Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wataha Czarnego Kruka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wataha Czarnego Kruka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2019

Od Crane'a "Ostatnia szansa" cz. 3

Listopad 2021
Wlepiłem wzrok w Lind. Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie, chociaż nadal pozostawałem niewidzialny. Wstrzymałem oddech, jakbym podejrzewał, że biała wilczyca usłyszy szmer wydychanego przeze mnie powietrza. Kiedy tak zastanawiałem się, co jeszcze mogłoby zdradzić moją obecność, uwagę samicy nagle zwrócił świat zewnętrzny, zupełnie już pozbawiony światła słonecznego.
- A niech mnie, jest naprawdę późno! - wykrzyknęła.
Wadera natychmiast doskoczyła do swojej torby, zamknęła ją (nie zastanawiając się nawet, dlaczego była otwarta), po czym wybiegła na zewnątrz, ściskając w zębach swoje manatki. Przez pośpiech nie dostrzegła nawet walającego się pod jej łapami Błękitnego Oka oraz Medalionu Upływającego Czasu, a co dopiero mówić o Medalionie Śmierci, czy Medalionie Nieśmiertelności. Odmieniec nie pognał od razu za swoją właścicielką. Na domiar złego, on zauważył leżące na środku jaskini mniej wartościowe, magiczne przedmioty. Podszedł bliżej, podniósł oba i przyjrzał się im. W jego spojrzeniu było coś dziwnego. Bardzo chciałem, by Odmieniec nie zastanawiał się dłużej nad tym i jak najszybciej opuścił jaskinię. Dwunogi stwór zamiast tego przykucnął, oparł jeszcze jedną wolną łapę o skaliste podłoże i zaczął węszyć. Zapach... Kompletnie zapomniałem o tej kwestii. Nie zażyczyłem sobie, by być niewyczuwalnym! Takie niedopatrzenie może kosztować mnie naprawdę wiele.
Ting schował dwa medaliony do kieszeni płaszcza i ruszył w moim kierunku, trzymając pysk blisko ziemi. Jeszcze chwila,a odnajdzie Medalion Nieśmiertelności, albo co gorsza mnie. Nie dopuszczę do tego! Skupiłem się i użyłem swojej mocy, by przywołać w głowie Odmieńca rozpaczliwe wołanie Lind, dochodzące z zewnątrz. Ta sztuczka podziałała bez zarzutu. Strażnik Wichury Płomieni natychmiast podążył za głosem. Poczułem jego strach. Podszedłem do wyjścia, żeby upewnić się, że oddalił się wystarczająco. Nareszcie zostałem sam. Z tego co wiem, przedstawiciele gatunków podobnych do niego nie mają lepszego węchu niż zwykłe nie-magiczne wilki. Jest szansa, że nie połączył mnie ze znalezionym tu zapachem. Z resztą, jak wróci, nie poczuje już nic. Silny wiatr wywieje stąd wszystkie ślady.
Świat zewnętrzny ogarnęła zupełna ciemność. To oznaczało, że mogę wrócić do swojej jaskini i czekać, aż stanę się znów widzialny. Najgorsza część całego przedsięwzięcia zakończona powodzeniem. Rozpierała mnie duma. Ostatni etap planu będzie polegać na unikaniu po drodze innych członków watahy. W nocy wicher się tylko nasilał, więc nie oczekiwałem tłumów spacerowiczów. Wróciłem po dwa medaliony i założyłem je sobie na szyję, po czym wyszedłem na zewnątrz. Nie miałem już takich problemów w kontrolowaniu, gdzie stawiam niewidoczne łapy. Noc niestety była czarna, jak rzadko kiedy. Połączmy to z moją częściową ślepotą, piachem rzucanym prosto w oczy, potężnymi uderzeniami wiatru i mamy przepis na delikatnie mówiąc męczącą drogę powrotną.
W pewnym momencie trasy nagle straciłem grunt pod nogami. Półka skalna, na której stanąłem, odłamała się. Nie mając czasu na reakcję, poleciałem w dół. Uderzyłem w złamane drzewo wiszące nad urwiskiem i spadłem kilka metrów niżej. Poczułem, że leżę pośród uschniętych krzewów, rosnących na obłupanym głazie. Pomimo tego, na czym wylądowałem i jaką odległość pokonałem w powietrzu, nie poczułem nawet najmniejszej iskry bólu. Podniosłem się i chciałem ocenić obrażenia, znów zapominając, iż jestem niewidzialny. Zajmę się tym rano - pomyślałem i uszyłem w dalszą wędrówkę. Nie poznawałem tej ścieżki. Liczyłem, że tędy też dam radę dojść do swojego lokum. Warunki pogodowe uniemożliwiały dokładniejszą orientację w terenie. Trochę to trwało, ale wreszcie znalazłem jakiś punkt odniesienia - Wilczy Szpital. Dostrzegłem blask ognia, zapewne ktoś był w środku. Z czystej ciekawości podszedłem bliżej. Ukrywając wiszące na mojej szyi medaliony za skałą, spróbowałem wypatrzeć, kto i dlaczego kręci się tutaj o tej porze. Niestety, wystawiony na wiatr, nie mogłem nawet otworzyć szerzej oczu. Z perspektywy czasu wygląda to na nierozważną decyzję, jednak wszedłem do przedsionka szpitala. Nadal pilnując, by naszyjniki nie zwróciły niczyjej uwagi, przycupnąłem za rogiem, niedaleko jednej z półek z ziołami. Teraz mogłem dokładnie przyjrzeć się kto jest tutaj poza mną. W blasku ogniska dostrzegłem (cóż za niespodzianka) Alvarega, składającego świeże bandaże. Wyglądał na dosyć zmęczonego. Od razu domyśliłem się, że dopiero co odprawił jakiegoś poszkodowanego przez własną głupotę wilka. Zawsze znajdzie się paru "śmiałków", którzy zignorują słowa Alf, zwłaszcza narzucające jakiś nowy zakaz. Na ironię, dzisiejszej nocy ja też należę do tej grupy.
Stwierdziwszy, że nie mam tutaj niczego specjalnego do oglądania, wróciłem na szlak prowadzący do mojej nory. Minąłem po drodze jeszcze kilka jam. Oczywiste, że sprawdzałem (na tyle, na ile pozwalały warunki pogodowe), czy wszyscy ich mieszkańcy śpią, albo są zajęci sobą. Wszystkie jaskinie tutaj, należały do członków Watahy Magicznych Wilków. Ci to mają wygodne życie. Przestrzenne nory, znacznie lepiej chroniące przed deszczem i wiatrem. Do tego są położone niżej. Tymczasem większość z nas; wilków z Watahy Czarnego Kruka, musi codziennie tracić czas i energię na mozolnej wspinaczce. Czasem lepiej byłoby nie mieć przydzielonego lokum i spać pod gołym niebem, niż dzień w dzień leźć prawie na szczyt góry. Niby jesteśmy teraz w jednym stadzie, a ja nadal mam poczucie, że nie jesteśmy wszyscy traktowani tak samo.
Zostawiwszy duże, wygodne jaskinie za sobą, zacząłem wspinać się ku norom wilków z mojego stada. Po jakimś czasie dotarłem do miejsca, gdzie wcześniej skalna półka załamała się pod moimi łapami. Coś, co niegdyś było częścią tego szlaku, zostawiło po sobie sporą wyrwę. Spróbowałem wypatrzeć inną drogę prowadzącą ku górze, ale wzrok znów mnie zawiódł przy takiej pogodzie. Co teraz? Zawsze chodziłem tędy, nie znam na pamięć żadnej innej trasy. Pomyślałem o powrocie na dół, ale gdzie w takim razie schowałbym się przed burzą? Cudze jaskinie odpadają. Wtem przypomniało mi się, że przecież ostatnio ktoś odszedł ze stada. Któraś z większych jaskiń powinna być pusta. Już-już zmieniałem kierunek wędrówki, ale wówczas przypomniałem sobie o czymś jeszcze. Szalik, nie mogę zapomnieć o szaliku. Kiedy będę znów widzialny, muszę czymś zakryć skradzione medaliony. Spojrzałem jeszcze raz na dziurę. Wygląda na to, że muszę ją przeskoczyć. Nie jest to bezpieczne, ale nie mam wyboru. Cofnąłem się nieco, by mieć czas na rozpęd. Wbiłem pazury w ziemię. Nie bałem się, ale jakiś odruch powstrzymywało moje nogi przed ruszeniem z miejsca. Wtenczas coś do mnie dotarło. Mam na szyi MEDALION NIEŚMIERTELNOŚCI. Nawet jeśli znów spadnę, to nic mi nie będzie i nic nie poczuję. Jak za pierwszym razem. Przecież tak działa naszyjnik, który ukradłem. Aż dziwne, że wcześniej zapomniałem o tych właściwościach. Ruszyłem i nabrawszy prędkości, odbiłem się od ziemi. Nie minęła sekunda, a wylądowałem po drugiej stronie małego urwiska. Dzięki absolutnej pewności, ze wszystko będzie dobrze, wykonałem najdoskonalszy skok mojego życia. Niby nie był to żaden szczególny wyczyn, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż wyrwa nie była zbyt długa, jednak sukces dał mi dużą satysfakcję. Ruszyłem dalej przed siebie szybkim krokiem. Zbliżałem się do swojej jaskini. Wreszcie nastąpiła upragniona chwila, kiedy mogłem usiąść w kącie przydzielonej mi nory. Udało się. Wszystko się udało. Osiągnąłem, co chciałem. Medalion Nieśmiertelności jest MOJĄ własnością.
Powoli docierało do mnie, że żaden stwór już mi nie zagrozi, żaden wilk mi już nie zagrozi. Jestem niezniszczalny. Zmora naszego stada, którą jest krótkie życie, już mnie nie dotyczy. Przeżyję Hitama i kto wie, może ja zostanę wybrany na następnego samca Alfa. Ta jedna noc zmienia całą moją przyszłość. Na mój pysk wkroczył szczery, szeroki uśmiech. Nigdy dotąd nie czułem się tak szczęśliwy. Przypomniałem sobie, że przez ostatnie lata rzadko dopuszczałem do siebie jakiekolwiek emocje, nawet podobne do tego, czego doświadczałem teraz. Zapomniałem już, jakie to przyjemne.
Może to całe tłumienie ich nie jest tego warte..? Nie, o czym ja w ogóle myślę?! Uczucia to słabość, emocje to słabość. To tylko sprawi, że moje życie będzie trudniejsze. Nawet Naszyjnik Nieśmiertelności nie uchroni mnie przed przebiegłością tych, którzy umieją wykorzystać tę formę słabości. Nie, nie wolno mi pozwalać sobie na te plugawe rzeczy. Kiedy przyjdzie co do czego, zrujnują wszystko. 
Muszę być skupiony, jeśli chcę ukryć fakt, że to ja ukradłem naszyjniki należące do Lind. Postanowiłem zdusić radość, która mnie ogarniała. 
Radość zaślepia, radość uśpi moją czujność.

