Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanessa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanessa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2016

Od Vanessy „Identyczna” cz. 4 (Cd.Astrid)

Po usłyszeniu tego pytania, na moim pysku zagościł uśmiech.
- Tak! – wykrzyknęłam. – Udało się!
- Tylko, czemu jesteśmy… w szpitalu? – zapytała Astrid.
- Jakiś wilk nas śledził. Zobaczył jak zjadamy te kwiatki. Potem podobno dostałyśmy drgawek, zaczęłyśmy wrzeszczeć wniebogłosy, a ciemna mgła zaczęła z nas wypływać i straciłyśmy przytomność… No i ten wilk teleportował się z nami tutaj. Tyle z tej historii – wzniosłam oczy ku niebu. – Ech, jestem tu już trzeci czy czwarty raz.
- A kim jest ten wilk?
- No właśnie… Podobno nikt z tej okolicy go nie zna… Teraz pytania: Kim on jest?, Co robił w tej okolicy?, I czemu nas szpiegował?…
- A wiesz pod jaką postacią był? – dopytywała As.
- Wilczą. Ale lekarze twierdzą, że gdy odchodził i już znikał we mgle, to zmienił swoją postać na ludzką.
- A jeśli to szpieg?! – poderwała się moja koleżanka. – Trzeba powiedzieć o wszystkim Alfom!
- Suzanna już o wszystkim wie – znikąd pojawił się lekarz. – A wy macie odpoczywać. Połóżcie się i spróbujcie przespać.
Z niechęcią wykonałyśmy jego polecenie. Wpatrzyłam się w sufit. Cały czas czułam radość spowodowaną wydostania się spod władzy demona. Wtedy naszła mnie dziwna myśl. Astrid także zjadła kwiatek. Z niej też wydobyła się czarna mgła. Ona też tu jest. W takim razie… Ona też była opętana?!
Gwałtownie odwróciłam łeb w jej stronę. Leżała z zamkniętymi oczami; próbowała zasnąć. Nie chciałam jej przeszkadzać, więc postanowiłam później z nią pogadać.
Pogrążyłam się w swoich myślach. Nawet nie zauważyłam, gdy odpłynęłam do słodkiej krainy snów…
***
Był już ranek. Astrid nadal spała, a ja na szczęście mogłam wyjść ze szpitala. Nie chciałam zostawiać tu mojej koleżanki, ale byłam bardzo głodna i miałam wrażenie że zaraz zemdleję, jeśli czegoś nie zjem. Wybrałam się więc na polowanie do Zielonego Lasu. Od razu wyczułam jelenia. Przeczołgałam się kawałek w gęstej trawie i go ujrzałam. Był tak duży, jak trzy sarny razem wzięte. Byłam jednak pewna, że dam radę zjeść go sama. Powoli wstałam i skupiłam się na zwierzęciu. Chwilę później huragan uderzył w niego z wielką siłą, porywając w powietrze na dobre pięćdziesiąt metrów. Jeleń spadł na ziemię, głową do dołu. Słychać było przeraźliwy trzask pękających kości i… po wszystkim. Mogłam najeść się do syta.
***
Najedzona wróciłam do watahy. Byłam pewna, że Astrid wyszła już ze szpitala i postanowiłam ją odwiedzić. Zmieniłam się więc w człowieka i szybko przebrałam w ciemnogranatowe dżinsy i tunikę w biało-brązowe pasy. Byłam już w drodze do mieszkania As, gdy nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk. Jej przeraźliwy krzyk. Przyspieszyłam tempa.

<Astrid? Ciebie też przepraszam za długie nie odpisywanie>

Uwagi: "Trzeba powiedzieć o wszystkim Alfom!" - to są jakieś inne Alfy prócz Suzi? Kii dla jasności już nie pełni żadnej szczególnej funkcji.

