Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 16 sierpnia 2018

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 21

Marzec 2021 r.
Siedziałam na swoim stanowisku, oczekując na pojawienie się Aoki. Wyglądałam zza skromnej lady, wodziłam wzrokiem po okolicy... Wszystko tylko po to, byleby jak najprędzej wypatrzyć znajomą rudą kitę. Raz zostałam zmylona przez Torance, która zmierzała jednak do całkowicie innego punktu z konkurencjami. Wypatrzyła mnie jednak i prócz grzecznościowego wymienienia się przywitaniem nie nawiązałyśmy żadnej rozmowy. Nasze relacje z czasem stawały się coraz chłodniejsze... Możliwe, że również przez to, jak bardzo różnił się nasz styl życia. Ona była zabiegana i musiała pełnić stanowisko przeznaczone dla dorosłego wilka, a ja nadal się uczyłam. Nie ukrywałam, że Torance miała znacznie mniej wolnego czasu niż ja, choć szczerze mówiąc nie przeszkadzałaby mi zmiana w mojej codziennej rutynie. Chciałabym zrobić już krok naprzód, jednak gdzieś z tyłu głowy trzymała się mnie myśl, że jeszcze wielu rzeczy muszę się nauczyć. Możliwe, że to właśnie chęć poczucia się jak pełnoletni członek stada skłoniła mnie do zajęcia stanowiska animatora. Kto wie? Tak czy inaczej mimo, że nauczyciele przekazywali mi niezbędną wiedzę, to miałam już świadomość, że wielu rzeczy już zdołałabym się nauczyć sama, a nie każdy temat, który przerabiamy w szkole mnie interesuje. Być może odrobinę pogorszyłam swoje stopnie, ale kto by na to patrzył? Torance miała podobno beznadziejną średnią, ale tak naprawdę nikt się tym szczególnie nie przejął i ma pełen dostęp do niemal wszystkich stanowisk. Kto by się przejmował nauką rzeczy niepotrzebnych, skoro można się skupić na tych bardziej lubianych?
Znowu wróciłam myślami do Aoki. Ona na przykład bardzo lubiła przedmioty realizowane przez Kai'ego. Nie była najlepszą uczennicą, ale to stanowiło chyba jedyną rzecz, którą się interesowała. Na początku kompletnie tego nie rozumiałam, ale teraz wiem, że to całkiem przydatne. Można się skupić na czymś takim, jak samorozwój... Warto uczyć się innych umiejętności na boku, dokładnie tych, które wie się, że są przydatne w przyszłości. Być może Aoki też miała w tym jakiś konkretny cel? Chciałabym to wiedzieć. Marzyło mi się, abyśmy były w stanie normalnie ze sobą porozmawiać. Jeszcze z nikim prócz taty i Hitamem nie rozmawiałam o moich marzeniach. Czułam jakąś potrzebę przekazania komuś moich myśli, ale nie miałam komu. Gaja nadal pozostawała dla mnie personą bardzo odległą, Torance poniekąd mnie zostawiła, Shen zniknął... Nikt prócz tej wadery o ślicznym futerku mi nie pozostał.
Wtedy zza krzewów wyłoniła się znajoma mi sylwetka. Z wrażenia aż położyłam łapy na stoliku. Siedzący nieopodal tata spojrzał na mnie ukradkiem. Już wcześniej pytał, czy na kogoś czekam, ale nie chciałam mu odpowiedzieć. Teraz nareszcie wiedział o kogo chodziło i chyba wyglądał na nieco zaskoczonego. Nie mówiłam mu o tym, że próbuję się zaprzyjaźnić z moim byłym wrogiem.
Powoli, ze zmarszczonym pyskiem, podeszła do mojego punktu.
- Po co chciałaś, żebym przyszła? - zapytała chłodno.
- Możesz usiąść, popatrzeć jak pracuję, pomóc... - Zrobiłam pauzę na chwilę namysłu - Będziesz dawać karty za udział w konkurencjach.
Uniosła brew nic nie rozumiejąc, więc objaśniłam jej, jak wygląda podział nagród. Słuchała ze skupieniem wymalowanym na pysku. W duchu trochę mnie cieszyło, że jednak zechciała się choć trochę zaangażować. Marzyło mi się, by została tu jak najdłużej.
Kiedy tylko skończyłam jej objaśniać, podszedł do nas wilk z Watahy Czarnego Kruka. Wykonał zadanie bez zarzutu, więc dałam znak Aoki, by podeszła do niego z kartami. Jakoś tak cieplej mi się zrobiło na ten widok... Później powoli wróciła do mojego punktu, ale rozmowa się nie kleiła. Nie miałam bladego pojęcia o czym mówić, a ona była zajęta rozglądaniem się, czy nie idzie do nas kolejny uczestnik festynu. Serce łomotało mi jak oszalałe, kiedy rozmyślałam, jaki temat mogłabym poruszyć. Nic mi nie przychodziło do głowy. Ponadto nie pamiętałam, bym kiedykolwiek się tak stresowała. Naprawdę nie chciałam palnąć przy niej żadnej głupoty. Co jeśli mnie wyśmieje?
***
Ku mojemu miłemu zaskoczeniu Aoki została aż do końca dyżuru. Nie rozmawiałyśmy aż tak wiele, ale był to choć jakiś postęp: w końcu wytrzymała moją obecność przez tak dużą ilość czasu.

Maj 2021 r.
Aoki odwiedzała mnie na festynie częściej. Rozmowa nadal się nie kleiła, ale fakt, że wracała był pokrzepiający. Zawsze czekałam na jej pojawienie się. Tata kilka razy pytał co się stało, że przestałyśmy sobie skakać do gardeł, ale nigdy mu nie odpowiedziałam. Właściwie to miałam tylko teorie, to mogło być tego powodem. Nie czułam też konieczności, aby tata wiedział o takich detalach. Powinno się dla niego liczyć głównie to, że znalazłam kogoś do stałego towarzystwa, mimo, że Torance, Shen oraz Sakura mnie już zostawili, i co za tym idzie - zapowiadało się, jakobym miała pozostać samotnikiem do końca mojej edukacji, albo i dłużej. Po jakimś czasie chyba w końcu przyjął do wiadomości, że nie muszę mu mówić o wszystkim, a taki stan rzeczy wcale nie jest aż taki zły.