Uwagi: brak

poniedziałek, 11 lutego 2019

Od Crane'a "Ostatnia szansa" cz. 2

Listopad 2021
Po raz pierwszy od dawna, zza chmur wyłoniło się słońce. Lśniący dysk był coraz bliżej horyzontu, więc z czasem duża część jego promieni zawitała do środka jaskini, w której siedziałem. Gdyby nie falujące na wietrze futro, zapewne wyglądałbym jak posąg. Wpatrywałem się bez przekonania w Bransoletkę Życzeń. Kiedy światło sięgnęło moich łap, zdałem sobie sprawę, że nie mam już za wiele czasu na podjęcie decyzji. Nawet po tych długich godzinach rozmyślania i planowania, nadal wahałem się. Nadal nie wiedziałem, czy faktycznie stąd wyjdę i pójdę do jaskini Lind. Szczególnie zniechęcała mnie świadomość, iż nie wiem co wadera zrobiła z nowo zdobytym Naszyjnik Nieśmiertelności, czy w ogóle trzyma go u siebie. Wówczas to wszystko będzie próżnym trudem; straconym czasem, zbędnym narażaniem zdrowia i reputacji. 
Wtem w mojej głowie zawitała myśl, że nie muszę dokonywać kradzieży akurat dzisiaj; w końcu jutro też jest dzień. Po chwili zrozumiałem jednak, że okłamuję samego siebie. To może być ostatnia szansa. Pogoda nadal pogarsza się w zastraszającym tempie. Szczeniętom i słabszym wilkom nakazano pozostawać w norach. Ja sam nie należę do najpotężniejszych w stadzie. Tak więc jutro, pojutrze zagrożenie wynikające z wychodzenia na zewnątrz może się okazać dla mnie zbyt wielkie. Położyłem łapę na Bransoletce Życzeń. Zacząłem zadawać sobie pytanie, czy w ogóle potrzebuję tego medalionu. Przecież dotychczas radziłem sobie bez niego. Dotychczas... Nie wiem, co będzie dalej, z czym jeszcze przyjdzie mi się zmierzyć. Lepiej mieć taki przedmiot. To nie ulega wątpliwości. 
Spojrzałem na słońce. Warta Lind zacznie się za niecałą godzinę. Teraz albo nigdy. Mogę zaryzykować albo dalej tkwić tutaj, a później nienawidzić siebie za to, że nie skorzystałem z okazji. Wbiłem pazury w ziemię i przysunąłem bransoletkę bliżej siebie. Wybrałem. Wypowiedziałem w myślach treść swojego życzenia: "Chciałbym stać się niewidzialny od teraz, aż do wschodu słońca". Nigdy nie należałem do wilków posiadających tę zdolność, więc oczekiwałem, że coś poczuję, znikając. Wyglądało to jednak zupełnie odwrotnie. Z początku zacząłem myśleć, iż Bransoletka Życzeń nie zadziałała. Skierowałem oczy w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu leżała. Nie dostrzegłem ani magicznego przedmiotu, ani własnych łap. Spojrzałem na ścianę jaskini. Moja sylwetka przestała rzucać na nią cień. Dokładnie tak powinno być. Powoli wstałem i skierowałem kroki ku wyjściu. Na odchodnym upewniłem się, że szalik, który znalazłem pod Miastem, leży tam, gdzie wcześniej. Kiedy już zdobędę Medalion Nieśmiertelności, będę go ukrywał właśnie pod tym kawałkiem materiału. Od kilku dni przyzwyczajałem inne wilki, a przede wszystkim Lind, do widywania mnie w nim. Gdybym nagle zaczął przykrywać czymś szyję zaraz po tajemniczej kradzieży cennego, magicznego wisiorka, automatycznie stałbym się głównym podejrzanym. 
Ruszyłem zdecydowanym krokiem w stronę lokum białej wadery. Niby czułem, gdzie są moje kończyny, a jednak potykałem się o każdy kamień na szlaku. Silny wiatr także nie ułatwiał wędrówki. Sypał w oczy tony okruchów skalnych, nieraz próbował mnie zrzucić ze stromej półki skalnej. Dbał także, by nie było mi czasem zbyt ciepło, nawet pomimo grubego futra. Szczękałem zębami, z trudem łapałem równowagę i coraz mniej miałem ochotę iść dalej. Wkrótce napotkałem na swojej drodze Premure'a. Przystanąłem. Basior odwrócił pysk w moją stronę. Czekałem, aż znów zacznie ględzić o zakładzie, po którego przegraniu jestem mu winien Złoty Księżyc, jednak basior milczał. Wyglądał, jakby patrzył na coś za mną. Otworzyłem pysk, ale w ostatniej chwili zreflektowałem, że przecież jestem niewidzialny. O mało nie pozwoliłem, by pokierowały mną odruchy, nakazujące nawiązywać rozmowę przy każdym spotkaniu sam na sam z innym członkiem stada. Przylegając do kamiennej ściany, ostrożnie wyminąłem zajętego własnymi myślami samca. Całe szczęście, że wiatr dął na tyle głośno, by zagłuszyć moje kroki. 
Wreszcie dotarłem przed lokum Lind. Miałem jeszcze około pół godziny. Po upłynięciu tego czasu, wadera powinna się obudzić. Ta konkretna strażniczka terenów miała w zwyczaju przesypiać całe popołudnie i wstawać dopiero o zachodzie słońca - na swoją wartę. Zajrzałem niepewnie do jaskini. Natychmiast wypatrzyłem jasne futro samicy. Leżała na boku, odwrócona w moją stronę. Gęsta czupryna zasłaniała jej oczy i część pyszczka. Spokojny oddech sugerował, że śpi, ale wolałem się upewnić. Delikatnie odgarnąłem tęczową grzywkę Lind i z ulgą spostrzegłem, iż nie podnosi powiek. Cofnąłem łapę i rozejrzałem się po całkiem obszernym (przynajmniej w porównaniu z moją jaskinią) wnętrzu. Postawiłem kilka kroków w stronę pozostawionej nieopodal torby. Wtem przystanąłem, przypomniawszy sobie o towarzyszu wadery. Zacząłem szybko omiatać wzrokiem każdy kąt nory, jednak sylwetki Odmieńca nie odnalazłem. Wygląda na to, że nadal sprzyjają mi wszystkie okoliczności. Oby tylko ta dobra passa nie skończyła się zbyt szybko - pomyślałem.
Podszedłem do manatków białej samicy. Zdawałem sobie sprawę z jej bardzo wyczulonego słuchu, jednak dokarmianie Tantibusów odwiedzających jej jaskinię nauczyło mnie, iż ta wadera ma wyjątkowo mocny sen. Gdyby nie to, nie mogłaby spać pomimo odgłosów zawieruchy z zewnątrz. Dopóki nie narobię nadzwyczajnego hałasu, jestem bezpieczny. 
Podniosłem klapę torby i zajrzałem do środka. Kolekcja magicznych przedmiotów zgromadzonych przez Lind okazała się być naprawdę imponująca. Pierścień Niezgody, Proszek Omylności i wiele, wiele więcej... Każdy z nich mógłby mi się bardzo przydać. Szkoda, że nie mógłbym zabrać od razu wszystkiego. To by było przecież szaleństwem. Chociaż... Nie, to zdecydowanie zły pomysł. Ignorując z całych sił te myśli, zacząłem szukać pośród dobytku wilczycy Medalionu Nieśmiertelności, po który tutaj przyszedłem. Wreszcie odnalazłem swój cel. Złapałem go w zęby i natychmiast spróbowałem wyciągnąć ze skórzanego worka. Niestety, nie zauważyłem, że łańcuszek wisiorka zaplątał się z tym od Błękitnego Oka, a także Medalionu Upływającego Czasu. Jakby tego było mało, zapięcie jednego z nich zahaczyło jeszcze o Lampkę Motyla. Tak więc, wykonując zamaszysty ruch głową, poderwałem z ziemi całą torbę. Większość jej zawartości rozsypała się po jaskini. Oprócz magicznych przedmiotów, skalne podłoże przykryły także drogie kamienie znad Wodospadu. Jednakże, najgorsze z tego wszystkiego były Srebrne Gwiazdki i Złote Księżyce. Dzwonienie metalu przez kilkanaście sekund rozchodziło się echem po jaskini. Zastygłem, trzymając w pysku plątaninę medalionów. Byłem przekonany, że to koniec. Gdybym potrafił odczuwać strach, zapewne sparaliżowałoby mnie doszczętnie. Spojrzałem w stronę posłania, na którym leżała bezwładnie wilczyca. Odczekałem chwilę. Nie poruszyła się. 
Opuściłem głowę i ostrożnie odłożyłem Medalion Nieśmiertelności na ziemię. Jest jeszcze szansa na powodzenie, ale najpierw muszę posprzątać ten bałagan. Wpadka sprzed minuty sprawiła, że mimowolnie starałem się działać znacznie ciszej, niż dotychczas. Zacząłem od zebrania Złotych Księżyców i Srebrnych Gwiazdek z powrotem do sakiewki. W moim odczuciu trwało zbyt długo. Następnie zająłem się rozrzuconymi dookoła drogimi kamieniami. Bez problemu mogłem podnosić kilka na raz, więc z nimi poszło mi znacznie szybciej. Później odkładałem na miejsce wszystkie magiczne przedmioty, poza tymi, które będę musiał odwiązać od właściwego celu mojej wizyty tutaj. Kończąc zbieranie dobytku Lind znalazłem jeszcze jeden naprawdę wyjątkowy naszyjnik - Medalion Śmierci. Z początku ruszyłem z nim w stronę torby, tak jak ze wszystkimi pozostałymi rzeczami, lecz kiedy miałem go wypuścić z pyska, zawahałem się. Stwierdziłem, że to także może się okazać niezwykle przydatne w kryzysowej sytuacji. Po kilku minutach rozmyślenia nad argumentami za i przeciw, podjąłem decyzję o wyniesieniu stąd nie jednego, a dwóch medalionów. 
Wróciłem do odłożonych na bok wisiorków. Wbrew pozorom, supły nie były ani zbyt ciasne, ani skomplikowane. Szybko uprałem się z tym problemem, który bądź co bądź naraził mnie na porażkę. Kiedy już ostatecznie rozdzieliłem trzy naszyjniki, nagle moich uszu dobiegł charakterystyczny głos Odmieńca noszącego imię Ting. 
- Pierzasta! Pierzasta! Zaraz zaśpisz na wartę! - ryknął towarzysz wilczycy, wpadając do jaskini. 
Poderwałem się na równe łapy i kopnąłem Medalion Nieśmiertelności w głąb nory, jak najdalej od posłania. Instynkt mówił mi, że już za późno, by lepiej ukryć to, co chcę ukraść. Lind podniosła się z posłania. 
- Spokojnie, nie śpię przecież - mruknęła, ziewając szeroko.
- Nie śpisz, bo w porę wróciłem - odparł jej towarzysz. 
- Aham... - pokiwała głową wilczyca, przeciągając się. - Doceniam twoją troskę o mnie. 
Zacząłem wycofywać się na koniec jamy. Być może nie byłem dostatecznie cicho, ponieważ biała wadera podniosła uszy i zerknęła na krótką chwilę w moją stronę.

