Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lind. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lind. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 marca 2019

Od Lind "Skupienie" cz. 2

Marzec 2023
- Ani myślę - Odmieniec potrząsnął głową.
- W takim razie mogę wymyślić coś za ciebie - oznajmiłam, uśmiechając się szeroko. - Może... "Jasnowłosa"? - znów miałam ochotę parsknąć śmiechem jak wariatka.
Ting pokręcił głową, mrużąc oczy. Nie podzielał mojego szalonego entuzjazmu, ale nie wracał w swój ulubiony kąt jaskini. Zmiana formy była na tyle niecodziennym zjawiskiem, by dalej siedział obok "ludzkiej Lind".
Znów zaczęłam oglądać swoje długie kciuki człowieka. Zginały się w tylko jednym miejscu, a mimo tego sprawiały, że uchwyt był tysiąc razy mocniejszy. Zaczęłam przebierać palcami. Parę razy zacisnęłam i rozluźniłam pięści, obracając dłońmi. Dziwnie było nagle mieć absolutną kontrolę nad czymś takim.
- W jednej książce pewną księżniczkę nazywano "Jasnowłosą" - mruknął Ting, patrząc na jasne kosmyki opadające mi na ramiona.
- Mówisz? - zmrużyłam oczy i zbliżyłam palce do oczu.
Ludzkie pazury przypominały coś na kształt pojedynczych łusek. Może ma to jakieś konkretne zastosowanie? Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić, poczułam, że czyjaś łapa pociągnęła mnie za włosy.
- Hej, co ty robisz?! - spytałam Odmieńca, który był sprawcą bólu.
- Są straszliwie gładkie... - usłyszałam.
- Nie da się zaprzeczyć - odparłam sucho i wyrwałam się z uchwytu szponów.
Poprawiłam narzutę, którą się okrywałam. Chłód nocy znów zaczynał mi doskwierać. To, czym się owinęłam, z pewnością nie wystarczy na dłuższą metę. Rozumiem, że ludzie mogli stracić część futra, w końcu niektórzy żyją w gorącym klimacie, ale skąd pomysł, żeby całe? Jeśli chcę się zmieniać częściej, powinnam znaleźć jakieś porządne ubrania. Pozostawało tylko pytanie skąd je wziąć. Odpowiedź zawitała w mojej głowie naprawdę szybko:
Na początek pożyczę coś od innego wilka zmieniającego się w człowieka. A później... E tam, będzie czas żeby myśleć o "później".
Spojrzałam w stronę ulewy na zewnątrz. Najchętniej wybrałabym się do kogoś jeszcze tej nocy, ale nie było to możliwe. Nabrałam w płuca nieco wilgotno-słodkiego powietrza. Zdałam sobie sprawę, że nadal dziwnie się czułam, pozbawiona wyostrzonych, wilczych zmysłów. Byłam trochę jak oszołomione szczenię we mgle. Ledwo rozróżniałam zapach Tinga od swojego, ledwo rozpoznawałam kształty przedmiotów znajdujących się w mojej jaskini. A co do zmysłu słuchu... odnosiłam wrażenie, że prawie ogłuchłam. Odnalazłam dłonią swoje ludzkie uszy. Z jakiegoś powodu były zlokalizowane nie u góry głowy, a po bokach. Do tego miały zupełnie okrągłe czubki. Co jeszcze ciekawsze, prawie nie mogłam nimi poruszyć.
Następnie dotknęłam płaskiej, ludzkiej twarzy. Za jej linię wystawał nie za wielki, trójkątny nos. Był zimny i zupełnie suchy. Przejechałam palcami po delikatnych policzkach. Poczułam pod opuszkami niezwykle delikatną pozostałość po sierści. Postanowiłam spróbować dotknąć językiem zębów. Wiedziałam, iż będą tępe, ale nie oczekiwałam, że aż tak! 
Teraz już rozumiem dlaczego ludzie nie potrafią ugryźć surowego mięsa. Zawsze muszą je upiec... Hmph... To by znaczyło, że są zależni od żywiołu, nad którym nie panują w pełni. To trochę żałosne.
Odgarnęłam zasłaniające mi pole widzenia włosy i zajęłam się po raz kolejny oglądaniem długich nóg. Chyba najwyższy czas je wykorzystać i wstać. Położyłam obie stopy na zimnym podłożu i opierając plecy o ścianę jaskini, spróbowałam wyprostować kolana. Nie przyniosło to niestety oczekiwanych efektów, głównie dlatego, że poślizgnęłam się i wylądowałam twardo na ziemi. Zamruczałam niezadowolona i spróbowałam jeszcze raz; tak samo. Poszło odrobinę lepiej, ale kiedy byłam w połowie drogi do stania prosto, straciłam równowagę i ponownie wróciłam do punktu wyjścia. Zmarszczyłam czoło i wypuściłam głośno powietrze.
- Pomóc ci, Pierzasta? - spytał Ting, nadal obserwujący sytuację. - W takim tempie nie wstaniesz do jutra.
- Dam sobie radę - rzuciłam w odpowiedzi.
- Nie dasz sobie rady - odparł.
Nie odpowiedziałam mu nic więcej. Złapałam się po raz kolejny ściany, gotowa na kolejną próbę. Odmieniec podszedł bliżej i wyciągnął w moją stronę łapę.
- Złap się lepiej mnie.
- Mówiłam, że nie potrzebuje pomocy - oznajmiłam niezbyt miłym tonem. Czułam się urażona przez jego zachowanie.
- Potrzebujesz - mruknął Strażnik Wichury z naciskiem. - No już, Pierzasta! - potrząsnął lekko uniesioną łapą.
Spojrzałam niechętnie na jego "dłoń". Po sekundzie zdecydowałam się jednak przyjąć pomoc, byleby mieć to już z głowy. Oplotłam palce wokół "ręki" Odmieńca.
- Teraz trochę cię pociągnę do góry, a ty wyprostujesz się na nogach. Musisz zrobić to płynnym, energicznym ruchem. Nie opieraj się o ścianę - poinstruował.
- Jak to zrobić? - nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić, o czym mówi.
- Po prostu kucnij - Ting zaprezentował, jaką pozę powinnam przyjąć zanim wstanę. Uginając kolana zbliżył tułów do ziemi, jak robił to już często.
Nadal trzymając się łapy mojego towarzysza, zrobiłam, co kazał. Była to o wiele stabilniejsza poza wyjściowa.
- A teraz wyprostuj kolana - pociągnął mnie za rękę do góry, na tyle, na ile pozwalał mu jego wzrost.
Wystrzeliłam do góry. Nie minęła sekunda, a już stałam na prostych nogach. Nagle podłoże było tak daleko, a wszytko na nim znacznie mniejsze. Szczególnie Ting. Zakręciło mi się w głowie, ale jakimś cudem nie upadłam. Wyszczerzyłam tępe, ludzkie zęby w uśmiechu. Fala euforii powróciła. Tymczasem Odmieniec skrzyżował ręce na piersi i odsunął się kilka kroków, patrząc na mnie z uznaniem.
Wtedy znów przypomniałam sobie o zimnie, które teraz sięgnęło moich nóg. Jak stałam prosto, narzuta nie zasłaniała nawet kolan. Szczególnie marzły mi stopy, dodatkowo okradane z ciepła przez skalne podłoże. Przeszło mi przez myśl, iż może już czas wrócić do formy wilczej. Postanowiłam, że najpierw spróbuję ruszyć się z miejsca na tych długich nogach i dopiero wówczas pomyślę o zmianie zwrotnej. Nie zastanawiając się, czy aby na pewno to działa tak samo, jak chód wilka, spróbowałam wykonać krok. Niestety, nie miałam jeszcze dość wprawy w odpowiednim rozkładaniu ciężaru ciała na dwie nogi. Niechybnie uderzyłabym twarzą o skałę, gdyby mój towarzysz w porę nie zareagował. Znany ze swojego nadnaturalnego refleksu, doskoczył do mnie i podtrzymał, chwytając za ramiona. Byłam całkiem zdziwiona, że mojej skóry nie rozciął nawet jeden szpon Odmieńca.
- Ugh, Pierzasta w tej formie jesteś co najmniej dwa razy cięższa - rzucił.
- Chyba trochę przesadzasz - odparłam obruszona, niezgrabnie siadając na ziemi.
- Nie ma za co tak w ogóle - dodał Ting. - Właśnie uratowałem twój ludzki nos przed złamaniem.
- Co? Nie może być aż tak kruchy... - dotknęłam swojej twarzy.
- Ludzie często się łamią - westchnął Odmieniec. - Ale zwykle nie podczas pierwszych prób chodzenia.
- Przypominam, że ja nie jestem człowiekiem - oznajmiłam, marszcząc brwi. - Wilkołakiem z resztą też nie... 
Wilkołaki... Podobno moja przyszywana rodzina to wilkołaki. A jednak pomimo tego nigdy nie widziałam żadnego z nich w formie ludzkiej... Ciekawe dlaczego.

<C.D.N.>

Uwagi: brak daty.

wtorek, 19 marca 2019

Od Lind "Zatopione stronnice" cz. 1 (cd. Leah/Cess/Torance/Asgrim)

Koniec marca 2023 r.
Rozgarnęłam łapami zawartość torby, żeby lepiej przyjrzeć się swojej własności. Od przybycia na tereny watahy, zebrałam całkiem sporo mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów. Jedne znalazłam przypadkiem, innych specjalnie szukałam, a kilka kupiłam za zarobione Srebrne Gwiazdki i Złote Księżyce. Szkoda, że nie umiem policzyć ile mam dokładnie naszyjników. Gdybym chciała nosić je wszystkie na raz, wyglądałabym jak pupilek faraonaUśmiechnęłam się pod nosem, odrobinę rozbawiona tą myślą. 
Okazało się, że pod naszyjnikami leżał przedmiot, o którego istnieniu całkiem już zapomniałam - flet z ciemnego drewna. Coś kojarzyłam, że podobno miał jakieś magiczne właściwości. Podniosłam instrument i obróciłam go w łapach. Była bardzo lekki. Ku niczyjemu zdziwieniu, nie było na nim żadnej podpowiedzi co do zastosowania. Hm... raczej nie jest niebezpieczny. O czymś takim raczej bym nie zapomniała. Bez dłuższego rozmyślania nad sytuacją, spróbowałam zagrać na tym flecie. Jednakże zamiast muzyki, odezwało się z niego jedynie nieokreślone zawodzenie. Położyłam po sobie uszy zniesmaczona. Nigdy nie uczyłam się na niczym grać, więc jakich efektów w ogóle oczekiwałam?
Podniosłam wzrok na mojego towarzysza. Leżał na brzuchu z tylnymi łapami w górze. Kontemplował obrazek z błyszczącego kubka, który wygrałam po zakończeniu festynu. Podeszłam do Odmieńca z fletem w pysku. Uznałam, że skoro pogrywa na banjo, być może wie też coś o innych instrumentach. Jeśli chcę się dowiedzieć, jak działa ten magiczny przedmiot, muszę spytać. 
- Ting - mruknęłam, żeby zwrócić jego uwagę. 
- Co? - Strażnik Wichury obrócił nieznacznie łeb w moją stronę. 
- Potrafisz na tym grać? - wypuściłam z pyska flet. 
Chuda łapa schwyciła instrument w locie, zanim spadł na ziemię. Spojrzałam na Odmieńca wyczekująco.
- Powiem ci, Pierzasta, że nie wiem. 
- To spróbuj - odparłam. 
Ting odstawił kubek na bok i usiadł. Chwilę zastanawiał się, jak ułożyć palce (zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jego szpony mogą poniszczyć drewno). Wreszcie odnalazłszy idealny sposób, zaczął grać. Sprawdził, jakie dźwięki może wydać flet, potem wydobył zeń jakąś prostą, lecz miłą dla ucha melodię. Nawet bardzo miłą. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w kolejne delikatne brzmienia. Poczułam dziwny spokój i rozluźnienie. Zdawało mi się, że osuwam się w jakąś przestrzeń, przestrzeń w której mogę bezwładnie dryfować przez wieczność...
Otworzyłam oczy. Z niemałym zaskoczeniem odkryłam, że leżę na ziemi. Ting stał nade mną i próbował mnie ocucić. Natychmiast wstałam na równe łapy. Odmieniec odskoczył.
- Co się stało? - powiedziałam szybko. 
- Mnie się pytasz, Pierzasta? - odparł mój towarzysz. - Nagle poleciałaś na pysk jak kłoda. To tyle - machnął niedbale łapą. 
Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. 
- Zemdlałam? Tak po prostu?
- Tak.Tak po prostu - przedrzeźnił mnie.. 
- Dziwna sprawa... - rozejrzałam się dookoła. Próbowałam znaleźć powód tego dziwnego zjawiska. - Długo leżałam bez świadomości?
- Nie. Jak tylko wylądowałaś na ziemi przestałem grać i zająłem się budzeniem cię. Trwało to maksymalnie dwie minuty. 
- A... Aha - odparłam. - Chwila, ty grałeś na tym flecie! - oznajmiłam ożywiona. 
- Wielkie mi odkrycie - burknął Ting. 
- Pewnie TO jest jego właściwość - podniosłam pozostawiony na ziemi instrument. 
Mój towarzysz spojrzał na mnie i zmrużył oczy. Chyba żadne z nas nie spodziewało się takiego efektu. 
- To może być naprawdę bardzo przydatna rzecz - zaśmiałam się. - Ciekawe, czy działa na wszystkich. 
- Trzeba sprawdzić... - stwierdził Strażnik Wichury. 
- Trzeba! - ruszyłam w stronę wyjścia z jaskini, jednak zatrzymałam się wpół kroku. - ...Kiedyś... przy okazji... - mruknęłam, patrząc na ulewę na zewnątrz. 
Przypomniałam sobie wówczas, od czego muszę zacząć, jak tylko będzie można opuścić jaskinię. Nie będzie to próba możenia snem towarzyszów Joela, a wyprawa do Biblioteki...
Wczoraj miałam pierwszy raz od dawna okazję porozmawiać z Leah. Jakoś wtedy zeszłyśmy na temat książek, które zostały wypożyczone i już raczej nie wrócą na miejsce. Wówczas nagle wyszłam z inicjatywą, żeby spróbować uratować coś więcej, niż te kilka losowych wydań. Moja przyjaciółka zareagowała bardzo pozytywnie i od razu wyraziła chęć zaangażowania się w takie przedsięwzięcie. Tak więc, ustaliłyśmy, że spotkamy się następnego dnia (czyli dzisiaj), jak tylko przestanie lać. Spod naszych jaskiń pójdziemy prosto do Biblioteki. Oczywiście... o ile ta jeszcze stoi, gdzie stała i jest nadal w jednym kawałku. 
Obróciłam się i wróciłam wgłąb swojej jaskini. Używając mocy wiatru, przesunęłam torbę gdzieś pod ścianę, żeby się oń nie potykać. Schowałam do niej z powrotem flet. 
- Idziesz z nami po te książki, prawda Ting? - postanowiłam jeszcze trochę porozmawiać z moim towarzyszem. 
- Nie wiem - znów siedział i patrzył na kubek. 
- Dodatkowa para łap nigdy nie zaszkodzi - wyszczerzyłam się. 
- Yhy... - mruknął bez wyrazu. 
- O co ci chodzi z tym kubkiem? - spytałam. - Od miesiąca gapisz się na niego cały czas.
- Tylko od trzech dni - poprawił mnie Odmieniec.
- Teraz każdy dzień w jaskini to dla mnie wieczność - jęknęłam. - Odpowiedz na pytanie. 
- Próbuję rozszyfrować co tu jest napisane i co za paskudne zwierze tu namalowali.
- Po jakiemu to w ogóle jest? - przechyliłam nieco głowę.
- Nie jestem pewien. Przypomina to jakiś język germański... 
Spojrzałam na sufit jaskini. Ciekawe czy ktoś u nas w watasze zna ten tajemniczy dialekt. Skąd Suzanna w ogóle wytrzasnęła taki kubek? Przecież wygląda na zupełnie nowy. 
- Wiesz co, Pierzasta... Jednak wam pomogę. 