- Dziś po raz kolejny spróbujemy wywołać wasze magiczne zdolności - oświadczył Kai, pochylając się nad jakąś książką. Dopiero po jakiejś chwili podniósł wzrok i zmierzył nas swoimi fioletowo-różowymi ślepiami. Nie był to żaden niemiły gest. Miałam wrażenie, że Kai zdawał się być tak samo sympatycznym wilkiem dla dosłownie każdego...
- To boli - stęknęła Aoki. Kai się krótko zaśmiał.
- Lecz jest skuteczne. Odczuwałyście po ostatnim razie jakieś drgania mocy dookoła siebie?
Skinęłyśmy zgodnie głowami, jednak Aoki wciąż nie wyglądała na przekonaną.
- To naruszyło wasze wewnętrzne źródło mocy. Udało mi się wyciągnąć tylko ich pierwszą powłokę. By ujawnić całą resztę musicie same tego chcieć i wiedzieć, w który element swojego możliwego żywiołu celować. Macie przynajmniej gwarancję, że posiadacie predyspozycje do czarowania, a nasza praca nie jest bezcelowa.
Po raz kolejny pokiwałyśmy głowami.
- Plan wygląda następująco: ja powtórzę zabieg, a wy z całych sił spróbujecie poruszyć swoje źródło mocy, o którym rozmawialiśmy jakiś czas temu. Musicie to dosłownie wyrzucić z siebie, celując w przeciwległą ścianę - Mówiąc to, wskazał na skałę, która znajdowała się tuż za nim. To by wyjaśniało, dlaczego przed lekcją zdjął wszystkie księgi z półek i przesunął w drugi kąt jaskini: nie chciał, by cokolwiek mogło ulec zniszczeniu.
- Co jeśli ją zepsujemy? - zapytała Aoki.
- To nic. Powiększycie nam salę do moich lekcji - Stwierdził z uśmiechem i przeszedł na drugi kąt klasy. Był niedaleko za nami. - Sądzę, że lepiej wywołać tutaj jakiś pożar lub tornado, niż na zewnątrz.
- Czy ja wiem... - mruknęła Aoki.
- Kiedy weszłyście do sali, czytałem jakąś książkę i mamrotałem coś pod nosem, prawda? - Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej: - Wtedy wytworzyłem tarczę ochronną tuż przed waszymi nosami. Mogę ją przekroczyć tylko ja lub wasza moc, jednak ona w przeciwieństwie do mnie nie wróci. Znaczy to tyle, że jedyne możliwe zniszczenia odbędą się na tym odcinku, gdzie nas nie ma.
Nauczycielowi odpowiedziała głucha cisza, więc westchnął pod nosem. Dopiero wtedy powoli pokiwałyśmy głowami.
- To jak? Gotowe?
Ponownie mu potaknęłyśmy i prawdopodobnie równocześnie zacisnęłyśmy powieki.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

środa, 15 sierpnia 2018

Od Crane'a "Jedna konkurencja, albo dwie" cz. 1

Czerwiec 2021
Wracałem z patrolu wczesnym popołudniem. Szedłem akurat przez Żółty Las i przyglądałem się mijanym, zamkniętym grupkom bliskich znajomych. Tym razem widziałem tylko członków, niegdyś oddzielnej, Watahy Magicznych Wilków. Skakali w złocistych liściach z szerokimi uśmiechami na pyskach. Zajęci sobą nawzajem, nie zwracali na mnie uwagi. Pomimo tego, ja nie opuszczałem uszu dla pewności, że nikt się do mnie nie podkrada.
Ale co bym zrobił, gdyby zaatakowano mnie z góry? Popatrzyłem na rozłożyste gałęzie wszechobecnych drzew. Gdyby ktoś teraz stamtąd uderzył, najpierw uskoczyłbym w bok. Potem unik przed następnymi ciosami. Następnie podesłałbym przeciwnikowi jakiś ryk groźnego stwora... Powiedzmy, że Wyverna... i spróbowałbym dosięgnąć jego karku kłami. O ile będzie miał odsłoniętą szyję. A jeśli nie to... Rzuciłbym się na niego i powalił na ziemię używając swojego ciężaru ciała. Gdyby jednak atakujący był zbyt wielki, uciekłbym. Najlepiej w stronę tych wesołych wilków. Jeśli jednak nie pomogą mi, jest szansa, że chociaż na chwilę odwrócą uwagę nieprzyjaciela. Będę miał czas, żeby umknąć z pola widzenia...
Dalej wpatrywałem się w żółte korony drzew. Nie było tam nikogo... i dobrze.
Wszedłem na nadgryzione zębem czasu deski Żółtego Mostu. Cicho zaskrzypiały pod moimi łapami. Zatrzymałem się w połowie drogi na drugi brzeg rzeki i nieznacznie wychyliłem, żeby spojrzeć na płynącą dołem wodę. Porywała wszystkie dostępne opadłe liście i zabierała je w dalszą podróż. Wtem dostrzegłem pod szumiącą falą jakiś poruszający się obiekt, odbijający promienie słoneczne. Chociaż prąd próbował pociągnąć go ze sobą, przedmiot o dziwo nie ustępował. Wyciągnąłem łapę, żeby schwycić to błyszczące coś. Znalazło się w moim uścisku, ale ja też nie mogłem go tak po prostu zabrać z dotychczasowego miejsca. Szybko zlokalizowałem przyczynę takiego zjawiska. Łańcuszek tego, jak się domyślałem, medalionu, utknął między elementami mostu. Złapałem zawieszkę w pysk i podważając łapami jedną z luźniejszych belek, wreszcie wydostałem znalezisko. Na zdobytym medalionie dostrzegłem kota, trzymającego... drugi medalion. Wtedy skojarzyłem, że to na pewno Medalion Giętkiego Kota. Założyłem go sobie na szyję i ruszyłem dalej, całkiem zadowolony ze swojej spostrzegawczości. Tak samo cieszyłem się, że w okolicy chwilowo znów zapanowała cisza i gdyby ktoś się do mnie podkradał, natychmiast bym zauważył.