<C.D.N.>

Uwagi: Zapis słowa Słońce (słońce) jest zależny od tego, czy piszesz o tej gwieździe z astronomicznego punktu widzenia. Z kontekstu wynika, że Crane miał na myśli coś nam znacznie bliższego, zwykłe słońce, które grzeje nas swoimi promieniami, wchodzi i zachodzi, więc powinno być to zapisane z małej litery. Przed albo nie stawiamy przecinka.

sobota, 12 stycznia 2019

Od Crane'a "Ostatnia szansa" cz. 1

Listopad 2021
Moim planem na dzisiejszy dzień było szpiegowanie Leah. Ta wadera coś podejrzanie często rozmawiała na osobności ze swoim smokiem na dosyć ciekawe tematy. Kilka zasłyszanych słów wystarczyło, by rozbudzić we mnie potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej. Nigdy nie wiadomo, czy dodatkowe informacje o jakimś członku watahy się nie przydadzą. 
Żeby dotrzeć do Śnieżnego Lasu, gdzie obecnie mieszka wspomniana wadera, musiałem najpierw przejść przez Zielony Las (chociaż w tym miesiącu nie dominowała w nim już zieleń, a raczej odcienie czerwonego i żółtego). Rozglądałem się dookoła z uwagą. Nie po to, by podziwiać kolory jesieni; chciałem mieć pewność, że nie napotkam żadnego niebezpiecznego stwora, z którym nie miałbym szans w pojedynkę. Na szczęście moim oczom ukazywały się tylko sylwetki jeleni, saren, czasem zajęcy, albo wiewiórek. Mniejsze zwierzęta, zauważywszy obecność drapieżnika w mojej osobie, rzucały się natychmiast do ucieczki. Stada parzystokopytnych nie ruszały się z miejsca, lecz byłem pewien, że nie spuszczały wzroku z samotnego wilka, dopóki ten nie zniknął pośród drzew. Pilnowałem się, by w międzyczasie nigdzie nie odpływać myślami. Jeśli chcę być bezpieczny, muszę zachować czujność. 
Moich uszu dobiegał głównie szum liści i skrzypienie starych pniaków usychających drzew. To wszystko raz po raz przerywał trzask pojedynczych gałęzi, ewentualnie uderzenia dzioba dzięcioła w korę. Nagle spośród tych odgłosów wybiło się coś nowego. Nie ulegało wątpliwości, że stosach opadłych liści brnie jakieś inne stworzenie, niż te, które mijałem dotychczas. Przystanąłem i spróbowałem wypatrzeć, kto, lub co zmierza w tę stronę. Wkrótce moim oczom ukazała się biała sylwetka z wielobarwnymi akcentami. Była to wadera nosząca imię Lind. Tuż za nią szedł jej Odmieniec. Ruszyłem w przeciwnym kierunku. Liczyłem, że zdążę uciec na tyle daleko, by wilczycy nie chciało się za mną ganiać w celu wciągnięcia w rozmowę. 
- Crane, co za miłe spotkanie! - zawołała strażniczka terenów. 
Więc nie udało się oddalić na wystarczającą odległość. Niech to... Odwróciłem głowę i spojrzałem w stronę wadery, która już po kilku sekundach stanęła obok mnie. 
- Cześć Lind - wyszczerzyłem zęby i uściskałem ją na przywitanie. Zrobiłem to dosyć szybko i machinalnie. 
Chciałem jak najprędzej zakończyć zbędną konwersację i wrócić do realizacji mojego planu dnia. Nie uśmiechała mi się także wizja wyjaśniania, dlaczego po wspólnym zbieraniu kart nagle przestałem dbać o znajomość z Lind. Pewnie zaraz będę musiał wymyślić jakiś sensownie brzmiący powód. Jeszcze obietnica oprowadzenia po terenach watahy Asai, z której się nie wywiązałem... Wilczyca jak nic spyta także o to. Mogę mieć nie lada problem. Tak naprawdę przestałem spotykać się z tą samicą, bo nie zależało mi już na jej względach. Właścicielka kolorowych piór w końcu utraciła tytuł Bety, a później Gammy. Nie powiem, że nie ma już zupełnie znaczenia w stadzie, jednak tyle mi wystarczyło, bym nie chciał dłużej zaprzątać sobie głowy powolnym uwodzeniem tej członkini Watahy Magicznych Wilków. Obecnie przestało być to opłacalne. 
- Co słychać? Dawno nie rozmawialiśmy - zaznaczyła Lind. 
- U mnie wszystko w porządku - mruknąłem. - A u ciebie? - spytałem. Cicho liczyłem, iż odpowie, że ma teraz coś ważnego do zrobienia i nie może długo ze mną rozmawiać. 
- Wydałam miliony Srebrnych Gwiazdek na karty, żeby uzupełnić kolekcje - oznajmiła z dumą w głosie wadera. 
Zamrugałem oczami. Zastanowiłem się, czy wiem, ile to jest "milion". 
- Idę właśnie wymienić te złote, srebrne i brązowe zestawy na nagrody - dokończyła wypowiedź samica, poprawiając ułożenie grzywki. 
Wtedy dołączył do nas jej towarzysz, Ting. Stanął obok swojej właścicielki, poprawił plecak i omiótł mnie wzrokiem. 
- Witaj, Jednooki - przywitał mnie. 
- Słucham? - udałem zdziwienie, słysząc przypisany mi tytuł. Zdaje mi się, że Lind jeszcze nie wie, iż znam zasadę o nieużywaniu imion przez tego Odmieńca. 
- Nie zwracaj uwagi, to nie jest obraza - poinformowała mnie wilczyca. - Każdego z watahy określa jakimś epitetem. 
Pokiwałem głową na znak, że rozumiem. Wtem dostrzegłem, że na szyi białej wilczycy kołysze się medalion i to nie pierwszy lepszy. Wytrzeszczyłem oczy. To... to był... MEDALION NIEŚMIERTELNOŚCI! Jakim cudem nie zwróciłem na niego uwagi od razu? I co ważniejsze... Skąd Lind go wzięła?
- Crane? Wszystko w porządku? - usłyszałem głos wadery. 
- Co? Tak, oczywiście - odparłem, natychmiast prostując się i podnosząc wzrok z medalionu. Jednakże, z jakiegoś powodu co chwila znów spoglądałem w jego stronę, choćby na ułamek sekundy. Zapragnąłem całym sercem, by stał się moją własnością. 
- Zauważyłeś mój Medalion Nieśmiertelności? - spytała samica. 
- Skąd go masz? - wydusiłem, nie powstrzymując olbrzymiej ciekawości. W tym momencie plan szpiegowania Leah przestał być dla mnie ważny. 
- Nie mogę ci powiedzieć - Lind przygryzła wargę. - Obiecałam, że nie powiem nikomu. 
- Przecież wiesz, że mnie możesz powiedzieć wszystko - szepnąłem jej do ucha, oczekując, że tyle wystarczy.
- Nie, Crane - odsunęła się ode mnie gwałtownie. - Nie mogę, nie rozumiesz? - na jej pysku pojawił się wyraźny zarys poirytowania. 
- No dobrze, przepraszam - położyłem lekko uszy po sobie. - Pasuje ci ten Medalion - stwierdziłem. 
- Heh, to dobrze - uśmiechnęła się odrobinę, słysząc komplement. - Nie rozstanę się z nim już nigdy. 
- Wracając do kart... - podjąłem zmianę tematu. - Jakie kolekcje zebrałaś? 
- Mogę ci pokazać.
Lind zrzuciła torbę i zaczęła wydobywać z niej związane sznurkami, czy źdźbłem trawy pełne kolekcje. Wymieniała nazwę każdej z nich, jednak jak później się dowiedziałem, nie miała pojęcia, jaką nagrodę można otrzymać za poszczególne komplety. Natomiast ja uczyłem się niegdyś na pamięć, co dostaje się za które karty. Wkrótce Lind ułożyła pośród liści całkiem wysoki stos z różnych, czasem powtarzających się kolekcji. Kiedy myślałem, że już skończyła, nagle wyjęła z torby ostatni plik kart: Watahę Czarnego Kruka. Oniemiałem. Za ten zestaw otrzyma DRUGI MEDALION NIEŚMIERTELNOŚCI! Na co byłyby jej aż dwa?! Chwila, przecież ona nie wie, że będzie mieć kolejny...
Wilczyca zaczęła zbierać swoje karty i chować z powrotem do torby. Tymczasem ja zająłem się cichym rozmyślaniem. Najpierw pojawił się w mojej głowie pomysł, by odkupić od Lind ten konkretny komplet. Niestety, to byłoby niemożliwe. Z pewnością wydała masę oszczędności na uzupełnienie złotych kolekcji, więc nie ma opcji, bym zdołał przebić tę cenę. Nie umiem liczyć, ale to, co ja uzbierałem z pewnością nie wystarczy. Co jeszcze mógłbym zrobić, żeby drugi medalion stał się MOJĄ własnością?

No przecież... To takie oczywiste... Muszę go jej ukraść. Tylko trzeba dobrze wszystko zaplanować. Nie mogę ryzykować, że ktokolwiek mnie przyłapie. To grozi utratą (nawet tej niskiej) pozycji w stadzie, utratą sympatii i przychylności innych wilków, w tym Alf. Medalion Nieśmiertelności to nie byle co... Czy za taką kradzież mogliby mnie nawet... wygnać? 
- Może pójdziesz ze mną, Crane? - spytała Lind. - Porozmawiamy jeszcze trochę po drodze, mam ci tyle do opowiedzenia. 