***

Ulewa skończyła się późnym popołudniem. Mój wcześniejszy tryb życia sprawił, że byłam jeszcze śpiąca, ale zdołałam wyczołgać się z posłania i wyjść na zewnątrz. Zanim jednak wyruszyłam spotkać się z Leah, zaniosłam wszystkie magiczne przedmioty (poza Naszyjnikiem Nieśmiertelności, z którym się nie rozstaję) komuś na przechowanie. W pusty chlebak zmieści się więcej książek. Na początku chciałam podrzucić swój dobytek mojemu dobremu przyjacielowi Crane'owi. Niestety sympatyczny rudzielec był z kimś umówiony w jakiejś ważnej sprawie. Koniec końców zostawiłam zawartość torby u Magnusa. Pozbywszy się chwilowo zbędnego bagażu, poszłam z Tingiem na umówione miejsce. Ku mojemu zdziwieniu, srebrzysta wilczyca nie czekała na nas sama. Obok niej stali także Torance i Asgrim. 
- Mamy szczęście, Lind - oznajmiła moja przyjaciółka zaraz po powitaniu naszej dwójki. - Po drodze wpadłam na Tori...
- Raczej Tori wpadła na ciebie - zachichotał As. Ruda wadera zamruczała niezadowolona i szturchnęła swojego partnera.
- Tak czy inaczej, mamy wsparcie - dokończyła krótko Leah.
- Świetnie! - ucieszyłam się, spoglądając na dodatkowych uczestników wyprawy.
Ruszyliśmy we właściwym kierunku. Dopóki nie skończył się wąski szlak, szliśmy jedno za drugim. Nie było widać zbyt wielu promieni słonecznych, ale przynajmniej znów chwilowo przestało wiać. 
- Słyszałam od Kahesi, że dwa dni temu na Bibliotekę przewrócił się ten stary dąb - oznajmiła Torance.
- Od dawna był spróchniały. Dziwne, że nie złamał się już pierwszego dnia burzy - mruknęła Leah. 
- Na początku osłaniały go inne drzewa - zaznaczyłam. 
- W sumie miałoby to sens - pokiwała głową srebrzysta wadera. 
- Huh. Niby te drzewa mają tak grube pnie, a łamią się łatwo jak cienkie patyki - stwierdził Asgrim.
- Jak zapałki - dodała Leah.
- Co to jest zapałka, Srebrzysta? - spytał Ting. 
- Wynalazek ludzi - wytłumaczyła biała wilczyca, uśmiechając się lekko. - Mały kawałek drewna z łatwopalną końcówką. 
- Chyba kiedyś widziałam coś takiego... - pomyślałam głośno. 
- Ten jeden z Watahy Czarnego Kruka używa zapałek do zapalania papierosów w formie ludzkiej - wtrąciła Tori. 
- Nie przypominaj mi o nim! Na samą myśl czuję ten paskudny smród - As zmarszczył zabawnie nos. 
Szliśmy żwawym krokiem. Przeszliśmy przez Wrzosowy Gąszcz i weszliśmy do Zielonego Lasu. Podzieliliśmy się między sobą paroma uwagami na temat tego depresyjnego obrazu zniszczenia, lecz szybko zeszliśmy na milsze tematy. Minęliśmy to, co zostało po naszych gorących źródłach, a następnie trafiliśmy na Szczenięcą Polankę. Obecnie ją także charakteryzowały wykorzenione rośliny i przerośnięte chwasty. Na tym etapie kilkoro z nas (w tym też i ja, ale nie przyznałam się) straciło już orientację w terenie. Wówczas na początek pochodu wyszedł As, twierdząc z entuzjazmem, że znajdzie odpowiednią trasę, a do tego krótszą. Jednakże Leah ostudziła jego zapał; bez słowa podleciała na skrzydłach z wiatru, żeby obejrzeć okolice z góry, po czym to ona wskazała nam kierunek. 
Nieopodal Jeziora natrafiliśmy na jeszcze jedną członkinię naszej watahy. Była to drobna, rogata wadera o długim rybim ogonie, nosząca imię Cess. Siedziała przy brzegu, wpatrzona brudną, niebieskawą od "deszczu" wodę. Szarawa samica zauważyła nas pierwsza i spytała jakby od niechcenia:
- Dokąd idziecie? Podobno nie wolno opuszczać jaskiń.
<Leah/Cess/Torance/Asgrim?>

Uwagi: brak

niedziela, 17 marca 2019

Od Lind "Wpadliśmy na chwilę" cz. 1 (cd. Torance/Asgrim)

Kwiecień 2023
Rozpoczęłam patrol w samo południe; kiedy przestał padać deszcz. Zgodnie z wytycznymi od Alf, miałam dziś wyruszyć drogą powietrzną wgłąb watahy. Akurat gdy wyszłam z jaskini i wystartowałam, wiatr zaczął słabnąć. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że odzwyczaiłam się od latania w warunkach określanych jako "normalne". Odnosiłam wrażenie, iż lot jest zbyt łatwy. Nic nie próbowało rozwiać mi skrzydeł, ani rzucić mnie z powrotem na ziemię. Nagle nie czułam praktycznie żadnego oporu. 
Terytorium naszego stada widziane z góry, nie przypominało już wcale obrazów, które miałam w pamięci. Setki drzew Lasu wyrwane z korzeniami albo złamane wpół, wszędzie dookoła ślady po licznych pożarach, a do tego zbiorniki wodne wystąpiły z brzegów. Stanowiło to dziwaczny kontrast z nienaturalnie wybujałą roślinnością na wszelkich polanach i łąkach. Nie byłam w stanie wypatrzeć Biblioteki, Parku, ani nawet Mostu Nieskończoności. Ciekawe, czy to dlatego, że zostały zniszczone, czy może zwyczajnie tracę orientację w terenie i szukam ich w złych miejscach. 
Po około godzinie poczułam, że na głowę spadło mi kilka zimnych kropel. Zadrżałam. Nie miałam żadnych wątpliwości - lada chwila znów lunie! Wykonałam gwałtowny zwrot i skierowałam się w stronę jaskiń. Poczułam na grzbiecie kolejne zalążki nadchodzącego deszczu. W przeciągu kilku sekund rozpędziłam się do maksymalnej prędkości. Za nic w świecie nie chciałam wystawiać się na działanie tego czegoś, co pada z chmur. Nigdy nie miałam w planach zostać wilkiem-mutantem! Przez chwilę próbowałam tworzyć osłonę z żywiołu, która uniemożliwiłaby kolejnym kroplom dosięgnięcia mnie, lecz z jakiegoś powodu nie utrzymałam bariery zbyt długo. Może miała z tym związek prędkość, z jaką poruszałam się w powietrzu, a może fakt, że z każdą chwilą byłam coraz bardziej zestresowana. Gdzieś w oddali wybrzmiało kilka grzmotów. 
Nareszcie dotarłam podnóża Gór. Obniżyłam nieco lot i niewiele zwalniając, poleciałam w stronę swojej nory. Nagle dostrzegłam na szlaku mojego towarzysza. Dlaczego on sterczy tutaj, zamiast szukać ukrycia w jaskini?! Z impetem wylądowałam przed nim, ledwo łapiąc równowagę.
- Co ty wyprawiasz? Zaczyna padać! - wykrzyknęłam do Odmieńca. 
- Widzę przecież - odparł Strażnik Wichury, przyklejając się do kamiennej ściany. - Chciałem sprawdzić, czy to zauważyłaś i czy już wracasz - jego głos brzmiał jakoś mniej obojętnie, niż zwykle. 
- Dzięki za troskę, jeszcze nic mi nie jest. Teraz wracamy do jaskini - zarządziłam.
Tingowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zaczął biec we właściwym kierunku. Zrobiłam to samo. Z przerażeniem dostrzegłam na kamieniach dookoła coraz więcej śladów kropli "deszczu". Spróbowałam osłonić się skrzydłami z wiatru, ale nie mam pojęcia, czy to coś dało. Po upływie niecałej minuty powinniśmy już dotrzeć do mojej nory, jednak za następnym zakrętem nie czekało nas wejście do jaskini, a jedynie sterta wielkich kamieni. Zahamowałam, wbijając pazury w ziemię. Pomyliliśmy drogę? - pomyślałam, lecz szybko zrozumiałam, że to nie to.
- Lawina... - oznajmiłam oczywiste. 
Spróbowałam ruszyć któryś z głazów, ale bez skutku. W międzyczasie Ting zrzucił swój płaszcz i podniósł go nad głowę jak baldachim. "Deszcz" padał coraz gęściej. 
- Zostaw, Pierzasta! - ryknął. - Musimy szukać innego schronienia!
- Tak... Masz rację, masz rację - wyjąkałam, zdając sobie sprawę, że tylko tracę czas. 
Złapałam Tinga za jego czarny kubrak i wrzuciłam sobie na grzbiet. Po tym zawróciłam i zaczęłam biec z powrotem na główny szlak, który zaprowadzi nas do innych jaskiń. Poczułam, jak Odmieniec wbija ostre szpony w mój grzbiet odrobinę za mocno. Zacisnęłam zęby, ale postanowiłam zwrócić mu uwagę później, jak już będziemy bezpieczni. Ślizgając się na niebieskawym nalocie, popędziłam w kierunku pierwszej jaskini, którą wypatrzyłam. Nie wiedziałam nawet do kogo należy. Miejmy nadzieję, że osoba ją zamieszkująca nie będzie miała nic przeciwko niespodziewanej wizycie innego członka stada i jego towarzysza. Po raz kolejny usłyszałam grzmot, tym razem znacznie bliżej. Zaskamlałam i położyłam po sobie uszy, lecz nie zatrzymałam się. Jeszcze kawałek!
Wpadłam bez przywitania do wspomnianej wcześniej nory. Zatrzymała mnie dopiero ściana, która była znacznie bliżej wejścia, niż bym się spodziewała. Syknęłam przez to nagłe zderzenie, ale pocieszał mnie fakt, że przynajmniej uciekliśmy przed ulewą. Ciężko dysząc, opadłam na ziemię. Ting przestał wbijać mi szpony w grzbiet i stanął na własnych łapach. 
- Cześć, Lind... - usłyszałam nagle głos Asgrima. 
Poderwałam się na równe nogi. Moim oczom ukazał się dobrze znany mi basior i jego partnerka Torance. Oboje patrzyli w naszą stronę, co najmniej zaskoczeni. Przyozdobiłam pyszczek nerwowym uśmiechem, żeby choć trochę rozluźnić niezręczną atmosferę. 
- Cześć... Strasznie przepraszam was za najście. Zaskoczył nas... "deszcz" i... e... 
- I nie mamy już jaskini - dodał Ting, zrzucając plecak.
- Naprawdę? Jak to się stało? - spytała ruda wadera. 
- Lawina odcięła zupełnie dostęp do środka - mruknęłam, oglądając niebieskawe coś na moim futrze. Średnio wiedziałam, co mam z tym zrobić. - Moglibyśmy przeczekać ulewę u was? 
- Nie ma problemu - oznajmiła Tori. - Prawda? - spojrzała na swojego partnera.
- Żadnego - wzruszył ramionami basior. 
- Dziękuję - westchnęłam, po czym odeszłam na bok, żeby się choć trochę otrzepać z tego czegoś, co obecnie pada z chmur. 
Kątem oka dostrzegłam, jak Odmieniec wykręca swój przemoczony płaszcz. Zsunął też nieco czaszkę z pyska i szybkim ruchem wycisnął "wodę" z pióropusza. Nie wystarczyło to niestety, bym zobaczyła jak wygląda jego (zapewne brzydka) morda. Kiedy oboje skoczyliśmy "jako-tako" pozbywać się z siebie resztek nienaturalnej ulewy, usiedliśmy pod ścianą naprzeciwko faktycznych właścicieli jaskini. Nie musiałam na szczęście długo słuchać ciszy między naszą czwórką, bo Ting, jak to miał w zwyczaju, wyciągnął z plecaka banjo i zaczął je stroić. 
- Co umiesz na tym zagrać? - zainteresował się Asgrim. 
- Dużo rzeczy - odparł mój towarzysz. 
- A tak na przykład? - kontynuował basior, oglądając z uwagą instrument. 
Odmieniec wybrzdąkał jakąś wesołą melodię. Ja znałam ją już bardzo dobrze; Strażnik Wichury nie omieszkał męczyć mnie nią co najmniej raz na dwa dni. W normalnych warunkach kazałabym mu zmienić repertuar, ale tym razem przekupiło mnie własne zmęczenie i wyjątkowe zainteresowanie utworem Asa. Ting szarpał struny jeszcze minutę, może dwie. Kiedy banjo znów zamilkło, basior wypytywał dalej:
- Ma to jakieś słowa?
- Są po grecku. Chyba żadne z was tu obecnych nie zna greki - mruknął właściciel instrumentu, zerkając na nas. 
Wywróciłam dyskretnie oczami. 
  