środa, 2 marca 2016

Od Vanessy "Zakochanie..." cz. 3 (cd. Toboe)

Usłyszałam słowa "Dzięki. Dobranoc!" chwilę przed wyjściem z jego jaskini. Wkroczyłam w ciemność z uśmiechem na pysku (Hahaha, o Matko, jak to brzmi). Powoli zawlokłam swoje lekko poobijane ciało do własnej jaskini. Potem padłam bez życia na posłanie.
***
Z miną wróżki-dobrodziejki wbiegłam do jaskini mojego nowego znajomego. Toboe spał, chrapiąc cicho.
- Wstawaj! - krzyknęłam. Gdy to nie poskutkowało, przyczołgałam się do wilka i mocno chuchnęłam w jego ucho. Wtedy dopiero poderwał się z miejsca. Przetarł zdziwiony oczy.
- Patrz, dzielny pacjencie, co dla ciebie mam! – pokazałam mu wielkiego lizaka.
- Ty wczoraj na serio…? – zaczął się śmiać.
- Nie, na żarty, Tobi – prychnęłam.
- Tobi? – przewrócił oczami.
- Tak, Tobi. Coś nie pasuje? – zamrugałam oczkami. Potrząsnął głową.
- A więc, Tobi, jeśli czujesz się na siłach, to zapraszam na małą wyprawę.
- Gdzie?
Nie odpowiedziałam, tylko wskazałam głową by poszedł za mną, co uczynił (chętnie lub niechętnie, co to za różnica).
Może być ciekawie…
***
Kierowaliśmy się na Wschód. Chciałam dojść do Plaży Wschodniej, jednak przed nią było jeszcze kilka terenów, między innymi Zielony Las, do którego właśnie wchodziliśmy.
Poczułam piękny zapach, charakterystyczny dla drzew. Gdy stąpałam po ziemi, moje pazury lekko w nią wchodziły, a pod nimi trzeszczały gałązki. Słychać było ptaka, który śpiewał na całe gardło. W oddali było małe źródełko, z którego piły wodę dwie sarny. Stosunkowo blisko nich, zając kicał, co chwila podjadając bujną, zieloną trawę. Sielankowy obraz tak mnie urzekł, że zapomniałam o Toboe, który przyglądał się, a to jak tarzam się w trawie, a to jak (w postaci człowieka) wspinam na drzewo lub biegam w kółko, oczarowana tym miejscem.
- Może już się uspokój królewno i chodźmy dalej - po braku mojej reakcji on również przemienił się w człowieka i stanowczo wziął mnie na ręce. I tak szliśmy sobie na przód. Ja oczywiście wyrywałam się, ale na nim nie zrobiło to wrażenia. W końcu się uspokoiłam.
- Przestań się odchudzać - zażartował Tobi. - Jesteś taka lekka, że aż się o ciebie boję - zaśmiał się.
- Nie przesadzaj - uśmiechnęłam się szeroko. - Lepiej już mnie postaw.
Ale moje nogi poczuły ziemię dopiero gdy wyszliśmy z lasu.
- No dziękuję - otrzepałam się.
Parę minut dalszej wędrówki i dotarliśmy do Wodopoju. Oboje się napiliśmy i nie przedłużając poszliśmy dalej, znów jako wilki. Gdy ujrzałam ostatni przed Wschodnią Plażą teren, Wschodni Klif, po raz kolejny oniemiałam.
- Jak tu pięknie! - zaczęłam biec i po raz drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin wpadłam na Toboe. - Oj, sorry, teraz to już na serio moja wina - pomogłam mu wstać.


<Toboe? XD Sorki że musiałeś tyle czekać>

Uwagi: Brak

środa, 13 stycznia 2016

Od Vanessy "Identyczna" cz.2 (cd. Astrid)