- Innym razem - odparłem, rozglądając się na boki. - Muszę dzisiaj jeszcze zahaczyć o okolicę Jeziora i jestem umówiony... - przedstawiłem szybko (oczywiście zmyślony) powód, dlaczego nie mogę jej towarzyszyć.

- A, w porządku. Rozumiem. Zobaczymy się wkrótce, prawda? 
- Oczywiście - uśmiechnąłem się.
Ruszyłem na południe, prosto do swojej jaskini. Oby Lind nie zwróciła uwagi, że nad Jezioro prowadzi inna droga. Co poradzić, palnąłem wtedy pierwszą nazwę terenu, która mi wlazła na język. Usłyszałem, jak wilczyca woła swojego towarzysza, który podczas naszej konwersacji polował na owady w ściółce. Nie odwracałem się nawet, chciałem jak najszybciej dotrzeć do celu i sprawdzić, co mogę wykorzystać w realizacji swojego zamiaru. Wtem poczułem pod poduszką jednej z łap coś twardego. Zatrzymałem się. To na pewno nie był kamień. Zacząłem odgarniać liście. Wkrótce odsłoniłem przybrudzoną Bransoletkę Życzeń. Los znów się do mnie uśmiecha! Wziąłem znalezisko w zęby i poszedłem dalej przed siebie. W mojej głowie powoli powstawał idealny plan na to, jak teraz mogę przywłaszczyć sobie Medalion Nieśmiertelności. Nie narażając praktycznie niczego!

<C. D. N.>

piątek, 24 sierpnia 2018

Od Crane'a "Więcej kart" cz. 2

Lipiec 2021
Oddałem Lind znaleziony przez nią Naszyjnik Prawdy. Skłamałem, iż nie mam pojęcia, co to jest. Liczyłem, że wilczyca nie znając jego wartości, nie poczuje potrzeby zatrzymania go. Chętnie dołączyłbym ten wisiorek do mojej kolekcji rzadkich przedmiotów... Niestety, zawiodłem się. Wadera o kolorowych piórach przypomniała sobie epizod, w którym widziała taki naszyjnik u Leah. Poznała wtedy też jego nazwę. Słysząc to, niepostrzeżenie cofnąłem się o krok. Oby tylko nie zamierzała wypróbować nowo zdobytego przedmiotu na mnie. Raz w życiu miałem na szyi podobny i nie potrafiłem wtedy zamknąć pyska, chociaż bardzo chciałem. Dobrze, że wówczas nie miałem tak wiele do ukrycia, jak obecnie.
- Jeszcze później upewnię się co do tego - mruknęła Lind, chowając swoje znalezisko do torby.
Oczywiście miała na myśli sprawdzenie działania w praktyce. Na szczęście użyła słowa "później". Szybko zmyłem z pyska powagę, która i tak pojawiła się tam bez mojej zgody.
- To jak, idziemy? - zapytała biała wilczyca. Mieliśmy znaleźć Dantego, żeby zapisać się na jedną z festynowych konkurencji.
- Idziemy - przytaknąłem.
Zanim jednak ruszyłem z miejsca, strzepnąłem łapą kurz z grzbietu wadery. Dopiero teraz dostrzegłem, że sporo go zebrała, lądując przypadkiem w Tajemniczych Podziemiach. Chciałem, żeby Lind zwróciła uwagę na miły gest z mojej strony. Nawet zareagowała uśmiechem.
Skierowaliśmy się na południe; w stronę Wrzosowej Łąki. Tam ostatnio widziałem Dantego. Wilczyca zaczęła truchtać, niedługo potem biec. Miało to na celu zaoszczędzenie czasu. Chwilę dotrzymywałem jej kroku, jednak szybko dopadła mnie udawana zadyszka. Tak, jak zakładałem, moja towarzyszka dostrzegła, że mam problem i zwolniła. Po chwili uspokajania oddechu, wytłumaczyłem się brakiem kondycji. Łatwiej odegrać taką prostą komedyjkę, niż później źle określić odległość drzewa, zderzyć się z nim i zdradzić w ten sposób całemu otoczeniu swoją połowiczną ślepotę. Lepiej nie ryzykować. Wystarczy mi, że kilka członków Watahy Czarnego Kruka wie o tym.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, było już prawie południe. Coraz więcej wilków zbierało się wokół postawionej na Łące sceny. Pośród nich był także Danny. Siedział na jednej z ławek i rozmawiał z Asgrimem oraz Joelem. Lind natychmiast podeszła do nich i zapytała, czy nic się nie stało i czy nie jest potrzebna jej pomoc. Oczywiste, że miała na myśli zadania techników. Zarówno ona, jak i trójka basiorów odpowiadają za ład i porządek na festynie. Jo wyjaśnił, iż dzisiaj nie było dużo do roboty; jedynie jeden reflektor został zniszczony. Z ich dalszej rozmowy dowiedziałem się, że As nie pomagał w naprawie i na Wrzosową Łąkę przyszedł dopiero niedawno.
Już myślałem, że zaraz Lind przejdzie do sedna sprawy, jednak wtem muzyk poczuł potrzebę pochwalenia się przed towarzystwem swoim osiągnięciem: prawie skończył spisywać tekst nowej piosenki. Wadera wyraziła głośno swój podziw i zainteresowanie, jak będzie brzmieć efekt końcowy. No i tak beztroska rozmowa techników potoczyła się dalej. Białej wilczycy zupełnie wyleciało z głowy, dlaczego tutaj przyszliśmy. Postanowiłem jej głośno nie przypominać, przynajmniej na razie. Niech się nacieszy spotkaniem z kumplami z pracy.
Nagle poczułem, że ktoś w pobliżu przestraszył się czegoś. Podniosłem uszy i odwróciłem głowę. Dostrzegłem młodą Fallith stojącą obok przedostatniego rzędu ławek. Byłem pewien, że to właśnie ta skrzydlata uczennica odczuła strach, ale przez chwilę nie bardzo wiedziałem, gdzie szukać powodu. W pobliżu nie widziałem nikogo, ani niczego groźnego. Dopiero po upływie minuty zrozumiałem, że przeraził ją widok pająka pod siedziskiem. Dzięki moim zdolnościom związanym z "żywiołem", zauważyłem, że dla tej uczennicy ośmionogie stworzonko było czymś gorszym niż wrath, czy choćby rozszalały wyvern.
Nie mogłem jednak długo przyglądać się reakcjom Fallith. Mała, skrzydlata wilczyca otrzepała się i odeszła szybkim krokiem od miejsca, gdzie znalazła wspomnianego stawonoga. Czemu ktokolwiek w ogóle boi się tego typu rzeczy...? Co w nich takiego jest? Zacząłem się nad tym zastanawiać, jednak wtedy zawołała mnie Lind.
- Hej, Crane! Dan mówi, że możemy zacząć konkurencję już teraz.
- Hę? - odwróciłem się w stronę grupki techników. - A, tak. Świetnie. Szybciej zdobędziemy karty.
- To zapraszam na tor przeszkód - oznajmił Dan, odchodząc wraz z waderą od ławek. Dołączyłem do nich i razem skierowaliśmy się z powrotem do Zielonego Lasu.
- Mam nadzieję, że nie gniewasz się na mnie, Crane - mruknęła Lind. - Bez słowa zostawiłam cię z boku i zagadałam się... - wadera jak zwykle miała problem z użyciem zwykłego słowa "przepraszam".
- Nie, skądże - odparłem. - Miałem czas, żeby się zamyślić - zaśmiałem się pod nosem. Naprawdę cieszyłem się, że nie zaciągała mnie na siłę do tej rozmowy. Ostatnio pogawędki z losowymi osobami bardzo mnie męczą.
Wkrótce zatrzymaliśmy się przed torem przeszkód. Stąd trochę trudno było powiedzieć, czy będzie trudno go pokonać. Podszedłem do Lind i zapytałem:
- Które łapy wolisz mieć wolne?
- Um... - wadera spojrzała na swoje nogi. - Chyba prawe.
Dante znalazł kawałek sznurka i kazał nam stanąć jeszcze bliżej siebie. Związał nam najpierw przednie łapy, później tylne. Teraz już nie mogłem odsunąć się od białej wilczycy. Dobrze, że nie miała obecnie powodów, żeby próbować mnie zabić. Gdyby w tym momencie zaatakowała, prawdopodobnie nie zdołałbym się skutecznie obronić.
Animator przypomniał nam bez zbędnych przedłużeń zasady konkurencji, w której bierzemy udział. Skończywszy swoją wypowiedź, szedł nam z drogi i dał do zrozumienia, że możemy ruszać. Razem z Lind powoli postawiliśmy pierwszy krok. Postanowiłem zsynchronizować swoje ruchy z ruchami wadery. Ona, mając już pewną wprawę, nie chwiała się zbytnio. Ze mną było nieco inaczej. Sprawy nie ułatwiał fakt, że Dan prawie odciął mi tym sznurem dopływ krwi do łap.
Tor przeszkód rozpoczynało kilka płotków. Na pierwszym z nich narysowano kawałkiem węgla strzałkę skierowaną w dół. Nie mając problemu ze zrozumieniem przekazu takiego oznakowania, przykucnęliśmy, opuściliśmy głowy i przeszliśmy pod poprzeczką. Na kolejnym, odrobinę niższym płotku strzałka wskazywała górę. Ten trzeba było przeskoczyć. Lind stwierdziła, że musimy odbić się jednocześnie, żeby jakkolwiek nam to wyszło. Po części podołaliśmy zadaniu; wyskoczyliśmy w tym samym momencie. Niestety, ja musiałem się poślizgnąć i nie poszybowaliśmy dostatecznie wysoko. Co gorsza, trzymałem głowę niżej niż biała wilczyca i uderzyłem pyskiem w poprzeczkę. Płotek przewrócił się, a my o mało nie poszliśmy w jego ślady.
- Moja wina - przyznałem głośno, ledwo łapiąc równowagę. Wilczyca machnęła wolną łapą na znak, że mam się nie przejmować.
Dalej na trasie czekały nas jeszcze dwie takie same przeszkody. Sytuacja się mniej więcej powtórzyła; pod poprzeczką przeszliśmy bez najmniejszego problemu, a kolejny płotek, nad którym mieliśmy przeskoczyć, przewrócił się z mojej winy. Chociaż tyle, że tym razem zahaczyłem łapami, nie głową. Dante mruknął coś w stylu "przynajmniej próbowaliście" i dodał, iż mamy skupić się na dalszej części toru przeszkód.
Teraz przeskakiwanie z jednego kanciastego głazu na drugi. W porównaniu z płotkami, to wyszło nam sto razy lepiej. Skały nie były nawet bardzo oddalone od siebie. Nie licząc wejścia na pierwszą z nich, wystarczyło ledwo oderwać się od ziemi.
Dalej napotkaliśmy... trzy..? Chyba t r z y długie deski ułożone równolegle do siebie, wzdłuż kierunku naszej trasy. Dan podpowiedział, że mamy po nich przejść, stawiając wolne łapy na zewnętrznych, a wszystkie związane, na tej po środku. Żeby było "zabawniej", kawałków drewna nie ułożono bezpośrednio na ziemi. Wsparte były tylko w kilku miejscach, więc z każdym naszym ruchem, drżały jak gałęzie na wietrze. To było wyzwanie na utrzymanie równowagi. Poruszaliśmy się po deskach bardzo powoli i ostrożnie, co jakiś czas przystając. O dziwo, dotarliśmy za pierwszym razem do ich końca i zeszliśmy z ulgą na pewny grunt.
Westchnąłem. Zaczynam mieć dosyć tej "zabawy". Mam nadzieję, że jesteśmy już blisko mety.

