Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sohara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sohara. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 maja 2017

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 5

Wrzesień 2019 r.
Nadchodziła jesień. Po upalnym lecie czułam wyraźnie różnicę. Przez te wszystkie miesiące - które już się złożyły na przeszło rok - wciąż nie całkowicie ochłonęłam. Nadal nie mogłam przemówić sobie do rozsądku, że wcale nie jestem obserwowana, że w Watasze Magicznych Wilków jestem bezpieczna. W końcu, będąc opiekunką młodych, wymagało się ode mnie zapewnienia szczeniakom tego poczucia, którego sama nie posiadałam. Jak więc mogłam w pełni sprawować swą funkcję? Niby w oczach innych wilków byłam osobą pracowitą i godną zaufania, jednakże wewnętrzny strach nie dawał mi normalnie żyć.
Wszystko przez tę pieprzoną chatę.
Tego dnia byłam zwolniona ze stanowiska. Szczeniaki popędziły na lekcje, a ja zostałam całkowicie sama na Szczenięcej Polanie. Łeb miałam położony na łapach, a chłodny wiatr dął mi w uszy. Tak, zdecydowanie zbliżała się jesień. Tak właściwie, to z jakiegoś powodu, w przeciwieństwie do większości wilków, darzyłam tę porę roku całkowicie nieuzasadnioną sympatią. Lubiłam patrzeć na kolorowe liście. No i aż tak nie lubiłam palącego gorąca. To chyba tyle z mojej listy walorów najulubieńszej pory roku.
Moje myśli pogalopowały ku Navri. Niezwykle ciekawiło mnie, jak sobie radziła, szczególnie na tle znacznie starszych uczniów, ale od odejścia Astrid ciężko było mi podejść do Dana i normalnie z nim porozmawiać. Jego oczy wyrażały inteligencję, którą albo przez te lata ignorowałam, albo która objawiła się stosunkowo niedawno. Do tego ta aura zrozumienia bijąca od niego, którą dało się wyczuć już z pewnej odległości. Na pewno wydoroślał, zmądrzał i zmężniał... Wstyd przyznać, ale przerażało mnie to. Tak właściwie, to żyłam z ciągłym wrażeniem, że moje życie wywróciło się do góry nogami już od tego feralnego dnia, w którym zawitałam w przeklętym, podstarzałym domu. Zatrzymanie się tam było błędem. Teraz akceptowanie jakichkolwiek zmian było dla mnie niezwykle trudne. Dlaczego, tego już uzasadnić nie mogłam. Wszystko jakby pędziło, a ja nie mogłam za tym nadążyć.
W moich dalszych rozmyślaniach przeszkodził mi szelest w pobliskich krzakach. Bezszelestnie zerwałam się z miejsca, a kiedy hałasy nie ustały, ostrożnie zbliżyłam się do celu. W porządku. To był tylko łaciaty królik. Stwierdziwszy, że tak właściwie, to jestem całkiem głodna, zaczaiłam się na niczego nieświadomego gryzonia. Jednakże mój fart nie trwał wcale aż tak długo, gdyż na ułamek sekundy przed atakiem, musiał mnie jakimś cudem dostrzec. Zaczął uciekać. No nic, nawet najlepszym się to zdarza - przez myśl, gdy rozpoczęłam za nim pościg. Przebierając tymi swoimi małymi, puchatymi łapkami, leciał sprintem przez Zielony Las.
Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero, kiedy znajome zapachy stopniowo zanikały, a oczy zaczynały mnie kompletnie bez powodu piec. Zwolniłam kroku, szybko mrugając. Szczypanie stopniowo zanikało. Dopiero wówczas zauważyłam, że łaciate futerko króliczka robiło się coraz jaśniejsze, a wręcz przejrzyste. Z przerażeniem pomieszanym z podziwem patrzyłam, jak znika w tumanie błękitnego pyłu, który zdawał się jaśnieć własnym światłem. Zatrzymałam się, kompletnie osłupiała.
- Witaj, Soharo - usłyszałam znajomy, niski głos. Usunęłam się w bok, z dala od jego właściciela, jednak obracając pysk w jego kierunku. Wszyscy, tylko nie on - pomyślałam z narastającą paniką. Pierwsze, co zobaczyłam, to lśniący medalion, który za pomocą lewitacji nie tylko się zamknął, ale również sam zawiesił się na szyi dość wysokiego basiora. Widząc go w pełni okazałości, zawróciło mi się w głowie. Czyli jednak również zmienia się w wilka - pomyślałam. Jego białe futro było poprzecinane ciemnymi wzorami, a sylwetka wskazywała na doskonałą formę. Koszmarnie przypominał mi wujka Alexandra, jednakże miał w sobie coś... obcego. Dzikiego. Groźnego. Efekt potęgowały jego tajemnicze i cholernie bystre oczy koloru orzechu, które znałam aż zanadto dobrze. Ilekroć widziałam je w snach, nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Były dla mnie od tych kilku miesięcy zwiastunem pecha.
- Niezła sztuczka, prawda? - przemówił, uśmiechając się delikatnie. Zupełnie, jakby uważał, że zaraz się spłoszę i ucieknę. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie czułam się ani trochę lepiej, wiedząc już teraz, jak wygląda bez maski i w dodatku w wilczej formie. Przybierając tę postać uzmysłowił mi pewną rzecz, której raczej wolałam nie wiedzieć. Przez ten cały czas odrzucałam nawet tę możliwość, gdyż wydawała mi się zbyt nierealna, by była prawdziwa. Może przekonywałam się do nieprawdziwości owej teorii, chociażby dlatego, że nie chciałam, by okazała się być prawdziwa.
Ledwo trzymając nerwy na wodzy, zapytałam:
- Czego ode mnie chcesz?
- Niczego szczególnego. Tylko się zapoznać, porozmawiać... - mówił, powoli obchodząc mnie dookoła. Było w nim coś bardzo drapieżnego. Coś, co zdecydowanie mi się nie podobało.
- To przez ciebie mam te wszystkie problemy, prawda?
Mlasnął z niezadowoleniem.
- Poniekąd tak, choć wiele zależy od tego, jak się na to spojrzy. Chciałem ci tylko uzmysłowić, że nie jesteś doceniana tak, jak doceniana być powinnaś. Drzemie w tobie wielka siła woli, która dotychczas się marnowała. Ma dużo więcej, dużo pożyteczniejszych zastosowań, niż by się tobie zdawało. Wszyscy cię oszukiwali co do twojej zwyczajności. Tak jest zawsze. Rujnują marzenia, starając się wpoić regułkę na idealne życie - mówił coraz szybciej, a ja widziałam, że w jego oczach płonie ogień żądny zemsty - Regułkę, która sprawia, że świat nie idzie w tym kierunku, co powinien. Pokolenie nijakości, które niczego nie dokonuje, sądząc, że albo to idzie na nic, albo że jest to niemożliwe. Nic nie jest niemożliwe. Szczególnie dla ciebie. Płynie w tobie niezwykła krew, a o tym najwidoczniej nikt cię nie nie uświadomił.
- Pozbawiłeś mnie przyjaciela...
- Chciałaś chyba powiedzieć "chłopaka" - Zaśmiał się cicho - Zrobiłaś to całkowicie sama.
Serce mi łomotało jak oszalałe. Miał rację. Miał pieprzoną rację. Aż po prostu trudno mi było w to uwierzyć.
- Jak się wdarłeś do moich snów?
Uśmiechnął się tajemniczo.
- Znam pewne sztuczki... Niby niczemu większemu nie służą, a jednak są niezwykle przydatne.
Wzięłam głęboki wdech. Już od początku wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie należeć do najprostszych. Cały czas umysł krzyczał "uciekaj!", lecz serce nakazywało dalej stać i słuchać, cóż miał mi do powiedzenia. Poczułam się wręcz zaintrygowana.
- W takim razie... Czego takiego miałam się dowiedzieć?
- Dysponuję naprawdę olbrzymią wiedzą w rozległych tematach, a to niewłaściwy czas i miejsce do takich rozmów.
- Nigdzie się stąd nie ruszam - syknęłam, wyczuwając ukrytą prośbę o przemieszczenie się gdzieś, najpewniej z dala od Watahy Magicznych Wilków - A ten dom? To też twoja sprawka?
- Niecałkowicie - mruknął - Choć przyznam, że poruszanie zwłokami za pomocą czaru do najprostszych sztuk nie należało.
Zawróciło mi się w głowie. A jednak. Słusznie obarczałam go winą za ten cały dzień, który zapadnie mi w pamięci na naprawdę długo.
- Kto to był? - zapytałam półgłosem. Robiło mi się słabo na samo wspomnienie zgniłych, brutalnie ukatowanych zwłok, które miast oczu miały dwie czarne perły. Basior aż przystanął, spuszczając smutny wzrok. Czyli jednak to nie była żadna atrapa, lalka czy ucharakteryzowany mechanizm. Jego postawa tylko utwardziła mnie w przeczuciu, że mam rację. Że cokolwiek stało się tej kobiecie, nie było to wyłącznie moim urojeniem, a to wydarzyło się naprawdę.
On jednak nadal stał w bezruchu, dziwnie zadumany. Choć miałam pewne podejrzenia, odnośnie tego, kim mógł dla mnie być, teraz uzmysłowiłam sobie, że wyglądał na góra pięć czy sześć lat... Coś mi tu nie pasowało. Co jeśli umiał zmieniać postać i się pod kogoś podszywa, tylko po to, by zyskać moje zaufanie? A może już po prostu popadam w paranoję?
- Kto to był? - powtórzyłam, czując coraz większe nerwy. Intuicja głośno mówiła mi, że ta wiedza wcale mi się nie spodoba.
Gdy w końcu podniósł na mnie wzrok, lustrując mnie uważnie swoimi czujnymi, orzechowymi oczyma, przeszły mnie dreszcze.
- Valixy Purpura, twoja matka.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