Uścisnęłyśmy sobie łapy.
- Może pomogę ci coś upolować? W końcu to przeze mnie uciekła ci sarna - zaproponowała Astrid.
- Jasne, dziękuję - rzekłam. Przeszłyśmy się kawałek, bacznie węsząc i rozglądając się dookoła. W końcu dostrzegłyśmy młodego jelenia. Miał olbrzymie poroże i kulał na jedną nogę. W tym samym momencie, ja i wadera obok mnie wystartowałyśmy. Jeleń zaczął uciekać, ale nie miał żadnych szans, ponieważ biegł wolno. Noga utrudniała mu ucieczkę. Już chwilę później go złapałyśmy. Wbiłyśmy zęby w jego krtań, pozbawiając go życia.
Dziesięć minut później w tym miejscu leżały już tylko kości. Obtarłam pysk.
- Pójdziemy gdzieś? – zapytałam siedzącej obok mnie wadery.
- Tylko gdzie?
- Hm… Ostatnio, gdy byłam w Mieście widziałam plakat. Pisało na nim że dzisiaj jest jakiś teatr, czy coś w tym stylu – rzekłam.
- Tylko skąd my weźmiemy pieniądze? – zamarudziła Astrid.
- Mam swoje sposoby – aura tajemniczości mnie spowiła. As już o nic więcej nie pytała. Najwyraźniej zdała się na mnie.
Przemieniłyśmy się więc w ludzi i swobodnym krokiem zaczęłyśmy iść przez las. W pewnym momencie trafiłyśmy na taki jego fragment [lasu], że wokół było wręcz czarno. To dlatego, że wszędzie było pełno drzew. Szłyśmy w miarę normalnie, ale później…
…Nie odpuszczę, dopnę swego…
Te ciche słowa, w moich uszach zabrzmiały jak krzyk.
- Co? – przystanęłam. – Słyszałaś to?
- Co miałabym słyszeć? Tu jest cicho jak w grobowcu – mruknęła Astrid. Wzdrygnęłam się. Przecież ja naprawdę słyszałam te słowa!
…Ciało za ciałem, poleje się krew, lecz ja nie odpuszczę, póki jej nie…
Dalsze słowa przerwało głośne skrzypnięcie.
- Astrid? – szepnęłam. – To już musiałaś słyszeć.
- Uspokój się. Coś ci się przywidziało – dziewczyna nadal zachowywała się normalnie.
- Może jednak stąd idźmy… - byłam już naprawdę przerażona.
…Podchodzę powoli, zaraz złapię ją, i domknę nasz zewnętrzny krąg…
Zignorowałam te słowa. Postanowiłam uwierzyć, że to tylko moja wyobraźnia.
…Łapię, wspinam się…
To wyobraźnia! To wyobraźnia! – krzyczałam w myślach.
…Bo pakt zapieczętować chcę…
Zacisnęłam powieki. Wydałam z siebie ostry krzyk.
…Jej dusza, odsprzedana diabłu, do piekła rwie się, zaraz jej ciało, przejdzie transformację…
Dziwna biała para zaczęła otulać mnie i Astrid. Dziewczyna jednak, jakby jej nie widziała, szła dalej.
- Uciekajmy – mój głos dziwnie brzmiał. – Szybko.
- Ależ czemu?... – z jej gardła wydobył się ochrypły głos. – Nie chcesz się z nami pobawić…?
Odwróciła się w moją stronę. Odskoczyłam, widząc jej białą sukienkę pobryzganą krwią. Jej wyłupiaste, czerwone oczy. Białą pianę wydobywającą się z ust…
- Kim ty jesteś? Kim jesteś?! – wrzasnęłam. Ona zaczęła diabolicznie chichotać. Wokół pojawiały się coraz to dziwniejsze postacie, z powykręcanymi członami, pobryzganymi krwią.
Zaczęłam uciekać, postacie goniły mnie coraz szybciej, w moich uszach pobrzmiewały upiorne krzyki…
***
- Van? Van, co się dzieje?! – nad sobą ujrzałam Astrid. Krzyknęłam i już chciałam uciec, gdy zobaczyłam, że to normalna As. Byłyśmy w lesie, jednak nie było żadnej mgły. A wokół nas było bardzo jasno. Siedziałyśmy na małej polance.
- Szłyśmy sobie, a ty nagle upadłaś i zaczęłaś wrzeszczeć. Nie mogłam cię uspokoić… - szepnęła roztrzęsiona dziewczyna. – Wyglądałaś jak… jak…
Spuściłam głowę, a ona spojrzała na mnie dziwnie.
- …opętana - dokończyła. – Od jak dawna?!
- Od pół roku – westchnęłam żałośnie. – Proszę, pomóż mi. Ja nie chcę skończyć tak jak większość mojej rodziny… Wykończeni tą klątwą, ciążącą na nas od wieków… Zabierz mnie do jakiegoś specjalisty, błagam. Ja chcę… ja chcę żyć…
Rozszlochałam się na dobre.