<CDN>

Wygrane karty: brązowe: Wrzosowa Łąka, Nauczyciel, 2x Tęczowe Winogrono; srebrne: Alfa, Jednorożec; złote: Suzanna i Fermitate.

Uwagi: Brak.

środa, 15 sierpnia 2018

Od Crane'a "Jedna konkurencja, albo dwie" cz. 1

Czerwiec 2021
Wracałem z patrolu wczesnym popołudniem. Szedłem akurat przez Żółty Las i przyglądałem się mijanym, zamkniętym grupkom bliskich znajomych. Tym razem widziałem tylko członków, niegdyś oddzielnej, Watahy Magicznych Wilków. Skakali w złocistych liściach z szerokimi uśmiechami na pyskach. Zajęci sobą nawzajem, nie zwracali na mnie uwagi. Pomimo tego, ja nie opuszczałem uszu dla pewności, że nikt się do mnie nie podkrada.
Ale co bym zrobił, gdyby zaatakowano mnie z góry? Popatrzyłem na rozłożyste gałęzie wszechobecnych drzew. Gdyby ktoś teraz stamtąd uderzył, najpierw uskoczyłbym w bok. Potem unik przed następnymi ciosami. Następnie podesłałbym przeciwnikowi jakiś ryk groźnego stwora... Powiedzmy, że Wyverna... i spróbowałbym dosięgnąć jego karku kłami. O ile będzie miał odsłoniętą szyję. A jeśli nie to... Rzuciłbym się na niego i powalił na ziemię używając swojego ciężaru ciała. Gdyby jednak atakujący był zbyt wielki, uciekłbym. Najlepiej w stronę tych wesołych wilków. Jeśli jednak nie pomogą mi, jest szansa, że chociaż na chwilę odwrócą uwagę nieprzyjaciela. Będę miał czas, żeby umknąć z pola widzenia...
Dalej wpatrywałem się w żółte korony drzew. Nie było tam nikogo... i dobrze.
Wszedłem na nadgryzione zębem czasu deski Żółtego Mostu. Cicho zaskrzypiały pod moimi łapami. Zatrzymałem się w połowie drogi na drugi brzeg rzeki i nieznacznie wychyliłem, żeby spojrzeć na płynącą dołem wodę. Porywała wszystkie dostępne opadłe liście i zabierała je w dalszą podróż. Wtem dostrzegłem pod szumiącą falą jakiś poruszający się obiekt, odbijający promienie słoneczne. Chociaż prąd próbował pociągnąć go ze sobą, przedmiot o dziwo nie ustępował. Wyciągnąłem łapę, żeby schwycić to błyszczące coś. Znalazło się w moim uścisku, ale ja też nie mogłem go tak po prostu zabrać z dotychczasowego miejsca. Szybko zlokalizowałem przyczynę takiego zjawiska. Łańcuszek tego, jak się domyślałem, medalionu, utknął między elementami mostu. Złapałem zawieszkę w pysk i podważając łapami jedną z luźniejszych belek, wreszcie wydostałem znalezisko. Na zdobytym medalionie dostrzegłem kota, trzymającego... drugi medalion. Wtedy skojarzyłem, że to na pewno Medalion Giętkiego Kota. Założyłem go sobie na szyję i ruszyłem dalej, całkiem zadowolony ze swojej spostrzegawczości. Tak samo cieszyłem się, że w okolicy chwilowo znów zapanowała cisza i gdyby ktoś się do mnie podkradał, natychmiast bym zauważył.
Idąc dalej, wyminąłem szerokim łukiem Drzewo Wiedzy. Później, dotarłszy do Pomarańczowego Drzewa, dostrzegłem samicę Alfa - Suzannę. Pochylała się nad jakimś pergaminem. Nie umiem czytać, więc nie było mowy o tym, żebym zdołał podejrzeć, co tam takiego ciekawego napisano. Nie zmieniłem kierunku, żeby uniknąć ewentualnej wymiany zdań z tą waderą. Gdyby podniosła wzrok w złym momencie, niechybnie pomyślałaby, że specjalnie jej unikam i mam ku temu prawdziwy powód. Szkoda ryzyka, szkoda nienagannej opinii, szkoda podejrzeń Alfy.
Tak więc, szedłem dalej przed siebie i mijając Suzannę, przywitałem ją jak należało:
- Witaj, Alfo.
Odpowiedziała mi skinięciem głowy i wróciła do swojego pergaminu. Heh, czyli jest zbyt zajęta, żeby pytać mnie o cokolwiek.
Wróciłem do Zielonego Lasu. Nagle przed moim nosem przemknęli dwaj technicy. Byli to Joel i Asgrim, gonili grupkę zajęcy. Widać restauracja stale potrzebuje zaopatrzenia.
Wtem skojarzyłem, że przecież Joel jest też animatorem. On, Dante i mała Navri wydają karty za wykonywane zadania. A karty można sprzedać...
Nie mam lepszego zajęcia, pójdę na tę ich polanę i wezmę udział w jakiejś konkurencji. Nawet jeśli wilkołak-muzyk jest tutaj, może tamta dwójka akurat pilnuje swoich stanowisk.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Szybko znalazłem miejsce, gdzie siedziała, tym razem samotnie, uczennica imieniem Navri. Patrzyła w jakiś bliżej nieokreślony punkt na ziemi, skupiona na swoich myślach. Szkoda, że nie umiem w nie zaglądać. Podszedłem bliżej i uśmiechnąłem się przyjaźnie.
- Witaj, Navri.
Waderka podniosła głowę i zmrużyła nieznacznie oczy.
- Dzień dobry panu. Chce pan wziąć udział w jakiejś konkurencji?
- Tak. Jakie są dostępne u ciebie? - zapytałem.
Młoda wilczyca chyba trochę się denerwowała. Niech więc zapamięta taki mój wizerunek; cierpliwego i uprzejmego.
- Odpowiadam obecnie za dwie. Pierwsza konkurencja, to gra dwuosobowa, a druga jest dla jednego wilka - wydukała.
- Wybieram drugą takim razie - oznajmiłem. - Na czym polega zadanie do wykonania?
- Musi pan odnaleźć pewien mały przedmiot ukryty tutaj w pobliżu. - omiotła wzrokiem okolicę. - Promień poszukiwań jest od mojego stanowiska do tamtego świerku - wskazała.
- W porządku. Czego szukam konkretnie? - utrzymywałem ten sam, spokojny ton.
- O takiej zawieszki - Młoda wilczyca pokazała mi nie za duży, oszlifowany, czerwony kamyk, umieszczony w metalowym uchwycie.
- Jest określony czas, w którym mam to znaleźć? - dopytałem.
- Nie - odparła animatorka.
- Dobrze. To zaczynam - odszedłem kawałek od jej stanowiska.
Jak się za to w ogóle zabrać...? Pole poszukiwań jest duże, a przedmiot niewielki. Hm... Już mam.
Wróciłem się do młodej wadery i poprosiłem, żeby pozwoliła mi obwąchać pokazaną wcześniej zawieszkę. Jeżeli obie pochodzą z jednego kompletu i jednego miejsca, powinny pachnieć bardzo podobnie, jeśli nie tak samo. Navri oczywiście zgodziła się. Zbliżyłem nos do oszlifowanego kamyka Poczułem metal, ludzkie dłonie i pewien charakterystyczny zapach jakby-lawendy. Mając już odpowiednią wskazówkę, zacząłem węszyć dookoła. Nigdy nie byłem specem od tropienia, jednak takiego zapachu nie powinienem przeoczyć. Postanowiłem, że będę zataczać koła wokół pola poszukiwań. Każde następne będzie coraz mniejsze, aż dotrę do stanowiska animatorki. Plan wręcz idealny. Przystąpiłem do jego realizacji. Zacząłem od okolic niskiego krzewu z czerwonymi owocami. Stamtąd, szedłem już po lekkim łuku i sprawdzałem, czy kolejne elementy otoczenia nie są miejscem ukrycia zawieszki. Czas mijał, a ja dalej cierpliwie krążyłem z nosem przy ziemi. Nie wiem ile to trwało. Może długo, jak na tę konkurencję, może i nie.
W końcu poczułem zapach, którego szukałem. Znalazłem drugą zawieszkę ukrytą pod rozłożystymi liśćmi jakiejś rośliny. Wziąłem ten błyszczący przedmiot w pysk i przyniosłem animatorce.
- Gratuluję wygranej - oznajmiła. Niewykluczone, że za każdym razem powtarza uczestnikom to samo. - Oto pana karty - Podsunęła mi moją nagrodę: jedną kartę złotą, jedną srebrną i dwie brązowe. Dobrze wybrałem konkurencję.
- Dziękuję - skinąłem głową. - Nie wiesz kiedy wrócą pozostali animatorzy, prawda?
Uczennica pokręciła głową na znak, że nie ma pojęcia.
- No to ja już pójdę. Do widzenia, Navri.
- Do widzenia.
Wziąłem swoją wygraną w pysk i opuściłem polanę. Poszedłem w stronę Gór, gdzie mieściła się moja ciasna, ale własna jaskinia. Pewnie znów ze stosami suchych liści w środku.
Byłem już blisko celu, jednak wtem usłyszałem jakby uderzenia skrzydeł. Chwilę potem, przed wejściem do swojego lokum ujrzałem Lind. Głośno oddychając, rozgoniła swoje skrzydła i popatrzyła gdzieś w górę.
- Cześć, Lind - powiedziałem, odkładając karty na skalistą ziemię.
Wilczyca odwróciła się gwałtownie i spojrzała na mnie. Potargana grzywka opadła jej na pysk.
- O, Crane... Co ty tu robisz?
- Mieszkam - zaśmiałem się, ale pilnowałem, żeby nie zabrzmieć złośliwie.
Dopiero wtedy wadera o jasnym futrze zauważyła wejście do mojej nory.
- A... faktycznie - zawstydziła się trochę przez swoją nieuwagę. - Jak coś, ja tylko goniłam kozicę, nie chciałam ci przeszkadzać. Zupełnie zapomniałam, że wy tu mieszkacie.
- Żaden problem - mrugnąłem do niej okiem.
Lind uśmiechnęła się, żeby ukryć swoje zażenowanie, po czym spojrzała na leżące przede mną karty.
- Widzę ty też zbierasz karty... - oznajmiła, zmieniając temat.
- No... niezupełnie. Nie miałem co robić, wziąłem udział tylko w jednej konkurencji - wyjaśniłem. Wtem w mojej głowie pojawił się nowy pomysł, co mogę zrobić z moją wygraną. - Jeśli chcesz, mogę ci je oddać.
- Tak po prostu? - zdziwiła się wadera. Spojrzała na moją skromną kolekcję. - Nie, nie mogę ich wziąć za darmo. To twoja nagroda za wykonane zadanie.
- No to... Odsprzedam ci je.
Tak też mogę zrobić i wyjdę na tym jeszcze lepiej.
- Na to już prędzej się zgodzę - mruknęła. - Ile Srebrnych Gwiazdek od sztuki?
- Po jednej - odparłem. Wadera znów się na mnie dziwnie popatrzyła.
- Na pewno..?
- Chcesz te karty, czy nie? - usiadłem na ziemi.
- Chcę, niech będzie. Tylko muszę skoczyć do jaskini po zapłatę - po tych słowach wilczyca przywołała z powrotem skrzydła i poszybowała w stronę swojego miejsca zamieszkania. Zaczekałem aż wróci. Skoro zapłata była równa ilości odkupowanych kart, łatwo było się połapać w nazwijmy to rozliczeniu.
Jeśli się nie mylę, będę miał teraz dosyć oszczędności, żeby kupić los na loterię.