Idąc dalej, wyminąłem szerokim łukiem Drzewo Wiedzy. Później, dotarłszy do Pomarańczowego Drzewa, dostrzegłem samicę Alfa - Suzannę. Pochylała się nad jakimś pergaminem. Nie umiem czytać, więc nie było mowy o tym, żebym zdołał podejrzeć, co tam takiego ciekawego napisano. Nie zmieniłem kierunku, żeby uniknąć ewentualnej wymiany zdań z tą waderą. Gdyby podniosła wzrok w złym momencie, niechybnie pomyślałaby, że specjalnie jej unikam i mam ku temu prawdziwy powód. Szkoda ryzyka, szkoda nienagannej opinii, szkoda podejrzeń Alfy.
Tak więc, szedłem dalej przed siebie i mijając Suzannę, przywitałem ją jak należało:
- Witaj, Alfo.
Odpowiedziała mi skinięciem głowy i wróciła do swojego pergaminu. Heh, czyli jest zbyt zajęta, żeby pytać mnie o cokolwiek.
Wróciłem do Zielonego Lasu. Nagle przed moim nosem przemknęli dwaj technicy. Byli to Joel i Asgrim, gonili grupkę zajęcy. Widać restauracja stale potrzebuje zaopatrzenia.
Wtem skojarzyłem, że przecież Joel jest też animatorem. On, Dante i mała Navri wydają karty za wykonywane zadania. A karty można sprzedać...
Nie mam lepszego zajęcia, pójdę na tę ich polanę i wezmę udział w jakiejś konkurencji. Nawet jeśli wilkołak-muzyk jest tutaj, może tamta dwójka akurat pilnuje swoich stanowisk.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Szybko znalazłem miejsce, gdzie siedziała, tym razem samotnie, uczennica imieniem Navri. Patrzyła w jakiś bliżej nieokreślony punkt na ziemi, skupiona na swoich myślach. Szkoda, że nie umiem w nie zaglądać. Podszedłem bliżej i uśmiechnąłem się przyjaźnie.
- Witaj, Navri.
Waderka podniosła głowę i zmrużyła nieznacznie oczy.
- Dzień dobry panu. Chce pan wziąć udział w jakiejś konkurencji?
- Tak. Jakie są dostępne u ciebie? - zapytałem.
Młoda wilczyca chyba trochę się denerwowała. Niech więc zapamięta taki mój wizerunek; cierpliwego i uprzejmego.
- Odpowiadam obecnie za dwie. Pierwsza konkurencja, to gra dwuosobowa, a druga jest dla jednego wilka - wydukała.
- Wybieram drugą takim razie - oznajmiłem. - Na czym polega zadanie do wykonania?
- Musi pan odnaleźć pewien mały przedmiot ukryty tutaj w pobliżu. - omiotła wzrokiem okolicę. - Promień poszukiwań jest od mojego stanowiska do tamtego świerku - wskazała.
- W porządku. Czego szukam konkretnie? - utrzymywałem ten sam, spokojny ton.
- O takiej zawieszki - Młoda wilczyca pokazała mi nie za duży, oszlifowany, czerwony kamyk, umieszczony w metalowym uchwycie.
- Jest określony czas, w którym mam to znaleźć? - dopytałem.
- Nie - odparła animatorka.
- Dobrze. To zaczynam - odszedłem kawałek od jej stanowiska.
Jak się za to w ogóle zabrać...? Pole poszukiwań jest duże, a przedmiot niewielki. Hm... Już mam.
Wróciłem się do młodej wadery i poprosiłem, żeby pozwoliła mi obwąchać pokazaną wcześniej zawieszkę. Jeżeli obie pochodzą z jednego kompletu i jednego miejsca, powinny pachnieć bardzo podobnie, jeśli nie tak samo. Navri oczywiście zgodziła się. Zbliżyłem nos do oszlifowanego kamyka Poczułem metal, ludzkie dłonie i pewien charakterystyczny zapach jakby-lawendy. Mając już odpowiednią wskazówkę, zacząłem węszyć dookoła. Nigdy nie byłem specem od tropienia, jednak takiego zapachu nie powinienem przeoczyć. Postanowiłem, że będę zataczać koła wokół pola poszukiwań. Każde następne będzie coraz mniejsze, aż dotrę do stanowiska animatorki. Plan wręcz idealny. Przystąpiłem do jego realizacji. Zacząłem od okolic niskiego krzewu z czerwonymi owocami. Stamtąd, szedłem już po lekkim łuku i sprawdzałem, czy kolejne elementy otoczenia nie są miejscem ukrycia zawieszki. Czas mijał, a ja dalej cierpliwie krążyłem z nosem przy ziemi. Nie wiem ile to trwało. Może długo, jak na tę konkurencję, może i nie.
W końcu poczułem zapach, którego szukałem. Znalazłem drugą zawieszkę ukrytą pod rozłożystymi liśćmi jakiejś rośliny. Wziąłem ten błyszczący przedmiot w pysk i przyniosłem animatorce.
- Gratuluję wygranej - oznajmiła. Niewykluczone, że za każdym razem powtarza uczestnikom to samo. - Oto pana karty - Podsunęła mi moją nagrodę: jedną kartę złotą, jedną srebrną i dwie brązowe. Dobrze wybrałem konkurencję.
- Dziękuję - skinąłem głową. - Nie wiesz kiedy wrócą pozostali animatorzy, prawda?
Uczennica pokręciła głową na znak, że nie ma pojęcia.
- No to ja już pójdę. Do widzenia, Navri.
- Do widzenia.
Wziąłem swoją wygraną w pysk i opuściłem polanę. Poszedłem w stronę Gór, gdzie mieściła się moja ciasna, ale własna jaskinia. Pewnie znów ze stosami suchych liści w środku.
Byłem już blisko celu, jednak wtem usłyszałem jakby uderzenia skrzydeł. Chwilę potem, przed wejściem do swojego lokum ujrzałem Lind. Głośno oddychając, rozgoniła swoje skrzydła i popatrzyła gdzieś w górę.
- Cześć, Lind - powiedziałem, odkładając karty na skalistą ziemię.
Wilczyca odwróciła się gwałtownie i spojrzała na mnie. Potargana grzywka opadła jej na pysk.
- O, Crane... Co ty tu robisz?
- Mieszkam - zaśmiałem się, ale pilnowałem, żeby nie zabrzmieć złośliwie.
