Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cess. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cess. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2019

Od Cess "Niepokój" cz. 6

Styczeń 2022
- Znasz tego pana? - wskazałam łbem na rudego, zwracając się do Magnusa, który podejrzliwie mu się przyglądał. Basior poczekał chwilę z odpowiedzeniem mi na pytanie.
- Nie. - mruknął krótko.
- Widzisz? Nie znamy cię! Czas to zmienić! Wystarczy podać swoje imię i powód twojej obecności tutaj. To takie łatwe! - uniosłam głowę i uśmiechnęłam się zachęcająco. Poczułam, że chyba zbyt szybko zmieniłam nastawienie do tajemniczego wilka, siedzącego niedaleko mnie. Nie powinnam mu ufać, a jednak cały czas byłam w przekonaniu, że postępuje słusznie.
- Jaaa... Jestem Wheatley - basior uśmiechnął się, a ja westchnęłam cicho. - Ale więcej ci do życia nie będzie potrzebne.
Coś mu nie wierzyłam, ale zaprzestałam dalszym prośbom ujawnienia tożsamości. Wiedziałam, że nie powie mi prawdy.
- Więc Wheatley, czy jakkolwiek się tam nie zwiesz naprawdę... Miło mi cię poznać! - starałam się uśmiechnąć szczerze, lecz nie wyszło mi to zbytnio.
- Chciałbym powiedzieć, że mi też, ale zważywszy na okoliczności, skłamałbym. - rzekł kąśliwie, posyłając mi iście kpiący uśmiech, na widok którego skręciło mnie w środku.
- Ja przynajmniej staram się być miła. - podniosłam się z ziemi i usiadłam na przeciwko basiora. Wlepiłam w niego swoje podejrzliwe spojrzenie. - Mamy przez ciebie niezłe kłopoty teraz... - mruknęłam, mrużąc oczy. - Trzeba będzie szukać dobrej wymówki.
- No to po jakiego za mną szłaś? Gdyby nie twoja inicjatywa, każdy z nas byłby teraz duuużo weselszy! - prychnął, przewracając swoimi oczami.
- Walnęłam się zbyt mocno w głowę, gdy rozwścieczony przez ciebie gryf nas zaatakował. Magnus przez to został Skandywiankiem, a ja ruszyłam za tobą podziękować za ratunek i sprawdzić, czy nie potrzebujesz pomocy! - syknęłam nieprzyjemnie. Spojrzał na mnie jak na jakąś wariatkę, a ja starałam się jakoś wytłumaczyć. - Nie patrz się tak na mnie, już wszystko w porządku i wróciłam do nieempatycznej wersji siebie…
- Czyli już nie chcesz mi podziękować? - westchnął teatralnie, co zdenerwowało mnie trochę. - Cóż. To teraz dasz mi spokój?
- Przecież zanudzę się na śmierć, gdy dam ci teraz spokój... - przyglądałam się ulewie, mającej miejsce poza jaskinią. - A jak przeżyję, to nas zabiją.
- No właśnie, nas. Uch… - Magnus oparł łeb o ścianę. Cały czas zapominałam o jego obecności, skupiając swoją uwagę na nieproszonym gościu.
- A czemu miałabyś nie przeżyć? - wypalił Wheatley, jakby w ogóle nie domyślał się o co chodzi. Uniosłam tylko brew.
- Jestem osobą ruchliwą, a w miejscu nie usiedzę zbyt długo. - stęknęłam. - Po co ty tu w ogóle przybyłeś? Nie słyszałeś o strasznej pogodzie? Burzy?
- A co cię to obchodzi? - zdziwił się po raz kolejny. Zaczęłam zauważać jego nieporadność w zapamiętywaniu istotnych informacji. Jakby nie patrzeć, mógłby znać już moje imię, gdyby je oczywiście zapamiętał. Magnus przecież, wykrzyknął je głośno, podczas pogoni za nim. - Jestem szpiegiem, nie będę przecież zdradzać ci swoich motywów! - dodał jeszcze, wręcz zbyt pewnie. Parsknęłam, kręcąc łbem.
- W takim razie marny z ciebie szpieg. - przyznałam. Wheatley zaśmiał się, poczułam, że to właśnie ze mnie. - Co cię bawi?
- Nic takiego - wzruszył ramionami z powagą.
- Zaśmiałeś się przecież! - warknęłam groźnie, pokazując swoje uzębienie.
- Nie jestem szpiegiem. - Patrzę na niego z wymalowanym zirytowaniem na pysku. Ten posłał mi jedynie promienny uśmiech, którego powoli miałam dość. Też mi coś! Chyba nie sądził, że jego lśniące kły powstrzymają mnie. Starałam się pozbierać swoje myśli i skupić się, aby nie poznać po sobie, że nadal mu się przyglądałam. Przewróciłam oczyma i prychnęłam pod nosem. Kątem oka spojrzałam na usypiającego powoli Magnusa. Wheatley przesunął się w kąt jaskini i w zamyśleniu patrzył na deszcz. Był tak tajemniczy w swojej aurze idiotyzmu, że aż szkoda było patrzeć. Choć uspokoił się, to i tak biło od niego nieznacznym ciepłem. Więc, gdy odsunął się dalej, zrobiło mi się chłodniej.
- Więc kim jesteś? - zapytałam, licząc na satysfakcjonującą odpowiedź.
- Jestem Wheatley. Nie zamierzasz odpuścić, co? - uniósł swój łeb i z błagalnym spojrzeniem, wpatrywał się w moje oczy.
- Nie zamierzam. Jak nie szpieg, to kto? - Dopytałam po raz kolejny. Grałam twardą zawodniczkę, choć czułam, że wszystko zmierza w złą stronę.
- Nerd. - powiedział tajemniczo, a ja otworzyłam szerzej oczy. Wcześniej nie zetknęłam się z tym słowem, co ujawniło moje nagłe zainteresowanie i ekscytacja.
- Kto to? - postawiłam uszy ku górze i zaciekawiona zbliżyłam się do Wheatleya. Znów poczułam przyjemne ciepło, a po moim karku przeszedł dreszcz. Wlepiłam w niego spojrzenie mówiące wiele.
- Czarodziej, którego specjalnością jest badanie podstawowych potrzeb danego gatunku. Później wykorzystujemy tę wiedzę do samokształcenia, co pozwala nam... Manipulować innymi nerdami! - mówił pewny siebie, a ja słuchałam go jakby zaczarowana. Poznanie definicji nowego słowa, czy jak w tym przypadku - zapewne ważnej pozycji w hierarchii, było przydatne. Przeczuwałam, że może miało to związek z pochodzeniem obu basiorów. Możliwe, że „Nerd” to znana profesja na Północy, z której oni pochodzą.
- Trudno się nauczyć tych rzeczy? - Zasłuchana w jego słowa, rozmyślałam nad zostaniem takim Nerdem. Z pewnością dałabym radę, a przynajmniej tak sądzę.
- Och, i to jak! - Wheatley dumnie uniósł głowę i byłam niemalże pewna, że oczekuje jakiegoś rodzaju podziwu z mojej strony.
- Skończ. Proszę. - Magnus pokręcił głową z niedowierzaniem. Spojrzałam na niego z wymalowanym na twarzy zakłopotaniem.
- Ty też jesteś Nerdem? - zmarszczyłam brwi niepewnie. Jeśli tak, to może i ja zdołałabym stać się czarodziejem…
- To wszystko to przecież bzdury! - poderwał się z ziemi i warknął na rudego rozwścieczony.
- Psujesz mi zabawę… - z pyska Wheatleya zniknął dumny uśmiech. Zmarszczył brwi i zgromił Magnusa spojrzeniem.
- Daj już sobie spokój! - warczał, wskazując łbem na mnie. Poczułam ukłucie gdzieś w środku i spochmurniałam.
- O co chodzi? - zapytałam, kompletnie zbita z tropu. Kamiennym wzrokiem spoglądałam na basiorów, oczekując wyjaśnień. To wszystko przestało być już śmieszne. Magnus patrzył z wyrzutem na rudego, który spuścił łeb, jakby zawstydzony.
- O nic, co powinno cię teraz interesować. - odpowiedział mi grafitowy basior trochę niegrzecznie i najzwyczajniej w świecie odwrócił się do nas plecami. O dziwo już nie wyglądał, jakby się obawiał, przeciwnie, kipiał złością i niedowierzaniem. Wheatley chyba chciał coś powiedzieć, nawet otworzył pysk, ale ostatecznie tylko wlepił wzrok w podłogę.
- To chyba jakieś żarty! - uniosłam głos, wyraźnie zdenerwowana. - Czy jestem tu jedyną osobą, która nic, ale to nic nie wie? Po prostu czuję, że coś przede mną ukrywacie... - Przeniosłam wzrok na rudego i warknęłam groźnie, choć głos załamał mi się. - Nie rób sobie ze mnie jaj. Jeśli czerpiesz satysfakcję z nabijania się ze mnie, to po prostu odejdź. Chciałam okazać dobrą wolę i wcale nie miałam co do ciebie złych zamiarów. - mówiłam przez zaciśnięte zęby, a ciało drżało z emocji. Rudy był zaskoczony tak nagłym wybuchem. Magnus był o coś tak wściekły, że nie miał zamiaru się w tamtym momencie odezwać.
- Przepraszam, droga pani Kas - rudawy basior wyglądał na skruszonego. - To był tylko głupi żart.
- Cess. - mruknęłam cicho. - Ceres oraz Kas to moje ksywki, rzadko używane, ale jednak gdzieś się w życiu pojawiły. Tak naprawdę jestem Cess. - spuściłam wzrok. Nie lubiłam gdy ktoś ze mnie żartuje, lecz nie chciałam by emocje wzięły górę po raz kolejny. Starałam opanować sytuację i uspokoić samą siebie. Wzięłam kilka głębokich wdechów i spojrzałam na Wheatleya. - Przepraszam, zachowałam się głupio, znowu… - kompletnie nie rozumiałam co się ze mną dzieje. Nie było to kompletnie w moim stylu. Jestem twardą i wredną waderą, a nie miękkim kawałkiem futra z ogonem, jak w tamtym momencie. Tym razem Wheatley uśmiechnął się do mnie serdecznie.
- To ja jestem głupi, ty jesteś mądra inaczej.
- To przypadkiem nie znaczy to samo? - uniosłam brew i cicho się zaśmiałam. Ten tylko wzruszył ramionami.
- Ty na pewno nie jesteś głupia, a ja na pewno nie jestem mądry. Więc to nie może być to samo, bo mądry inaczej chyba nie znaczy głupi, a głupi znaczy... nie znaczy... mądry? - zastanawiał się nad sensem swoich słów, bądź jego brakiem. Chyba doszedł do wniosku, że jednak brakiem, bo kręcił łbem. Parsknęłam głośno, widząc jego zmieszanie.
- Ja raczej nie należę do tych mądrych osób. Nie wiem co to Nerd. - skrzywiłam się lekko. - Co to naprawdę znaczy?
- Ktoś, kto pasjonuje się naukami ścisłymi, ale przepłaca to brakami w kontaktach towarzyskich. Czy coś w tym stylu. - po chwili zastanowienia odpowiedział. Uśmiechnęłam się niepewnie. Nadal nie wiedziałam o co mu chodzi. Nauki ścisłe? Przecież nie brzmiało to nawet na prawdziwe zestawienie słów.
- Taaa, załóżmy, że rozumiem.
- Heh - zniżył się do mojego poziomu, ale zachował pewną odległość między nami, jakby nadal obawiał się mojej porywczości. - Tutaj jest ta wasza wataha, nie?