<Torance/Asgrim?>

Uwagi: brak

czwartek, 14 marca 2019

Od Lind "Skupienie..." cz. 1

Marzec 2023
Skupienie... Skupienie... Potrafię to. Dam radę... Zmieniam formę... Zmieniam for... Dlaczego banjo Tinga zamilkło?
- Co ty tak siedzisz Pierzasta? - usłyszałam głos Odmieńca.
Nie odpowiedziałam, ani nie otworzyłam nawet oczu. Zacisnęłam mocniej powieki i próbowałam za wszelką cenę nie rozkojarzyć się. Czułam, że już prawie to rozgryzłam. Zmieniam formę... Zmieniam formę ... Dlaczego nadal jestem wilkiem?!
- Piłaś tamtą deszczówkę? Mam lecieć po kogoś? - kontynuował mój towarzysz z wyraźnym niepokojem. Zaczekał chwilę na reakcję, która nie nastąpiła. 
Zmieniam formę... Zmie...
- Ty żyjesz Pierzasta? Powiedz coś! 
I... dałam się złamać. Wypuściłam głośno powietrze z płuc, otworzyłam oczy i obróciłam głowę by spojrzeć na Tinga z wyrzutem. 
- Uff, jednak żyjesz - podsumował.
- Zapomniałeś, że noszę Medalion Nieśmiertelności? - spytałam z zażenowaniem i irytacją.
- Czemu udawałaś, że padłaś ofiarą Meduzy? - mruknął, jakby nie słyszał poprzedniego zdania. 
- Kogo? - zmieszałam się.
- Nieważne. Dlaczego tak siedziałaś? Nad czymś myślałaś?
- Ja... próbowałam zmienić się w człowieka - westchnęłam, przypomniawszy sobie, iż moje starania nie przyniosły żadnego efektu. 
- Doprawdy? - Strażnik Wichury poprawił ułożenie zakrywającej mu pysk czaszki . - Mówiłaś, że nie potrafisz.
- Chcę się nauczyć - westchnęłam. - Ale jak widać nic z tego - potrząsnęłam głową. 
- Ile razy już próbowałaś? 
- Raz... i zaraz spróbuję ponownie. 
Jednakże, zaraz po zamknięciu oczu znów usłyszałam głos Tinga:
- Czekaj, czekaj. Może robisz coś źle w takim razie?
- Co mogę robić źle? - burknęłam. - Jak trudna może być zmiana w człowieka? Wszyscy dookoła robią to ot tak, bez problemu!
Spróbowałam znów skoncentrować się na wyznaczonym sobie zadaniu. Szkoda tylko, że Odmieniec ani myślał mi na to pozwolić i gadał dalej:
- Ja tam nie wiem, ale skoro nie masz żadnego doświadczenia... pewnie popełniasz gdzieś błąd - wyjaśnił.
- Niemożliwe - rzuciłam, nadal nie uchylając powiek. - A teraz zamknij wreszcie pysk, próbuję się skoncentrować!
Zaraz pokażę temu Odmieńcowi, że nie ma racji. Robię wszystko dokładnie tak, jak trzeba. Muszę się tylko skupić i wszystko pójdzie jak należy... Wszystko pójdzie jak... 
- Nie masz dzisiaj warty? 
- Nie mam dzisiaj warty! - warknęłam. - Daj mi spokój!
Skupienie... Skupienie...
- Wydawało mi się, że wspominali o... 
- SIEDŹ CICHO!!! - ryknęłam, stając na równe łapy. - Jesteś jedynym powodem dlaczego jeszcze mi się nie udało zmienić!!! 
Na chwilę w jaskini zapadła cisza. Na bardzo krótką chwilę.
- Hm... Nie powiedziałbym - mruknął Odmieniec niewzruszony.
Miałam ochotę rzucić w niego czymś dużym. Najlepiej głazem. Odruchowo rozejrzałam się po jaskini. Jak na złość, nie było tutaj nic większego od mojej torby. Westchnęłam i zaszurałam zębami. Podeszłam do wyjścia, żeby sprawdzić, czy jeszcze pada. Niestety za progiem jaskini w dalszym ciągu czekał mnie dosłownie wodospad. Usiadłam przy brzegu kałuży, która powstała z napływającej do środka "wody". Dobrze chociaż, że ten nowo powstały staw znalazł ujście gdzieś na zewnątrz. W przeciwnym razie obawiałabym się zupełnego zalania mojego domu. Wpatrzona we wzburzoną, połyskującą na niebiesko taflę, zaczęłam trochę uspokajać nerwy. Zaczęłam rozmyślać, na co mi ta cała umiejętność zmiany w człowieka.
Ludzie to po prostu chude, łyse małpy, które mają patyki zamiast nóg. Na nic mi się to nie przyda. Na pewno jako wilk biegam szybciej, skaczę dalej. Te śmieszne istoty nie mają nawet pazurów, ani ostrych kłów. 
Powoli udawało mi się przekonać samą siebie, że moja obecna postać jest znacznie lepsza w każdej możliwej dziedzinie. Nie usunęło to jednak gorzkiego smaku porażki. Myślałam, że będę zmieniać w człowieka samą łatwością, z jaką przychodzi to Joelowi, Magnusowi, czy Leah, a tu... niespodzianka. Warknęłam pod nosem. Nienawidziłam takich niespodzianek. Odgarnęłam posklejane kosmyki włosów, które opadły mi na pysk. 
 Postawiłam sobie dwa kluczowe pytania - "Jak oni to robią?" oraz "Jak JA mogę to zrobić?'. Oparłam się o kamienną ścianę. Może... Może... Może należy skumulować w sobie magiczną moc, jak przed użyciem żywiołu? To nie brzmi głupio, nie zaszkodzi spróbować. Do trzech razy sztuka!
Wstałam, odsunęłam się nieco od wyjścia i wbiłam pazury w ziemię. Przybrałam pozę jak do ataku, po czym zastosowałam obraną wcześniej taktykę. 
Zmieniam formę! Teraz! - powiedziałam powiedziałam w myślach ostatni już raz.
Wtem zabrakło mi tchu. Świat dookoła zaczął wirować. Zachwiałam się i upadłam na ziemię. Zesztywniałam. Nagle całe moje ciało zaczął stopniowo obejmować straszny ból. Od czubka nosa, aż po końcówkę ogona. Miałam wrażenie, że coś rozrywa mi nogi, wykręca kości, wyrywa stawy. Ciemność przed oczami, w uszach szum i pisk. Chciałam zawołać pomocy, ale nie mogłam wydać żadnego dźwięku. Mogłam najwyżej czekać w nadziei, że ta nagła agonia zniknie tak szybko, jak się pojawiła. Kiedy to nie nastąpiło, zdałam sobie sprawę, że po pysku ciekną mi gorące łzy. Nie wiedziałam gdzie jestem, czy ktoś przybiegł mi na pomoc, czy nie. Ile czasu już minęło? Minuta, godzina, a może tylko sekunda? 
Zrobiło się straszliwie zimno.


Szum deszczu i wycie wiatru, ale jakby cichsze. Widok kamiennej ściany, ale jakby mniej wyraźny. Zapach tej samej jaskini, ale dziwnie przytłumiony. To samo twarde podłoże, ale coś było z nim nie tak. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Nabrałam łapczywie wielki haust wilgotnego powietrza. Czułam się jakby wszystko mnie piekło od środka. Najgorszy ból w dużej mierze zniknął. Doskwierało mi za to zimno. Obróciłam się na bok. Spróbowałam zebrać myśli i zrozumieć co przed chwilą się wydarzyło i dlaczego. Bez skutku. Byłam zbyt skołowana. Chwilę tak jeszcze leżałam bez ruchu, czekając aż świat przestanie tańczyć mi przed oczami. Oparłam przednie łapy o ziemię, żeby wstać, ale znów zastygłam, tym razem z szoku. Nie miałam już przednich łap, a dwie, długie LUDZKIE kończyny! 
- U... udało mi się... - wydukałam, w mig przypominając sobie moje próby zmiany formy. - Udało mi się! - powtórzyłam na cały głos.
Spojrzałam w kąt jaskini, gdzie zwykle przesiaduje Ting. Z jakiegoś powodu było teraz znacznie ciemniej. Ledwo dostrzegłam sylwetkę Odmieńca.
- Udało mi się - powiedziałam jeszcze raz, roześmiana jak szczenię.
- ... To ty Pierzasta? - wydusił mój towarzysz.
- Ja! - pisnęłam radośnie i spróbowałam usiąść jak człowiek. 
Tymczasem mój towarzysz wstał z miejsca. Ewidentnie nie wiedział, jak ma reagować.
- Wyglądam jak człowiek, prawda? - spytałam.
- Tak myślę... - mruknął bez przekonania.
Dopełzłam na czworaka do swojego posłania, by ściągnąć z niego nakrycie. Teraz rozumiałam, dlaczego dotychczas było mi tak niewyobrażalnie zimno - ludzie nie mają grubego futra. Owinąwszy się miękką narzutą, zaczęłam oglądać zmiany, które we mnie zaszły. Nadal miałam długie, potargane włosy, jednak kosmyki stały się gładsze. Ich odcień przypominał teraz raczej jasny blond, niż biel śniegu. Przejechałam dłonią po głowie. Nie miałam już ani jednego pióra. Całkiem ciekawe uczucie. Wysunęłam spod nakrycia nogę. Z tej perspektywy nie wydawała się być taka chuda. Rysowały się na niej silne mięśnie. Chyba będę musiała sprawdzić, na co mnie stać w tej formie. Następnie wyciągnęłam przed siebie rękę i pomachałam długimi palcami. Szczególnie zaintrygował mnie wyjątkowo długi kciuk. Przypomniałam sobie, że Ting ma podobny. Podobno bardzo przydaje się do podnoszenia różnych przedmiotów. Niewiele myśląc, sięgnęłam po moją torbę. Owinęłam palce wokół paska i przyciągnęłam skórzany worek do siebie. Podniosłam klapę i wzięłam do ręki jeden z rubinów wyłowionych z Jeziora. Spróbowałam przytrzymać go, używając tylko dwóch palców. Mając do dyspozycji tak skonstruowaną dłoń, nie było to żadne wyzwanie. Odłożyłam drogi kamień na bok i wyjęłam z torby Błękitne Oko. Z fascynacją przekładałam wisiorek między dłońmi i owijałam wokół palców łańcuszek. Bawiłam się całkiem dobrze i dopiero po chwili dostrzegłam, że usiadł koło mnie mój współlokator. 
- Na co się tak patrzysz? - spytałam, poprawiając narzutę, którą byłam owinięta. 
- Na ciebie, Pierzasta - odparł Odmieniec.
- Wiesz co, powinieneś wymyślić mi inny tytuł, jeśli akurat jestem w formie ludzkiej - Powstrzymałam śmiech. Nadal miałam doskonały humor.