<Astrid?>

Uwagi: brak

czwartek, 7 stycznia 2016

Od Vanessy "Praca" cz.1

Usłyszałam dźwięk dzwonka, oznajmującego przybycie klienta. Podniosłam wzrok zza lady i ujrzałam młodego mężczyznę, zabójczo przystojnego, prowadzącego pod rękę dziewczynę, która wyglądała na góra dziewiętnaście lat. Miała na sobie prostą, czarną sukienkę do kolan. Wyglądała niezbyt korzystnie...
Otrząsnęłam się i poprawiłam krótką, czarną spódniczkę, która nie sięgała mi nawet do połowy ud. Szczerze mówiąc, to ledwo zakrywała mi tyłek. Do tego biała, wydekoltowana bluzka.
Z chęcią zmieniłabym ten strój na zwykłe spodnie i bluzę sportową, jednak w tym barze każda kelnerka musi nosić strój wybrany przez szefa.
Podniosłam się i podeszłam do pary, siedzącej przy stoliku w najdalszym rogu.
- Co mogę podać? - zapytałam uprzejmie.
- Prosimy... dwie kawy cappuccino, sałatkę owocową i frytki - odpowiedział mężczyzna. Skinęłam głową i udałam się do kuchni. Tam powtórzyłam "sałatka owocowa i frytki", a sama podeszłam do ekspresu by zrobić kawy. Parę minut później, gdy te były gotowe, chwyciłam za uszka od filiżanek i powoli, by niczego nie wylać, wróciłam do dwójki klientów. Ci akurat się całowali. Nie chcąc im przeszkadzać, postawiłam kawy na brzegu stolika i odeszłam, znów stając za ladą. Wtem rozległ się drugi dzwonek. Do baru wszedł chłopak w moim wieku. Palił papierosa.
- Hej niunia - rzucił, opierając się o ladę. - Daj paczkę papierosów i chipsy cebulkowe.
Odwróciłam się i chwyciłam te dwie rzeczy. Później ponownie odwróciłam się w stronę baru. Chłopak siedział przy stoliku z obojętną miną. Podeszłam do niego, rzucając rzeczy na stolik i powiedziałam cenę. Podał mi pieniądze. Odwróciłam się by odejść. I wtedy on... Złapał mnie za tyłek. Z całej siły uderzyłam go w rękę pięścią.
- Wal się - warknęłam i dziesięć sekund później byłam już w kuchni, po zamówienia dla całującej się pary.
* Dwie godziny później *
Zdziwiona patrzyłam na tłum oblegający bar. Nie było tu już w ogóle wolnego miejsca. Osób było ze trzydzieści, jak nie więcej. Ja tylko biegałam od stolika do stolika, zbierając zamówienia. Potem biegłam do kuchni, podając kartki z zapisanymi tymi zamówieniami kucharkom, przy okazji odbierając różne inne dania i zanosząc głodnemu ludowi.
I tak ponad godzinę. Myślałam, że to się nigdy nie skończy. Aż za kolejną godzinę, przyszło zbawienie w postaci dziewczyny trochę młodszej ode mnie. Miała na sobie taki sam strój jak ja.
- Jestem Astoria - przywitała się. - Przyszłam cię zmienić.
- Ja jestem Vanessa - uścisnęłyśmy sobie dłonie. - To ja już chyba pójdę...
- Idź, idź - rzekła ze śmiechem. Wyszłam bez słowa z baru. Byłam padnięta jak nie wiem. Wlokłam się noga za nogą do watahy. Gdy byłam już na jej terenie, zmieniłam się w wilka. Dowlokłam się do swojej jaskini i padłam na posłanie. Od razu zasnęłam.

CDN...

