem zostawienia mnie w spokoju. Po jakimś czasie skończyło się na ciszy, którą przerywaliśmy jedynie na dogadanie się odnośnie polowania lub znalezienia miejsca, w którym moglibyśmy spędzić noc. 
Wiedziałam, że moje zachowanie go bolało, jednak samiec starał się, żeby nie dało się tego po nim poznać. Zapominał jednak, że nieumyślnie odczytywałam jego nastrój i czułam smutek oraz zawód, który z niego emanował. Każdego dnia chciałam go przeprosić, obiecać, że postaram się zachowywać, jednak zawsze brakowało mi słów, aż w końcu basior zasypiał, już niemal z przyzwyczajenia obejmując mnie łapą. 
Któregoś dnia, gdy siedzieliśmy w niewielkiej jaskini – według Asa – niecałe kilka godzin drogi od terytorium Zakonu, przyglądałam się z bezpiecznego miejsca jak niewyraźne kontury drzew uginają się pod naporem wiatru. Był już wieczór i pomimo środka wiosny, na dworze nie było prawie nic widać. Słońce już wiele miesięcy temu zniknęło za ciemnymi chmurami. Jednak nie było to tak odczuwalne zimą. Teraz, w czasie, gdy przyroda powinna odżywać, brak jasnej gwiazdy był szczególnie dokuczliwy. 
W jaskini panowała cisza przerywana głośnymi świstami wiatru, uderzającego we wszystko, co śmiało stanąć mu na drodze. 
- As? - zwróciłam się nieśmiało do samca, który leżał w najdalszym kącie jaskini. 
Wilk mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi. 
- Myślisz, że to był dobry pomysł? 
Samiec nie odpowiedział od razu. Nie musiałam widzieć jego pyska, by wiedzieć, że marszczy brwi, zastanawiając się, skąd wzięło się moje pytanie. 
- Jesteśmy już tak blisko Zakonu, a ty masz wątpliwości? Tor, naprawdę... - zaczął. Jego głos był zachrypnięty, jednak samiec widocznie nie miał zamiaru nic z tym zrobić. 
- Nie będą zadowoleni, gdy cię zobaczą – wtrąciłam, ignorując jego pytanie. 
Usłyszałam głębokie westchnięcie oraz głośne kroki zbliżające się w moją stronę. 
- Też nie będę skakał z radości, gdy ich zobaczę – powiedział, siadając tuż obok mnie. 
Zerknęłam na samca, którego pysk był delikatnie oświetlony od dołu przez naszyjnik z motylem. Światło lampki było niezwykle blade w porównaniu do tego, które wydobywało się z mojej. Prawdopodobnie jutro o tej porze magiczny przedmiot będzie całkowicie bezużyteczny, a zaklęty w nim motyl umrze. Było w tym coś smutnego.
- To czemu...? 
- Czemu ryzykujemy tak wiele czy czemu postanowiłem z tobą pójść? - wtrącił samiec. 
Nie odpowiedziałam od razu, zastanawiając się nad pytaniem.
- Chyba oba... 
As przymknął oczy, prawdopodobnie w celu pozbierania myśli. Gdy się odezwał jego głos był nienaturalnie pewny i zdecydowany. Podniosło mnie to na duchu.
- Wiem, że chcesz poznać prawdę i będziesz żałować, jeśli tego nie zrobisz. Zawsze będziesz zastanawiać się „co by było gdybym nie odpuściła”. Czułem to samo przez miesiące, w których nie wiedziałem, co się z tobą działo – przerwał na chwilę. - Poza tym byłabyś gotowa wyruszyć tutaj sama, żeby mnie nie narażać. Nie zniósłbym tego. Ktoś musi cię pilnować, Tori, i Los, Eydis lub jakieś inne bóstwo zdecydowało, że to moja rola.
Jego głowa była zwrócona w stronę dziury prowadzącej na zewnątrz. Oczy miał utkwione w ciemność znajdującą się zaledwie kilka odległości ogona od nas. Niemniej czułam od niego pewność siebie. Wilk wierzył, w to co mówił i chyba właśnie to zdecydowanie przyczyniło się do mojego wzruszenia.
Bez słowa wtuliłam pysk w szyję basiora i zaciągnęłam się przyjemnym zapachem wrzosów, który otaczał go niezależnie od pory roku. Miło było czuć ciepło jego ciała tuż przy swoim, obserwować w ciszy jak podświetlone na błękitno futro rozstępuje się pod wpływem mojego oddechu. Zdałam sobie sprawę, jak wielkim oparciem był dla mnie ten szalony samiec. Zarówno teraz, jak i kilka lat temu, gdy byliśmy jeszcze beztroskimi szczeniakami. Asgrim był jak opoka, najbardziej stały element w moim życiu. 
- Dziękuję... - wyszeptałam. 
Kilka chwil później koło mnie znajdował się mężczyzna, który delikatnie gładził moją sierść. Ja w tym czasie siedziałam na jego kolanach i przytulałam się do jego ludzkiej szyi. As opatulał mnie ramionami i nic nie zapowiadało na to, że miał zamiar mnie puścić. 
Polizałam go delikatnie w policzek, a chłopak w odpowiedzi musnął ustami mój nos. 
- Nie ma za co – odparł równie cichym głosem.

C.D.N.

Uwagi: brak

czwartek, 27 grudnia 2018

Od Torance "Zaczytani bez pamięci" cz. 1 (Cd. Asgrim)

Maj 2021r.
Był już wieczór, gdy w końcu znalazłam czas na czytanie jednej z książek, które wypożyczyłam już kilka dobrych tygodni temu. Ostatnimi czasy moje dni wypełniały tylko patrole i polowania – zarówno te w grupach, jak i z Asem. Owszem, uwielbiałam to robić, ale czasem miałam dość wracania wieczorami, prawie słaniając się na łapach. Brakowało mi spokojnego popołudnia spędzonego na czytaniu – mojej małej pasji zrodzonej, gdy byłam jeszcze szczeniakiem. Chyba więc nikogo nie zdziwiło, że gdy tylko dowiedziałam się o zmianie patrolu mojego przyjaciela, byłam wniebowzięta. Brak Asa oznaczał idealny spokój, dzień bez jego czasem aż zbyt energicznej paplaniny.
Wzięłam w zęby starą powieść, która według Daire'a zawierała nadal aktualną prawdę o miłości. Dodatkowo była ona napisana przez jakiegoś elfa, więc spodziewałam się naprawdę niesamowitej historii, bo akurat ta nacja potrafiła stworzyć interesujący świat i cudowne wątki romantyczne, które chyba najbardziej mnie interesowały w powieściach.
Uśmiechnęłam się delikatnie na wspomnienie krzywych spojrzeń mojej byłej opiekunki, gdy zauważała kolejny romans w naszej jaskini. Yuki zdecydowanie nie była zwolenniczką tego typu powieści, ba! Uważała je za całkiem głupie i niepotrzebne. Zapewne szybciej zobaczyłabym ją czytającą książeczkę dla małych dzieci, niż coś, co opowiada przede wszystkim o miłości.
Wspominając moje prywatne lekcje z Yuko, usiadłam przed własną jaskinią w miejscu, które gwarantowało mi oświetlenie nawet na kilka następnych godzin. Powoli podważyłam pazurem okładkę i uważając, by nie porwać żadnej ze stron – nasz bibliotekarz chyba urwałby mi za to głowę – otworzyłam książkę w miejscu, w którym była wypisana dedykacja. Co ciekawe, ktoś zapisał ją ręcznie, zielonkawym tuszem. Wpatrywałam się przez chwilę w odchylone nieco w prawo i ozdobne litery, zanim zdążyłam rozszyfrować tekst.
- „Dla mojej kochanej siostry, Yngvi” - przeczytałam na głos, trochę niepewna czy udało mi się odpowiednio odcyfrowałam ostatnie słowo – Yngvi... Jeśli jest to imię, to brzmi naprawdę ładnie.
Do mojej głowy nagle uderzyła pewna głupia myśl, którą bardzo szybko od siebie odepchnęłam. Była ona najprawdopodobniej niemożliwa, więc nie chciałam się nad nią rozwodzić.
- Lepiej po prostu zabierz się do czytania, Tor – mruknęłam pod nosem, przewracając stronę.
Już po chwili zapomniałam o imieniu, tej niedorzecznej myśli, całym otaczającym mnie świecie. Mój umysł zaczęła zaprzątać całkiem inna, znacznie ciekawsza historia, ukryta w szeregu lekko rozmazanych liter wypisanych równo na brzoskwiniowych kartach książki.

