Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karou. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karou. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 października 2017

Od Karou "Łowy" cz.1 (C.D.N)

Lipiec 2020
Zatrzymałam się na chwilę i niepewnie rozejrzałam po okolicy. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo, a pod jednym z nich miała odbyć się dzisiejsza zbiórka wieczornej grupy polowań, w której zobowiązana byłam uczestniczyć.
Wróciłam do spokojnego truchtu cały czas przeplatanego z nerwowym spoglądaniem na boki. Z minuty na minutę coraz bardziej martwiłam się, że weszłam do lasu od złej strony. Z racji, że teren był ogromny, to by oznaczało, że już nie znajdę pozostałych.
Czułam, że ktoś mnie za to zamorduje.
W pewnym momencie wyczułam zapach wilków. Poczułam znajome mrowienie na grzbiecie - wiązało się z tym, że od wzorów na moim ciele zaczynał być słaby blask podekscytowania.
Puściłam się biegiem.
Zapach z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy. Na ślepo biegłam jego śladem, aż zderzyłam się z kimś. Potem przewróciłam się i upadłam. Spojrzałam na drugiego wilka.
- Och... Hej, Desperado. - Potrząsnęłam obolałą głową widząc jednego z zabijających. On też polował na wieczornej zmianie. Musiał mnie szukać.
Basior rzucił mi gniewne spojrzenie, ale nic nie powiedział, po czym wstał i wytrzepał się. Następnie ruszył tam, skąd przybył. Dostatecznie wolno, żebym zdążyła pójść za nim.
- Chodź już, nie ma czasu. Torance jest niedaleko. Znaleźliśmy sarny. - Powiedział przyciszonym głosem.
Ja tylko skinęłam na znak, że rozumiem i posłusznie podreptałam za nim.
Wiedziałam, że w normalnej sytuacji nakrzyczałby na mnie, lub rzucił jakąś kąśliwą uwagę, bo z trudem się przed tym powstrzymał. To jednak nie była normalna sytuacja - tu chodziło o pożywienie dla watahy. Możliwe, że bardzo dużo pożywienia.
Chciałam trochę podbiec, żeby zmniejszyć dzielącą nas odległość, kiedy nagle zaczął się skradać, przez co częściowo ukrył się w wysokiej trawie. Szybko zniżyłam się w ślad za Desperado, domyślając się, że zwierzyna musi być gdzieś niedaleko.
Przed nami znajdowała się wąska i płytka dolinka. Drzewa stopniowo się przerzedzały i między prześwitami majaczyło kilka sylwetek młodych saren. Miejscami ukształtowanie terenu pozwalało na przeprowadzenie ataku z góry.
Dopiero po chwili zauważyłam Torance ukrywającą się za przewróconą kłodą dosłownie kilkanaście metrów od najbliższego osobnika.
Wzięłam głęboki wdech. Wiatr nam sprzyjał.
Dołączyliśmy do wadery, która odwróciła się do nas i zaczęła tłumaczyć plan działania, poruszając wargami niemalże bezgłośnie:
- Standardowy plan działania. Ja zakradam się od tyłu i zaganiam je do przodu. Karou atakuje jak najwięcej saren, żeby je osłabić. Desperado kończy. Jasne?
Jakiś czas wcześniej napotkałam na Yuki. Zdziwił mnie jej widok w Zielonym Lesie. Myślałam, że jedynym miejscem w którym lubi przebywać, jest Cmentarz. Tak czy owak, zdążyła nakrzyczeć na mnie, że zakłócam jej spokój... Doszło między nami do krótkiej, ale ostrej wymiany zdań. Niby nic znaczącego, ale niestety w jakimś stopniu udzielił mi się jej charakter.
Jeszcze raz zmierzyłam wzrokiem obszar działania. Widziałam inne możliwości niż prosty plan przedstawiony przez Tori. To było moje pierwsze polowanie, a już znudził mnie standardowy schemat "goń, atakuj, zabij".
- A nie lepiej zaatakować od góry? - Rzuciłam bez namysłu. Odpowiednio cicho, by nie zwrócić na siebie uwagi saren.
Oba wilki spojrzały się na mnie jak na głupią.
- No wiecie... Efekt zaskoczenia. Skoczylibyśmy stamtąd... - Mimo, że sama nie widziałam sensu takiego działania, uparcie tłumaczyłam dalej.
- Upolowalibyśmy może trzy sarny... Plus jedno młode przy odrobinie szczęścia. Co ci więc po efekcie zaskoczenia? - Spróbowała spokojnie wyperswadować mi mój pomysł.
- Naprawdę nie nudzi was robienie tego samego dzień w dzień? - Chociaż zdawałam sobie sprawę, że zna się na łowach lepiej niż ja, chciałam koniecznie postawić na swoim. Udowodnić im, że moje pomysły też się sprawdzają.
- Tutaj chodzi o pożywienie dla naszej watahy a nie rozrywkę! - Kilka łań skierowało zaniepokojone spojrzenia w naszą stronę.
- Dlaczego najpierw nie spróbujesz mnie wysłuchać?
- A dlaczego ty tego nie zrobisz?
Westchnęła.
- A może poszukasz zrozumienia w poranne, albo popołudniowej grupie polowań?
- Wątpię. Zostałam przydzielona tutaj. - Uśmiechnęłam się szyderczo. - Chyba nie zakwestionujesz decyzji Alfy?
Niczego jednak nie odpowiedziała. Przekręciłam głowę. Nie było łatwo wyprowadzić Torance z równowagi.
Zrezygnowałam z dalszej rozmowy i zawróciłam.
- Dokąd idziesz? - Wysyczała w moją stronę. Mówiła cicho, jednak ton jej głosu budził niepewność.
- Do tej pory radziliście sobie beze mnie, więc teraz też sobie poradzicie.

<C.D.N>

Uwagi: Wszelkie "ochy" i "achy" zapisujemy przez "ch". Powtórzenia (na początku np. liczne używanie różnych form słowa "czuć").

niedziela, 3 września 2017

Od Karou "Nocny Marek" cz. 3 (cd. Leah)