- Tak, jest. - zerknęłam na Magnusa, który był nadal odwrócony do nas tyłem. Po chwili spojrzałam z powrotem na basiora. - Powinnam ci zdradzić jakieś szczegóły czy może jednak nie? - zaśmiałam się
- Być może - odpowiada trochę dziwnym, tajemniczym tonem. Może szpiegiem nie jest, ale jednak warto zachować ostrożność.
- Jak wiesz, od dłuższego czasu panują u nas złe warunki pogodowe. - westchnęłam - Prawdopodobnie będziemy zmuszeni opuścić te tereny, ale jeszcze nic nie wiadomo.
- Funkcjonuje u was coś w rodzaju naboru czy jesteście watahą... hm, rodzinną? - po tym pytaniu, zakłopotałam się lekko, nie wiedząc co dokładnie mam mu powiedzieć.
- Przyjmowane są wilki rożnego rodzaju, ale tworzymy jedną rodzinę, tak sądzę. - Mój wzrok utkwił na moich łapach, którym z oporem się przyglądałam, byle nie spojrzeć znów na rudego basiora. - Jesteś z Północy tak? - spytałam, nadal nie podnosząc łba.
- No chyba. - chyba nie do końca zrozumiał o co mi chodzi. Ja sama często nie rozumiem.
- Skoro tam jest zimno - a przynajmniej Magnus mi tak opowiadał, to czy to nie kłóci się z twoją mocą?
- Nie, dlaczego? Śmiem sądzić, że tam to nawet bardziej pożądana zdolność.
- Bije od ciebie takim ciepłem, że lodowce mógłby by się roztopić. - przyznałam cicho, podnosząc powoli wzrok. Nie nawiązywałam jednak kontaktu wzrokowego.
- Aż tak daleko ta północ nie jest.
- Nie macie lodowców? - zdziwiłam się, lekko zawiedziona - A chociaż lód czy śnieg?
- Lodowce są jeszcze dalej. Czasami pada śnieg. - mówił o tym z lekką nostalgią. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jak daleko. Dla mnie dużym dystansem były ścieżki w górach, a co dopiero jakbym miała przybyć z Północy. Uśmiechnęłam się nieznacznie.
- Nadal uważam, że byłbyś w stanie je roztopić, nawet bez większego wysiłku.
- Raczej szybko bym się zmęczył
- Czemu? Męczysz się teraz? - przechyliłam łeb na prawo - Przecież cały czas od ciebie bije ciepłem.
- To niezależne ode mnie. Żeby roztopić lodowiec musiałbym się nieźle namęczyć - tłumaczył mi cierpliwie, ukradkiem przyglądając się mojemu długiemu ogonowi. Nie przeszkadzało mi to o dziwo. 
- Dlaczego nie zostałeś tam na Północy? Przecież nie było ci tam zimno, prawda? - zaśmiałam się
- No mówię, że tu pracowałem - wyszczerzył się do mnie.
- Pracowałeś? - spojrzałam na kolegę w kącie jaskini. Jego sierść była najeżona, a on pomrukiwał co jakiś czas, jakby denerwowała go nasza rozmowa. - Też w tym mieście, gdzie te kreatury bez sierści, tak jak Magnus?
- Ano - teraz Wheatley odpowiedział już ostrożniej, niż wcześniej.
- Ja myślałam, że szczury na dwóch łapach nie przepadają za wilkami. - zamyśliłam się przez chwilę. Wyobraziłam sobie jak wygląda takie życie w mieście.
- Tak jak wilki nie lubią szczurów. Nigdy nie słyszałaś o wilkołakach? - spytał, a ja pokręciłam lekko głową. Wheatley był ciut zaskoczony. Coś zaczął mówić, ale nagle się zatrzymał. Wyszedł z tego dziwny bełkot.
- Powtórzysz? Kim jest wilkołak? - w myślach skupiłam się na dość śmiesznych brzmieniu tego słowa. W głowie świtało mi, że kiedyś obił mi się o uszy ten wyraz. Kojarzyłam go, naprawdę. Nawet może kiedyś znałam jego znaczenie, lecz teraz nic nie przychodziło mi do łba.
- Wilkołak, to człowiek, ze zdolnością zmiany w wilka. Ludźmi nazywamy szczury z miasta. - wyjaśnił pokrótce, a ja zdziwiona otworzyłam szeroko oczy.
- To tak się w ogóle da? Jak?
- Kwestia genów...? - odpowiedział lekko piskliwym głosem.
- Geny są strasznie zdradliwe i dziwne... - burknęłam - A kreatury bez sierści jeszcze dziwniejsze. - zmierzyłam go wzrokiem. - W formie wilka wyglądasz bardzo dobrze, po co to zmieniać?
- Ludzie żyją dłużej - kilka razy pacnął łapą w skałę, prawdopodobnie bez powodu.
- No niby tak, ale po co się męczyć... - westchnęłam przyglądając się Wheatleyowi. - Skąd miałeś pewność, że jesteś ode mnie starszy? - zmieniłam temat.
- A nie widać? - parsknął.
- Nie powiedziałabym…
- Ludzie starzeją się wolniej. Powiedz, ile dałabyś mi lat? - kładzie łeb na ziemi, patrzył na mnie wyczekująco z dołu.
- Hmm… Pięć maksymalnie? - przyjrzałam mu się z przymrużonymi oczami.
- Trzydzieści parę! - wyszczerzył się.
- Jak? Powinieneś już nie żyć! - aż poderwałam się do góry, zaskoczona.
- A zgadnij ile bym dożył, gdybym był zwykłym człowiekiem? - spoglądał na mnie z triumfalnym uśmiechem.
- Czekaj nie rozumiem - jęknęłam cicho, kręcąc się w miejscu - Wytłumacz mi to wolniej…
- Ludzie żyją dużo dłużej. Wilkołaki to ludzie z wilczą formą. Nie wszyscy umiemy czarować. - mówił powoli, powstrzymując śmiech.
- No ale jak dłużej no... Czyli jak jesteś wilkiem to dożywasz nie wiem, dwustu lat? - nadal zmieszana przez napływ zbyt wielu informacji, starałam się cokolwiek zrozumieć.
- Jako wilk starzeję się tak jak ty - dalej cierpliwie tłumaczył, a przynajmniej starał się mi wytłumaczyć mechanizm starzenia się jako człowiek.
- To masz te trzydzieści-coś lat, czy nie?
- Tak. Gdybym żył jako wilk od urodzenia, już by mnie tu nie było.
- To jak to działa? Żyjesz jak wilk przez kilka lat, a jak człowiek to masz więcej, a gdy wracasz mniej? - gubiłam się we własnych słowach.
- Cały czas mam tyle samo, tylko różnie się starzeję - był bardzo rozbawiony, a ja speszona. Zrobiłam grymas na pysku.
- To nie na moją głowę... - także położyłam się, oczywiście niedaleko „źródła ciepła”. - Wolę być wilkiem i ogólnie wolę wilki... - westchnęłam ciężko, a on wybuchł śmiechem. Zawstydziłam się lekko i odwróciłam głowę w stronę obrażonego nadal Magnusa. - Co ci jest? - basior mruknął coś niewyraźnie. Dalej był zły. Wheatley pozostawił to bez komentarza, a uśmiech od razu zszedł z jego pyska.
- Coś między wami kiedyś zaszło czy jak? - zirytowana machnęłam głową - Fuczycie i burczycie na siebie prawie cały czas.
- Może ujmę to tak. - zaczął zakłopotany rudzielec. - Nie powinnaś mnie poznać, a... z Magnusem chciałem porozmawiać w nieco innych okolicznościach. - powiedział cicho. - Jakby nie patrzeć, gdyby nie ja i to ptactwo, do niczego by nie doszło. Przepraszam - podniósł wzrok na drugiego basiora.
- Gdybym nie była tak uparta, to nie poszłabym za tobą. Nawet nie zauważyłam cię podczas walki z gryfem. - przyznałam przekręcając głowę. Spojrzałam na Magnusa, który odwrócił się w końcu, gubił jednak wzrok. Na sekundę zatrzymał go na mnie, potem przerzucił na basiora. - Chyba masz mi dużo do powiedzenia, co?
- No tak wyszło - rudy zaśmiał się nerwowo.
- Dobrze cię znowu widzieć, Einar.
- Czyli nie Wheatley? - spojrzałam się na niego z wybałuszonymi oczami. Nie spodziewałam się takiego zwrotu akcji. Jednakże wiedziałam, że basior nie podał swojego prawdziwego imienia.
- Szczerze mówiąc, Wheatley to postać z gry. - parsknął, a Magnus się załamał.
- Och, jakiej gry? - jakoś znów zaczęłam się gubić.
- Może kiedy indziej - odpowiedział rudy dość wymijająco.
- Jeśli chcecie, to ja mogę wyjść i dać wam chwilę, lub więcej. - wstałam z ziemi i otrzepałam się z kurzu. Już zamierzałam udać się w stronę wyjścia z jaskini. Padający deszcz w ogóle by mi nie przeszkadzał.
- Nie ma potrzeby. Jeszcze będziemy mieć sporo okazji do rozmowy. - Einar był bardzo pewny tego co mówił, a Magnus wyglądał na trochę zaskoczonego.
- Jak uważasz, choć lepiej byłoby załatwić to teraz... - mruknęłam, będąc już mniej pogodna. Dziś humor zmieniał mi się w błyskawicznym tempie, co dało się zauważyć. - Wracając, nie żałuje jednak, że się spotkaliśmy, jeśli mogę wyrazić swoje zdanie. - uśmiechnęłam się lekko.
- Fakt, miło było poznać uroczą waderę o tak niesamowitym wyglądzie. Ale życie wilka jakoś mnie nie pociąga, przynajmniej teraz. - rzekł rudy, znowu ziewając. Szary basior zaczął się do nas przysuwać.
- Dlaczego? - zmarszczyłam brwi. Choć nie umknął mojej uwadze mały komplement z jego strony, nie chciałam dać po sobie znać, że trochę mnie zawstydził. Miałam być twarda i nieugięta.
- Nie lubię surowego mięsa. - padła odpowiedź, na którą się zaśmiałam cicho.
- To jedyny powód? - spojrzałam rozbawiona na niego.
- Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
- Życie wilka jest super! Choć innego nie miałam, prawdę mówiąc... - skrzywiłam się.
- Hah, może warto spróbować? - uniósł prowokująco brew.
- Ja nie wilkołak, proszę pana! - zaśmiałam się po raz kolejny. - Nie mam tego raczej w genach.
- Magiczne wilki się czasem zmieniają, hybrydy pewnie też. - ciągnął dalej, jakby chciał mnie do czegoś zachęcić. Na słowo hybryda, jednak wzdrygnęłam się lekko. Te określenie nie podobało mi się zbytnio.
- Raczej nie ja... Nikt z rodziny nie umiał, wiec ja tez raczej nie. - po tych słowach ugryzłam się w język, aby przypadkiem nie powiedzieć zbyt dużo. O sobie, rogach, rodzicach, a także miejscowej legendzie i naszej historii. Einar wzruszył ramionami. Magnus słuchał nas z takim zainteresowaniem, że zapomniał języka w gębie. I chyba dalej był trochę zły.
Mnie zastanawiało tylko jedno - czy będą wyciągnięte jakieś konsekwencje. W końcu oddaliliśmy się od grupy bez uprzedzenia, a co gorsza pozwolenia. To wszystko była moja wina. Byłam gotowa wziąć na siebie całą winę. Najpierw jednak musiała minąć ulewa…