<C.D.N>

Uwagi: brak

sobota, 23 lutego 2019

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 4

Lipiec 2022
Od dwóch dni bez przerwy leje deszcz. Oczywiście, jeśli to można nazwać "deszczem". Zwykła woda nie zostawia świecącego nalotu i zdecydowanie nie sprawia, że rośliny momentalnie stają się dwa razy większe. Nie mniej jednak, przez to zjawisko nadal jestem uwięziona w jaskini i w dalszym ciągu umieram z nudów. Leżałem na posłaniu, opierając głowę na łapach. Powieki miałam ciężkie, jak rzadko kiedy. 
- Ting... - zaczęłam, powstrzymując ziewnięcie. 
Z początku Odmieniec nie zwrócił na mnie uwagi. Zajmował się polerowaniem Błękitnego Oka. Od wczoraj zdążył już wyczyścić prawie wszystkie medaliony, które znalazł w mojej torbie.
- Ting! - powtórzyłam nieco głośniej jego imię. 
- Co znowu, Pierzasta? - Strażnik Wichury podniósł na mnie wzrok. 
- Pomyśl o jakimś zwierzęciu.
- Po co? - zdziwił się. 
- Spróbuję zgadnąć, o czym pomyślałeś. 
- Jaki ma to mieć cel? Podejrzewasz u siebie zdolność czytania w myślach? - Odmieniec chuchnął znów na wisiorek i wytarł go rękawem. 
- Nudzę się. Znasz taką grę, jak "Dwandzieścia pytań"?
- Chyba raczej "dwadzieścia" - poprawił mnie.
- Mniejsza o wymowę. Więc znasz zasady? 
- Nie... - Ting wstał z miejsca i podszedł bliżej mnie. - Streść je jakoś - odrzucił Błękitne Oko gdzieś na bok.
Podniosłam głowę. Ciekawe, udało mi się go zainteresować. 
- Tak więc... - zaczęłam, siadając na posłaniu. Powoli odechciewało mi się spać. - Jedno z nas musi pomyśleć o jakimś zwierzęciu, roślinie albo rzeczy. Drugie próbuje zgadnąć co to, zadając dwandzieścia pytań...
- "Dwadzieścia", powtórz - przerwał mi mój towarzysz.
- Dwa-dzie-ścia - powtórzyłam, żeby się odczepił. - Pytania mają być skonstruowane tak, by dało się odpowiedzieć na nie "tak" lub "nie" - dokończyłam. 
- Hmm... Podoba mi się taka koncepcja... - pokiwał głową Ting. - Tylko... Czy ty wiesz, ile to dwadzieścia? - wyszczerzył złośliwie zęby. 
- Nie muszę, ty będziesz liczyć - z uśmiechem uniosłam pyszczek.
- Niech ci będzie, Pierzasta. Najpierw ja mam o czymś pomyśleć, tak? 
- Yhym - przytaknęłam. - Dobra... Już mam - oznajmił Strażnik Wichury. - Zwierzę. 
- Czy to coś porusza się na czterech łapach? 
- Tak. Pierwsze pytanie.
- Czy to coś... poluje?
- Nie... ale nie mam pewności - podrapał się po głowie. 
- Nic nie szkodzi, w takich sytuacjach mów "raczej nie" - wyjaśniłam.
- Drugie pytanie. 
- Czy to coś potrafi czarować? - kontynuowałam. 
- Tak. Trzecie pytanie.
- Czy to coś jest zwierzęciem stadnym?
- Nie. Piąte pytanie - z zachowania mojego towarzysza wyczytałam, iż jemu też przypadł do gustu taki sposób na zabicie czasu. Utwierdzałam się w przekonaniu, że ja jestem jedyną osobą, która kiedykolwiek grała z nim w jakiekolwiek gry. 
***

Wygrałam pierwszą rundę. Wykorzystałam wszystkie pytania, ale odgadłam, że Ting myślał o Xeralu. Posiadałam o nich "jako-taką", podstawową wiedzę, jednak tyle wystarczyło, żeby zdobyć punkt. Byłam z siebie bardzo zadowolona. W drugiej rundzie to Odmieniec musiał się domyślić, co wybrałam. Padło na roślinę, a konkretnie niebieski agrest. Mój towarzysz także wykorzystał wszystkie pytania i podał prawidłową odpowiedź. To mnie tylko zmotywowało do zaproponowania rewanżu. Postanowiłam, że będziemy grać, aż będzie można jednoznacznie stwierdzić, kto wygrał. 
Znowu ja zadawałam pytania. Tym razem Strażnik Wichury wybrał znacznie trudniejsze zwierzę. Czas mijał, a ja pomimo zdobywania coraz większych zasobów informacji, nadal nie wiedziałam, co Ting może mieć na myśli. Koniec końców, musiałam strzelać i niestety przegrałam. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że dobrze się z tym czułam. Co, jak co, ale odkąd pamiętam, ze zgadywaniem nigdy nie miałam problemu.
Postanowiłam, że nie będę już dawać przeciwnikowi forów. Wybrałam najbardziej obszerną grupę - rzeczy. Pomyślałam o szmaragdzie i czekałam, aż Odmieniec skończy zadawać pytania i poniesie porażkę. Podczas pierwszych odpowiedzi byłam bardzo pewna swego, jednak z czasem zaczęłam się obawiać, że mój współlokator jest na dobrej drodze. Minęło kilka minut, a jeszcze nie skończyły mu się pytania. Odniosłam wrażenie, że ja nie miałam do dyspozycji aż tyle. Wkrótce Ting podał właściwą odpowiedź. Zacisnęłam zęby. 
- Dobrze - burknęłam. 
- Czemu tak nagle spoważniałaś, Pierzasta? - spytał mój towarzysz, widocznie rozweselony faktem, że prowadzi. - Dalej, teraz ty. Wybieram zwierzęta. 
- Na pewno zadałeś tylko dwandzieścia pytań? - mruknęłam, patrząc na Odmieńca niezbyt przychylnie. 
- Liczyłem przecież. Dwadzieścia - wzruszył ramionami.
- Niemożliwe - rzuciłam. - Ja na pewno zadałam ci ich znacznie mniej.
- Wstydziłabyś się, Pierzasta. Oskarżasz mnie o oszukiwanie na podstawie swoich "odczuć".
- Nie mydl mi już oczu - obruszyłam się. - Graj sobie sam ze sobą, skoro nie potrafisz grać uczciwie! - położyłam się z powrotem na posłanie. 
Zachowanie Tinga wyjątkowo mnie zdenerwowało. Zamknęłam oczy i spróbowałam zasnąć. Oby wkrótce przestało padać, żebym mogła wyrwać się z tej jaskini i iść na wartę.
Wkrótce moja świadomość zaczęła odpływać. 
Wbiłam pazury w skalną ścianę. Pode mną jest przepaść, której dna nie widać. Nie mam czego się złapać, odnoszę wrażenie, że tracę równowagę. Moje złamane skrzydło wisi bezwładnie. Parę metrów wyżej widać jakiś ciemny kształt, przypominający zwierzę. Nie widzę go dokładnie, ponieważ dookoła panuje mrok, ale na pewno dostrzegam jego świecące, czerwone oczy i rzędy błyszczących zębów. Cień zeskakuje niżej, bliżej mnie. Chciałabym uciec, ale nie mam dokąd. Serce wali mi jak młotem, paraliżuje mnie strach. 
Podskoczyłam na posłaniu, słysząc bojowy ryk Tinga. W ciągu sekundy stanęłam na równe łapy i zaczęłam szukać wzrokiem mojego towarzysza. Nagle przed moimi oczami przemyka jakieś czarne stworzenie. Znany mi Odmieniec nie jest daleko za nim. Schwycił go w locie za kark i przycisnął do ściany. Dziwne zwierzę rzuca się i kłapie białymi zębami. Próbuje kąsać mojego towarzysza.
W jaskini panował półmrok, rozbijany jedynie przez blask odsłoniętej Wichury Płomieni. Zamrugałam. To coś, co złapał Ting, do złudzenia przypominało kształt, który widziałam w swoim koszmarze. 
- Co się dzieje? - spytałam zmieszana.
Nikt mi nie odpowiedział. Mój towarzysz całych sił próbował przetrzymać nieproszonego gościa, jednak ten wkrótce wyrwał się z uścisku jego szponów. Odzyskawszy swobodę, czarny stwór spojrzał na mnie kilkoma parami czerwonych oczu, po czym czmychnął na zewnątrz. Przeskakując kałuże przed wejściem, wypadłam z jaskini i pognałam za nim. Pościg nie trwał długo. Czarne zwierzę zniknęło w ciemności nocy. Zatrzymałam się i zdałam sobie sprawę, że przestało padać. To znaczy, że o wschodzie słońca udam się na patrol. Wróciłam do jaskini, żeby czym prędzej schować się przed silnym wiatrem. 
- Co to było, Ting? - spytałam Odmieńca. 
- Nie wiem... - mruknął w odpowiedzi. Dostrzegłam, że ma rozdarty rękaw płaszcza. 
- Jesteś ranny? - spytałam zaniepokojona i podeszłam do mojego towarzysza. Chciałam podciągnąć poszarpany materiał, ale Strażnik Wichury odsunął się ode mnie. 
- To tylko draśnięcie. On mocniej oberwał. 
Spojrzałam na wyjście, jakbym spodziewała się zobaczyć tam stworzenie, które jeszcze przed chwilą ganiało po jaskini.
- Co się tutaj działo, jak spałam? - spytałam. 
- Cień wkradł się do jaskini tak cicho, że nawet ja go nie usłyszałem. Zobaczyłem, że siedzi nad tobą, więc zaatakowałem. Odparował i spróbował uciec. Resztę widziałaś sama, Pierzasta - streścił. 
Przełknęłam ślinę.
- Widziałam go w swoim śnie. W koszmarze, gwoli ścisłości... 
- Dziwne... - Ting zmrużył oczy. 
Zapadła między nami cisza. Usiadłam na ziemi, wpatrzona w świat zewnętrzny. Odmieniec usiadł obok mnie. Przez chwilę chciałam zacząć na nowo rozmowę, ale szybko mi to przeszło. 