Dopiero wtedy wadera o jasnym futrze zauważyła wejście do mojej nory.
- A... faktycznie - zawstydziła się trochę przez swoją nieuwagę. - Jak coś, ja tylko goniłam kozicę, nie chciałam ci przeszkadzać. Zupełnie zapomniałam, że wy tu mieszkacie.
- Żaden problem - mrugnąłem do niej okiem.
Lind uśmiechnęła się, żeby ukryć swoje zażenowanie, po czym spojrzała na leżące przede mną karty.
- Widzę ty też zbierasz karty... - oznajmiła, zmieniając temat.
- No... niezupełnie. Nie miałem co robić, wziąłem udział tylko w jednej konkurencji - wyjaśniłem. Wtem w mojej głowie pojawił się nowy pomysł, co mogę zrobić z moją wygraną. - Jeśli chcesz, mogę ci je oddać.
- Tak po prostu? - zdziwiła się wadera. Spojrzała na moją skromną kolekcję. - Nie, nie mogę ich wziąć za darmo. To twoja nagroda za wykonane zadanie.
- No to... Odsprzedam ci je.
Tak też mogę zrobić i wyjdę na tym jeszcze lepiej.
- Na to już prędzej się zgodzę - mruknęła. - Ile Srebrnych Gwiazdek od sztuki?
- Po jednej - odparłem. Wadera znów się na mnie dziwnie popatrzyła.
- Na pewno..?
- Chcesz te karty, czy nie? - usiadłem na ziemi.
- Chcę, niech będzie. Tylko muszę skoczyć do jaskini po zapłatę - po tych słowach wilczyca przywołała z powrotem skrzydła i poszybowała w stronę swojego miejsca zamieszkania. Zaczekałem aż wróci. Skoro zapłata była równa ilości odkupowanych kart, łatwo było się połapać w nazwijmy to rozliczeniu.
Jeśli się nie mylę, będę miał teraz dosyć oszczędności, żeby kupić los na loterię.

<CDN>

Wygrane karty: brązowe: Pielęgniarz, Bibliotekarz; srebrne: Białe Królestwo; złote: Xander.

Uwagi: "Dotarłszy" piszemy bez "w".

wtorek, 14 sierpnia 2018

Od Asgrima "Powrót do młodości" cz. 4

Lipiec 2021r
Wyszedłem z Jaskini Alf po zdaniu raportu i od razu dostrzegłem sylwetkę mojej przyjaciółki. Siedziała kawałek od wejścia i spoglądała na inne jaskinie oraz przechodzące co jakiś czas wilki.
- Czekałaś na mnie? - spytałem z uśmiechem. Tori obróciła pysk zaskoczona i zrobiła minę, która przypominała mi zawstydzonego szczeniaczka. Urocze.
- Nie słyszałam cię. Brawo – powiedziała, nie odnosząc się do mojego pytania. W jej głosie brzmiało zmieszanie oraz podziw.
- A dziękuję, dziękuję – skłoniłem się delikatnie – Zawsze wiedziałem, że niesamowicie szybko się uczę. Ogółem jestem taki idealny...
- Chciałbyś – przewróciła oczami wadera.
- Czemu mam chcieć czegoś, co już mam? - spytałem, przekręcając łeb. Gdy wilczyca nie odpowiedziała, postanowiłem jej wypomnieć rzecz okropną – Zepsułaś moje plany. To ja miałem pójść po ciebie.
- Ach tak?
- Tak. Kiedy basior i wadera spotykają się, to samiec powinien przyjść po swoją... przyjaciółkę – skończyłem po chwili zawahania – Przez ciebie wyszedłem na kogoś niekulturalnego.
- Jakby było to coś nowego – mruknęła, wstając. Przewróciłem oczami i wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu.
- Ranisz me uczucia! Przecież ja zawsze odznaczam się nienagannymi manierami! - zawołałem dramatycznym tonem. Tori w odpowiedzi jedynie pokręciła łbem z pobłażaniem i ruszyła w stronę Zielonego Lasu. Potruchtałem za nią.
Szliśmy w ciszy. Każde z nas było oddane swoim własnym myślom i widocznie nie miało zamiaru dzielić się nimi z drugą osobą. Byłem ciekaw, co takiego tak zaprząta kudłaty łeb mojej przyjaciółki, ale nie zebrałem się na odwagę, by zapytać. Szedłem więc i zastanawiałem się nad pewną rzeczą, którą odpychałem zdecydowanie zbyt wiele razy od siebie. A była to, jakżeby inaczej, myśl o mojej kochanej przyjaciółce.
Wilczyca ta była dla mnie ważna. Musiałem w końcu to przyznać. Była moją najlepszą przyjaciółką i choć nie pamiętałem zbyt wiele z czasów naszego dzieciństwa, to właśnie tej rzeczy byłem pewien. W końcu dowiedziałem się tego znacznie wcześniej, niż własnego imienia, a to coś oznaczało.
Podobały mi się nasze relacje. Lubiłem spędzać z nią czas, ale to było coś całkiem innego, niż z innymi samicami. Ten mały rudzielec był moją piękną ostoją. Jej obecność dawała mi poczucie bezpieczeństwa i sprawiała ogromną przyjemność.
Od kilku miesięcy po mojej głowie chodziły myśli, które tak często odpychałem. Pytania zrodzone przez przypadek. Przez głupi przypadek i jeszcze głupszego i irytującego samca o białej sierści i bladoniebieskich oczach. Oczywiście, że ten idiota musiał mnie wypytywać o mój brak życia miłosnego. No nie mogło być inaczej. Zapchlony kretyn.
W każdym razie przez jedną głupią rozmowę i kilka zwykłych pytań zostałem zmuszony do przemyśleń, który nawet mój świetnie rozwinięty mózg nie potrafił szybko przetrawić.
Aż w końcu przyszło do mnie objawienie. A właściwie przyszło już kilka dni temu, ale dopiero teraz potrafiłem się do tego przyznać. Tori była dla mnie ważna, była moją najlepszą przyjaciółką, ale... To nie było to. Lubiłem ją, kochałem ją irytować, jednak nasze relacje zmieniały się. I bałem się tego, do czego może nas to zaprowadzić. Nie chciałem, żeby jedno głupie uczucie zepsuło wszystko. A jednak wiedziałem, że ten mały rudzielec zauroczył mnie do tego stopnia, że już nie było dla mnie ratunku. To było coś innego niż z każdą inną wilczycą, którą poznałem. I wszystko zdawało się dążyć do tego momentu, aż zdam sobie z tego sprawę.