Uwagi: Nadal zdarza ci się mylić czas. Kilka literówek i przecinków.

czwartek, 21 marca 2019

Od Cess "Niepokój" cz. 4 (c.d. Magnus)

Sierpień 2022
Skrzeczący gryf zaatakował nas znienacka. Osaczony ze wszystkich stron, nie wiedział nawet co robić. Jego posunięcie nie miało żadnego sensu, lecz ze względu na sytuację w jakiej się znajdował, brnął w to dalej. Kręcił się we wszystkie strony, starając się strącić kogokolwiek z urwiska. Ledwo co sama uchyliłam się przed jego wielkim skrzydłem. Wyglądało to jak jakaś zabawa w ciuciubabkę. Oszołomione stworzenie nie panowało bowiem nad sobą. Było wystraszone i zagubione. Podpalone pióra i ślady oparzeń dawały znać, że coś jest na rzeczy. Szukałam wzrokiem Magnusa i sprawdzałam, czy jeszcze się trzyma. Basior radził sobie dobrze, będąc tak samo zdezorientowany jak ja. 
Przyjęłam pozycję obronną i zaczęłam warczeć, gdy hybryda zamachnęła się po raz kolejny. Z pobliskich kałuż zebrałam wystarczająco wody, aby uformować z niej pociski. Zazwyczaj w takich sytuacjach potrafię skupić się jeszcze bardziej, niż zwykle. Tak też było i tym razem. Za każdym razem, gdy bestia zbliżała się do mnie, dostała prysznic błękitną wodą, która sprawiała ból, wchodząc w rany po oparzeniach. 
Gdy gryf wycofał się nieznacznie, ktoś z naszej grupy rzucił bardzo idiotyczne pytanie: „Co to było?”. Wkurzona i zirytowana warknęłam niezbyt przyjemnie: 
- Hm, no nie wiem… Może wściekły gryf na przykład? - kiedy wypowiedziałam te słowa, stworzenie zaskrzeczało jeszcze głośniej, strącając na bok mnie oraz jakiegoś wilka z Watahy Czarnego Kruka. Powalona na ziemię, syknęłam głośno, a po mojej czaszce przeszła fala bólu. Walnęłam łbem prawdopodobnie o kamień.
Nie wiem ile dokładnie leżałam. Może minęło kilka sekund, chwil, a nawet minut. Możliwe też jest to, że straciłam przytomność. Jakbym na chwilę straciła panowanie nad sobą i bezczynnie czekała na dalszy rozwój sytuacji. Szumiało mi w uszach i nie mogłam się skupić. Gdy otworzyłam oczy cały świat wirował, a obrazy się zlewały wzajemnie. Wyraźnie nie widziałam, a wszystko otaczał półmrok. Jakieś przytłumione dźwięki dochodziły z zewnątrz, lecz nie byłam w stanie zrozumieć, ani jednego słowa, rozpoznać wilka, do którego należał głos. Znów zamknęłam oczy, ponieważ piekły mnie, gdy były otwarte. 
- Cess? - słyszę niewyraźnie, gdzieś w oddali. Niski, przytłumiony głos, należał prawdopodobnie do jakiegoś basiora. Po moim ciele przeszły ciarki, a ja zwinęłam się w kłębek.
- Tata? Ja nie chciałam ugryźć brata... - majaczę pod nosem, wzdychając co chwilę. Było mi zimno. 
- Cess, pobudka. Już po wszystkim. - usłyszałam, a następnie poczułam lekkie uderzenie. Gdy dostałam po głowie, przestraszyłam się trochę i oprzytomniałam. Zerwałam się gwałtownie, w wyniku czego zderzyłam się łbami z pochylonym nade mną basiorem, w wyniku czego podskoczył. 
- Magnus? Co się dzieje? - spytałam przerażona. Wilki z zaciekawieniem wpatrywały się na nas. Obracałam się nerwowo, obserwując wszystkich dookoła. Zaskoczona byłam faktem, że nikt nie ma zamiaru walczyć z gryfem. Go też nigdzie nie mogłam dopatrzeć. - Gdzie bestia? 
- Już po wszystkim. Nie żyje. Wszystko w porządku? - Zachował w miarę neutralny wyraz pyska, zmartwienie zdradziły tylko zmarszczone brwi. Podniosłam się do siadu, odzyskując równowagę. Spojrzałam się na Magnusa.
- Jak to nie żyje? Kto go załatwił? - Dopytywałam się zainteresowana oraz nieco zdziwiona. Basior wyglądał na trochę zagubionego albo zmartwionego. Trudno określić o co może chodzić.
- Ten rudy. 
- Co? - Rozejrzałam się po wszystkich wilkach, lecz nie dostrzegłam nikogo o sierści w tym odcieniu. - Nikt z nas nie jest rudy.
- Ten co ściągnął na nas to ptaszysko - powiedział Dante - Nawiał.
- Nie znamy go, chyba trafił tu przez przypadek - dodał Magnus, trochę niepewnie. - Pobiegł tamtą ścieżką, dalej w góry. Raczej już go nie zobaczymy.
Możliwe, że miałam luki w pamięci lub w ogóle nie zwróciłam uwagi na owego basiora. Spojrzałam w stronę ścieżki i z trudem wstałam. Otrzepałam się z kurzu i zaczęłam iść w tamtą stronę. 
- Zaraz zacznie padać - obwieściłam nie zatrzymując się - Lepiej wracajcie, jeśli nie chcecie zmoknąć! - Zniknęłam za zakrętem. Szłam w zupełnie innym kierunku. Aby dojść do jaskiń musiałabym iść w drugą stronę. Zerknęła kątem oka na Magnusa, który po pewnym czasie postanowił za mną ruszyć. Nie zatrzymałam się jednak. Szłam dalej. - Nie wrócę się.
- Alfy nie będą zachwycone. - unikał kontaktu wzrokowego, gdy spojrzałam się na niego. 
- Dlaczego niby? - ominęłam dużą kałużę. - Mają być złe za to, że będę poza jaskinią w trakcie deszczu, czy może za to, że chcę odnaleźć tego basiora?
- Oddalasz się od grupy bez uzyskania zgody. - z gracją godną krowy potknął się i prawie wpadł do kałuży - Za to pierwsze może też. Zatrzymałam się i popatrzyłam basiorowi prosto w oczy w oczy. 
- Znajdę rudego i wrócę... Trzeba mu podziękować. Zapewne nie ma też jak schronić się przed deszczem! Może potrzebuje pomocy! - burknęłam smętnie, idąc twardym krokiem. 
- Skąd taka stanowczość? - mruknął nieprzekonany. - Ile wilków, tyle hierarchii wartości. Pomógł, bo sprowadził to na nas przez przypadek. Podziękowania są teraz ostatnią rzeczą jakiej mógłby chcieć.
- Może nie była to jego wina? - Obserwując go, mrużę oczy - Coś ukrywasz? - Stwierdzam, zauważając, że unika kontaktu wzrokowego. Ten jedynie nerwowo pokręcił głową. - Na pewno nie jest, aż taki niebezpieczny jak zapewne sądzisz. 
- Był bardzo wygadany. - padła zdawkowa odpowiedź.
- Rozmawiałeś z nim? - zbliżyłam się, nadal patrząc mu w oczy.
- Nie.
- A kto z nim rozmawiał? Trzeba dowiedzieć się o nim więcej! -popchnęłam go lekko, aby zaczął iść w stronę grupy. Możliwe, że tam dostałabym wiele przydatnych informacji. Odsunął się nieznacznie.
- Nikt z nim nie rozmawiał. To on mówił.
- Mogłabym się dowiedzieć o czym mówił? - warknęłam zdenerwowana na niego. Nie chciał ze mną najwyraźniej współpracować. Po co więc po mnie lazł? 
- Że przeprasza. I że zaraz to naprawi. - odruchowo spuścił wzrok. 
- Miło z jego strony! Możemy mu podziękować! Już dawno znaleźlibyśmy go! - ruszyłam powoli, czekając na Magnusa. Teraz już nic mnie nie zatrzyma, aby dowiedzieć się więcej o rudym. 
- Grzeczny chłopiec! - powiedziałam, idąc przed siebie, kiedy wilk postanowił w końcu ulec i zacząć iść za mną. Postanowiłam na wszelki wypadek zgromadzić wodę, którą kierowałam za sobą w postaci wiru wodnego. Tym razem pilnowałam, aby nie stał się zbyt wielki.
- Jak myślisz skąd jest ten wilk? - mówię, śmiejąc się przy okazji z jego miny. Wyglądał na co najmniej niezadowolonego.
- Znam ten akcent. - przez chwilę milczał, wahając się udzielenia odpowiedzi, która mnie zadowoli. - Północ. 
- Znasz kogoś z północy? - spytałam zaciekawiona, skupiając się nadal na ścieżce. Miałam nadzieję, że szybko znajdziemy tego basiora.
- Ja… jestem z północy. - mruczy cicho pod nosem, mając spuszczony łeb. Otworzyłam szerzej oczy.
- Naprawdę? Jak tam jest?
- Skandynawia raczej nic ci nie powie... No... Tam jest… zimno. - skrzywił się lekko. 
- Czyli jesteś... Skandywianek? - zachwyciłam się jak dziecko nową zabawką. - Ale super! - zakręciłam się wokół własnej osi. - No może z tym, że zimno to nie super... Dlaczego już tam nie mieszkasz?
- Norwegiem - poprawił mnie. Tak czy siak będzie dla mnie już zawsze Skandywiankiem. - I, em... Pracowałem... Za granicą... znaczy tutaj... Nie do końca tutaj, w Mieście...- totalnie się zaplątał. Parsknęłam głośno, widząc zakłopotanie na jego pysku.
- Jak to w Mieście? Tam gdzie te dziwne istoty bez sierści, chodzące na dwóch łapach? - skrzywiłam się jeszcze bardziej niż on. Nic nie podobało mi się w tych stworzeniach. Wydawali się głupsi od… od nas.
- Tak - wziął głębszy wdech. - A może ty powiesz coś o sobie? Skąd jesteś?
- Z daleka, tak sądzę. Szłam w stronę zachodzącego słońca, gdy nie miałam gdzie pójść. - popatrzyłam w niebo. - Mojego domu już nie ma, tam gdzie był kilka lat temu… - ogarnął mnie chwilowy smutek, starałam się więc ciągnąć temat dalej, aby nie skupiać się zbytnio na sensie wypowiadanych przeze mnie słów. - Wiedziałeś, że ruina może stać się ruiną po raz drugi?
- Aha - odpowiedział mądrze, starając się zrozumieć o co mi chodzi. 
- Gdybym znała się na kierunkach, powiedziałabym ci skąd dokładnie przybyłam. Jest to jednak dla mnie zagadką tak samo dziwną, jak mój wygląd. - powiedziałam już ciszej - Nie zdziwił cię on?
- Zobaczyłem przez ostatnie trzy lata tyle, że do końca życia chyba nic mnie już nie zdziwi - ściszył ton głosu.
- Jeszcze byś się zdziwił - mruknęłam, czując jak nasza rozmowa nie klei się od dłuższego czasu. 
Nagle coś mignęło mi w oddali. Była to ruda kita. Szturchnęłam Magnusa, nic nie mówiąc. Ruszyłam biegiem za wilkiem. Starałam się nie potknąć i gnać tak szybko, jak tylko zdołam.
Biegnąc wzdłuż urwiska, zobaczyłam jak krople powoli zaczynają spadać na ziemię. Nie zniechęciło mnie to jednak i dalej ścigałam basiora. Miałam nadzieję, że daleko nie ucieknie. 
- Cess! - zawołał wilk przerażony. Gdy usłyszałam Magnusa, stanęłam gwałtownie, zderzając się ze skalną ścianą. Zerknęłam jeszcze w stronę znikającego w oddali rudego basiora i wydusiłam z siebie jedynie głośne: „zaczekaj!” Skierowane w jego stronę. - No pięknie... - mruknęłam niezadowolona.
Wkurzona wstałam i wróciłam z powrotem do kolegi. Odwołałam moje tornado i zajęłam się mokrym i brudnym od toksyn futrem Magnusa. Nie zajęło mi długo, by sprawić, że znów był suchy. 
- Dlaczego do cholery uciekał? - warknęłam nieprzyjemnie stojąc na deszczu.
- Bo goniła go wadera z obcego stada, z którą zapewne nie chce mieć nic wspólnego? - wzdrygnął się gwałtownie poddenerwowany. 
- Przecież nie miałam złych zamiarów! Nie warczałam ani nic! - spuściłam swój łeb. - Może jeszcze zawróci…
- Wątpię. - z narastającym niepokojem patrzył na deszcz. 
- Znajdźmy jakąś jaskinie... - mruknęłam, ruszając dalej. - Muszę się sama wysuszyć.

<Magnus?>

Uwagi: Zmieniasz czas z przeszłego na teraźniejszy i z powrotem. 