Marzec 2020 r.
Przez całą noc Leah starała się pomóc mi znaleźć mój żywioł. W księdze, którą się kierowałyśmy, opisane zostały sposoby pomagające odkryć podstawowe żywioły - ogień, wodę, naturę, ziemię, wiatr. Niestety nasze wysiłki spełzły na niczym. Pocieszający był fakt, że istniała spora szansa, iż mój żywioł, jeśli taki posiadałam, nie był żadnym z nich.
Podoba mi się jej osobowość. Jest miła, energiczna, pełna pozytywnej energii. Była bardzo chętna do tego, żeby mi pomóc, całą noc mnie wspierała i doradzała, co robić.
- Jutro spróbujemy czegoś innego. - Pocieszała mnie, widząc, że słońce powoli wschodzi. - Zaraz musisz iść na lekcje. Chodź. Dzisiaj po południu, o ile pamiętam, macie lekcje magii.
Przez jakiś czas szłyśmy w milczeniu kierując się do jaskiń, ale w połowie drogi Leah udała się w innym kierunku.
- Muszę iść na zbiórkę. Spotkajmy się dziś wieczorem. Do zobaczenia!
- Do zobaczenia!
- Tylko uważaj na lekcjach! - Rzuciła mi na odchodne.
- Boję się, że będę musiała. - Odpowiedziałam cicho, ale była już zbyt daleko, żeby mnie usłyszeć.
Wiedziałam, że po zarwanej nocy powinnam się przespać, ale czułam potrzebę zrobienia czegoś jeszcze. Zawróciłam więc do biblioteki, żeby przestudiować inne książki.
Udałam się do miejsca, w którym znajdował się zbiór tomów poświęconych magii. Kręciłam się wzdłuż regałów w poszukiwaniu czegoś wyjątkowego, co zwróciłoby moją uwagę. W końcu sięgnęłam po książkę, która wpadła mi w oko. W porównaniu do innych była cienka, mogła mieć jakieś trzysta stron. Została oprawiona w czarną skórę, a na okładce widniał pozłacany napis: "Tajemnice magii, czyli najważniejsze, co musisz wiedzieć, żeby odkryć swój żywioł". Dziwne, nigdzie nie było widać autora, a pierwsza strona, gdzie powinna pojawić się wzmianka o jej pochodzeniu, wyglądała na wyrwaną. Ten fakt mnie bardzo zdziwił, więc jeśli treść okazałaby się ciekawa, postanowiłam ją wypożyczyć.
Zapowiadało się obiecująco. Obym znalazła tam więcej niż w poprzedniej lekturze.
Położyłam książkę przed sobą. Przez chwilę próbowałam poradzić sobie z nią przednimi łapami, ale w końcu zrezygnowałam z tego pomysłu. Ogonem z kolei poszło mi bardzo łatwo. Cieszyłam się, że nie wszystkie moje kończyny były bezużyteczne.
Zerknęłam szybko na losową stronę. Między niektórymi wersami znajdowały się odręczne notatki zapisane w jakimś innym języku.
"Odkrywanie swoich umiejętności nie zawsze jest szybkie i proste. Zależy to w dużej mierze od konkretnego osobnika i żywiołu, jaki mu przypadł. Żywioły są naprawdę niesamowite i jest ich niezwykle wiele. Najczęściej występujące, a zarazem najprostsze do odkrycia są żywioły podstawowe, takie jak wiatr, czy ziemia. Zdarzają się jednak żywioły tak niezwykłe i trudne do opanowania, jak umysł, materia, kosmos, czy nawet karty, lub papier. Niektóre z nich mogą się ujawnić tylko w konkretnych sytuacjach [...]"
Bez dłuższego namysłu wypożyczyłam książkę i zabrałam ją do mojej jaskini. Kiedy wyszłam z legowiska, zerknęłam na pozycję słońca. Nagle serce zaczęło mi szybciej bić. Było już tak późno! Zajęcia na pewno już trwały.
Kiedy wbiegłam na polanę, na której odbywały się zajęcia magii, potknęłam się o mój własny ogon i przeturlałam się aż do małej grupki wilków. Wszyscy skierowali uwagę w moją stronę, więc wstałam najpłynniej jak potrafiłam, otrzepałam się i również zlustrowałam ich wzrokiem.
Przede mną stały trzy szczeniaki i jeden dorosły basior - zapewne nauczyciel. Dwójka z nich mogła być w wieku podobnym do mojego, a trzecia waderka nie wyglądała na starszą niż półtora roku.
Starałam się wyglądać pogodnie, jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło. Przecież trzeba sprawiać dobre pierwsze wrażenie. Jeśli chodzi o mnie, to też jedyne dobre wrażenie.
- Dzień dobry, nazywam się Karou. Strasznie przepraszam za spóźnienie. - Zwracając się do nauczyciela puściłam łeb na znak skruchy.
- Minęła już ponad połowa lekcji. - Powiedział dorosły wilk bez cienia gniewu w głosie. Ciekawe, czy rzeczywiście nie był zły, czy tylko umiał dobrze maskować emocje? - Następnym razem postaraj się być na czas.
- Oczywiście. - Jeszcze raz opuściłam głowę, ale zaraz znowu spojrzałam na zebranych.
- Nazywam się Kai i jestem waszym nauczycielem, a to Torance... - Odpowiadając na pytanie, którego nie zdążyłam jeszcze zadać, skinął głową w stronę waderki, która miała takie same ubarwienie, jak dzikie lisy.
- Tori. - Poprawiła go cicho.
- Dalej jest Winteren, a na końcu Aokigahara. - Błękitnobiały basiorek siedzący obok Torance posłał mi przyjazny uśmiech, a kolejny rudy szczeniak, zauważalnie najmłodszy, obdarzył mnie długim, dociekliwym spojrzeniem.
Przyjrzałam się dokładniej Winterenowi. Zdziwiłam się, widząc, że mimo upału, na trawie wokół niego utworzyła się cienka warstwa szronu. Pewnie jego żywioł był związany z zimnem.
- Bardzo miło mi was poznać. - Przywołałam wesoły wyraz twarzy. Z reguły nie przepadałam za tłumami, ale cztery wilki byłam jeszcze w stanie przeżyć.
- Dobrze więc, wracajcie do ćwiczeń - zawołał do szczeniąt - a z tobą muszę zamienić kilka słów.
Nauczyciel podszedł do mnie powoli, starając się wzbudzić moje zaufanie.
- Tak, proszę pana? - Zapytałam nienaturalnie cienkim głosem.
W mojej głowie zaczęły kłębić się różne myśli. Rozmowa. Zmiana charakteru. Strach.