Nienawidziłem siebie za to.
Nienawidziłbym siebie jeszcze bardziej, gdybym wszystko zepsuł jednym głupim wyznaniem. A patrząc na jej podejście... Nie miałem szans. I to mnie bolało. Bardzo mocno.
- As? - usłyszałem głos wilczycy, która tak zaprzątała mój umysł. Lekko otumaniony podniosłem na nią wzrok – Co się dzieje?
Poczułem, jak skręca mnie w żołądku. Czemu ona musiała nieświadomie wyczuwać emocje? Czemu musiała się zainteresować? Czemu, czemu, czemu?
- Nic - odparłem. Mój głos zabrzmiał trochę nienaturalnie, więc szybko odchrząknąłem. Nie chciałem wszystkiego zepsuć, a już szczególnie tego wieczoru... - Dlaczego pytasz?
- Kłamiesz – stwierdziła cicho. Nie odpowiedziałem na tak jawne oskarżenie – As, czuję, że coś cię dręczy. Możesz mi powiedzieć. Jesteśmy przyjaciółmi – posłała mi uśmiech, a ja stłumiłem jęknięcie.
Właśnie. Przyjaciółmi. I z tego powodu nie mogę ci powiedzieć... - pomyślałem, wzdychając cicho.
- Nie chcę o tym mówić – mruknąłem, na co wilczyca posłała mi zmartwione spojrzenie.
- Poczekam, aż zechcesz.
- A co jeśli nie zechcę? - spytałem, zanim ugryzłem się w język. Wadera nie przerywając marszu, wzruszyła delikatnie ramionami.
- Będę dalej czekać.
Stłumiłem westchnięcie. Jej też nienawidziłem. Za to, że była sobą, małą, włochatą kulką rudej sierści i musiała być tak wspaniałą – choć czasem irytującą – przyjaciółką.
Pokręciłem pyskiem i rozejrzałem się. Znajdowaliśmy się od jakiegoś czasu w Zielonym Lesie i teraz już prawie doszliśmy do miejsca, które było całkiem przejęte przez naszą wilczą restaurację. Jak przystało na późny, letni wieczór, słońce już niemal zaszło. Słoiki ze świetlikami oświetlały leśną polanę swoim delikatnym światłem. Nadawało to wszystkiemu wokół pięknego, trochę eterycznego wyglądu. Poczułem żal, gdy przypomniałem sobie, że już ponad połowa festynu była za nami. Ten widok był zbyt piękny, żeby od tak go porzucać.
- To gdzie siadamy? - zapytała Tori, gdy znaleźliśmy się przy pierwszym z konarów drzew, które miały nam służyć za stoliki. Uśmiechnąłem się delikatnie i pokazałem łapą jeden z nich. Znajdował się na uboczu, ale mi wydał się idealny. Chciałem spędzić czas z moją przyjaciółką. Nikim innym.
Wilczyca skinęła łbem i ruszyła w odpowiednią stronę. Już po chwili siedzieliśmy na niewielkich pniach drzew, a ja mogłem obserwować, jak w oczach Tori odbija się blask świetlików. Był to całkiem ładny widok.
- Tor, mam nadzieję, że kiedy będziemy zamawiać, grzecznie pozwolisz mi za siebie zapłacić – powiedziałem w pewnej chwili. Samica podniosła na mnie zszokowane spojrzenie.
- Ee... Nie?
- Jak to „nie”? - zmrużyłem oczy. Nie to, że się tego nie spodziewałem, ale... - Jesteś waderą.
- Owszem, jestem. Co to ma do rzeczy?
- To, że... - westchnąłem przeciągle. Już wiedziałem, że ta rozmowa może być trochę męcząca – Skoro basior i wadera są razem na kolacji, to samiec powinien zapłacić za swoją towarzyszkę.
- No i...?
- No i to, że masz się nie kłócić. Już i tak nadszarpnęłaś moją męską dumę, ponieważ to ja powinienem po ciebie przyjść, nie na odwrót.
Torance westchnęła teatralnie i wzruszyła lekko ramionami.
- Jak mi przykro... - powiedziała współczującym tonem. Uśmiech na jej pysku wskazywał jednak na coś całkiem innego. Już chciałem się odezwać, gdy wilczyca ponownie podniosła głos. Tym razem brzmiała stanowczo – Mam własne oszczędności. I o ile sobie przypominam, to właśnie ty nie masz zbyt wiele gwiazdek.
- Mała - jęknąłem. Wilczyca odpowiedziała mi szerokim uśmiechem – To nie powinno cię interesować. Pozwól mi się zachować jak porządny basior.
- Przepraszam, kto?
- Basior.
- Że ty?
- Że ja.
- Coś zamawiacie?
Czyiś głos wtrącił się w naszą kłótnię, na co oboje drgnęliśmy zaskoczeni.
- Yuko! - Tori zerwała się ze swojego siedzenia i przytuliła do czarnej samicy. Chwila... Co? Jak to przytuliła? Do niej?
Wadera była widocznie podobnie skołowana co ja, bo jej sylwetka się napięła, a na pysku widniał wyraz szczerego szoku. Czekałem, aż odsunie się od mojej przyjaciółki i zgromi ją morderczym spojrzeniem. Może nawet postanowi ją zaatakować? W końcu wilczyca podniosła łapy i... Opatuliła nimi małą sylwetkę Tori?!
Obserwowałem całkiem zdezorientowany i mocno zaniepokojony, rozgrywającą się tuż przede mną scenę. Moje myśli zdawały się zatrzymać, a pysk otworzył się w najszczerszym zdziwieniu.
Co. Tu. Się. Działo?
- Ktoś mi wytłumaczy, co się właśnie stało? - zapytałem, gdy wilczyce przestały się przytulać. Tori podniosła na mnie rozentuzjazmowany wzrok, a Yuko zmierzyła mnie standardowym dla niej, lodowatym spojrzeniem.