środa, 13 marca 2019

Od Cess "Rogate korzenie" cz. 1

Marzec 2023
Nigdy nie byłam typem melancholika. Głębokie przemyślenia, siedzenie godzinami w miejscu, oglądanie zachodu słońca, cała ta nostalgia - nienawidziłam tego. Nie było mi to po prostu na rękę, nie dawało żadnych korzyści i przyjemności. O wiele lepsze było sprawdzanie siebie, ćwiczenie umiejętności, ruch i emocje. W moim przypadku w większości te negatywne. Zgryźliwość i oschłość jest wystarczającym powodem trzymania się innych ode mnie na dystans. Dość spory należy wspomnieć. Sam dystans jest u mnie czymś niezbyt często spotykanym. Komentarze na temat mojego wyglądu są dla mnie, jak pociski przeszywające mnie na wylot. Każdy boli bardziej od poprzedniego, a rany po nich zostają na lata. Dlatego staram się przykryć pod zasłoną wrednej i opryskliwej wadery. 
Są jednak dni, w których nachodzą mnie refleksje. Sprawiają one, że przez długi czas towarzyszy mi uczucie pustki i goryczy. Czasem są one tak silne, że w takich momentach najbardziej chciałabym nie czuć zupełnie nic. Zakłopotanie piszczy mi w głowie, a ja nie mogę nic zrobić. Kompletnie nic. 
Tak było też i tego dnia. Lało niemiłosiernie. Ciężka smuga deszczu, przez którą nic nie było widać, szumiała jeszcze głośniej niż zwykle. Uwięziona byłam w swojej jaskini. Ciasnej, pustej i niewygodnej. Nie znajdowało się w niej nic prócz mnie, dosłownie nic. Nie potrafiłam czytać - więc książki były mi zbędne. Nie umiałam rysować, śpiewać, konstruować. Niczym konkretnym się nie interesowałam. Nie posiadałam przydatnych przedmiotów, prywatnych i osobistych rzeczy. Nawet posłanie już dawno zostało zmiecione przez wiatr na zewnątrz. Łzy same cisnęły mi się na oczy. Nie miałam nic. Nie miałam historii, przyjaciół, rodziny. To wszystko zniknęło wraz z nadejściem burzy i zawaleniem się ruin zamku. Ile razy starałam się to odbudować, naprawić swoje błędy, naprawić siebie. Jednak to wszystko szło na marne. Zataczałam błędne, niekończące się koło pełne porażek. Tak pewnie będzie i tym razem, choć naprawdę mam nadzieję, że sprawy potoczą się inaczej. 
Spojrzałam na ową smugę deszczu. Podeszłam bliżej wyjścia z jaskini. Mogłabym rzec, że widziałam w niej swoje odbicie. Tak, to byłam ja. Zniekształcona kreatura pokroju wilka. Wielkie czerwone oczy i rogi zaprzeczały naturze wilka. Odstające długie uszy i naprawdę długi ogon, były kolejnym powodem, dla którego w ogóle nie przypominałam swoich towarzyszy w watasze. Znaki na mojej łapie i ogonie - nie znaczyły kompletnie nic. Kolczyki w uchu były kompletną głupotą. Warknęłam na siebie ze złości, gdy swój wzrok przeniosłam znów na rogi, a konkretnie na ten prawy - ten złamany w pół. Nawet nie pamiętałam w jakich okolicznościach go straciłam… A nie, jednak pamiętam. Było to tak dawno. Czemu ja miałam rogi? Czemu los tak mnie skrzywdził? Nie byłam nawet pierworodną, a co dopiero basiorem! Rogi posiadały właśnie pierworodne basiory! Z tej właśnie przyczyny wilki starsze ode mnie, pozbyły się jednego rogu. Na dowód mojej przypadłości. Dlatego, że nie byłam pierworodnym basiorem… Za to, że byłam kimś innym… 
Moja cierpliwość sięgała zenitu. Im dłużej wpatrywałam się w niewyraźny obraz mojej sylwetki i mojego wyglądu, tym bardziej działało mi to na nerwy. Nie mogłam wytrzymać. Byłam jakimś potworem. Istotą bez korzeni. Odmieńcem wśród innych, odmieńcem wśród odmieńców… Wściekła ruszyłam z impetem w stronę mojego odbicia w smudze ulewy. Nie myślałam dużo.
Zapomniałam, że z jaskiń wychodzić nie wolno. Nie przejmowałam się tym jednak i wyskoczyłam na zewnątrz. Niewiele myśląc ruszyłam w stronę jaskiń, w których akurat znajdowały się inne wilki. 
Weszłam do pierwszej napotkanej na swojej drodze jamy. Zupełnie bez uprzedzenia, przekroczyłam próg wejścia. Siedziały w niej trzy wilki - dwie wadery i jeden basior. Spoglądali na mnie zdziwieni, a ja kompletnie nie rozumiałam o co im chodzi. Odważnie i praktycznie bez zająknięcia się spytałam: 
- Co widzicie, gdy na mnie patrzycie? - ich wybałuszone oczy, wpatrywały się teraz we mnie ze zdziwieniem. Sama moja obecność była dla nich zaskoczeniem, a co dopiero nietypowe pytanie. 
- Demon z głębin… - mruknął basior o cynamonowym futrze. Mrużąc oczy, dokładnie zmierzył moją sylwetkę. - Ale nie najbrzydszy! - podniósł brew, wyraźnie oczekując mojej reakcji. Ruda wadera siedząca obok, spojrzała na niego z wymalowanym na twarzy grymasem. Mordercze spojrzenie przeszywało go na wylot, a ona doprawiła do tego szturchnięcie samca. Najwyraźniej nie spodobał jej się komentarz w moją stronę. Skierowała wzrok na mnie.
- Ciekawe pytanie… - zaczęła, oglądając mnie. - Jesteś chyba w porządku. Wybacz, nigdy się nie zastanawiałam. Jakby nie było, nie znamy się zbyt dobrze. - mruknęła ledwo wyraźnie i wysiliła się na niemrawy uśmiech. 
Zakręciłam się w miejscu zdenerwowana. Potwór z głębin? Skąd takie przypuszczenie? Może mam ogon i płetwę, ostre zęby i czerwone ślepia, rogi… Prawdę mówiąc, basior miał rację. Jednak czy mówił to szczerze? „Ale nie najbrzydszy”? Może widział gorsze… 
- Nigdy cię nie widziałam… - rzekł ktoś. Zlękłam się wadery, o której obecności zapomniałam. Słaba samica mrużyła oczy podejrzliwie. Czułam się głupio, bardzo głupio. Uśmiechnęłam się lekko do nich. 
- Przepraszam za najście… - burknęłam, patrząc na swoje łapy. - Jeśli wiecie lub jeszcze nie, jestem Cess. Jeszcze raz przepraszam… - powiedziałam wychodząc z ich jaskini. Nie obchodziły mnie zbytnio jak się nazywali lub kim byli. Nie byłoby to z mojej strony w porządku. Nadal osłupieni przyglądali mi się, gdy wyszłam z jamy. Nie do końca wiedziałam o co im konkretnie chodzi. Zignorowałam to i ruszyłam w stronę kolejnych wilków. 
- Mogę zadać pytanie? - zwróciłam się do rudawego basiora, idącego wzdłuż wejść jaskiń, tak aby uniknąć mocniejszego przemoczenia się. Spojrzał na mnie swoimi brązowymi ślepiami i kiwnął głową. - Co zobaczyłeś, gdy zwróciłeś na mnie teraz uwagę? 
- Widzę waderę, trochę inną, ale pełną wyjątkowego uroku, jeśli mogę być szczery. - uśmiechnął się, sprawiając, że zgłupiałam. Uniosłam brew. 
- Widok rogów, czerwonych oczu, czy nawet długiego ogona nie wzbudza w tobie odrazy? Czy nie przerażają cię te ostre zęby? - w tym momencie wyszczerzyłam się, pokazując kły. 