<CDN>

Wygrane karty: brązowe: Pielęgniarz, Bibliotekarz; srebrne: Białe Królestwo; złote: Xander.

Uwagi: "Dotarłszy" piszemy bez "w".

piątek, 22 czerwca 2018

Od Crane'a "Ja tylko tędy przechodziłem" cz. 1 (cd. chętny)


Kwiecień 2021
Leżałem na boku w swojej ciasnej jaskini. Doskwierało mi zimno, głównie przez szalejący wiatr. Na domiar złego, drażnił mnie od rana szum liści, których nawiało do mojego lokum. Traf chciał, że mieszkałem akurat pod usychającą brzozą. Obróciłem się na grzbiet i nabrałem w płuca nieco powietrza. Poczułem świeży zapach wczesnowiosennych ziół. 
Niedługo po przesiedleniach, wiele razy przed przebudzeniem spodziewałem się zapachu siarki i stęchlizny. Jednak czas mija, a ja w końcu odzwyczaiłem od tych duszących oparów. Teraz wiem, że zrobiłbym wszystko, żeby nie mieszkać na terenie Watahy Asai, obecnie przemianowanej na Watahę Czarnego Kruka. Czy ta zmiana to przeczenie historii początków tego stada? Może, ale to nie mój problem.
Przekręciłem głowę w stronę wyjścia. Świat na zewnątrz był spowity szarością. Mgła i zachmurzone niebo. Bez pośpiechu podniosłem się z posłania i usiadłem na ziemi. Zacząłem się zastanawiać, co powinienem dziś ze sobą zrobić. Już wcześniej planowałem odwiedzić Wrzosowisko - centrum terenów Watahy Magicznych Wilków i Zielony Las. Wszelkiego rodzaju pokazy, atrakcje festynowe, rozpoczynają się wcześnie, jednak bar i restauracja będą otwarte dopiero wieczorem. Nie mam ani grosza, ale nie wybierałem się tam na jakieś wymyślne posiłki. 
Właśnie... Wypadałoby coś zjeść z rana. 
Wynurzyłem się z jaskini i ruszyłem powoli wąskim, górskim szlakiem. Trasa w dół, którą wybrałem, biegła obok jednego z górskich źródeł. Wykorzystałem tę okazję, żeby ugasić poranne pragnienie. Oszczędziło mi to znacznie dłuższej wycieczki do Wodopoju. Kiedy skończyłem pić, w mojej głowie zawitał pomysł na posiłek: ryby. Wydały mi się być jedyną zdobyczą, którą mogę sobie zapewnić w pojedynkę. 
Znałem już bardzo dobrze te tereny, więc po dłuższej chwili marszu, bez problemu odnalazłem Jezioro. O tej porze nie było tam nikogo, poza jednym, znanym mi wilkiem. Siedział na niewielkim kamieniu, przy brzegu zbiornika wodnego. Charakterysowało go ulizane, czarne futro i czerwone szramy na bokach, wokół żeber. Spoglądał swoimi białymi, pustymi oczami w falującą taflę i uśmiechając się szeroko sam do siebie, mruczał pod nosem:
- Jedna ryba dla mnie, jedna ryba dla cienia - złapał szybkim ruchem pokryte łuską stworzenie i wyrzucił z powrotem do wody. - Cienie lubią ryby. Ja też lubię ryby. Kto ich nie lubi? Bezumstvo chce jeść ryby, cienie chcą jeść ryby z nim. Ryby są pyszne, ale cienie ich nie jedzą. Nie są głodne. Ja też nie jestem głodny. A cienie są głodne. Pyszne ryby, cienie też lubią ryby... - Bezumstvo znów zapętlał się w swoich głośnych przemyśleniach, co jakiś czas przecząc samemu sobie. 
Już dawno stwierdziłem, że jego nie warto obserwować; nie umiem rozpracowywać wariatów, których on jest dobrym przykładem. Jak dla mnie, szaleńcy podobni do niego, raz zachowują się tak, a raz inaczej. Bez żadnego schematu. 
Zawróciłem, żeby oddalić się, zanim czarny basior mnie zauważy. Dobrze wiedziałem, że sama rozmowa z nim jest niebezpieczna dla mojego zdrowia psychicznego. Ostatnio Corrid zaprzyjaźnił się ze swoim odbiciem, bo poprzedniego dnia chciał zapytać Bezumstvo o kilka rzeczy. Prawie mi szkoda tego nieszczęśnika. Nie był pierwszą ofiarą wiecznie roześmianego basiora, który nie rozstaje się ze swoimi cieniami. 
Postanowiłem, że poszukam jednak czegoś do jedzenia w Zielonym Lesie. To teren bogaty w pożywienie, może trafię na jakąś padlinę. Pozostawione tutaj mięso nigdy nie zdąży się zepsuć. W przeciwieństwie do resztek na terytorium, które niegdyś mieliśmy na wyłączność. 
Ciekawe, że pomimo wielkich różnic w ilości zwierzyny, czy choćby jakości powietrza, duża część wilków z Watahy Czarnego Kruka nadal trzyma się uparcie naszego rodzimego terytorium. Podejrzewałem, że to jakiś dziwny  sentyment, albo jedynie siła przyzwyczajenia.
Mijałem kolejne drzewa, co jakiś czas zbliżając nos do ziemi. Chwilowo odnajdywałem tylko tropy całych stad żywych zwierząt, a robiłem się coraz bardziej głodny. Kiedy podniosłem głowę i zacząłem się rozglądać na boki, nagle zahaczyłem o coś uchem. Przystanąłem i spojrzałem w górę, próbując zlokalizować przedmiot, o który się otarłem. Na pewno nie była to liana, ani żaden liść, co do tego miałem absolutną pewność. Zmrużyłem oczy. Na gałęzi, pod którą przed chwilą przeszedłem, wisiał naszyjnik. Był wykonany w dużej mierze z różnokolorowych, oszlifowanych kamieni, mieniących się w słońcu. Wiele z nich było ułożone w kształt kwiatów, według pewnego schematu. Schwyciłem znaleziony przedmiot w zęby i ściągnąłem na ziemię. 
"Więc jednak takim jak ja, też czasem dopisze szczęście" - pomyślałem. Znaleziony Naszyjnik Pożywienia był rozwiązaniem mojego obecnego problemu.
*** 
Dotarłem do Wrzosowej Łąki popołudniem. W centrum tego terenu znajdowała się teraz obszerna scena Amfiteatru. Chwilowo nikt nie występował na jej deskach, jednak i tak w pobliżu było dość dużo wilków z obu watah. Wypatrzyłem pośród nich niejakiego Kai'a. Zajmował gapiów na rożnorakie sposoby. Słowem, dobrze wykonywał swoje zadanie jako konferansjer. Basior reklamował dostępne konkurencje, za które można otrzymać karty, a także wspomniał coś o dzisiejszych występach. 
Bez pośpiechu podszedłem do ławek i usiadłem na jednej z nich. To idealne miejsce na "odpoczynek", czyli obserwowanie codziennych zachowań otaczających mnie wilków. Być może przyszedłem tu zbyt wcześnie, nie czułem się jeszcze na siłach, żeby już zaczynać towarzyskie rozmowy.
Spojrzałem ku scenie. Na jej brzegu usiadł mężczyzna, albo raczej basior w ludzkiej postaci. Znam go, to Joel Treunis, zwany Trumnisem. Muzyk i tancerz, po godzinach pracuje w Mieście. Dość interesujący osobnik, dołączył we wrześniu, kiedy jeszcze dużą część terenów zalewała woda. 
Zanim skończyłem przypominać sobie wszystkie fakty o Joelu, ten spojrzał w bok i podniósł rękę w geście przywitania. Zbliżał się do niego inny osobnik z Watahy Magicznych Wilków. Magnus, kolejny pochodzący z Miasta. Kiedy szary basior znalazł się obok sceny, też zmienił się w człowieka i założył na nos okulary. Wiedziałem dobrze, że potrafi przybierać taką formę, podobno woli ją od wilczej. Do tego momentu byłem pewien, że jeszcze nie miałem okazji go w niej zobaczyć.
Wtem coś wyłoniło się z mojej pamięci. Zdałem sobie sprawę, że jako człowiek, raz spotkałem Magnusa, a raczej minąłem go. Miało to miejsce w Mieście, w szpitalu.
Przechodziłem wtedy przypadkiem przez oddział, na którym leżał właśnie ten niski mężczyzna o mysich włosach i specyficznych rysach. Pokonując korytarz 12B, dostrzegłem Magnusa przez uchylone drzwi sali, w której się wówczas znajdował. Czyżby jednak istniały wilki, które leczą się u ludzi? 
Ten mężczyzna nie przykuł tamtego dnia mojej szczególnej uwagi. Pacjenci spoza oddziału, na którym "pracowałem", nie mieli dla mnie znaczenia. 
Szkoda, że w końcu się wydało, że nie byłem lekarzem, a mój dowód osobisty był sfałszowany. Obserwowanie zjawiska strachu u ludzi ze stanami lękowymi, było niezwykle zajmującym doświadczeniem. Ludzie są inni, niż leśne stworzenia i fantastyczne istoty...
Hm... znowu mnie wzięło na wspomnienia? Widać bardzo żałuję tego, że nie dopilnowałem tam w Mieście wszystkiego, jak należy. 
Mówi się trudno, straciłem tylko okazję i życie jako człowiek. Jak to mówią, "nie wolno się przywiązywać do niczego". Teraz już nie mogę tam wrócić. Jestem poszukiwany. 
Wstałem z ławki i ruszyłem z powrotem w stronę Lasu. Spojrzałem jeszcze raz ku scenie, przypomniawszy sobie, że tamten epizod miał miejsce grubo przed dołączeniem Magnusa do watahy. Zacząłem się znów nad tym zastanawiać, jednak wtedy wpadłem na jakiegoś innego wilka.
- Hej, uważaj jak chodzisz! - usłyszałem. 
- Przepraszam, rozkojarzyłem się - przyznałem, wyrażając głosem zakłopotanie. 