Główna bohaterka, Ailla miała właśnie iść na spotkanie ze swoim ukochanym, gdy czyiś krzyk skutecznie mnie rozproszył.
- Hej, Młoda! Co robisz?
Zirytowana podniosłam wzrok znad książki i spojrzałam w stronę, z której nadbiegał właśnie mój ukochany przyjaciel, który zawsze musi się do mnie przypałętać i przerywać mi czytanie w najlepszych momentach. Co prawda to był pierwszy raz, gdy to zrobił, ale biorąc pod uwagę, że wcześniej nieszczególnie miał okazję, by to w ogóle zacząć czytać..
- Czytam – burknęłam, unosząc wymownie wzrok w stronę nieba, które powoli przybierało nocne barwy. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak ciemno się zrobiło, tak bardzo wciągnęła mnie historia przedstawiona w powieści.
As zignorował mój mało przyjazny ton i z zapałem rozsiadł się tuż obok mnie.
- Umiesz czytać?
- Nie. Tak naprawdę to tylko sobie oglądam literki. Co ty tu w ogóle robisz? Nie powinieneś być u siebie?
- Mogłabyś chociaż udawać, że cieszysz się, że mnie widzisz – powiedział nadal niezrażony basior. Gdy nie zareagowałam na to w żaden sposób, westchnął i kontynuował swoje przepytanie – Co to za książka?
- Fajna – mruknęłam na tyle cicho, by samiec nie usłyszał - „Zakochani bez pamięci”. Nie patrz tak na mnie, jest znacznie lepsze, niż myślisz.
- Taa... - powiedział bez cienia przekonania w głosie - Nie wiedziałem, że czytasz rzeczy... tego typu. Nie wiedziałem w ogóle, że umiesz czytać.
W odpowiedzi przewróciłam oczami.
- Jak widzisz idzie mi całkiem nieźle i szłoby tak dalej, gdybyś mi nie przerwał w najciekawszym momencie.
As tylko się uśmiechnął i przysunął się jeszcze bliżej mnie, by spojrzeć na stronę, którą właśnie czytałam. Obserwowałam w ciszy jak przygląda się czarnym literom. Choć nie widziałam jego oczu, bo skutecznie zasłaniała je opadająca w dół grzywka, mogłabym przysiąc, że widnieje w nich czyste skupienie.
- I jak? - spytałam już znacznie mniej zirytowana. - Podoba ci się?
Wilk oderwał wzrok od strony, jednak nie spojrzał jak zwykle w moje oczy, a na własne łapy.
- Nie wiem.
- Nie wiesz? - powtórzyłam, unosząc brwi. Nie rozumiałam, co miał na myśli.
- Nie wiem – potwierdził samiec, co wywołało u mnie niezadowolone prychnięcie – Nie umiem tego przeczytać.
- No już nie przesadzaj, że to taki dziwny język. Owszem, w książkach napisanych przez elfy można znaleźć kilka dziwnych zwrotów, ale większość jest zrozumiała nawet dla szczeniaka.
As nie zareagował w żaden sposób na moje słowa, a jedynie nadal uparcie wpatrywał się we własne łapy, którymi delikatnie przebierał.
- Coś nie tak? - spytałam, tak naprawdę znając odpowiedź na to pytanie.
Wilk odpowiedział dopiero po kilku chwilach, podczas których wpatrywałam się w niego z lekkim zaniepokojeniem. Wyczuwałam zawstydzenie, ale nie rozumiałam jego pochodzenia.
- Ja... Nie pamiętam...
- Czego? - zmrużyłam oczy, nadal nie rozumiejąc, o co chodziło.
Basior podniósł na mnie błyszczące oczy. Brakowało w nich zwyczajowej radości, a gdy przyjrzałam im się dokładniej, dostrzegłam zbierające się wokół nich łzy.
- Myślałem, że mi się udało. W końcu pamiętam już prawie całe nasze dzieciństwo, wszystkie najważniejsze momenty. Wiem, jak wyglądały nasze lekcje, ale... Ale nie umiem tego przeczytać. Cholera, Tori, jak to w ogóle możliwe? Znam te wszystkie litery, ale nie umiem przypasować im znaczenia, odpowiedniego dźwięku, jednocześnie czując... - przerwał na moment. Wyraźnie słyszałam w jego głosie emocje, które nim wstrząsały – To jest ten ból. Coś próbuje się wyrwać, przypomnieć o sobie, ale mu nie wychodzi. To jakby próbowało rozerwać mój umysł, by się uwolnić, ale nie do końca. Nie umiem tego wyjaśnić, ale... To to samo uczucie, co ogarnęło mnie, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy... Znaczy nie po raz pierwszy-pierwszy, tylko pierwszy po stracie pamięci.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem, przypominając sobie dzień, w którym moim życie wywróciło się góry nogami. Jeśli mnie pamięć nie zwodziła, to pod wpływem powracającego wspomnienia zemdlałam. Tak, to zdecydowanie nie należało do przyjemnych rzeczy…
Wilk nie powiedział nic więcej. Zamiast tego wpatrywał się tępym wzrokiem w książkę. Chciałam móc go pocieszyć, sprawić, żeby na jego pysk ponownie wkroczył ten głupkowaty uśmiech, ale całkowicie nie wiedziałam, co powinnam zrobić.
Po dłuższej chwili, postanowiłam przerwać tę zdecydowanie przykrą ciszę:
- Może chciałbyś, żebym cię nauczyła? Może nie jestem taką dobrą nauczycielką jak Yuko, ale… Nie zaszkodzi spróbować, prawda? A i tobie mogłoby przypomnieć się coś więcej.
As powoli podniósł na mnie wzrok, a łzy którymi otoczone były jego oczy, przestały płynąć.
- Ty… Mówisz poważnie? Serio chce ci się ze mną użerać?
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się – przynajmniej w teorii – pokrzepiająco.
- Jasne. Jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
Basior przytaknął cicho, a na jego pysk wkroczył lekki uśmiech. Następna rzecz jaką zobaczyłam, to jego cynamonowa sierść, która znalazła się tuż przed moimi oczami w chwili, gdy samiec mocno mnie przytulił.
- Dobra, już dobra. Spokojnie – powiedziałam ze śmiechem, próbując wyplątać się z jego objęć. Basior jednak nie pozwolił mi się wymknąć i przytulał mnie jeszcze przez dłuższą chwilę. Gdy w końcu mnie puścił, odchrząknął trochę nerwowo i zapytał z uśmiechem:
- To idziemy do tej całej Biblioteki Zagubionej Duszy?
- Teraz? – uniosłam brwi w niedowierzaniu. Nie mogłam uwierzyć, że samiec tak szybko się pozbierał. Chociaż z drugiej strony to, że będzie chciał jak najszybciej odzyskać swoje umiejętności było dość… przewidywalne. – Jest już późno. Może lepiej, żebyśmy poszli jutro?
As w odpowiedzi zrobił – przynajmniej w jego mniemaniu – słodką minę i powiedział cicho: „Proszę”. Czułam na sobie jego błagalny wzrok i poczułam, jak powoli się łamię.
- Niech ci będzie – westchnęłam, przewracając oczami.
As poderwał się z ziemi i wydał z siebie głośny okrzyk radości. Co za dzieciak… - pomyślałam, uśmiechając się pod nosem.
- Panie przodem – Asgrim wskazał mi łapą, żebym prowadziła. Ciekawiło mnie, skąd ta nagła uprzejmość, ale wiedziałam, że pewnie zasłoni się tym, że przecież zawsze odznacza się wielką kulturą, a ja nie miałam ochoty tego słuchać. Z tego właśnie powodu skinęłam mu głową w niemym podziękowaniu i poprowadziłam go prosto do naszej wspaniałej biblioteki.
W środku przywitał nas przyjemny zapach starych ksiąg. Nie mogłam się powstrzymać przed wzięciem głębokiego wdechu i zaciągnięciem się powietrzem. Kochałam tą woń. 
Zerknęłam na Asa, chcąc zobaczyć jego reakcję na wnętrze Biblioteki Barwnej Duszy. Basior akurat pochylał pysk, przymykając oczy. Zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć, co wyprawiał i już miałam spytać, gdy ciszę przerwało głośne kichnięcie. Samiec wymruczał przeprosiny i rozejrzał się w końcu po pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy. Obserwowałam w ciszy, jak na jego pysk wstępuje delikatny uśmiech, a oczy błyszczą się w niemym zachwycie.
- Robi wrażenie, co? – spytałam po chwili. As odpowiedział jedynie gwałtownym skinieniem głowy i wrócił do rozglądania się. – Postaraj się nie zgubić, gdy ja pójdę po jakąś książkę, która będzie odpowiednia do nauki.
Dopiero po chwili usłyszałam ciche mruknięcie, które oznajmiło mi, że do basiora dotarło, że coś powiedziałam. Jednak czy zrozumiał, co do niego mówiłam, to była już całkiem inna sprawa.
Westchnęłam i skierowałam się w stronę regału zawierającego książki dla dzieci. By tam się dostać musiałam minąć biurko nieznacznie starszego ode mnie bibliotekarza – Daire był naprawdę miłym basiorem, który zawsze chętnie doradzał mi w kwestii powieści oraz dyskutował o tych przeczytanych, choć oczywiście nie mieliśmy podobnego gustu. Samiec wolał raczej kryminały lub książki grozy, które mnie nieszczególnie interesowały.
Gdy bibliotekarz zapytał mnie o powód mojego przyjścia do biblioteki, westchnęłam i wskazałam ogonem miejsce, w którym zostawiłam Asa.
- Tym razem to ja będę nauczycielką – powiedziałam, przewracając wymownie oczami. Basior roześmiał się cicho.
- To jak rozumiem, książki dla dzieci, tak?
Skinęłam głową.
- Dla mnie do nauki były odpowiednie, choć byłam już prawie dorosła, to i dla niego powinny być dobre. Tym bardziej, że zbyt dojrzały to on nie jest.
Nagle gdzieś z prawej strony dobiegł nas krzyk:
- Słyszałem!
Westchnęłam głośno i wbiłam wzrok w wysoki sufit.
- No właśnie – mruknęłam, co wywołało rozbawione parsknięcie u mojego rozmówcy. – Chyba lepiej już pójdę. Chciałabym wrócić do domu przed świtem.
Daire odpowiedział mi skinieniem głowy i życząc wspaniałej lektury oraz sukcesywnej nauki, wrócił spojrzeniem do książek, z którymi właśnie coś robił. Ja natomiast skierowałam swoje łapy prosto do wysokiego regału. Szybko zdecydowałam się na jedną z tych krótkich opowiastek, które próbowałam czytać na samym początku mojej przygody z książkami. Ta opowiadała o małym wróblu, który po tym jak zobaczył papugę, zapragnął zmienić swoje upierzenie na bardziej kolorowe. Choć dziwna, historia była bardzo urocza.
Z książką w pysku, skierowałam kroki w stronę miejsca, w którym zostawiłam mojego przyjaciela, tak naprawdę wiedząc, że nie ma go w nim już od chwili, w której tylko się odwróciłam. Nie odpowiadało mi jednak szukanie go po całej, dość rozległej bibliotece. Z tego powodu położyłam książkę na ziemi i czekałam w ciszy, aż samiec postanowi się pojawić.
W pewnym momencie usłyszałam głos Asa i zaraz po nim odpowiedź bibliotekarza. Nie byłam w stanie zrozumieć słów, lecz szybko domyśliłam się sensu rozmowy, gdy usłyszałam charakterystycznie głośne kroki mojego przyjaciela.
- Wreszcie – powiedziałam, pochylając się, by złapać książkę w pysk. Jak zawsze zajęło mi to trochę czasu, co tym razem szczególnie mnie irytowało ze względu na rozbawione spojrzenie Asgrima. W końcu całkiem zirytowana wyprostowałam się i zmierzyłam wilka groźnym spojrzeniem. – Myślisz, że to takie proste? Może zobaczymy, jak tobie pójdzie z podniesieniem tej książki, co?
As wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i wzruszył ramionami.
- Dobra. Zakład, że dam radę zrobić to w krótszym czasie, niż trwały twoje nieudane próby?
Uniosłam brwi do góry, by po chwili skinąć głową. Co mi szkodziło?
Basior uśmiechnął się jeszcze radośniej i kazał mi zacząć liczyć, co postanowiłam zrobić. Gdy tylko powiedziałam: „jeden”, samiec zamknął oczy, a gdy dotarłam do dziewiętnastu przede mną siedział młody mężczyzna o cynamonowych włosach i szaroniebieskich oczach.
Zanim zdążyłam to jakoś skomentować, ten podniósł książeczkę z pomocą swoich dłoni, która wydawała się w nich znacznie mniejsza niż w rzeczywistości.
- Ale… - zaczęłam niepewna, co dokładnie chciałam powiedzieć. Byłam zirytowana i zaskoczona sprytnym pomysłem basiora – To oszustwo.
Na ludzką twarz Asa wstąpił wesoły uśmiech.
- Nie ustaliliśmy sposobu, w jaki miałem ją podnieść – roześmiał się i pochylił w moją stronę, by potargać mnie po głowie. Nadal zszokowana nie zdążyłam cofnąć się na czas i poczułam jego dłoń czule tarmoszącą moją sierść. Było to całkiem przyjemne uczucie, jednak duma nie pozwoliła mi na pozwolenie mu na to zbyt długo, więc po chwili wyrwałam się i nie patrząc w jego stronę, skierowałam kroki w stronę czytelni.
As dogonił mnie zaledwie chwilę później, nadal cicho się śmiejąc.
Dureń – pomyślałam, przewracając oczami.
Czytelnia w Bibliotece Barwnej Duszy była naprawdę cudownym miejscem. Pomimo braku okien, bynajmniej nie było w niej ciemno. Mrok rozświetlały poustawiane na niskich stołach lub półkach z ciemnego drewna latarnie oraz zwykłe świece. Nadawały one pomieszczeniu niepowtarzalny klimat, wręcz idealny do zanurzenia się w świecie wybranej przez czytelnika książki. Poza tym wewnątrz można było odnaleźć kilka starych, lecz nadal bardzo wygodnych foteli i sof z wyświechtanym, szkarłatnym obiciem. To właśnie na jedną z takich sof wskoczyłam i usiadłam, owijając ogon wokół łap.
Jakiś czas później, gdy skończył już podziwiać piękno czytelni, As usiadł tuż obok mnie. Następnie położył książkę na swoich kolanach i skierował na mnie wyczekujące spojrzenie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że powinnam się odezwać. Odchrząknęłam nerwowo i zaczęłam:
- Gdy ja się uczyłam, moja opiekunka rysowała znaki na ziemi, by pomóc mi w zapamiętaniu ich kształtu. Niestety, ja nadal nie nauczyłam się pisać, więc będziemy zmuszeni radzić sobie z pomocą tego, co jest zapisane w tej książce – wskazałam pyskiem na kolorową opowiastkę znajdującą się na nogach basio… mężczyzny – To zacznijmy od…
- Jak nazywa się ta książka?
- „Wróbel Antek i kolorowe piórka” – powiedziałam, nawet nie patrząc na okładkę z grubym wróbelkiem i wypisanym czerwoną czcionką tytułem. Znałam ją aż za dobrze.
Wskazałam na pierwszą literę imienia jednym ze swoich pazurów.
- To jest właśnie litera wielka litera „A”. Ten znaczek – wskazałam na ostatnią literę tytułu – również się tak czyta, jednak jest to mała litera. Używa się jej znacznie częściej od wielkiej, która wykorzystywana jest przy zapisie nazw własnych takich jak imiona lub nazwy jakichś miejsc czy na początku zdania. Zdanie zawsze rozpoczyna się z wielkiej litery i kończy kropką.
As pokiwał w zamyśleniu głową.
- Coś mi się kojarzy… - mruknął.
- Następne jest „ą”, które w zapisie jest bardzo podobne do „a”, tyle że posiada ogonek – dla podkreślenia swoich słów, podniosłam i zamachałam delikatnie ogonem, uderzając nim lekko w dłoń chłopaka – Otwórz książkę i jej poszukaj – poleciłam.
As bezzwłocznie zrobił to, co mu nakazałam. Patrzyłam, jak przygląda się w skupieniu każdej napotkanej literze, aż w końcu zatrzymał się na tej odpowiedniej.
- To ta, prawda?
Skinęłam łbem z uśmiechem, nie mogąc powstrzymać dumy. Choć dziecinny, samiec nie był taki głupi, jak mogło się początkowo zdawać.
Może nie będzie tak źle… – pomyślałam i zaczęłam opisywać samcowi kolejną literę w alfabecie.