sobota, 25 marca 2017

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 4

Jesień 2018 r.
- Był tam! Przysięgam! - wykrzyknęłam zrozpaczonym głosem, choć z minuty na minutę traciłam wiarę w to, czego tak właściwie byłam świadkiem.
- Najpierw się uspokój, a następnie dokładnie nam wytłumacz, co i kogo tam widziałaś oraz czego chciał.
Wgapiałam się w niego tępym spojrzeniem. W mojej głowie cały czas słyszałam głos nieznajomego: "Potrzebujesz choć krzty zrozumienia i prawdy. Ja ci mogę je zaoferować.". Co miał wtedy na myśli? Czego ode mnie oczekuje? Im dłużej zastanawiałam się, jak ubrać w słowa to zdarzenie, tym większe poczucie miałam, że to jedna z rzeczy, które wolałabym zachować dla siebie. Jeśli okaże się, że jestem obłąkana i go sobie zmyśliłam, niech przynajmniej sama będę musiała sobie z tym radzić. Takie schorzenie mogłoby mi przeszkodzić w pełnieniu obowiązków na służbie... choć i tak już mnie wyrzucili.
- Wiesz co... chyba jednak faktycznie miałam zwidy - uśmiechnęłam się gorzko.
- Nawet jeśli to zwidy, może zdradzisz, co widziałaś? Poczujesz się wtedy lepiej - poradził Lary.
- Nie, dzięki. Nawet już dokładnie nie pamiętam. Może straciłam przytomność i mi się to przyśniło - skłamałam. Oni jednak wciąż na mnie patrzyli zmartwionymi spojrzeniami. Westchnęłam.
- Nic się nie dzieje, naprawdę - powiedziałam, jednak te słowa przeszły mi przez gardło z większym trudem, niż sądziłam. - Chyba pójdę do siebie.
Już chciałam wstawać, jednak Jayson zatrzymał mnie poprzez położenie swojej silnej ręki na moim ramieniu. Posłałam mu pytające spojrzenie.
- Nie ma mowy. Zostajesz tu na noc. Jeżeli naprawdę ktoś cię śledził lub atakował, a ty starasz się to przed nami ukryć, lepiej, jakbyś się tutaj zatrzymała. Rano osobiście cię zaprowadzę do domu, czy tam watahy.
Zadrżałam, wbijając paznokcie w swoje ramię. Jayson pozostawał do tej pory w słodkiej niewiedzy o moim miejscu zamieszkiwania. Zdawał sobie jedynie sprawę z tego, że większość czasu spędzam w postaci wilczej.
- A co jeśli Kołodziejczuk tutaj wpadnie i mnie zobaczy? - zapytałam, mając na myśli zastępcę szefa. Lubił nas kontrolować. Zaglądał do naszej bazy w najmniej oczekiwanych momentach.
- Zabiorę cię do mojej kajuty - oznajmił. Używaliśmy tego określenia do nazywania pokoi przydzielonych osobom należącym do WhyPaw-u. Spojrzałam na Lary'ego. Skinął głową na znak, że podziela zdanie Jaysona.
- Niech będzie - stwierdziłam zrezygnowana. Jayson wyciągnął rękę, bym mogła za jego pomocą wstać. Kiedy stanęłam na równe nogi, uśmiechnął się do mnie. Nie odpowiedziałam tym samym. Miałam mętlik w głowie. Czy to był zbieg okoliczności, że po takim czasie znowu objawił mi się ów nieznajomy? O co do cholery mu chodziło? Jaka prawda? Kim on w ogóle był i skąd mnie znał? Przyjaciel rodziców? Nie, na to mi nie wyglądało.
Nawet nie wiem kiedy Jayson doprowadził mnie do swojego tymczasowego mieszkania. Było nieznaczne: zawierało jedno wąskie łóżko o rozrzuconej w nieładzie kołdrze, metalowy stojak pełniący funkcję szafki nocnej i ciemną komodę zapewne wypełnioną odzieżą. Na niej leżało kilka zeszytów, jakieś zdjęcia, którym się nie przyglądałam przez chęć zachowania prywatności Jay'a, oraz typowy dla niego bałagan. Na podłodze leżało kilka plecaków, ubrań, czy komiksów.
- Jeśli chcesz, możesz się już położyć, ja muszę wracać na służbę. Musimy ogarnąć te papiery.
Skinęłam niemrawo głową, siadając na łóżku. Plecak położyłam w nogach. Nie było mi jakoś szczególnie wygodnie, jednak zawsze lepsze od kamiennej podłogi mojej jaskini. Przeszło mi przez myśl, by zmienić się w wilka i ułożyć na ziemi, jednak coś mi mówiło, że Jayson poleci mi i tak zająć jego łóżko. Zatrzymał się w drzwiach.
- Aha, jakbyś znalazła jakieś gazetki z ładnymi paniami bez ubrań, proszę, lepiej ich nie dotykaj - przestrzegł z uśmiechem na twarzy, po czym zniknął za drzwiami. Zamknął je na klucz. Odruchowo przeleciałam wzrokiem po leżących dookoła łóżka magazynach, jednak nigdzie nie znalazłam tych, o których wspomniał. Westchnęłam, zdjęłam okulary, po czym ułożyłam się na łóżku, zakrywając ręką oczy. Nabrałam ochoty na kolejnego papierosa, jednak nie chciałam zadymić partnerowi mieszkania... Właśnie, dotychczas byliśmy dla siebie partnerami po fachu. Czy teraz mogę go nazywać partnerem o znaczeniu miłosnym? Potrząsnęłam głową, pocierając oczy. Pocałunek nic nie znaczy. Skoro nawet już razem nie pracujemy, to chyba pozostaje nam mówić o sobie wyłącznie jako o przyjaciołach. Chyba jeszcze nigdy nie próbowałam zdefiniować tego, co tak naprawdę nas łączy.
Zdjęłam rękę z twarzy i ułożyłam ją wzdłuż ciała. Zaczęłam się wpatrywać w sufit. Był nieco niewyraźny przez brak okularów, ale jakoś nieszczególnie mi to przeszkadzało. Na nowo zaczęłam sobie zaprzątać głowę mężczyzną w masce. Analizowałam każde, nawet najmniejsze wspomnienie z nim związane, lecz wciąż nie dowiedziałam się niczego nowego.
"Moja droga, wiedz, że od więzów krwi nie uciekniesz... Prędzej czy później wszystko skończy się tragicznie. Tutaj nie ma już czegoś takiego jak "dom". To jest twoje miejsce. Potrzebujesz choć krzty zrozumienia i prawdy. Ja ci mogę je zaoferować.".
***
Musiałam przysnąć, bo ocknęłam się dopiero słysząc szczęk przekręcanego klucza w zamku. Oparłam się na łokciu i pospiesznie założyłam okulary. Do kajuty wszedł uśmiechnięty Jayson.
- I jak się spało? - zapytał, wodząc wzrokiem to po mojej twarzy.
- Która jest godzina? - zmieniłam temat. Wskazał na zegarek elektryczny stojący na komodzie. Było już grubo po północy. Zamknął na klucz drzwi.
- Możesz spokojnie spać dalej - oznajmił, zbierając komiksy porozrzucane obok łóżka. Kolejne były ubrania. Wszystko to odłożył gdzieś na bok. Ku mojemu zaskoczeniu, zmienił się w wilka i położył w miejscu, które przed chwilą doprowadził do jako takiego porządku. Jego futro było ciemniejsze od mojego, poprzetykane pojedynczymi siwymi włosami. Wyglądało na to, że na nim wiek również pozostawiał swoje piętno. Uszy były czarne, tak samo jak i jego łapy. Oczy błyskały złotem. Nie mogąc się powstrzymać, pogładziłam swoją ludzką ręką jego wilczy łeb. Spojrzał na mnie pytająco, jednakże nie doczekawszy się odpowiedzi, oddał się tej przyjemności. Czynność ta była na tyle monotonna, że prędko odpłynęłam.
***
Obudziło mnie zapalenie światła w pomieszczeniu. Odruchowo przewróciłam się na drugi bok, mrucząc z niezadowoleniem.
- Pobudka!
Sapnęłam jeszcze kilka razy, a następnie powoli się podniosłam z łóżka. Zbadałam spojrzeniem, dlaczego nie obudziły mnie nieśmiałe promienie słońca wdzierające się do jamy. Rozwiązanie było wyjątkowo proste. W kajutach nie było okien.
- Zbierajmy się już. Za niedługo powinienem się stawić na stanowisku, a Lary nie może mnie zbyt długo kryć.
- Może po prostu wrócę sama...? - zasugerowałam zachrypniętym głosem. Założyłam okulary.
- Nie ma mowy. Po prostu się ruszaj i idziemy.
Posłusznie wzięłam plecak, poprawiłam ubranie i wyszłam z pomieszczenia za Jaysonem. Wyjście z budynku okazało się być wyjątkowo proste - choć mijaliśmy kilku agentów, to nikt nie wiedząc, że zostałam dnia poprzedniego wyrzucona, nie zwrócił na mnie większej uwagi. Twierdzili zapewne, że udaję się z Jay'em pobiegać. Gorzej, jeśli zarząd sprawdzi monitoring. Wolałam nie wiedzieć, jaką karę by dali mojemu... byłemu partnerowi. Zawieszenie?
Kiedy stalowe drzwi prowadzące wprost na zewnątrz z misternej sieci podziemnych korytarzy WhyPaw-u się przed nami otworzyły, a my stanęliśmy już wśród jesiennej scenerii natury, odważyłam się zapytać:
- Nie boisz się, że cię wyrzucą za przemycanie mnie?
Przez chwilę milczał. To, co powiedział za chwilę, przyprawiło mnie o przyspieszenie pulsu:
- Jesteś dla mnie ważniejsza niż praca. Pamiętaj, nigdy cię nie opuszczę. Prędzej czy później nasze drogi znowu się spotkają.
Unikając mojego spojrzenia, ruszył przez las. Zrobiłam to samo. Widziałam, że uważnie obserwował każde drzewo, jakby za nimi czaił się mój napastnik.
- Kocham cię, Haro - oznajmił po jakimś czasie.
Przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć, po czym przypomniałam sobie te wszystkie momenty razem spędzone. Nie tylko misje, ale i również tak błahe i bezsensowne sytuacje, jak głaskanie jego wilczej wersji po ciepłym futrze. Do oczu pocisnęły mi się łzy, ale szybkim mruganiem powiekami udało mi się je powstrzymać. Nie chciałam się stać beksą.
- Ja ciebie też, Jay.
Sięgnął po moją dłoń. Teraz szliśmy do Watahy Magicznych Wilków, trzymając się za ręce. Czułam się trochę nieswojo, ale mimo wszystko obecność Jaysona była dla mnie dziwnie kojąca. Uspokajała mnie. Czułam się bezpieczna. W końcu.
Spojrzał na mnie.
- Soharo, czy zostaniesz oficjalnie moją dziewczyną?
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Oczywiście, Jaysonie.
Szliśmy dalej. Czułam, że często na mnie ukradkowo zerkał, jednakże udawałam, że tego nie dostrzegam. Miał w końcu do tego pełne prawo. Nie chciałam go tak zostawiać. Związki na odległość są do niczego. Chciałam z nim porobić coś więcej, prócz chodzenia.
- Jestem głodna - stwierdziłam, widząc poroże jelenia ukrytego w dali za krzakami. Jay patrząc w tym kierunku co ja, trochę zmarkotniał.
- Dawno nie polowałem...
- To ci przypomnę, co i jak.
Niechętnie przystał na tę propozycję. Zmieniliśmy się w wilki i snując się za krzakami, zbliżaliśmy się do zwierzęcia. Miało połamane rogi, przy tym było nieco podstarzałe. Kulało na jedno kopyto, a jedno oko było porządnie załzawione. Stado musiało zostawić tego słabeusza. Nic nie stało na przeszkodzie, by go unicestwić. Skoczyłam jako pierwsza. Był kompletnie na to nieprzygotowany. Przywarłam do jego grzbietu, starając się drapać i gryźć najmocniej, jak tylko potrafiłam. Jednocześnie uważałam na zranioną rękę, czy może już teraz łapę. Jayson kłapał szczękami przy jego nogach.
Po jakimś czasie spędzonym na walce, jeleń padł na ziemię. Zabraliśmy się za jedzenie. Mięso okazało się być niekoniecznie tak smaczne, jak byśmy tego oczekiwali, więc udaliśmy się na poszukiwania kolejnych potencjalnych ofiar. Łącznie upolowaliśmy trzy jelenie. Zostało mi wiele mięsa do zatrzymania na później w jaskini. Na dworze było dość chłodno, by się nie zepsuło przez kilka dni. Nim spostrzegliśmy, było już po południu.
- Niech to... wygląda na to, że dostanę ochrzan - stwierdził Jay, patrząc na wysokość słońca. Byliśmy raptem kilka, może kilkanaście kilometrów od Watahy Magicznych Wilków, więc oświadczyłam:
- Możesz już wracać. Było miło, ale nie chcę, by cię wyrzucili już na dobre.
- Niech ci będzie. Ale najpierw... - Przyciągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował. O mało nie utraciłam równowagi, więc oparłam się o konar drzewa. Kiedy już powoli zaczynało nam brakować powietrza, niechętnie wypuścił mnie z ramion.
- Pamiętaj, jeśli chcesz się ze mną spotkać, przychodź... w to miejsce - mówiąc to, rozejrzał się po okolicy. Obok leżał niebieskawy kamień. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego nietypowy kolor. - Obok tej skały. Możemy się widywać co dziesięć dni w południe. Co ty na to?
- Zgoda.
Uśmiechnął się smutno i odszedł. Pozostałam sama.

<C.D.N.>

Uwagi: Jak już wcześniej pisałam - prosiłabym o częstsze wysyłanie opowiadań od tej postaci!