Uwagi: brak

środa, 6 stycznia 2016

Od Vanessy „Nowe życie…” cz. 3 (Cd. Kirke)

Nareszcie (po raz drugi) wychodzę ze szpitala. Jest dopiero ranek, ledwo świta. Może udam się do Miasta? To chyba dobry pomysł na zabicie nudy. Przemieniłam się więc w człowieka i lekko zmęczona niedawną chorobą, powoli poszłam w stronę Miasta.
***
Gdy dotarłam do miejsca docelowego mej wędrówki, na mojej twarzy twarzy gościł uśmiech. Słyszałam odgłosy przejeżdżających samochodów, widziałam tłum ludzi, lecz nie wywoływało to we mnie paniki. Byłam spokojna. Wiedziałam gdzie się udać.
Zaczęłam przeciskać się przez tłum. Kilku osobom nadepnęłam przez przypadek na stopę i przeprosiłam, nawet się nie oglądając. W końcu dotarłam do tego miejsca. Obskurna uliczka, nie zachęcała niczym do wejścia w nią. Ale ja wiedziałam co jeszcze się tam znajduje. Zatarłam ręce i otworzyłam z trudem odrapane drzwi. Natychmiast po tym do moich uszu dostała się głośna muzyka w stylu „umpa-umpa”. Przede mną było wiele tańczących osób. Przyciskając ciało do ściany, sunęłam w stronę barmana siedzącego za ladą.
- Witaj George – rzuciłam nonszalancko. On aż przetarł oczy ze zdumienia.
- Oczom nie wierzę – mruknął, rozkładając ręce. – Van, nie widziałem cię już ze dwa lata. Tęskniłem, wiesz?
- Ja też tęskniłam. Za wami wszystkimi – rzekłam.
- Masz zamiar dzisiaj coś śpiewać? – zapytał.
- No jasne – oblizałam usta.
- To idź się wyszykować, a potem właź na scenę.
***
Stanęłam na małym podwyższeniu, zwanym przez George’a sceną. Muzyka została wyłączona. Ledwo działający reflektor oświetlał moje ciało. Słyszałam pomruki typu: „Czy to Vanessa?!”, „Chyba to ona!”, „Ale przecież nie było jej tak dawno…”
- Tak, to ja, Vanessa – powiedziałam do mikrofonu. – Postanowiłam wrócić i…
Moją „mowę” przerwały głośne oklaski.
- Mniejsza o to! – krzyknął ktoś. – Śpiewaj!
Z moich ust wypłynęły pierwsze słowa piosenki.
***
Noc. Lekki chłodek. Droga do watahy dłuży się niemiłosiernie… Moje ramiona pokrywa gęsia skórka. Gdy dochodzę do Watahy Magicznych Wilków, jest już chyba trzecia nad ranem. Nie mam siły na nic. Kładę się po prostu na zimnej ziemi i zasypiam…

<Kirke? Trochę zagmatwane to op., następne będzie (mam nadzieję) lepsze>

Uwagi: Spróbuj pisać nieco dłuższe op... I Van w końcu jest kelnerką czy wokalistką w barze?

piątek, 1 stycznia 2016

Od Vanessy "Kim jestem?" cz. 4 (cd. chętny)

Ze średnim zainteresowaniem zlustrowałam wzrokiem małą waderkę o niebieskiej sierści w czarne prążki. Mimo wszystko jednak dobrze będzie zabić nudę rozmową z kimś. Jako, że waderka nie spała, tylko również wpatrywała się we mnie swoimi ciemnymi oczami, postanowiłam zagadać:
- Jestem Vanessa, a ty, mała? - zapytałam.
- Ja nazywam się Kirke - pisnęło szczenię.
- Czemu jesteś w szpitalu? - drążyłam temat.
- Miałam ranę... - zacięła się Kirke. - No i ktoś mnie tu przyniósł i opatrzył - dokończyła kulawo.
- Aha - pokiwałam ze zrozumieniem głową. - A ja wywołałam tornado, które dosłownie uderzyło mną o ziemię z wielkiej wysokości. I teraz jestem cała połamana.
Szczenię spojrzało na moje bandaże ze współczuciem. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale nagle skrzywiłam się z bólu i jęknęłam przejmująco.
- Co się stało? - zaniepokoiła się Kirke.
- Żebro - wydyszałam, czując jak zaczyna ogarniać mnie ciemność. Chwilę później nie było nic oprócz niej.