<Asgrim?>

Uwagi: Pisze się "tę ciszę", a nie "tą ciszę". Powtórzenia.

piątek, 21 grudnia 2018

Od Torance "Szczenię" cz. 6

Luty 2020r.
Kiedy tylko dostrzegłam wysoką sylwetkę Shena, nie mogłam się powstrzymać, by nie rzucić się w jego stronę biegiem. Moje kroki były ciche, jednak gdy zauważyłam siedzącą obok samca niewielką wilczycę o białej sierści, zdałam sobie sprawę, że niepotrzebnie się starałam – nawet stado smoków lądowych nie odciągnęłoby jego uwagi od Navri.
Uśmiechnęłam się na tą myśl. Jako dobra przyjaciółka starałam się wspierać Shena w jego próbach zdobycia serca najmłodszej wilczycy. Owszem, była między nimi spora różnica wieku, ale czyż wśród dorosłych par nie zdarzały się większe? Liczyło się jedynie to piękne uczucie, które – jak miałam nadzieję – pewnego dnia połączy tę dwójkę.
- Hej! - zawołałam, siadając z rozmachem tuż obok Shena i zmuszając go tym samym do przysunięcia się w stronę Navri. - Nie przeszkadzam wam?
Wilczyca skinęła mi głową w odpowiedzi i cicho zaprzeczyła. Niemal w tym samym czasie odezwał się Shen.
- Cześć, Tori – uśmiechnął się w moją stronę Ashe – Może trochę.
Odwzajemniłam uśmiech, postanawiając udawać przed waderą, że był to jedynie żart. Dostrzegłam jednak lekkie rozdrażnienie u basiora, który niewątpliwie chciał spędzić trochę czasu sam na sam ze swoją ukochaną.
- Mówiłem poważnie, idź sobie – wilk próbował uderzyć mnie łapą, ale zdążyłam się uchylić przed jego przyjacielskim atakiem.
- Dobra, dobra. Moment – przewróciłam demonstracyjnie oczami i przyjrzałam się mojej młodej przyjaciółce, która patrzyła na nas z typową dla niej obojętnością – Jak ty z nim tyle wytrzymujesz, co?
Navri wzruszyła ramionami, co wywołało oburzone parsknięcie u najstarszego szczeniaka.
- Zdrajca – mruknął niezadowolony samiec, by po chwili skierować na mnie zniecierpliwione spojrzenie – Coś od nas chciałaś?
- Posiedzieć w miłym towarzystwie, ale to chyba nie jest możliwe – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem, nie biorąc do siebie słów skrzydlatego – Szukam Yuki.
Navri, słysząc jej imię, zdawała się wybudzić z lekkiego letargu. W jej oczach niemal było wypisane pytanie: „po co?”, jednak szybko się opanowała.
- I pytasz się nas? Przecież wiesz, że jej unikamy.
Skinęłam głową zniecierpliwiona.
- No właśnie. Dlatego będziecie wiedzieć, gdzie jej nie ma – odpowiedziałam, jakbym tłumaczyła im różnice między wiewiórką a sarną.
Shen w odpowiedzi pokręcił głową.
- Nie wiem nic.
Westchnęłam nieszczególnie zadowolona i pospiesznie się żegnając, odeszłam szukać dalej mojej cudownej opiekunki, która powinna już dawno wrócić do naszej jaskini. Od jakiegoś czasu samica wracała do jaskini co raz później. Niestety, gdy pytałam o powód jej spóźnień, ta zbywała mnie jedynie nieprzyjemnym komentarzem.
Tego dnia szczególnie zależało mi na obecności Yuki – w końcu obiecała mi skontrolować moje postępy w nauce czytania, które tak mnie zainteresowało ostatnimi czasy. Po tym jak zaczęłam odróżniać wszystkie literki oraz poprawnie je nazywać – było to znacznie trudniejsze, niż mogłabym się tego kiedykolwiek spodziewać – przystąpiłam do samodzielnych ćwiczeń pod nieobecność samicy, a dzisiaj...
W oczach stanęły mi łzy. Było mi tak przykro, że wilczyca o mnie zapomniała. Może stwierdziła, że skoro uzyskała nade mną pełne prawa opieki, to nie musi się już tak starać? W końcu zaczęła się spóźniać niedługo po zdaniu relacji Alfie z moich pierwszych dwóch miesięcy jako jej podopieczna.
Zrezygnowana postanowiłam jednak przerwać poszukiwania i wrócić do jaskini, by tam poczekać na ciemnoszarą samicę.

