Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asgrim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asgrim. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2019

Od Asgrima "Jak zostać człowiekiem? - poradnik dla początkujących"

Marzec 2023
Toksyczny deszcz szumiał za wejściem od jaskini. Krople miarowo uderzały o ziemię, nierzadko wpadając do nienaturalnie błękitnych kałuż. Od czasu do czasu tę pozorną ciszę przerywał huk pioruna. Wszechobecny półmrok panujący na dworze był rozpraszany przez fioletowawe błyskawice.
Wszystko wyglądało dziwacznie i dość przerażająco, ale po tak długim czasie, nawet nie zwracałem uwagę na burzowe odgłosy.
Siedziałem oparty o ścianę jaskini i czytałem w słabym świetle jeden z romansów, które z takim zapałem czytała moja partnerka. Nigdy nie sądziłem, że zniżę się do tego poziomu, ale gdy w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że znałem na pamięć te kilka powieści, które szczęśliwie wypożyczyłem z biblioteki przed tym całym szaleństwem, to zdesperowany zdecydowałem się sięgnąć po elfickie romanse. Były nudne, przewidywalne i mocno naciągane, ale z radością przyjmowałem każde nieznane mi wcześniej zdanie.
Już dawno porzuciłem wilczą postać, na rzecz wygodnych do przewracania kartek ludzkich dłoni. Z jakiegoś powodu potrafiłem przyjmować tę formę, więc żal byłoby nie korzystać z tej niezwykle przydatnej umiejętności. Co prawda ubrania nie były tak ciepłe jak nadal zimowa sierść, jednak z ulgą przyjmowałem, że zbliżała się wiosna i nawet burza nie mogła zapobiec temu, że robiło się coraz cieplej. Przynajmniej, kiedy nie było się na zewnątrz, a w ciepłej i suchej jaskini.
Kilka razy czułem na sobie spojrzenie mojej partnerki, jednak za każdym razem, gdy podnosiłem na nią wzrok, ta go odwracała. Nie rozumiałem, o co chodziło i jakoś nie miałem ochoty pytać. Tak wyjątkowo.
Nagle ciszę przerwał zamyślony głos Torance.
- Skoro Vestar potrafiła przyjąć formę człowieka, to ja też powinnam umieć, prawda?
Zmrużyłem oczy i odłożywszy książkę na bok, podniosłem na nią wzrok. Wilczyca przyglądała się mojemu ciału, jednocześnie jakby go nie widząc. Było to krępujące, nawet ze świadomością, że tylko myślała. A może to właśnie to sprawiało, że sytuacja była jeszcze bardziej niezręczna?
- Niewykluczone - odpowiedziałem. - Pamiętaj jednak, że nie wiadomo nic o twoim ojcu. Nawet nie wiemy, jaki miał żywioł, nie wspominając o mocach. Mogłaś nie odziedziczyć po Vestar tej zdolności ze względu na niego.
- Wiem, wiem - mruknęła, podnosząc wzroku ku stropowi jaskini. - Ale możemy spróbować? Proszę...
Skinąłem głową i powoli wstałem, by usiąść naprzeciwko niej.
- Co się stało, że postanowiłaś się tego nauczyć? - spytałem.
Tori wyglądała na zmieszaną, jednak próbowała szybko zebrać się w garść i odpowiedzieć coś pewnym tonem. Wspominałem kiedyś, jak marna była z niej aktorka?
- Po prostu - stwierdziła, prostując się.
Parsknąłem cichym śmiechem, narażając się tym samym na zniecierpliwione spojrzenie partnerki.
- Co mam zrobić?
Przymknąłem oczy, zastanawiając się. Przemiana w człowieka stała się dla mnie czymś naturalnym, zwykłą mocą, przy której nawet nie musiałem się dłużej skupiać. Teraz próbowałem sobie przypomnieć moje pierwsze próby nauczenia się tej umiejętności, najlepiej lekcje w Zakonie - bo co jak co, ale uczyć potrafili nieźle. W końcu odnalazłem odpowiednie wspomnienie.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że twoje łapy się wydłużają, a sierść znika - poleciłem.
Mała posłusznie zacisnęła powieki, próbując się odpowiednio skupić. Gdy po dłuższym czasie, nic się nie wydarzyło, gwałtownie otworzyła oczy wyraźnie niezadowolona. Burknęła kilka razy coś pod nosem, aż w końcu postanowiła wlepić we mnie spojrzenie bladoniebieskich oczu.
- Nie wychodzi mi - oświadczyła wyraźnie zawiedziona.
- Spróbuj jeszcze raz. Nawet mi nie wyszło od razu.
Wilczyca chciała ponownie zacisnąć powieki, gdy postanowiłem jeszcze coś jej poradzić.
- Musisz się rozluźnić, Młoda. Jesteś zbyt spięta. Nie jesteśmy może pełnoprawnymi wilkołakami, ale też mamy w sobie coś z człowieka. Nie próbuj wyobrażać sobie tego na siłę. Po prostu poszukaj gdzieś wewnątrz siebie tego czegoś.
- Po prostu poszukaj gdzieś wewnątrz siebie tego czegoś... - powtórzyła, niespecjalnie zadowolona moją radą.
Skinąłem łbem i złapałem jej łapę w swoją dłoń. Wadera westchnęła i powoli przymknęła oczy. Tym razem wyglądała raczej na spokojną, niż zniecierpliwioną i skupioną na siłę. Choć wolałem jej wesoły uśmiech, to było też coś ujmującego w tym poważnym wyrazie pyska.
Nagle ruda sierść zaczęła znikać, a kończyny rosnąć. Z zafascynowaniem przyglądałem się, jak futro ustępuje miejsca jasnej, upstrzonej w kilku miejscach piegami skórze. Łapa, którą trzymałem, zmieniła się w szczupłą i kobiecą dłoń, znacznie mniejszą od mojej.
Niepewnie podniosłem wzrok na twarz siedzącej naprzeciw wade... Kobiety. Tori miała ładną, całkiem symetryczną twarz w kształcie zwężającego się ku dole trójkąta. Zadarty nosek i policzki były pokryte piegami, co moim zdaniem jedynie dodawało jej uroku. Oczy pozostały duże, jasnoniebieskie i błyszczące. Natomiast usta przypominały jasnoróżowe serce.
Jej twarz była otoczona przez równie niepokorne co w formie wilczej włosy. Z tą różnicą, że były pozbawione grzywki, znacznie dłuższe - na oko sięgały jej pępka - i poskręcane w loczki. Zachowały jednak swoją ognistorudą barwę.
Wyglądała jak dorosła, choć nadal bardzo młoda kobieta. Choć gustowałem raczej w wilczycach, nie mogłem powstrzymać wrażenia, że była piękna.
Jak w transie pochyliłem się w jej stronę, chcąc zrobić coś, co widziałem wielokrotnie w Mieście. Nadal zszokowana dziewczyna, podniosła na mnie wzrok. Spojrzałem na swoje odbicie w jej jasnych oczach i niepewnie przytknąłem wargi do jej warg, co zdawało się jeszcze bardziej ją zdziwić. Po krótkiej chwili - równie niepewnie - oddała pocałunek.
Uczucie było niesamowite. Proste i piękne, w niczym nie przypominało tego, co znałem z formy wilka. Ludzkie usta były bardziej wrażliwe, co jedynie dodawało temu wszystkiemu uroku. Niemal od razu zrozumiałem, dlaczego ludzkie pary tak lubiły się całować. Było to zwyczajnie - i jednocześnie nadzwyczajnie - przyjemne.
Nagle coś się zmieniło. Zdezorientowany odsunąłem się i otworzyłem oczy. Przede mną siedziała Tori w postaci wilka. Uśmiechnąłem się, widząc, że na jej pysku widnieje lekkie rozmarzenie.
- Pierwsza przemiana czasem kończy się... Nagle - powiedziałem.
Wilczyca niemal automatycznie skinęła głową i przyjrzała mi się, mrużąc delikatnie oczy.
- Co to było?
- Co? - spytałem z szerokim uśmiechem, udając idiotę. Bardzo dobrze wiedziałem, co miała na myśli.
- To jak ty... Dotknąłeś mojego pyska swoim - odpowiedziała niepewnie.
- Ludzie nazywają to pocałunkiem.
Tori uśmiechnęła się wesoło i jednocześnie z lekkim - i całkiem uroczym - zawstydzeniem.
- Podobało mi się. Tylko to zakończenie nie było zachwycające - stwierdziła.
Następnie przymknęła oczy i ponownie przybrała formę człowieka. Tym razem nie była zszokowana - na jej twarzy widniało raczej zadowolenie i duma.
- Co powiesz na to, by spróbować jeszcze raz?
- Powiem, że bardzo mi się podoba ten pomysł - wyszeptałem, gdy ponownie się do niej zbliżyłem.
Kobieta odpowiedziała uśmiechem i dotknąwszy dłonią mojego policzka, diametralnie zmniejszyła dystans. Gdy tylko poczułem jej usta na swoich, instynktownie wplotłem dłoń w jej gęste włosy i pogłębiłem pocałunek. Tak jak tamten był czuły, delikatny i niepewny, tak z tego biła namiętność i większe zdecydowanie. Był... Nie do opisania.
Tym razem żadna niekontrolowana zmiana nam nie przerwała.

niedziela, 10 marca 2019

Od Asgrima "Spotkań nadszedł czas" cz. 6

Początek czerwca 2022
To niesamowite ile może się wydarzyć w tak krótkim czasie. Kiedy wyruszałem w podróż w raz z moją partnerką, spodziewałem się, że dowiem się wielu... Szokujących rzeczy. Nic jednak nie mogło mnie przygotować na pojawienie się Edel i jej wyznania. Bardzo dokładnie pamiętałem, jak wyglądały nasze relacje, gdy byłem szczęśliwym członkiem Zakonu i dziwnie było wiedzieć, że wilczyca widziała je całkiem inaczej. Owszem, byłem przystojny, charyzmatyczny i wspaniały, ale zawsze mi się wydawało, że przyjaciółka jest raczej zainteresowana Ióanem, a nie mną.
Na domiar złego nie mogłem na nią patrzeć bez roznoszącego się gdzieś w sercu bólu. Choć wilczyca utrzymywała, że nic jej nie jest, wiedziałem, że kłamie. Wystarczyło jedno spojrzenie na jej drżące od wysiłku łapy, zmęczone oczy i ślady wymiotów, które za sobą zostawiała, by zauważyć, że nic nie było w porządku. Obawiałem się, że ta podróż ją wykończy równie skutecznie co okrutne rytuały.
Pomimo tego wszystkiego Edel zdawała się znacznie radośniejsza. Z każdym powolnym krokiem wracała moja dawna przyjaciółka, choć nie mogłem powstrzymać wrażenia, że trzymała nas - czy raczej mnie - na dystans. Rozmawiała, śmiała się i marudziła, gdy próbowaliśmy jej w czymś pomóc, jednocześnie nie czując się do końca komfortowo. Próbowałem wyobrazić sobie, jak zachowywałbym się na jej miejscu, ale moja zwykle bardzo bogata wyobraźnia, w tym temacie całkiem nie dawała sobie rady.
Ogółem odniosłem wrażenie, że z naszej małej grupki najlepiej odnajdywała się Tori. Jej okres milczenia i zdenerwowania minął od rozmowy z Vestar i choć nadal nie była tak gadatliwa, jak zwykle, to... Wróciła. Spotkanie z matką oraz dawną przyjaciółką zdawało się pomóc jej uporządkować myśli. Szkoda, że kosztem mojego spokoju ducha.
Zauważyłem także, że z każdym dniem moje towarzyszki dogadywały się coraz lepiej. Nierzadko można było spotkać je pogrążone w rozmowie i czasem byłem aż lekko zazdrosny. Było to głupie chociażby z tego powodu, że obie były samicami, jednak przywykłem do tego, że Tori nie miała zbyt wielu przyjaciół. Brzmi to strasznie egoistycznie, ale... Uczucia często nie mają sensu, prawda?
Właściwie jedynym, co nie zmieniało się niezależnie od mijanego czasu była pogoda. Każdego dnia towarzyszyły nam ciemne chmury i silny wiatr. Od miesięcy nie widziałem gwiazd, księżyca i słońca i chyba zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Nie oznacza to oczywiście tego, że nie brakowało mi ich świetlistej obecności, a jedynie, że ich nagłe pojawienie się zdziwiłoby mnie bardziej od kolejnego dnia z niebem pokrytym czarnymi chmurami.
Im bliżej znajdowaliśmy się terenów Watahy Magicznych Wilków, tym pogoda ulegała coraz większemu pogorszeniu. Miałem wrażenie, że nasza sfora znajdowała się w centrum tych wszystkich wydarzeń. Ta myśl z kolei wywoływała nieprzyjemny ucisk w żołądku i jeszcze większy niepokój. Nawet tak odważny wilk jak ja nie mógł powstrzymać zajmującego powoli umysł strachu przed nieznanym.
Zastanawiało mnie, czy któregoś dnia zbierająca się od miesięcy burza, nie uderzy z całą siłą w ziemię, doprowadzając ją do ruiny. Czy odporną na magię katastrofę zdołałby ktoś przeżyć? Nie, nie powinienem o tym myśleć. Z pewnością, któregoś dnia chmury znikną, a nasze życie wróci do normy lub przynajmniej czegoś przypominającego normalność.
Zerknąłem na błękitnego motyla, którego skrzydła zdawały się wydawać o wiele słabsze światło. Był identyczny co ten, który na samym początku wiosny wyleciał z mojej Lampki. Jedyną różnicą było to, że słuchał wyłącznie Tori ze względu na to, że to ona "powołała go do życia". Nikt inny nie mógł zarządzić przerwy czy też jej koniec.
Właściwie wskazujące nam drogę stworzenie nie było nam potrzebne - już wczorajszego wieczoru dotarliśmy na tereny, w które zapuszczali się niektórzy strażnicy czy też patrol. Od początku naszej podróży nie spotkaliśmy nikogo. Cały czas byliśmy tylko my - ja, Tor, Edel i zaczarowany motyl.
Wiedziałem, że taki stan rzeczy nie mógł trwać zbyt długo. Zbliżaliśmy się w pobliże jaskiń zajmowanych przez wilki z Watahy Czarnego Kruka i w każdej chwili mogliśmy trafić na patrol.
Jak na zawołanie z oddali zauważyłem odcinającą się od nieba sylwetkę wilczycy. Białe futro mocno kontrastowała z niemal czarnymi chmurami. Natomiast kolorowe plamki wystające spomiędzy jej długiej sierści musiały być piórami charakteryzującymi moją dawną koleżankę. Spojrzenie wadery znalazło się na naszej grupce, przez co ta szybko zapikowała w dół. Zaledwie chwilę później stała przed nami i przyglądała się spod roztarganej grzywki.
- Cześć, Lind - wypaliłem, uśmiechając się szeroko.
Samica przyjrzała mi się spod zmarszczonych brwi, jednak po chwili odwzajemniła uśmiech.
- Hej - przywitała się. Następnie, gdy jej wzrok spoczął na sylwetce Edel, spytała: - Kim jesteś?
- Widzisz, z tej naszej cudownej podróży przywieźliśmy nawet jeńców. Ona chyba akurat nazywa się Edel... - wtrąciłem, nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. Starałem się, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej poważnie i przekonująco, ale uśmiech drgający mi na pysku oraz zgodne szturchnięcia od moich towarzyszek drogi chyba mnie zdradziły.
- Ach tak? Rozumiem, że prowadzicie ją do Alf...?
Skinąłem głową nadal z - prawie - idealną powagą.
- To zostawiam ją pod waszą opieką. Tak w ogóle jestem Lind - powiedziała jeszcze do byłej kapłanki.
- Edel - odpowiedziała, posyłając mi szybkie i dość wymowne spojrzenie.
Ledwo powstrzymałem się przed wystawieniem języka na znak, jak bardzo mnie nie przeraziła.
Lind uśmiechnęła się jeszcze i nie czekając dłużej wzbiła się powietrze. Zwróciłem uwagę na to, że pomimo nieustającej wichury, szło jej całkiem nieźle. Co prawda czasem chwiała się na wietrze, lecz nie było to nic, z czym by sobie nie radziła.
Ciekawe jakie to uczucie tak szybować wśród chmur, czuć na sobie ich dotyk. Być w powietrzu... - pomyślałem.
- To była jedna z członkiń waszej watahy, prawda? - spytała Edel.
Tor krótko przytaknęła.
- Pachniała jak wy - stwierdziła młodsza z samic. Następnie zmierzyła mnie spojrzeniem, na co zmarszczyłem brwi. - Mam na myśli ten zapach watahy, nie twój osobisty smród.
Prychnąłem urażony, jednak nie odwróciłem wzroku. Starałem się wyglądać pewnie, gdy tak unosiłem jedną brew i przyglądałem się wilczycy. Po dłuższej chwili ta odwróciła wzrok zawstydzona. Sukces.