sobota, 31 grudnia 2016

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 3

Jesień 2018 r.
Minęło kilka tygodni, może i nawet miesięcy. Cały czas nie mogłam się pozbyć przeświadczenia, iż jestem śledzona. Nie ważne, gdzie szłam. Ciągle to samo spojrzenie. Bałam się. Coraz częściej unikałam dyżurów w WhyPaw-ie, przez co grozili mi, że mnie wyrzucą. Choć obowiązywała tam dość spora dyscyplina, z jakiegoś powodu ja akurat jak się okazuje byłam uprzywilejowana. Na samych pogróżkach się skończyło.
Wypalając już drugą paczkę papierosów tego dnia, minęłam stalowe drzwi wejściowe do tajnej bazy naszej organizacji.
- Haro! - Wykrzyknął rozradowany mój partner.
- Daruj sobie, Jayson - Odpowiedziałam nieco mrukliwym głosem. Spowodowały to pewnie ilości fajek, które jestem w stanie dziennie wypalić.
- Brzmisz jak stara baba - stwierdził po chwili wahania. Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie i usiadłam przy zakurzonym i obsypanym papierami biurku. Oparłam nogi o jego blat i strząsnęłam popiół z papierosa do popielniczki.
- Dawno cię coś nie było - skomentował ostrożnie Lary, który tradycyjnie siedział przy swoim biurku i porządkował akta spraw.
- Gdzie jest Madeen? - zmieniłam temat, rozglądając się po bazie. Zrobiło się cicho. Spojrzałam podejrzliwie na towarzyszy.
- Ona... zginęła na misji - powiedział po chwili Jayson. Popatrzyłam na niego w osłupieniu. Miał spuszczony wzrok. - Jedna z watah posiadła tajemniczą moc i rozerwało ją na strzępy.
- Która? - przemówiłam przez zaciśnięte gardło - Która wataha?
- Niejaka Wataha Błękitnego Snu. Należały do niej wilko-elfy, które czerpały moc z magicznego kamienia.
- Czyli już ich nie ma? - zapytałam. Ręka z papierosem zastygła mi w połowie drogi.
- Nie ma. Ulotnili się, gdy zaginął ich kamień. Niestety też nie wiemy, co się z nim stało - wyjaśnił Lary mocno zmęczonym głosem.
- Nie możemy wykryć jakiegoś silniejszego źródła mocy...?
- Nie - odpowiedział krótko mężczyzna, nachylając się nad notatkami. Znowu zrobiło się cicho. - I uważaj, żeby niczego nie podpalić. Te papiery są naprawdę ważne.
Z westchnieniem zdusiłam niedopałka w popielniczce i tam zostawiłam. Przez chwilę jeszcze unosił się z niego szary dym. Ta cisza stawała się irytująca. Nawet Jayson nie gadał jak opętany i nie włączał radia z tymi jego ckliwymi balladami o nieobchodzących nikogo bzdurach. Sama już nie wiedziałam, czy to ja popadam w obłęd, czy może rzeczywiście nic nie wyglądało tak, jak powinno. Do naszej części bazy wszedł Urlich z kolejnym plikiem kartek, który odłożył na biurko Lary'ego, ale on również niczego nie powiedział. Poszedł. W końcu nie wytrzymałam i wypaliłam:
- Jestem tutaj tylko i włącznie przez przywileje, prawda? Dzięki byciu córką jednego z Purpurowych Bliźniaków?
Jayson i Lary zesztywnieli. Żaden niczego nie powiedział.
- Mam rację, czyż nie? - warknęłam, zdejmując nogi z blatu biurka. - Przyznajcie to.
- Takie decyzje podejmuje się w centrali. To nie zależy od nas. Musiałabyś tam postawić to pytanie... - powiedział w końcu najstarszy z nas. Prychnęłam i zerwałam się z krzesła. Wyszłam z pomieszczenia i niemalże pobiegłam przez korytarz, prowadzący do serca całej podziemnej bazy, w gdzie znajdowały się kwatery wszystkich agentów. Nie pukając wpadłam do najpotężniejszej sali, w której mieściło się dowództwo. Kilku z ludzi obejrzało się na mnie w fotelach nie kryjąc lekkiego zdumienia. Zastępca przywódcy czerwony na twarzy podniósł się z siedzenia.
- Soharo Purpura, proszę nie przerywać w naszej obradzie, inaczej będziemy zmuszeni pani dać ostrzeżenie...
- Ostrzeżenie?! Każdy inny Kowalski byłby już wyrzucony na zbity pysk! - podeszłam bliżej, zaciskając ręce w pięści. - Widzicie we mnie moją matkę, prawda? A może wujka? Jeśli tak, to wiedzcie, że nie jestem nimi i nigdy nie będę. Dlaczego zostałam przyjęta JA, a nie Dante? To jest przecież jego marzenie! JEGO, a nie MOJE!! - Krzycząc ostatnie słowo uderzyłam pięścią w szklany stół. Blat w tej samej chwili pękł, a moja ręka została zalana deszczem ostrych odłamków. Automatycznie ją cofnęłam i z przerażeniem patrzyłam, jak cała porozcinana pokrywała się czerwoną, gorącą cieczą.
- WYNOŚ SIĘ STĄD! - ryknął w końcu mój szef - Skoro nie chcesz, abyśmy spełnili życzenie twojej matki, masz się stąd WYNIEŚĆ, i to W TEJ CHWILI!
Był naprawdę wściekły. Na roztrzęsionych nogach wyszłam z sali. Choć tego właśnie chciałam, teraz zaczęłam mieć wątpliwości. Przecież to właśnie sprawiało, że czułam się w jakiś sposób wartościowa i miałam środki do przeprowadzania różnych śledztw. Kiedy stanęłam w drzwiach naszej obskurnej i zaśmierdłej dymem papierosowym bazie, po moich policzkach pociekły łzy. Przyciskałam zranioną rękę do piersi, dlatego koszulkę również miałam brudną. Gdy tylko Jayson mnie zauważył, natychmiast oderwał się od biurka, o które tak lubił się opierać i spoglądając na moją rękę, mocno zaszokowany zapytał:
- Co się stało?
- To, czego chciałam - wymamrotałam, czując, że moja ręka robi się zimna.
- Lary, dawaj apteczkę! Trzeba wyciągnąć te odłamki - wydał rozkaz, próbując wyciągać palcami większe ze szkieł. Przez zaciśnięte zęby wydawałam z siebie ciche okrzyki bólu. Byłam wściekła i rozżalona. Tracąc siły w nogach, oparłam się o ścianę, a następnie osunęłam na ziemię. Jayson przykucnął tuż obok, nie przerywając pracy. W końcu dostąpił do nas również Lary z pęsetą w ręce. Kiedy już po części zatamowali krwawienie opatrunkiem z grubą warstwą bandażu, spróbowałam uśmiechnąć się przez zły, ale zapewne wyglądało to raczej jak jakiś cierpki grymas bólu. Mój partner ostrożnie zdjął z mojego nosa okulary i za pomocą chusteczki delikatnie otarł łzy. Zdrową ręką sięgnęłam po całe pudełko leżące na stoliku obok i ocierałam drugi policzek, ale nie mogłam przestać płakać. Próba wydmuchania nosa również nie skończyła się do końca dobrze.
- Haro, co się stało? - zapytał ponownie zmartwiony Jayson. Wzięłam głęboki wdech.
- Od dziś tutaj nie pracuję.
- C-co? - odwrócił twarz w kierunku Lary'ego, który również wyraźnie osłupiał. Nie wiedzieli, co powiedzieć. - Odchodzisz?
Skinęłam głową, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć. O swojej głupocie? Wolałam, aby dowiedzieli się już po moim odejściu. Po ich twarzach widziałam, że się naprawdę martwili. Lary powoli wstał na równe nogi.
- Nadal będziemy się widywać, prawda? - zapytał Jayson roztrzęsionym głosem.
- Raczej nie...
Nim zdołałam dodać cokolwiek więcej, poczułam na swoich ustach ciepło warg mojego partnera. Miałam wrażenie, że cały świat wywrócił się w tej chwili do góry nogami. Wplótł drżące palce w moje włosy, a ja byłam zbyt zaskoczona, by jakkolwiek zareagować, więc po prostu położyłam roztrzęsione dłonie na jego ramionach, kiedy Lary głośno odchrząknął. Niemalże o nim zapomniałam. Jayson pospiesznie się ode mnie odsunął. Jakaś cząstka mnie była z tego powodu zawiedziona. Poczułam również, że teraz cierpiało również moje złamane serce. Już nigdy go nie zobaczę. Wyglądało na to, że w ten sposób zadeptałam jego szansę na większe uczucie. Jak mogłam być tak ślepa i nie dostrzec, że on mnie kochał? Mogliśmy... mogliśmy...
- Chyba powinnam się już zbierać - powiedziałam, spoglądając nerwowo za drzwi prowadzące na korytarz. Do oczu ponownie zebrały mi się łzy. Nie chciałam, aby dostrzegli, że się załamuję.
- Może da się zrobić coś, abyś wróciła...? - zaproponował Lary, który najwidoczniej zorientował się, że żałuję swojej decyzji. Nie odpowiedziałam, tylko wstałam z podłogi. Podeszłam do szafki przeznaczonej dla mnie i wyciągnęłam z niej torbę zostawioną kilka tygodni temu. Zarzuciłam ją na ramię, delikatnie przymknęłam drzwiczki i nim odeszłam, zatrzymałam się na chwilę w progu.
- Żegnajcie...
Nie odpowiedzieli. To była jedna z niewielu momentów, kiedy ani Lary, ani Jayson nie mieli żadnego pomysłu, co zrobić. Wyszłam tylnymi drzwiami bazy. Na dworze już panował półmrok. Wypuściłam z płuc powietrze i na miękkich nogach odeszłam. Zadeptałam wyraz dobrej woli mojej mamy. Nigdy nie mówiła mi, w jakiej roli mnie widzi. Nigdy nie sądziłam, żeby to właśnie ona poleciła mnie WhyPaw-ie. Była przecież taka opiekuńcza... czemu wybrała mnie, a nie jego? Dante byłby zachwycony. Ja wyłącznie czuję się teraz zawiedziona sobą. Co ją do tego skłoniło? Albo... kto?
Zamarłam, czując ponownie na sobie świdrujące spojrzenie. I tak nikogo tam nie ma - myślałam - tylko ci się zdaje. Idź dalej i zignoruj to uczucie. Jednakże były ono znacznie wyraźniejsze, niż zwykle. Powoli odwróciłam się za siebie i o mało nie upadłam, widząc za sobą ludzką sylwetkę. Poznałam go od razu. Mężczyzna z mojego snu. O orzechowych oczach i twarzą skrytą za maską. Oparłam się o najbliższe drzewo, czując się tak, jakby wymierzył mi cios w brzuch.
- Kim jesteś i czego chcesz? - zapytałam przez zaciśnięte gardło. Połowa jego twarzy była nadal widoczna, więc dostrzegłam, że się uśmiecha. Powoli zaczął się zbliżać w moim kierunku.
- Wiem, kim jesteś, córko Valixy Purpury i Przeklętego Leonadra, zwanego również Shadow'em. Wiem również, czego najbardziej od życia pragniesz.
Z bijącym sercem wycofałam się o kilka kroków, a później tracąc grunt pod nogami, upadłam do dołku w ziemi. Stał tuż nade mną.
- K-kim jesteś? - ponowiłam pytanie. Zrobiło mi się duszno. Przykucnął tuż obok mnie i pogładził mój policzek swoją dłonią. Patrzyłam w jego ciemne oczy, nie wiedząc, cóż innego mogłabym w tej sytuacji uczynić.
- Potrzebujesz choć krzty zrozumienia i prawdy. Ja ci mogę je zaoferować.
Gwałtownie odepchnęłam jego dłoń, dźwigając się sprawnie na równe nogi. Jako, że oparłam się  na zranionej ręce, znowu uderzyła mnie fala bólu. Mimowolnie skrzywiłam się na twarzy. On również wstał. Swoją zręcznością zaczął mi przypominać kota.
- Mogę ci ją uzdrowić, jeśli tylko tego zechcesz - zaoferował ze stoickim spokojem.
- I co? W zamian mi odetniesz drugą? - syknęłam, ponownie starając się wycofać, lecz tym razem kątem oka spoglądałam, czy na nic nie wejdę. Zaśmiał się lekko. Nawet rozbawiony zadał się być strasznie męski. Przeszły mnie ciarki. Jayson był przy nim płaczliwą dziewczynką. Nie podobało mi się to wszystko.
Nagle rzuciłam się przed siebie sprintem. Od bazy dzieliło mnie raptem trzysta metrów. Nawet się nie zmęczyłam, kiedy gwałtownie otworzyłam drzwi i z hukiem zatrzasnęłam je za sobą. Miałam problem ze złapaniem oddechu raczej ze strachu.
- Szybko wróciłaś - powiedział zaskoczony Jayson. Odwróciłam się przez ramię.
- Tam ktoś jest. On... mi... obiecał dziwne rzeczy - oznajmiłam, nie mogąc do końca ubrać tego w słowa. Jayson uniósł brew.
- I nie mogłaś mu po prostu przywalić z pięści?
Nie odpowiedziałam. Rzadko kiedy bywało, abym w takiej sytuacji nie śmiała tego zrobić. Miał w sobie coś, co powodowało, że nawet nie miałam chęci uczynienia mu krzywdy. Niewidzialna aura nietykalności. Jayson sprawnie pochwycił zestaw ostrzy do rzucania oraz pierwszy lepszy pistolet. Ostrożnie wychylił się zza drzwi z uniesioną bronią, a kiedy upewnił się, że nie ma nikogo w pobliżu, udał się na przeczesanie okolicy. Oparłam się o ścianę. Musiałam jakoś uspokoić oddech.
- Kawy? - zaproponował ostrożnie Lary, na co ja pokręciłam głową. Choć miałam wrażenie, że na mojej klatce piersiowej zacisnęła się stalowa obręcz, wygrzebałam z kieszeni spodni nieco spłaszczoną od upadku paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Kiedy wrócił Jayson, niemalże skończyła mi się fajka.
- Haro, jesteś pewna, że ktoś tam był? Niemożliwe, aby zdołał uciec w tak krótkim czasie, szczególnie że nasza baza znajduje się na zboczu góry... Zauważyłbym go - posłał mi zrozpaczone spojrzenie. Prawie upuściłam papierosa. Niemożliwe jest, abym miała zwidy.

<C.D.N.>

Uwagi: Pisz częściej op., abym nie musiała Ci non stop wpisywać zagrożeń!

sobota, 15 października 2016

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 2

Uwaga! Opowiadanie zawiera sceny drastyczne.