- Gdzie byłaś? - usłyszałam przerażająco lodowaty głos, gdy tylko postawiłam łapę w jaskini. Wzdrygnęłam się, słysząc go. Już od dawna nie używała go względem mnie...
- Szukałam cię – powiedziałam cicho, czując jak moja sierść zaczyna się jeżyć pod naporem jej surowego spojrzenia. Uśpiona obawa przed wilczycą nagle całkiem przejęła moje myśli.
- Byłam cały czas tutaj.
Skinęłam pospiesznie głową i starając się opanować delikatnie drżenie, które wstrząsało moim ciałem, usiadłam w pobliżu Yuko
- Następnym razem masz czekać do mojego powrotu, jasne? - spytała, już nieco mniej groźnym tonem. 
- D-dobrze. - wyjąkałam nadal przestraszona.
Yuki przyjrzała mi się spod zmrużonych powiek, by po chwili potrząsnąć lekko łbem i podejść do stosu książek, które polecił mi bibliotekarz. Obserwowałam jak przegląda je i prycha, gdy spostrzegła najgrubszą z wypożyczonych powieści, która – według opisu – miała opowiadać o miłości dwójki młodych elfów. Nie mogłam się doczekać, by zacząć ją powoli wertować, ale... Chyba wolałabym, żeby w tym momencie nie stała nade mną moja opiekunka.
W końcu wilczyca wybrała jedną z książek z krótkimi opowiadaniami i dała mi znak, żebym się zbliżyła.
Usiadłam tuż obok Yuki, by jak najlepiej widzieć zapisane w środku zbioru litery. Czułam na sobie nadal chłodny wzrok wilczycy, gdy uważnie podważałam pazurem okładkę. Otwieranie i przewracanie stron książek było najgorsze w całym tym czytaniu. Wilcze łapy całkowicie się do tego nie nadawały, a wątpiłam, by kiedykolwiek udało mi się zmienić w człowieka. W końcu dopiero co odkryłam w sobie jakąkolwiek moc, a zaledwie za kilka miesięcy kończyłam naukę w szkole.
- „Tru...jąca” - przeczytałam powoli nagłówek i zerknęłam na Yuko, która w odpowiedzi jedynie wzruszyła ramionami. Widocznie nie miała zamiaru powiedzieć mi, czy popełniłam jakiś błąd. Westchnęłam cicho i ponownie spojrzałam na czarne znaki. - „Słyszała ci... ciszy... szelest, dźwiąk rozsu... rozsu-wa-ją-cej sią pod jej naborem ziemi. Czuła ją wo...kół siebie i oddyszała głąboko, wyo...bra...żając sobie świat”. Jest dobrze?
Yuko tylko westchnęła poirytowana.
- Co robiłaś przez ostatnie tygodnie?
- Czytałam...? - odpowiedziałam cicho, niepewna czy powinnam w ogóle się odzywać.
- Ach tak? Czytałaś? - powtórzyła po mnie samica, unosząc w niedowierzaniu brwi. - Nie nazwałabym tego czytaniem.
Stwierdziłam, że najrozsądniejszym wyborem będzie pozostanie w milczeniu. Wolałam nie denerwować dodatkowo mojej opiekunki.
Obserwowałam w ciszy, jak wilczyca mruży oczy i przeklina pod nosem. Nie skupiałam się na słowach, którymi mnie określała, a jedynie jej kąśliwym i pełnym niezadowolenia głosie.
Po jakimś czasie zamilkła, by dosłownie chwilę później westchnąć.
- Po pierwsze, ta litera – wskazała pazurem na odpowiedni znak, by po chwili pokazać kolejny – a ta, to dwie różne i wymawia się je w inny sposób. „E” z ogonkiem czytamy jako „ę”, a nie „ą”. Zapamiętaj to w końcu.
Skinęłam głową.
- „Ę” - powtórzyłam po samicy.
- I nie spiesz się tak bardzo. Lepiej przeczytać wolniej, ale dobrze, niż szybko i błędnie - poradziła samica – Teraz powiedz mi jeszcze, co robiła bohaterka tego opowiadania.
Zaskoczona pytaniem, którego się nie spodziewałam, zamknęłam oczy i próbowałam przypomnieć sobie, co przed chwilą przeczytałam. Po chwili odezwałam się trochę niepewnie:
- Wychodziła z ziemi?
- Pytasz czy odpowiadasz?
- Odpowiadam – powiedziałam, starając się brzmieć możliwie jak najbardziej pewnie – Wychodziła z ziemi i wyobrażała sobie świat. Nie rozumiem tego. Co ona robiła w tej całej ziemi? I czemu musiała sobie wyobrażać świat. Nie widziała go wcześniej?
Yuki wzruszyła ramionami.
- Tego prawdopodobnie dowiemy się w dalszej części opowiadania. Dobrze, że choć czytasz z karygodnymi błędami, rozumiesz najważniejsze rzeczy. Gdyby nie to, to już całkiem straciłabym nadzieję odnośnie twojej edukacji.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc w ogóle się nie odezwałam. Przez kilka chwil trwałyśmy w takiej niezręcznej ciszy, jedynie patrząc sobie w oczy. Ciekawiło mnie o czym myślała dorosła wadera, jednak zanim zdążyłam skupić się na wykrywaniu emocji, ta odchrząknęło trochę niezręcznie i poprosiła mnie – należałoby raczej powiedzieć, że kazała. Yuki praktycznie nigdy nie prosiła – żebym przeczytała jeszcze raz, powoli i dokładnie pierwszy akapit.
Nachyliłam się nad książką i zaczęłam powoli wyszeptywać zapisany w opowiadaniu tekst.
- „Słyszała cichy szelest, dźwięk rozsuwającej się pod jej naporem ziemi. Czułą ją wokół siebie i oddychała głęboko, wyobrażając sobie świat.” - przeczytałam powoli, lecz pewnym głosem. 
Gdy skończyłam wymawiać ostatnie słowo, podniosłam wzrok na nauczycielkę polowań. Wilczyca skinęła mi głową, a ja wyczuwałam cichą, niemal niezauważalną dumę. Yuki była ze mnie dumna. Ta myśl sprawiła, że nie potrafiłam powstrzymać szerokiego uśmiechu wstępującego na mój pysk.

Uwagi: Zgubione słowo.

czwartek, 29 listopada 2018

Od Torance "Szczenię" cz. 5

Grudzień 2019r.
Odkąd zamieszkałam z Yuko miałam problemy z odnalezieniem się. Wilczyca miała wiele zajęć i często do jaskini wracała dopiero wieczorem, więc jeśli nie chciałam siedzieć sama w przestronnej grocie nauczycielki, musiałam spędzać dnie poza nią. Niby logiczne, a jednak, gdy pewnego dnia Yuko wyszła na polowanie i zostałam sama, byłam nieźle przerażona. Obawiałam się, że coś zepsuję, pomieszam, narządzę jakichkolwiek szkód i moja opiekunka najpierw boleśnie się na zemści, by potem mnie oddać do Sohary, za którą tęskniłam, ale… Lubiłam uczyć się liczyć z Yuko, odkrywać, że groźna nauczycielka nie jest taka zła, mieć własną opiekunkę. Nie chciałam się z tym rozstawać po zaledwie kilkunastu dniach.
W każdym razie z obawy przed naruszaniem ładu jaskini błąkałam się po terenach watahy. Często też odwiedzałam Soharę oraz Shena, którzy ciągle wypytali mnie, czy Yuki mnie dobrze traktuje. Żadne z nich nie ukrywało, że nie miało do niej wielkiego zaufania. Zwłaszcza Shen suszył mi łeb, że niepotrzebnie się zgadzałam i będę tego jeszcze żałować. Zbywałam jego uwagi uśmiechem, jednak w głębi duszy jego słowa poruszały moją strunę podejrzliwości oraz strachu przed nauczycielką polowań.
- Chciałbym w końcu odkryć swoją moc… - jęknął któregoś wieczoru Ashe.
Odłożyłam na bok wskazane przez nowego przyjaciela liście, które mieliśmy przygotować na najbliższą lekcję z tworzenia eliksirów i przyjrzałam się żałosnej minie basiora.
- Odkryjesz ją – powiedziałam, uśmiechając się.
- Aha. Pewnie będzie jakaś okropna jak na przykład rozmowa z gołębiami.
Zmarszczyłam brwi.
- Gołębiami?
Wilk przytaknął szybko.
- No wiesz… Z tymi okropnymi ptaszyskami, które chyba są wśród ludzi. Powinnaś je znać. – przyjrzał mi się spod zmrużonych oczu.
W odpowiedzi machnęłam łapą z niecierpliwieniem.
- Wiem, co to gołębie. Po prostu rozmowa z tymi ptakami mogłaby być bardzo pouczająca. Mógłbyś się tyle dowiedzieć o świecie ludzi! – mogłabym się założyć, że moje oczy rozbłysły. Choć lepiej było nie mówić tego na głos, to wiele bym dała za możliwość dowiedzenia się, co się działo w Mieście…
- Co mnie obchodzi ich świat? Wolę żyć jako wilk z dala od ludzi, a nie jak jakiś kundel… - burknął niezbyt zadowolony samiec, a ja wstrzymałam powietrze i odruchowo od niego odskoczyłam. Co prawda nasze relacje się poprawiły, ale gdy tylko wspomniał o psach, w mojej głowie odtworzyły się dziesiątki obelg, które słyszałam pod swoim adresem od moich wilczych krewniaków.
Shen dopiero po chwili zdał sobie sprawę z sensu swoich słów i przeprosił. Niemniej nie potrafiłam zmusić się do wykonania kroku w stronę samca. Zauważywszy to, westchnął i zerwał kilka kwiatów jakiejś rośliny. Między nami zaległa cisza.
- Poza tym... Boję się gołębi – powiedział w pewnym momencie basior, a ja zaskoczona zwróciłam pysk w jego stronę.
- Gołębi? Mówisz serio?
Wilk szybko pokiwał głową, by po chwili umknąć w swoją stronę z zawstydzonym uśmiechem na pysku.
Obserwowałam jego znikającą za drzewami Magicznego Ogrodu sylwetkę. Nie biegłam za nim. I tak nie miałam szans – wychowany w dziczy samiec był znacznie szybszy. Zamiast tego zebrałam swoje roślinki i ruszyłam w stronę miejsca, które kusiło mnie odkąd tylko zaczęłam lekcje liczenia z Yuko.