Gdy weszliśmy do Jaskini Alf, Edel wyprzedziła nas i gdy tylko zobaczyła sylwetki naszych Alf, ukłoniła się. Podobnie jak wtedy, gdy ją zobaczyliśmy u Vestar, tak i teraz się zachwiała. Z pewnością nie była to wina braku gracji czy braku umiejętności ładnego oddawania szacunku - takich rzeczy uczyli nas jeszcze przed przystąpieniem do pełnoprawnej nauki. Sądziłem, że wilczyca zwyczajnie nie ufała swoim łapom, co zabierało jej ukłonowi całą grację.
Po wymienieniu uprzejmości, Edel mniej-więcej streściła swoją historię oraz naszą podróż. Wyjaśniła, że zna już większość zasad panujących w watasze (Suzanna posłała nam w tym momencie mało przyjazne spojrzenie, jednak ja i Tor staraliśmy się wyglądać jak najbardziej niewinnie) i uprzejmie prosi o możliwość zamieszkania tutaj.
Gdy Alfa się zgodziła, postanowiłem, że to odpowiedni moment, by się wtrącić.
- Suzanno, Edel pominęła jedną ważną kwestię. - powiedziałem, co wywołało zarówno mordercze spojrzenie niebieskich oczu, jak i lekko zaintrygowane czarnych. - Edel jest chora i z tego właśnie powodu ja i Tori chcieliśmy prosić o możliwość ulokowania jej w starej jaskini Valkoinena. Mieszkał niedaleko naszej groty, a to umożliwiłoby nam zajęcie się Edel.
- Nie potrzebuję pomocy - mruknęła wilczyca, ale nie byłem pewny, czy ktokolwiek to usłyszał oprócz mnie. Jakby nie było siedziałem najbliżej.
- Oczywiście, kiedy będziemy pomagać naszej przyjaciółce, nie zaniedbamy naszych stałych obowiązków. Nie próbujemy się wymigać z ich wykonywania - dodała moja partnerka, za co byłem jej niezmiernie wdzięczny.
- Nie ma problemu. Możecie ją tam odprowadzić - powiedziała Suzanna.
Skinęliśmy łbami i wyszliśmy razem z jaskini.
- Nie chcę waszej litości - stwierdziła, w którymś momencie E.
Wymieniłem spojrzenia z Tori i skinąłem jej łbem, by to ona odpowiedziała. Miała lepszą łapę do załatwiania takich spraw, między innymi dlatego, że nie musiała się skupiać, by wyczuć nastrój innych. Odbierała wszystko czystym przypadkiem, bez jakiegokolwiek namysłu...
- Edel, to nie jest litość. Chcemy ci pomóc, chociażby ze względu na to, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi.
- Właśnie, kiedyś - mruknęła nadal zirytowana.
Gdy tylko dotarł do niej sens jej słów, Edel szybko podniosła na nas zmartwione i chyba trochę spanikowane spojrzenie. Zmusiłem się do uśmiechu, próbując tym samym nie pokazać, że to odrobinkę mnie zabolało.
- Możemy znowu być - stwierdziła Tori.
Wadera nie odpowiedziała od razu. Między nami zaległa cisza, o ile można było tak powiedzieć, gdy wokół świszczał wiatr, a gałęzie trzeszczały, niemal dotykając ziemi.
Po dłuższej chwili, Edel odezwała się. Jej głos był niepewny i zawstydzony. Pamiętałem, jak bardzo nienawidziła dziękować, przepraszać czy prosić.
- Tak... Ja... Dziękuję.
Krzywy uśmiech został zastąpiony całkowicie szczerym.
- Nie ma za co.

środa, 9 stycznia 2019

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 9

Sierpień 2019r.
Tegoroczne lato było nadzwyczaj ciepłe. Promienie słoneczne nieustannie paliły spękaną ziemię, wysuszając wszystkie napotkane rośliny. Żółta trawa nie raz się zapalała, prowadząc zniszczenie na terytorium Zakonu. Wiele wilków zostało zmuszonych do przesiedlenia się w wyższe partie gór, dotychczas niezagospodarowane ze względu na skupiska fioletowych krokusów wykwitających na początku każdej wiosny. Było to miejsce święte, którego nie wolno było zbyt często naruszać w celu innym niż modlitwy i rytuały.
Wracałem właśnie ze wzgórza, w którym odbywałem zwykle lekcje wraz z moją mentorką. Jednocześnie starałem się unikać natarczywych promieni, aż zbyt mocno ogrzewających moje brązowe futro. Marzyłem jedynie o zanurzeniu się w jednym ze słonych górskich jezior, ale wiedziałem, że nie miałem na to teraz czasu. Musiałem wykorzystać moje pierwsze od tak dawna wolne popołudnie i spróbować nawiązać łączność. To właśnie próby skontaktowania się z moją dawną najlepszą przyjaciółką zajmowały mi większość wieczorów. Niestety byłem wówczas już zmęczony i ciężko było mi się skupić na odszukaniu bladoróżowej aury przyjaciółki, nawet nie wiedząc, gdzie powinienem szukać. To właśnie z tego powodu nieobecność Vestar, która została zawołana na jakieś nagłe zebranie u Wielkiego Mistrza, była mi bardzo na łapę. Mogłem w spokoju i pełni sił oddać się poszukiwaniom.
Szkoda tylko, że świat zdawał się jednak nie kochać mnie tak, jakbym tego chciał.
Wspinając się na Tenby - jedną z wyższych gór o łagodnym stoku i czystym jeziorku na szczycie, gdzie zostali przeniesieni młodsi uczniowie - natknąłem się na Edel. 
Młoda wilczyca bardzo wypiękniała od wiosny. Jej średniej długości sierść o jasnej, przypominającej piasek barwie zdawała się błyszczeć w letnim słońcu, a błękitne oczy posyłały wszystkim sympatyczne spojrzenia. Poza tym samica była nadzwyczaj wysoka jak na swój wiek - ku mojej boleści niewiele niższa ode mnie - a jej całkiem masywna, choć nadal widocznie samicza sylwetka robiła wrażenie. Ogółem wadera wydawała się znacznie starsza, niż w rzeczywistości. Edel miała klasę i wyglądała naprawdę ładnie, na co zdawała się nigdy zwracać uwagi w odróżnieniu od wielu basiorów w zbliżonym do naszego wieku.
Od zniknięcia Tori bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Można było powiedzieć, że aktualnie samica zajęła miejsce naszej dawnej przyjaciółki, lecz to nie byłaby do końca prawda. Samice, choć podobne pod wieloma względami, były jednak dwoma innymi osobami i jedna nie mogła zastąpić drugiej. Tak się po prostu nie dało, ale czasem miałem wrażenie, że niewiele wilków potrafiło to zrozumieć.
Przywitaliśmy się i po wymienieniu kilku niezobowiązujących docinek, wadera zaczęła temat, którego tak się obawiałem.
- Ty też nie masz dzisiaj zajęć z mentorem? - gdy tylko pokiwałem łbem, wilczyca kontynuowała - Bo Saga została wezwana do naszego Pana i Władcy na jakieś pilne zebranie. Joa nieźle się trzęsła, gdy to mówiła. Wiesz może, o co może chodzić?
Zmarszczyłem brwi. Vestar sama powiedziała mi o braku zajęć, nikt nie musiał po nią przychodzić. Musiała więc wiedzieć, o co chodzi i nie wydawała się tym szczególnie zmartwiona. Ba, nie okazała jakiejkolwiek emocji przez naszą całą krótką rozmowę.
- Nie i w sumie jest to całkiem ciekawa sprawa. Chociaż nie wątpię, że niedługo wszystkiego się dowiemy. Cierpliwości, E.
Wilczyca w odpowiedzi prychnęła z niezadowoleniem.
- Gdzie twoja dusza buntownika, As? Słyszałam o twoich przygodach i próbach szpiegostwa, gdy dopiero rozpocząłeś naukę.
Przewróciłem oczami.
- Aktualnie jestem wzorem cnót, a to wydaje się być naprawdę odległą przeszłością.
Edel parsknęła z rozbawieniem, słysząc idealną powagę w moim głosie.
- Nie wątpię. Jesteś w końcu taki wspaniały... - na koniec wypowiedzi samica westchnęła z udawanym rozmarzeniem. Postanowiłem pobawić się jeszcze trochę w tę grę i skłoniłem się delikatnie.
- Wiem, moja droga, wiem. Każda wadera marzy o chociaż krótkiej rozmowie ze mną...
- I twoim nadętym ego - wtrąciła niespodziewanie Edel, próbując powstrzymać śmiech.
- Wypraszam sobie! - zawołałem, trącając ją łapą, przez co ta lekko się zachwiała - Z moim ego jest wszystko w należytym porządku.
Ponownie trąciłem wilczycę łapą, by po chwili rzucić się w jej stronę z zębami. Wilczyca nie stawiała oporu, co tylko ułatwiło mi przygwożdżenie jej do ziemi. Kiedy tak nad nią stałem, szczerząc groźnie kły, Edel śmiała się jak szalona.
- Dobra, już dobra. Przecież wiesz, że cię kocham, nie? - spytała, gdy w końcu się trochę uspokoiła.
Skinąłem powoli łbem, jednak nie przestałem przyciskać ją do ziemi.
- Wszyscy mnie kochają - stwierdziłem, uśmiechając się dumnie.
Edel w odpowiedzi ponownie prychnęła śmiechem. W związku z tym zdecydowałem się nachylić w jej stronę i ugryźć ją delikatnie szyję. Samica zaczęła się wić pod moimi łapami, próbując się przed tym uchronić. Kiedy mój pysk znalazł się na wysokości jej, wadera prawie mi się wyrwała. Prędko poprawiłem pozycję, by jej to uniemożliwić.
- Jeśli przyznam cię rację, to mnie puścisz? Proszę. Śmierdzi ci z pyska.
Zszokowany poluźniłem uścisk, co Edel od razu wykorzystała. Dosłownie chwilę później to ona przygwożdżała mnie do ziemi. Automatycznie próbowałem się wyrwać, ale wilczyca nie pozwoliła mi na to.
- Edel, nie mam czasu na takie gierki!
Samica wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Ach, tak? A co takiego nasz wzór cnót ma do roboty? - spytała rozbawiona.
Ponownie wierzgnąłem, jednak wilczyca była znacznie silniejsza, niż mogło się wydawać.
- Z pewnością nic, co powinno zainteresować taki plebs jak ty - odparłem z uroczym uśmiechem. 
Wadera prychnęła w odpowiedzi i wzmocniła uścisk.
- W takim razie szlachetny pan posiedzi sobie tutaj przygwożdżony przez brudną wilczycę, dopóki nie postanowi wyjawić swoich planów.
Roześmiałem się znacznie mniej wesele, niż to planowałem. Cała sytuacja była zabawna, ale zależało mi na jak najszybszym rozpoczęciu poszukiwań.
- Zawsze mogę się wyrwać - zauważyłem, przewracając oczami.
Edel uniosła brwi, a na jej pysku zadrgał pobłażliwy uśmiech.
- To czemu tego nie zrobisz?
- Edel, Edel, Edel... - westchnąłem niczym nauczyciel zrezygnowany postawą swojego ucznia - Po prostu daję ci fory.
Odpowiedział mi jedynie głośny wybuch śmiechu, na co prychnąłem urażony.
- Jeśli już musisz wiedzieć, to mam zamiar ćwiczyć - powiedziałem w końcu. Mój głos był wręcz lodowaty, lecz efekt z pewnością psuł uśmiech, który sam wkroczył na mój pysk.
Edel zmierzyła mnie spojrzeniem.
- No, przydałoby ci się. Masz takie chuderlawe ciałko, że...
- Magię - przerwałem jej, zanim ta zdążyła się rozpędzić. Następnie wykorzystując jej chwilowe rozproszenie, wyrwałem się i porządnie otrzepałem z drobinek ziemi, które z pewnością zdążyły przyczepić się mojej sierści - A z moim ciałem jest wszystko w porządku. Musisz przyznać, że nawet tobie się podoba.
- Chciałbyś - roześmiała się, by po chwili, gdy tylko dotarł do niej sens mojego pierwszego słowa zmierzyć mnie zdziwionym spojrzeniem - Jest piękne, gorące i przede wszystkim wolne popołudnie, a ty zamierzasz się uczyć? Całkiem oszalałeś?
Skinąłem łbem.
- Nie wolałbyś może pójść nad jezioro w jakimś miłym towarzystwie? - spytała, uśmiechając się wesoło. Następnie gdy zobaczyła wyraz mojego pyska, dodała - Tak, mam na myśli siebie.
- Nie ma mowy - parsknąłem śmiechem - Będę już iść. Do potem.
Zdążyłem się tylko odwrócić, gdy dobiegł mnie chłodny głos mojej przyjaciółki. W życiu nie słyszałem, by Edel powiedziała coś z taką złością i urazą, jak te kilka krótkich słów.
- Świetnie. Pójdę w takim razie z Ióanem, a tobie życzę miłej nauki.
Zwróciłem pysk w jej stronę, by zobaczyć jak ta odchodzi dumnym krokiem z nosem uniesionym do góry. Nie rozumiałem jej reakcji. Dobra, mogła być zawiedziona, ale to chyba nie powód, żeby się tak wściekać, nie? W końcu nie zrobiłem nic złego...
Wzruszyłem ramionami i postanawiając później wyjaśnić tę sytuację, poszedłem w swoją stronę.