Wielokrotnie potykając się o przedmioty leżące na ziemi, a których wcześniej nie dostrzegłam, wybiegłam z budynku, minęłam ogródek i potknąwszy się o niziutki płotek wywróciłam się na żwirową ścieżkę. Zdarłam sobie kolana, łokcie i policzek. Zaczęłam cicho łkać, choć wiedziałam, że rany już się goją. To raczej z nerwów, niż ze strachu. Jeszcze nigdy nie byłam świadkiem czegoś tak okropnego. Cokolwiek się tam działo, z całą pewnością do normalnych nie należało. Powinnam o tym komuś powiedzieć?
Zaczęłam się czołgać, byle dalej od przerażającego domu. Rozpaczliwa chęć ratowania siebie, choć miałam świadomość, że pewnie nikogo tam nawet nie ma. Byłam brudna i zapłakania. Po drodze upuściłam też gdzieś swój plecak. Ot, taka silna i odważna Sohara. Co się ze mną dzieje? Nigdy nie stresowałam się rzeczami tego typu. Może to przez to napięcie i ciężkość wyczuwalną w powietrzu? Nie chodziło tylko o smród ciała będącego już na dość wysokim poziomie rozkładu. Chodziło o coś, czego nawet nie umiałam ubrać w słowa. Możliwe, że czarna magia.
Skuliłam się pod pobliskim drzewem i przycisnęłam kolana do piersi. Zaczęłam się lekko kołysać i szeptać różne rzeczy do samej siebie, byleby się nieco opanować. Raz po raz spoglądałam to na budynek, to na ścieżkę. Miałam wrażenie, że ten dom ma oczy i się we mnie wpatruje. To nie było zdecydowanie przyjemne. Zacisnęłam powieki, próbując przestać płakać i wrócić do trzeźwego myślenia. Zastanawiałam się, czy warto iść po plecak, gdyż było tam wiele bardzo ważnych rzeczy... jednak poczucie, że tym razem spotka mnie tam coś zdecydowanie złego było silniejsze. Roztrzęsiona podniosłam się spod drzewa i nawet nie myśląc o otrzepywaniu ubrań rzuciłam przelotne spojrzenie na dom, po czym szybkim krokiem ruszyłam w kierunku, w którym powinnam natrafić na Watahę Magicznych Wilków.
Będąc w połowie drogi chyba straciłam przytomność, bo zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kiedy je otworzyłam, spostrzegłam, że jestem... na balu maskowym. Miałam na sobie piękną, brązowo-czarną suknię z którejś z zeszłych epok, a przede mną wirowały dziesiątki równie wytwornych par w rytm muzyki klasycznej. Czułam się co najmniej dziwnie. Zdenerwowana zaczęłam gładzić materiał sukni, by czymś zająć roztrzęsione ręce. Czy jest tu gdzieś toaleta? Nigdzie nie było okien, tylko lustra, lustra, lustra... Nie wiem nawet, czy mamy dzień, czy noc.
Zaczęłam się uważniej przyglądać sali. Nad nami wisiał wspaniały, kryształowy żyrandol. Podłoga była czysta, niesamowicie lśniąca i beżowa. Może marmurowa? Ściany były pokryte misternie zdobionymi tapetami z motywem kwiatów. Gdzieniegdzie stały również złote świeczniki, w które powkładane były dziesiątki świec. Rzucały one blade światło na tancerzów. Nie słyszałam nigdzie rozmów. Wszyscy się do siebie tylko uśmiechali. Damy w maskach do dżentelmenów w maskach. Wyglądało to cudownie i przerażająco za razem. Chciałam zapytać, gdzie jestem, jednak wszyscy byli tak zajęci sobą i słodką muzyką, że żal było mi to rujnować. Stałam pod ścianą i patrzyłam na to zjawisko tak uważnie, że nie dostrzegłam, kiedy podszedł do mnie wysoki, ciemno ubrany mężczyzna i wyciągnął w moją stronę rękę. Odruchowo mu ją podałam, starając się zamaskować zdumienie pod powłoką stoickiego spokoju. Maska, którą miałam na twarzy musiała mi to również znacznie ułatwiać. Ucałował delikatnie moją dłoń, po czym przemówił:
- Można prosić szanowną panią do tańca?
- Ja... - urwałam - Tak, naturalnie.
Delikatnie pociągnął mnie za trzymaną rękę, następnie chwycił mnie jedną w pasie i zaczęliśmy poruszać się identycznie jak wszyscy inni. Nie znałam tego tańca, więc myliłam kroki, lecz on zdawał się nawet tego nie zauważyć. Popatrzyłam z niedowierzaniem na jego skupioną twarz. Była w dużej mierze przykryta misternie zdobioną czarno-złotą maską, jednak widziałam bardzo wyraźnie jego orzechowe oczy, które śledziły mój każdy ruch. Zawstydzona spuściłam wzrok. Jego spojrzenie nie było tak puste jak pozostałych ludzi. Miało w sobie coś z prawdziwego zafascynowania.
- Przepraszam, my się znamy? - wymamrotałam, obserwując jedną ze swoich rąk, która jak się okazało była idealnie czysta i gładka. Dlaczego? Przecież wpadłam w kilka pajęczyn i czołgałam się po ziemi i trawie. Ktoś mnie umył?
- Ależ skądże - odpowiedział nieznajomy. Spoglądając na niego ukradkiem dostrzegłam, że lekko się uśmiecha. Ogarnęła mnie złość. Spróbowałam mu się wyrwać, jednak nic z tego.
- Przepraszam pana, ale muszę już stąd iść... Muszę wrócić do domu.
- Tutaj nie ma już czegoś takiego jak "dom" - oznajmił ze spokojem, zaciskając nieco mocniej dłoń na mojej. - To jest twoje miejsce.
- Nieprawda! - krzyknęłam, szarpiąc się z mężczyzną, jednak ten chwycił mnie jeszcze mocniej - Ratunku! Niech ktoś mi pomoże!
Wszyscy zdawali się nie słyszeć. Miotałam się jak dzika, próbując wpaść na którąkolwiek z par by wyrwać ich z transu, jednak za każdym razem zgrabnie odsuwali się. Nieważne, ile bym próbowała, i tak kończyło się na niczym.
- Puść mnie... - mruknęłam ze złością, po raz kolejny próbując się od niego odsunąć.
- Moja droga, wiedz, że od więzów krwi nie uciekniesz... Prędzej czy później wszystko skończy się tragicznie.
Puścił mnie, a ja nieprzygotowana na to straciłam równowagę i upadłam.
***
Kiedy otworzyłam oczy, zorientowałam się, że leżę na piasku. Zbolała powoli podniosłam się z ziemi i rozejrzałam dookoła. Byłam w tym samym miejscu, w którym straciłam przytomność po raz pierwszy. Była noc. Wyglądało na to, że bal maskowy był tylko snem... Obejrzałam samą siebie. Znowu byłam brudna, w szarym podkoszulku i dresowych spodniach. Zadrżałam, czując chłodny podmuch wiatru. Otuliłam się rękoma i w zamyśleniu spuściłam wzrok. O co w tym chodzi? Rzadko miewam tak realistyczne sny. Musiał mieć jakieś głębsze przesłanie. I jeszcze ten głos mężczyzny... był tak głęboki i delikatnie zachrypnięty. Byłam niemalże absolutnie pewna, że był mi dziwnie znajomy...
Poczułam na swojej odkrytej skórze zimne krople wody. Spojrzałam do góry, by sprawdzić, czy to nie czasem spadło z drzewa, jednak w tej samej chwili lunął deszcz. Wspaniale. Obejrzałam się po raz kolejny. Wracać do watahy, czy lepiej schronić się w budynku? Nawet jeśli przemienię się w wilka mogę złapać jakieś choróbsko. Wiedziałam, że w tych okolicach nigdzie nie znajdę jaskini. Może przycupnę pod drzewem? Błysk i grzmot pioruna. Nie, to jednak nie będzie dobry pomysł. Wciąż kręciło mi się lekko w głowie. Chwiejnym krokiem ruszyłam w kierunku przerażającego domu. Będąc w tym stanie nie byłam gotowa na logiczne myślenie... a ponadto wizja spędzenia tam reszty nocy już nie zapowiadała się tak źle, jak przed upadkiem. Gdy tylko minęłam próg drzwi i poczułam wszechobecny smród, zmieniłam zdanie, jednak teraz już nie było sensu zawracać.
Usiadłam na drewnianej podłodze w werandzie i patrzyłam na deszcz. Nie miałam najmniejszego zamiaru zapuszczać się ponownie w głąb tego budynku. Oparłam się głową o belkę podtrzymującą dach i skuliłam się, starając się zatrzymać jak najwięcej ciepła. Oczy same mi się zamykały, jednak za każdym razem budziłam się, potrząsając głową. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybym nie była w pełni gotowości w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.
Po już którejś godzinie wpatrywania się w pojawiające się kałuże, usłyszałam niepokojące stukanie w domu. Znieruchomiałam i wstrzymałam oddech. Zaczęłam nasłuchiwać. Znowu usłyszałam pukanie. Odruchowo sięgnęłam do plecaka po jakiegoś gnata, ale zapomniałam, że już go nie posiadam. Przeklęłam w duchu i obróciłam za siebie. W środku było ciemno. Znowu pukanie, jednak teraz zaczęło brzmieć trochę jak wchodzenie bądź schodzenie po schodach. Zamarłam. Co jeśli te zwłoki, które znalazłam w piwnicy w jakiś sposób ożyły? Powoli wstałam, napinając wszystkie mięśnie. Próbowałam cokolwiek zobaczyć, ale to wszystko na nic. Mimo doskonałego wilczego wzroku widziałam wyłącznie nieprzeniknioną ciemność. Znowu pukanie. Już chwilę potem zobaczyłam zarys ludzkiej sylwetki wyłaniający się z piwnicy. Była owinięta płachtą ciemnego materiału. Zatrzymała się, stojąc w cieniu tak, że wciąż nie widziałam jej twarzy.
- Czego dziewczę tu szuka? - wychrypiała. Brzmiała jak zwykła staruszka... Od razu na myśl przyszła mi ta naga kobieta w piwnicy. Nie wyglądała na tak starą... ale jednak istniał cień szansy, że była to właśnie ona.
- Ja... - urwałam - ...chciałam przeczekać deszcz.
- A dzieweczka wie, że tutaj nikt nie może wchodzić? - jej głos przybrał groźniejszy ton. Zamarłam. Mogłam się tego spodziewać. Po co w ogóle tutaj przychodziłam?
- N-nie...
- Więc niech dziewczyna się wynosi! - krzycząc to, trzasnęła o kruchą podłogę laską, której do tej pory w ogóle nie widziałam. Wtedy wychyliła swoją głowę za cienia i ujrzałam jej trupio bladą twarz pokrytą przebarwieniami oraz jej całkowicie czarne oczy, a raczej coś, czym zostały wcześniej zastąpione. Włosy zdawały się być tak delikatne, że kruszyły się przy jej każdym ruchu. Pod materiałem dostrzegłam jej nagą pierś oraz ciało pokryte cienkimi przecięciami, przez które musiała mieć spuszczoną krew. Z mojego gardła wydobył się przeraźliwy wrzask, a ja pędem rzuciłam się w ulewę.
Przez pierwszy kilometr szaleńczej ucieczki sądziłam, że martwa kobieta mnie goni, jednak po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jej nigdzie nie widzę i że musiała zostać w budynku. Z łomoczącym sercem ze zdenerwowania i zmęczenia usiadłam na kamieniu. Ciężkie krople deszczu uderzały o moją głowę, jednak ja nic sobie z tego nie robiłam. Było mi zimno, ale mówi się trudno - najwyżej będę chora. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
Spróbowałam uspokoić oddech, zwieszając głowę i odgarniając przemoczone włosy do tyłu. Po drodze zgubiłam gdzieś również okulary, więc gorzej widziałam. Będę musiała iść do Miasta i zakupić nowe... Pora wracać w końcu do watahy. Wstałam na równe nogi, zmieniłam się w wilka i ruszyłam w kierunku, gdzie powinnam natrafić na stado.
Nie mogłam się jednak pozbyć wrażenia, że ktoś mnie śledzi i był znacznie bardziej ludzki od wcześniej zobaczonych zwłok. Może to była zwykła iluzja, a ja dałam się nastraszyć? Co się stało z dawną nieustraszoną Soharą? Co jeśli to moja prawdziwa twarz, a ja w rzeczywistości jestem strachliwą dziewczyną, która tylko zgrywa twardziela?

<C.D.N.> 

Uwagi: Kilka literówek.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 1

Uwaga! Opowiadanie zawiera sceny drastyczne.

Wracając z dyżuru w WhyPaw'ie, postanowiłam iść kompletnie inną drogą. Nie spieszyło mi się jakoś szczególnie do watahy - miałam w końcu dzień wolny. Poczułam silny impuls sięgnięcia po jedną z fajek w pudełku otrzymanym przez Jaysona, ale zrezygnowałam z tego. Już wystarczyło, że paliłam podczas dyżurów. Nie czułabym się dobrze z myślą, że byłoby je czuć jeszcze w watasze. Nie chciałabym zatruwać płuc szczeniakom, którymi się opiekuję. Palę od stosunkowo niedawna. Żyję w coraz większym stresie, a to była dla mnie idealna forma odstresowania się. Jayson wciągnął się w to już jako nastolatek, więc chyba nie było ze mną aż tak źle. Sam twierdził, że w WhyPaw'ie to już tradycja - każdy prędzej czy później się w to wkręca. Żyjemy w brudnym świecie pełnym przestępczości, więc to był chyba najmniejszy problem, jaki mieliśmy. Możliwe, że swoje dzieci (o ile takowe kiedyś sobie sprawię) niegdyś też będę zmuszona do tego wciągnąć... Jak na chwilę obecną zdaje się, że zostanę starą panną. Jakoś szczerze mówiąc mi to nie przeszkadza. Już starczy, że ja mam zepsute życie przez to wszystko, co zwykłam przeżywać na co dzień.
O ile byłam skupiona na ścieżce, którą podążałam, tak w końcu zdecydowałam się podnieść głowę. Zmarszczyłam brwi, widząc zarys ciemnego budynku. Nie wiedziałam, że ktokolwiek tutaj mieszka. W duchu cieszyłam się, że nie uległam przemianie w wilka, gdyż wtedy to mogłoby się skończyć nieprzyjemnie. O ile oczywiście ktoś tam mieszka.
Z każdym krokiem znajdowałam się coraz bliżej. Kiedy w końcu przystanęłam naprzeciwko zarośniętej ścieżki prowadzącej do drewnianego, sypiącego się domu, dostrzegłam, że drzwi zostały wystawione i leżały gdzieś w trawie. Mogłabym pomyśleć, że to sprawa rabusiów, ale dlaczego rzucone zostały na grządkę kwiatów? Zaintrygowało mnie to nieco. Skoro dom zapewne był opuszczony, ja nie bałam się przygód, a z każdego ryzyka wychodziłam w jednym kawałku, nic nie stoi na przeszkodzie eksploracji. Ochoczo ruszyłam naprzód.
Zauważyłam, że od starych, spękanych drzwi odchodziła już farba, a na surowym drewnie były... jakieś napisy. Z wrażenia aż stanęłam w miejscu i spróbowałam je odczytać. Pismo niestety było nieczytelne, a słowa pochodziły z innego języku, którego niestety nie znałam. Wzruszyłam ramionami i zaciskając palce na szelkach plecaka wypełnionego scyzorykami, linami czy po prostu butelkami z wodą, ruszyłam dalej.
Minęłam zniszczoną ramę wejściową i stanęłam w pomieszczeniu, które musiało być salonem. Nie znajdowało się tam nic prócz powycieranego fotela i starego telewizora z pękniętym ekranem. Po podejściu bliżej zauważyłam, że ktoś wyjął całe wnętrze urządzenia i na jego miejsce włożył... no właśnie - co? Latały nad tym muchy i przypominało brzydką, zniekształconą papkę. Zmarszczyłam nos, czując niesamowity smród. To pewnie wyjątkowo zgniłe jedzenie. Zaintrygowana takim postępowaniem obróciłam się w stronę kolejnego, sypiącego się przejścia, w którym dostrzegłam meble kuchenne. Powoli stąpając po skrzypiącej podłodze weszłam do środka. Resztki dachu porozrzucane były po całym pomieszczeniu. Jedyne, co się tutaj trzymało było podłogą i ścianami. Nie licząc podrapanych blatów. Bardzo podrapanych blatów. Zupełnie, jakby ktoś wielokrotnie przejechał po nich nożem lub położył na nie wielkiego, wściekłego kota. Tapeta z zżółkłymi kwiatami również była cała podziurawiona. Przejechałam po niej ręką. Zniszczenia były naprawdę głębokie. Na ścianie były ślady po zapewne linii wody. Ten budynek kiedyś był zalany. Gdyby deszczówka wciąż tutaj stała, sięgałaby mi do kolan. Otworzyłam lodówkę, której drzwiczki były również umazane dziwnymi słowami. W środku znalazłam mnóstwo pleśni, robali i równo poustawianych butów - za równo męskich, damskich, jak i dziecięcych.
Osobliwe miejsce - pomyślałam, kierując się ponownie do salonu, w którym znalazłam schody prowadzące na górę. Nie były w najlepszym stanie, ale raczej mój ciężar wytrzymają. Ostrożnie weszłam na górę. Pół piętra było zarwane, zachował się tylko mały pokoik nad salonem, a w nim zniszczony, oblany wieloma substancjami dywanik i stolik. Obróciłam się i rozejrzałam po pomieszczeniu. Było równie zaniedbane jak pozostałe. Budynek ten musiał być porzucony przez właścicieli naprawdę dawno temu.
Kiedy kątem oka dostrzegłam ruch, automatycznie wyjęłam zza paska nóż i skierowałam w tamtym kierunku. Już po chwili zorientowałam się, że wystraszyłam się samej siebie. Na stoliku stało małe zwierciadełko z ruchomą częścią z lustrem. Dało je się obrócić w dwie strony. Podeszłam bliżej. Było bardzo brudne, w równie startej złotej oprawie. Dziwne, że nikt nie zdecydował się go złupić. Uśmiechnęłam się lekko do własnego odbicia i delikatnie ruszyłam palcem część ruchomą. Lusterko się przechyliło w taki sposób, że dostrzegłam za nim kulę wielkości piłki do tenisa stołowego. Wygrzebałam ją i zważyłam w ręce. Była zimna, zupełnie jakby wykonana została z metalu i lśniła niczym perła. Była całkiem czarna. Przyjrzałam się jej raz jeszcze i odłożyłam na miejsce. Zaraz obok leżała kostka Rubika pozbawiona kolorów i rozłożona na części. Nie wyglądało mi na to, aby stało się to samoczynnie. Ktoś musiał ją rozłożyć i tak zostawić... Kula, kostka i zwierciadełko zdawały się być jak na razie najnowszymi elementami znajdującymi się w budynku.
Powoli zeszłam na dół. Jedna z desek zapadła się pod moją nogą, ale na szczęście w porę chwyciłam się poręczy. Teraz zamierzałam przyjrzeć się piwnicy, do której wejście najprawdopodobniej widziałam w kuchni. Przeszłam do tego właśnie pomieszczenia i uniosłam zniszczoną, równie drewnianą klapę, a następnie z hukiem upuściłam na podłogę.
Popatrzyłam w dół schodów. W piwnicy panował półmrok. Stałam tak przez dłuższą chwilę i zastanawiałam się, cóż począć. Czy w ogóle jest sens schodzenia tam? Co jeśli zarwą się schody, mój ostatni środek powrotu? Haro, przecież już nie w takich sytuacjach się znajdowałaś - powtarzałam sobie w duchu - dasz radę i tym razem. Dodając sobie otuchy zacisnęłam lewą dłoń na szelce plecaka, z kolei prawą wyciągnęłam do zardzewiałej poręczy. Już w chwili dotknięcia jej przekonałam się, że jest ubrudzona jakąś substancją na wzór smoły. A może to rzeczywiście była smoła? Jeśli była to prawda, to nie widziałam większego sensu tego jakże dziwacznego poczynania. Ponadto owa substancja była wciąż lekko lepka, choć we większości stwardniała, dlatego też logiczne zdawało się być to, że ktoś usmarował nią poręcz wcale nie aż tak dawno. Zamiast dotykać poręczy oparłam się o brudną ścianę. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że moja dłoń powinna już dorównywać czystością niejednemu australopitekowi, który nie uznawał kąpieli. Obróciłam ją przodem do twarzy i spoglądając na nią przez ułamek sekundy, zaczęłam pocierać opuszkami palców o kciuk. Zmarszczyłam nos. Pierwszą rzeczą po powrocie będzie umycie się. Kurz osiadły na moich włosach również pewnie nie wyglądał dobrze. Zachowując wszelkie środki ostrożności, jakim było dryfowanie na rozchwianych szczeblach, zeszłam na dół. Już w połowie schodów uderzył mnie odrażający smród, dużo gorszy i wyraźniejszy od tego, który był wszechobecny w całym budynku.
Stanęłam na betonowej podłodze i rozejrzałam się z zaciekawieniem. Jako, że na dworze wciąż było jasno, nawet tu na dole było w miarę widno. Dziurawa podłoga i wybrakowane ściany w górnej części budynku zrobiły swoje i właśnie to im wielce zawdzięczam. Pod ścianą ustawiony był masywny stół przykryty jakimś materiałem. Na to wszystko narzucona była jeszcze gruba folia ochronna. Właściciel stołu musiał się obawiać więc deszczu lub jakichkolwiek innych przypadków zagrażających jego sprzętowi. Nie zaprzątając sobie tym bardziej głowy przeniosłam wzrok na stary, wytarty fotel ustawiony w kącie. Z jego siedzenia wystawały sprężyny. Doprawdy dziwni musieli być mieszkańcy tego domu, skoro urządzili sobie w piwnicy warsztat, do którego wtoczyli jeden stary fotel i... pianino? To już naprawdę traciło jakikolwiek sens. Popatrzyłam na drugi koniec pomieszczenia i doznałam szoku. Stało tam krzesło, a na krześle człowiek. Miał ręce wykręcone w dziwny sposób tak, że zginał je w łokciu, spuszczając całą resztę do akwariów, w których najprawdopodobniej znajdowała się woda, gdyż rysa będąca kamieniem wskazywała poziom, na którym to postać miałaby zanurzone zaledwie czubki palców. Z bijącym sercem podeszłam nieco bliżej, jakby z obawą, że postać zaraz podniesie się i podejdzie do mnie.
- Przepraszam? - spróbowałam zagadać drżącym głosem. Zupełnie wyschło mi w ustach. Postać nie poruszyła się, tylko dalej siedziała, nieco zsunięta z krzesła. Dopiero wtedy zorientowałam się, że była to zupełnie naga kobieta między czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia. Choć jej twarz w momencie śmierci zapewne nie wyrażała żadnych szczególnych uczuć, to teraz była częściowo zgniła, tak samo jak zdecydowana większość jej skóry. Ciemne, już sypiące się włosy splecione w luźny, niedbały warkocz ułożone były na jej ramieniu. Jedno oko miała całkiem zamknięte, a drugie tylko częściowo. Ku swojemu przerażeniu było ono całkiem czarne. Dopiero po chwili zrozumiałam, że mogło to być nie nic innego, jak druga kula, którą znalazłam na górze... wepchnięta na miejsce oka. Zebrało mi się na nudności. Co jej się stało? Czym są te akwaria? Dlatego jest naga? Co z jej oczami? I co najważniejsze - dlaczego nie żyje? Ponownie popatrzyłam na jej ręce. Teraz zauważyłam, że żeby jej łokcie wciąż były zgięte, jej skóra była przyszpilona widelcami do desek wkręconych niczym pionowe półki do krzesła. W momencie śmierci nie krwawiła. Przekłute ciało nie miało żadnych czerwonych smug. Nie było nawet po tym śladu. Za to pozostały jej niedbale zszyte blizny po długich cięciach nożem. Ktoś jej najpierw spuścił krew. W momencie tej chorej operacji już była martwa.
Zaczęłam się wycofywać do tyłu. To miejsce zdecydowanie nie należało do normalnych. Serce biło mi jak oszalałe. Działy się tutaj jakieś chore operacje. Może wzywali demony? Wsysali życiową energię tej kobiety? Czym był ten język? Co oznaczały te zdania? Może to jakieś modlitwy lub czary? A co jeśli ktoś tutaj nadal jest?