Owszem, słyszałam, że nasza biblioteka jest większa niż może się to wydawać z zewnątrz oraz nadzwyczajnie piękna, ale chyba nic nie mogło przygotować mnie na to, co znalazłam w środku. Regały zdawały się ciągnąć w nieskończoność, a drzewa nieznanego mi gatunku – cóż za nowość! – zachwycały swoim wyglądem. Jedyne, co mi się nie podobało, to nieco zatęchły zapach, ale biorąc pod uwagę, że podobno biblioteka była niezwykle stara, to nie powinnam narzekać.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby mi pomóc w odnalezieniu czegoś odpowiedniego. Sama nie potrafiłam czytać – ba! Nawet nie znałam żadnych znaków, jeśli nie liczyć tych składających się na moje imię, które widniało na zawieszce przy mojej obroży. W sumie to nawet nie wiedziałam, czy po tylu miesiącach i je potrafiłabym rozpoznać… Wracając; sama nie potrafiłam czytać i na pewno nie zdołałabym odnaleźć się w tym niezwykłym miejscu, a co dopiero znaleźć coś w odpowiednim języku!
Po jakimś czasie dostrzegłam biurko, za którym siedział jakiś wilk. Nie znałam go.
- Dzień dobry! – zawołałam, biegnąc w jego stronę.
Wilk podniósł łeb i zmierzył mnie spojrzeniem od łap po czubek uszu.
- W bibliotece należy zachować ciszę – powiedział, a ja poczułam jak robi mi się wstyd. Co za wtopa… - Dzień dobry.
- Przepraszam… Ja jeszcze nigdy nie… Nie wiedziałam… Naprawdę bardzo przepraszam – mówiłam napędzana wstydem. Wilk słysząc moje tłumaczenia, roześmiał się cicho.
- Nie szkodzi i tak nikogo dzisiaj nie ma. Szukasz czegoś szczególnego?
Podniosłam na niego wzrok.
- Och. No tak. Ma pan tutaj może coś odpowiedniego do nauki czytania?
Bibliotekarz zamyślił się, by po chwili dając mi znak ogonem, że mam podążać za nim, zagłębił się między regały z książkami. Podążałam za nim krok w krok, jednak nie mogłam powstrzymać się przed rozglądaniem się dookoła. Zapach starych ksiąg przestał mi przeszkadzać, nawet stał się w jakiś sposób fascynujący – w końcu jaką niesamowitą wiedzę i jakie interesujące historie muszą mieć w sobie te wszystkie stare książki? Gdybym tylko umiała je jeszcze odczytać…
- Ile masz lat? – odezwał się w pewnym momencie wilk.
- Prawie dwa lata – odparłam nieco zaskoczona pytaniem.
Bibliotekarz zmierzył mnie spojrzeniem bystrych oczu.
- Nie wyglądasz – powiedział tylko i wrócił do przeglądania nowszych książek. Po kilku chwilach wyciągnął zębami jedną z tomiszczy i położył ją przede mną. – Może być odrobinę infantylna, ale to właśnie książki dla dzieci są najlepsze do nauki. Są proste oraz mają duże litery. Gdy już nauczysz się czytać, chętnie pomogę znaleźć ci coś bardziej odpowiedniego do twojego wieku.
- Dobrze. Dziękuję – powiedziałam, chwytając książkę w zęby. Już miałam kierować się do wyjścia, gdy wilk zwrócił się do mnie, ochraniając mnie tym samym przed kolejną fantastyczną wpadką.
- Zanim wyjdziesz, musimy założyć ci kartę.
Powiedziawszy to, wilk wrócił do swojego stanowiska. Następnie zmienił swoją postać na ludzką i wyjął jakąś kartkę oraz coś, co nazywało się chyba krótkopisem.
- Należysz do Watahy Magicznych Wilków, prawda? – spytał, a gdy przytaknęłam, zapisał coś na tej kartce. Obserwowałam ruchy jego ludzkiej dłoni całkowicie zafascynowana. Nie były może tak płynne jak Piotrka, ale wiedząc, że jego prawdziwą formą był wilk… Nie potrafiłam powstrzymać podziwu, że udało mu się nauczyć tak zgrabnie pisać. – Imię?
- Pełne?
Przytaknął, na co westchnęłam. Nie lubiłam swojego pełnego imienia.
- Torance.
Bibliotekarz podniósł na mnie wzrok i westchnął.
- Pewnie nie wiesz, jak to się pisze... – mruknął bardziej do siebie niż do mnie. Nie potrafiłam jednak powstrzymać się przed odpowiedzią.
- Wiem. Jest zapisane tutaj – zrobiłam zeza, wskazując tym samym na moją obrożę.
Człowiek w odpowiedzi się uśmiechnął i kazał mi zbliżyć się do niego, co bezzwłocznie zrobiłam. Po chwili przepisał moje imię i zapytał mnie jeszcze o dokładny wiek oraz czy mam opiekuna. Gdy skończył wypełniać kartę, podniósł książkę, którą położyłam na ziemi niedaleko biurka i zaczął coś jeszcze bazgrać na znajdującej się wewnątrz kartce.
Po jakimś czasie pokazał mi moją kartę oraz wręczył zdobytą książkę. Zanim wyszłam, kazał mi jeszcze obiecać, że oddam ją przed moimi drugimi urodzinami, które przypadały w następnym miesiącu. Złożyłam szczerą przysięgę, która wywołała delikatny uśmiech na pysku bibliotekarza.

Czułam na sobie wzrok mojej opiekunki, jednak starałam się tym nie przejmować i jak gdyby nigdy nic przyglądałam się obrazkom, znajdującym się w książce. Wszystkie były bardzo ładne i kolorowe, jednak najbardziej przypadł mi do gustu ten, na którym kobieta ubrana w różnego rodzaju rośliny zdawała się iść tanecznym krokiem po polanie i sypać kwiaty. Nad nią leciały wielkie ptaki, a w ich dziobach tkwiły przybory, z których pomocą ptaszyska malowały tęczę. Gdy przyglądałam się temu obrazkowi, czułam jakiegoś rodzaju nadzieję i radość, która zdawała się napływać. Kojarzył mi się z wiosennym odrodzeniem, które tak uwielbiałam, więc chyba nic dziwnego, że to właśnie on skradł moje serce.*
Moje rozmyślenia przerwał chłodny głos nauczycielki polowań.
- Umiesz czytać?
Automatycznie poderwałam łeb i spojrzałam w jej stronę. Yuki przyglądała mi się spod zmarszczonych brwi,
- Nie.
Na pysku wilczycy zaigrał uśmiech, który zniknął jeszcze szybciej, niż się pojawił.
- Rozumiem w takim razie, że wypożyczyłaś książkę, żeby pooglądać obrazki?
- Tak właściwie to... - zaczęłam z uśmiechem, wpływającym na mój pysk.
- Zaczynam żałować, że adoptowałam właśnie ciebie – przerwało mi burknięcie. Gdy tylko je usłyszałam, uśmiechnęłam się najweselej, jak umiałam.
- Czyli mnie nauczysz? Proszę, proszę, proszę!
Wadera przewróciła oczami i mrucząc coś, co raczej nie było odpowiednie dla uszu szczeniaka, wskazała łapą miejsce obok siebie. Bez zastanowienia pochwyciłam książkę i podbiegłam do wilczycy. Następnie zostawiłam moją wspaniałą zdobycz tuż przed łapami Yuko i usiadłam tuż obok niej, stykając się z nią bokiem. Nauczycielka zesztywniała pod moim dotykiem, by dopiero po kilku chwilach się rozluźnić i odetchnąć. Nie wiedziałam, czemu tak zareagowała. Przez myśl przebiegło mi, że może się mnie brzydzi, jednak szybko porzuciłam ten pomysł. Gdyby tak było, nigdy by mnie nie przygarnęła.
Obserwowałam, jak samica przebiega wzrokiem litery, by po chwili prychnąć.
- Nie jesteś na takie książki zbyt młoda? - spytała, a ja zmarszczyłam brwi.
- Bibliotekarz powiedział, że to dla dzieci... - powiedziałam niepewna, co miała na myśli moja opiekunka – Mówił, że jak już nauczę się czytać, to pomoże znaleźć coś dla starszych.
Wilczyca uniosła brwi.
- Sama się nauczysz?
- Że jak już moja najwspanialsza opiekunka mnie nauczy – poprawiłam się szybko. - Lepiej?
Yuki mruknęła coś w odpowiedzi i jeszcze raz przyjrzała się kolorowej stronie.
- Spróbuj to przeczytać.
Poczułam, jak ulatnia się ze mnie całe powietrze.
- C-co? Ale ja...
- Spróbuj – powtórzyła opiekunka, a ja nie mogąc powstrzymać nerwowego drżenia, zbliżyłam się do książki i przyglądałam się czarnym szlaczkom, które nic a nic mi nie mówiły.
- Eeee... To tutaj jest taka kobieta i kwiaty, i ptaki, i...
Przerwało mi przepełnione irytacją westchnięcie.
- Wiesz w ogóle co to jest litera?
- Jeden czarny szlaczek – odpowiedziałam bez zastanowienia.
Yuki skinęła głową.
- Czemu on odpowiada?
- Nie wiem...
- Głosce – powiedziała, a gdy dostrzegła, że słowo to nic mi nie powiedziało, westchnęła – Głoska to jest to, co wymawiasz.
Wilczyca odsunęła się i zaczęła rysować pazurem jakiś znak w piasku. Był to tak jakby trójkąt, z tą różnicą, że dwa jego boki wystawały poza jedną z linii. Szybko obok tego znaku pojawił się następny, który rozpoznałam jako jeden z tych, który znajdował się na zawieszce przy mojej obroży.
- To jest litera „a”. Występuje ona w dwóch wariantach. Na początku zdań, imion lub nazw takich jak Zielony Las zapisuje się ją w taki sposób. Takie litery nazywamy „wielkimi” – Yuki wskazała na przedłużony trójkąt, by następnie wskazać na ten drugi znak. - Gdy wyraz jest w środku zdania lub „a” znajduje się w środku czy końcu wyrazu, zapisujemy je „małymi literami”.
Przyglądałam się w literze w najczystszym skupieniu. Tak, jak to było, gdy zaczęłam naukę u wilczycy, starałam się wyryć znak w swojej pamięci.
- Ile ich jest? Tych liter?
- Trzydzieści dwie znajdujące się w alfabecie naszego języka oraz trzy dodatkowe, które można znaleźć w imionach. Są jednak jeszcze dwuznaki oraz...
- O Losie... - mruknęłam, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. Zapowiada się przed nami naprawdę wiele pracy...