C.D.N.

Uwagi: powtórzenia.

sobota, 5 stycznia 2019

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 8

Czerwiec 2019r.
Od zniknięcia Tori dni zdawały się jednocześnie biec jak szalone i wlec niemiłosiernie. Brakowało mi tej radosnej kulki ognistorudej sierści, lecz z drugiej strony byłem tak zajęty wkuwaniem zielarstwa i tworzenia eliksirów, że nie miałem zbyt wiele czasu na tęsknienie. Poza tym nie zostałem  przecież całkiem sam - moja przyjaźń z Edel zdawała się być z każdym dniem coraz mocniejsza, dużo rozmawiałem też z Ióanem i kilkoma młodszymi szczeniakami z mojej jaskini. W dodatku Vestar okazała się wspaniałą towarzyszką długich dyskusji na temat magii i Zakonu, choć nigdy nie chciała powiedzieć zbyt wiele.
Wydawało się, że wszyscy zapomnieli o mojej dawnej przyjaciółce. Nawet kapłani przestali mnie tak czujnie obserwować widocznie pewni, że dałem sobie spokój i zapomniałem o całej tej sprawie. No cóż, byłem w końcu pilnym uczniem, bardzo uzdolnionym we wszystkim, co cenił sobie Zakon. Młodym wilkiem czekającym z niecierpliwością na dzień, w którym zostanę mianowany jednym z kapłanów. Szczeniakiem stale dążącym do poprawienia swoich umiejętności oraz nauczenia się całkiem nowych mocy.
Podlizywanie się i pilna nauka okazały się najprostszymi sposobami na osiągniecie tego, o czym marzyłem - idealnym braku wątpliwości co do mojej osoby. Mogłem w ukryciu obserwować, jak niektóre nieuzdolnione szczeniaki znikają, uczyć się rozmawiać telepatycznie i wypytywać o samo funkcjonowanie Zakonu.
Przydatną rzeczą było również to, że moja mentorka zdawała się mnie szczerze lubić, a jakby nie było - pozycja Vestar stale rosła. Wielu sądziło, że wadera zostanie wkrótce przybocznym doradcą samego Mistrza. Gdy pewnego dnia spostrzegłem, jak samiec wodzi wzrokiem za smukłą sylwetką wilczycy, również przestałem w to wątpić. Jednak był jakiś powód dla którego wszystkie najwyższe kapłanki były nie tylko uzdolnione, a także całkiem ładne.
Nie tak dawno temu postanowiłem zapytać Vestar o pewną kwestię, która nie dawała mi spokoju praktycznie od początku wiosny. Zagnieździła się w moim umyśle, nie dając spać i atakując w chwilach, gdy moje myśli samoistnie wracały do znikających szczeniaków.
- Nawiązywanie łączności telepatycznej nie widząc swojego celu? - powtórzyła wówczas, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem lodowych tęczówek.
- Czy to nie byłby idealny sposób na porozumiewanie się podczas podróży, w które wysyłani są niektórzy z kapłanów? - odpowiedziałem bez mrugnięcia okiem. Mój głos pobrzmiewał szczerym entuzjazmem, jednak nie był on wcale związany z samymi ekspedycjami.
Wilczyca powoli pokiwała łbem, nadal nieprzekonana.
- Moglibyśmy chociaż spróbować? Proszę cię, Vestar! To byłoby coś całkowicie niesamowitego!
Podniosłem na nią  wzrok i zrobiłem najbardziej uroczą minkę, jaką potrafiłem. Kapłanka na ten widok uśmiechnęła się delikatnie.
- Nauczyłeś się już, jak rozmawiać telepatycznie w stopniu, który znamy. Potrafisz obronić swój umysł... - zaczęła samica. Wpatrywałem się z nią oczekiwaniem. - Nie widzę przeciwwskazań, ale tylko pod warunkiem, że nie powiesz o tym nikomu.
Słowa te początkowo nie wzbudziły we mnie żadnych wątpliwości co do tego, dlaczego właściwie padły. Byłem tak szczęśliwy, że mentorka zgodziła się pomóc mi w nauczeniu się tego, że nie myślałem do końca racjonalnie. Dopiero znacznie później zrozumiałem ich sens...
Od tamtego dnia zaciekle trenowałem. Na początku Vestar kazała mi się po prostu odwracać i tak jak na początku nauki magii wyobrazić sobie aurę. Nie było to takie trudne, jak początkowo się spodziewałem. Szybko jednak okazało się, że im dalej znajdowała się postać, tym trudniej było nawiązać łączność. Zwykle nie sprawiało to tak dużego problemu, w końcu można było z łatwością zobaczyć aurę otaczającą wilka. Tutaj trzeba było ją sobie dosłownie wyobrażać daleko od siebie. Zdecydowanie nie należało to do najprostszych rzeczy.
Vestar zdawała się wiedzieć, co powinienem robić, by jak najlepiej wyszlifować tą umiejętność. Było to o tyle zastanawiające, że podobno żaden wilk nie umiał zrobić czegoś podobnego. Gdy spytałem ją o to, wilczyca jedynie zmierzyła mnie spojrzeniem, a na jej pysku zadrgał przez chwilę grymas przypominający smutny uśmiech. Nie rozumiałem tego wszystkiego, ale jedno wiedziałem: Nie mogłem nikogo o to zapytać.

Koniec lipca 2019r.
Tego dnia podczas zwyczajowej lekcji z Vestar, ta kazała mi iść za nią i nie zadawać pytań. Ciężko było się przed tym powstrzymać, ale skinąłem łbem i szedłem za nią w wypełnionej domysłami ciszy. Zastanawiało mnie dokąd szliśmy i dlaczego.
Po dłuższym czasie zatrzymaliśmy się w niewielkim zagajniku na jednej z niższych gór, zdecydowanie daleko od granicy terenów zajmowanych przez Zakon. Przyglądałem się z zainteresowaniem młodym paprociom i wysokim sosnom. Próbowałem odnaleźć wzrokiem jakąś magiczną roślinę i gdy już chciałem podejść do - jak podejrzewałem - niewielkiego krzaczka Igielicy Żółtej, Vestar zwróciła się do mnie:
- Wyobraź sobie postać jednego ze szczeniaków z twojej groty. Najlepiej jednego z najmłodszych i spróbuj się z nim skontaktować.
Skinąłem łbem, próbując powstrzymać zalewające mnie podekscytowanie.
- Dobrze.
Po krótkim zastanowieniu zdecydowałem się Niilo, niskiego, lecz nadal dość masywnego jak na swój wiek basiorka o ciemnoszarej sierści. Wilczek miał zacząć naukę dopiero w połowie jesieni, więc zdawał się idealny do przetestowanie mojej nowej umiejętności. Nie był za młody, a jednocześnie jego słowa nie wywołałyby żadnego większego poruszenia.
Wyobraziłem sobie jego roześmiany pyszczek i wiecznie merdający radośnie ogonek. Gdy kompletny obraz samca stanął tuż przed moimi oczami, dodałem do niego świetlistą, białą aurę, której kolor powoli się zmieniał. Na początku bladoróżowy, już po kilku chwilach osiągnął głęboką, wiśniową barwę.
Cienki, fioletowy dym podleciał w stronę ciemnoczerwonej aury i cicho w nią wkroczył. Praktycznie od progu zauważyłem, że szczeniak, którego właśnie nawiedzałem, opowiadał kilku młodszym koleżankom jaki jest odważny. Poczułem jak na mój pysk wkracza uśmiech.
Zobaczymy, jak bardzo jesteś dzielny - pomyślałem i zbierając przez chwilę moc odezwałem się w środku umysłu basiorka:
BU!
Samiec zerwał się na równe nogi, a w jego głowie natychmiast pojawiły się szaleńcze myśli.
- C-c-co to było?! - zapytał swoje rozmówczynie. Te jednak nie wiedziały, co samiec miał na myśli. Niilo ogarnęło jeszcze większe zdezorientowanie.
To tylko ja - powiedziałem cicho, starając się, żeby mój głos brzmiał poważnie i dojrzale.
- Jaki "ja"!? Odejdź!
W odpowiedzi przesłałem mu obraz wielkiego, masywnego wilka o długiej czarnej sierści i fiołkowych oczach. Pysk basiora przecinała długa, biała blizna. Wyglądał groźnie i bardzo majestatycznie.
Szczeniak aż zaskomlał z przerażenia.
- Cz-czego chcesz?!
Obserwowałem w ciszy, jak Niilo złości się na swoje koleżanki, które zaczęły teraz wypytywać, czy przypadkiem nie oszalał. Był tym zirytowany. W końcu z nim było wszystko w porządku tylko jakiś wielki, straszny basior włamał mu się do umysłu!
Niczego - wyszeptałem i opuściłem szczeniaka. Nie warto było się dłużej nad nim pastwić.
Otworzyłem oczy i od razu spojrzałem na obserwującą mnie w ciszy wilczycę. Mój pysk od razu rozświetlił uśmiech, a gdy oznajmiłem jej, że mi się udało i ona się uśmiechnęła.
- Bardzo dobrze - powiedziała, a ja poczułem, jak wypełnia mnie duma. Vestar rzadko mnie chwaliła, ale tym razem sam zauważyłem, że na to zasłużyłem. Udało mi się. - W takim razie to tyle na dziś.
Skinąłem jej łbem i pożegnawszy się, chciałem odejść w stronę terytorium Zakonu, gdy nagle wilczyca ponownie się odezwała:
- Kiedy będziesz jej szukać... Musisz uważać, żeby nie zrobić jej krzywdy. Nie będzie nic pamiętać, a nagły zalew wspomnień może być tragiczny w skutkach.
Spojrzałem zdezorientowany na pysk kapłanki. Na jej pysku widniał smutny uśmiech.
- Wiedziałaś?
Vestar powoli skinęła głową. Pierwszy raz widziałem, by w jej oczach tliło się tyle ciepła.
- Od początku.
- I... - przestąpiłem nerwowo z łapy na łapę - Nie powiesz Wielkiemu Mistrzowi?
- A dotychczas powiedziałam? - spytała z uśmiechem. Pokręciłem głową - Bądź ostrożny, As.
- Będę - zapewniłem ją.
Zanim odszedłem, przyjrzałem się jeszcze raz jej tęczówkom w kolorze lodu, teraz bijącym nienaturalnym dla niej, ciepłym blaskiem. Wpatrywałem się im tak długo, aż brunatna sierść samicy przybrała rudą barwę, a przy czarnych uszach pojawiła się ognista grzywka.
To właśnie tamtego dnia dowiedziałem się, dlaczego wilczyca postanowiła mi pomóc, dlaczego za każdym razem, gdy wspominałem o mojej przyjaciółce, w jej oczach widniał ból.
Vestar była jej matką.

C.D.N.

Uwagi: "Podniosłem na nią łeb" powinno być raczej "wzrok".