- Nie bój się. Jak pewnie wiesz, właśnie odbywa się lekcja magii. W związku z tym, chcę cię tylko zapytać, czy posiadasz jakieś żywioły, czy specjalne umiejętności.
- Nie... Znaczy się... Jedną umiejętność. - Milczałam przez chwilę. Wiedziałam, że trzeba było mu powiedzieć. To w końcu był mój nauczyciel. Mógł mi pomóc. - Kiedy z kimś rozmawiam, po krótkiej chwili niektóre cechy mojego charakteru się zmieniają. Im dłużej z kimś jestem, tym bardziej kogoś przypominam. Po jakimś czasie potrafię też bezbłędnie określić emocje, sama je poczuć, a nawet myśleć o tym samym.
- Niezwykłe. Myślisz, że może to być przejaw twojego żywiołu?
- Wątpię. Mam tak od urodzenia. - Postanowiłam pominąć najbardziej bolesny element mojej historii. Do tej pory udawało mi się unikać ataków, więc po co miałabym o tym mówić?
- A co z... Atakami?
Stanęłam jak wryta. Skąd on mógł to wiedzieć?
- Potrafię czytać w myślach. - Uśmiechnął się do mnie szczerze.
Poczułam się przyparta do muru. Teraz musiałam mu wszystko opowiedzieć.
- Większość życia spędziłam jako człowiek. W tym czasie poznałam trzy skrajne osobowości, które... Ciężko mi to opisać. Po prostu od tego czasu mam oficjalnie rozdwojenie jaźni. Jakby zagnieździły się w moim ciele. - Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym, że mam w sobie seryjnego mordercę.
- Jak myślisz, dlaczego ataki ustąpiły? - Zapytał całkowicie poważnie. On mi wierzył, naprawdę mi wierzył!
- Nie wiem, może ma to związek z tym, jak się tu znalazłam. Może powinnam się cieszyć, mieć nadzieję, że nie wrócą, ale... - Urwałam, po czym zniżyłam głos do szeptu, jak paranoik, który boi się, że ktoś go podsłucha. - Ja wiem, że one nadal tam są. Tylko uśpione. Może na coś czekają, a może to dlatego, że nie czułam jeszcze takich silnych emocji jak... Ehh... Przez większość czasu kręcę się bez celu i staram się zaakceptować siebie, nauczyć korzystać z wilczego ciała i chyba... Chyba powiedziałam już za dużo.
- Rozumiem. - Skinął głową ze zrozumieniem. - Gdyby coś się działo, zawsze możesz do mnie przyjść. Polecam ci dołączyć do Torance i Aokigahary. One też wciąż szukają swoich żywiołów.
- Dziękuję. - Skłoniłam się lekko i dołączyłam do waderek.
* * *
Ćwiczenia były dla mnie niczym niezwykłym. Podobne rzeczy robiłyśmy z Leah przez całą noc. Przez większość czasu razem z Tori i Aoki medytowałyśmy, lub próbowałyśmy się skupić, żeby przywołać podmuch wiatru, czy przekonać biegające wszędzie polne myszy do wykonania naszych poleceń. Naturalnie bezskutecznie.
Waderki rozmawiały między sobą prawie cały czas. Z kolei do mnie odzywała się prawie tylko Aokigahara i to po to, żeby zadać mi jakieś dziwne pytania. Czułam, że była ciekawska, wręcz wścibska wobec mnie.
Lekcje, mimo, że uczestniczyłam jedynie w ich połowie, wydawały mi się strasznie długie. W dodatku byłam strasznie zmęczona po ponad trzydziestu godzinach bez snu i w ogóle nie interesowałam się tym, co się na nich działo. Szczerze mówiąc, tylko czekałam na wieczór, żeby móc spotkać się z Leah. Byłam ciekawa, czy wymyśliła jakiś nowy sposób, żeby ujawniły się moje moce. Zamierzałam też wspomnieć o moim nowym nabytku. Może ona umiała rozszyfrować te tajemnicze notatki?
Po lekcjach opuściłam łąkę jako pierwsza, żegnając się przy tym grzecznie i podreptałam do swojej jaskini, podziwiając przy tym widoki, czego nie miałam okazji zrobić wcześniej.
Po dotarciu do mojego legowiska natychmiast opadłam na ziemię. Chciałam trochę odpocząć, nie przywykłam do tak długiej aktywności. Chyba nigdy tak szybko nie zasnęłam...
* * *
Po przebudzeniu się niczym wiatr pomknęłam w stronę klifu z książką w zębach, nie potykając się przy tym ani razu, co było prawdziwym cudem. Słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi. Miałam w planach wyjść co najmniej pół godziny wcześniej. Musiałam nadrobić. Miałam nadzieję, że Leah nie musiała długo na mnie czekać.
Kilkanaście minut później znalazłam się na terenie Wschodniego Klifu. Lekko zwolniłam wypatrując znajomej sylwetki. Słońce jeszcze nie zaszło i niebo przybrało teraz barwę ciemnego różu.
Po wyczerpującym sprincie nie mogłam złapać oddechu. Przystanęłam więc na chwilę czekając, aż moje serce się uspokoi. Starałam się też nie odkształcić skórzanej okładki książki moimi zębami. Chwilę później zrobiłam krok do przodu, ale odskoczyłam, kiedy coś zachrzęściło pod moimi łapami.
W swojej ciekawskiej naturze podreptałam z powrotem do tego samego miejsca. Ze szczeliny pomiędzy dwoma skałami wystawał naszyjnik. Wyciągnęłam go ogonem, żeby dokładniej mu się przyjrzeć. Na łańcuszku wisiał złoty zegarek. Rzymskie cyfry układały się w przepiękną spiralę. Uznałam, że po prostu muszę go założyć. Przełożyłam naszyjnik przez szyję.
Medalion Upływającego Czasu - słowa niespodziewanie pojawiły się w mojej głowie, chociaż nie miałam prawa znać nazwy dziwnego przedmiotu.
Pomknęłam wzdłuż Wschodniego Klifu z dwa razy szybszą prędkością niż wcześniej.
Leah siedziała na krawędzi wystającej nad przepaść skały, wpatrzona w idealnie okrągły księżyc. Był dobrze widoczny mimo, że jeszcze było dość jasno. Jako człowiek słyszałam wiele legend o tym, że podczas pełni dzieją się magiczne rzeczy. W wielu filmach fantasy pełnia potęgowała niektóre moce... Może było to prawdą?
- Cześć... Leah. - Wysapałam.