Nie omówiłyśmy nawet połowy alfabetu, a mi już pękała głowa. Yuki zauważywszy, że powoli przestaję kontaktować ze światem, zarządziła koniec na dziś i kazała mi iść spać. Próbowałam protestować, jednak wiedziałam, że nawet gdybym patrzyła całkowicie przytomnie, nie miałam szans wygrać z Yuko. Moja opiekunka potrafiła być niesamowicie stanowcza. Udało mi się jednak wywalczyć niechętną obietnicę, że wrócimy do nauki czytania następnego dnia. Było to moim największym sukcesem tego wieczoru.
- Dobranoc – mruknęłam, układając się w kulkę w jednym z kątów jaskini.
- Dobranoc.

C.D.N.

* Opis inspirowany prawdziwym obrazkiem z jednej z książek dla dzieci. Nie pamiętam niestety tytułu, ani zbyt wielu szczegółów. Wiem jedynie, że była to jedna z tych kwadratowych książeczek z krótkimi, często rymowanymi opowiastkami oraz, że ta opowiadała o wiośnie. Była to jedna z moich ulubionych ;)

Uwagi: Zamiast czasownika błędnie użyty imiesłów.

wtorek, 18 września 2018

Od Torance "Nauczycielka na pół etatu" cz. 2

Kwiecień 2021r.
Przyglądałam się jaskini, w której zaledwie miesiąc temu zamieszkał Asgrim. Był to tak krótki czas, a jednak już na pierwszy rzut oka było widać zmiany. Wąska, praktycznie zarośnięta ścieżka zmieniła się w dobrze wydeptaną dróżkę, którą mój narwany przyjaciel przechodził dziesiątki razy dziennie. Brzydkie chaszcze po bokach zostały mniej-więcej uprzątnięte już dawno temu i teraz wszystko wokół wyglądało znacznie bardziej przyjaźnie.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie wysokiej, ludzkiej sylwetki mojego przyjaciela. Odkrył ją stosunkowo wcześnie i twierdził, że dłonie są znacznie bardziej przydatne w takich sprawach jak plewienie, niż łapy i zęby. Niechętnie musiałam mu przyznać rację – szło mu znacznie sprawniej niż mnie.
Zerknęłam na niebieskie, w kilku miejscach zakryte ładnymi, białymi chmurami, niebo. Przyszłam dzisiaj nieco wcześniej i strasznie mi się nudziło. Nie miałam jednak odwagi zajrzeć do przytulnej groty mojego przyjaciela, więc siedziałam nieopodal, rozglądając się wokół.
W końcu usłyszałam kroki. Odwróciłam szybko łeb, by zobaczyć skradającego się Asgrima. A przynajmniej próbującego się skradać.
- Za głośno – skomentowałam, wstając.
Na pysk samca wstąpiło niezadowolenie.
- Nigdy cię nie przestraszę, co? - mruknął.
- Codziennie mnie przerażasz.
Wilk zmarszczył czoło nieco zdezorientowany.
- Co? Jak?
- Myślisz, że widok twojego krzywego pyska jest przyjemny? - zapytałam, marszcząc nos. As nie odpowiedział, tylko przesłał mi groźne spojrzenie. Miałam nadzieję, że go nie obraziłam. Praca w nim w takiej sytuacji nie należała do przyjemnych.
As zbiegł najszybciej jak umiał – a to oznaczało wolno – i próbował się na mnie rzucić. Postanowiłam się nie dać i odsunęłam się, unikając tym samym ataku. Wilk próbował się zatrzymać, jednak potknął się o własne łapy i już po chwili leżał na ziemi.
Zmierzyłam go rozbawionym spojrzeniem, gdy próbował się podnieść.
- Naprawdę myślałeś, że ci się uda? - spytałam, tłumiąc śmiech.
- Ćwiczyłem... - mruknął, wstając. - Gdzie dzisiaj idziemy?
Udałam głębokie zamyślenie i wzruszyłam ramionami. Tak naprawdę miałam wszystko zaplanowane już od dawna i wprost nie mogłam się doczekać, gdy będziemy mogli spróbować to zrealizować.
- Myślałam o Jeziorze.
- O nie... - jęknął basior. - Ale nie zamierzasz mnie znowu utopić, prawda?
Uśmiechnęłam się diabolicznie.
- Jeśli dobrze ci pójdzie...
As wzdrygnął się, jak miałam nadzieję, bardziej na żarty niż naprawdę i uśmiechnął. Nawet w obliczu śmierci ze strony tak niewinnej i małej waderki jak ja nie potrafił powstrzymać entuzjazmu.