środa, 2 stycznia 2019

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 7

Początek marca 2019r.
Zatrzymałem się dopiero przed samą jaskinią Wielkiego Mistrza. Z moich płuc wydobywał się urywany oddech, ale nie przejmowałem się tym. Zwróciłem szybko pysk, w stronę nadbiegającej Edel, próbując zdecydować, czy powinienem na nią zaczekać. Samica była daleko, a my mogliśmy być już teraz spóźnieni…
Nie. Nie myśl o tym – nakazałem sobie w myślach, próbując uspokoić oddech.
Już miałem podchodzić do środka, gdy usłyszałem ciężkie dyszenie. Odwróciłem się i zobaczyłem zmachaną Edel, która mierzyła mnie zaniepokojonym spojrzeniem.
- As… Co… ty…? – dyszała samica. Przerwałem jej tą i tak już mało składną wypowiedź:
- Był u nas taki basior, gdy byłem jeszcze mały. Też się nie odznaczał się takimi umiejętnościami magicznymi, co my. Władał ziemią – zacząłem szybko wyjaśniać. Edel słysząc ostatnie zdanie, otworzyła pysk, by coś powiedzieć, ale nie pozwoliłem jej na to – Gdy Zakon się dowiedział, on zniknął. Ślad po nim zaginął. Ja…
Poczułem, jak i tak buzujące emocje odbierają mi zdolność mowy. Mój głos się złamał, a w oczach stanęły łzy. Spojrzałem na swoje ubłocone łapy.
Dopiero po chwili zdołałem zmusić się do kontynuowania myśli.
- Nigdy nie wybaczę sobie, jeśli nie przyszliśmy na czas – wyszeptałem, podnosząc niepewnie wzrok na przyjaciółkę.
Edel pokiwała współczująco głową i położyła swoją łapę na mojej. Był to całkiem miły i pokrzepiający gest, który dodał mi odwagi. Uśmiechnąłem się smutno i uwolniwszy łapę, wskazałem na wejście do groty, z której wydobywało się światło świec.
- Chodźmy.
Zbliżałem się powoli do jaskini, a moje serce biło jak szalone. Zapewne byłbym przerażony, gdyby nie obecność młodszej koleżanki i przejmujące zmartwienie o Torance. Ruda samica znaczyła dla mnie znacznie więcej, niż mógłbym to kiedykolwiek podejrzewać.
- Dobry wieczór? – zawołałem nieco niepewnie, zatrzymując się kilka kroków od wejścia. Widziałem w środku sylwetki dorosłych wilków, które teraz zwróciły pyski w moją stronę. – Możemy wejść?
Z jaskini wydobył się szmer cichych rozmów, niewątpliwie na temat niespodziewanych, nocnych przybyszy. Dopiero po kilku chwilach podszedł do nas wysoki wilk o jasnej sierści. Podniosłem wzrok i ku własnemu przerażeniu, rozpoznałem w nim samego Wielkiego Mistrza.
- Proszę – powiedział cicho, wskazując łapą wejście do jaskini.
Wymieniłem przestraszone spojrzenia z Edel i przełknąwszy głośno ślinę, wlazłem do jaskini. Ciche kroki powiedziały mi, że wadera nie postanowiła mnie jednak zostawić. Było to naprawdę pocieszające.
Gdy tylko moje oczy przyzwyczaiły się do – choć jedynie połowicznej, to jednak znacznie większej od tej na dworze – panującej wewnątrz groty jasności, zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu Tori. Mijałem wzrokiem kilku najwyższych rangą kapłanów, skinąłem z przyzwyczajenia głową, kiedy zauważyłem Vestar, jednak byłem całkowicie skupieniu na odnalezieniu choć drobnej, to nadzwyczaj puchatej sylwetki Małej.
Jednak kiedy przebiegłem wzrokiem całą jaskinie kilka razy i nadal jej nie dostrzegłem, poczułem jak moje serce zamiera. Nie było jej tu. Zabrali ją nie wiadomo gdzie i w jakim stanie. Już nigdy jej nie zobaczę. Mogli ją nawet zabić, a ja nic nie mogłem na to poradzić.
Miałem ochotę krzyczeć, kazać im ją oddać i przysiąc, że to był tylko jeden głupi żart. Byłem tak wściekły na nich za to, co zrobili, na siebie, że na to pozwoliłem i na cały ten durny świat. Wiedziałem jednak, że mój atak złości nie przyniósłby nic dobrego, ba! Jedynie całkiem pogrzebałby mo... Nasze szanse na dowiedzenie się czegokolwiek.
Odetchnąłem głęboko, próbując uspokoić skołatane nerwy. Czułem na sobie wzrok wielu wilków, co dawało mi jeszcze większą motywację, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo ta sytuacja wyprowadziła mnie z równowagi.
W końcu podniosłem wzrok na najwyższego wilka w jaskini. Chudy basior mierzył mnie spokojnym oraz pełnym zainteresowania spojrzeniem. Trochę tak jakbym był ciekawym obiektem badań, który szalony lekarz ma zaraz zamiar rozciąć, by przejrzeć wnętrzności. Niezbyt przyjemna myśl.
- Mistrzu - powiedziałem, chyląc z szacunkiem łeb. Mój głos brzmiał nadzwyczaj pewnie, tak, jak jeszcze nigdy w całym moim życiu. - Chciałbym cię bardzo przeprosić za nasze najście o tak późnej porze i przerwanie odbywającego się zebrania.
Wilk skinął jedynie głową, każąc mi tym samym kontynuować.
- Przyszliśmy tutaj, ponieważ bardzo martwimy się o naszą przyjaciółkę, Torance. Jeden ze szczeniaków powiedział nam, że może być tutaj.
Wielki Mistrz zmierzył mnie spojrzeniem spod zmrużonych powiek. Jego oczy były jak zwykle lodowate i groźne, toteż trudno było mi powstrzymać się przed drżeniem. A na to nie mogłem sobie pozwolić. Jeśli chciałem uzyskać jakieś informacje, musiałem odznaczać się zdecydowaniem i pewnością siebie. Wpatrywałem się więc dzielnie w jego szaroniebieskie tęczówki.
- Asgrimie... - samiec spojrzał na Edel, która dotychczas siedziała, wpatrując się na zmianę we mnie i Nevrę.
- Edel, Mistrzu - podpowiedziała, również chyląc delikatnie głowę.
- Także Asgrimie, Edel, zapewne zauważyliście, że Torance tutaj nie ma - odpowiedzieliśmy mu szybkim skinieniem łbami. Basior czekał jeszcze przez chwilę, lecz gdy poza tym został jedynie obdarzony wyczekującymi spojrzeniami, westchnął nieco teatralnie i kontynuował - Ona odeszła z Zakonu.
Poczułem, że mój pysk mimowolnie się otwiera w niemym okrzyku zdziwienia.
- Jak to odeszła? Przecież jest szczeniakiem!
Basior wzruszył ramionami, widocznie niezbyt chętny do podzielenia się z nami prawdą.
- Już nigdy tutaj nie wróci, a wy - oczy Wielkiego Mistrza zalśniły groźnie, a jego głos był bardziej lodowaty od śniegu w najmroźniejszą, zimową noc - powinniście skupić się na nauce, zamiast biegać w poszukiwaniu byłych członków Zakonu. Rozumiemy się?
Wpatrywałem się zszokowany w pysk samca. Wiedziałem, że nie należał do najmilszych osób w Zakonie, ale co innego słuchać mrożących krew w żyłach opowieści, a co innego widzieć to na własne oczy i czuć na sobie jego lodowate spojrzenie.
- Rozumiemy się? - powtórzył. Jego głos był cichy, niewiele głośniejszy od szeptu. Basior nie musiał krzyczeć, by przerazić swojego rozmówce.
Przełknąłem głośno ślinę, zanim zdołałem zmusić się do wypowiedzenia tego krótkiego zwrotu.
- Rozumiemy się.
- R-ro-rozumiemy się... - powtórzyła po mnie Edel. Nietrudno było usłyszeć lęk w jej głosie. Jedno krótkie spojrzenie oznajmiło mi również, że samica drży. Poczułem jak robi mi się jej szkoda.
Nie powinna tutaj w ogóle być. Mogłem spróbować zmusić ją do zostania w jaskini - pomyślałem, tak naprawdę wiedząc, że i tak nie miałbym szans. E była uparta.
- Wyjdźcie, proszę.
Pokiwaliśmy pospiesznie głowami i pożegnawszy się z Mistrzem oraz kapłanami, wyszliśmy z jaskini. Czułem się jak przepełnia mnie poczucie beznadziei. Nie udało nam się. Już nigdy jej nie zobaczymy.
Wracaliśmy w ciszy. Każde zanurzone w swoich, choć zapewne niemal identycznych myślach. Gdy znaleźliśmy się w miejscu, w którym Edel musiała skręcić w prawo, a moja jaskinia była jeszcze kawałek dalej na wprost, wilczyca odezwała się:
- Co teraz zamierzasz?
Wzruszyłem ramionami i spojrzałem w pokryte dziesiątkami gwiazd niebo.
- Znajdę ją.
- Jak?
- Nie wiem, ale zrobię to - powiedziałem i ruszyłem w stronę mojej groty. - Dobranoc.
- Dobranoc.
Gdy kilka chwil później odwróciłem się, by ostatni raz spojrzeć na drogę prowadzącą do jaskini Wielkiego Mistrza, spostrzegłem szczeniącą sylwetkę wpatrzoną w upstrzone gwiazdami nocne niebo.

C.D.N.

Uwagi: brak

środa, 12 grudnia 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 6

Początek marca 2019r.
Poczekaliśmy jeszcze chwilę, by inne szczeniaki zasnęły. Nie zajęło to długo – większość mieszkańców tej jaskini była młoda, co oznaczało, że wykończeni zabawą i nauką szybko zasypiali. Wsłuchiwałem się w ich miarowe oddechy z delikatnym uśmiechem. Uwielbiałem obserwować harce najmłodszych, jednak było coś uroczego w ich drobnych sylwetkach przewracających się podczas snu i cichym pochrapywaniu. Gdy tylko zacząłem się nad tym zastanawiać, poczułem dziwnego rodzaju żal, że gdy tylko Wielki Mistrz mianuje mnie pełnoprawnym kapłanem, zostanę praktycznie odizolowany od tych maluchów do czasu, dopóki któryś z nich nie trafi mi się pod opiekę. A i wtedy to będzie coś całkiem innego od spokojnego obserwowania dorastających szczeniąt...
Na Eydis, o czym ja myślę? Chyba gadanie Edel wywarło na mnie znacznie większy wpływ niż sądziłem. To, o czym właśnie rozmyślałem, nie było możliwe. Wiedziałem to bardzo dobrze i... To chyba właśnie ta wiedza zwiększała mój żal.
- Przestań – mruknąłem, uderzając się łapą w pysk, by nieco otrzeźwieć. Mój nietypowy ruch zwrócił uwagę Edel, która zmierzyła mnie zdumionym spojrzeniem.
- Co ja niby robię? - spytała trochę urażona.
- Nie ty. Ja mam przestać – burknąłem w odpowiedzi. Wadera posłała mi jeszcze bardziej zdziwione spojrzenie, ale na moje szczęście nie skomentowała tego. Wolałem jednak nie ryzykować i zmienić jak najszybciej temat. - Idziemy?
Edel przyjrzała się sylwetkom śpiących szczeniaków i przytaknęła. Ruszyliśmy najciszej jak umieliśmy w stronę wyjścia z jaskini, gdy nagle ciszę przerwał dziecięcy głosik.
- Gzie chcecie iść? - ziewnął jakiś szczeniak. Chyba miał na imię Leaf, ale łapy nie dałbym sobie uciąć.
Edel jak na komendę zwróciła się w jego stronę i zmierzyła go groźnym spojrzeniem, pod którym ten zadrżał.
- Odprowadzam Asa, bo ta ciamajda sama się zgubi – wyjaśniła, co wywołało u mnie niezadowolone prychnięcie i pokusę, której nie mogłem się oprzeć. Szturchnąłem ją, szepcząc najgłośniej jak mogłem sobie pozwolić:
- Nie pozwalaj sobie!
Wilczyca szybko odwróciła się w moją stronę i posłała mi oczko.
- Też cię kocham, As – powiedziała, a ja w odpowiedzi przewróciłem wymownie oczyma. Edel ponownie skierowała wzrok na szczeniaka – Zrozumiałeś?
- T-tak... - wyjąkał basiorek, odwracając łeb od spojrzenia niebieskich oczu samicy.
- Super. Idziemy, ciamajdo ty moja – powiedziała i nawet nie patrząc w moją stronę, wyminęła mnie. A to, że jej ogon uderzył mnie prosto w pysk było oczywiście nieszczęśliwym przypadkiem. Jasne...
Parsknąłem niezadowolony i ruszyłem za Edel. Wilczyca szła szybkim tempem, więc musiałem zacząć biec, by ją dogonić.
- Nie wiedziałem, że potrafisz być tak stanowcza – powiedziałem, gdy w końcu udało mi się z nią zrównać.
Edel odpowiedziała mi uśmiechem.
- Czasem trzeba, nie? Gdyby nie ja, dalej byśmy tam stali i gapili się w piękne złote oczy Leafa.
Skinąłem głową, przyznając jej rację. Samica wykazała się sprytem, znajdując prostą i wiarygodną wymówkę, dla której opuszczaliśmy jaskinię o tak późnej porze.
- Mam rozumieć, że jak w końcu rzeczywiście dotrzemy do mnie, to mam powiedzieć, że troszkę mi się u was przysnęło? - upewniłem się z szerokim uśmiechem na pysku.
- Dokładnie! - zawołała, na co szybko skarciłem ją wzrokiem. - Och, przepraszam. Zapomniałam.
- Nie szkodzi – mruknąłem, mając nadzieję, że była to prawda. Głupio by było, gdyby ktoś nas zauważył i postanowił eskortować prosto do własnych jaskiń. - Przyspieszmy trochę, dobra?
Edel bez słowa wykonała moją prośbę i to nawet lepiej niż się spodziewałem – musiałem trochę się namachać, by dorównywać jej kroku. Choć – podobnie jak Tori – miała krótsze łapy niż ja, przebierała nimi znacznie bardziej żwawo, co dodawało jej szybkości. W sumie to było przykre, że obie były młodsze i mniejsze, a i tak znacznie szybsze ode mnie... Moim jedynym pocieszeniem było to, że chociaż byłem silniejszy i lepiej radziłem sobie na dłuższe dystanse. Gdyby nie to już dawno schowałbym się ze wstydu...
Przemierzaliśmy tereny Zakonu zaskakująco cicho, biorąc pod uwagę moje godne pożałowania zdolności skradania się. Szedłem wprost przed siebie, pokonując automatycznie trasę, która choć przemierzona jedynie raz, wyryła się głęboko w mojej pamięci. Słyszałem za sobą spokojny oddech przyjaciółki, jednak poza tym nie zwracałem na nią najmniejszej uwagi. Moje myśli zaprzątała całkiem inna samica, a właściwie jej brak.
Nie to, że nie lubiłem Edel! Muskularna wilczyca była wspaniałą koleżanką, ale jednak byłem znacznie bardziej przywiązany do tej małej kulki rudej sierści i po prostu się o nią martwiłem, dobra? Jej zniknięcie było tak nagłe i dziwne... Nie spotkałem się nigdy wcześniej z czymś takim...
Niespodziewanie w mojej głowie pojawił się obraz jakiegoś wilka. Przyglądałem się oczami wyobraźni jego czarnemu, wąskiemu pyskowi i charakterystycznemu, czerwonemu pasowi ciągnącego od nosa w stronę brązowych oczu. Jak on się nazywał? Will...? Wein...? Wale!
Wspomnienia dotyczące starszego ode mnie basiora zaczęły zalewać mój umysł. Nie było ich wiele, a większość i tak była dość niewyraźna – byłem bardzo mały, gdy samiec mieszkał ze mną w jaskini. Pamiętałem jego wesoły uśmiech, którym obdarzał inne szczeniaki. Jednak to właśnie reakcja na temat magii zwróciła moją uwagę. Wale, identycznie jak Tori, opuszczał uszy, zaciskał usta i patrzył się wszędzie, byle nie na swojego rozmówce. Nie był uzdolniony.
Nie. To nieprawda – pomyślałem nagle pod wpływem kolejnego wspomnienia, które stanęło tuż przed moimi oczami prosząc o uwagę. Przedstawiało ono Wale'a, który – zapewne myśląc, że nikt go nie widzi – wpatrywał się w skupieniu w ziemię. Nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nagle ta nie zaczęła się poruszać. Obserwowałem ze zdziwieniem jak grudki ziemi unoszą się w powietrzu, tuż przed oczyma rozradowanego Wale'a. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz wiedziałem, że to on to sprawił. Basior nie potrafił władać umysłem, a ziemią. Był inny od nas i przez to pewnego dnia zniknął bez słowa i nigdy nie wrócił.
Gdy tylko uświadomiłem sobie powiązanie między nim a moją przyjaciółką, ledwo udało mi się stłumić okrzyk.
- As, co się stało? - głos Edel zdawał się dochodzić z bardzo daleka, choć w rzeczywistości była tuż obok mnie.
- Musimy się pospieszyć, E. Oni chcą jej coś zrobić – wyszeptałem, czując jak do moich oczu napływają łzy. Nie wiedziałem, czy wilczyca usłyszała, co do niej powiedziałem i nie obchodziło mnie to. Musiałem jak najszybciej znaleźć się w jaskini Wielkiego Mistrza. Odnaleźć moją przyjaciółkę.
Znajdę cię, Tor. Obiecuję – pomyślałem, biegnąc w stronę tej cholernej groty i mając ogromną nadzieję, że nie było za późno...