<c.d.n.>

Uwagi: brak

piątek, 22 lutego 2019

Od Lind "Przybycie" cz. 2 (c.d. Natanael)

Lipiec 2022
Deszcz przestał padać nad ranem. Zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami, byłam w tej sytuacji zobowiązana do udania się na granicę naszego terytorium. Podróż nie trwała długo, ale loty w tak ekstremalnych warunkach nigdy nie należały do przyjemnych . Dotarłszy na miejsce, wylądowałam i osłoniłam się swoimi skrzydłami z wiatru. Jakiś czas temu odkryłam, że mogą służyć jako bariera, chroniąca przed gwałtownymi uderzeniami nienaturalnego wichru. Co więcej, taka falująca kopuła z powietrza pozwalała mi otwierać normalnie oczy i wiele więcej usłyszeć. Odpowiednio przygotowana do patrolu, ruszyłam bez pośpiechu przed siebie. Otaczały mnie tylko nagie skały i wycie burzy. Przyspieszyłam nieco kroku, podnosząc uszy i rozglądając się uważnie dookoła. Spojrzałam na skąpane w mroku niziny. Z dnia na dzień wyglądały dla mnie coraz bardziej obco. Okolica zmienia się nie do poznania. 
Wkrótce zrobiło się odrobinę jaśniej. Trudno było to dostrzec, bo chmury nadal zasłaniały całe niebo. Zamierzałam lada chwila wrócić do nory, lecz nagle dotarł do mnie dźwięk miarowego uderzania łap o ziemię. Zatrzymałam się, rozłożyłam skrzydła i poleciałam w odpowiednim kierunku. Przede wszystkim musiałam upewnić się, że to żaden z członków naszego stada. Po kilku minutach wypatrzyłam sylwetkę wilka. Zmrużyłam oczy. Nie byłam w stanie określić, czy go znam. Tajemniczy osobnik zbliżał się do Wilczego Szpitala. Wylądowałam w bezpiecznej odległości, na już pokonanej przez niego trasie i zbliżyłam nos do ziemi. Nie rozpoznałam zapachu. Więc po naszym terytorium pałęta się intruz. Uderzyłam dwa razy skrzydłami, by na nowo zlokalizować obcego. Dotarł do Wrzosowej Łąki. Szybko wróciłam na ziemię i zaczęłam biec. Dawno nie odwiedzałam tej polany. Obecnie trawa i wszelkie zielsko były kilkukrotnie wyższe od wilka. Zatonęłam w szumiącej, przerośniętej roślinności. Postanowiłam zaskoczyć obcego; okrążyć go i odciąć mu drogę ucieczki. Wtem usłyszałam, jak intruz zawraca i pędzi z powrotem w stronę gór. Przyspieszyłam. Wypadłam z wysokiej trawy i odkryłam, iż tajemniczy osobnik zniknął z pola widzenia. Zatrzymałam się. Nie czułam w powietrzu magii, więc raczej nie wyparował. Pewnie ukrywa się gdzieś w pobliżu. Zdecydowałam, że zaczekam na ruch, który zdradzi jego położenie. Wtem zza wielkiego głazu wyskoczył niezbyt wielki wilk o jasnobeżowym futrze. Natychmiast wystrzeliłam w jego kierunku i złapałam zębami za nogę, jeszcze zanim wylądował. Jedno szarpnięcie wystarczyło, by przewrócić go na grzbiet. 
- Co tutaj robisz i kim jesteś?! - warknęłam, odsłaniając kły. Schwyciłam łapy, którymi próbował mnie odepchnąć. 
- Jestem Natanael - padła natychmiastowa odpowiedź. - Wyprowadziłem się od rodziców i szukam watahy, o której opowiadał mi ojciec - wyjaśnił szybko samiec.
Ojciec? Brzmiało to całkiem ciekawie i nie przypominało typowego tłumaczenia szpiega. Te zwykle sprowadzały się do błądzenia i polowania. 
- Kim był twój ojciec, że opowiadał ci o naszej watasze? - spytałam, nieco spokojniej, acz nadal niezbyt przychylnie. 
- Mieszkał tu przez jakiś czas - oznajmił basior. - Podobno był tu kimś "ważnym"... przez jakiś czas. Ale z jego fantazjami to nigdy nie wiadomo. Do tej pory nie wiem czy to, co mi mówił było prawdą. Szczególnie o tym miejscu. - Wilk o jasnym futrze omiótł wzrokiem okolicę. - Nic nie wspominał o czarnych chmurach, zmutowanej zwierzynie i przerośniętych krzakach Co tu się stało? 
- Sama chciałabym wiedzieć - pozwoliłam sobie powiedzieć na głos, co myślę. 
Powoli wypuszczałam z uścisku tego gadułę. Co jak co, ale niewielu intruzów zwierza mi się od razu jak wygląda cała sytuacja. Zaczęłam się zastanawiać, czy może słyszałam o jego ojcu. W końcu ta wataha ma całkiem bogatą historię, której dużą część już poznałam. Natanael wstał z ziemi, otrzepał się, po czym kontynuował rozmowę:
- Nie możecie pozbyć się tych dziwnych zjawisk za pomocą zaklęć? Założę się, że...
- Myślisz, że nie próbowaliśmy? - weszłam mu w słowo. - Nie jesteśmy tępi. Te zjawiska są odporne na naszą magię. Nic się nie dało zrobić i został taki stan rzeczy - powiedziałam jednym tchem.
Zapadła cisza. Wtem przypomniałam sobie o czymś, co basior mówił wcześniej. 
- Wspominałeś coś o jakiejś zmutowanej zwierzynie... Przypominało to jakieś czarne zwierzę z poranioną nogą, czy coś w ten deseń? - spytałam. Z początku założyłam, że chodziło mu o niebezpieczne istoty, które od zawsze zamieszkiwały nasze terytorium. Ich nazwa akurat wyleciała mi z głowy. 
- Chodzi ci o tę potworę wysokości łosia, która przebiegła mi przed oczami? Z tego, co zobaczyłem, zbytnio czarna nie była. Miała niebieski "porost" na grzbiecie i bardzo silne nogi... Trochę czarna była, ale raczej nie tak, jak byś chciała. Kuleć też nie kulała.
Zaczęłam się zastanawiać. Nie brzmiało to jak coś, co zwykle tu występuje. Niewykluczone, że "potwora" ma związek z burzą i tym deszczem... Ba, to bardzo prawdopodobne! 
- Zabieram cię do Alf - oznajmiłam Natanaelowi. - Oni zdecydują, co z tobą zrobią i opowiesz im o tym sarno-potworze. 
Rozłożyłam skrzydła i przygotowałam się do startu. 
- Aż tak to niezwykłe? Myślałem, że u was po prostu tak wygląda zwierzyna. 
- Sęk w tym, że nie - uniosłam się w powietrze, zabierając basiora ze sobą. 
- Wy też się tak zmutowaliście? - ciągnął dalej, spoglądając w dół.
- Z tego, co mi wiadomo nie - odparłam bez wyrazu. Skupiałam się teraz na walce z nienaturalnym wichrem. 
- Skąd w ogóle wzięły się te zjawiska pogodowe?! - zaczął krzyczeć, żeby przebić się przez ryk burzy.
- Zadajesz dużo pytań. Czy ja ci wyglądam na istotę wszechwiedzącą? - burknęłam, nie przejmując się, czy na pewno dobrze mnie słychać. Wilk o jasnobeżowym futrze zaczynał mnie już drażnić. 
- Na pewno wiesz więcej, niż ja. 
Wylądowałam przed jaskinią należącą do Alf. Nie bawiłam się w delikatne odkładanie Natanaela na ziemię. Po prostu rozgoniłam trzymający go wiatr, kiedy ten był metra nad ziemią. Basior syknął.
- Uważaj trochę.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiłam. - Za mną - ruszyłam zdecydowanym krokiem przed siebie. 
Odwróciłam nieznacznie głowę i ujrzałam, że wilk ani drgnął. Zatrzymałam się.
- Na co czekasz? No już - ponagliłam niezbyt przyjaźnie. 
Natanael nie odpowiedział nic. Zrobił trudną do odczytania minę i spojrzał gdzieś w bok. Na co on w ogóle czeka? Nie chciałam już wdawać się z nim w dyskusję. Bezceremonialnie złapałam go swoją mocą za ucho powlokłam do jaskini. Wilk chrząknął niezadowolony, ale na tym poprzestał. Jego szczęście. 
W środku zastaliśmy zarówno Suzannę, jak i Hitama. Pierwszy zauważył nas samiec Alfa i właśnie on postanowił spytać, kogo tym razem przyprowadziłam. Streściłam, co Natanael opowiedział mi jeszcze na łące. Przywódca dopytał obcego wilka, czy wszystko się zgadza oraz jak miał na imię jego ojciec. Młody samiec oznajmił, że brzmiało ono "Shiryu". Coś mi to przypominało. Odniosłam nawet wrażenie, że mogłam znać osobiście tego wilka. Rozmowa trwała jeszcze kilka minut. W pewnym momencie Natanael poprosił Alfę o możliwość dołączenia do naszej watahy. Po krótkim wyjaśnieniu warunków, na których basior zostaje przyjęty na okres próbny, wreszcie doszliśmy do tematu zmutowanego zwierzęcia. Kiedy nowy członek watahy zaczął opisywać dokładniej, co widział, spostrzegłam, że siedząca kawałek dalej Suzanna spoglądała w tę stronę. Słowa wilka przykuły jej uwagę do tego stopnia, że po chwili podeszła do naszej trójki. 
- Lind, masz przy sobie Naszyjnik Prawdy? - spytała mnie. 
- Oczywiście - odparłam i wydobyłam z torby wspomniany przedmiot. Samica Alfa wzięła go ode mnie i założyła na szyję Natanaelowi. 
- Powtórz co mówiłeś - kazała.
- Do czego to? - zainteresował się samiec, jakby nie słyszał nazwy wisiorka. 
- Powtórz, co mówiłeś o sarnie - rzuciła Suzanna ostro. 
Nowy członek watahy wykonał wreszcie polecenie. Po raz kolejny opowiedział o wielkości, kolorze sierści, poroście na grzbiecie zwierzęcia oraz o jego dziwnie lśniących oczach. Przywódczyni watahy słuchała wszystkiego z uwagą. Kiedy Natanael skończył, zdjęła z jego szyi mój naszyjnik i oddała mi go. 
- To wszystko, co musimy wiedzieć. Lind, odprowadź go do jego jaskini - odprawiła nas. - Jutro przydzielimy mu funkcję. 
Skinęłam głową, pożegnałam się i opuściłam lokum Alf. Natanael zrobił to samo. Kiedy zaczęliśmy oddalać się od ich jaskini, do moich uszu dotarł głos Suzanny: 
- Sprawa zrobiła się naprawdę poważna. Burza nie ustaje, deszcz pada coraz częściej. Teraz już wiemy, jak wpływa na zwierzęta - zaczęła dyskusję ze swoim partnerem.
Mimowolnie zwolniłam, chcąc usłyszeć jak najwięcej.
- Według mnie powinniśmy kogoś wysłać w teren by sprawdził, czy to pojedynczy przypadek - mruknął Hitam. 
- To może być zbyt ryzykowne. Trzeba... 
- Gdzie będzie ta moja nowa jaskinia? - odezwał się Natanael, odcinając mnie zupełnie od podsłuchiwanej rozmowy. 
- Um... Tutaj - wskazałam jak gdyby nigdy nic wejście do niedawno zwolnionej nory. Nie mogłam przecież się przyznać, w czym mi przeszkodził. 
- Jest dosyć mała - westchnął samiec, podchodząc do swojego nowego lokum.
- Twoja i tak jest jedną z większych. Ciesz się, że nie musisz mieszkać wyżej. 
- Dlaczego? 
- W tamtych jaskiniach ledwo można się obrócić - oznajmiłam.