***
- I jak? Lepiej? - spytała zatroskana Ice. Kiwnęłam głową w odpowiedzi, gdyż nadal nie byłam w stanie mówić.
- Najwyraźniej za pierwszym razem nie udało nam się nastawić twojego żebra, dlatego odczułaś taki ból i zemdlałaś - wyjaśniła lekarka.
- Yhy - kaszlnęłam. Ice poradziła mi się położyć i wypoczywać, ale ja nadal stałam w miejscu. Poczułam jakieś ciepełko pod prawym skrzydłem... Spojrzałam tam i okazało się, że to mała Kirke. Uśmiechnęłam się błogo i popatrzyłam na to małe stworzonko. Czegoś takiego mi brakowało...

***
Dopiero co wyszłam ze szpitala. Postanowiłam nigdy więcej nie próbować używać moich mocy. Jednak trudno jest tak nagle stać się "zwykłym" wilkiem. Westchnęłam i pokręciłam głową z rezygnacją. Potem wpatrzyłam się w horyzont. Było tak pięknie. A może poszłabym na spacer? Nie czekając na nic poszłam przed siebie. Szłam tak caaaaały dzień. Przekroczyłam już granicę watahy. Wokół mnie rosły białe, obumarłe brzozy. Wśród wieczornej szarówki wyglądało to upiornie. Nagle usłyszałam jakiś głos.
Zdziwiłam się. Powoli zaczęłam skradać się w stronę gdzie znajdowała się postać wypowiadająca owe słowa. Gdy weszłam pomiędzy brzozy, zobaczyłam małą polankę. W samym środku niej, stała niebieska wadera. Wypowiadała dziwne słowa. Po chwili wadera uniosła się do góry, a jej oczy zapłonęły czerwienią. Skuliłam się tak, by mnie nie zauważyła.
Buchnęła para i z piersi wilczycy zerwał się medalion. Upadł na ziemię, w trawę.
I wtedy wilczyca zniknęła. Tak po prostu. Podeszłam do miejsca gdzie upadł medalion. Leżał tam. Był niebieski, w czarne, jakby wypalone czymś wzorki. Dotknęłam go łapą, i wtedy poczułam jakby... przypływ mocy. W mojej głowie zaświtała pewna myśl. Skupiłam się na jednej z martwych brzóz, i po chwili drzewo zapłonęło. Zrobiłam to bez żadnego wysiłku.
- Opanowałam swoje moce! - krzyknęłam w euforii. Dzięki temu medalionowi, nie muszę bać się że coś mi nie wyjdzie. To dzięki niemu mogę normalnie korzystać z mocy.
W tym momencie mój dobry humor przerwał dziwny odgłos, dobywający się z krzaków. Coś jakby kichnięcie. Najwidoczniej byłam śledzona!
- Wyłaź! Wiem, że tam jesteś! - zawołałam, a z krzaków wynurzył się wilk.

<chętny?>

Uwagi: W ostatnim fragmencie nie ma prawie wcale polskich znaków... Zmieniłam wilka, do którego op. jest adresowane, gdyż Moon zgłosiła, iż odchodzi.

czwartek, 31 grudnia 2015

Od Vanessy "Nie jest to czas życia przeszłością, tylko przyszłością" cz.2 (cd. Nightmare Moon)