C.D.N.

Uwagi: brak.

niedziela, 2 grudnia 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 5

Początek marca 2019r.
Tego dnia walczyłem na spojrzenia z moją nauczycielką. Vestar twierdziła, że odwracanie wzroku jest pierwszą oznaką słabości, która może zmotywować mojego przeciwnika do nasilenia ataku. Poza tym miał to być dobry sposób na skupienie się na aurze wilka bez tracenia go z oczu. W tym musiałem przyznać jej rację – kiedy ćwiczyłem z Tori, wilczyca wykorzystywała to, że musiałem zamknąć oczy i mnie popychała, co skutecznie przywracało mnie do rzeczywistości. Gdy opowiedziałem o tym Vestar, jej pysk wykrzywił się w lekkim uśmiechu, który szybko zniknął. Powiedziała wtedy, że Tori powinna nauczyć się magicznej obrony. Było to jednak o tyle trudne, że samica nadal nie odkryła żadnej umiejętności... Znaczy jasne, była ode mnie znacznie szybsza i zwinniejsza, poruszała się ciszej, ale... Nie potrafiła nawet wyczuć aury, co było przecież najprostszą rzeczą.
Przyglądałem się jasnoniebieskim, przywodzącym na myśl lód oczom wilczycy. Miałem wrażenie, że widziałem wcześniej identyczne, ale nie potrafiłem wskazać czyje dokładnie. W Zakonie było dużo niebieskookich... Próbowałem przywołać w głowie wygląd wszystkich znanych mi wilków, ale nadal nie byłem pewien. Nie miałem pamięci do takich rzeczy...
- Nie rozpraszaj się. - powiedziała wadera, a ja zdałem sobie sprawę, że trochę odpłynąłem myślami. Na powrót skupiłem się na oczach Vestar i próbowałem nie drżeć, gdy ta posyłała mi swoje najgroźniejsze i najbardziej lodowate spojrzenia. Nie było to proste zadanie.
Po dłuższym czasie pysk kapłanki rozświetlił uśmiech.
- Bardzo dobrze, As. Teraz przejdziemy do... - urwała głos, a ja poczułem czyjąś obecność w swoim umyśle. Poczułem jak zaczyna wypełniać mnie panika. Nienawidziłem, gdy atakowała mnie znienacka... 
- Idź sobie! - krzyk sam wyrwał mi się z gardła.
Czułem, jak przerażenie formułuje kule w moim brzuchu, a sierść staje dęba. Próbowałem pozbyć się wilczycy ze swojego umysłu, wyszukiwałem najdziwniejsze obrazy, atakowałem ją czym popadnie, ale to nie zdawało robić na niej żadnego wrażenia. Była zbyt silna.
Wiedziałem, że to ona każe mi się bać, co jeszcze bardziej potęgowało moje przerażenie. A może to był kolejny niewypowiedziany rozkaz? Wszystko zaczynało mi się mieszać i czułem, że jeśli to się zaraz nie skończy, to moje szaleńczo bijące serce wypadnie z piersi.
Zdesperowany położyłem się na plecach, popiskując cicho. W rzeczywistości miałem ochotę wyć i błagać, by samica zaprzestała, ale wątpiłem, bym mógł cokolwiek powiedzieć.
Dopiero po kilku chwilach, przerażenie zaczęło znikać. Jednak nadal czułem, że samica nie opuściła mojego umysłu. Tylko tym razem nakazywała mi się uspokoić, co moje skołatane ciało przyjęło z wielką ulgą. 
Gdy moje serce już całkiem się uspokoiło, wilczyca opuściła mój umysł i stanęła nade mną. Jej spojrzenie było - jak zwykle - chłodne.
- Musisz nauczyć się bronić w każdej chwili. Twój przeciwnik nie powie ci, w którym momencie zaatakuje. - powiedziała - To na tyle. Możesz wracać do siebie.
Pospiesznie wstałem i otrzepałem się z ziemi, której drobinki z pewnością zdążyły przyczepić się do mojego futra. Następnie podniosłem łeb i spojrzałem prosto w oczy wilczycy.
- Po co właściwie się tego uczymy? Nie mam być kapłanem?
Vestar tylko się uśmiechnęła.
- Liczę, że będziesz najlepszy ze wszystkich. Silniejszy nawet od Wielkiego Mistrza. Nie zawiedź mnie.
- Ale... - zacząłem, jednak wilczyca już się odwróciła i zaczęła iść w stronę jaskiń kapłanów. Obserwowałem jej wysoką sylwetkę i poruszającą się na wietrze brunatną sierść. W chwili gdy sam chciałem odejść, samica się odwróciła.
- Przykro mi, As.
- Czemu? - spytałem, marszcząc brwi. 
Vestar albo nie słyszała mojego pytania, albo postanowiła nie odpowiadać. W pierwszej chwili chciałem za nią pobiec, ale ta - jakby czytając mi w myślach – przyspieszyła. Wiedziałem, że nie mam z nią szans, więc westchnąłem i postanowiłem skierować swoje kroki w stronę jaskini Tori, by ta mogła na mnie poćwiczyć. Po zajęciach z Vestar byłem zawsze wyczerpany, więc nie obroniłbym się automatycznie przed jej ewentualnym wejściem.
Gdy szedłem w odpowiednią stronę, moje myśli zaprzątały słowa mojej mentorki. Nie wiedziałem o co mogło chodzić i bardzo mnie to ciekawiło. Z drugiej strony miałem przeczucia, że cokolwiek to było, nie spodoba mi się.
- Muszę o tym pogadać z moją małą Lisicą – mruknąłem.
Kilka chwil później dostrzegłem jaskinię, jednak coś było nie tak. Zwykle przed wejściem siedziała moja przyjaciółka i wyczekiwała mnie z niecierpliwością, co całkiem mi schlebiało. Może zagadała się z Edel – najmłodszą uczennicą z naszej grupy i przy tym współlokatorką Tor?
Trochę zdziwiony, wlazłem do środka, krzycząc coś na powitanie. Odpowiedziało mi kilka szczeniaków, jednak nie usłyszałem wśród nich głosu mojej przyjaciółki. Już całkiem zmartwiony rozejrzałem się, a gdy nie dostrzegłem jej charakterystycznego rudego futerka, moje serce zamarło.
- Cześć, As!
Spojrzałem w dół i rozpoznałem piaskową sierść Edel, która wpatrywała się we mnie jasnoniebieskimi oczami. W mojej głowie niemal od razu pojawił się obraz lodowych tęczówek Vestar, jednak szybko zdałem sobie sprawę, że te należące do młodszej wilczycy przypominają raczej letnie niebo.
- Cześć, E. Widziałaś może Tori?
Samica widząc moją zmartwioną minę, uśmiechnęła się. No tak, zawsze zapominałem, że odkąd tylko zacząłem przychodzić tutaj regularnie, młodsza wilczyca wzięła sobie za cel doprowadzić do tego, bym ja i Tor zostali parą. Nasłuchała się o wielkiej miłości Mistrza i nie mogła zrozumieć, że w Zakonie związki nie istnieją, a my nigdy byśmy nawet nie chcieli być razem. Byliśmy przyjaciółmi i tak było dobrze.
- Dopiero przyszłam, więc nie. Czekaj... - Edel odwróciła się do jednego z najmłodszych szczeniaków w jaskini – Fin! Wiesz może gdzie jest Tori?
Szary wilczek odwrócił łeb w naszą stronę, co wykorzystał jego kolega, z którym się wcześniej siłował i rzucił się na basiorka. Fin szybko na niego warknął, na co ten wycofał się z podkulonym ogonem. Uśmiechnąłem się lekko na ten widok.
- Wielki Mistrz.
- Co? - zmarszczyła brwi Edel.
- Wielki Mistrz? - powtórzyłem, czując, jak robi mi się zimno.
Fin zerknął w stronę swojego kolegi, upewniając się, że ten nie zamierza go na razie zaatakować.
- Poszła z nim – powiedział i zaskakującą szybkością odwrócił się, by skoczyć na drugiego szczeniaka.
Wymieniłem z Edel zmartwione spojrzenia.
- Jak myślisz, co od niej chciał?
- Nie wiem... - westchnąłem, starając się udawać spokój. - Może chciał porozmawiać z nią o jej postępach?
- Znaczy się ich braku? - upewniła się Edel, jednak gdy zgromiłem ją wzrokiem, zreflektowała się. - Przepraszam. Już się tak nie denerwuj...
W odpowiedzi tylko przewróciłem oczami. Ta wilczyca była czasem niemożliwa.
- Mam złe przeczucia – mruknąłem, kładąc się na ziemi. Nie miałem zamiaru się stąd ruszać, dopóki nie wróci moja przyjaciółka. Za bardzo się martwiłem...
Edel nie podzielała moich obaw i zaczęła prosić mnie o ćwiczenia. Początkowo byłem nastawiony dość sceptycznie i dopiero argument, jakoby miało to być dobrym sposobem na zabicie czasu w oczekiwaniu na Tor, mnie przekonał.
Zadowolona z siebie wilczyca usiadła naprzeciw mnie i zacisnęła powieki. Obserwowałem ze znudzeniem jak stara się ze wszystkich sił dojrzeć moją fioletową aurę. A może nawet próbowała sformułować własną energię i mnie zaatakować? Nie miałem pojęcia i nieszczególnie mnie to obchodziło. Moje myśli zaprzątała właśnie całkiem inna wadera.

- Czy ty śpisz? - usłyszałem nagle czyiś głos. 
Zerwałem się z miejsca i rozejrzałem nerwowo. Mój wzrok spoczął na sylwetce Edel.
- Co? Nie. Skądże. Ja tylko tak... - zacząłem się tłumaczyć, na co wadera parsknęła śmiechem – Nie śmiej się!
W odpowiedzi usłyszałem kolejny wybuch śmiechu.
- Dzięki, E. Zawsze mnie wspierasz... - burknąłem, zerkając w stronę wyjścia z jaskini. Zaczynało się robić ciemno... - Tori wróciła?
Uśmiech zamarł na pysku wadery, a w jej oczach zalśnił niepokój.
- Nie i zaczyna mnie to martwić. Powinna już dawno wrócić.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem, czując jak zaczyna mnie boleć brzuch z nerwów. Ta cała sytuacja była tak dziwna, nienaturalna i inna... Kojarzyła mi się z jakimś koszmarem, który nie chciał się skończyć.
Edel zbliżyła się do mnie i lekko zadarła łeb, by spojrzeć mi prosto w oczy. Z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że choć młodsza była już znacznie wyższa od mojej przyjaciółki.
- Co masz zamiar zrobić?
Wzruszyłem ramionami i już chciałem oznajmić, że nie mam pojęcia, gdy do głowy wpadł mi pewien nieco ryzykowny pomysł.
- Pójdę tam i zapytam, co się z nią stało.
Edel wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Nie mówisz poważnie... - powiedziała, mierząc mnie zdumionym spojrzeniem. Gdy nie zareagowałem, westchnęła – Cholera, As, całkiem oszalałeś. A chyba ja jeszcze bardziej, bo mam zamiar iść z tobą.
Tym razem to na moim pysku wymalował się szok.
- Żartujesz. Nigdzie nie idziesz, Edel.
- Owszem, idę. To też moja przyjaciółka, rozumiesz, As?
W jej oczach pobłyskiwała determinacja, a ja wiedziałem, że nie miałem szans, by wygrać z nią tej kłótni. Jej nieugięta postawa wywołała u mnie pewien rodzaj ulgi. Jakby nie było, obawiałem się iść sam. Poza tym wilczyca miała rację – oboje musieliśmy dowiedzieć się, co działo się z Tor. A żeby uzyskać te informacje trzeba było udać się prosto do jamy lwa – to znaczy jaskini Wielkiego Mistrza.

C.D.N

Uwagi: kilka literówek.