<Leah> 

Uwagi: Brak.

środa, 30 sierpnia 2017

Od Karou "To the true form" cz.2 (cd. Aurelliah)

Kwiecień 2020 r.
Mimo starań nadal nie mogłam przywyknąć do tego całego bycia wilkiem. Tęskniłam za miastem, za domem, za innymi ludźmi. Niestety nie potrafiłam się przemienić w człowieka. W dodatku nic nie wskazywało na to, że posiadam jakiekolwiek umiejętności, o zmiennokształtności nie wspominając.
Usiadłam właśnie nad Wodospadem. Oglądałam swoje zniekształcone odbicie w spienionej tafli wody. Zdążyłam przynajmniej zaakceptować mój obecny wygląd, na który nie mogłam narzekać. Byłam szczupła, moje ciało nie straciło ani trochę na giętkości. Zapewne, gdybym trochę poćwiczyła, mój długi, silny ogon stałby się niezwykle zręczną kończyną. Zupełnie jak kiedyś ludzkie ręce.
Spojrzałam na siebie ze smutkiem. Już parokrotnie udało mi się nim podnieść coś małego. Może dałabym radę wspiąć się dzięki niemu gdzieś wyżej?
Nagle usłyszałam kroki. Ich właściciel definitywnie zmierzał powoli w moją stronę. Nie spodobała mi się myśl, że już nie będę sama. Położyłam się tuż przy zbiorniku i zaczęłam kreślić po nim wzory czubkiem ogona. Zdążyłam też zaobserwować zainteresowanie ryb, najpewniej jego jaskrawym zabarwieniem. Postanowiłam to kiedyś wykorzystać.
- Karou? - Na moje imię wypowiedziane przez Alfę aż podskoczyłam. Usiadłam prosto jednocześnie rozchlapując dookoła wodę przez wykonanie zbyt chaotycznego ruchu ogonem.
- Tak, Suzanno? - Odwróciłam głowę, żeby móc zobaczyć zbliżającą się do mnie waderę.
- Czy znasz może angielski?
Pytanie na moment zbiło mnie z tropu. Chociaż jeszcze nie wiedziałam, po co jej ta informacja, bardzo ucieszyłam się na myśl o moim ulubionym przedmiocie.
- Naturalnie, jak każdy... Wychowany wśród ludzi. Myślę, że nawet o wiele lepiej, niż moi dwunożni rówieśnicy. - Poinformowałam ją, próbując sprawić dobre wrażenie.
- Świetnie. Mam dla ciebie propozycję. - Usiadła tuż obok mnie. - Do naszej watahy jakiś czas temu trafiła wadera o imieniu Aurelliah. Przez całe swoje życie była człowiekiem, tak samo jak ty, ale przez to, że jest o wiele starsza, znacznie trudniej jest jej zaakceptować wilczą formę.
- Bardzo chętnie ją poznam. - Wzory na moim ciele lekko zabłyszczały. Drugi człowiek? W takiej samej sytuacji?
- Zaczekaj, to jeszcze nie wszystko. Problem w tym, że ona nie zna polskiego, a ty jesteś najprawdopodobniej jedynym wilkiem we watasze, który może się z nią porozumieć. Chcę cię poprosić, żebyś została jej... Tłumaczem? Chyba tak to mogę nazwać. Chodzi mi o to, żebyś nauczyła ją podstaw porozumiewania się.
- Jasne, nie ma żadnego problemu.
- I gdybyś mogła... Aurelliah szukała czegoś w Bibliotece Barwnej Duszy, ale wpadła w szał i zrobiła tam niezły bałagan. Chcę, żebyś wieczorem sprawdziła jak jej idzie sprzątanie i przy okazji, mogłabyś mi później powiedzieć czego szukała w tych książkach?
Moment, czy ona powiedziała "w bibliotece"? To tutaj jest biblioteka? Przeklęłam się w myślach, że byłam tutaj od prawie dwóch miesięcy i nie wiedziałam niczego o bibliotece. Przecież książki to mógł być mój łącznik z człowieczeństwem! Coś, dzięki czemu mogłabym się poczuć jak człowiek, a nawet poznać sposób na przemianę!
- Oczywiście. - Uśmiechnęłam się do niej. - Zajrzę do biblioteki później.
Mimo tego, że nie potrafiłam ukryć emocji przez cyjanowe znaki, które świeciły już dość mocno, po moim tonie nie dało się czuć choćby cienia podekscytowania.
Zawróciłam w stronę mojej jaskini.
- Tylko uważaj na nią. Kiedy widziałam ją ostatnio była trochę... Roztrzęsiona. - Rzuciła mi Alfa na odchodne.
*** *** ***
Naturalnie zapomniałam zapytać Suzannę jak trafić do biblioteki. Nie miałam pojęcia gdzie zacząć poszukiwania, a wstyd mi było zawracać jej głowę. Koniec końców po kilku godzinach błądzenia znalazłam odpowiednią drogę. Niestety było już grubo po zmierzchu.
Nareszcie stanęłam w progu ogromnej czytelni, wypełnionej po brzegi łamiącymi się pod ciężarem opasłych tomów regałami. Po wejściu od razu rzuciła mi się w oczy jedyna żywa istota w pomieszczeniu. Siedziała pośrodku stosu zniszczonych książek i raz na jakiś czas wciskała którąś z nich w wolne miejsce na krzywo postawionych regałach, przy okazji wkładając między strony kilka losowych kartek z ziemi.
Jeśli to, co powiedziała mi Suzanna było prawdą, nawet gdyby chciała, nie zdołałaby rozszyfrować treści na stronicach i dobrać je do prawidłowych ksiąg.
Podeszłam do Aurelliah powoli, bardziej zainteresowana skłonnymi do poruszania się wbrew mej woli łapami, niż nienadającymi się do użytku książkami, przez których labirynt musiałam się przedrzeć.
Obserwowałam przez chwilę ją i jej dzieło, zanim odważyłam się odezwać:
- Nazywasz się Aurelliah? - Wydukałam powoli starając się brzmieć jak najnaturalniej.
Dawno nie rozmawiałam po angielsku, więc potrzebowałam chwili, żeby przypomnieć sobie wszystkie zwroty, których mogłam potrzebować w naszej rozmowie.
Dźwięk mojego głosu spotkał się z natychmiastową reakcją. Wadera uniosła łeb przez chwilę mierząc mnie wzrokiem. Początkowo jakoś dziwnie na mnie patrzyła. Może źle coś powiedziałam?
- Tak. - Ucieszyłam się słysząc, że to jednak była ona, chociaż raczej nie było innej możliwości.
- Mówisz po polsku? - Wolałam się upewnić, że moje informacje są prawdziwe.
Pokręciła przecząco głową.
- Czyli Alfa miała rację. - Dziwnie mi było patrzeć na kogoś, z kim miałam o wiele więcej wspólnego niż się mogło wydawać.
- Pochodzę z USA, a tutaj przyjechałam nakręcić kilka scen filmu.
- Film? - Natychmiast się ożywiłam. Matko, jak ja uwielbiam filmy! Ona musiała być aktorką, albo reżyserką! To było niesamowite uczucie móc poznać kogoś takiego.