- Uwierz mi, niektórzy z Watahy Czarnego Kruka mają większe kły. - zaśmiał się nie złośliwie.
- Ale co z resztą? Nie wyglądam jak normalny wilk.
- To tylko drobne detale. Też masz cztery łapy, masz pysk, masz uszy - ciągnął dalej. - Temu nie możesz zaprzeczyć - dodał. Ja jednak nie chciałam dać za wygraną. 
- Dwumetrowy ogon nie jest drobnym detalem. - zmrużyłam oczy. Basior wyciągnął nieznacznie szyję, żeby spojrzeć na ogon.
- Nie zwróciłem na niego szczególnej uwagi. Sharp też ma rybi ogon, trzy razy większy. - stwierdził, a potem przeniósł wzrok z powrotem na mnie.
- Czyli nie jest ze mną, aż tak źle? - skrzywiłam się znacznie, oczekując odpowiedzi, najlepiej pozytywnej. 
- Nie powiedziałbym. - poprawił szalik. Odetchnęłam z pewnego rodzaju ulgą i zwróciła się do niego: 
- Jestem Cess, a ty?
- Crane. Pamiętam jak miałaś na imię. - mrugnął okiem, a ja odwróciłam na chwilę wzrok, starając się zachować powagę. 
- Skąd znasz moje imię? - przeraziłam się trochę.
- No... Długo już jesteś w watasze, co nie? - odpowiedział naturalnym głosem.
- W zasadzie to tak, ale wątpię, żeby było o mnie głośno. - ściszyłam głos, jakbym obawiała się, że ktoś nas usłyszy. 
- Głośno bywa ostatnio o tym, że prawie zalałaś umyślnie watahę.
- Ach no tak... To tornado... - zawstydziłam się i gdybym nie miała futra, byłoby widać soczyste rumieńce. 
- Według mnie wyglądało całkiem ciekawie. - powiedział, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Podobało mu się? Myślałam, że każdy pragnął za to mnie zakopać żywcem. 
- Tak, było... - przyznałam - Woda jest moją mocną stroną, chyba jedyną. A twoja?
- Sam chciałbym znać swoje mocne strony - westchnął. 
- Posiadasz jakieś moce, czy ich też nie znasz? - powiedziała już w lepszym humorze.
- Coś niby mi się rysuje, ale nie wiem o nich dużo - pokręcił głową. 
- Gdybym wiedziała jak, to chętnie bym tobie pomogła odkryć to i owo. - przekręciłam głowę. Chciałabym mu pomóc. 
- Nie, szkoda twojej fatygi…
- Naprawdę, nie byłoby problemu! W końcu jakoś byśmy doszli co w tobie drzemie. - zaśmiała się mimowolnie.
- Nie chcę nawet myśleć ile by to zajęło. - śmieje się.
- Mi opanowanie poruszania wodą zajęło kilka miesięcy. - zamyśliłam się - Najczęściej zawozili nas nad jezioro i zostawiali przez kilka dni na jego środku na tratwie. Albo użyjesz mocy, albo zostaniesz póki nikt ci nie pomoże. - prychnęłam, przypominając sobie tamte momenty. 
- Hm... wymuszanie nauki ... Dobrze, że mój ojciec na to nie wpadł…
- Naprawdę skuteczny sposób! 
- Chwila, jakim cudem, ty nie jesteś w ogóle mokra? - skrzywił się i zmierzył mnie. 
- Słucham? - zdziwiłam się i nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam. - Przecież pada!
- Masz absolutnie suche futro.. - spojrzał na moją sierść, obchodząc mnie dookoła. Obejrzałam się na siebie i zrozumiałam, że basior miał rację. 
- A to ciekawe... Pierwszy raz zdarza mi się „rozstąpić deszcz” - pokręciłam się kilka razy wokół. Byłam zdumiona. - To pewnie wina emocji, grają one ważną rolę przy odkrywaniu swoich zdolności. - nadal jakby nakłaniałam go do podjęcia wyzwania w odkryciu jego mocy.
- Emocji? Ja zwykle staram się panować nad sobą - wzdycha ciężko.
- Mi to zbytnio nie wychodzi, ulegam presji... Tak samo było dzisiaj, gdy wściekła wyskoczyłam z jaskini.
- Ktoś cię sprowokował? - uniósł brew. 
- Moje odbicie... - przyznałam cicho.
- U... - patrzył na mnie ze współczuciem. - Teraz rozumiem skąd te nagłe pytanie od wejścia. 
- W przeszłości miałam dość dużo nieprzyjemności i jakoś zraziłam się do siebie. - mruknęłam niechętnie.
- Tak? - podszedł mnie bliżej. - Przykro to słyszeć...
- Córka Diabła na mnie wołano. - spojrzałam na niego - Zaszczytny tytuł to to nie jest...
- No nie... ale prędzej pomyślałbym, że odnosi się do czyjegoś charakteru, niż do wyglądu. Brzmi raczej jak taki typ obelgi. - wykrzywił się jeszcze bardziej. Wyglądał trochę komicznie. 
- Charakter też mam dość ciężki i paskudny. - westchnęłam - Cała jestem taka nie taka…
- E tam, każdy ma swoje za uszami! - uśmiechnął się pokrzepiająco.
- A ty co tam za swoimi masz? - spojrzałam prowokująco wprost w jego oczy. 
- Nie chcesz wiedzieć - przybrał niby groźny ton, oczywiste, że w żartach.
- A co jeśli chcę? - uśmiechnęłam się.
- Nie wiesz o co prosisz. - nie odpuszczał i tym razem.
- Właśnie chcę się tego dowiedzieć - zbliżam się do niego - Nie daj się prosić!
- Strzegę swoich sekretów bardzo zazdrośnie! - udaje, że zaczyna krążyć jak do ataku.
- A ja tajemnic, jak matka młode! - naśladuje go, krążąc w ten sam sposób.
- Skąd mogę mieć pewność? - nie zatrzymuje się ani na chwilę.
- Nie mam w zwyczaju kłamać. - warknęłam cicho i się zaśmiałam.
- A ja nie ufam waderom, którym tego samego dnia podałem imię. 
- Ja za to jestem bardzo ufna, bo podałam tobie imię pierwsza! - zakrzyknęłam oburzona.
- Może to był twój błąd? - zmarszczył brwi, warcząc.
- A może jednak nie? - zmniejszyłam odstęp między nami, nadal krążąc.
- Chcesz się przekonać? - odsłonił swoje kły.
- Ząbki mam większe i ostrzejsze - chwalę się swoim uzębieniem - więc uważaj! - Wycofał się nieznacznie, uważnie obserwując moje ruchy. - Zatem zdradź swój sekret, jeśli życie tobie miłe - zażartowałam.
- Wybacz, ale zmuszony jestem odmówić.. - zrozumiałam, że z nim nie wygram. Drugi raz już to zrobił, nie dał mi dopiąć swego. Stanęłam w miejscu.
- Nie nalegam, więc już więcej, chyba, że mamy się pogryźć. - uniosłam długie uszy ku górze - Szanuje twoją decyzję. - kłaniam się lekko. Robi to samo. 
- Jestem niezmiernie wdzięczny. - nie ukrywał, że podobały mu się te żarty. Sama nie mogłam temu zaprzeczyć.
- Więc rezygnujesz też z odkrywania swych mocy? - chciałam się upewnić jeszcze raz. 
- Samo przyjdzie, kiedy ma przyjść! - skwitował.
- Jeśli jednak zechcesz pomocy, to chętnie wyślę cię na środek jeziora - puściłam mu oczko
- Ja zaś podziękuję! - przełknął ślinę na moje słowa. Zaśmiałam się głośno i szczerze.
- Wybacz mi, lecz powinnam udać się dalej i więcej nie marnować twego czasu! - popatrzyłam na swoje łapy, a następnie znów na niego. 
- Jak chcesz. Do zobaczenia! - powiedział, a ja ruszyłam dalej. Chcę usłyszeć zdanie innych, choć mi to już w zupełności nie przeszkadza co myślą. Zrobię to dla czystej ciekawości. Crane poprawił mi humor, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna...