<Natanael?>

Uwagi: brak

wtorek, 15 stycznia 2019

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 3

Przełom sierpnia i września 2022r.
Zamknęłam książkę, ziewając szeroko. Nie było już w niej linijki, której nie znałabym na pamięć. Gdybym wiedziała, że zostanę uwięziona na całe dnie w jaskini, wypożyczyłabym sobie połowę zasobów Biblioteki. W tym także wydania napisane w języku Elfów. Przynajmniej mogłabym spróbować się go nauczyć. Miałabym jakieś ciekawe i rozwijające zajęcie. Niestety, traf chciał, że obecnie mogę sobie poczytać tylko to jedno, leżące w mojej jaskini wydanie. Zanudzenie się jego treścią było kwestią czasu. 
Westchnęłam z rezygnacją i spojrzałam w sufit jaskini. Nie miałam w tym żadnego głębszego celu. Chwilę gapiłam się weń bez zainteresowania. "Nie zmienił się. Jest dokładnie taki sam, jak w dniu, w którym się tutaj wprowadziłam" - pomyślałam. Następnie skierowałam wzrok na nierówną ścianę mojego lokum. Ona zmieniła się nie do poznania, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że kilka dni temu wspólnie z Tingiem wyłamywaliśmy z niej budulec potrzebny do zabudowania wyjścia. Otrzymane w ten sposób kamienie ułożyliśmy jeden na drugim i skleiliśmy błotem połączonym z odrobiną zawartości jednej manierki, którą mój towarzysz miał w plecaku. Odmieniec utrzymywał, że zwykle służy mu to do naprawiania jego pięćsetletniego banjo. Koniec końców udało się zmniejszyć wyjście o jakieś kilka metrów (jeśli dobrze pamiętam, ile wynosi jeden "metr"). Od razu łatwiej zasnąć, kiedy do środka dociera znacznie mniej odgłosów szalejącej burzy. Natomiast kiedy nie śpię, nie muszę się już tak wysilać, żeby osłonić ścianą z powietrza to małe przejście. 
Ziewnęłam jeszcze raz i przeciągnęłam się. Dochodzę do wniosku, że ten dzień, który spędziłam na zabudowywaniu wyjścia był najciekawszym dniem ostatnich miesięcy. Nieróbstwo (z przerwami na patrole w ekstremalnych warunkach) wkrótce mnie wykończy. Kiedy tak rozmyślałam nad tym wszystkim, nagle do moich uszu dotarło mamrotanie mojego towarzysza: 
- Jedenaście... dwanaście... trzynaście... czternaście... 
- Co ty tam mruczysz? - zainteresowałam się. - Znów jakaś aztecka kołysanka? 
- Hm? - dotychczas odwrócony tyłem Odmieniec spojrzał w moją stronę. Siedział w kącie, przy świetle płonącej ptasiej czaszki przywiązanej do kija. Zupełnie już przywykł do używania jej jako pochodni. 
- Pytam, czy znów nucisz azteckie kołysanki - powtórzyłam znużonym głosem. 
- O czym ty mówisz? Co ma znaczyć "znów"? - Ting poruszył ogonem. 
- Śpiewałeś ostatnio przez sen - oznajmiłam. - Albo raczej; nuciłeś przez sen i raz po raz wypowiadałeś jakieś dziwne słowo bez otwierania oczu. 
- A, masz na myśli to... To nie kołysanka, ani tym bardziej nie... aztecka. To musiało być coś po grecku - wytłumaczył Ting, powoli odwracając głowę z powrotem przed siebie.
- Huh, dobrze wiedzieć - odparłam. - To co robisz tym razem? - wstałam z posłania i podeszłam bliżej Odmieńca. 
- Liczę, ile ci zostało Złotych Księżyców po zakupie kart. Nie pytaj, dlaczego robię to dopiero teraz.
- Nie śmiem, mości Strażniku - westchnęłam. - Raczej spytam kto ci w ogóle pozwolił ruszać moje oszczędności - dodałam sucho.
- Nie potrzebuję na to twojej zgody. Tak czy inaczej, nie potrafiłabyś zrobić tego sama - zaznaczył mój towarzysz.
- I co z tego? - prychnęłam. - Tak czy inaczej, wolałabym, żebyś zostawił tę sakiewkę w spokoju - oznajmiłam, przedrzeźniając Tinga. - Oboje wiemy, że... 
- Ciszej Pierzasta, bo nie wiem, gdzie skończyłem liczyć. 
- Ty słuchasz mnie w ogóle? - obruszyłam się.
- Przeszkadzasz mi - burknął w odpowiedzi Odmieniec. - Gdzie ja skończyłem... gdzie... - mruknął. 
- Na "naście" - podpowiedziałam, siadając. 
No dobra, niech mu będzie. Niech sobie policzy, jak tak bardzo chce. Jeśli jednak dotrze do mnie, że coś z tego sobie przywłaszczył i wydał, marny jego los. 
- Tyle to ja też wiem - prychnął Strażnik Wichury. - Jest dużo liczb zakończonych na "naście". 
- Ciekawe... Ile konkretnie? 
- Nie zadawaj głupich pytań - odparł Ting.
- Co jest nie tak z tym pytaniem? - Uderzyłam raz ogonem w ziemię. 
- No tak, zapomniałem, że ty nie masz pojęcia o zasadach matematyki - przyznał Odmieniec. 
Po tych słowach schował wszystkie Złote Księżyce z powrotem do małej sakiewki, gdzie zwykle je trzymam. Upewniwszy się, że żadnego nie pominął, zaczął liczyć półgłosem od nowa:
- Jeden, dwa, trzy... 
Chwilę obserwowałam powolne ruchy mojego towarzysza. Starałam się skupić na jego słowach, jednak szybko zdałam sobie sprawę, że mam problem ze zrozumieniem takiego niedbałego seplenienia. Tak więc, szybko znudziło mnie to zajęcie. Ziewnęłam szeroko. Chwilę jeszcze milczałam, lecz w końcu postanowiłam znów zaczepić Tinga.
- Nie chciałbyś może nauczyć mnie liczyć? - spytałam. - Teraz i tak nie ma tutaj dużo do roboty. 
- Inteligentne stworzenia zawsze znajdą sobie zajęcie - oznajmił Odmieniec 
Drgnęłam i zacisnęłam zęby. Już-już miałam gotową ripostę, która sprawi, że raz na zawsze zamknie się ta jego głupia gęba, lecz wtedy gdzieś w pobliżu gruchnął piorun. Straszliwy hałas bez problemu przedarł się przez cienką barierę przy wejściu do nory. Syknęłam i odskoczyłam od ściany. Odruchowo spłaszczyłam się i zwinęłam w kłębek na wilgotnej ziemi. Ból i pisk w moich wrażliwych uszach utrzymał się co najmniej kilkanaście sekund. Nie otwierałam wówczas oczu nawet na chwilę. Kiedy wreszcie to zrobiłam i odrobinę rozluźniłam mięśnie, zauważyłam, że Ting siedzi przy mnie i gładzi delikatnie po grzbiecie. Ewidentnie chciał mi pomóc; uspokoić, wesprzeć. Wówczas poczułam jakiś dziwny zapach. Zorientowałam się, iż nieświadomie przestałam osłaniać swoim żywiołem przejście na zewnątrz i swąd pochodził stamtąd. 
- Wszystko dobrze, Pierzasta? - spytał Odmieniec. Jego głos wydał mi się dziwnie przytłumiony. 
- Będę żyła - odparłam nieco drżącym głosem i oparłam pyszczek na ziemi. 
Nie chciałam jeszcze wstawać. Na domiar złego zaczęła mnie jeszcze boleć głowa; tak jak po każdym tego typu potężnym grzmocie. Skierowałam wzrok na wyjście z jaskini. Zobaczyłam przed nim głęboką kałużę. Przy jej brzegach zgromadził się ten dziwny, połyskujący na niebiesko nalot. Chyba powinniśmy jeszcze zadbać, by ta woda, jeśli tak ją można nazwać, nie dostała się do jaskini. Rośliny rosną od niej jak szalone, jednak nie wiemy, czy nie ma negatywnego wpływu na zwierzęta, w tym też na nas - wilki. 
Ting nadal przy mnie czuwał. Wyglądał, jakby obawiał się, że nie jest ze mną w pełnie w porządku i może miał trochę racji. Nie mówię o kondycji fizycznej, raczej o fakcie, że nagle ogarnął mnie lęk. Lęk przed nieznanym. Nie pomagał w tym fakt, że od miesiąca widywałam tylko mojego towarzysza i kilka wilków, które przekazywały informacje o patrolach i tym podobnych. Nie wiem, co się dzieje z resztą watahy. Nie wiem, jak się czują moi przyjaciele. Czy nikt nie jest ranny? Czy nikt nie nałykał się tej dziwnej deszczówki? A co, jeśli burza już zebrała krwawe żniwo pośród watahy?! Nie...Nie, nie... O takich sytuacjach ktoś by mnie poinformował. Na pewno. Być może... Tak myślę... Tak? 
Pulsujący ból głowy nasilał się. Powoli wstałam i powłóczyłam łapami w stronę swojego legowiska. Ting odprowadził mnie do niego, bacznie obserwując moje ruchy. Opadłam na jedyne wygodne miejsce w całej jaskini i zamknęłam oczy. Spróbowałam zasnąć licząc, że to mi pomoże. W końcu dopięłam swego. 

***

Obudziła mnie znajoma fala magii, charakterystyczna dla teleportujących się między jaskiniami posłańców. Gość zaczął coś mówić donośnym głosem, żeby mnie do końca wybudzić. Kilka słów do mnie dotarło, a mianowicie "patrol", "szlak" oraz "pożary". Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na zamgloną sylwetkę wilka. Nagle zasłonił ją mój Odmieniec.
- Odejdź, Pierzasta jest chora! - warknął do basiora.
- Ale... 
- Już! Potrzebuje teraz spokoju - Ting kłapnął zębami. 
Usłyszałam szuranie pazurów o kamienie przy wyjściu. Oznaczało to, że posłaniec odruchowo cofnął się. Zaraz po tym odgłosie nastąpiła szybka wymiana zdań, z której niewiele zrozumiałam. Wiem tylko, że Strażnik Wichury często przerywał rozmówcy, usiłując go jak najszybciej przepędzić. 
- No dobrze, zmienimy harmonogram. Czy Lind potrzebna jest wizyta medyka?
- Wydobrzeje, jak dacie jej odpocząć kilka dni. Długo mam jeszcze czekać? - warczał Odmieniec. 
Wkrótce dotarł do mnie kolejny powiew magii świadczący o tym, że gość w końcu sobie poszedł. Skierowałam pyszczek w stronę mojego towarzysza i spojrzałam na niego. 
- Dziękuję - szepnęłam i wróciłam do krainy sennych marzeń.
W normalnych warunkach pewnie martwiłabym się, czy nie dosięgną mnie żadne konsekwencje za zachowanie Tinga wobec posłańca od Alf, albo dlaczego złe samopoczucie wcale mi nie mija, lecz teraz nie miałam siły myśleć już o niczym. Dziś mam wolne. 

<C.D.N.>

Uwagi: Nazwałaś raz Złote Księżyce Srebrnymi Księżycami. 

środa, 26 grudnia 2018

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 2

Lipiec 2022
Tego dnia spałam bardzo niespokojnie. Co chwila budził mnie trzask kolejnego złamanego pnia, albo łoskot staczających się kamieni, nie wspominając już nawet o wyjącym wietrze. Nawet gdybym zdołała zablokować ten hałas swoją mocą, nie utrzymałabym efektu po zaśnięciu. Po którymś z kolei przebudzeniu, wyobraziłam sobie, iż mam jedno z tych zaklęć tymczasowo wyciszających okolicę, które można było kupić u Juana. Szkoda, że na terenie watahy nie ma żadnego handlarza jednorazowymi zaklęciami. Wydałabym na nie jeszcze więcej oszczędności, niż na stosy kart po zakończeniu festynu. 
Kiedy znów na chwilę odpłynęłam, nagle poczułam dziwny powiew magii któremu towarzyszyło wyjątkowo głośne tąpnięcie. Nie spodziewałam się czegoś takiego, więc odruchowo podskoczyłam na równe łapy. Spostrzegłam, że w mojej jaskini pojawił się gość. Był nim jakiś członek Watahy Czarnego Kruka. Rozpoznałam to głównie po zapachu, lecz także po dominujących ciemnych odcieniach sierści. Nie potrafiłam jednak połączyć tego osobnika z żadnym znanym mi imieniem. 
- Lind, Suzanna kazała mi przekazać, że dzisiaj nie musisz wykonywać codziennego obchodu granicy - wyrecytował pośpiesznie wilk. 
Zamrugałam oczami, próbując odegnać skołowanie spowodowane wyrwaniem ze snu.
- Um... dziękuję za informacje - odparłam. - Skąd taka nagła zmiana? 
- Alfy postanowiły, że wszelkie patrole i polowania będą się teraz odbywać tylko w pobliżu Gór. Dlatego też grafik i podział obowiązków może być nieco inny, niż zwykle - wytłumaczył samiec.
- A... jasne... 
Zaraz po naszej krótkiej wymianie zdań, basior przygotował się do opuszczenia nory w taki sam sposób, w jaki się tu znalazł - za pomocą teleportacji. Chciałam spytać, jak się nazywał, jednak posłaniec od przywódczyni watahy już rozpłynął się w powietrzu, zostawiając za sobą niebieskawą aurę magii. 
Czyli to, o czym mówił mi Crane, było prawdą; od teraz Alfy przekazują najważniejsze informacje poprzez kilku wyznaczonych członków stada, którzy umieją się teleportować. Według mnie był to całkiem dobry sposób. Burza w końcu nadal trwa, a z dnia na dzień jest coraz gorzej. Ryzyko, że posłaniec zostanie narażony na niebezpieczeństwo, wychodząc poza swoją norę, jest bardzo wysokie. Przypomniałam sobie, iż ostatnio już wszystkim zabroniono opuszczać jaskinie. Jedynym wyjątkiem są patrole oraz polowania, bo przecież ktoś musi zapewnić watasze pożywienie i pilnować, czy obcy nie wykorzystują okazji do ataku.