Poczułam znajome mrowienie na grzbiecie, które postarałam się stłumić. Z każdą chwilą mówiłam coraz szybciej. Odniosłam wręcz wrażenie, że szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Do tej pory musiałam zastanawiać się nad tym, co mówię, a teraz przychodziło mi to odruchowo. Nie wiedziałam, że zmiana osobowości sprawiała, że poznawałam lepiej dany język. Może nigdy tego nie zauważyłam, bo nie rozmawiałam z ludźmi innych narodowości?
- Film akcji. - Przytaknęła. - Choć ty pewnie nie wiesz, co to takiego, bo jesteś wilkiem. - Stwierdziła, po czym wróciła do swojego jakże fascynującego zajęcia.
To było wredne z jej strony. Przecież musiała zdawać sobie sprawę, że rozumiem o czym do mnie mówi!
- Wiem, co to film, nie jestem głupia.
Znieruchomiała. Przez chwilę chciała zadać pytanie, zapewne związane z moją wiedzą na temat ludzkich obyczajów, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Pewnie sądziła, że potrafię zmieniać się w człowieka.
Na myśl o tym ogarnął mnie straszny gniew i ledwo stłumiłam w sobie ochotę, żeby rzucić w nią książką. Przecież musiała być o wiele ode mnie starsza. Wiedziałam, że to negatywny wpływ silniejszej osobowości. Atakowanie ludzi było do mnie niepodobne.
- Więc o czym ten film? - Postanowiłam brnąć w temat dalej.
- O zbrojnej jednostce. Tajemnej broni wojska w latach dwa tysiące cztery do dwa tysiące siódmego. Powszechnie uważano, że to chłopiec-robot, ale niewiele było w tym prawdy. Nazywał się Astro. Film oparty na faktach. - Mówiła głosem pozbawionym entuzjazmu. - Ale nigdy nie zostanie zrealizowany.
Spojrzała na mnie. Z jej oczu nie dało się wyczytać dosłownie nic. Kompletna pustka. Może chciała mnie sprawdzić? Zorientować się, ile wiem?
- Szczerze mówiąc, to nie moje klimaty. - Uśmiechnęłam się sztucznie, nie chcąc jej urazić. - Ale ta historia mogłaby mnie zaciekawić. Dlaczego nigdy go nie zrealizujesz? - Zapytałam, chociaż dobrze znałam odpowiedź.
- Bo znalazłam się tutaj. Jak wyobrażasz sobie realizację jakiegokolwiek projektu, podczas gdy ja jestem wilkiem? To bezużyteczne ciało... Na co mi ono? Na co?! Może już nigdy nie wrócę do domu, nie zobaczę tych, których kocham.
Wszechogarniający smutek i rozpacz były dla mnie jak uderzenie tsunami. Miałam ochotę położyć się gdzieś w kącie i zacząć płakać nad losem nas obu. Bo przecież nie tylko jej całe życie obróciło się w pył.
- Doskonale wiem co czujesz...
- Wątpię. Nawet w najmniejszym stopniu nie rozumiesz, jakie to uczucie. Patrzeć na innych, jak zmieniają się w ludzi raz za razem i nawet nie móc z nimi porozmawiać. Zapytać, jak to robią. Straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek ktoś mi pomoże. - Mówiąc to, lekko drżała.
- Otóż tu się mylisz. - Uniosłam głowę, patrząc jej w oczy. Odwzajemniła spojrzenie bez wahania. - Urodziłam się jako człowiek, wychowali mnie ludzie. Nie mam pojęcia kim jestem i jak mogę wrócić. Może i żyłam w tamtej formie krócej niż ty, ale jest jeszcze coś, dzięki czemu... - Urwałam na chwilę, żeby zastanowić się, co powiedzieć. Opuściłam łeb. - Nie wiem, czy powinnam ci o tym mówić.
- Zrobisz, co uważasz za słuszne. - Skwitowała krótko.
Ponownie napotkałam jej spojrzenie. Odchrząknęłam cicho i odezwałam się usiłując uzyskać poważny i pewny siebie ton głosu, jaki zapewne miałaby moja rozmówczyni, gdyby była zmuszona powiedzieć dokładnie to samo:
- Urodziłam się z pewnym osobliwym darem. Umiejętnością, którą można porównać do talentów innych wilków, chociaż te są o wiele bardziej niezwykłe i spektakularne... Umiejętnością, dzięki której nie tylko wiem co czujesz, ale też czuję to samo, co ty. Mój charakter z każdą chwilą coraz bardziej przypomina twój, tak samo zresztą jak zmieniają się moje preferencje, poglądy, a w niektórych okolicznościach również umiejętności. Na przykład językowe. - Uśmiechnęłam się lekko. W ciągu naszej rozmowy użyłam już słów, których nigdy się nie uczyłam i nie miałam prawa znać. Czułam się wręcz, jakby nasza rozmowa odbywała się w moim ojczystym języku.
Aurelliah zrobiła krok do tyłu, potrącając przy tym otwartą książkę leżącą grzbietem do góry. Przez chwilę widziałam w jej oczach cień strachu, ale zaraz potem przyszło niedowierzanie. Jej brak wiary w mój dar aż palił mnie od środka.
- To niemożliwe. - Wydusiła przez zaciśnięte zęby.
Westchnęłam ciężko. Dalsza rozmowa nie miała sensu.
- Moje zadanie ograniczało się jedynie do sprawdzenia, jak sobie radzisz. Skoro jakoś ci idzie, moja pomoc jest tutaj zbędna, bo tylko odciągam twoją uwagę od pracy.
Bez ostrzeżenia odwróciłam się do wadery plecami i skierowałam swoje nieporadne ciało w stronę wyjścia. Powoli, żeby dać jej czas do namysłu, lub powiedzenia czegoś. Ona jednak uparcie milczała, w bezruchu mnie obserwując.
Kiedy stałam już w progu, ostatni raz spojrzałam w jej stronę. Zamierzałam zrobić to, co powinnam, zresztą sama tego chciałam. Jednak kiedy otworzyłam usta, żeby kontynuować moją wypowiedź, słowa ledwo przeszły mi przez gardło:
- Jeśli zaś po ochłonięciu postanowisz porozmawiać z jedynym wilkiem, który rozumie twoje słowa, i którego słowa ty rozumiesz, będę czekać na ciebie jutro nad Wodospadem, kiedy słońce zacznie chylić się ku zachodowi. Chyba mamy sobie jeszcze wiele do powiedzenia.
Podreptałam na zewnątrz, w mroku zlewając się z otaczającym mnie leśnym krajobrazem. Mimo, że ledwo byłam w stanie odróżnić od siebie sylwetki drzew, będąc wilkiem instynktownie wiedziałam jak trafić do mojej jaskini. Mimo to wolałam poćwiczyć bieganie po naturalnym torze przeszkód.
Musiałam teraz pobyć trochę sama. Co prawda zostawiłam osobliwą waderę za sobą, ale jej smutny, depresyjny wręcz wpływ miałam odczuwać jeszcze przez jakiś czas, jak było zawsze.
Czekał mnie jeden z najcięższych socjalnych kaców w moim życiu.