C.D.N.

środa, 6 lipca 2016

Od Sohary "Zwycięzca pierwszej rundy" cz. 1 (cd. Astrid)

Jak mogłam się w ogóle dać do tego namówić? Przecież to czysta głupota by konkurować z członkami watahy, do której się należy. Ponoć aby wygrać wystarczy (podobnie jak w boksie) powalić przeciwnika na ziemię na przynajmniej dziesięć sekund. Zadawanie ran trwałych (czyli obrywanie kończyn) oraz zabijanie jest surowo zakazane. Wystarczy sponiewierać nieco przeciwnika, aby można było go z łatwością wyleczyć w szpitalu. Mimo wszystko mam co do tego bardzo złe przeczucia. Znając życie kogoś poniesie i poturbuje kogoś na tyle, że jego własna matka go nie pozna. Niewykluczone, że to może spotkać nawet mnie.
Już stojąc w punkcie, z którego mieliśmy być wysłani na jedną z siedmiu aren, patrząc na zestresowane lub - jak to było widać w przypadku mojego brata - pewne siebie wilki, po prostu wiedziałam, że będą się posługiwać nie siłą, a czarami. Tak było zawsze. Magiczny wilk? Na pewno będzie miotać różnorakimi zaklęciami. Ja niestety, ale nie zostałam obdarowana możliwością rzucania kulą ognia, ani wywoływania niszczycielskiego tsunami. Los uraczył mnie jedynie żywiołem czasu, który jest niczym w porównaniu do wielu innych, dużo bardziej bajeranckich umiejętności. Obiło mi się o słuch, że w watasze niegdyś był wilk władający... czekoladą. Nie mam pojęcia, jak taki ktoś miałby się obronić, ale w to już nie wnikałam. Możliwe, że nie miał innej opcji, niż takiej, jaką ja miałam do wyboru. Do dyspozycji uzyskałam tylko i wyłącznie siłę mięśni, spryt i swój umysł. Dzięki mojemu żywiołowi mogę za to uzyskać więcej czasu na stworzenie strategii.
Spróbowałam odetchnąć, gdyż to były moje ostatnie chwile spokoju, ale powietrze ugrzęzło w mojej klatce piersiowej. Za bardzo się denerwuję. Zawsze jestem tą spokojną i opanowaną, jednak wciąż odczuwam wszystkie emocje, zupełnie jak każdy inny wilk, co było dla niektórych było nowiną zaskakującą.
Między nami przechadzały się wilki, które odpowiadały za organizację. Zastanawiało mnie to, kto będzie decydował o tym, kto z kim konkuruje oraz kto będzie wybierał areny oraz przede wszystkim je kreował. Powiodłam wzrokiem po pyskach towarzyszów. Jedni stali sztywno, inni między sobą szemrali. Ich miny pozostawały dla mnie zagadką. Może toczyli ze sobą wewnętrzny bój, zupełnie jak ja. Nie umiem wejść do cudzej głowy. Może i nawet to dla mnie lepiej. Nie chciałabym nikogo poznać aż tak blisko. Wolę jednak wiedzieć o innych tyle, ile każdy przeciętny wilk.
Właściwie to w duchu bałam się tego, co mnie czeka. Miałam wielką nadzieję, że to się szybko skończy. Nie wątpiłam w to, że skończę w szpitalu, ale lepsze to od całodniowego pojedynku. Tego chyba bym nie wytrzymała.
- Witajcie na pierwszej edycji "Bitwy o zwycięstwo"! - odezwała się Alfa, której dotychczas w ogóle nie widziałam. Wciąż przytłaczało mnie to, że była o ponad głowę ode mnie niższa. - Bez zbędnej gadaniny, gdyż wiem, że już mieliście wcześniej wyjaśnione, po prostu przejdę do jedynego pytania, które chciałam zadać: jesteście gotowi?
Zauważyłam, że każdy z uczestników powoli pokiwał jej głową, zupełnie bez przekonania, więc ja uczyniłam to samo.
- W takim razie życzę powodzenia! Niech wyłonią się zwycięzcy pierwszej rundy! Do zobaczenia niebawem!
Niespodziewanie oślepił mnie nagły blask wydobywający się z Suzanny, która stała na środku okręgu, wokół którego staliśmy. Moje ciało zostało gwałtownie poderwane do góry, w związku z czym cała zawartość żołądka wywróciła się w drugą stronę. Ponadto uderzył mnie ból głowy tak silny, że odnosiłam wrażenie, jakby ktoś uderzył mnie w nią młotem. Zachwiałam się. Wtedy wszystko pociemniało, a ja upadłam na twardo ubitą ziemię.
Nim zamruga oczami, by się nieco przyzwyczaić, przywitało mnie uderzenie kulą skupionej energii, która musiała mnie odepchnąć na odległość kilku metrów. Niewiele brakowało, a zwyczajnie bym upadła. Chcąc się podjąć odpowiedzi na atak, zostałam przywarta do szorstkiej skalnej ściany. W końcu ujrzałam swojego przeciwnika. Tuż przed moim pyskiem znajdował się łeb Astrid. Patrzyła na mnie przepraszająco, po czym wykorzystując moje zaskoczenie i to, że przywarła mnie łapami do ściany, zadała mi cios prosto w pysk. Przechyliłam się w bok, jednocześnie wyślizgując się jej z łap. Jednakże straciłam równowagę i spadłam... do dziury. Syknęłam z bólu, gdyż wszędzie wszystko było wykonane z twardego kamienia. Szybko uświadomiłam sobie, że znajdujemy się nie nigdzie indziej, jak w jaskini przypominający wielopoziomowy labirynt. Szybko obejrzałam się na bok i ustaliłam, w które strony warto się udać. Plecy nie bolały aż tak, więc nim wadera wskoczyła do dołku w ślad za mną, ja już skoczyłam w jeden z krętych korytarzy.
Omijanie stalagmitów i stalaktytów nie sprawiało mi większego problemu, jednakże jak szybko się okazało, Astrid robiła to jeszcze sprawniej. Starałam się ją zgubić, ale nie skutkowało. Była za szybka. Niewiele brakowało, a by mnie ugryzła w ogon. W momencie, kiedy zaczęła wyczarowywać iluzje, od których zaczęło mi się kręcić w głowie, przypomniało mi się, że przecież mogę wszystko zatrzymać. Zacisnęłam powieki, uprzednio upewniając się, że na tym odcinku akurat nie ma przeszkód, pomyślałam sobie, co chcę uczynić. Poczułam, że powietrze staje się cięższe, jak zwykle, gdy wszystko stawało w miejscu. Najwidoczniej udało mi się. Żeby upewnić się o sukcesie zwolniłam i otwierając oczy, obróciłam się przez ramię. Astrid stała z otwartym pyskiem w miejscu. Dosłownie zastygła w szaleńczej pogoni. Przez chwilę jeszcze patrzyłam na swoje dzieło, po czym odwróciłam się i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie.
Nie ma sensu się teleportować, bo i tak nie znam terenu. Mogłabym wylądować w jednej wielkiej nicości. Niezbyt uśmiechała się do mnie ta wizja. Muszę odszukać jakieś spokojne miejsce, na które nałożę czar czasu, przez co Astrid nie będzie mogła mnie odszukać za pomocą jej iluzji. Aż strach pomyśleć, co oznajmi Danny, gdy tylko dowie się, że walczyłam z jego dziewczyną. Niedawno sam mi się chwalił o swoim pierwszym związku. Pierwszym i ostatnim, a przynajmniej taką mam nadzieję. Mój brat jest typem wilka, po którym można się spodziewać wszystkiego. Choć do romantycznych nie należę, wiem czym jest wierność. Nie chcę, aby jej złamał serce. Była naprawdę świetna w tym, co robi. Jednak to chyba nie jest pora, bym rozmyślała o miłości.
Uważnie rozglądałam się na boki i po kilkakrotnym skręceniu na rozwidleniach uświadomiłam sobie, że trafiłam do ślepego zaułku. Muszę szukać dalej. Idąc tak i wyglądając jakiejś większej przestrzeni, zastanawiałam się, czemu to ma właściwie służyć. Schronię się... i co dalej? Nie umiem sobie wyczarowywać broni. Teraz zaczęłam tego żałować. Muszę wymyślić coś, czym ją naprawdę zaskoczę. Nie warto nadmiernie grać na czas. I równie dobrze mogłam tuż przed nią usiąść i patrząc na jej nieruchomą sylwetkę, namyślać się nad planem. Jednakże zauważyłam, że kiedy się poruszam, do mojej głowy przychodzą lepsze pomysły.
Trafiłam na kolejny ślepy zaułek, jednak ten jak się okazało, miał ukryty za sobą mały przesmyk, przez który po chwili namysłu się przecisnęłam. Za nim znajdowała się nieco większa przestrzeń. Tutaj mnie nie znajdzie, a przynajmniej nie od razu. Od razu pozbyłam się zaklęcia, które zatrzymuje czas i przywołałam inne, tym razem ochronne. Usiadłam pod ścianą, pod którą nie będę zauważona nawet wtedy, kiedy ona wejdzie do środka.
Mijały minuty, a może i nawet godziny, a ja dalej zastanawiałam się, co później postąpić. Najwidoczniej nie pozostanie mi nic innego, jak na nią naskoczyć i spróbować poranić. Siedząc tak w mroku, dopiero uświadomiłam sobie, że nie było tutaj żadnego źródła światła. Teoretycznie nie powinnam widzieć nic... a jednak. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką sytuacją. Czułam się tak, jakby wszystko było słabo oświetlone, ale jednak zawsze... Nawet wilki nie miały tak dobrego wzroku. Czyżbym zaczęła widzieć w ciemności tak doskonale jak kot?