<C.D.N.>

Uwagi: Brak daty. Zdarza ci się zmieniać czas z przeszłego i teraźniejszy. 

poniedziałek, 4 marca 2019

Od Cess "Niepokój" cz. 2 (C.D. Magnus)

Sierpień 2022 r.
– To wszyscy? – wadera spojrzała na nas przenikliwym spojrzeniem, oczekując naszej odpowiedzi.
Każdy z nas coś niechętnie mruknął pod nosem, a ja nie mając większego prawa głosu, zgodziłam się z nimi.
– W takim razie ruszamy, zanim znowu zacznie padać. –  westchnęła, czekając aż łaskawie się ruszymy. Nadal nie rozumiałam o co chodzi.

***

Kilka godzin wcześniej obudziłam się, gdy jeszcze wokół panował tajemniczy mrok. Księżyca nigdzie nie było widać, a niemrawy blask słońca dopiero wychodził zza drzew. Wszędzie wokół panowała dziwna aura, która sprawiała, że czułam się naprawdę nieswojo. Wiatr szarpał korony owych drzew, był szczególnie silny i nieprzewidywalny. Od kilku dni coś niedobrego wisiało w powietrzu, bardzo rzadkim należy wspomnieć. Nagle w oddali dostrzegłam dziwne, fioletowe błyskawice i przeraziłam się wtedy nie na żarty. Nie wiedziałam czy pójść poszukać kogoś, czy jednak zostać w norze do przejaśnienia się nieba, choć sama nie byłam pewna czy takowe nastąpi. Burknęłam kpiąco, turlając się po swojej jaskini. Jej ściany były wilgotne, co świadczyło o bardzo zimnej nocy. Zebrałam wszystkie krople i stworzyłam małego rozmiaru kałużę przy wejściu. Przyjrzałam jej się bardzo dokładnie, mając wątpliwości do jej czystości. Jeśli coś wisiało w powietrzu, to może znajdowało się też w wodzie. Tak spoglądając na kałużę, postanowiłam nie pić jej, lecz pobawić się nią. Stworzyłam małe tornado wodne, które posłusznie krążyło wokół mojej sylwetki. Było wielkości małej wiewiórki.
Uśmiechnęłam się, przypominając sobie jakie to jest fajne. Ostatni raz robiłam to, jak byłam szczeniakiem. Wybiegłam z jaskini, ciągnąc za sobą moje małe, wodne tornado. Po drodze wciągało ono w siebie krople z wilgotnej trawy i nieznacznie rosło. Dopiero w tamtym momencie zauważyłam jego niebieski odcień i w duchu podziękowałam sobie, że nie wypiłam z tej kałuży. Weszłam na wrzosową polanę i stanęłam na jej środku. Popatrzyłam na mój twór (który był już większy - wielkości dorodnego zająca) i skupiłam się maksymalnie na tym, aby zebrać całą wilgoć z łąki, tak aby urósł on do wielkich rozmiarów. Przed oczyma mrugał mi co chwilę coraz większy, niebieski kształt. Masa wodna, która szybko mnie okrążała, była ode mnie dwa lub nawet trzy razy większa, a ja czułam, że nie przestanie rosnąć, bo po ulewach wody jest bardzo dużo. Zatrzymałam ją w miejscu, gdy była większa od drzew, aby dokładnie się jej przyjrzeć. Być może znalazłabym w końcu jakiś sposób, aby dokładnie pozbyć się z niej toksyn, czy czegokolwiek co znalazło się w tej wodzie. Wielkie tornado wirowało w miejscu, i co jakiś czas lśniło w skutek coraz częstszego pojawiania się błysków na niebie.
- Czy ty kompletnie zgłupiałaś?! - ktoś wrzasnął zza moich pleców i prawie straciłam panowanie nad tornadem. - Masz zamiar nas wszystkich podtopić, czy jak?! Ty zdajesz sobie sprawę, jakie może to mieć konsekwencje?! - wilk nadal darł się na mnie, a ja w milczeniu patrzyłam w dół. Nie chciałam się napotkać wzrokiem z nim, bo czułam, że jest gotowy rozszarpać mnie samym spojrzeniem. Nie do końca rozumiałam jeszcze co złego zrobiłam.
- Przepraszam... - powiedziałam po chwili, po cichu. Cofnęłam się kilka kroków i uniosłam wzrok. Przede mną stała Yuki. Wzdrygnęłam się i czułam się głupio, czekałam teraz tylko na dalsze ochrzanianie mnie za bodajże tornado...
- Co ty tu w ogóle robisz? W każdym momencie może zacząć lać, a wtedy nie możemy być poza jaskiniami! Ty wiesz co się dzieje? - nie dawała dojść mi do głosu, zarzucając mi kolejne rzeczy i coraz bardziej obarczając mnie winą. Wskazała na wirującą wodę. - Co to ma niby być? Zachciało ci się bawić mocą? Woda, tak? Pozbądź się tego jak najszybciej, bo będzie z tobą źle! - burknęła i odwróciła się ode mnie. - Zaraz zacznie padać, a gdy przestanie, masz się stawić na polowaniu. - odeszła.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam do góry. Faktycznie zapowiadał się niezły deszcz, jak nie burza. Przeniosłam spojrzenie na wodne tornado, przez które miałam kłopoty.
- Mogłam zostać w jaskini... - mruknęłam do siebie i zaczęłam iść w stronę wodospadu. Postanowiłam, że tam „wyleje” wodę z tornada. Chciałam zrobić to nim zacznie lać. Bawiłam się świetnie, lecz chyba czas dorosnąć...