<Aurelliah?>

Uwagi: Nie "przeklnęłam", tylko "przeklęłam". Nieprawidłowo zapisany tytuł.

sobota, 8 lipca 2017

Od Karou "Nocny Marek" cz.1 (cd. Leah)

Marzec 2017
Z niespokojnego snu wyrwała mnie wichura i wycie. Głos może coś oznaczał, ale nie znam języka wilków. Na wszelki wypadek uznałam, że sprawdzę co się dzieje.
Uniosłam się powoli na czterech łapach nadal nieprzyzwyczajona do wilczej formy. Najpierw otrzepałam nieudolnie łeb, prawie się przewracając, a potem bardzo powoli, pilnując by nie pomylić kolejności stawiania kroków, skierowałam się do wyjścia z podłużnej jaskini. Byłam trochę odrętwiała od spania na zimnej skale do którego nie byłam przystosowana. Ahh, ile bym dała za mój mięciutki ogrzewany koc, albo chociaż poduszkę!
Ostrożnie wychyliłam głowę na zewnątrz i zrobiło mi się jeszcze zimniej. Wiatr poruszał się we wszystkich kierunkach nie mając litości dla mojej sierści na której późniejsze rozczesanie będę musiała wykorzystać cały następny dzień. Jak ja nienawidzę tych nocy kiedy się nie wysypiam. Wtedy przez cały dzień jest mi zimno. A marzec wcale do tych najcieplejszych nie należy.
Mimo, że wszystko dookoła zdawało się próbować odciągnąć mnie od małego nocnego rekonesansu, dzielnie i z uniesioną głową opuściłam moje bezpieczne schronienie.
Wycie było coraz głośniejsze, wiatr z każdą chwilą się wzmagał. Trzęsąc się, przyspieszyłam jeszcze bardziej, chcąc dotrzeć do celu mojej wycieczki. Przez to poplątały mi się łapy, musiałam na powrót zwolnić, żeby się nie przewrócić.
Posuwałam się więc powoli, aż moim oczom ukazał się Wschodni Klif. Zawędrowałam aż tak daleko? Odetchnęłam z ulgą, bo tutaj nie wiało. Rozejrzałam się uważnie. Tajemniczy wilk chwilowo ucichł utrudniając mi odnalezienie go. Kiedy zawył znowu, wiatr jak na komendę gwałtownie się zerwał. Teraz słyszałam wyraźnie, że głos był bardzo czysty i melodyjny. Też chciałabym taki posiadać. Westchnęłam.
Nareszcie zauważyłam właściciela głosu. Od tyłu, w świetle księżyca w pełni wyglądał na srebrnego basiora. Był w miarę duży, trochę wyższy ode mnie i miał bardzo grubą sierść. Grzywa przywodziła na myśl lwią.
Zakradłam się jak najciszej wkładając cały wysiłek w to, żeby się nie potknąć. Usiadłam spokojnie obok obcego. Starałam się zachowywać jak naturalniej, zrobić dobre wrażenie. Niestety kiedy znowu wiatr zaczął wiać, odwróciłam się do nieznajomego:
- Jak ty to robisz? - Chociaż nie miałam żadnych namacalnych dowodów, w powietrzu niemal było czuć magię bijącą od wilka.
- Co? - Usłyszałam dziewczęcy głos a, jak się okazało wadera przekręciła łeb nie rozumiejąc o co mi chodzi.
- No, ten wiatr... - Zakręciłam łapą spiralę przed sobą.
- Ahh... O to ci chodzi... - Poruszyła się w podobny sposób, a z niebieskiej poduszki jej łapy wyłoniło się miniaturowe tornado.
Wadera uśmiechnęła się widząc, że magia bardzo mi imponuje. Patrzyłam na posłuszny jej słup powietrza z nieukrywaną fascynacją.
- Jak wy to robicie? - Nie mogłam przestać obserwować wiru.
- To proste. Każdy wilk ma jakiś żywioł nad którym potrafi panować. Albo kilka. - Na jej pysku pojawił się lekki uśmiech.
- Fajnie. Szkoda, że ja nie mam żadnego. - Położyłam się zwieszając łapy z klifu.
- Jak masz na imię? - Wadera przyjrzała mi się uważnie.
- Jestem Karou. - Podałam jej łapę.
- Leah. - Odwzajemniła uścisk.
Wróciłyśmy do siedzenia w ciszy i gapienia się w przestrzeń. Leah nadal zmieniała kierunki wiatru doprowadzając mnie do szału.
- Wiesz co? - Uniosła głowę w moją stronę i kontynuowała zanim zdążyłam zapytać. - Może mogłabym ci pomóc znaleźć twój żywioł?
Znaczki na moim ciele zaczęły lekko błyszczeć.
- Da się? Jak?

<Leah>

Uwagi: Przecinki.

wtorek, 4 lipca 2017

Od Karou "Impreza godna zapomnienia" cz. 1 (cd. Chętny)