- Co masz na myśli? - w głosie mojej przyjaciółki było słychać radość oraz małą niepewność, która – jak przypuszczałem – odnosiła się do mojego pytania.
- Nieważne – mruknąłem nadal skołowany.
Tori nic sobie nie robiła z mojego stanu i zwróciła się do czarnej wilczycy.
- Nic mi nie mówiłaś, że pracujesz na festynie.
- Od kiedy mam obowiązek ci się spowiadać? - spytała groźnie czarna samica. Jednak dostrzegłem, że jej głos był nieznacznie łagodniejszy niż zwykle. A może jedynie mi się wydawało? Sam już nie wiedziałem.
- Hm, pomyślmy... Może odkąd, kiedy stałam się dojrzałą waderą i mogłabym w końcu ci pomóc?
Czekaj... CO?! - miałem ochotę zawołać.
- Dojrzałą? - powtórzyła z powątpiewaniem Yuki.
- Tak – słysząc słowa Tori, ledwo powstrzymałem jęknięcie. A gdy czarna posłała Małej groźne spojrzenie, już myślałem, że ta zaraz umrze.
- Tori...? - spytałem, czując, jak robi mi się słabo. Wilczyca posłała mi jedynie krótkie spojrzenie i już po chwili jej uwaga wróciła do Yuko. Postanowiłem jednak to przerwać i ponownie się odezwałem, bardziej stanowczo: – Tori.
- Co?
- Przestań, proszę...
- Ale przecież ja nic... - zaczęła, jednak przerwał jej zimny głos kelnerki.
- Posłuchaj swojego... Kolegi – ostatnio słowo zabrzmiało odrobinę jak przekleństwo, ale postanowiłem to olać. Nie było mi tak spieszno, żeby umierać z łap czarnej samicy.
Tori w odpowiedzi westchnęła przeciągle i posłała mi i Yuko niezadowolone spojrzenia. Oboje udawaliśmy, że nic nie zauważyliśmy.
- Zamawiacie coś czy nie?
- Zamawiamy – burknęła nadal niezadowolona Tor. Gdy Yuko posłała jej groźne spojrzenie, wilczyca powtórzyła, tylko tym razem głośniej i wyraźniej – Jaki mamy wybór?
Yuki mruknęła coś pod nosem i zaczęła przedstawiać kartę dań. Jej głos był teraz o wiele bardziej zabarwiony niechęcią niż zwykle.
Czemu właściwie taka osoba jak ona pcha się do stanowisk, przy których trzeba pracować z wilkami? To nie ma sensu... - pomyślałem.
- Poproszę naleśniki z konfiturą – odezwałem się. Brzmiały chyba najbardziej niespotykanie i najsmaczniej z tego wszystkiego, co przedstawiła nam kelnerka. Yuki skinęła sztywno głową i zwróciła łeb w stronę mojej przyjaciółki.
- A ja ciasteczka. Czekoladowe – uśmiechnęła się Tori. Nie podobał mi się ten uśmiech. Znaczy się... Był taki ładny jak zwykle, czyli bardzo ładny, ale... Coś knuła. Widziałem to po niej.
- Pracujesz na festynie czy siedzisz i jesteś równie bezużyteczna, co zwykle? - Yuki posłała Tori beznamiętne spojrzenie.
- Jestem sprzedawczynią, więc tak, pracuję.
- To będzie w takim razie cztery za wilcze łapki i siedem za naleśniki.
Skinąłem łbem, zszedłem na ziemię i zacząłem się zmieniać w człowieka. Gwiazdki powinny znaleźć się w kieszeni moich spodni. Przechowywanie w ten sposób rzeczy było dość przydatne. Już dawno zauważyłem, że wówczas nie znikały.
Już po chwili wyciągałem rękę z wilczą walutą w stronę Yuki. Ta miała już w niewielkiej torbie kilka gwiazdek, a pełen zadowolenia uśmiech Tori uświadomił mnie, skąd się wzięły.
Kelnerka wybrała z mojej dłoni odpowiednią kwotę i odeszła w stronę kuchni. Wyciągnąłem pozostałe gwiazdki na stół i zacząłem się na powrót zmieniać w wilka.
Gdy było po wszystkim, zwróciłem pysk w stronę mojej przyjaciółki. Jej uśmiech nie zbladł ani na moment.
- Musiałaś?
- Tak – ucięła krótko i na tym temat się skończył. Nie miałem pomysłu, co mógłbym jeszcze jej powiedzieć, a ona widocznie nie miała najmniejszej ochoty go kontynuować.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Od Lind "Skrzydlata wadera" cz. 2 (cd. Valkoinen)

Czerwiec 2021
Kilka uderzeń skrzydeł z wiatru wystarczyło, żeby dotrzeć na "polanę animatorów" w mgnieniu oka. Wylądowałam miękko na trawie i rozgoniłam wicher. Z cichym westchnięciem odgarnęłam posklejaną grzywkę na bok. Podczas lotu zdążyłam już zapomnieć o panującym upale. Słońce dopiero niedawno wstało, a jednak grzało jak rzadko kiedy.
Tym razem przy swoim stanowisku siedział tylko Joel. Pewnie Navri miała jeszcze lekcje, a Danny może został wezwany do pomocy jako technik. Podeszłam do samotnego animatora i skinęłam głową.
- Cześć, Jo.
- Hej, Lind - przywitał mnie, uśmiechając się szeroko. - Jak tam życie?
- Po staremu - odparłam. - Dobrze kojarzę, że teraz ty odpowiadasz za konkurencję ze skokiem do wody?
- Tak - przeciągnął się. - Będę wydawać za to karty aż do końca festynu.
- Chciałabym w takim razie zdobyć kilka - oznajmiłam, poprawiając torbę.
Animatorowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Od razu wstał i skierował się w stronę Jeziora. Podążyłam za nim szybkim krokiem. Minęliśmy Wodospad, gdzie przesiadywała Torance i jej przyjaciel Asgrim. Dyskutowali żywo o swoich sprawach, a przynajmniej tak było, dopóki As nie wepchnął towarzyszki pod kaskadę ciepłej wody. Później przechodziliśmy z Joelem przez Szczenięcą Polankę. Tym razem nie było tu nikogo; ani szczeniąt, ani nauczycieli. Ciszę rozbijał tylko szum strumienia i szelest trawy pod naszymi łapami.