Po drodze minęliśmy stanowiska, w których można było zdobyć karty. Musiałam przyznać, że nie ciągnęło mnie do nich. Wystarczająco dużo miałam z nimi zabawy podczas wymiany na nagrody oraz tłumaczenie mniej ogarniętym wilkom, że jedna karta z kolekcji nie upoważnia do odebrania przedmiotu, ani że nie mogą u mnie wymienić jakiejś na dowolną, inną. Niby tak oczywiste, ale szybko okazało się, że kilka osób nie ogarniało takich rzeczy... Na moje nieszczęście.
- Próbowałaś już? - spytał w pewnym momencie samiec.
- Czego? - zmrużyłam oczy, nie do końca rozumiejąc pytania.
- Konkurencji, no a czego?
- Ach... Nie i chyba nie spróbuję. Jakoś nie mam ochoty. A ty?
- Nie, ale chcę. Szkoda, że ty nie zamierzasz. Słyszałem o istnieniu jakichś dwuosobowych. Moglibyśmy spróbować.
Zastanowiłam się nad słowami Asa. Choć nie miałam zbytniej ochoty uganiać się za kartami to perspektywa rywalizacji lub właśnie współpracy z moim przyjacielem była całkiem ciekawa.
- Spoko – uśmiechnęłam się – Jak się dowiesz czegoś więcej, to możesz powiedzieć. Raz mogę spróbować.
Staruszek posłał mi podejrzliwe spojrzenie spod przymrożonych oczu.
- Kim jesteś? - spytał, lekko przyspieszając. Bez trudu go dogoniłam. Pomimo tego, że miał znacznie dłuższe łapy, to ja byłam szybsza. Ogólnie miałam znacznie lepszą kondycję. Gdziekolwiek się wychował, nie ćwiczył zbyt wiele.
- Tori, twoja przyjaciółka. Chyba nie wróciła ci amnezja, co? - spytałam, uderzając go ogonem.
- Nie... - zamyślił się, starając się powstrzymać uśmiech, wykwitający na jego pysk – Nie możesz być jednak moją Tori. Za szybko się zgodziłaś na coś takiego.
- Twoją? - uniosłam brwi. Starałam się, by mój głos nie zdradzał zawstydzenia, które mnie uderzyło, gdy basior wypowiedział to słowo. Reszta wypowiedzi trochę mi umknęła.
- Oczywiście. Przecież wiem, jak mnie kochasz.
- Coś ci się pomyliło, skarbie – uśmiechnęłam się, jednak nie mogłam się zmusić by posłać mu tak pasujące do sytuacji pobłażliwe spojrzenie. Zamiast tego dalej zawstydzona odwróciłam wzrok. Chociaż tyle, że mój głos nie wydawał się spłoszony i mogłam normalnie mówić. Dzięki ci, Losie.
Wilk w odpowiedzi prychnął. Czułam na sobie jego rozbawione spojrzenie, jednak wolałam tego nie komentować.
Między nami zapadło milczenie, które trwało nieprzerwanie do chwili, kiedy to stanęliśmy nad taflą ciemnej wody. Bez słowa usiedliśmy przed jeziorem, a ja skierowałam wzrok w dół, obserwując nasze nieco zniekształcone odbicia.
As siedział obok i wpatrywał się w gdzieś w drugi brzeg jeziora. Nie musiałam widzieć jego szaroniebieskich, przypominających mi swoim wyglądem burzowe chmury, oczy, by wiedzieć, że pobłyskują.
Nie potrzebowałam również magii, by wyczuć, że wilk rozmyśla o swoim dawnym życiu. Mówił, że wspomnienia powoli do niego wracają, że pamięta jak się poznaliśmy ten pierwszy raz, jeszcze jako szczeniaki dopiero wkraczające w szkolne życie. Uśmiechnęłam się delikatnie na wspomnienie rozbawionego spojrzenia i nieco nostalgicznego tonu, kiedy mi o tym opowiadał. Żałowałam, że nic z tego nie pamiętałam. W przeciwieństwie do tego, co spotkało mojego przyjaciela, wymazanie moich wspomnień było bardzo dokładne i pomimo upływu wielu lat, wróciło tylko kilka niewyraźnych obrazów, parę głosów i scenek, często całkiem wyrwanych z kontekstu.
Frustrowało mnie to. Miałam tyle pytań, zwłaszcza teraz, odkąd ten idiota przyszedł w towarzystwie Hitama na mój patrol. Czułam, że to wszystko, nasza utrata pamięci jest jakoś powiązana, że zrobiły nam to te same osoby. A na dodatek ten zachrypnięty głos, o którym wspominał Asgrim... Miałam bardzo dziwne przeczucie, że jego właścicielka jest ważna i mogłaby nam całkiem wiele powiedzieć. Dopóki jednak As nie przypomni sobie wystarczająco wiele nie mieliśmy szans na poznanie odpowiedzi na te wszystkie zagadki i tajemnice.
Usłyszałam ciche chrząknięcie. Podniosłam łeb i obróciłam się w stronę mojego przyjaciela, który musiał już jakiś czas temu wyrwać z rozmyślań. Pokręciłam gwałtownie pyskiem, wracając do rzeczywistości.
- Ehm... Ten... - ponownie odchrząknął. - Co robimy?
- Polujemy na ryby – odpowiedziałam i bez zastanowienia wskoczyłam do wody. Starałam się zrobić jak najmniejszy rozprysk, ale cichy okrzyk Staruszka oznaczał, że niekoniecznie mi się to udało.
Po chwili dotarła do mnie pewna oczywistość: woda była zimna. No tak, wiosna dopiero się rozpoczęła i zwykłe źródła nie zdążyły się choć odrobinę ocieplić. Zawsze o tym zapominałam, zwłaszcza, że mieliśmy do dyspozycji gorące źródła Wodospadu.
Wymusiłam uśmiech i zanurkowałam, żeby szybciej przyzwyczaić się do niekoniecznie przyjemnej temperatury. Mój przyjaciel wziął to chyba za zachętę typu: Chodź! Jest tutaj prawie jak przy Wodospadzie!
Wielki, cynamonowy wilk wskoczył do Jeziora, a z jego pyska wyrwał się okrzyk, gdy zderzył się z zimną wodą. Wynurzyłam się i obserwowałam z rozbawieniem jak przebiera łapami.
- Mogłaś powiedzieć, że to nie jest ciepłe! - zawołał, gdy tylko mnie dostrzegł.
W odpowiedzi jedynie wzruszyłam ramionami i podpłynęłam do miejsca, w którym mogłam normalnie stać. Wilk nie przestając marudzić, podążył za mną.
- Nie ruszaj się – poleciłam, gdy znalazłam się w miejscu, gdzie woda sięgała mi połowy łap. As stanął tak, żeby być na podobnej głębokości w stosunku do jego wzrostu.
Oboje zamarliśmy i już po chwili ryby zaczęły nas ignorować, podpływając coraz bliżej. Gdy któraś z nich smagnęła moją łapę, ledwo powstrzymałam się przed drgnięciem. Wiedziałam jednak, że musiałam jeszcze chwilę poczekać.
Raz... Dwa... Trzy!
Wykonałam szybki ruch łapą i jeszcze szybciej zanurzyłam pysk. Już po chwili trzymałam bezskutecznie miotającą się średniej wielkości rybę. Zacisnęłam szczęki, pozbawiając ją tym samym życia i wyszłam na ląd. Zostawiłam moją zdobycz przy brzegu, na kępce niedawno wyrośniętej trawy.
- Teraz ty – spojrzałam na mojego przyjaciela, który przyglądał mi się z lekko otwartym pyskiem.
- C-co? Ale jak?
Westchnęłam i spojrzałam ku niebu. Z prawej strony zaczęły nadchodzić szarawe chmury, zapewne zwiastujące deszcz.
- Musisz poczekać, aż ryby zaczną cię ignorować. Żeby tak się stało nie możesz nawet drgnąć, ani się odezwać. Gdy poczują się wystarczająco bezpiecznie zanurzasz pysk i je łapiesz. Nie umiem tego wytłumaczyć. To trzeba wyćwiczyć – wyjaśniłam.
- Mhm.. „To trzeba wyćwiczyć”... - powtórzył, krzywiąc się. Basior zdecydowanie nie lubił ćwiczyć takich rzeczy.
Otrzepałam się i usiadłam przy brzegu. Widząc, że nie mam zamiaru nic dodać czy też choćby zareagować na jego słowa, samiec westchnął dramatycznie. Następnie skierował wzrok w wodę i zamarł.
Po kilku chwilach zwierzątka podpłynęły do niego. Basior zareagował jak zwykle nieco zbyt impulsywnie i niemal od razu się na nie rzucił. Może by to zadziałało, gdyby nie to, że nie był wystarczająco szybki i zwinny, więc ryby mu uciekły.
Na dźwięk zębów uderzających o zęby, skrzywiłam się.
As wynurzył pysk i wypluł wodę.
- Odczekaj chwilę, zanim zaatakujesz – poradziłam, nie ruszając się z miejsca. Wilk przewrócił oczami, jednak przy najbliższej okazji skorzystał z mojej rady.
Nie dostrzegałam żadnych błędów w jego taktyce. Po prostu brakowało mu wprawy, a do tego potrzebował ćwiczeń. Stwierdziłam, że nie ma sensu, żebym ciągle go obserwowała – nie był szczeniakiem. Sam bardzo dobrze sobie poradzi.
Oddaliłam się kawałek dalej i również weszłam do wody. Postanowiłam również coś upolować dla watahy. Zawsze przyda się trochę świeżego mięsa.

Kilkanaście ryb upolowanych później usłyszałam głośny okrzyk radości. Zwróciłam pysk w stronę miejsca, z którego się wydobywał i dostrzegłam jak ociekający wodą, brązowy wilk odprawia dzikie tańce z sporą rybą w pysku. Uśmiechnęłam się na ten widok. Nareszcie...

C.D.N.

Uwagi: Brak.