Luty 2020
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Jess!
Głos najlepszej przyjaciółki. Przyjęcie niespodzianka? Potem oślepiający błysk. Szesnaście zapalonych na torcie świeczek. Prześliczny błękitny płomień, zupełnie jak moje włosy. Chyba nie przypadek. I to dziwne uczucie... Niby tak dobrze mi znane, a jednak zupełnie obce. Jakby coś siedziało wewnątrz mnie i próbowało się wydostać przy okazji doprowadzając mnie do obłędu. Przecież tak często go doświadczam. Jednak było inne niż zawsze. Przyszło szybciej, niespodziewanie... Nowa jaźń?
Chyba byłam się w lesie. Chyba, bo bałam się otworzyć oczy. Leżałam na boku i wsłuchiwałam się w tak kojący śpiew ptaków. Nieruchomo. Zanim ruszyłabym się z miejsca, chciałam spróbować przypomnieć sobie cokolwiek pamiętając, że sny najlepiej pamięta się tuż po przebudzeniu. Błagałam się w myślach o chociaż pierwszych kilka sekund. Niestety na próżno, to przecież nie był żaden głupi sen. Wytrwale próbowałam tylko z jednego powodu - życie ze świadomością, że masz w umyśle dziurę po pamięci, której nigdy nie odzyskasz, bo należy do innej osobowości, będącej defacto częścią ciebie, nie jest wcale komfortowa.
Do tego ten pulsujący ból w brzuchu... Czułam, że nawet jeśli spróbowałabym się ruszyć, on szybko by mnie powstrzymał. Z każdą chwilą czułam się coraz gorzej. Może miało to związek z ciepłą i gęstą cieczą w której leżałam, a której ilość stale się zwiększała. W chwili gdy dotarła do moich ust, a ja poczułam jej metaliczny posmak już ledwo byłam w stanie myśleć.
Zrobiłam się senna i zamierzałam już poddać się temu pięknemu stanowi, zapomnieć o wszystkim. Nie tylko o okropnej ranie, ale też o rzeczach jakie spotkały mnie przez całe życie. Nikogo więcej nie skrzywdzę... Ale przecież nie mogłam tak po prostu umrzeć bez żadnej walki! Muszę żyć, udowodnić sobie, że dam sobie radę! Przecież są ludzie którym na mnie zależy, nie mogę ich zawieść. Tyle rzeczy jeszcze chciałam zrobić, powiedzieć im ile dla mnie znaczą...
Otworzyłam oczy. Wszystko było lekko rozmazane. Przyjrzałam się temu co byłam w stanie zobaczyć z obecnej pozycji. Wokół widziałam pełno drzew. Ich korony były tak gęste, że prawie całkowicie odcinały promienie słoneczne przez co panował tu dziwny półmrok. Jedynym miejscem z którego dało się zobaczyć niebo było to gdzie leżałam. Centralnie nade mną znajdował się okrągły prześwit. W oddali płynął strumień, a z niego piło... coś. Przypominało granatowego jelenia. Nie miałam wtedy siły zastanawiać się czym było.
Drgnęłam lekko pierwszy raz od odzyskania przytomności i już poczułam negatywne skutki zbyt późnego zrywu. Byłam cała odrętwiała, nie mogłam się poruszać. Ostatkiem sił zdołałam unieść głowę, która niemal od razu opadła z całym impetem na ziemię. Jedyne, co udało mi się osiągnąć to zwinąć się w kulkę i pisnąć cicho. Ostatni raz zamknęłam oczy wiedząc, że już nie zdołam ich otworzyć. Chciałam przywołać w myślach obraz jakiegoś miłego miejsca w którym chciałabym umrzeć, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Kompletna pustka. Znikąd rozbrzmiały krzyki, potem czyjeś słowa, ale ich znaczenie już do mnie nie docierało. Uznałam, że to pewnie halucynacje. Że słyszę głosy najbliższych które zapadły mi w pamięć. Wiem tylko, że brzmiały jakby dobiegały z daleka. Odbijały się w mojej głowie echem, coraz bardziej niewyraźne w końcu stając się tylko ciągiem liter. Potem ostatni raz wypuściłam powietrze czekając na zbliżającą się nieuchronnie śmierć. Już słyszałam jej kroki. Ziemia drgała coraz mocniej. Czułam jej zimny oddech kiedy się nade mną pochylała.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
***          ***          ***
Pierwszym co do mnie dotarło były przyciszone głosy. Bardzo wiele głosów. Następnie zdałam sobie sprawę, że ból w brzuchu niemalże całkowicie minął. Mniej więcej na wysokości rany czułam łagodny ucisk, najpewniej pochodzący od jakiegoś bandaża. Leżałam na twardej skale, nie dało się słyszeć też żadnych typowo szpitalnych dźwięków. Zmartwiłam się tym, więc zanim dałam komukolwiek do zrozumienia, że już jestem przytomna upewniłam się, że odzyskałam pełną sprawność ruchową.
Poruszyłam wszystkimi palcami po kolei. Wyczułam coś dziwnego, jakbym nie mogła ich do końca zgiąć. Kiedy postanowiłam wstać, ktoś odezwał się głośno:
- Kim ona jest?
- Zespół polowań odnalazł ją w bardzo ciężkim stanie. Ledwo udało nam się ją odratować. - Poinformowała go jakaś dziewczyna. Mimo wyraźnego zmęczenia słychać było, że jej głos był wyniosły. Zapewne była kimś ważnym.
Chwila... Czy ja usłyszałam "Zespół polowań"? Świetnie, chyba dotarłam do jakiejś tubylczej osady. Jak daleko od domu się znalazłam?
Uznałam, że nie ma co dłużej czekać. Zerwałam się gwałtownie przez co wszyscy natychmiast ucichli. Zanim cokolwiek ujrzałam oślepiło mnie światło, którego źródło znajdowało się przede mną. Zmrużyłam oczy. Kiedy wzrok przywykł do ciemności  dostrzegłam na oko ponad tuzin wpatrujących się we mnie wilków.
Krzyknęłam jednocześnie cofając się szybko, aż uderzyłam plecami w ścianę jaskini. Gwałtowny ruch spowodował ból w brzuchu i najpewniej otwarcie rany. Teraz także plecy były obite.
Miałam chwilę czasu aby im się przyjrzeć. Niektóre miały dziwne kolory: niebieski, żółty, czerwony... Wyglądały też na szczuplejsze niż zwykłe psowate.
- Wilki... Czemu akurat wilki?! - Syczałam do siebie.
- A dlaczego nie wilki? - Niska, miedzianobrązowa wadera mówiąca głosem, jaki słyszałam wcześniej, podeszła do mnie spokojnie.
- Z... Zostaw mnie. - Zaczęłam się jąkać. - W...Wilki nie mówią...
- A więc słów, które wypowiadasz nie można już nazwać mową?
O czym ona...? Spojrzałam w dół na siebie.
Na długie łapy pokryte czarną sierścią tuż przy ziemi przechodzącą w niebieski. Na dziwne, świecące jasno wzory na całym moim ciele. Na długi ogon, który leżał wokół mnie, powyginany żałośnie.
- Nie... - Spróbowałam powiedzieć, jednak z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
Przewróciłam się i zaczęłam cofać znowu, aż natrafiłam na płytką wnękę skalną w którą udało mi się wcisnąć.
Teraz, zyskawszy względne poczucie bezpieczeństwa otoczona z trzech stron ścianą mierzyłam wszystkich wzrokiem. Oni w kompletnym bezruchu robili dokładnie to samo. Zauważyłam też, że wzory na moim ciele zaczęły coraz mocniej świecić, a im mocniej świeciły, tym bardziej byłam zdenerwowana. A może było na odwrót...
- Uspokój się. Razem spróbujemy dowiedzieć się...
- Nie podchodź do mnie! - Ryknęłam coraz bardziej przerażona i wściekła zarazem. Wtedy właśnie znaki rozjarzyły się tak mocno, że niektórzy zasłonili oczy, a wadera cofnęła się o kilka kroków.
Uczucie z urodzin powróciło, ale tym razem bardzo dobrze mi znane.
- Dhalia... - Zdążyłam jedynie z ulgą powiedzieć w stronę wilczycy zanim znaki znikły, a przed moimi oczami znowu zapanowała ciemność.

<chętny z gromadki gapiów?>

Uwagi: Nie wszystkie litery w tytule muszą być wielkie. W tym przypadku powinien być napisany w sposób, na jaki poprawiłam. Masz problem z przecinkami - niektóre zdania bez nich brzmią całkowicie bezsensownie. Momentami przeskoki w czasie/osobowości są na tyle chaotyczne, że ciężko się połapać co się dzieje.