Kiedy dotarliśmy już nad Jezioro, dostrzegłam kilka znajomych i nieznajomych wilków. Oczywiście wszyscy przybyli tutaj w jednym celu: ochłodzenia się w zbiorniku zimnej wody.
Zrzuciłam torbę i złapałam jedną z dłuższych lian w pysk, po czym wleciałam na gruby konar drzewa. Postanowiłam znów wykorzystać swój niezawodny sposób na tę konkurencję. Skoro działa, to dlaczego nie?
Kilka obserwujących mnie wilków odsunęło się na bok, zrozumiawszy co zamierzam. Zeskoczyłam z gałęzi i nie wypuszczając z pyska pnącza, poszybowałam w stronę Jeziora. W odpowiednim momencie puściłam lianę i zacisnęłam oczy, a następnie z głośnym pluskiem wpadłam do wody. Tak, przy takiej temperaturze to był dobry wybór konkurencji. Wspaniałe orzeźwienie. Wypłynęłam na powierzchnię i nabrałam znów powietrza. Bez szczególnego pośpiechu wróciłam na brzeg, żeby odebrać swoje karty od Joela.
***
Pod koniec naszej krótkiej rozmowy Valk stwierdził, że potrzebuje pomocy z czymś jeszcze, jednak nie sprecyzował, o co konkretnie chodziło. Oznajmił, że w tej sprawie spotka się ze mną później, po czym poszedł szukać Gai. "Ciekawe, czy jeszcze dziś na siebie wpadniemy", zastanowiłam się. Ten postawny albinos jest znacznie milszym osobnikiem, niż wygląda. Chyba kiepskie wrażenie zrobiło na mnie jego spojrzenie bladoniebieskich oczu. Chociaż... Hm... Sama nie wiem. Dopiero co dołączył, jeszcze zobaczymy, jaki jest naprawdę.
Przysiadłam na trawie i spojrzałam na rozległą scenę Amfiteatru. Przypomniałam sobie, że już wkrótce ja też na niej wystąpię. Przygotowania mojego pokazu były blisko zakończenia.
Wstałam i skierowałam się do swojego lokum. Po drodze myślałam, że powinnam sobie znaleźć jakieś zajęcie na resztę dnia. Minęłam Wilczy Szpital, Jaskinię Alf, kilka innych nor należących do członków watahy i dotarłam wreszcie do tej, którą nazywam własną. Przeszłam bez słowa obok Strażnika Wichury siedzącego na moim posłaniu. Nadal był zajęty papierowym piekłem-niebem i nawet nie zauważył, że wróciłam. W rogu swojego lokum dostrzegłam stado papierowych szpaków. Można powiedzieć, że są gotowe do odlotu. Właśnie one będą sercem mojego występu festynowego. Znów ujrzałam oczami wyobraźni ich akrobacje nad sceną i głowami wilków. Najchętniej zaprezentowałabym to jeszcze dziś...
Westchnęłam cicho. Cierpliwości, trochę więcej cierpliwości. Figurki są skończone, jednak ruch sceniczny jeszcze nie jest gotowy. Jeszcze nie.
Całe szczęście, że Bona zgodziła się pójść do miasta po zakup niezbędnych materiałów. No i oczywiście dobrze, że znalazłam w Bibliotece akurat tamtą, a nie inną książkę o origami.
Odnalazłam wzrokiem wspomniany tom. Pod nim leżały jeszcze dwa inne wydania, o których zupełnie zapomniałam. Oba przeczytałam już dawno, może warto by było odłożyć je do Biblioteki? Używając swojego żywiołu, przełożyłam niepotrzebne mi już książki do torby. Znów przeszłam obok nieobecnego Odmieńca i wyszłam na zewnątrz. Tam przywołałam skrzydła z wiatru i mijając kilka dzikich ptaków, poszybowałam w stronę Biblioteki Barwnej Duszy. Lecąc nad Magicznym Ogrodem, zauważyłam galopujący klan koni z Sho. Składał się z kilku osobników o tym samym, kasztanowym odcieniu sierści. Dawno już nie widziałam takiej grupy Sigm.
Wylądowałam przed wejściem do Biblioteki i pchnęłam drzwi. Zdjęłam torbę, po czym ułożyłam przyniesione książki obok wydania pod tytułem "Wiosny i Lata". Miałam nadzieję, że według "alfabetycznego ułożenia" powinny być tutaj. Ich nazwy też zaczynają się na "W", to powinno wystarczyć. Już zbierałam się do wyjścia, kiedy zauważyłam jakiś tom wystający spod regału. Wysunęłam go stamtąd i pochyliłam się nad okładką. Napisano na niej "Nauka i natura", jednak ktoś dopisał pod spodem "Poznaj swój żywioł". Wydało mi się to dosyć interesujące, żeby zapakować tę grubą książkę do torby i zabrać ze sobą.
Narzuciwszy z powrotem torbę, wyszłam z Biblioteki i o mało nie wpadłam na jakiegoś wilka. W ostatniej chwili odskoczyłam, uderzając mocno miednicą w półotwarte drzwi. Syknęłam, po czym spojrzałam na stojacego przede mną osobnika. To był nie kto inny, a Crane
- W porządku, Lind? - zapytał brązowoszary samiec, widząc mój grymas bólu.
- Tak, tak - odparłam, kiwając głową.
- To dobrze - westchnął. - Co cię sprowadziło do Biblioteki? - uśmiechnął się.
- Odkładałam przeczytane książki - wyjaśniłam. - A ty co tu robisz?
- Przechodziłem tylko obok, nie planowałem wchodzić do środka - popatrzył na drzwi. - Chociaż może powinienem w końcu coś stąd przeczytać - spojrzał znów na mnie.
Nasze spojrzenia na moment się spotkały. Starałam się przede wszystkim nie patrzeć na jego plamę na tęczowce.
- Jeśli chcesz, mogłabym znaleźć coś dla ciebie - zaoferowałam.
- Dobry pomysł - oznajmił. - Tylko już nie teraz. Muszę iść do Mrocznego Lasu.
- W porządku. To przy następnej okazji - poprawiłam torbę.