<Astrid?>

czwartek, 26 maja 2016

Od Sohary "Nowa znajomość" cz. 2 (cd. Rey)

Wdech ustami, wydech nosem - taki jest system, dzięki któremu nie dostałam zadyszki. Pędziłam przez las, wracając z nocnej zmiany w WHtPWaV-pie. Musiałam zostać dłużej, przez co wypuścili mnie dopiero po południu. Wszystko zaczęło się komplikować, a już szczególnie sprawa watahy Aramisa. Poza tym od dłuższego czasu nazywamy naszą organizację dość żartobliwie, by móc jakoś umilić sobie czas tam spędzony. Nazwę "Whypawie" (gra słowna: angielskie słowo "why", czyli "dlaczego" oraz "pawie", te zarozumiałe ptaki z długimi ogonami) wymyślił oczywiście Jayson. Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie wyraz jego pyska, gdy tłumaczył nam, jak ubzdurał sobie taką nazwę. Jedna wizyta w ludzkiej wsi i już uważa się za lepszego. W sumie trochę mu zazdrościłam, bo przez tą akcję zaczął otrzymywać małą wypłatę. Ja wciąż tkwiłam na swoim stałym stanowisku, najprawdopodobniej bez szansy awansu. Z drugiej strony Whypawie dla Jaysona były całym życiem, a dla mnie jedynie pracą dorywczą. Wkładał w to cały swój czas i serce. Właściwie byłam z niego dumna, bo dołączyliśmy o niemalże tym samym czasie i miałam okazję razem z nim mieć trening. Odszedł z watahy na rzecz tej pracy.
Moje rozmyślania przerwała wadera, której nie zauważyłam. Wpadłam na nią, przez co przeturlałyśmy się o kilka metrów i wpadłyśmy do pobliskiego rowu, w którym wataha zbierała deszczówkę.
- Oj, przepraszam - Powiedziała szybko wadera, która natychmiast podniosła się z podmokłej ziemi i otrzepała. Na mnie również upadek nie zrobił większego wrażenia, bo byłam w sumie już przyzwyczajona do bólu i upadków... no i co ważniejsze, o dziwo wylądowałam na czterech łapach.
- Nic się nie stało... Jestem Sohara. - Mruknęłam, patrząc na swoje zabrudzone futro.
- Ja nazywam się Rey... miło mi cię poznać.
- Kiedy dotarłaś do naszej watahy? Jeszcze nigdy cię tu nie widziałam. - Rzekłam, podnosząc wzrok na waderę i badając ją spojrzeniem. Miała gładko czarne futro z pojedynczymi turkusowymi akcentami.
- Chyba jakieś trzy, cztery tygodnie temu poznałam Ishi, która mi zaproponowała dołączenie do watahy.
- To fajnie... - powiedziałam, wspinając się w górę, by móc wyleźć z rowu. - A jak tu dotarłaś?
Zaczęła opowiadać o swoim życiu. Dość długo jej to zajęło, nim skończyła, więc byłam już na Wrzosowej Łące, kiedy skończyła swoje przemówienie. W międzyczasie jeszcze skontrolowałam, jak radzi sobie zespół polowań beze mnie. Jakiś czas temu zmieniłam stanowisko z goniącej na opiekunkę młodych. Zrobiłam to nie tylko ze względu na to, że aktualnie nie ma we watasze żadnego szczeniaka i będę mieć więcej czasu, ale również dlatego, że w mojej głowie wciąż jaśniał uśmiech malutkiej Telleni.
- Hm... Dużo w życiu przeszłaś - oznajmiłam na końcu.
- A ty... jak tu się dostałaś? - Zapytała. Posłałam jej dłuższe, zamyślone spojrzenie, aż w końcu nie powiedziałam, w sumie na odczepkę:
- Wolę o tym nie mówić...
Nie chodziło tylko o to, jak dołączyłam, ale o moją zmarłą matkę, oszalałego ojca, brak zaufanych przyjaciół i Telleni, którą utraciłam dobry rok temu. Na samą myśl o moim życiorysie przechodziły mnie ciarki. Nie było w tym nic tak okrutnego, co przeżyli niektórzy, ale świadomość, że jednak wolałabym o tym nie mówić sprawiła, że nie zaczęłam tworzyć autobiografii. Nigdy nie lubiłam opowiadać o sobie, bez względu na to, kto to będzie. Wystarczyło, że kilka wilków miało świadomość tego, co przeżyłam chociażby po części. Nie było sensu tego rozpamiętywać.
- Przepraszam, jak cię uraziłam...
- Nie nic się nie stało - Uśmiechnęłam się lekko. Wadera wciąż badała mnie swoimi czujnymi, zielonymi oczami, chyba nie dowierzając moim słowom.
- Może pójdziemy na klif? Bardzo fajne miejsce.
Przypomniałam sobie te wszystkie chwile, kiedy przesiadywałam na klifie i wpatrywałam się w zachody słońca. Telleni zawsze była u mojego boku. Od kiedy jej nie ma, nie odwiedziłam go ani razu. Może powinnam zmienić podejście do niego? Rey wyglądała na samicę cieszącą się życiem. Może i ja powinnam być taka, jak ona i cieszyć się każdą chwilą?
- No pewnie, chodźmy. Kto będzie tam ostatni, to zgniłe jajo!
- Nie mogę biec... Moja łapa jeszcze nie wyzdrowiała - mruknęła Rey, spuszczając wzrok. Przypomniałam sobie, jak opowiadała o ataku na jej osobę. Skinęłam głową i się uśmiechnęłam.
- Zapomniałam. Chodźmy powoli.
Nie spiesząc się nigdzie, podążyłyśmy w kierunku klifu. Wadera kulała, ale zaciętość na jej pysku wskazywała na to, abym nawet nie pytała o to, czy jej pomóc. Wyglądało na to, że z mojego wyjątkowo idiotycznego planu nici. Szybko doszłam do wniosku, że raczej z moim życiem nie jest na tyle źle, by chcieć się zmieniać. Nie ma sensu na siłę udawać kogoś wiecznie chętnego do zabawy. Mam już pięć lat, nie będę zgrywać dziecka, w przeciwieństwie do Danny'ego. On to on, ja to ja. Nie lubię udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.
- Aaa... Masz jakąś moc? - zapytała, gdy dotarłyśmy już na miejsce.
- Tak, potrafię przenosić się w czasie. - Odparłam spokojnie.
- Naprawdę!? Ja umiem tylko wzniecać ogień.
- To też coś! Cały czas przy sobie masz broń, i to taką której nie trzeba dźwigać - Zaśmiałam się lekko. Od zawsze marzyła mi się umiejętność wzniecania ognia bez potrzeby dźwigania wszędzie ze sobą krzesiwa. Jayson otrzymał to błogosławieństwo, które bardzo pomaga mu w wykonywaniu misji.
- Heh... W sumie lepsze to niż nic.
- Ja umiem też się teleportować. - Powiedziałam, w sumie sama nie wiedząc dlaczego. Wpatrywałam się w słońce odbijające się w delikatnie falującej wodzie. Przypominały mi się wszystkie chwile, gdzie musiałam odbyć starcie z przeciwnikiem silniejszym ode mnie. Zdolność teleportacji w zestawie z czasem nadrabiała wszystko, co z brakiem mocy fizycznej się wiąże.
- Wow, też bym chciała tak umieć. Nie musisz nigdzie chodzić wystarczy, że pomyślisz o tym miejscu i już tam jesteś. - Powiedziała, jednak ja słuchałam ją już jednym uchem. Patrzyłam na wszystkie kolory malujące się na niebie. Gdybym tylko potrafiła używać farb, przyniosłabym paletę i zamoczyła w nich pędzel.
- Jaki piękny zachód słońca... Dawno takiego nie widziałam.
- Piękny, ale zbliża się noc, musimy wracać do watahy - oznajmiła rzeczowo moja nowa znajoma.
- Niestety... Musimy już iść, po ciemku nie za dużo widać - Zaśmiałam się lekko. Znowu przypomniały mi się wieczory, kiedy przychodziłam tutaj z Tell. Kładłyśmy się na skale i czekałyśmy na zachód, bez względu na pogodę i porę roku. Za każdym razem to zjawisko odkrywałyśmy na nowo. Nowe kolory i skojarzenia. Zamknęłam oczy i wzięłam w płuca jak najwięcej morskiego powietrza.
- Chodźmy. - Ponagliła, więc otworzyłam ślepia, podniosłam się i ruszyłam w przeciwnym kierunku. Czarna jak noc wadera zrobiła to samo. Pytała jeszcze o kilka nieistotnych szczegółów, przykładowo o to, skąd mam łuk i po co mi on, czy jest mi zimno i czy lubię lato. Ponadto gdy przechodziłyśmy przez Zielony Las Rey wypatrzyła borówki. Nie byłam szczególnie głodna i nie przepadałam za owocami, ale z grzeczności zjadłam kilka.
- To co, widzimy się jutro? - zapytałam stojąc już przed swoją jaskinią.
- No pewnie, a czemu nie.
- To do jutra, pa!
- Do zobaczenia - Powiedziała, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła. Obserwowałam ją tak długo, póki nie zniknęła w swojej jaskini, która jak się okazało znajdowała się nieopodal mojej. Westchnęłam, po czym wybiegłam z jaskini. Wiedziałam, że dziś tuż po zachodzie słońca odbędzie się trening. Rzadko na niego przychodziłam, głównie ze względu na późną porę. Po kilkudziesięciu ćwiczeniach w końcu musiałam znowu biec do bazy Whypawi. Byłam już co prawda rozruszana, ale i za razem nieco zmęczona, a przede mną jeszcze cała noc na dyżurze. Jedynym pocieszeniem była myśl, że jutro w nocy będę miała spokój i choć raz będę mogła się porządnie wyspać.
Zmachana wpadłam do bazy, a pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy była kilkumetrowa sterta notatek. Sięgała niemalże do sufitu. Niewiele brakowało, a zwyczajnie bym na nią wpadła.
- Cześć, Haro! - wykrzyknął radośnie mój partner. Odwróciłam się w jego kierunku i uśmiechnęłam krzywo. - Masz gałąź we włosach.
- Poważnie? - Otworzyłam szerzej oczy. Basior nie odpowiadając mi, zmienił się w człowieka i wygrzebał długą gałąź z pojedynczymi listkami z moich włosów.
- Nie, na niby. - Zaśmiał się, wymachując mi nią przed nosem. Również zmieniłam się w człowieka i odepchnęłam ręką gałązkę.
- Każdemu się to może zdarzyć. - Jayson dalej się głupio szczerzył. - Już się tak nie ciesz. Mam ci przypomnieć, jak ptak narobił ci na twarz, kiedy śmigałeś przed całą agencją na motorze?
Chłopak się skrzywił i wyrzucił przez ramię przedmiot. Trafił w kubek z kawą Lary'ego.
- Hej! Uważaj co robisz! Teraz ty będziesz musiał to wypić! - wykrzyknął oburzony, wyglądając zza monitora komputera. Mina Jaysona była po prostu bezcenna, przez co wybuchnęłam śmiechem. - Słyszysz?
- Tak, tak... już idę.
Jayson podszedł do biurka mężczyzny i spróbował go przekonać, że lepiej byłoby wylać kawę z kawałkami oberwanej kory wewnątrz, niż się nią truć, ale Lary chciał po prostu dokonać na nim zemsty.
- Co to za papiery? - zapytałam Madeen, która akurat siedziała na krześle, ostrzyła swój sztylet i przysłuchiwała się kłótni.
- Część zbiorów z bibliotek niektórych watah.
- Na temat...? - Pytałam, chwytając jeden z nowo wyglądających notesów i wertując jego strony.
- Głównie polityki. - Zamilkła na chwilę, a następnie odłożyła sztylet i usiadła noga na nogę. - Należysz do Watahy Magicznych Wilków, prawda?
- Tak... - mruknęłam, spoglądając na nią. Jej długie blond włosy spadały w dół niczym kurtyna. Musiała być bardzo ładna, bo gdyby nie wiecznie ropiejące oko, ręka odcięta aż do łokcia, liczne blizny oraz zamiłowanie do walki z całą pewnością miałaby już wspaniałego męża.
- Będziesz musiała też stamtąd nieco zwędzić. Podobno jest tam całkiem sporo notatek o tej watasze, która utrudnia nam robotę.
Mogłam się tego spodziewać. Nie czułam się dobrze na myśl o kradzieży. Często ktoś tam przychodził, więc trudno będzie to zrobić. Od razu by się zaczęły pytania, nawet jeśli bym tylko te książki wypożyczyła. Skoro będzie ich dużo, mogę mieć problem z wyniesieniem.
- Ktoś mi pomoże?
- Jeśli chcesz, możesz iść z Jaysonem.
Popatrzyłam w kierunku najbliższej mi osoby, która akurat ocierała usta od niesmacznej kawy. Lary triumfował.
- Do kiedy mam to przynieść?
- Najlepiej do końca tygodnia. Możesz iść nawet teraz na dyżurze.
Zaczęłam zastanawiać się, czy lepiej iść teraz, czy na razie się wstrzymać. W końcu jutro mam wolne. Podjęłam decyzję. Nie odpowiadając już Madeen, podeszłam do biurka, o które opierał się Jayson i oznajmiłam, nie przyjmując sprzeciwu:
- Idziesz ze mną.
On nie pytając o nic, po prostu skinął głową. Przywykł do tego, że nie lubiłam się tłumaczyć, a o szczegółach zadania dowie się dopiero na miejscu lub po drodze. Gdy wyszliśmy na dwór, zapytał, czy bierzemy motory, lecz kiedy zmieniłam się w wilka, odpowiedź była już jasna.
Rzuciliśmy się biegiem na wschód. Dotarliśmy przed drzwi biblioteki jakieś trzy kwadransy później. Na szczęście wszyscy spali, więc nikt nawet nie zorientował się, że na tereny wtargnął ktoś obcy. Delikatnie pchnęłam porośnięte fantazyjnymi kwiatami wrota. Jayson ciekawy wszystkiego zajrzał do środka.
- Świetna ta wataha. Wiele o niej słyszałem, ale wygląda jeszcze lepiej niż sądziłem. Tyle przestrzeni do biegania...
- ...jak debil gdzie tylko się tobie zamarzy? Powodzenia życzę. Na całą watahę ze swoją głupotą wystarczy mój brat.
Tym samym zamknęłam mu usta, więc również wkroczyłam do środka, szczelnie zamykając drzwi. Było całkowicie ciemno, dlatego też Jayson użył swojego żywiołu do oświetlenia sali. Wydał z siebie ciche "łał", widząc rzędy regałów wypełnionych po brzegi obszernymi tomiskami. Wiedziałam, że nie lubi czytać, ale właściwie nic dziwnego, że ten zbiór zrobił na nim duże wrażenie.
- Czego lub kogo mamy szukać? - zapytał.
- Czegoś na temat "watahy X".
Skinął głową i podszedł do jednej z półek. Po drodze zapalił dodatkowo kilka świec, dzięki którym i ja miałam dostatecznie dużo światła. Mijały godziny, a ja miałam już kilkadziesiąt notesów dotyczących sąsiadów Watahy Magicznych Wilków i nie tylko.
- Haro... Chyba ktoś idzie - szepnął w którejś chwili basior. Usłyszałam, że zgasił swoją kulę ognia i ukrył nieco głębiej między półkami. Ja nie zdążyłam tego zrobić, gdyż drzwi już się otworzyły, a w nich stanęła dość zmarnowana postać. Jej kolor wtapiał się we wszechobecny mrok. Zorientowałam się z kim mam do czynienia dopiero po kilku sekundach, gdy mignęły mi turkusowe i białe wzory. Rey. Dopiero po chwili zauważyła, że ktoś również jest w środku, bo ruszyła w moim kierunku. Przeklęłam w duchu. I jak ja się teraz wytłumaczę? Jest środek nocy, a ja gromadzę na podłodze jakieś zakurzone rękopisy.
- Cześć, Sohara... co tutaj robisz?
- Ja... nie mogłam zasnąć. - mruknęłam, starając zasłonić stertę książek rzuconych bez ładu gdzie tylko popadnie. Wadera ziewnęła. - A ty?
- Chyba znowu lunatykowałam... ocknęłam się w Magicznym Ogrodzie, więc pomyślałam, że zajrzę i wezmę jakąś książkę do poczytania na jutro.
- Heh... i co bierzesz?
- Nie wiem. Może ty mi coś polecisz? - mówiła ledwo przytomna. Widziałam, że usypiała na stojąco.
- Może... "Hybrydy polarne"?
- Co to?
- Taki jakby atlas gatunków zamieszkujących północ.
- Ciekawe to? - mruczała prawie niesłyszalnie.
- Tak, z całą pewnością warte uwagi... - Grałam na czas, kątem oka obserwując Jaysona, który próbował wyleźć przez okno z plikiem papierów przywiązanych do grzbietu.
- W którym dziale leży?
- Hm... chyba w encyklopediach.
- No... ok... - ziewnęła i poczłapała do innego regału. Wtedy Jayson wykonał skok, ale omyłkowo zahaczył łapą o świecznik. Ten się zakołysał i upadł na papiery. Natychmiast zajęły się ogniem. Rey widząc to od razu się wybudziła i z przestrachem obserwowała pożar, a następnie ugasiła go za pomocą swojego żywiołu.
- Co to było?! - wykrzyknęła. Wyglądała na przerażoną. Mnie też serce łomotało. Kilka cennych notatników było częściowo spalonych.
- Nie wiem... chyba wiatr...
- Widziałam jakiś ruch!
- Może lis?
- Było większe od lisa! - krzyczała i podbiegła do otwartego okna. Jayson zniknął już za drzewami. Miał szczęście, ale Rey już nie bardzo. Nieźle ją nastraszył, a ja teraz będę zmuszona wmuszać jej jakieś bajeczki. Nakaz milczenia nie pozwalał mi nikomu nawet wspomnieć o Whypawiach.