Wyszłam z ukrycia i prześlizgnęłam wzrokiem po waderze stojącej przede mną. Wyglądała na zarówno przestraszoną, jak i zdenerwowaną.
- Kim jesteś? - zapytała, obnażając kły. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.
- Jestem Vanessa - zmrużyłam oczy. - A ty?
- Nightmare Moon - odpowiedziała wadera. Kiwnęłam głową i... odwróciłam się żeby odejść.
- Zaczekaj! - zawołała za mną.
- Co? - odwróciłam głowę.
- Masz może jakąś... watahę? - spytała powoli.
- Nie mam, ale należę do jednej - popatrzyłam na Nightmare.
- A mogłabym dołączyć? - powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałam.
- Oto już musisz zapytać Alfę. Ale mogę cię do niej zaprowadzić - zaproponowałam.
- Dziękuję!
Odwróciłam się i zaczęłam brnąć przez zaspy śniegu. Zima dopiero się zaczęła, a śniegu jest już tak dużo... Po chwili uderzyłam się w łeb. Jaka ze mnie idiotka! Przecież jednym z moich żywiołów jest ogień!
Wywołałam więc mały "język" ognia, który "lizał" zaspy tuż przede mną i Nightmare Moon. Z zasp unosił się dym, który zmniejszał działanie mojego ognia. Ale przynajmniej zaspy były mniejsze i łatwiej było przez nie przechodzić. Westchnęłam cicho. Czekało na nas jeszcze kilka godzin wędrówki...
***
Z ulgą powitałam wzrokiem pierwsze tereny należące do Watahy Magicznych Wilków. Spojrzałam na waderę towarzyszącą mi. Na pewno było jej zimno, ponieważ nie mogła - tak jak ja - rozgrzewać samej siebie.
- Jesteśmy już blisko - oznajmiłam.
- Wspaniale - zadrżała Nightmare. Przyśpieszyłyśmy tempa, i niedługo późnej byłyśmy przed jaskinią obecnej Alfy.
- Wchodzimy - powiedziałam cicho. - Miejmy nadzieję, że cię przyjmie...

<Nightmare Moon?>

Uwagi: Skróty (WMW) rozwijamy do pełnych nazw.

piątek, 16 października 2015

Od Vanessy "Zakochanie..." cz. 1 (cd. Toboe)

Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Wstałam ze świadomością, że w końcu muszę popracować nad moimi mocami. Przecież w chwilach, gdy się zdenerwuje lub przestraszę, mogę komuś coś zrobić!
Nawet nie myśląc o śniadaniu, udałam się na małą "wycieczkę", po terenach watahy. Chciałam znaleźć jakieś spokojne miejsce, jednak wszędzie było tłoczno. Dopiero w Magicznym Ogrodzie było pusto. Odetchnęłam i skupiłam się na małym drzewku. Pozwoliłam na to, by myśl o nim wypełniła cały mój umysł. A potem wyobraziłam sobie, jak drzewko staje w płomieniach. Zacisnęłam przy tym powieki, więc gdy je otworzyłam i spostrzegłam, że drzewko naprawdę się pali, zaczęłam podskakiwać z radości. Zdekoncentrowałam się i płomienie zniknęły. Ale to i tak było coś.
Teraz postanowiłam poćwiczyć trochę żywioł wiatru. Wyobraziłam sobie małe tornado, przemieszczające się po Magicznym Ogrodzie. Nie mogłam pozwolić moim myślom obijać się we wnętrzu czaszki, o nie; teraz musiały "sproszyć" się w kupę i dokładnie skoncentrować. Nigdy nie próbowałam opanować tej trudniejszej magii, więc zdziwiłam się widząc tornado, które zaczęło szybko wirować. Kilka mniejszych drzewek zostało wyrwane z ziemi. Wszędzie latały przedmioty, których znaczenia nie znałam. Chciałam sprawić, by tornado znikło, ale te tylko powiększyło się i siało okropne spustoszenie. Zdążyłam tylko pomyśleć, że znów straciłam kontrolę, gdy nagle wielka powietrzna siła uderzyła we mnie.
***
Znowu znajduję się w szpitalu. Poznałam to miejsce po charakterystycznym zapachu. Uderzyłam się łapą w głowę. Potem zaczęłam analizować bandaże i tego typu rzeczy znajdujące się na moim ciele. Było tego naprawdę dużo. Zapewne tamto tornado "porzuciło mnie" dopiero w samym centrum watahy. Stąd tyle obrażeń.
W tym momencie do pomieszczenia weszła lekarka. Od razu zasypałam ją pytaniami:
- Kiedy będę mogła stąd wyjść? Mogę chodzić? Czy ktoś już opanował to tornado?
Lekarka uspokoiła mnie.
- Tak, tornado zostało "opanowane", na razie radziłabym ci nie chodzić, a wyjść stąd będziesz mogła zapewne za około tydzień - wyjaśniła.
- Dobrze... - Mruknęłam. - Ale strasznie będzie mi się tu nudzić.
- Trzeba było nie wywoływać tornada - wzruszyła ramionami (tak, wiem, anatomia wilka) lekarka i wyszła. Może i miała rację...
***
Minęły trzy tygodnie. Od czasu drugiego wypadku nie próbowałam ćwiczyć ujarzmiania moich żywiołów. Może to i dobrze, przynajmniej nie muszę narażać się na niebezpieczeństwo. Ale w końcu muszę ujarzmić moce. Może ktoś z watahy pomógłby mi? Ale kto w takim razie? Mało osób tu znam...
W tym zamyśleniu wpadłam na jakiegoś basiora. Zrobiłam się cała czerwona ze wstydu i wybąkałam ciche:
- Przepraszam...
Po raz pierwszy w życiu przy basiorze odebrało mi mowę. Dlatego, że był to najprzystojniejszy basior, jakiego kiedykolwiek widziałam. I... Zakochałam się z punktu.