środa, 21 listopada 2018

Od Asgrima "Zamek z duszą" cz. 3

Listopad 2021r. 
Obudziło mnie dzikie wycie. Zerwałem się z miejsca gotowy ochrzanić kogoś, komu zachciało się ćwiczyć swój upiorny śpiew tuż przed moją jaskinią. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nie znajdowałem się we własnej grocie, tylko w tym cholernym zamku, którym tak zachwycałem się wieczorem. Co ja w nim widziałem?!
Następne co usłyszałem to okropny wrzask, na którego dźwięk mimowolnie się skrzywiłem. Moje i tak szybko bijące serce jeszcze bardziej wzmogło swoją pracę. Myśli krzyczały, że coś jest nie tak, że powinienem uciekać. Jednak ciało miało w poważaniu, czy coś mi się stanie. Nie potrafiłem nawet ruszyć ogonem, o łapach nie wspominając.
Nagle coś zajaśniało, a ja odzyskałem możliwość poruszania się. Instynktownie obróciłem łeb w stronę, z której nadbiegło niebieskawe światło. To był błąd. Cholerny błąd. Nie chciałem tego widzieć. Choć z drugiej strony krótkie życie w nieświadomości nie było wcale lepsze.
Obserwowałem jak ze ścian wynurzają się ogromne, pobłyskujące na błękitno zjawy. Jak szczury, które dotychczas leżały na ziemi teraz powstają i idą w moją stronę. Jak z korytarza prowadzącego do schodów nadchodzi szkielet.
Wszystkie postacie otworzyły w jednej chwili swoje straszne gęby, a budynkiem wstrząsnął niemożliwy do zrozumienia, tubalny wrzask. Cegły znajdujące się obok moich łap podskoczyły. Chciałem uciec z krzykiem, znaleźć się jak najdalej stąd. A jednak nie potrafiłem ruszyć się ani o odległość wróbla, a gdy otwierałem pysk, nie wydobywał się z niego żaden odgłos.
W momencie, kiedy nawiedzeni mieszkańcy zamku znaleźli się niebezpiecznie blisko, odzyskałem czucie w łapach. Nie czekałem ani chwili dłużej, zerwałem się z miejsca i pobiegłem tak szybko jak jeszcze nigdy.
Obolałe mięśnie dawały o sobie znać, ale nie zważałem na nie. Musiałem znaleźć wyjście. Szybko.
Niestety, jak na złość, wszystkie ściany wydawały się takie same. Żałowałem, że nie zwróciłem większej uwagi na charakterystyczne rzeczy, które mogły pomóc mi się odnaleźć. Ślizgałem się po pokrytej wodą podłodze, czując tuż za sobą obecność stworzeń wyjętych z opowieści grozy. Nie wiedziałem, czy naprawdę za mną podążały, czy to była jedynie wina mojej wzmaganej strachem wyobraźni. Zresztą, czy to było ważne?
Gdy wbiegłem w kolejny ślepy zaułek, zachciało mi się wyć. Byłem przerażony. Wiedziałem, że moim ciałem wstrząsają dreszcze, ale jedyne co czułem w tamtej chwili to troska o własne życie. Odwróciłem się najszybciej jak umiałem i ruszyłem biegiem w stronę, z której nadszedłem. Musiałem stąd uciec. Po prostu musiałem.
Mrok rozświetliło bladoniebieskie światło, a wraz z nim nadszedł kolejny tubalny wrzask, który wstrząsnął ziemią. Widziałem kątem oka zbliżającą się postać, która zdawała się mieć ludzkie kształty. Czułem na sobie jej groźne spojrzenie. Czego ona ode mnie chciała?!
Do moich nozdrzy dostał się zapach lasu. Idealna, kojąca woń starych, jesiennych i przemoczonych liści, która wskazywała mi drogę do wyjścia niczym najlepszy drogowskaz. Odetchnąłem z ulgą i przyspieszyłem.
Moi przyjaciele nie zostali jednak na długo w tyle. Moja sierść stawała dęba, gdy odczuwałem ich obecność tuż za sobą. Miałem ochotę się poddać, poprosić o szybką śmierć i pewnie bym to zrobił gdyby nie przeczucie, że to już blisko, może za kolejnym zakrętem znajdę wyjście z tej pułapki.
STÓJ.
Nagle głośne słowo uderzyło w mój biedny, zlękniony umysł. A moc jego była tak wielka, nakaz sformułowany tak dosadnie... Musiałem zrobić to, co mi kazał. Jego właściciel był silniejszy i taki wilczek jak ja nie mógł po prostu go zignorować.
- Tak? - spytałem, odwracając się. Moje nogi uginały się z emocji i zmęczenia, ale stałem mężnie. No może pomijając wstrząsające ciałem drżenie.
Następny nakaz nie został sformułowany jasno. Mogło się zdawać, że istota, która go nadała, potrzebowała chwili na nabranie mocy. A może nie był on tak ważny...
W każdym razie, czując całym sobą, co powinienem zrobić, podniosłem łeb i odszukałem wzrokiem górującą nad wszystkim postać. Przyglądałem się jej z uwagą i nie potrafiłem nie dostrzec, jak była piękna.
Była człowiekiem lub przynajmniej istotą o ludzkiej sylwetce. Widziałem jak jej cudownie długie, prawie białe włosy delikatnie powiewały, jakby na przekór silnemu wichrowi, który poruszał moim futrem. Podziwiałem jej idealną twarz w kształcie owalu, przyglądałem się pełnym, ciemnoniebieskim ustom i prostemu noskowi. Jednak tym, co wzbudziło mój najszczerszy zachwyt były prawie czarne oczy, w których lśniła obojętność. Owszem, jej spojrzenie mogło doprowadzić do zamarznięcia pożaru. Owszem, dostrzegałem jej nienawiść względem mnie. Lecz w tym momencie czułem tylko zachwyt nad jej urodą oraz radość, że patrzy tylko na mnie.
Co widzisz?
Na mój pysk wkroczył wręcz błogi uśmiech.
- Czyste piękno...
Kobieta uśmiechnęła się zalotnie, co przyprawiło mnie o palpitacje serca. Na Eydis, jaki ona miała uśmiech... W życiu nie widziałem piękniejszego i pewnie już nigdy nie zobaczę.
Podobam ci się?
Chciałem krzyczeć, że tak. Móc ją dotknąć. Marzyłem, żeby złożyła na moim pysku pocałunek, który tak często widywałem podczas wizyt w mieście.
Niebieska posłała mi buziaka, jakby czytała w moich myślach, co nawet by mnie nie zdziwiło. Odpowiedziałem kolejnym uśmiechem i zacząłem zmieniać swoją postać. Wiedziałem, że moje wilcze ciało jest zbyt plugawe dla tej cudownej kobiety. Musiałem być człowiekiem.
Gdy tylko to zrobiłem, postać obdarzyła mnie cudownym uśmiechem, który zaparł mi dech w piersiach. Przyglądałem się jej niebieskawej twarzy, nie potrafiąc wypuścić powietrza z płuc. Gdy się zbliżyła, poczułem jak klatka piersiowa zaczyna promieniować bólem.
Spójrz na mnie.
Nie potrzebowałem większej zachęty. Nadal nie nabierając powietrza, spojrzałem prosto w czarne oczy kobiety, która unosiła się w powietrzu tuż przede mną. Musiałem tylko pochylić głowę i...
Czerń oczu zdawała się pochłaniać świat. Granatowe usta rozciągały się w zalotnym, lecz przerażającym uśmiechu. Spojrzałem szybko na nie i zemdliło mnie. Ta piękna zjawa miała ostre niczym igły zęby pokryte czymś czerwonym. Gdy tylko zwróciłem wzrok w stronę jej oczu, zrozumiałem, co to było.
Nie ruszaj się.
Z mojego gardła wydobył się wrzask.

Poczułem na swoim ciele czyjąś łapę. Niemal od razu zerwałem się na równe nogi. Wyglądało na to, że zemdlałem ze strachu.
- Zostaw mnie! Proszę! - wyskomlałem, czując jak do moich oczu napływają łzy przerażenia. Nie chciałem umierać, tak bardzo nie chciałem. Jak mogłem dać się tak zwieść tej okropnej, pięknej kobiecie?
- As, to tylko ja. Spokojnie. - usłyszałem czyiś głos. Nie był on jednak taki, jak tej kobiety. Słyszałem jej słowa, a nie odczuwałem w umyśle.
- Kto...? - spytałem, podnosząc dłonie i ocierając oczy.
Do moich uszu dotarło ciche westchnięcie. Skierowałem wzrok w stronę, z której nadeszło i mrugając oczami zaczynałem rozpoznawać drobną, wilczą sylwetkę.
- Tori, twoja partnerka. Uspokój się, to był tylko sen.
Słowa samicy sprawiły, że moje serce się uspokoiło, oddech zaczął powoli wracał do normy. Jednak to dotyk długiego, miękkiego futra wywołał na mojej twarzy uśmiech.
- To tylko ty... - powiedziałem i nie zważając na cisnące mi się do oczu łzy ulgi, pochyliłem się i wtuliłem się w rudą sierść wilczycy. Pachniała naszą watahą, lasem, w którym polowała i wrzosami, które kochała.
Po jakimś czasie odsunęła się i mierząc mnie ciepłym spojrzeniem błękitnych oczu, spytała:
- Co ci się śniło?
W odpowiedzi pokręciłem głową. Nie chciałem o tym rozmawiać. Mroczny zamek i koszmarne postacie były przerażające, lecz mógłbym o tym powiedzieć bez obaw. Jednak jeśli moja partnerka dowiedziałaby się o mojej prawie-zdradzie podczas snu... Wtedy chyba wolałbym wrócić do niebieskiej zjawy, może chociaż miałbym jakieś minimalne szanse na przeżycie...

Uwagi: "(...) podniosłem łeb i odszukałem wzrokiem górującej nad wszystkim postaci." - powinno być raczej "podniosłem łeb i odszukałem wzrokiem górującą nad wszystkim postać". Literówki.

wtorek, 13 listopada 2018

Od Asgrima "Zamek z duszą" cz. 2

Listopad 2021r.
Wewnątrz zamek wyglądał znacznie mniej imponująco. Pod ścianami nierzadko leżały stare, rozniesione w proch cegły, a kamienna podłoga była niemal w całości pokryta wyrastającą między pęknięciami zżółkniętą trawą. Szybko okazało się również, że dach przecieka w – delikatnie mówiąc – kilku miejscach. Obawiałem się, że będę miał problem z odnalezieniem miejsca, które nie przyprawiłoby mnie o jeszcze bardziej przemoczoną sierść. Wtem moje nozdrza uderzył okropny fetor, na który nie potrafiłem powstrzymać parsknięcia. Mój pysk całkiem automatycznie wykrzywił się w – nie oszukujmy się – nie dodającym mi uroku grymasie.
Nie wiedziałem, czy chciałbym tutaj spędzać więcej niż byłoby potrzebne do zwiedzenia wszystkich zakamarków wnętrza, a co dopiero całą noc. Stare zamczysko miało w sobie coś upiornego, a gdy dostrzegłem kilka wielkich cielsk szczurów w różnym stanie rozkładu, tylko utwierdziłem się w tym przekonaniu.
Szybko uciekłem od śmierdzących trupów i dopiero znaczny kawałek dalej – po uprzednim przyjrzeniu się, czy aby na pewno nie ma w pobliżu jakichś starych kości – zdecydowałem się otrzepać ze skapującej z mojej sierści zimnej wody. 
Dopiero po tym rozpocząłem szczegółową obserwację i wycieczkę zamkoznawczą. Przyglądałem się każdej ze ścian, wypatrywałem w rozświetlanym przez błyskawice mroku martwych zwierząt, szukałem jakichś przedmiotów, które mogły należeć do mieszkających tu niegdyś ludzi. Niestety zamek okazał się ruiną, w której nie było nic interesującego. Miałem nadzieję, że jego wnętrze będzie znacznie bardziej ciekawe...
W którymś momencie mojej niesamowicie fascynującej podróży natknąłem się na kamienne schody. Nie zastanawiając się ani przez chwilę o zagrożeniach, które mogły na mnie czekać na piętrze, zacząłem się wspinać. Przez chwilę zastanawiałem się nad zmianą postaci na ludzką, gdyż stopnie były bardzo wąskie, jednak szybko z tego zrezygnowałem. Słabsze zmysły oraz bardziej niezdarna sylwetka nigdy nie są atutem na nieznanym terytorium, na którym niewątpliwie się znajdowałem.
Po długim czasie w końcu postawiłem swoje łapy na normalnej podłodze okrągłego pokoju. Praktycznie od razu zacząłem świdrować wzrokiem mrok, a gdy dostrzegłem dziwnego rodzaju bryłę, podbiegłem do niej z zaciekawieniem. Kamienne ściany tej dziwnej rzeczy kończyły się na wysokości moich uszu, więc musiałem stanąć na tylnych łapach, przednie opierając o jedną z grubych ścianek, by cokolwiek widzieć.
Zainteresowany tym, co mogło być w środku, schyliłem pysk. Moje nozdrza uderzył zapach starych kości, a gdy kolejna błyskawica przebiła się przez dziurawy dach i wąskie okna, nie zdołałem stłumić krzyku.
W środku był szkielet. Ludzki, stary jak świat i okryty czymś co, kiedyś musiało być ubraniem, szkielet.
Dopiero kilka chwil później przypomniałem sobie, jak się chodzi i potykając się o własne łapy pobiegłem w stronę schodów. Moje serce niebezpiecznie przyspieszyło, a sierść zjeżyła się jak u kota. Zanim wszedłem do wąskiego korytarza, obróciłem się zaniepokojony w stronę truposza, czy aby na pewno został na swoim miejscu i nie postanowił mnie uściskać jak dawnego przyjaciela, który odbił mu partnerkę i zamordował dzieci. Na szczęście nadal leżał w czymś na wzór trumny.
Nie to, że bałem się kości lub zmarłych. W żadnym wypadku. Od zawsze byłem silnym i pewnym siebie samcem, któremu nic nie było straszne, ale... Powiedzmy, że mroczna atmosfera zamczyska, grzmoty dobiegające z zewnątrz oraz dźwięk kropel upadających na posadzkę robiły swoje. Najchętniej wróciłbym do mojej ukochanej jaskini i partnerki, ale z drugiej strony nie chciałem umrzeć za sprawą jakiegoś przewróconego drzewa. Siedzenie w jednym zamku z ludzkimi kośćmi i rozkładającymi się szczurami było jednak o wiele bardziej przyjemną perspektywą od śmierci.
Jeszcze raz zwróciłem pysk w stronę kamiennej niby-trumny i właśnie w tym momencie mrok rozświetliła błyskawica. Całkowicie przerażony rzuciłem się w stronę schodów, co okazało się niemożliwie głupim pomysłem – poślizgnąłem się. Stopnie wbijały mi się w ciało, a ja mimowolnie jęczałem przez zamknięty pysk. Tyle dobrego, że korytarz niedługo skręcał i nie licząc tego, że na koniec przywaliłem pyskiem o ścianę, nie stało się nic aż tak złego.
Wstałem i ostrożnie zacząłem schodzić niżej. Nie chciałem powtórki z rozrywki. Całe ciało bolało mnie niemiłosiernie, ale nie mogłem nic na to poradzić. W sumie jedyne, co mogłem zrobić to jak najszybciej się ewakuować z tego głupiego piętra. Co mnie podkusiło, żeby na nie włazić?! Gdybym umiał cofać się w czasie, zrobiłbym to i przywaliłbym sobie porządnie w pysk, gdy tylko do mojego pustego łba wpadła myśl, żeby tam wleźć. Zdecydowanie wolałem nieświadomość o moim martwym, ludzkim przyjacielu.
Idąc w stronę miejsca, które – jak wcześniej zauważyłem – nie miało nad sobą dziury oraz w którego pobliżu nie było żadnych trupów, burczałem z niezadowoleniem. Miałem sobie za złe, że w ogóle postanowiłem zapuścić się w te tereny.
- Trzeba było spytać jakiegoś wilka z żywiołem pogody, czy zapowiada się jakaś burza czy coś w tym stylu... - mruknąłem pod nosem. Dopiero potem dotarł do mnie sens tych słów, co tylko wzmogło moją irytację, której byłem adresatem. - Brawo, ty śmierdzący debilu. Świetny pomysł. Szkoda tylko, że nie znasz nikogo, kto miałby taki żywioł.
Przewróciłem oczami i uważając na szczególnie obolałe miejsca, ułożyłem się na podłodze. Zmęczenie – zarówno te psychiczne, jak i fizyczne – szybko wzięło nade mną górę i zapadłem w niespokojny sen. Przez pierwsze chwile zanim mój umysł całkiem odleciał, czułem jak w moje obolałe ciało wbijają się pozostałości cegieł, których wcześniej nie zauważyłem. 