<chętny?>

Uwagi: "Zahaczyć" piszemy przez "h". Nie musisz pisać "konferansjer" wielką literą.

środa, 20 czerwca 2018

Od Crane'a "Historia bezimiennego szczenięcia"


Kwiecień 2021

- Siedź tu i nie ruszaj się. Powiem ci, kiedy będziesz mógł wyjść. Dobrze? - wilk wlepił wzrok w swoje najmłodsze szczenię.
- Dobrze - przytaknął młody. Chciał być dobrym synem, więc posłuchał.  Jednocześnie ufał, że tata wie co robi i wróci po niego. Postanowił czekać w ciemnej jamie. Przysłuchiwał się szelestom kroków oddalających się bliskich. Czekał. 
Najpierw minuty, później godziny, w końcu dni. Dwa dni. Nie wiedział, co się dzieje, jak i dlaczego ryki i wycia, które pojawiły się nagle, stopniowo cichną. Zabroniono mu ruszać się z miejsca, więc nie wychylał się z nory.
Młody wilk nie miał pojęcia, że ten cały chaos, to niebezpieczeństwo, zaczęło się od tego jednego, "zmęczonego podróżą" wilka.
Spotkał go tydzień wcześniej.
Tajemniczny basior podszedł do szczenięcia, siedzącego na uboczu, zajmującego się płoszeniem ryb w strumieniu. Mały wilk uderzał miarowo w taflę wody białą łapą. Przerwał dopiero zauważywszy cień nieznajomego. Szczeniak spojrzał w górę, ledwo mógł objąć wzrokiem wysoką sylwetkę. 
- Sam tu jesteś, młody? - zapytał nieznajomy basior.
- Tutaj tak - odparło spokojnie szczenię.
- A gdzie są twoi rodzice?
- Są wyżej w górach. Nad wodospadami.
- Są tam inne wilki? 
- Tak, dużo innych wilków - wyjaśnił puszysty maluch.
- Jak tam dotrzeć? Powiesz mi? Szukam schronienia na chociaż jedną noc. 
- Szlakiem idzie się cały dzień - szczeniak wstał. - Ale jest jeszcze przejście ukrytym tunelem - spojrzał między skały u podnóża góry. 
- Pokaż mi, którędy mam iść.
Po dwóch dniach bez wody, jedzenia, młody wilk bardzo chciał wyjść na powierzchnię. Był pełen wątpliwości, zwłaszcza, że od dawna nie czuł już nawet zapachu swoich bliskich. Czyżby mieli już nie wrócić? 
Szczeniaka zewsząd otaczała cisza i pustka. Wyglądało na to, że został całkiem sam. Postanowił złamać nakaz rodzica i wydostał się z jamy. Nogi pokierowały go najpierw nad strumień, gdzie mógł ugasić palące przełyk pragnienie. 
Kiedy wyciągnął pysk z wody, zaczął wypatrywać jakiegoś znaku życia. Pomiędzy krzewami, pod drzewami, na skałach, a także na łące, było pusto. Ani wilka znajomego, ani obcego. Ani członka rodziny, ani innego podwładnego Alfy. Żadnych psowatych, żadnych parzystokopytnych. Żadnych smoków, żadnych ludzi. 
Wtedy nosa młodego wilka dobiegł zapach padliny, a jego żołądek przypomniał boleśnie o zaległościach w zapasach. Szczeniak znów odłożył wszystko na dalszy plan i podążył wyłapanym w powietrzu śladem. Ledwo starczyło mu sił na dotarcie do zajęcy, których nie dokończyły lisy. Po marnym posiłku, młody wilk przez chwilę nie ruszył się z miejsca. Zaczął się zastanawiać, co powinien teraz zrobić. Został sam. Oznaczało to, że dawne zagrożenie zniknęło. Jednak teraz zrobiło się miejsce na nowe. Przecież ten szczeniak wciąż nie wiedział, jak sie bronić, jak polować, jak walczyć. Podjął decyzję, że wróci na razie do jamy. Co przyniosą kolejne dni, jeszcze się zobaczy. 
- Sam tu jesteś? 
- Teraz już tak.
Szczenię zwinęło się w kłębek na dnie nory. Zbyt zimna noc przyszła zbyt szybko. 
Mały wilk nie bał się, czuł się tylko zagubiony i samotny.
Był zbyt młody, żeby wszystko zrozumieć.
*** 
Wyszedłem z jaskini. Osobnik z drugiej watahy, do którego należała, jeszcze nie wrócił. Nic tu po mnie, pomyślałem.  
Skierowałem wzrok ku północy. Nad Zielonym Lasem poruszały się snopy światła reflektorów. Festyn trwał w najlepsze. Przypomniałem sobie, że dziś wieczorem jest występ grupy tancerzy z Watahy Magicznych Wilków. Może warto by było się tam udać? Choćby żeby bić brawo z innymi i przyjrzeć się jeszcze raz nowym członkom stada.

Uwagi: Łatwo można się pogubić, co się w ogóle dzieje.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Od Hitama "Śmiertelnie ważne obowiązki" cz. 3 (cd. Suzanna)