<Rey? Nie rób z Haro rozbrykanego dziecka, ani najlepszej przyjaciółki, proszę. Nie lubi opowiadać o sobie, ani zdradzać tajemnic, tak więc na 100% nie piśnie nawet o WHtPWaV.>

Uwagi: brak

wtorek, 16 lutego 2016

Od Sohary "Spacer w chmurach myśli" cz. 4 (cd. chętny)

Basior przytaknął, więc ruszyliśmy w stronę parku, który i tak był dość rzadko odwiedzany przez wilki. Mimo wszystkich pozorów, ja akurat lubiłam tam przychodzić i czytać książki... teraz niestety nie mam już zupełnie na to czasu, a ćwiczenia intelektualne zastępują mi ćwiczenia fizyczne. Nie mogę się już kształcić pod względem logistyki, którą tak bardzo lubiłam... jestem skazana na wielogodzinne treningi walki, siłowe czy wytrzymałościowe. Mało zainteresowana światem uniosłam wzrok, by spostrzec, że niebo przykryły bure chmury, które jakby całą swą istotą ostrzegały, że zaraz lunie deszcz. Ja jednak nic nie mówiłam, bo Mentis najwidoczniej również to zauważył. Wiatr zadął, przechylając niestabilne czubki drzew. Spod przymrużonych powiek obserwowałam całe to zjawisko. Te dni były tak ekscytujące, że aż monotonne... dzień w dzień musiałam robić to samo, dzień w dzień te same czynności, lecz w nieco innej formie. A to łania nam ucieknie na polowaniu, a to ktoś złamie sobie łapę podczas treningu, a to wróg, z którą walczy moja agencja zdoła uciec... Zawsze coś, coś co jednocześnie ekscytuje, ale i za razem nudzi. Jest już niewiele rzeczy, które robi na mnie wrażenie. Siedzę w tym od niemalże trzech lat... przede mną jeszcze dziesięć, aż się całkiem nie zestarzeję, osiwieję i każdy wysiłek będzie dla mnie wyzwaniem. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, o której niemalże zapomniałam. Jestem nieśmiertelna. Ta katorga będzie się ciągnęła wiekami, aż do końca świata.
- Co cię trapi? - zapytał niespodziewanie. Niemalże o nim nie zapomniałam.
- Nie ważne... to nie jest twoja sprawa... - mruknęłam, nawet na niego nie spoglądając. On raczej nie przywiązał do tego większej wagi, bo milczał aż do czasu, kiedy ja sama postanowiłam coś powiedzieć. Staliśmy wtedy na skraju Żółtego Lasu. Liście teraz zdawały się być dziwnie ciemne, lecz wciąż obficie sypały się z drzew, tak jak niemalże o każdej porze roku... no może pomijając zimę, kiedy to i one są całkiem nagie i wyglądają całkowicie inaczej, niż obecnie.
- Jesteśmy na miejscu. - oznajmiłam, choć to nie do końca było prawdą. Niespokojnie wodziłam wzrokiem na kołyszących się drzewach. Zebrało się wietrzysko tak uporczywe i silne, że wymiatał spod korzeni roślin ziemię, a żółte listki wirowały jak oszalałe. Wtedy niebo przeciął jasny piorun, rozświetlając okolicę na tyle, że przez ułamek sekundy nie widziałam nic prócz jednolitej jasności. Musiał trafić gdzieś nieopodal. Uniosłam wzrok ku górze. Niebo było granatowo-szare, gdzieniegdzie niemalże czarne. Tak jak się spodziewałam, najpierw spadło kilka kropelek na mój nos, a później lunęło tak potężnie, że czułam na swoim grzbiecie uderzenia tak mocne, jakby ktoś uderzał mnie biczem.
- Proponuję schować się w tamtej jaskini u góry - przekrzyknął ulewę mój towarzysz. Mimo nieprzyjemnego bólu, całkowicie opanowana zwróciłam ku niemu pysk i skinęłam głową. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, o jakiej jaskini mówi, jednakże mógł najzwyczajniej w świecie jakąś dostrzec po drodze. Ja byłam zbyt zamyślona, by obserwować krajobrazy, które znam od dzieciństwa, w przeciwieństwie do nowego członka stada.
Woda szybko zamoczyła mi całe futro, tak, że lała się ze mnie strumieniami. Aż dziw, że o tej porze roku mieliśmy okazję napotkać na taką pogodę. Zwykle tak silne burze pojawiały się w gorące lata. To akurat do takich nie należało. Możliwe, że po prostu któryś z członków watahy o żywiole pogody pomylił zaklęcia, co poskutkowało wyjątkowo niewygodną dla nas ulewą. Basior ruszył, a ja podążyłam w ślad za nim. Ledwo dostrzegałam to, co działo się dookoła, gdyż krople wody przyklejały mi się do rzęs, przez co moje widzenie było wyjątkowo ograniczone. Potrząsnęłam głową, jakby łudząc się, że to pomoże.
Zaczęliśmy się wspinać na pagórek, na którym Dante lubił zjeżdżać zimą, tworząc szlaczki w głębokim śniegu. Rzecz jasna nie robił tego łapami, lecz swoimi jakże zgrabnymi pośladkami. Twierdził, że skoro nie pozwalam mu zasiąść na kawałku oderwanej kory, by nie zrobił sobie krzywdy, to będzie zjeżdżać właśnie tak. Prawda była taka, że to właśnie ja to zaproponowałam, a on się wciąż upiera, że było na odwrót. Po każdej zabawie w śniegu przychodzi do mnie, pokazuje wszystkie otarcia na jego tyle i skarży się, że to przeze mnie, choć oczywiście ja nie mam nic do rzeczy. On co jedynie chce udowodnić swoją rację. Za każdym razem mu przytakuję tylko i włącznie ze względu na to, by się w końcu łaskawie zamknął. Wciąż nie wiem, gdzie on był, kiedy uczyliśmy się w szkole, jak nie być totalnym idiotą. Najwyraźniej trochę zaspał, przegapiając całe swoje dzieciństwo, przez co w dorosłości sądzi, że ma prawo zachowywać się jak kilkumiesięczny szczeniak.
Kiedy stanęliśmy na szczycie pagórka, który był obecnie wymywany przez deszcz, przez co z ziemi robiło się błoto i spływało wraz z znaczną częścią opadu w dół, na ścieżkę prowadzącą do Żółtego Lasu. Wykryłam kątem oka jakiś ruch. Niech to. Niedobrze. Nawet bardzo. Byłam pewna, że była to sylwetka wilka, znajomego wilka. Dokładniej wadery. Przyspieszyłam, jednocześnie wyprzedzając basiora. Od również niemalże zaczął biec, choć nie wiedział dlaczego. Mógł zawsze pomyśleć, że po prostu chcę jak najszybciej znaleźć się w suchym miejscu. Wyprzedził mnie, wbiegając jednocześnie do jaskini, którą dopiero teraz dostrzegłam. Dziwne. Gdy byłam jeszcze maluchem wielokrotnie eksplorowałam te tereny z bratem, lecz nigdy nie znaleźliśmy tego miejsca. Mentis jakimś cudem wypatrzył to już na odległość. Stojąc na skraju jamy wciąż czułam na sobie spojrzenie wadery. Wiedziałam, że jeśli się nie odwrócę, ta zaraz na mnie naskoczy od tyłu. Szybko odwróciłam się za siebie. Stała metr od wejścia. Mentis otworzył szerzej oczy, widząc obcą i przemoczoną do suchej nitki samicę. Zaczęła wyć. Niech to. Wzywa posiłki. Tak jak się spodziewałam, już kilka sekund później wejście do jaskini otaczyło dziewięć innych, również przemoczonych wilków. Nie znałam ich z imienia, lecz z widzenia. Wiedziałam jakie mają zamiary. Nie miałam pojęcia, kto ich tutaj sprowadza, ale miałam pewność, że współpracują i jest ich więcej. Nie zawahają się, by przyleźć tutaj w większej grupie...
- Ktoś osiedlił się na terenie naszej watahy - oświadczyłam, unosząc dumnie brodę, nie chcąc zdradzać lekkiego zmieszania. Wiedziałam, że kłamię, jednak starałam się tego po sobie nie poznać. Nie chciałam, aby niewinny basior miał na tym ucierpieć. Po tych wilkach można było się wszystkiego spodziewać... jedno było pewne - za swoim władcą dojdą do celu, nawet po trupach. Linda i Akmistu powoli weszli do środka, a w ślad za nimi młodziutka Verona, która nie skończyła nawet dwóch lat. Z drugiej strony przyszedł jej starszy brat, Karmite, a dalej Firko, najmłodszy z rodzeństwa. Kolejnych trzech wilków, które wkroczyły do środka nie znałam z imienia, jednakże widząc Faantaasię, od razu moja sierść się najeżyła. Przyjęłam pozycję bojową, szczerząc kły. Mentisa najwyraźniej zatkało, bo stał w miejscu jak słup soli, nie wykonując jakichkolwiek czynności. Patrzyli na mnie z wyższością, całkowicie przekonani o swoim zwycięstwie... jednak zdecydowanie się mylili. Nie spodziewali się tego, że sekundę później zrobię zgrabny obrót wokół własnej osi, będąc tuż przy ziemi. To wystarczyło, żeby trzy wilki przewróciły się z tak zwanym "efektem domino". Kończąc obrót uniosłam swój silny ogon i uderzyłam w czaszki dwóch kolejnych. Cztery ostatnie uciekły. Nie miałam ochoty ich gonić. I tak jak na razie są raczej nieszkodliwe... a przynajmniej tak mówią w centrali. Jeśli coś więcej o nich znajdą, obiecali mnie o tym powiadomić. A jako, że nie otrzymałam więcej wiadomości na ich temat, pozwoliłam im ujść z życiem. Wilki, które poturbowałam chwilę temu, szybko podniosły się z ziemi i z przestrachem patrząc na mnie, czy okażę im łaskę, uciekły najszybciej jak tylko mogły. Strząsnęłam strąki mokrych włosów z pyska, po czym całkowicie opanowana odwróciłam się w stronę nowego członka Watahy Magicznych Wilków. Zamurowało go. Stał z lekko otwartymi ustami. Czyżby wątpił w umiejętności wader?
- Muszę przyznać, że to było niezłe - wydusił po chwili.
- Codzienność - odrzekłam, wzdychając ciężko. Zauważyłam, że deszcz przestawał uderzać z taką natarczywością w już zmąconą ziemię, co jeszcze chwilę temu, a zza burych chmur nieśmiało wychyliło się słońce.
- Idziemy do tego parku czy rezygnujemy? - zapytałam znudzona.
- Idziemy - odpowiedział wciąż nieco zdumiony basior. Jako pierwsza wyszłam z głębi jamy i zaczęłam truchtać w błocku, które już i tak miałam poprzyklejane do łap aż do kolan. On podążył za mną, co uświadamiał mi plusk wielu kałuż, które powstały przez tę nagłą zmianę pogody. Mentis najwidoczniej w przeciwieństwie do mnie nie miał zamiaru ich omijać. Teraz byłam już niemalże pewna, że komuś pomylił się rozkład burz i sprowadził jedną z nich na ziemię nieco za szybko. Szybko przeszliśmy przez Żółty Las, by skręcić na zakręcie w prawo i trafić do otwartej przestrzeni otoczonej zniszczonym murkiem. Wszystko było tak mokre, jak się tego spodziewałam - nieśmiało rozkwitające róże, ławki, żywopłoty, fontanna...
- Wybacz Mentis, ale jestem strasznie zmęczona. Muszę iść się przespać - powiedziałam nieco zmęczonym tonem głosu. Dopiero chwilę temu zaczęłam odczuwać niezwykle przybijające wycieńczenie spowodowane tym wszystkim, co spadło na moją głowę przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Sama myśl o jutrzejszym planie zajęć była już dość przytłaczająca.
- W takim razie do jutra. - odparł niemalże automatycznie, uśmiechając się jednocześnie. Najwidoczniej chciał mnie upewnić w tym, że faktycznie odprawia mnie do swojej jaskini. Popatrzyłam na niego jeszcze przez chwilę, myśląc, czy zapytać go o to, czy sam dotrze do siebie, jednak zrezygnowałam. Nie żegnając się, zeszłam po kamiennych schodkach w dół.
W połowie drogi zatrzymałam się, słysząc nieco nietypowy dźwięk... Szczęk ocierania o sobie drobnych kółeczek metalowego łańcuszka. Zastrzygłam uchem i skierowałam pysk w jego stronę. Dyndał kilka metrów ode mnie, przewieszony przez jedną z niskich gałęzi. Przymrużyłam oczy, nie do końca pewna, czy się nie przewidziałam, jednak widocznie coś rzeczywiście tam było. Weszłam w gęstwinę otaczającą Park we watasze i ze zwinnością lisa podeszłam na tyle blisko, że owa rzecz znajdowała się na wysokości moich oczu. To rzeczywiście był... medalion. Na obrazku przykrytym szkiełkiem w kształcie łezki znajdował się obrazek z wiejską chatą w zimowej scenerii. Nigdy wcześniej niczego takiego nie widziałam. To, aby zostawił go tu człowiek było raczej niemożliwe. Od wieków ich tutaj nie było. Nie wierzyłam, aby tak długo wisiał na tej lichej gałązce. Rozejrzałam się na boki, jakby kontrolując, czy nikt nie widzi, bądź czy nikt nie biegnie za swoim zgubionym elementem biżuterii. Odpowiedział mi wiatr kołyszące żółte drzewa. Przełożyłam więc głowę za pętelkę i strząsnęłam naszyjnik z gałęzi. Obyło się to bez problemów i już chwilę później poczułam chłód łańcuszka na karku. Stałam jeszcze tak przez chwilę, wpatrując się w zamyśleniu w swoje nowe akcesoria, po czym skierowałam się do swojej jaskini.