C.D.N

Uwagi: brak

czwartek, 1 listopada 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 4

Koniec stycznia 2019r.
Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie kolorowe aury w miejscach, w których znajdowały się znane mi postacie. Nie zwróciłem uwagi, jaka barwa została przypasowana do poszczególnych szczeniaków, tylko od razu skupiłem się na tej białozielonej, należącej do starego nauczyciela. Nie był on szczególnie uzdolniony – jego moce oddziaływały jedynie na postrzeganie świata. Wydaje mi się, że jego żywioł był nazywany dyfuzją, ale łapy nie dałbym sobie uciąć. W każdym razie był słaby, więc nic dziwnego, że to właśnie jego wytypowali jako nauczyciela magii w jednej z młodszych grup. Najwyżsi lubili udowadniać takim jak on, że nawet szczeniaki są od nich lepsze.
Wyczułem słabą tarczę, którą nauczyciel starał się obronić. Niestety, nadaremnie. Wyobraziłem sobie fioletowawą kulę energii, która uderza w jego mur. Głośne poruszanie – niewątpliwie wzdrygnięcie - dobiegające ze świata rzeczywistego oznajmiło mi, że wygrałem tę małą walkę.
Wkradłem się do umysłu wilka i bez trudu odczytałem jego myśli. Zielony gratulował mi sukcesu i kazał się wynosić z jego głowy. Gdy nie zrobiłem tego od razu, samiec zirytował się. Wychwyciłem, że spróbowałby mnie się pozbyć, ale miał wrażenie, że może się przegrać. Co jeśli taki mały szczeniak, co zaledwie zeszłego lata rozpoczął naukę, go pokona? Już nigdy nie odzyska szacunku.
Wtem do głowy wpadł mu pewien pomysł. Niestety – sprytna bestia – udało mu się go przede mną ukryć.
ASGRIMIE, ODEJDŹ.
Słowa, niemal wykrzyczane w myślach, uderzyły mnie tak mocno, że szybko się wycofałem. Mój łeb zapulsował bólem, a oczy otworzyły się. Spostrzegłem wtedy, że leżałem na ziemi kilka kroków od uśmiechającego się trochę sztucznie nauczyciela.
- To cię nauczy, żeby słuchać poleceń starszych – powiedział, a ja skuliłem się. Mówił zbyt głośno... Mój biedny umysł odbierał teraz zbyt mocno wszystkie dźwięki, a to nie było ani trochę fajne.
Cudem powstrzymałem się przed trochę niegrzecznym komentarzem. Nie chciałem dostać kary.
Zielony uśmiechnął się kpiąco, a gdy spostrzegł, że na niego patrzę, zamknął oczy. Po chwili przede mną zalśniły litery, które jak wiedziałem, nie widział nikt poza mną.
Porozmawiam z Wielkim Mistrzem o przydzieleniu ci mentora. Jesteś już gotowy.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Byłem z siebie tak bardzo dumny. W końcu niecodziennie słyszało się takie słowa z ust naszego kochanego nauczyciela magii. A tym bardziej, kiedy jest się tak młodym jak ja.
Spojrzałem w stronę mojej przyjaciółki, która przyglądała się wszystkiemu z pewnego rodzaju zaciekawieniem. No tak, nie wiedziała, co się właśnie wydarzyło... Postanowiłem opowiedzieć jej wszystko po lekcji. A tymczasem mogłem popatrzeć i spróbować wywnioskować jak idzie moim kolegom i wychwalać w myślach swoje własne, niesamowite osiągnięcia.

- Naprawdę? - spytała Młoda, gdy jak zwykle wracaliśmy razem. Powiedziałem jej właśnie o tym, co się wydarzyło na magii i widziałem, jak walczy sama ze sobą. Z jednej strony była dumna, a z drugiej... Pomimo upływu czasu nadal nie odkryła u siebie żadnej zdolności.
- Aha.
- Czyli już nie będziemy mieć razem lekcji? - upewniła się.
- Aha.
- Och... Szkoda.
Spojrzałem na jej mały pysk, na którym zabrakło charakterystycznego dla niej, szerokiego uśmiechu i dopiero wtedy zwróciłem uwagę na ten jeden mały, choć bardzo istotny szczegół. Magia, która coraz bardziej wypełniała nasze dnie już nie będzie wspólna. Zabraknie przepychanek na początku zajęć, dyskutowania, gdy Zielony był skupiony na innych... Kiedy tylko Nevra przydzieli mi mentora, będziemy mieć razem jedynie ogólne oraz pod koniec zimy dojdzie zielarstwo i tworzenie eliksirów. Ale tak... Zostawały nam jedynie przerwy, które z czasem będą się robić coraz krótsze.
- Może nie jest za późno...? - zacząłem gorączkowo myśleć. Nie chciałem tracić tego wszystkiego ot tak. Przecież byłem młody. Miałem jeszcze czas. Dużo czasu.
- Za późno na co? - zmarszczyła nos Tori.
- Gdybym coś odwalił. Zrobił głupi błąd, dał fory Zielonemu lub cokolwiek, to może...
- Nie. - wilczyca nie dała mi dokończyć. Jej głos był zdecydowany, co nie zdarzało się zbyt często. To chyba właśnie jej ton sprawił, że tak nagle się zatrzymałem.
- Czemu nie? Przecież to genialny pomysł!
- Nie, to nie jest genialny pomysł. Jeśli musisz to postaraj się czegoś nauczyć. Zostań najlepszym z kapłanów i cokolwiek sobie wymarzysz. Na Eydis, As. Rób, co musisz.
Jakaś część mojego umysłu zaśmiewała się właśnie z tego, że to właśnie ona mówiła mi coś takiego. Przecież, żeby spojrzeć mi prosto w oczy musiała zadrzeć łeb! A to jednak ona wykazywała się w tym momencie opanowaniem. Nawet pomimo tego, że – z czego pewnie zdawała sobie sprawę – jeśli mnie zabraknie, to lekcje magii mogą się dla niej źle skończyć. Plotki narastały i teraz nawet szczeniaki wolały trzymać na dystans tę dziwną, „brudną” waderę.
- Na pewno?
Mała pokiwała głową z pełną powagą, tak że gdyby nie jej postura można byłoby ją uznać za dorosłego wilka.
- Tak.
Głośno wypuściłem powietrze. W tym jednym westchnięciu próbowałem zawrzeć wszystkie swoje, tak sprzeczne emocje. Nie wiedziałem, czy mi się to udało. Pewnie nie, ale miałem ważniejsze sprawy na głowie niż przejmowanie się za mało dramatycznym wzdychaniem.


Luty 2019r.
- Asgrimie, mogę cię prosić? - usłyszałem wysoki i chłodny głos tuż za sobą. Odwróciłem się najszybciej jak umiałem i gdy tylko zauważyłem wysoką, chudą postać o sierści przypominającej kolorem orzechy, skłoniłem się.
- T-tak. - wyjąkałem, gdy basior odpowiedział skinieniem głowy. Następnie nie zwracając nawet głowy do Ióana, z którym właśnie rozmawiałem, powiedziałem – Do zobaczenia później.
- Trzymaj się – mruknął w odpowiedzi młody kapłan. A może tylko mi się wydawało?
Wielki Mistrz tymczasem wskazał łapą kierunek i poszedł w tamtą stronę. Samiec miał bardzo długie łapy, więc musiałem biec, żeby za nim nadążyć. Miałem nadzieję, że nie było jakiegoś punktu w etykiecie, który by tego zakazywał. Przecież to nie moja wina, że miałem znacznie krótsze łapki, prawda?
Wilk zatrzymał się dopiero przed swoją jaskinią, co mnie nieźle zdezorientowało. Nikt oprócz samego Mistrza i ewentualnie jego doradców, kilku najwyższych kapłanów, nie miał tam wstępu. Chociaż chodziły plotki o wilczycy, którą pokochał i z którą mieszkał, jednak nie dawałem temu wiary. Wilki nie zakładały rodzin. A nawet gdyby basior zamierzał ponownie się zmierzyć z tak absurdalnym pomysłem, to wątpiłem, żebym to ja miał być kandydatką.
- Wejdź.
Spojrzałem z powątpiewaniem na samca. Gdyby był to ktoś inny, gdyby nie ta cała sytuacja, to wydarłbym się, że nie chcę być jego partnerką, ale... No właśnie. Rzeczywistość była taka, a nie inna, więc wlazłem do środka z podkulonym ogonem.
Jaskinia była ogromna. Znacznie większa od tych, które były przydzielone grupom. Dostrzegłem kilka równych stosów książek, które tworzyły coś na wzór dodatkowej ściany. Podobało mi się to rozwiązanie.
- Co o tym sądzisz? Moja jaskinia trafiła w twoje gusta? - spytał samiec, gdy zauważył moje zainteresowaniem wnętrzem.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czy powinienem krótko pochwalić czy może zacząć układać pieśń zachwytu nad ziołami, znajdującymi się po mojej prawej?
- Ładnie...? Podoba mi się ta ściana... - wskazałem na kilka książkowych wież.
Basior skinął głową, jakby tego właśnie się spodziewał. Chyba wiele osób je komplementowało.
Wielki Mistrz usiadł i wskazał mi łapą, żebym zrobił to samo. Nadal nieźle zestresowany, zrobiłem, o co mnie poprosił. Byłem jednak gotowy zerwać się w każdej chwili.
- Arvo powiadomił mnie o twoich postępach w nauce oraz poprosił mnie o przydzielenie ci mentora. Sądzisz, że dobrze ocenił twoje umiejętności?
Odpowiedziałem skinięciem głową, ale gdy basior nie spuszczał ze mnie wyczekującego spojrzenia, odchrząknąłem.
- Myślę, że tak. Jest nauczycielem – wzruszyłem ramionami, udając wyluzowanie. Nawet dla wilka z takimi zdolnościami aktorskimi jak ja, było to w tym momencie trudne.
- Dobrze. W takim razie wejdź do mojego umysłu.
Otworzyłem szerzej oczy i poderwałem się z miejsca.
- S-słucham!? - gdy wilk nie odpowiedział, przejechałem nerwowo językiem po pysku. - Ale, Mistrzu... Jest Mistrz pewien?
Skinął głową.
- Zrób to.
Zamknąłem oczy i tak samo jak na niemal każdej lekcji wyobraziłem sobie aurę, z tą różnicą, że ta była wokół szczupłej postaci Nevry. Miała ona ciemnoniebieską barwę z domieszką szarego – identyczną jak jego oczy. Zadziwiająco rzadko widywałem takie połączenie.
Nie wyczułem żadnej obrony, więc uśmiechając się, wyobraziłem sobie, że zbliżam się do siedzącego nieopodal basiora. Już miałem zagłębić się w jego umysł, gdy nagle coś mnie odrzuciło. Całkiem zdezorientowany, otworzyłem oczy i zerknąłem na orzechowego wilka. Uśmiechał się.
- Spróbuj jeszcze raz. - poradził, nie przestając się uśmiechać. Rozbawienie w jego oczach nie ocieplało jednak zimnego spojrzenia.
Ponownie skupiłem się na aurze basiora i tym razem nie dałem się zwieść pozornemu braku obrony. Zaatakowałem, wyobrażając sobie wielką, fioletową błyskawicę energii. Poczułem, że moje łapy się pode mną ugięły, jednak nie zważałem na to. Nakierowałem błyskawicę na aurę Wielkiego Mistrza, którą pod moim wpływem lekko zamigotała i... wyparowała moje piękne, fioletowe dzieło!
Otworzyłem z wysiłkiem oczy i zdałem sobie sprawę, że leżałem na ziemi. Przez moją głową przebiegł obraz mnie psującego swoim spektakularnym upadkiem ten idealny porządek, który był w tej jaskini. Gdybym nie był jeszcze tak oszołomiony, zerwałbym się z miejsca, ale... No.
- Interesujące... - usłyszałem wysoki głos basiora.
Spojrzałem w jego stronę, jednak gdy dostrzegłem szaroniebieskie, niemal niezauważalne nitki wokół niego, odwróciłem wzrok. Nie chciałem na nie patrzeć.
- Jesteś zadziwiająco silny jak na swój wiek. Może twoja moc nie dorównuje sile przeciętnego kapłana, ale za kilka lat... Masz dobre predyspozycje. - mówił, a ja nie miałem pewności, czy były to słowa skierowane do mnie, czy bardziej do niego samego. - Twoją mentorką będzie Vestar.
Postawiłem uszy w czystym zainteresowaniu.
- Vestar?
Wilk odpowiedział skinieniem łba, a ja niemal bezmyślnie się uśmiechnąłem. Zapowiadało się przyjemnie.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

piątek, 21 września 2018

Od Asgrima "Starcie kretynów" cz. 1 (Cd. Valkoinen)