<Toboe? Xd> 

Uwagi: "Walnęłam" to nie jest właściwe słowo. Przynajmniej w op. nie używa się takich określeń. Lepiej zastosować wyraz "uderzyłam".

niedziela, 13 września 2015

Od Vanessy "Nowe życie..." cz.1 (cd. chętny)

- Wszystko w porządku, skarbie? - w uchu usłyszałam głos Snowflake. Uśmiechnęłam się pod nosem. Już widziałam jej białe, ciepłe futro przytulające moje ciało. Ale po sekundzie przypomniało mi się wszystko. Zamrugałam oczami i obraz przyszywanej matki zniknął. Aż tak za nią tęsknię? Okłamała mnie... Mogła na samym początku powiedzieć, że nie jest moją prawdziwą matką. Czemu kłamała? Mówiłam jej wszystko, zwierzałam się z najdrobniejszego uczucia, a ona przez te lata największej tajemnicy dotyczącej mnie samej, nie chciała wyjawić. W dodatku miałam brata, którego nawet nie zdążyłam poznać. Ale nic już nie mogę zrobić. Matka i brat nie żyją, a od Snowflake uciekłam. Jestem zdana na samą siebie. Zaczyna się moje nowe życie. Mogłabym potrenować parę moich nowych umiejętności. Na pewno mi się to przyda. W pobliżu znajdował się mały strumyk, do którego bez wahania podeszłam. Skoncentrowałam całą swoją uwagę na tafli wody. Pod wpływem mojej mocy, tafla uniosła się, robiąc olbrzymie fale. Pomyślałam o mojej przyszywanej matce i poczułam gniew. Fale uniosły się jeszcze wyżej, bryzgając wodą na wszystkie strony. Niebo zasłoniły czarne chmury, zaczął lać deszcz. Rozpętała się burza. W półmroku dostrzegłam jak woda pochyla się w moją stronę. Przestałam panować nad żywiołem. Odwróciłam się i zaczęłam uciekać, słysząc jak ogromna fala tsunami wylewa się na brzeg. Przyśpieszyłam, ale woda zalała mnie. Zaczęłam się topić. Potem była już tylko ciemność...
***
Co się stało? Gdzie ja jestem? Te i podobne pytania przebiegały przez moją głowę. W dodatku słyszałam jakieś dziwne szepty. Powoli uchyliłam powieki i zdziwiona zobaczyłam ponad dziesięć wilków wpatrujących się we mnie.
- Gdzie ja jestem?! - pokazałam im zęby.
- W szpitalu - odpowiedziała mi jedna z wader.
- Ale co ja tu robię?! - warknęłam, jeżąc się.
- Spokojnie. Tsume znalazł cię nieprzytomną na terenach Watahy Magicznych Wilków. Przeniósł cię tutaj.
- Watahy Magicznych Wilków? - złagodniałam. Może to tutaj powinna rozegrać się reszta mojego życia? Wzięłam głęboki oddech. - A mogłabym... Dołączyć?

<Ktoś chętny? Z osób przebywających w jaskini ;)> 

Uwagi: Dość interesujące, szkoda tylko, że takie krótkie. "Tsume znalazł cię nieprzytomną na terenach Watahy Magicznych Wilków. Przeniósł mnie tutaj"... Zaraz, ale czy nie czasem była mowa o Vanessie? I po co Tsume miałby przenosić jakąś bliżej nieokreśloną waderę niewiadomogdzie?