***
Ocknęłam się i szybko spostrzegłam, że słońce już zachodziło. Stanęłam na równe łapy. Zbiórka! Już całkiem rozbudzona popędziłam do Zielonego Lasu, w którym to miały miejsce treningi. Zajęło mi to dosłownie chwilę, gdyż zdobyłam się na najszybsze tempo biegu... niestety było już za późno. Zastałam polanę pustą. Zdezorientowana zaczęłam się rozglądać dookoła. Ponownie popatrzyłam na słońce... pnące się ku górze. Otworzyłam szerzej oczy. Przecież... ale... czyżbym straciła poczucie czasu? Wychodzi na to, że w rzeczywistości nie stawiłam się na nocnym dyżurze w agencji, a mój trening jeszcze się nie odbył... Przespałam całą noc i wygląda na to, że dziś to nie wczoraj, a ja powinnam się udać do Miasta w poszukiwaniu pracy. Gdybym nie musiała tego zrobić, mogłabym biec do biura i wytłumaczyć sprawę, jednak musiałam najpierw zająć się ludzką pracą... cudnie. I co ja teraz powiem szefowi? Zabije mnie i powiesi moją głowę na ścianie. Zdenerwowana zaczęłam dreptać w miejscu, mając pewność, że nikt mnie nie widzi. Przecież Sohara nigdy się nie denerwuje, nigdy nie panikuje, jest obowiązkowa i punktualna... Moje zaspanie do pracy i całe to zakłopotanie i zagubienie w teraźniejszości nie wróży niczego dobrego.
Westchnęłam i szybko potruchtałam na zachód. Serce ku mojemu zdumieniu waliło w mojej piersi jak młotem. Rzadko kiedy bywałam w Mieście. Drażniła mnie obecność wielu ludzi na raz. Zdecydowanie wolałam żyć ze świadomością, że jestem wśród "swoich". Nie bałam się, lecz denerwowałam. Na samą myśl o bliskim spotkaniu z jednym z nich i płaszczeniu się przed nim, w oczekiwaniu na jakąś dobrze płatną pracę, wzdrygnęłam się. To nie będzie przyjemny dzień i jestem tego absolutnie pewna. To właśnie od tego dnia moje życie legnie w gruzach na tyle, że nie będę mogła się pozbierać przez nadmiar pracy. Jednak każde z tych zajęć było tak dla mnie ważne, że nie potrafiłabym z nich zrezygnować.
Kilkanaście minut szybkiego marszu później dotarłam do Miasta, a dokładniej mówiąc - na jego skraj. Zatrzymałam się przy metalowej siatce, pod którą znajdowała się dziura, przez którą bez problemu przecisnąłby się kucający człowiek. Zmieniłam się w formę ludzką i przeszłam pod płotem. Byłam już po drugiej stronie mojego małego światka. Byłam tam, gdzie ludzie spędzali większość swojego zabieganego życia. Niebawem mam do nich dołączyć. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam schodzić z pagórka, w dół, do pierwszej i za razem najbardziej niebezpiecznej ulicy, na której znajdowali się liczni bezdomni, zwykle z flaszką wódki lub puszką piwa w ręce. Przychodziły tam też dzieciaki, które wiedziały, że policja akurat tam nie patroluje, gdyż wiedzą, że tych slumsów zwyczajnie nie da się opanować. Brały różnego używki - piły, paliły, ćpały...
Weszłam na chodnik i szybko ruszyłam w dalszą drogę. Ludzie rzucali mi nienawistne spojrzenia, nierzadko wykrzykując jakieś przekleństwa. Starałam się ich ignorować, przyspieszając jeszcze bardziej. Wyglądałam na zwyczajną czternastolatkę, więc nigdy nie było pewne, co właścicielom tych obrzydliwych pysków przyjdzie do głowy. Włożyłam ręce do kieszeni zgniłozielonej bluzy, w duchu przeklinając to, że poza nią mam na sobie tylko krótką szkolną spódnicę sięgającą do połowy ud, cienkie rajstopki i skórzane mokasyny. Zdecydowanie wyróżniałam się spośród na wpół przytomnych bezdomnych w spoconych koszulkach, którym nawet nie przyszło do głowy, by choć raz sprawdzić, co jest po drugiej strony płotu, spod którego często wychodzili zadbani i pewni siebie ludzie. Zapewne byli zbyt pijani, by w ogóle o tym pomyśleć. Z drugiej strony to właściwie dobrze. Nie musimy się ich obawiać.
Kiedy po kilkakrotnym skręceniu na skrzyżowaniach zaczęłam wchodzić do coraz bardziej zadbanej i bogatej części Miasta, odetchnęłam w duchu, cicho dziękując, że już nie muszę się martwić o swoje zdrowie, życie czy chociażby dziewictwo. Dopiero teraz do mnie dotarło to, że nie mam najmniejszego pojęcia, w jaki sposób mogłabym znaleźć pracę. Zaczepiać losowych ludzi i dopytywać? Nie, to wyjątkowo głupie. Medalion podrygiwał na mojej piersi przy każdym kroku, dodając mi chociaż odrobinę otuchy. Ludzie byli zbyt zajęci pędzeniem do pracy, by zwrócić uwagę na pewną młodą osobę, którą byłam ja. Zagubiona rozglądałam się na boki, będąc niemalże absolutnie pewna, że w drodze powrotnej zgubię drogę i nie dotrę do watahy... w końcu byłam tu góra trzy razy.
Zrezygnowana usiadłam na ławce i podparłam głowę na dłoniach. Znudzona patrzyłam jak ludzie, którzy najwyraźniej mieli tego dnia wolne podchodzą i odchodzą od okienka lodziarni, trzymając za ręce swoje pociechy, które albo zadowolone trzymały w swoich tłustych rączkach wafelek z lodem, albo wciąż decydowały się na smak. Uśmiechnęłam się lekko. W okienku siedziała pulchna kobieta, która ze zmęczonym uśmiechem oczekiwała na złożenie zamówienia przez dziewczynkę stojącą na podeście. Miała długie, złote włosy splecione w dwa grube warkocze, a pod pachą ściskała pluszowego słonika. Tuż za nią stał dość masywny ojciec i cierpliwie oczekiwał, aż ta się na coś zdecyduje.
- To ja chcę smak... gumowy! - wykrzyknęła po chwili. Ekspedientka od razu zaczęła grzebać metalową gałkownicą w srebrnej misce postawionej w lodówce, wraz z kilkunastoma innymi smakami lodów.
- Albo nie! Jabłkowy! - zmieniła zdanie mała. Kobieta nic nie mówiąc zanurzyła łyżkę w wodzie, wypłukała ją i lekko wytrzepała, a następnie nałożyła do wafelka zielone lody dziewczynce. Mężczyzna podał jej kilka monet i odszedł. Obserwowałam jej pracę jeszcze przez dobrą chwilę, a później mój wzrok przykuła karteczka przyklejona bezbarwną taśmą klejącą do szyby okienka: "Poszukuję kogoś do pomocy". Było to napisane ręcznie, markerem, koślawym pismem, które musiało należeć do lodziarki.
Wstałam i weszłam do skromnej cukierni, która była połączona z ową lodziarnią. Kobieta nawet mnie nie zauważyła, bowiem była zbyt zajęta oczekiwaniem na podjęcie decyzji przez małego chłopca, którego na rękach trzymała wysoka kobieta. Lodziarka siedziała sama na krzesełku, a w samej cukierni, w której stały raptem dwa stoliki było całkiem pusto. Najwidoczniej większą popularnością cieszyło się szybkie kupowanie kulkowanych lodów smakowych, bądź lodów waniliowo-czekoladowych, nazywanych "włoskimi", bądź "amerykańskimi", niż kruchych ciastek z nadzieniem wiśniowym. Nie bardzo wiedziałam, na czym polegała różnica, bo właściwie na lodach byłam tylko raz... co prawda gdzie indziej, w nieco większej kawiarni, razem z bratem na skromne uczczenie naszych drugich urodzin.
Odczekałam, aż z kolejki odejdzie ostatni klient, a sama kobieta obetrze nadgarstkiem pot z czoła i odwróci się w moją stronę.
- W czymś pomóc? - zapytała, zdobywając się na lekki uśmiech.
- Nie... ja tylko chciałam zapytać, czy wciąż poszukuje pani kogoś do pracy.
- Tak! - wymsknęło jej się, a na jej twarzy malowała się przedwczesna ulga - To znaczy... zgadza się.
- W takim razie ja byłabym chętna - uśmiechnęłam się do niej, poprawiając swoje czerwone okulary, które znowu zsunęły się nieco z mojego nosa. Kobieta obejrzała mnie od stóp do głów i odpowiedziała, wstając z krzesełka:
- Czy ty nie czasem jesteś za młoda?
- Nie... mam obecnie... - szybko przeliczyłam, ile powinnam mieć obecnie ludzkich lat, po czym dokończyłam myśl: - ...dwadzieścia siedem lat.
- Rozumiem... - mruknęła, unosząc gęste brwi w głębokim zaskoczeniu - W takim razie naprawdę chcesz mi pomóc? Nie płacę zbyt wiele, bo utrzymuję się sama, więc...
- Nic nie szkodzi. Ważne, bylebym zarobiła przynajmniej jakieś grosze.
Tym razem już naprawdę jej ulżyło. Szczerość wymalowana na mojej twarzy najwidoczniej upewniło ją w tym, że mówię prawdę.
- W takim razie... proszę, upnij włosy, a dam ci rękawiczki i fartuch.
Nieco zdezorientowana zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu pomocy. Czym mogłabym upiąć moje długie, czekoladowe włosy? Nie miałam przy sobie żadnej wstążki ani gumki, która mogłaby być w tym momencie niezmiernie pomocna.
- Niech zgadnę... nie masz gumki? - zaśmiała się lekko. Pokiwałam głową ze skwaszoną miną. Kobieta sprawnie ściągnęła jedną z licznych innych, jakie nosiła na nadgarstku i podała mi ją. - Proszę.
- Dziękuję pani... - odpowiedziałam, starając się zrobić jak najrówniejszą kitkę, jednak wyszło mi to raczej marnie. Kosmyki wymykały się z mojej fryzury i opadały, okalając mi twarz. Machnęła na to nonszalancko.
- Mów mi Ley. Tak właściwie nazywam się Leyanira Hamonni, ale wystarczy po prostu Ley.
Od razu przed moimi oczami pojawił się obraz Leyaniry z Watahy Magicznych Wilków, która odeszła od nas jakiś czas temu... szybko otrząsnęłam się z tego wrażenia, będąc absolutnie pewna, że to nie ona. Nie była choćby odrobinę podobna do naszej Leyaniry.
- Ja jestem Sohara Purpura... ale wystarczy Haro lub Sohara.
- Jasne, Haro. Ciekawe imię - zaśmiała się, podając mi fartuch. Przełożyłam go przez głowę i zawiązałam wstążkę na kokardę. Sama nie wiem, jak tego dokonałam, jednak byłam zadowolona, że udało mi się to od razu.
- To co mam robić? - zapytałam, zakładając foliowe rękawiczki.
- Obsługiwać klientów... szybko rozumiesz, na czym rzecz polega, to wcale nie aż takie trudne.
Bacznie obserwowałam przez najbliższe pół godziny poczynania Ley, aż ta w końcu oświadczyła, że sama mogę się tym zająć, a ona najwyżej będzie pomagać. Tak się stało. Za pierwszym razem lód mi upadł, na co Ley szybko wybrnęła z sytuacji, tłumacząc zgodnie z prawdą klientowi, że jestem tu nowa i dopiero się uczę. Przytaknął tylko i odczekał, aż spróbuję ponownie. Tym razem byłam bardziej uważna i nie upuściłam przysmaku. Później szło mi to coraz szybciej i lepiej.
Sama nie wiem kiedy wybiła szesnasta, lecz widząc zegar osadzony na ścianie ratuszu i godzinę, jaką wskazywał, oświadczyłam jej, że muszę się już zbierać. Pożegnała mnie i puściła do domu. Był tylko jeden problem... nie miałam pojęcia, jak dojść do watahy. Nie mogłam użyć Lampki Motyla, która od razu przykułaby uwagę ciekawskich ludzi. Musiałam poradzić sobie sama... jednak wyszło mi to marnie, bo uznałam, że się zgubiłam już kilka minut później. Cudnie. Misje wykonuję z całkowitym powodzeniem, nigdy nie gubiąc drogi, a z nieszczęsnego Miasta wyswobodzić się nie mogę. O siedemnastej muszę być już na treningu. Jeśli nie znajdę drogi, nie wiem co zrobię. Nie mogę zawalić po raz kolejny. Nie tracąc nadziei, która i tak malała z minuty na minutę, dalej błądziłam między osiedlami, już całkiem gubiąc trop i przechodząc już po raz nie wiem który obok zniewieściałego spożywczaka. Nie wiedziałam, która jest godzina, ani tym bardziej jak znaleźć płot z przejściem do watahy.

<chętny? Byleby ktoś, kto potrafi zmieniać się w człowieka i doprowadzi biedną Haro do watahy>

Uwagi: brak