***

Lało niemiłosiernie przez dobre kilka godzin. Znudzona leżałam w jaskini, starając się zasnąć - bezskutecznie. Deszcz powoli cichł, czego nie można powiedzieć o burzy. Bolała mnie głowa, a pioruny i grzmoty nie dawały mi spokoju. Czułam się słabo i zrobiłam się głodna, bardzo głodna. Z niecierpliwością czekałam na koniec ulewy. Chciałam mieć polowanie za sobą. Bardziej od tego chciałam, aby znów wróciła normalna pogoda. Nawet lata mi brakowało. Najbardziej brakowało mi słońca i błękitnego nieba. Dawno nie słyszałam śpiewu ptaków, ani nie widziałam motyli. Jakby na złość właśnie w tym momencie, niedaleko jaskiń uderzył fioletowy piorun. Przestraszyłam się, odskakując lekko w bok.
- Jakbym chciała kontrolować pogodę… - powiedziałam.
Przestało padać. Więc postanowiłam udać się na to nieszczęsne polowanie. Mam nadzieję, że nikt nie będzie wspominał o tornadzie. Nawet jeśli Yuki uważa, że mogłam zalać watahę, to się myliła. Przecież całkowicie panowałam nad nim. Doskonale umiem sobie radzić sama, bez niczyjej pomocy. Z resztą może mogłabym im pomóc, ale nie! Musiałam pozbyć się tornada, a brakowało kilku chwil do oddzielenia wody od toksyn!
Wyszłam z jaskini i w biegu ruszyłam w stronę miejsca spotkania. Nie rozglądałam się, chciałam znaleźć się wśród innych polujących tak szybko, jak tylko się da. W końcu jeśli teraz piorun we mnie trafi, to kto mnie znajdzie? Przy okazji zrobiłam sobie niezłą rozgrzewkę. "Nie zawsze ma się okazje uciekać przed wiatrem..." - pomyślałam kpiąco, omijając duże kałuże.
Dotarłam na miejsce zdyszana, lecz gotowa do działania. Wilki patrzyły na mnie sceptycznie, jakby wiedziały już dokładnie wszystko to, czego w zasadzie nie powinny. Skuliłam ogon i stanęłam z tyłu grupy. Znajdowali się tutaj nie tylko polujący. Jak widać, odbędzie się bardzo duże polowanie. Miałam jednak złe przeczucia. Stęknęłam, widząc jak duża jest teraz nasza grupa. Czułam się nieswojo i ciągnęła się za resztą grupy. Zanim wytropią jakieś zwierzę, minie dużo czasu, a ja jestem zabijającą. Wykonuje zadanie jako ostatnia. Nie tylko ja ciągnęła się za nimi przybita. Spojrzałam na basiora, idącego kilka metrów przede mną. Jako, że dawno nie rozmawiałam z kimś (bo darcie się na mnie, nie można zaliczyć do interesującej rozmowy), postanowiłam zagadać go. Potruchtałam przed siebie, aby znaleźć się koło niego. Najwyraźniej wilk nie zauważył, że zbliżyłam się do niego, a zapewne w ogóle nie zwrócił uwagi, że ktoś jeszcze idzie na samym końcu. Chrząknęłam znacząco, nie do końca wiedząc, jak rozpocząć konwersacje. Basior wystraszył się mnie i odskoczył w bok, wlepiając we mnie pytające spojrzenie. Uśmiechnęłam się jak idiotka, pokazując swoje białe, ostre i lśniące kły. Zmarszczył brwi, a ja poczułam się głupio. Położyłam uszy wzdłuż łba.
- Cześć… - powiedziałam niepewnie. Nagle przyszły mi do głowy wszystkie możliwe scenariusze tej zapowiadającej się niezręcznej rozmowy. Pobladłam znacząco i zakręciło mi się w głowie. Nigdy nie byłam najlepsza w poznawaniu nowych osób. Już miałam zrezygnować i się wycofać. Pech chciał, że prawie wpadłam w wielką, niebieską kałużę, przed którą obroniłam się dzięki ogonowi na który przez przypadek stanął basior. - Aua… - mruknęłam, pochylona nad wodą. Byłam mu wdzięczna. On jednak nadal się nie odzywał, a ja zmartwiłam się, że zrobiłam coś nie tak.
- Mogłaś po prostu nie zachodzić mi drogi. - oprzytomniał po chwili i zszedł mi z ogona. Otworzyłam oczy szeroko oraz odsunęłam się od niego metr w bok. Pomiędzy nami znajdowała się już większa przerwa. Spuściłam łeb i ugryzłam się w język - nie dosłownie, bo to mogłoby bardzo boleć.
- Mi też miło. - burknęłam, postanawiając przyłączyć się do reszty grupy. Czułam, że to był zły pomysł oraz, że zrobiłam z siebie kompletnego głupka. Mój uśmiech znikł, a na jego miejsce pojawił się grymas niezadowolenia. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji był fakt, że basior nie zwrócił uwagi na rogi, czerwone oczy albo chociażby płetwę na ogonie (którą praktycznie prawie zdeptał). Bez słowa oddaliłam się od niego. Nie potrwało jednak to zbyt długo, bowiem od razu, gdy zobaczyłam Yuki wśród innych wilków, wróciłam do grafitowego basiora, chowając się praktycznie za nim.
- Mogę wiedzieć, co ty wyprawiasz? - zmarszczył brwi i zatrzymał się, sprawiając, że weszłam w niego. Spojrzał na mnie z góry oczekując odpowiedzi. Jego szare oczy wierciły we mnie dziurę, a ja skulona mruczałam coś cicho pod nosem. - Jeśli nie usłyszałaś, zadałem pytanie. A na pytania zazwyczaj się odpowiada, prawda? - zdenerwowany, uniósł lekko głos.
- Ciszej… - powiedziałam, spoglądając co chwilę na grupę wilków. - Chowam się, nie widzisz? - syknęłam, popychając go lekko do przodu. - Jak nie zauważyłeś, zostaliśmy w tyle. Powinniśmy ich dogonić, ale ty musisz iść pierwszy.
- Nie. - powiedział krótko, nie zamierzając ruszyć się z miejsca. Zrozumiałam, że bardzo go zirytowałam i oczekiwał wyjaśnień. Nawet nie byłam pewna, czy uwierzy. Nawet mnie nie zna, a pewnie pomyśli nie wiadomo co.
- Chowam się przed Yuki… - odpowiedziałam, nie owijając w bawełnę. - Czy możesz się już ruszyć? Jesteś moją tarczą obronną, jak z resztą widzisz! - zaśmiałam się mimowolnie. Wilk zdawał się być nadal nieprzekonany. Westchnęłam z rezygnacją i spojrzałam się mu w oczy. Ten od razu odwrócił wzrok, jakby nie chciał utrzymać kontaktu wzrokowego. Uśmiechnęłam się szerzej i postanowiłam się przedstawić. - Jestem Cess, a ty?
- Miło mi. - rzekł ruszając przed siebie, zostawiając mnie w tyle z osłupieniem. Teraz to serio zadział mi na nerwy. Starałam się być miła. Wydałam z siebie jęk niezadowolenia i pobiegłam za nim.

Dogoniłam go, gdy znajdował się już wśród innych wilków. Wszyscy byli bardzo poruszeni i zawiedzeni. Wadera, która zebrała nas na polowanie, stanęła przed nami.
- To już kolejna zmutowana sarna… - spojrzała na nas smutnym wzrokiem. Dopiero teraz zauważyłam stojącą w oddali dużą i dziwnie wyglądającą sarnę. Wyglądała przerażająco. Przestraszyłam się jej. Pierwszy raz takową widziałam na oczy. - Musimy powiadomić Alfę, ale teraz chodźmy dalej! - zarządziła, odwracając się od nas i idąc prosto. Wszyscy poszliśmy za nią. Byłam pewna, że inne wilki wiedziały o tornadzie. Czułam ich wzrok na sobie. Choć może tak tylko mi się wydawało? Nadal unikałam Yuki, ale nie trzymałam się na końcu. Jakoś czułam, że ten basior niezbyt bardzo mnie polubił. Nawet się nie przedstawił…
- Jestem Magnus. - mruknął ktoś zza moich pleców. Dziś mam dzień zawałowy… Wzdrygnęłam się i zwróciłam ku niemu. - Tak w ogóle to cześć…

<Magnus?>

Uwagi: Tak, jak sama zauważyłaś, kilka razy zjadłaś końcówki. Poza tym nieliczne powtórzenia lub brak przecinków. Gdy piszemy w nawiasie, spację przed i po tekście są zbędne (w sensie zapisujemy to w ten sposób, a nie ( tak )).

czwartek, 27 września 2018

Od Cess „Poranne wróble” cz. 3 (CD Valkoinen)