Wróciłam na swoje posłanie i spróbowałam znów zasnąć. Niestety, nie zdało się to na nic. Zrozumiałam, że pewnie jest już noc. Przez to, w jakim czasie zwykle odbywała się moja warta, wewnętrzny zegar nie pozwalał mi sypiać po zmroku. Od ponad roku jestem przyzwyczajona do nadrabiania zasłużonego odpoczynku popołudniami. Parę razy zdarzyło się, że zostałam poproszona o zastąpienie kogoś, albo wymianę czasu i miejsca obchodu, ale było to naprawdę rzadkie zjawisko. Poleżałam jeszcze kilka krótkich chwil, po czym wstałam, niezbyt mając pojęcie, co tak właściwie teraz ze sobą zrobię. 
Zauważyłam, iż Ting nie zajmował żadnego ze swoich ulubionych miejsc na półce skalnej. Przeniósł się przed próg, chociaż rozszalały wicher z całych sił starał się go przewrócić. Postanowiłam podejść do mojego towarzysza i usiąść kawałek za nim, nieco bardziej ukryta przed zawieją. Na początku odmieniec nie zwrócił na mnie uwagi. Chciałam zacząć rozmowę, ale przez nieznośne wycie wiatru na zewnątrz, sama nie usłyszałam własnych słów. Skupiłam się więc i użyłam mocy, żeby wytworzyć przed wejściem do jaskini ścianę z powietrza. Ostatnio robiłam to coraz częściej więc wychodziło mi coraz lepiej. Ting spuścił wzrok z czarnego nieba i kątem oka zerknął w moją stronę. Po tym, wyciągnął przed siebie łapę i dotknął lekko falującej, prawie zupełnie przezroczystej ściany z powietrza. 
- Która to już bezgwiezdna noc? - spytałam, przypomniawszy sobie, że kilka miesięcy temu mój towarzysz zaczął obliczenia. 
- Straciłem rachubę - odparł smętnym głosem odmieniec. - Ale na pewno sięgnąłem stu dwudziestu. 
Skinęłam głową, ale nie odezwałam się. Zdałam sobie sprawę, jakie to było głupie pytanie, skoro i tak nie znam żadnych większych liczb. Między nami zapadła cisza. Wpatrywaliśmy się oboje w świat zewnętrzny, jednak Ting był wyraźnie skupiony na niebie. Byłoby to dziwne zachowanie z jego strony, gdyby przykrywały je zwyczajne chmury. Skoro jednak mówimy o czarnofioletowych obłokach, odmieniec był jakby zainteresowany ich widokiem. Oczywiście nie patrzył na nie tak samo, jak na gwiazdy. Nie wyglądał na zahipnotyzowanego i nieobecnego, raczej na... szukającego czegoś. Może starał się zrozumieć, skąd się wzięły i co oznacza ich obecność. 
W pewnym momencie niebo ponad szczytem Gór przeciął fioletowy piorun. Nie powstrzymałam cichego "wow". Chociaż zjawisko wyglądało groźnie, miało w sobie też pewne piękno. Po kilku sekundach dotarł do nas także grzmot. Nawet pomimo utrzymywanej przeze mnie ściany, pozostał słyszalny, jednak nie na tyle, by sprawić moim wrażliwym uszom ból. 
- Dobrze, że jesteśmy daleko od serca burzy - pomyślałam na głos. 
- Ale na jak długo? - mruknął Ting. 
- Dobre pytanie - westchnęłam. - Też martwisz się, co będzie, jeśli burza nie ustanie szybko? - dodałam po chwili, pozwalając sobie na odrobinę szczerości. 
- Sam nie wiem - strażnik oparł pysk na łapie. - Ale coś mi mówi, że to będzie jeszcze trwać i trwać... 
Spojrzałam na miejsce, w którym wcześniej pojawił się piorun. Nie było już po nim żadnego śladu. Zaczęłam wodzić wzrokiem po terenie dookoła mojej jaskini. Niestety przez brak światła mogłam dostrzec jedynie niewyraźny zarys szlaku. Doszłam do wniosku, że nie czuję się komfortowo pośród takiej ciemności. Poprosiłam Tinga, żeby zapalił jedną z tych swoich ptasich czaszek na kiju. Odmieniec sięgnął do plecaka i bez słowa spełnił moją prośbę. Trochę mnie to zdziwiło, ale nie skomentowałam nadzwyczajnego zachowania mojego towarzysza. W świetle "pochodni" widziałam, jak wiele wyrwanych z korzeniami roślin, całych gałęzi i odłamków skał przelatuje dookoła jaskiń. Nieopodal mojej nory przetoczyło się kilka sporych kamieni. Jeden z nich spadł z niewielkiego urwiska poniżej i rozpadł się na drobne kawałki, uderzając z niewiarygodną prędkością w twarde podłoże. 
Poczułam dziwny niepokój. Wstałam z miejsca i wróciłam wgłąb jaskini. Uznałam, że tutaj będę czuć się nieco bezpieczniej. Usiadłam na swoim legowisku i owinęłam łapy ogonem. Nie przestałam podtrzymywać ściany z powietrza przed wejściem. Nagle o tę barierę obił się wielki głaz, pewnie pochodzący ze szczytu. Trafiłby tuż przed nos Tinga, lecz zanim zdążyłam mrugnąć okiem, odmieniec już odruchowo odskoczył. Stał teraz pół metra ode mnie. 
- Przydałoby się jakieś trwałe zabezpieczenie przy tym wielkim wyjściu, nie uważasz Ting? - spytałam. 
- Chyba pierwszy raz masz jakiś dobry pomysł - mruknął w odpowiedzi strażnik Wichury. - Tylko musisz jeszcze wymyślić z czego je zrobić - zaznaczył. 
Rozejrzałam się po swoim lokum. Kolejno przejechałam wzrokiem po chropowatych ścianach. Później, spojrzałam na półkę w skale, na której leżał stos drogich kamieni i kolorowych otoczaków znad Wodospadu. Spod nich wystawało kilka kartek, dawno zarysowanych i zapisanych po obu stronach. (Ja byłam odpowiedzialna za rysunki, a Ting za słowa i zdania. Jedno nie było związane z drugim; odmieniec nie miał pozwolenia na zajmowanie miejsca na papierze swoimi gryzmołami po kto-wie-jakiemu). Zerknęłam też na kilka kości rozrzuconych tu i tam, które pozostały po moim dzisiejszym posiłku. Zatrzymałam wzrok dopiero na wypchanej torbie znajdującej się obok posłania. Nic, co było w tej norze, nie podsunęło mi żadnego pomysłu. 
W międzyczasie Ting zdjął plecak i położył go ostrożnie pod ścianą, po czym wydobył zeń swoje banjo. Ostatnio przestał opuszczać moją jaskinię, więc korzystał z tego instrumentu znacznie częściej. Na początku nie było to takie złe, jednak teraz miałam już trochę dość tej muzyki w jego wykonaniu. 
- Będziesz znów grać? - westchnęłam, na samą myśl o kolejnych piosenkach. 
- Nie, policzę sobie ile moje banjo ma strun. Może przez noc pojawiła się nowa - odparł Ting, jednak nie użył tego samego, uszczypliwego tonu, jakiego bym się spodziewała. Strażnik pozostawał jakiś nieswój. 
"Czy powinnam mu się dziwić? Przez dwa lata zwiedzał ze mną do woli otwarte tereny, a teraz znów siedzi zamknięty w kamiennym pomieszczeniu. Nawet jeśli czasem spędzał całe dnie w mojej jaskini, fakt, że mógł z niej w każdej wyjść, zmieniał wszystko" - pomyślałam. 

<CDN>

Uwagi: brak

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 1

Marzec 2022
Dookoła mnie panowała ciemność. Taki był urok wszystkich ostatnich nocy. Warstwy fioletowych chmur już od miesiąca nie znikają z nieba. Bardzo rzadko odsłaniają Słońce, a co dopiero oczekiwać widoku księżyca czy gwiazdy po zmroku. Kłęby dziwnie zabarwionej pary wodnej może nie byłyby wielkim problemem, gdyby nie przywiodły tu ze sobą stale nasilających się wichrów, których nawet wspólnymi siłami nie zdołaliśmy uspokoić.