Kwiecień 2019 r.
- Fermitate umarł! Sprawował władzę w Watasze Magicznych Wilków przez okres około trzech lat. Niestety wilki z Watahy Czarnego Kruka w dużej mierze szybko przemijają. Ich życie jest znacznie krótsze od naszego... Pogrzeb odbędzie się jutro wieczorem. Prosiłabym o obecność. Ponadto wtedy zdecydujemy, kto ma zostać nowym samcem Alfa. Obawiam się, że nie zdołam pełnić tej funkcji całkowicie sama.
Po tych słowach już nie słuchałem, rozumiejąc, że jest to sprawa organizacyjna tycząca się wyłącznie Watahy Magicznych Wilków. Zerknąłem ku Ireng, która z paskudnym uśmiechem patrzyła na Suzannę.
- Na kogo zagłosujesz? - zapytałem szeptem.
- Na Nevila.
Wyrwało mi się coś w rodzaju prychnięcia.
- Zwariowałaś?
- Niech się pomęczy z tym idiotą. Ta śmieszna watażka rozsypie się w proch i to my przejmiemy te tereny. Poza tym chyba jest we mnie zakochany, bo słucha każdego mojego polecenia.
Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Nie warto było się z nią kłócić, choć przyznam, że po raz pierwszy odczułem niechęć do jej decyzji tak silną, że zadecydowałbym kompletnie inaczej. Jaki był sens w niszczeniu stada, które nam pomagało?
- Zagłosujesz na niego, prawda, braciszku? - zapytała słodkim głosem.
- Tak, oczywiście.
Skłamałem. Po raz pierwszy chciałem zrobić coś naprawdę sam.
***
- Kolejne nudne zebranie uważam za otwarte - oświadczył podstarzały wilk o wyjątkowo kościstej budowie ciała. Tyle czasu już był w watasze, a ja wciąż nie miałem pojęcia, jak ma na imię. Zeszedł z wzniesienia. Jego miejsce zastąpił potężny samiec, którego imię każdy znał. Fort. Moje oczy pociemniały. Niezbyt go lubiłem, choć nie miałem pojęcia dlaczego. Złe przeczucia? Być może.
- Musimy odbyć głosowanie, kto ma teraz zostać nowym przedstawicielem Watahy Czarnego Kruka.
- Nevil, pamiętaj, Nevil - szeptała Ireng. Jak zwykle siedziała obok mnie. Miałem ochotę ją z całej siły popchnąć. Zamiast tego uniosłem nieznacznie podbródek. Odparcie tej pokusy było trudne. Nawet jeśli wiedziałem, że przegram potyczkę, bo siostra była ode mnie silniejsza.
- Hitamie, proszę, pomóż mi rozdać kawałki kory z ankietą - oznajmił basior, wyławiając wzrokiem moją postać z tłumu. Często prosił mnie o pomoc. Przynieś, zanieś, pozamiataj... - Chcemy zapobiec głosowania na danego wilka z lękiem przed tym, że ktoś krzywo popatrzy. Odpowiedzi mają być przede wszystkim szczere i przemyślane! Zatem postawienie krzyżyka oznacza głosowanie na mnie, kółka na Bezumstvo...
Wymieniał dalej, a ja przenosiłem w pysku kawałki kory. Przyznam, że wyłowiłem tylko i wyłącznie interesujące mnie imię, a mianowicie Premure. Nie wątpiłem w to, że będzie wspaniałym dowódcą. 
Ireng w końcu wstała i mi zaczęła pomagać, żeby sprawniej poszło. Z tym, że ja mruczałem uprzejme "proszę", czego nauczyłem się w Watasze Magicznych Wilków, a ona niekiedy tylko prychała. Czy ona się czegokolwiek tam uczy? Czy czegokolwiek uczy się w ogóle? Cokolwiek osiągnie w życiu? Tego nie wiedziałem. Z dnia na dzień coraz bardziej przypominała mi margines społeczny i zaczynałem się zastanawiać, jakim cudem wytrzymałem u jej boku tyle czasu. Może po prostu teraz zmądrzałem i dostrzegłem pewne rzeczy?
Niedługo potem skończyłem robotę i z własnym kawałkiem usiadłem na miejscu, obracając się tak, by Ireng nic nie widziała. Naskrobałem dwie pionowe kreski, oznaczające Premure, po czym szybko zabrałem się za zbieranie kawałków. Moja siostra bliźniaczka zmarszczyła brwi, widząc mój pośpiech, ale na szczęście nic nie powiedziała. Tym razem pomagał mi Eitrao.
- Hitam, pomożesz nam liczyć - powiedział swoim niskim głosem Fort, kiedy wkładałem przedmioty do podstawionych mi toreb. Mówił to tak, jakby było to tajemnicą.
- Przecież nie umiem...
- Będziesz tylko wszystko segregować jak należy. Ufamy tobie jak nikomu innemu.
Skinąłem głową nadal zdumiony. Miałem pomagać radzie starszych w decyzji odnośnie spraw watahy. Nie spodziewałem się, bym kiedykolwiek doznał tego zaszczytu.
Odczekaliśmy aż wszyscy się rozejdą, włącznie z Ireng, która posłała mi na odchodnym niedowierzające spojrzenie, a następnie podążyliśmy ku ruinom dawnej twierdzy Asai. Wciąż niezmiernie się cieszyłem, że uwolniliśmy się spod jej rządów, nawet jeśli byłem zbyt młody, by cokolwiek z wtedy pamiętać.
Zagłębiliśmy się w mroki korytarzy, które oświetlił prędko kulą ognia jeden ze staruszków. Światło lekko się chwiało, ale prawdopodobnie wynikało to z braku siły samca. Chciałem mu pomóc, ale nie wiedziałem nawet jak. Przemilczałem więc tę sprawę, skupiając się na obserwowaniu poważnych pysków starszych. Niesamowite. Tydzień wymykania się Ireng i już wylądowałem tutaj. To była zdecydowanie dobra decyzja.
Zatrzymaliśmy się dopiero w obszernej sali cuchnącej pleśnią. W uchwyty w ścianach były wsadzone pochodnie, które wraz z naszym pojawieniem się zapłonęły niebieskim ogniem. Fort. To na pewno sprawka Forta - pomyślałem, skręcając za nim. W końcu nie stronił od ciskania błękitnymi płomieniami gdy się tylko zdenerwował. W sumie był kimś w rodzaju mojego przewodnika, więc szedłem krok w krok za nim. Zatrzymałem się dopiero, kiedy on się zatrzymał i odczekałem, aż wilki noszące w torbach na grzbiecie kawałki kory z wynikami ankiety je wypakują. Zaraz potem zabrałem się do pracy.
Skończyłem dopiero po czasie dostatecznie długim, by moje oczy były odrobinę zmęczone i zaczęły się kleić. Reszta wilków obecnych w sali o czymś żywo dyskutowała. Zerknąłem raz jeszcze na wszystkie stosy. Na Nevila głosowały zaledwie dwie osoby, pewnie moja siostra i on sam. Żenujące. Premure miał imponującą ilość, lecz bez umiejętności liczenia potrafiłem stwierdzić, że bezkonkurencyjnie wygrał wilk, którego znaku niestety nie znałem. Nie wsłuchiwałem się w końcu w gadanie Forta. Zacząłem tego żałować. Inaczej wiedziałbym już wcześniej, kto zwycięży. Oto kolejna cenna wskazówka na przyszłość - ZAWSZE słuchaj tego, co ktoś ma do powiedzenia, bo może ci umknąć cenna informacja.
Odwróciłem się ku starszym siedzącym w okręgu. Akurat zrobiło się cicho, więc pozwoliłem sobie na odchrząknięcie i oznajmienie:
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale już skończyłem.
Część z nich uśmiechnęła się z politowaniem i utkwiło wyczekujące spojrzenia w moich wieżyczkach. Odsunąłem się, gdy zbliżył się ów basior, który rozpoczął wcześniej zebranie. Mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem, obszedł całą kolekcję, po czym uśmiechnął się szeroko. Spojrzał na mnie w zamyśleniu, po czym poczłapał ku pozostałym. Patrzyłem na niego pytająco. Dlaczego nic nie mówił? Wymienił z resztą porozumiewawcze spojrzenia. Jedni wciąż mieli nieobliczalny wyraz pysku, inni westchnęli z ulgą. A ja nadal nic nie wiedziałem.
Następnie wyszliśmy z twierdzy. Tym razem to Fort użyczył światła. Rzeczywiście to on musiał zapalić tamte pochodnie - pomyślałem pospiesznie. Cały czas głowiłem się nad wynikiem głosowania. Spojrzenie tamtego staruszka nic nie znaczyło, w końcu lubił patrzeć w dość nonszalancki sposób na inne wilki - analizowałem - nic jednocześnie nie miał na myśli. Przyszło mu do coś głowy, to się uśmiechnął. Całkowicie zwyczajna rzecz. A pozostali? Prawdopodobnie już wcześniej rozważali, kto może wygrać. Ich zdanie musiało się potwierdzić. Skoro zwycięzcą nie był Premure, to kto? Czy był ktoś, na kogo starszyzna patrzyła pobłażliwie? Kto angażował się dostatecznie mocno, by być godnym miana przywódcy? Nie chodziło na pewno o Forta, w końcu nikt nie patrzył na niego...
Starzec o płomiennym futrze kazał nam się zatrzymać na szczycie jednego z ocalałych murów twierdzy.
- Wilki! Wilki drogie! - krzyknął. Podszedłem bliżej skraju muru. Ze zdumieniem zauważyłem, że niemal wszystkie wilki musiały czekać na dole na werdykt. Te, których tam nie było, pospiesznie przybyły na miejsce. - Głosy już policzone, mamy nowego władcę!
W dole przeszedł szum wyrażający zaciekawienie nowiną. Fort podszedł również bliżej krawędzi. Miał znacznie donośniejszy głos od drżącego staruszka, więc ten z wdzięcznością ustąpił mu miejsca.
- Z całą pewnością każdy z was go zna i docenia jego młodzieńczy potencjał! Wraz z całą radą starszych uznaliśmy go jako słuszny wybór i godną przyszłość Watahy Czarnego Kruka - Zrobił dramatyczną pauzę, podchodząc jeszcze bliżej - Pokłońcie się przed nową Alfą Watahy Magicznego Kruka: Hitamem!
Wszyscy z jakiegoś powodu pokornie wykonali polecenie Forta. Na jedną, okropną minutę zapanowała cisza. W moim mniemaniu to wszystko zabrzmiało jak wyjątkowo paskudne nieporozumienie.

<Suzanna?>

piątek, 3 kwietnia 2015

Od Jasper'a "Młoda Alfa" cz.1

Poszedłem na spacer w okolicę Watahy Magicznych Wilków. Miałem nadzieje, że zobaczę tą piękną istotę - Kiiyuko. Długo już jej nie widziałem, co tu wiele mówić stęskniłem się za jej zapachem, głosem, tym jak się porusza, za nią całą.
- E ty tam! Co robisz takie maślane oczka?! - wykrzyknął do mojego ucha jeden z wojowników, Ralph.
- Ja maślane oczka! No wiesz...?! - zawołałem (rozmarzonym, wciąż myślałem o Kiiyuko) szeptem.
Basior jednak nie odpowiedział tylko szturchnął mnie w bok i uciekł. Chwilę potem dobiegł mnie jego głos krzyczący:
- Ej słuchajcie! Jasper się zakochał! A w kim? W Asai!
- Ja i Asai?! Ralph ty stary idioto, za jakiego idiotę ty mnie masz?! - pomyślałem. Gdy wypowiadałem imię wadery moim ciałem wstrząsnął dreszcz.
- Ralph! - zawołałem wilka.
- Co kochasiu...? - zapytał trzepocząc oczami.
- Czekaj na swoją śmierć! - krzyknąłem rzucając się na niego.
Po długiej i zaciętej walce pode mną leżało martwe ciało basiora.
- Powiemy wszystko Asai, powiemy wszystko Asai. - zaśpiewała grupa dzieci biegnąc do jaskini wadery.
Nie zamierzam czekać na NIĄ. - pomyślałem uciekając na teren WMW.
Biegłem jak szalony, szukając jednocześnie Kii.
Po dłuższej bieganinie znalazłem ją. Rozmawiała z jakimś basiorem. Zazdrość ukłuła mnie w serce. O czym oni gadali? Nasłuchiwałem zaciekawiony.
- ...stwierdziła ciąże... - usłyszałem jedynie, słowa te powiedział owy basior.
"Ciążą?! Ona będzie mieć dziecko?!" wykrzyczałem w duchu. Nie ujawniałem się jednak, zamiast tego przysłuchiwałem się ich rozmowie.

*** Po paru dniach spędzonych na przyglądaniu się ciężarnej Kiiyuko. ***
- To już chyba ten dzień. Ona urodzi dzisiaj. - pomyślałem pewny siebie.
Dziecko chyba było w zgodzie ze mną, bo zaczęło się zaraz po moim wewnętrznym monologu.
- Rafi to teraz! - wykrzyczała moja sympatia.
- O zaczyna się... - westchnąłem bardzo cicho.

*** Po jakimś czasie... ***

- I po sprawie. - powiedziałem przyglądając się małemu szczeniakowi. - Czas wkroczyć do akcji.
Wyskoczyłem z krzaków, w których się wcześniej ukrywałem.
- No mała! Jakaś ty biedna! Dopiero się urodziłaś, a już masz arcywroga... - westchnąłem teatralnie - Mnie!
I wtedy uciekłem z terenów WMW. Znowu wkraczałem do ponurego świata Watahy Asai. Pobiegłem prosto do jaskini wadery panującej w tej krainie.
- Asai, Asai! Kiiyuko urodził się szczeniak! - zawołałem.
Wtedy nic mnie już nie obchodziło. Ważne jest, by ten szczeniak zdechł, tak samo jak jej ojciec, bo inaczej gdzie będę ja? Roześmiałem się szyderczo i począłem słuchać Asai. Tylko ona może mi pomóc...

Uwagi: brak