Lipiec 2021
Droga na festyn przebiegła nam bardzo dobrze. Basior lubił dogryzać i sprzeczać się, co było widać po jego zachowaniu. Miał w sobie tyle energii i czasem był nawet zabawny. Spoglądałam na niego cały czas swoimi czerwonymi ślepiami, śmiejąc się co jakiś czas.
W oddali zobaczyłam waderę, która stała przed wejściem na tor przeszkód. Pomyślałam, że fajnie będzie zmierzyć się w jakiejś konkurencji z Valkoinem.
- Valk, popatrz tam! - powiedziałam do niego wskazując na ową wilczycę. - Chodź, szybko! - pognałam w jej stronę, nie czekając na mojego towarzysza. Stanęłam przy białej waderze, lekko się szczerząc. - Cześć! - rzekłam do niej.
- Hej! - odpowiedziała. - Przyszliście na konkurencje związanych łap?
- Tak. - odpowiedział basior, także szczerząc się. Było w nim coś, co nie pozwalało mi zachować powagi. Śmiejąc się podeszłam bliżej do Valkoina, wiedząc, że nasze łapy będą zaraz związane.
- W takim razie będziecie musieli pokonać tor przeszkód ze związanymi łapami. - Kiwnęliśmy potakująco głowami – Twoje prawe, – powiedziała do wilka – a jej lewe. - wskazała na mnie, a następnie chwyciła za dwa sznurki. Związała nasze łapy i kazała nam sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Spojrzałam się na Valka i wahałam się, czy to aby na pewno dobry pomysł. W końcu basior jest ode mnie większy i zapewne szybszy. Czułam się jak kula u jego dwóch łap. Nie chciałam jednak się poddać i nie dałam po sobie poznać, że trochę wymiękam.
- To jak? - Spojrzał się na mnie.
- Gotowa. Zaczynamy od związanych. - powiedziałam, uśmiechając się i starając ułożyć w głowie schemat, dzięki któremu bezkolizyjnie zaczniemy bieg.
- Może być. - Powiedział i ruszył od razu. Nie zdążyłam zareagować i walnęłam w niego swoim pyskiem, wydając stłumiony jęk. Nie mogłam wrócić przez kilka sekund do pionu.
- Mogłeś mnie ostrzec. - syknęłam, odzyskując powoli równowagę. Ten tylko prychnął cicho i odrzekł:
- Przecież byłaś gotowa. - na jego słowa westchnęłam, podstawiając przez przypadek swoją łapę przed jego, w wyniku czego oboje się wywróciliśmy. Zrobiliśmy to tak głośno i niezdarnie, że wilczyca, która związywała nam łapy, zaśmiała się głośno. Wylądowaliśmy metr dalej, a ja znów miałam poobijany pysk. Zaczęłam się podnosić czekając, aż basior zrobi to samo.
- Teraz tego nie schrzańmy... - warknęłam, zła sama na siebie za swoją niezdarność.
Ruszyliśmy w miarę ładnie. Gdyby nie liczyć kilku potknięć to szło nam bardzo dobrze. Staraliśmy się poruszać w jednym tempie, a ja po jakimś czasie przestałam czuć obecność liny przy naszych kończynach. Wszystko szło nam jak po maśle. Rozłożone drzewo, ciemny tunel, czołganie się pod gałęziami. Ostatnia z przeszkód to było błoto. Grząskie, głębokie, śmierdzące. Już czułam jak trudno będzie go się pozbyć z sierści. Nie mogliśmy się jednak wycofać, nie w tym momencie! Starałam się nie ciągnąc ogona po tym błocku i choć było mi ciężko, ukończyliśmy ten bieg zadowoleni.
Wadera rozwiązała nam łapy. Spojrzałam się na Valka i rzuciłam w niego błotem. Zaczęłam się śmiać, gdy zobaczyłam jego zdziwioną minę. Zaczęła się walka na śnieżki, tyle że z błota. Zaczęliśmy się wywracać i tarzać, a na koniec cali brudni, zmierzyliśmy w stronę wodospadu.
- Wyglądasz jak niedźwiedź. - zaśmiałam się głośno, idąc obok wilka. - Taki miś miniaturka.
- Ty za to wyglądasz jak jakaś przerośnięta jaszczurka. - wytknął mi język, a ja po chwili zrobiłam to samo. Szliśmy, przedrzeźniając się nawzajem.
Jako pierwsza wskoczyłam do wody, starając się pozbyć błota. Robiło się już późno. Razem spędziliśmy praktycznie cały dzień. Nie odczuwałam, że czas tak szybko płynął. Czułam się dobrze w jego towarzystwie. To był naprawdę udany dzień. Basior pływał niedaleko mnie, więc chciałam rozpocząć jakiś nowy temat:
- To czym się zajmujesz?
- Jak już wiesz, jestem mimem na festynie, ale także zabójcą podczas polowań. - uśmiechnął się, będąc zapewne dumny ze swojego stanowiska. - A ty?
- Niczym. - odpowiedziałam krótko, a Valkoinen spojrzał na mnie zdziwiony.
- Jak to niczym, każdy wilk powinien, a raczej musi coś robić! - ochlapał mnie wodą. - Halo, pobudka! Oni cię wyrzucą!
- Eee tam... - machnęłam łapą. - Siedzę tu ponad dwa miesiące i nic nie robię. Dosłownie nic. Rzadko wychodziłam z jaskini.
- Nie załamuj mnie... - zrobił wielkie oczy. - Przez dwa miesiące siedziałaś i nic nie robiłaś? Nic?!
- No... - skurczyłam się lekko, dryfując na wodzie. - Ale znajdę sobie coś, niedługo...
- Mam nadzieję, bo inaczej będzie z tobą źle, oj uwierz... - spoważniał, a ja głośno przełknęłam ślinę. Nie chciałam mieć kłopotów.
Powoli robiło się ciemno. Wyszliśmy z wody, czyści jak nie wiem co i wysuszyliśmy się na brzegu. Westchnęłam głośno i uśmiechnęłam się szeroko do basiora, pokazując swoje białe ząbki.
- Co? - spytał się niepewnie, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Dziękuję ci, dziękuję za super dzień. - odpowiedziałam, otrzepując się po raz wtóry z kropelek wody.
- Och, nie ma sprawy! - odwzajemnił uśmiech. Razem zmierzyliśmy w stronę jaskiń. To był udany dzień.

Wygrane karty: brązowe: Ryby, Jezioro, Pierścień Niezgody, Eliksir Młodości; srebrne: Beta, Białe Królestwo; złote: Shadow.

<Valkoinen?>

Uwagi: Rób Spacje po rozpoczęciu wypowiedzi. "Na pewno" piszemy oddzielnie. "Tempo" piszemy przez "em". Przeinaczyłaś charakter Navri.

sobota, 15 września 2018

Od Cess „Pierwsze łowy”

Luty 2022
Jako, że w stadzie jestem od dłuższego czasu, powinnam robić coś w kierunku, aby przydać się watasze. Rozleniwiłam się strasznie, a przecież moja łapa jest już w pełni zdrowa. Żadne „bóle” prawdziwe, czy nie, nie są usprawiedliwieniem tego, że nic mi się nie chce robić. Trzeba spiąć zadek i ruszyć do przodu. Wczorajszego popołudnia byłam u Alfy spytać się co mogę zrobić. Ta zaskoczona moją obecnością i lekko wkurzona tym, że żerowałam tylko na nich i nic, ale to nic od siebie nie dawałam, odparła gorzko, że jest kilka wolnych stanowisk. Najbardziej pasowało mi stanowisko zabijającego podczas polowań. Ruszyć mieliśmy już z samego rana. Poczułam dreszcz na plecach, na samą myśl, że mamy polować w takim zimnie i wśród egipskich ciemności. Grupa poranna nie była dla mnie odpowiednia. Jestem typem wilka, który lubi dobrze pospać. Nie chciałam jednak narazić się jeszcze bardziej, więc przytaknęłam lekko łbem i wróciłam do swojej jaskini.
Ranek był dla mnie koszmarem. Starałam się nie zaspać na swoje pierwsze polowanie. Ruszyłam w stronę wrzosowej łąki. Było strasznie zimno, a także bardzo ciemno jak na tę godzinę. Nie wiedziałam jeszcze z kim będę polować. Co prawda Alfa wspominała mi o jakiejś Yuki i Torance, ale za Chiny nie wiem kim one są i jak wyglądają. Na polanie widziałam zarysy dwóch sylwetek należących do owych wader. Podeszłam niepewnym krokiem bliżej nich i wysiliłam się na lekki uśmiech.
- Jestem Torance! - powiedziała jedna z nich i uśmiechnęła się do mnie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ona zaczęła mówić dalej. - A ty Cess zapewne! Miło cię poznać! Gotowa na polowanie? - kiwnęłam lekko łbem dając znak, że tak. Spojrzałam na drugą waderę, która obojętnym tonem rzekła:
- Yuki. A teraz chodźmy. - ruszyła truchtem w stronę lasu, a tak przynajmniej mi się wydawało, ponieważ widziałam tylko zarysy drzew.
Podczas drogi trzymałam się lekko z tyłu, i wypatrywałam, czy nigdzie nie ma żadnego zwierzęcia. Mój ogon ciągnął się po ziemi, a ja miałam nadzieję, że to nie spłoszy potencjalnego śniadania. Nagle wadery zatrzymały się, a ja uczyniłam to samo. W oddali znajdowała się mała sarna ledwo przebudzona ze swojego snu. Torance ruszyła jako pierwsza. Zatoczyła koło wokół ledwo przytomnej sarny, która nie wiedząc co się dzieje, zaczęła uciekać w losowym kierunku. Wadera jednak była szybsza i skutecznie zagradzała jej drogę. Następnie Yuki zaczęła atakować i ranić bezbronną sarenkę, która powoli traciła siły. Teraz miałam wkroczyć ja, miałam wykonać ostatni cios. Podbiegłam więc do rzucającej się zwierzyny. Starałam się na nią wskoczyć lub przewrócić. Bezskutecznie niestety. Podbiegłam do niej z drugiej strony, napierając przednimi łapami o jej grzbiet i wygryzłam się w jej szyję. Moje ostre zęby wbiły się głęboko w skórę sarny sprawiając, że zaczęła się bardzo mocno wykrwawiać, a po chwili padła na ziemię. Odsunęłam się kilka kroków od ofiary nie wiedząc zbytnio co teraz robimy.
- Brawo, masz mocną szczękę. - powiedziała Yuki, biorąc na grzbiet upolowaną zwierzynę. - Jak na pierwszy raz dobrze ci poszło. Teraz wracajmy. - zaczęła iść w stronę, z której przyszliśmy. Ja jednak zamiast od razu wrócić z nimi, poszłam nad wodospad pozbyć się krwi z pyska. Dawno nie czułam smaku świeżej krwi, lecz wolę nie być nią umazana. Robiło się coraz jaśniej.
Wracając do jaskini natknęłam się na Torance. Poznałam ją po charakterystycznym głosie. Uśmiechnęłam się do niej, a ona spojrzała na mnie podejrzliwie. Zmierzyła mnie całą wzrokiem i się nie odezwała.
- Polowania odbywają się codziennie tak? - spytałam, starając się nawiązać jakąś rozmowę.
- Cess? - zdziwiła się przybierając już normalny wyraz pyska. - Jejku, nie poznałam cię. W sumie może to przez to, że wcześniej było ciemno. - zaśmiała się cicho. - A i tak, polowania są zazwyczaj codziennie.
- Dzięki. - powiedziałam i ruszyłam w stronę swojej „nory”, aby odespać trochę. Zmęczyłam się tym polowaniem.

Uwagi: Bynajmniej to nie przynajmniej. Skąd Cess zna Chiny? Cały czas nie piszesz końcówek, np. "ziemię", "szyję" itd..