Szłam powoli wzdłuż brzegu Wschodniej Plaży. Tony piachu uciekały mi spod łap i starały się dotrzeć do mojego pyska niczym rój wściekłych much. Nie próbowałam powstrzymać całej burzy piaskowej, ale użyłam mocy, żeby utworzyć barierę z powietrza dookoła swoich oczu, uszu i nosa. Z każdym kolejnym smagnięciem gwałtownego wiatru odnosiłam wrażenie, iż zaraz i ja zostanę porwana w górę, tak jak okruchy skalne. 
Lecieć z taką samą lekkością, będąc jednocześnie pozbawionym wyboru, dokąd trafisz. W ten sposób można przebyć ogromne odległości, ale równie dobrze można spaść od razu na ziemię i zniknąć pośród miliardów podobnych sobie...
Potrząsnęłam głową. Nie czas na rozmyślanie o losie ziarnka piasku podczas burzy. Muszę skupić się na swoim zadaniu. Mam przebyć wyznaczoną trasę i pilnować, czy nikt nieproszony nie zakrada się na nasze terytorium. Przy takiej pogodzie, marne szanse, że cokolwiek zobaczę, ale przecież zostały mi jeszcze inne zmysły.
Nagle poczułam pod poduszkami łap zimne, twarde podłoże. Zatrzymałam się zdziwiona. Już dotarłam do podnóża Gór? Mogłabym przysiąc, że Wschodnia Plaża była znacznie dłuższa. Przecież pokonuję jej długość codziennie przy okazji nocnej warty. Ruszyłam dalej przed siebie, gotowa w każdej chwili napotkać pionową ścianę skalną. Jednakże czas mijał, a grunt ani myślał się podnieść. Chwilami zdawało mi się nawet, że schodzę coraz niżej.
"Czyżbym przez tę fatalną widoczność pomyliła kierunki?", pomyślałam zdezorientowana.
Postanowiłam wzbić się w powietrze, ponad chmurę piasku z plaży i zorientować w terenie. Przywołałam skrzydła, po czym od razu wystartowałam. Powinnam była się jednak spodziewać, że szalejący wiatr nie odpuści okazji i zacznie targać mną na wszystkie strony. Tak więc, wykonałam kilka niezamierzonych pełnych obrotów i innych niekontrolowanych akrobacji. Oczywiste, iż mój błędnik natychmiast zwariował od tego wszystkiego. Zupełnie straciłam orientację, gdzie jest góra, a gdzie dół. Dopiero po czasie zdołałam odzyskać kontrolę nad kierunkiem lotu i z pewną trudnością, wyleciałam z burzy piaskowej, z całych sił ignorując mdłości. 
Wyżej wiatr nie był wiele słabszy, jednak stąd mogłam przynajmniej zlokalizować ostre szczyty gór. Jak się okazuje, wcale nie zboczyłam z trasy mojego codziennego patrolu. Zmierzałam cały czas w dobrym kierunku. Odetchnęłam z ulgą i ostrożnie wróciłam na ziemię. Szkoda, że nie mogłam pozostać w powietrzu. Suzanna wyraziła się jasno; przez większą część obchodu tej granicy terenów, mam trzymać się ziemi. Pomiędzy Górami a Plażą Wschodnią jest zbyt wiele miejsc do ukrycia się. Zwłaszcza teraz, kiedy nie można już tu polegać na zmyśle wzroku. Pokręciłam pyskiem, wspominając słowa Alfy. 
"W taką pogodę nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałaby przedrzeć się przez plażę" - mruknęłam sama do siebie w myślach.
Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego już teraz czułam pod łapami skały, a grunt się obniżał. Połowa piasku plaży została rozegnana na cztery strony świata przez ten dziwny, nieokiełznany wicher. Jak mogłam nie wpaść na to od razu? 
W końcu dotarłam do ścieżki prowadzącej na łańcuch górski. Zaczęłam wspinać się coraz wyżej. Po krótkim marszu tą trasą wyrwałam się z męczącej chmury wirującego piachu. Stopniowe odzyskiwanie orientacji w terenie było niezwykłym uczuciem. Po prostu odzyskiwałam wzrok. Dodatkowo, kamienna ściana zablokowała dużą część wiatru, więc stawianie kolejnych kroków przychodziło znacznie lżej. Prawdziwa ulga. Wkrótce dotarłam do odcinka szlaku, gdzie skały doszczętnie już przesiąkły specyficznym zapachem członków Watahy Czarnego Kruka. Znalazłam się blisko przydzielonych im jaskiń. Podobno wiele osobników tego stada przyzwyczaiło się do nocnego trybu życia. Jednakże moje dzisiejsze obserwacje przeczyły tym pogłoskom. Wokół ich nor panowała absolutna pustka. Wycie wiatru przerywały tylko pojedyncze pomruki śpiących wilków. Zazdroszczę im, że nie mają problemów z zaśnięciem w takich warunkach. 
Wspinałam się dalej. Przywołałam znów skrzydła, tym razem żeby wlecieć na nieco oddaloną półkę skalną. Wiatr zaszumiał głośniej. Zastrzygłam uszami i zbliżyłam nos do ziemi. W dalszym ciągu nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi. Jedynie coraz wyraźniej słyszałam i czułam uderzenia zimnego wichru. Do tego dziwnego typu, dręczącego nasze terytorium nie pałałam miłością, więc niechętnie zbliżałam się do szczytów wyznaczających granicę. Ani na chwilę nie rozganiałam utworzonych z żywiołu skrzydeł. Może znów zarzuci mną jak suchym liściem, ale przynajmniej nie skręcę karku, jeśli potknę się i spadnę. Chociaż... Kilka lat temu spadłam z większej wysokości i jakoś żyję... ale nie chcę tego powtarzać. 
Stanęłam na szczycie. Ledwo, ale zdołałam utrzymać równowagę, pomagając sobie nieco skrzydłami. Nagle kątem oka zauważyłam jakieś światło. Obróciłam głowę w tamtą stronę. Odgarnęłam włosy i dostrzegłam promienie słoneczne wyłaniające się spomiędzy szarofioletowych chmur. 
- Wschód. Nareszcie. - szepnęłam. Moja warta lada chwila się kończy. Muszę już tylko dotrzeć do końca tego łańcucha górskiego i przez resztę dnia jestem wolna. Łatwizna. 
Ruszyłam znów przed siebie, wbijając w miarę możliwości pazury w podłoże. Interesujące, ile czasu można stracić przez - delikatnie mówiąc - kiepskie warunki pogodowe. Zwykle docierałam do tego miejsca na długo przed wschodem Słońca. Niezależnie od pory roku. 
*** 
"Tarcie cząsteczek wody i lodu... napięcie elektryczne...wyładowanie... piorun..." 
Brzmi to dosyć abstrakcyjnie. Elektryczność powstająca z wody i lodu. Co lepsze, teoretycznie ja mogę przyczynić się do wytworzenia "wyładowania elektrycznego" używając mocy powietrza. Oczywiście, jeśli wierzyć tej książce i wyjaśnieniom Joela. Naprawdę cieszę się, że mamy w watasze kilka wilkołaków obeznanych w podstawach różnych dziedzin ludzkiej nauki. 
Zamknęłam leżący przede mną tom i odpłynęłam w świat własnych myśli. Powinnam wreszcie spróbować wytworzyć "napięcie elektryczne". "Należy wprawić cząsteczki w ruch, zwiększyć tarcie"... Jeśli się uda, to zupełnie jakbym opanowała dwa żywioły, albo nawet trzy, mając we krwi zaledwie jeden. Coś niezwykłego...
Wtem przypomniałam sobie o czymś jeszcze. Zaczęłam znów kartkować wypożyczony z Biblioteki egzemplarz. Szukałam fragmentów o tarciu w odniesieniu do temperatury materiału. Po upływie niecałej minuty znalazłam właściwy akapit. Zaczęłam znów czytać i skupiłam całą uwagę na interesującej treści. Ktokolwiek dopisał na okładce tego wydania podtytuł "Poznaj swój żywioł" naprawdę wiedział co robi. 
Nagle do jaskini wdarł się wyjący wiatr z zewnątrz i przewrócił połowę stron książki. Moim oczom ukazała się karta tytułowa. Westchnęłam. Że też nie mam czym zasłonić tego wielkiego wejścia do jaskini. Wstałam i wyjrzałam na zewnątrz. Nic się nie zmieniło; nadal jest szaro i pusto, a dookoła fruwają uschłe elementy roślin i tumany kurzu. Ile to jeszcze będzie trwało? Czym w ogóle jest ten dziwny wiatr i jeszcze dziwniejsze chmury unoszące się nad naszym terytorium? Czy jedno zjawisko ma bezpośredni związek z drugim?
Kiedy tak zadawałam sobie pytania bez odpowiedzi, w mojej głowie pojawił się nowy pomysł. Skierowałam wzrok w kąt jaskini, gdzie siedział mój towarzysz. Trzymał na kolanach Wichurę Płomieni i ostrożnie polerował jej brzegi.
- Powiedz mi Ting... - zaczęłam rozmowę.
- Co mam ci powiedzieć, Pierzasta? - odmieniec podniósł nieznacznie głowę i spojrzał na mnie. Jednocześnie przerwał wykonywaną dotychczas czynność. 
- Myślisz, że dałoby się użyć mocy Wichury... - skinęłam na wspomniany artefakt - ... żeby poradzić coś na tę nienaturalną zawieruchę? 
- Myślę, że to byłoby możliwe, gdyby ktoś najpierw zapanował nad tą skumulowaną energią. Znasz kogoś, kto już to zrobił? - spytał na wpół złośliwym tonem. Wiedział dobrze, iż ten drażni mnie najbardziej ze wszystkich dostępnych. 
- Muszę w ogóle odpowiadać na to pytanie? - rzuciłam. - Nie, bo energia wciąż jest w naczyniu - prychnęłam. 
- To najpierw pomyśl o okiełznaniu mocy Wichury, potem o jej wykorzystaniu, Pierzasta - odparł Ting spokojnym głosem. - Żebyś mogła coś upolować, musisz poczekać aż wyrosną ci zęby.

<CDN>

Uwagi: kilka przecinków.

niedziela, 30 września 2018

Od Lind "Więcej kart" cz. 4

Lipiec 2021
Znaleźliśmy Joela na jednej z ławek w parku. Był akurat w swojej ulubionej, ludzkiej formie. Wpatrzony w niebo, nucił jakąś wesołą melodię i zapisywał coś długopisem w zeszycie. Teraz przynajmniej wiem jak się nazywają te rzeczy. Wynalazki przynoszone z Miasta przez niektórych członków watahy są całkiem ciekawym tematem i dosyć obszernym. Szkoda, że ja nie potrafię zamieniać się w człowieka. Wilki podobne do mnie mogą tylko pomarzyć o zobaczeniu w pełnej krasie tego misternie ukształtowanego przez dwunogie istoty świata.
Podeszliśmy do wilkołaka. Wyglądał, jakby nie zauważył naszej obecności. Towarzyszący mi Crane trącił go w chude kolano. Muzyk wzdrygnął się i spojrzał w naszą stronę.
- Cześć Joel - przywitałam animatora.
- Cześć Lind - uśmiechnął się, odsłaniając dziwaczne, ludzkie kły. Z tej perspektywy przypominały uzębienie saren. - Witaj Crane. Macie do mnie jakąś sprawę?
- Owszem. Interesuje nas konkurencja festynowa - wyjaśnił brązowy basior.
- Mógłbyś zmienić formę? - zapytałam Joela. - Strasznie niewygodnie tak z tobą rozmawiać - powiedziałam, co myślałam.
- A, tak. Oczywiście - Jo wstał, rozprostowując swoje patykowate nogi człowieka.
Muzyk podniósł leżący nieopodal ławki plecak i spakował do niego notes i długopis. Zaraz po tym, zmienił się z powrotem w wilka. Stojąc już na czterech łapach, poprosił, żebyśmy sprecyzowali, o jakiej konkurencji myślimy.
- Skoki do Jeziora z lian - wyjaśniłam krótko.
- Słyszę liczbę mnogą. Rozumiem, że oboje będziecie skakać - Animator popatrzył po naszej dwójce.
- Tak - przytaknęłam.
Crane spojrzał na mnie i uchylił pysk, żeby coś powiedzieć, ale Joel go uprzedził:
- To wracamy do centrum watahy. Za mną, jeśli nadążycie - Basior o jasnym futrze wziął plecak w pysk i ruszył truchtem przed siebie.
- Uch, on tak na poważnie? - sapnął Crane.
Zrozumiałam, że mój kolega dosyć się już zmęczył dzisiejszymi spacerami przez całe terytorium naszego stada.
- Jo, zaczekaj! - krzyknęłam za muzykiem.
***
- No to kto zaczyna? - Joel usiadł obok wzburzonej tafli i zwrócił wzrok w naszą stronę, oczekując odpowiedzi.
- Ja mogę - oznajmiłam. - Mam w końcu już w tym jakieś doświadczenie.
- Trzy skoki to jeszcze nie doświadczenie - mruknął animator z przekąsem.
- Przypominam, że to były skoki zakończone sukcesem - podniosłam dumnie pysk.
- Poza jednym, po którym wylądowałaś prosto w krzakach - Jo przekrzywił nieznacznie głowę.
- To było pierwsze podejście, zawiniła niedopracowana strategia - wytłumaczyłam, rozglądając się za grubszą lianą.
- No dobra. Niech ci będzie.
Wypatrzyłam idealne pnącze. Przywołałam skrzydła z wiatru i uniosłam się, żeby złapać je w pysk i wlecieć na jedną z z gałęzi.
- Patrzcie i uczcie się - oznajmiłam.
Po tych słowach postąpiłam tak samo, jak podczas udanych prób. Odepchnęłam się łapami od konara i trzymając mocno lianę, nabrałam idealnej prędkości do idealnego wyskoczenia z niej do Jeziora. Rozbryzg, który nastąpił po moim zderzeniu z taflą wody, dosięgnął wszystkie wilki w pobliżu. Crane i Joel też należeli do tej grupy. Wypłynęłam na powierzchnię i wróciłam na brzeg.
- Jak mi poszło? - spytałam.
- Powiedzmy, że ujdzie - odpowiedział Joel, odruchowo otrzepując się.
Crane zrobił to samo. Tymczasem animator otworzył plecak i wyciągnął z niego plik kart dla mnie. Dobrze pomyślane, że nie wyciągnął ich wcześniej; pozostały poza zasięgiem wywołanego przeze mnie tsunami.
- Teraz ty - zwróciłam się do brązowego basiora, odebrawszy nagrodę.
- No... dobra... - mruknął Crane.
- Czy mi się wydaje, czy ty masz pietra? - popatrzyłam na niego.
- Skądże... Tylko... trochę nie wiem, jak się za to zabiorę. Nie mam mocy wiatru, ani niczego takiego.
"Ciekawe, jaką w ogóle masz moc", pomyślałam. Nigdy dotąd nie wspomniał mi słowem o swoim żywiole. Zaczynałam nawet podejrzewać, że sam go nie zna.
- Ja mogę ci pomóc dosięgnąć lian, Crane - zaoferował Jo.
- Dobry początek. Jak konkretnie mi pomożesz?
- Wybierz sobie pnącze, a potem użyj mnie jako podestu, żeby go dosięgnąć.
- Nie brzmi tak źle. Niech będzie - oznajmił basior z drugiej watahy.
Rozglądał się tylko chwilę, a kiedy już wybrał sobie odpowiednie pnącze, zakomunikował o tym Joelowi. Muzyk przykucnął, żeby Crane mógł odbić się od jego grzbietu. Brązowy wilk doskoczył do liany i zacisnął na niej zęby. Udało mu się; nie spadł od razu z powrotem na ziemię.
- Świetnie. Teraz musisz się rozhuśtać - zaznaczyłam.
- To pestka - dodał Joel.
Crane zaczął dosyć niezdarnie poruszać kończynami, a później całym ciałem. Długo nie nabierał zbytniej prędkości. Postanowiłam kilka razy niepostrzeżenie mu pomóc, lekko popychając go wiatrem. Udało się tak jak planowałam; Jo niczego nie zauważył, a Crane w końcu rozbujał się dostatecznie, żeby doskoczyć do wody. Nie powiedziałabym, że tak się skacze "na bombę", ale chyba animator uznał to jako poprawne wykonanie zadania.
Po chwili Crane wyszedł z Jeziora, utykając na prawą, przednią łapę. Odebrał szybkim ruchem czekające na niego karty i syknął z bólu.
- Co się stało? - zapytałam zaniepokojona.
- Uderzyłem o dno łapą - odpowiedział brązowy samiec. - Strasznie boli.
- Lind, weźmiesz go do Alvarega? - zapytał od razu Joel. Przybrał nieco poważniejszy ton głosu.
- Jasne - odpowiedziałam bez wahania. - Oby to tylko nie było złamanie... - mruknęłam ciszej.
Pożegnaliśmy się krótko z animatorem i ruszyliśmy w kierunku Wilczego Szpitala.
- Nie martw się, Lind. To pewnie nic takiego - uspokajał mnie po drodze Crane.
- Pewnie nie... to przecież tylko skok do wody... - wymamrotałam.
Czułam się winna, te głupie skoki z lian były przecież moim pomysłem.

Wygrane karty: brązowe: Kozice, Róża Harmonii; srebrne: Delta, Xeral.

Uwagi: Brak.