Luty 2021r.
Pogoda była okropna. W życiu nie widziałem niczego takiego, jak to, co teraz się działo. Owszem, słyszałem o zmianach klimatycznych i innych takich rzeczach, do których doprowadzili ludzie, ale... Szarofioletowe chmury, które niemal codziennie zakrywały niebo raczej nie były spowodowane przez człowieka, prawda?
Chciałem wiedzieć, co to było. Dlaczego światło słoneczne było tak chłodne? Czemu wiatr, który wiał tak mocno, że często obawiałem się, że porwie moją małą partnerkę i zabierze w siną dal, nie dawał się kontrolować wilkom o odpowiednich żywiołach?
Wszystko było tak dziwne, tak nierealne, że bolał mnie od tego łeb. Na dodatek czułem w kościach, że to był początek.. Niestety, nie wiedziałem czego.
Próbowałem pytać wszystkich, ale nawet najstarsze i najmądrzejsze wilki nie mogły mi odpowiedzieć. Wszyscy chodzili niepewni, co przyniesie każdy kolejny dzień, a nawet kolejne kilka chwil. Czy to niepozorne drzewo, które rosło tu odkąd pamiętają najstarsi z watahy nagle nie runie i nie zabije kogoś z naszych?
Przez to wszystko my, technicy, mieliśmy łapy pełne roboty. Ledwo zdążyliśmy coś zreperować, to już psuło się następne kilka rzeczy. Wspominałem o tych wichurach, prawda? Bo to była głównie ich wina.
Zwierzęta również zdawały się wyczuwać, że coś jest nie tak. Rzadko opuszczały swoje kryjówki, a to sprawiało, że mieliśmy problemy z polowaniami. Zima zawsze oznaczała, że wszyscy nieco schudną, ale teraz... Teraz można było nas nazwać Watahą Anorektycznych Wilków...
Tego dnia postanowiłem się choć trochę rozerwać. Wszyscy już dawno stracili chęci do zabawy i festyn pustoszał. Nie dziwiłem się. Kto normalny wychodziłby z własnej woli w taką pogodę?
Miałem zbierać się do wyjścia, gdy usłyszałem ciche pokasływanie.
- Gdzie idziesz? - spytała Tori.
Odwróciłem pysk w jej stronę i uśmiechnąłem się delikatnie, gdy dostrzegłem jej potargane futro. Kilka dni temu dopadła ją paskudna grypa i wilczyca straciła wszelakie chęci na układanie sierści. Gdyby nie jej wymęczone spojrzenie, wyglądałaby całkiem uroczo.
- Chcę ostatni raz pobawić się na festynie. No wiesz, zanim go zamkną przez ten głupi wiatr – odparłem. - Poza tym przydałoby się nazbierać trochę liści lipy.
Wilczyca skinęła łbem i głośno kaszlnęła. Skrzywiłem się, słysząc ten odgłos. Szkoda, że oprócz robienia głupich herbatek nie mogłem jej jakoś pomóc. Nie mogłem patrzeć, jak się tak męczy.
- Baw się dobrze – powiedziała, przymykając oczy.
Przyglądałem się jej przez chwilę i westchnąwszy, wyszedłem.
Miałem zamiar udać się od razu na festyn, gdy przypomniałem sobie o pewnej małej obietnicy sprzed kilku miesięcy. Uśmiechnąłem się do siebie i obróciłem się, kierując w stronę jaskini mojego kolegi.
Już jakiś czas temu podał mi, gdzie mieszka, ale dopiero gdy zapewniłem go, że nie zdemoluje wnętrza pod jego nieobecność. Jakbym nie miał nic lepszego do roboty...
Porywisty wiatr targał moje futro i powoli zaczynałem wątpić, czy wyjście w taką pogodę to dobry pomysł. No i czy były jakieś szanse, że muskularny, biały samiec zgodzi się, gdy przedstawię mu moją propozycję?
Pokręciłem pyskiem i przyspieszyłem, chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Na moje szczęście – lub właśnie nieszczęście, bo to już zależało od sytuacji – grota, którą zamieszkiwał Valk nie była daleko. Wlazłem do niej bez zaproszenia i rozejrzałem w poszukiwaniu samca. Dostrzegłem go dość szybko i to w bardzo nietypowej sytuacji.
Wielki, masywny wilk o nieco przerażającej bliźnie na pysku stał w jednym z kątów, a gdy się odwrócił w moją stronę dostrzegłem bukiet kwiatów, niewątpliwie zerwanych w Magicznym Ogrodzie.
- Cześć – przywitałem się, wchodząc głębiej do jaskini. - To dla mnie? Nie trzeba było!
Valkoinen odłożył delikatnie kwiatki na ziemię i zmierzył mnie spojrzeniem. W odpowiedzi wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Przez ostatnie miesiące narodziło się między nami niezłe porozumienie i jeśli miałem być szczery, to mogłem zaliczyć tego albinosa do mojego grona przyjaciół. Oczywiście, nigdy bym się do tego nie przyznał.
- Nie, ty żywy jesteś – odparł z pełną powagą.
- Ranisz me serce – jęknąłem i uniosłem łeb do góry, żeby dodać wszystkiemu odpowiednią nutę dramatyzmu. - To dla kogo?
Basior nie odpowiedział, na co przewróciłem oczami.
- Dla Lind, no nie? Stary, przecież wiem, że za nią latasz jak... - zacząłem, jednak Valk nie pozwolił mi skończyć.
- Mhm... Coś chciałeś?
Jeśli myślał, że uda mu się tak łatwo zmienić, to... Miał rację. Chciałem jak najszybciej to załatwić, a żeby podokuczać mu o miłości jego życia będę miał jeszcze wiele okazji.
- Pamiętasz, że obiecałeś mi dogrywkę?
Valk uniósł brwi, nie rozumiejąc, o co mi chodziło.
- Dogrywkę? - powtórzył.
- Aha. Dogrywkę – potwierdziłem. - W tym konkursie o fantastycznych istotach.
Wilk zdawał się dalej nie wiedzieć, o czym mówiłem. Postanowiłem dać mu chwilę na przetworzenie informacji. Nie wszyscy byli tak genialni jak ja.
- Teraz?
Wzruszyłem ramionami.
- A kiedy masz czas?
Valk ruszył w stronę wyjścia, żeby zobaczyć, gdzie prawdopodobnie znajdowało się to dziwne słońce. Wiedziałem, że było jeszcze wcześnie. Do południa zostało jeszcze trochę czasu, ale kto wie, kiedy mój przyjaciel miał swoją randkę marzeń.
Po chwili samiec wrócił i rzuciwszy, krótkie spojrzenie na bukiet kwiatów leżący na ziemi, odparł:
- Teraz.
Skinąłem łbem i wyszedłem z jaskini. Od razu uderzył mnie mocny wicher, na co się skrzywiłem. Zdecydowanie nie podobała mi się ta pogoda.
Po chwili wilk zrównał się ze mną. Szliśmy w ciszy – Valkoinen był tak zamyślony, że prawdopodobnie nawet nie słyszał, co do niego mówiłem. A może po prostu mnie ignorował?
Szybko dotarliśmy niewielką polanę przy której siedział mężczyzna o jasnobrązowych włosach. Ze względu na porę roku był ubrany ciepło, jednak nie wpłynęło to znacząco na kolorystykę jego stroju – Joel jak zwykle miał na sobie ubrania w różnych odcieniach brązu i beżu.
Nad powiewającym na wietrze szalikiem błyszczały ciemnoniebieskie oczy. Niewątpliwie mężczyzna dostrzegł nas już jakiś czas temu.
Wymieniliśmy przywitania i w końcu nadszedł czas, kiedy to podaliśmy powód naszego przybycia.
- Naprawdę chcecie wziąć w tym udział teraz? - mężczyzna wykonał kółko dłonią, na którą była założona brązowa rękawiczka. Zapewne miał na myśli cały czas nasilający się wiatr.
- Później może nie być okazji – odparłem, a Valk potaknął krótko.
Jo skinął głową i sięgnął po zbiór kartek, które pokazywał nam późnym latem Dan. Miałem nadzieję, że zapamiętałem kilka istot po ostatnim razie i uda mi się zwyciężyć. Pal licho karty, po prostu chciałem wygrać.
Usiedliśmy obok siebie na ziemi, a Joel postanowił zostać przy stanowisku. No tak, ziemia zimą nie była zbyt komfortowym miejscem do siedzenia dla człowieka.
- Powodzenia – uśmiechnąłem się do mojego przeciwnika – Postaraj się nie przegrać tak szybko.
Wilk mruknął coś w odpowiedzi i skierował wyczekujące spojrzenie na animatora. Nie przestając się uśmiechać, również wbiłem wzrok w kartki.
- Pamiętacie zasady? - spytał mężczyzna. Jego głos był lekko stłumiony przez materiał, który zakrywał mu usta i nos.
Czym prędzej skinąłem łbem, a Valk nieco niepewnie przytaknął.
- Za każdą rozpoznaną istotę, którą wam pokażę, zdobywacie punkt. Zwycięża ten, który jako pierwszy uzbiera dziesięć punktów – wyjaśnił pokrótce animator. Tym razem oboje pokiwaliśmy łbami.
Joel odwrócił pierwszą kartkę. Ukazał się nam naprawdę dziwny obraz. Postać na nim przypominała ludzką, jednak jej kończyny były trochę za długie, a głowa zbyt duża. Nie posiadała ona oczu, a za nozdrza służyły jej dwie dziurki. Dłonie istoty były zwieńczone przerażającymi długimi i grubymi szponami o czarnym kolorze. Z paszczy wystawały ostre zęby i bardzo długi język. W skrócie: wyglądała przerażająco, jednak przypominała mi coś, co miałem okazję spotkać nie raz w mieście. Wzdrygnąłem się na samo wspomnienie.
- To jest... - zaczął Valk. - Em... No, tak.
- Czy to kobieta podczas okresu? - postanowiłem zaryzykować.
Jo spojrzał na mnie jak na idiotę, by po chwili się roześmiać. Był to dość jasny znak, że nie trafiłem. W takim razie pozostała mi jedynie nadzieja, że Valkoinen nie dostanie nagle cudownego objawienia i dobrze odpowie. Na szczęście jego inteligencja nie była specjalnie wysoka...
- Kobieta podczas czego? - zmrużył brwi mój przeciwnik.
- Okresu – odpowiedziałem, ale samiec zdawał się nadal nie wiedzieć, o co chodzi. Westchnąłem teatralnie i wyjaśniłem – Cieczka u ludzi. Samice są podczas lub przed nią nieźle zirytowane na wszystko, co żyje i nie żyje.
Basior mruknął coś pod nosem. Między nami zapadła cisza, którą przerwał animator oznajmiając nam, że pomimo oczywistego podobieństwa, obraz przedstawiał demona zwanego hekaią.
Następnie z uśmiechem na swojej ludzkiej twarzy, przełożył kartki. Tym razem ukazała nam się zdecydowanie końska sylwetka. Szara sierść zwierzęcia znajdowała się na białym tle, więc nie było widać zbyt dobrze wszystkich szczegółów. Dostrzegłem skrzydła i już miałem powiedzieć, że jest to jakiś podgatunek pegaza, gdy zauważyłem jeden malutki, malusieńki szczegół. Skrzydlaty koń miał łeb, który niewątpliwie był ptasi. Nie wyglądał on zbyt naturalnie – na moje oko ktoś zestawił ze sobą dwa przykładowe rysunki, ale postanowiłem wyjątkowo tego nie komentować.
- To już było... - usłyszałem niski głos.
Zerknąłem na Valkoinena, który w zamyśleniu uderzał ogonem o twardą ziemię. Coś mu się kojarzyło, a gdy ponownie zwróciłem pysk w stronę dziwacznej istoty, odpowiedź uderzyła mnie niczym masywne kopyto zwierzęcia. Podskoczyłem podekscytowany i powiedziałem dumnym głosem:
- To hipogryf.
Animato uśmiechnął się do mnie i pokiwał powoli głową.
- Punkt dla ciebie.
- No chyba nie... – mruknął Valk.
Posłałem mu wesoły uśmiech.
- Co jest, staruszku? Czyżby problemy z pamięcią?
- No coś ty. Po prostu daję ci fory.
Prychnąłem z rozbawieniem, słysząc małe rozdrażnienie w głosie mojego przeciwnika. Taka gra mi się podobała... Lubiłem wygrywać. Podobało mi się uczucie, że mam od kogoś większą wiedzę, a kiedy konkurowałem z kimś starszym i bardziej doświadczonym, moje poczucie wartości wzrastało. Niestety, przez miesiące życia bez pamięci, która nadal nie wróciła w całości, a której powroty skończyły się niemal całkowicie, nie często miałem okazję wyróżniać się wiedzą. No i problemy z magią... Niemal słyszałem słowa mojej byłej mentorki, Vestar: Byłeś taki zdolny... Szkoda, że nic z tego nie pozostało.
Westchnąłem przeciągle. Wątpiłem, by moje zdolności wróciły kiedyś w takim stopniu, w jakim bym chciał. Już nawet nie wspominając o uczeniu się całkiem nowych, znacznie trudniejszych rzeczy. Chociaż tyle, że moja pamięć do roślin i mikstur pozostała całkiem dobra...
- Wiem!
Z rozmyślań wyrwał mnie czyjś pełen ekscytacji krzyk. Zaskoczony i może troszkę, tak naprawdę odrobinkę przerażony, odskoczyłem na kilka kroków od Valkoinena.
Biały samiec spojrzał na mnie jak na idiotę i parsknął śmiechem.
- Mógłbyś się tak nie drzeć? - poprosiłem trochę zirytowany. Już drugi raz braliśmy udział w tym konkursie i drugi raz niemal przyprawił mnie o zawał, a przecież byłem tak odważny! To zdecydowanie był okropny atak na moją biedną dumę i godność osobistą.
Wilk odpowiedział uśmiechem, a blizna na jego pysku sprawiła, że wydał się on nienaturalnie szeroki. Był to mało przyjemny i trochę straszny widok.
- No więc... To jest górski gnoll. – Valk zwrócił się do animatora. Pod koniec się trochę zawahał, by dodać po chwili nieco niepewnie – Lind mi o nim mówiła...
Joel przyznał mu rację i uśmiechnął się znacząco. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale chyba się rozmyślił i jedynie posłał białemu oczko.
Nie miałem ochoty przyglądać się jak Valky się zawstydza, więc odwróciłem wzrok i spojrzałem na kartkę, która w którymś momencie musiała się zmienić, bo przedstawiała tym razem całkiem inne stworzenie. Jego sylwetka – bo to na pewno był on – była potężna. Stał na dwóch łapach, których szpony w prawdziwym świecie pewnie byłyby długości moich uszu. Na krótkim, choć nieco przypominającym wilczy, pysku widniał jeszcze bardziej szkaradny uśmiech niż ten mojego białego kolegi. Ubrany był w skąpe ubrania, a w przedniej łapie trzymał ogromny, kamienny młot. Jego szyję zdobił naszyjnik z kości, na którego widok poczułem ścisk w żołądku. W sumie jedyne w tym potworze co nie napawało mnie odrazą i czymś w rodzaju obawy, to ruda sierść. Zawsze podobało mi się futro w tej barwie i potrafiłem docenić je nawet na takiej szkaradzie. Chociaż wyglądałoby o niebo lepiej, gdyby nie było ciągle przetykane białymi bliznami.
Tym razem uważnie obserwowałem jak animator przekłada obrazki. Szybko rozpoznałem istotę, która na nim była. Poplątane łby wężów nie mogły przecież oznaczać czegoś innego niż hydrę, która narobiła nam tyle kłopotów ostatnim razem, prawda?
- Hydra! - zawołałem w tym samym czasie co Valk i niemal od razu jęknąłem. Wszystko tylko nie powrót synchronizacji!
- Niestety, ale jest to Scyliw.
- Scy-co? - zmarszczyłem brwi. Że co? Przecież to musiała być hydra! Te wężowe łby! Te żabie oczy i ludzka sylwetka! Chwila... Ludzka sylwetka?!
- Scyliw – powtórzył animator, a ja i Valk wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Czas na wspaniały powrót dziwnych nazw... Jakże się stęskniłem!
Szybko okazało się, że to był bardzo demoniczny początek i jeśli chodzi o głupotę to wraz z moim przeciwnikiem szliśmy łeb w łeb. Po wszystkim łeb mi całkiem pękał, więc bez słowa zabrałem zdobyte karty i odszedłem w stronę Magicznego Ogrodu. Postanowiłem poszukać w nim coś na ból głowy. Może miętę? Bardzo lubiłem jej zapach, więc mógłbym przy okazji nanieść trochę do jaskini. Tor z pewnością by się nie obraziła...

<Valk?>

Wygrane karty: brązowe: 2x Ryby, Wojownik, Bibliotekarz, Bransoletka Życzeń; srebrne: Ogień, Xeral, Białe Królestwo; złote: Asai.

Uwagi: Z tego co mi wiadomo herbatki na przeziębienie robi się z kwiatów, a nie liści lipy.