środa, 6 stycznia 2016

Od Karou "Koszmar" cz. 1

Otworzyłam oczy, rozglądając się po pokoju, w którym przebywałam. Przed chwilą znowu któreś z moich wcieleń przejęło kontrolę. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarza. Boję się, że w końcu się nie obudzę. A może sama jestem tylko wcieleniem? Nie. Pamiętam moje dzieciństwo, poznanie Issy, Nakairo, Dhalii...
Podniosłam się z nadzwyczaj twardej i chłodnej ziemi, rozglądając się po pomieszczeniu. To był chyba mój pokój.
Ubrania razem z półkami były porozrzucane, łóżko przewrócone na bok. Zawartość półek i szuflad ktoś starannie podarł, zniszczył, wyrzucił lub... spalił? Na to wskazywały ślady popiołu.
Podniosłam się z ociąganiem i chwiejnym krokiem zbliżyłam się do lusterka opartego starannie o ścianę i przykrytego fragmentem prześcieradła. Zdjęłam materiał. Szkło było porysowane, a przez środek przebiegało pęknięcie. Issa boi się luster. Nakairo by go nie oparła, tylko rozbiła i rozrzuciła po pokoju. A więc byłam Issą.
Nachyliłam się nad lustrem i zobaczyłam podkrążone i zaczerwienione oczy, zadrapania na policzkach i dziwne znaki. Podobno to były runy. Ale nie wiem co one robiły i skąd się brały. W dodatku twarz miałam białą jak duch. Z dziwnym spokojem uświadomiłam sobie też, że chce mi się spać. I pić. I jeść.
- Jak długo mnie tu nie było? - Powiedziałam sama do siebie. Tylko moje piękne, różowe, niefarbowane włosy zostały bez zmian.
- Jakieś dwa tygodnie. - Usłyszałam znużony głos za drzwiami.
Dwa tygodnie. Ta myśl docierała do mnie powoli. Bardzo, bardzo powoli.
- Dwa? - Spytałam cicho.
- Tak, dwa. A teraz chodź. Śniadanie na stole.
Usłyszałam trzask otwieranego zamka i zostałam wypuszczona na zewnątrz.
- Tylko postaraj się trzymać nerwy na wodzy. - Zobaczyłam w drzwiach jak zawsze uśmiechniętą i łaskawą gospodyni.
- Spróbuję.
***
Ostrożnie zeszłam po krętych schodach na dół, do nowoczesnej, oświetlonej kuchni. Nogi miałam odrętwiałe. Usiadłam przy stole. Na talerzu zobaczyłam moją ulubioną sałatkę. Do tego był sok jabłkowy. Nadal czułam jak moja krew pulsuje. Nie teraz Isso, nie teraz. - pomyślałam
- Spokojnie. Porozmawiamy za chwilę. - Powiedziała cicho moja opiekunka. Doskonale wiedziała co robić w przypadku utraty kontroli.
Nabrałam trochę sałatki, wzięłam do ust i połknęłam nie fatygując się nawet, by pogryźć. Czegoś mi brakowało. Mięsa. Podniosłam się z ociąganiem i otworzyłam jedną z szafek, pospiesznie przyglądając się jej zawartości. To, co zobaczyłam wcale mnie nie zaskoczyło. Na najwyższej półce widniały różne zioła, fiolki z naparami, jady węży i trucizny. Co jakiś czas ich ilość się zmniejszała. Przestało mnie to interesować. Przez całe moje dzieciństwo w zastępczym domu nauczyłam się nie zadawać pytań.
Zaczęłam przeglądać kolejne półki. Wreszcie szynka. Jakieś trzydzieści rodzajów szynek nawiasem mówiąc. Wyjęłam tą, która wyglądała na najsmaczniejszą, znalazłam w szafce mój ulubiony, srebrny nóż (powód oczywisty – Issa boi się srebra bardziej niż luster) i zaczęłam kroić kawałki grubości mojego kciuka każdy. Tak. Ostatnio jadłam zdecydowanie za dużo wędlin.
***
Po jedzeniu wyszłam na dwór. Natychmiast powitało mnie radosne skomlenie mojego ukochanego psa. Zignorowałam to. Nie wiedzieć czemu, zaczęłam postrzegać psy inaczej. Straciły w moich oczach na inteligencji i zwinności. A może porównywałam je do siebie? Przecież to ja cieszyłam się w klasie reputacją gimnastyczki-kujona. Nie wiem czemu. Mam uczulenie na książki. Zrobiłam dwa szybkie kroki i stanęłam na rękach po czym wylądowałam miękko. Uwielbiam robić rzeczy, na widok których zwykli ludzie otwierają szeroko oczy ze zdumienia. Takie rzeczy były częścią mnie. Mojej duszy. Nie ma drugiej takiej jak ja. Przynajmniej wśród moich wcieleń.
Kiedy zmieniam wcielenie przejmuję też jego nawyki i umiejętności. Zazwyczaj, gdy widzę kogoś nowego, kiedy tylko poznam jego imię od razu coś we mnie przeskakuje i z cichej robię się chociażby arogancka, lub z mądrali zabawna. Na początku, gdy ludzie o mnie rozmawiali, było to bardzo śmieszne, bo każdy widział mnie inną. Lub wiele różnych mnie. Do samej - prawdziwej mnie dodaje się czasem jakaś cecha osoby z którą bardzo często przebywam (dlatego wybieram sobie miłe towarzystwo). Od mojej najlepszej przyjaciółki Wiktorii otrzymałam właśnie inteligencję, za co z całego serca jej dziękuję. Trochę to dziwne, jak się przez całe życie leciało na trójach. A tu w liceum taki szok. Za to od mojej kochanej gospodyni mam bezinteresowność.
W sumie nie wiem czemu ci ludzie mnie adoptowali. Ledwo pamiętam ich twarze. Straszni pracoholicy, szkoda gadać. Może uznali, że nie mają ca co wyrzucać kasy i wezmą sobie do domu jakąś biedną sierotkę z wariatkowa, żeby mieć kogo rozpieszczać? Dziękuję za takie życie. Ale kto by mnie chciał? Jestem za stara na domową maskotkę jakichś celebrytów, którzy myślą, że zyskają rozgłos dając drugą szansę słynnej chorej psychicznie dziewczynce z gazet z „rozdwojeniem jaźni”, której imię zna każdy. Ale to było jeszcze w poprzednim domu. To znaczy pomiędzy jednym, a drugim - rozumiecie? Kiedy to trafiłam do jakiegoś ośrodka dla chorych psychicznie dzieci. Miałam tylko siedem lat. Zmieniłam imię i nazwisko. Tutaj mówią na mnie Sarah. Sarah Johnes. Prawdziwi rodzice zawsze mówili do mnie Karou.
Ale każdy wiedział jak wyglądam. Trudno było zamaskować moje różowe włosy. Kobieta, która mnie adoptowała rozpuściła więc plotkę, że regularnie farbuje mi je, bo zawsze chciałam mieć taki kolor. A potem zapłaciła świadkom za milczenie. I wreszcie zaczęli mówić, że dziecko-morderca miało naprawdę brązowe włosy.
I tak oto nikt nawet nie podejrzewa, że we mnie jest kilkadziesiąt różnych mnie. Bardzo trudno było mi to ukryć. W końcu zaczęłam wmawiać ludziom, że mam „zmienny charakter” i lubię naśladować innych, co naprawdę świetnie mi wychodzi.
Po moim policzku spłynęła słona łza na samo wspomnienie tamtego czasu. Wszystko widziałam. To były ulubione wspomnienia Issy. Nie pozwoli mi zapomnieć. Nigdy.
Spojrzałam w górę. Południe czasu słonecznego. Wielu przydatnych rzeczy nauczyli mnie moi prawdziwi rodzice. Byliśmy szczęśliwi. Ja byłam szczęśliwa. Jednak Issa miała inne plany.
Po moim policzku spłynęła łza.
- Wychodzę! - rzuciłam jakby od niechcenia i ruszyłam przed siebie.

C.D.N

Uwagi: brak