sobota, 1 września 2018

Od Torance "Czarne chmury imigrują do nas jak uchodźcy" cz. 8

Listopad 2019r.
Chcę się zemścić w odpowiedni sposób... - słowa te kołatały się po mojej głowie bez przerwy. Byłam przerażona tym, co miało mnie teraz spotkać. Aoki i Moone nie należały do osób, które odpuszczają łatwo, zwłaszcza gdy ich ofiara jest od nich słabsza. Swoją niechęć potrafią pielęgnować wręcz z niesamowitą starannością.
Teoretycznie to były moje przyjaciółki i szczeniaki. Nie posunęłyby się do czegoś takiego jak na przykład morderstwo, ale przemoc psychiczna, od czasu do czasu fizyczna? Jeśli byłaby jakaś lista chętnych, to wilczyce wpisałyby się na pierwsze miejsca. A gdyby te pierwsze miejsca już wcześniej byłyby zajęte, to skreśliły tamtych. Tak, to chyba dobrze obrazuje, czego się spodziewałam...
Podczas biegu nie zwracałam uwagi na to, co mijałam i dokąd mnie to prowadziło. Byłam wykończona, ale byłam gotowa zmusić się do wszystkiego, byle być jak najdalej od moich byłych przyjaciółek.
Policzymy się z tobą, gdy będę zdrowa, zdrajczynio.
Wielokrotnie potykałam się o wystające korzenie, kamienie, stare gałęzie czy po prostu o własne łapy. Póki jednak byłam w stanie biec, nic mnie to nie obchodziło. Liczyło się jedynie, żeby uciec, znaleźć się daleko od Wilczego Szpitalu. By dać radę wykrzesać z obolałych mięśni kolejny krok.
Nie poddawałam się nawet, gdy dopadła mnie kolka, a łapy praktycznie padały ze zmęczenia. Dopiero, gdy wpadłam po brzuch w zaspę śnieżną, postanowiłam przestać. Znajdowałam się chyba dość wystarczająco daleko, żeby nikt mnie nie odnalazł – choćby przypadkiem. Aoki i Moone nie tropiły jakoś bardzo dobrze, więc jeśli postanowiłyby mnie poszukać, sprawdziłyby miejsca, które lubiłam najbardziej – Góry, Wrzosową Łąkę, Wodospad lub po prostu naszą jaskinię. A tutaj? Śnieżny Las był miejscem, w które mało wilków się zapuszczało, zwłaszcza gdy nadchodziła zima. Byłam bezpieczna.
Uśmiechnęłam się nadal niespecjalnie spokojna i wzięłam śnieg do pyska. Był on znacznie czystszy i smaczniejszy od tego znanego mi z Miasta. Gdyby był chociaż troszkę cieplejszy, to nadawałby się na jedną z najlepszych wód, jakie piłam. Hm, jakby się tak zastanowić, to tylko ta u ludzi nie była tak dobra. Na terenach watahy wszystko smakowało o wiele, wiele lepiej.
Nie zmienia to jednak tego, że tęskniłam za dawnym życiem. Brakowało mi głaskania, ciepłego domu, rodziny... Nie miało to sensu, ale traktowałam Piotrka i jego rodziców jak również moją rodzinę. Tak, oni byli ludźmi, ja psem, ale... To miłość, którą widziałam w ich oczach, przyjaźń, którą łączyła mnie z Piotrkiem... To wszystko było prawdziwe i tak wspaniałe...
Rany, chciałabym móc z nim chociaż raz porozmawiać. Zwykły człowiek, którym niewątpliwie był mój właściciel, nie był w stanie zrozumieć słów psa. Ba, nawet magicznego wilka, gdy ten znajdował się w swojej formie wilczej...
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że po moim pysku spływały łzy. Otrząsnęłam się dopiero, gdy kilka z nich spadło na pokrytą śniegiem ziemię. Uniosłam wówczas łapę i zaczęłam ocierać pysk. Nie chciałam płakać. Nie powinnam płakać. Płacz oznaczał słabość, a ja nie mogłam być słaba. Nie teraz. Miałam zamiar jakoś sobie poradzić z pewnymi dwoma zołzami – którymi były. No kto z takiego powodu zaczyna planować zemstę!? - a żeby tego dokonać musiałam wziąć się w garść.
Wygrzebałam się z zaspy, w której nadal się znajdowałam i porządnie otrzepałam. Następnie ruszyłam w stronę centrum watahy. Co prawda byłam wyczerpana, a strach nadal się gdzieś czaił, w każdej chwili gotowy, by przejąć nade mną kontrolę, ale... Zimno, duma i poczucie winy, jeśli Sohara znowu będzie się przeze mnie zamartwiać... Uznajmy, że te kilka rzeczy miało zdumiewającą wręcz siłę przekonywania.

(kilka dni później)
Aoki nadal nie wracała. Podobno w ranę wdało się jakieś zakażenie i potrzebna jest jej stała opieka. Gdyby była dorosła, wysłaliby ją z zapasem ziół i kazali samej się leczyć. Wilczyca była nadal szczeniakiem i musiała tam zostać na przynajmniej kilka następnych dni. Moone z tego powodu była niezadowolona, Navri jak zwykle nic nie zdawało się ruszać, a Shen próbował maskować uśmiech, gdy czarna wadera opowiadała nauczycielom o stanie swojej najlepszej przyjaciółki.
Och, byłam jeszcze ja, no nie? To w takim razie ja czułam wręcz nieopisaną ulgę. Chociaż smutno mi się robiło na myśl, że aktualnie jedynym szczeniakiem, który się do mnie odzywał był As, który i tak znikał co jakiś czas. Ćwiczył jakieś zabezpieczenia przed czytaniem myśli i tak dalej. Według niego szło mu perfekcyjnie, ale nie miałam pewności... Kilka razy nawet mi udało się przedrzeć przez jego bariery ochronne, czy jak to powinnam nazywać.
Niby mogłabym pogadać z Shenem, ale od pamiętnych odwiedzin u Aokigahary nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Tak naprawdę to w ogóle. Wyglądało na to, że oboje chcieliśmy wykonać jakiś krok, ale każde z nas się bało. No i kończyło się to na niezręcznej ciszy, pełnej wielu niewypowiedzianych słów, które ktoś w końcu musiał skierować do drugiej osoby. A jak wspominałam, żadne z nas nie kwapiło się do tego.
W końcu, gdy As nie odzywał się już prawie cały dzień, nie dałam rady znieść samotności. Potrzebowałam rozmowy, ba, chociażby obecności kogoś innego niż ja sama lub Sohara. Niestety, nadal nie byłam w stanie odezwać się do Shena, a samo zbliżenie się do Moone pozbawiało mnie tchu z nerwów, więc zostało mi jedynie zagadać do Navri. Jeśli i ona mnie przegoni, to trudno. W sumie nawet bym się nie zdziwiła.
Cały ranek próbowałam zmotywować się do podejścia, ale cały czas był przy niej Shen. W końcu, po długiej przerwie, gdy biała samica zjawiła się już w jaskini - w której mieliśmy mieć zajęcia ze względu na obfity deszcz - a Shen nie nadchodził, zebrałam się w sobie.
Podeszłam do niej na uginających się z nerwów łapach. Niby nie miałam nic do stracenia, ale... Rany, chyba jej zdanie obchodziło mnie bardziej niż myślałam. Nie chciałam usłyszeć uprzejmego, lecz zdecydowanego „Nie chcę z tobą rozmawiać” czy czegokolwiek innego w tym stylu.
Już miałam się wycofać, gdy samica zauważyła, że się zbliżam i skierowała w moją stronę wzrok. Jej mina była jak zwykle obojętna i poważna, jednak gdzieś tam kryło się zaciekawienie. Dobrze skrywane, ale jednak nie wystarczająco.
- Em... Hej? - mój głos był trochę wyższy niż zwykle, zabarwiony emocjami. - Mogę się dosiąść?
- Cześć. Tak – skinęła głową wilczyca.
Powoli usiadłam w pewnej odległości od niej, czego samica zdawała się nie zauważać.
- Nie przeszkadzam ci? - spytałam w każdej chwili gotowa, by się zerwać i odejść.
Navri w odpowiedzi wzruszyła ramionami, a ja poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Czy to ten moment?
- Nie.
- Wiedziałam... Przepraszam cię, już i... - zaczęłam, spuszczając uszy. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens jej odpowiedzi. - Co? Poważnie?
Samica skinęła głową, mrużąc przy tym oczy, jakby chciała dostrzec, czemu tak zareagowałam. Mnie natomiast zaczęła zalewać ulga i radość. Rany, Navri – Navri, z którą praktycznie nie rozmawiałam, trzymając się z wilczycami, które bynajmniej nie darzyły ją sympatią – nie miała nic przeciwko, żebym chociaż się do niej zbliżyłam. Czułam w tym momencie taką radość, że ledwo powstrzymałam się, żeby jej nie przytulić.
No i w tym właśnie momencie zauważyłam zbliżającą się w naszą stronę sylwetkę pewnego skrzydlatego szczeniaka płci męskiej. Na pysku Shena widniał uśmiech, jednak ja dostrzegałam jego zdziwienie. Nie ogarniał, czemu siedziałam tuż obok Navri, ale zdawało się, że moja obecność mu nie przeszkadzała.
- Cześć, Navri. Cześć, Tori – powiedział, siadając po mojej lewej, a prawej Navri, tworząc przy tym jakiś dziwny trójkąt.
Navri odpowiedziała kiwnięciem głowy i delikatnym uśmiechem, na co samiec wyszczerzył się jeszcze bardziej.
- Hm... Cześć... Shen? - zdecydowanie miałam problemy z wysłowieniem się. Obecność basiora była w tym momencie znacznie bardziej onieśmielająca, niż samych Alf.
- Co?
- Przepraszam, że wtedy... Wiesz, gdy byliśmy u Aoki... Nie poszłam za tobą – mówiąc to, skuliłam się.
Shen natomiast posłał mi dziwne spojrzenie i... roześmiał się?!
- Wyluzuj, Tori. Nie mam ci tego za złe. Przynajmniej nie aż tak jak myślisz.
- N-nie masz? - powtórzyłam, zerkając na Navri, która przyglądała się wszystkiemu ze skrywanym zaciekawieniem.
Wilk pokręcił łbem z uśmiechem, a ja westchnęłam z ulgą i nie mogąc powstrzymać radości, przytuliłam go. Ku mojemu zaskoczeniu ten nie odskoczył, a na dodatek delikatnie opatulił mnie łapą, gdy wyrwał się z chwilowego oszołomienia. Było to nieco dziwne, ale... Kogo to obchodziło?
Na Eydis... Nie ma mnie przez niecałą dobę, a ty już obściskujesz się ze Skrzydlatym... - słysząc ciche westchnięcie Asa, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Odsunęłam się od basiora i usiadłam na swoim miejscu. No może trochę bliżej Navri i Shena, ale to nie było tak ważne.
Skoro wrócił ten idiota... - pomyślałam.
Hej, wypraszam sobie! Wybaczę ci tylko dlatego, że jesteś moją małą przyjaciółeczkę i widziałem, że tęskniłaś.
Hę? Co? Jak? - posłałam pytania. Byłam z lekka zdezorientowana.
Czytanie wspomnień – wyjaśnił samiec, a ja mogłabym się założyć, że wzruszył przy tym ramionami.
Mhm. Ekstra. Wiesz, że tak się nie robi?
Zamiast odpowiedzi, usłyszałam ciche prychnięcie. Cudem powstrzymałam się, żeby nie wywrócić oczyma. Drań, ale skoro on wrócił oraz już całkiem pogodziłam się z Shenem, a nawet pogadałam z Navri, która okazuje się mnie tolerować... Powiedzmy, że czułam ulgę oraz chęć do życia. Może jednak coś miało się ułożyć? Może te czarne chmury, które zdawały się nade mną wisieć od śmierci Piotrka się rozwieją? Nie obraziłabym się w sumie.

Uwagi: Brak.