- Oczywiście. Do zobaczenia, Lind - mrugnął do mnie okiem i poszedł w swoja stronę.
- Do zobaczenia.
Przywołałam z powrotem swoje skrzydła wiatru i poleciałam na południe. Wracałam do jaskini, nowo wypożyczona książka nie należała do najlżejszych, więc nie planowałam taszczyć jej ze sobą cały dzień.
Wylądowałam już w okolicach Wilczego Szpitala. Na tym terenie było znacznie łatwiej wymanewrować bez kołowania, czy (przy dużych prędkosciach) zbędnego hamowania. Kiedy mój ciężar oparł się znów na łapach, rozgoniłam wiatr i ruszyłam przed siebie pieszo. Wtem usłyszałam głos poznanego dzisiaj basiora - Valka.
- Cześć! - krzyknął z daleka. Odpowiedziałam mu ciepłym uśmiechem. Kiedy wreszcie biały wilk do mnie dobiegł, mówił dalej:
- Tak się zastanawiałem, czy nie poszlibyśmy gdzieś ma spacer? Wiesz, nie mam tu nikogo znajomego, a ty wydajesz się naprawdę sympatyczna. Chciałabyś może pokazać mi, jak to wszystko tutaj działa? Poźniej miglibyśmy pójść na koncert Brunatnych Lilii, lub do baru, czy restauracji. Co ty na to?
Nie zastanawiałam się zbyt długo nad odpowiedzią:
- Może być. I tak nie miałam żadnych szczególnych planów na dziś - odparłam, chociaż basior trochę mnie onieśmielił. Prosił o pomoc, ale też zapraszał na wspólne spotkanie. Tylko po to, żeby się zaprzyjaźnić, czy może...?
- Świetnie - Valk zareagował szczerym uśmiechem. Ta jego blizna się nie liczy.
- Pozwolisz, że odłożę torbę, zanim pójdziemy? - zapytałam, przypominając sobie o niewygodnym balaście. - To zajmie dosłownie chwilę.
- Yhym, poczekam tutaj - oznajmił.
Skinęłam głową i pobiegłam do swojej jaskini. Dziwnie się czułam. Jak reagować? Żaden basior mnie jeszcze nigdzie nie zapraszał. Pewnie najlepiej zachowywać się naturalnie...
Dobiegłam do swojego lokum i rzuciłam torbę na posłanie obok Tinga. Strażnik podniósł nieznacznie wzrok.
- Dokąd znowu pędzisz? - nagle się mną przejął.
- Oprowadzę nowego wilka - odpowiedziałam. - Wrócę pewnie wieczorem.
- Okej. Jak się zgubisz i tak nie będę cię szukać - wrócił do zabawy papierową wycinanką.
- Dobrze wiedzieć. Możesz w międzyczasie wyłapać mi komary z jaskini.
Na odchodnym smagnęłam go lekko w głowę wiatrem. Wyszłam na zewnątrz i wróciłam szybko do Valka.
- Myślę, że najlepiej zacząć od pokazania ci najważniejszych miejsc w watasze - oznajmiłam. - Wiesz, miejsce zebrań, szpital i tak dalej - ruszyłam przed siebie.
Zaczęłam od zaprowadzenia nowego członka watahy do Wilczego Szpitala, skoro już byliśmy w pobliżu. Jeżeli będzie potrzebował kiedykolwiek specjalistycznej pomocy medycznej, niech wie, dokąd się udać. Przy okazji przedstawiłam go naszemu lekarzowi Alvaerg'owi i często asystującej mu młodej Fallith.
Później poszliśmy do Zielonego Lasu, gdzie mogłam też dokładniej objaśnić nowemu znajomemu działanie festynu; jak dokładnie działa zbieranie kart i reszta atrakcji. Kiedy przechodziliśmy obok stanowisk animatorów okazało się, że Valk nawet widział mój dzisiejszy skok do Jeziora. Następnie pokazałam białemu basiorowi gdzie jest Pomarańczowe Drzewo, Wodopój, Wodospad, a także Most Nieskończoności, czy Jezioro Zapomnienia i wiele innych.
Dokładnie opisywałam wszystkie odwiedzane przez nas tereny, ich funkcje, a także związane z niektórymi niebezpieczeństwa. Valk słuchał moich słów z wyjątkową uwagą i zadawał sporo pytań. Podczas rozmowy patrzył mi prosto w oczy. Jego spojrzenie sprawiało, że czułam się... jakoś inaczej. Nasza wędrówka po terytorium watahy trwała bardzo długo. Po zwiedzeniu wschodniej części terenów, wróciliśmy do centrum - Zielonego Lasu. Tam okazało się, że restauracja jest już otwarta i pojawili się pierwsi klienci.
- Może zjemy wcześniejszą kolację? - zaproponował Valk.
- Dobry pomysł - odparłam. Faktycznie byłam już głodna.
Podeszliśmy do najbliższego wolnego stolika i usiedliśmy naprzeciwko siebie. Biały basior otworzył pysk, żeby zacząć rozmowę, jednak nie pozwoliła mu na to Yuki.
- Co podać? - zapytała, zjawiając się nagle obok.
- Dla mnie będzie stek krwisty - powiedziałam od razu.
Wybór nie był dla mnie problemem. Postanowiłam, że na razie będę stronić od tych dziwniejszych potraw serwowanych w restauracji. Przedwczoraj zamówiłam "naleśnika" i to coś strasznie podrażniło mi wtedy żołądek.
- Poproszę to samo - mruknął Valk.
- Coś do picia? - dopytała kelnerka, utrzymując swój pozbawiony wyrazu ton.
- Dla mnie mrożona herbata - oznajmiłam. - A ty coś bierzesz Valk?
- Nie, ja nic - odparł wilk.
Zanim skończył mówić, Yuki odwróciła się i poszła do innego stolika. Spojrzałam na swojego nowego znajomego.
- Jak coś, nie musisz za nic płacić. Mam Kamień Bonusowy - poinformowałam. - Wszystko w restauracji mam za darmo.
- Dobrze wiedzieć - basior znów się do mnie uśmiechnął.
Zauważyłam, że nadal jestem nieco spięta w jego towarzystwie. Miał w sobie coś niezwykłego, szczególnie w spojrzeniu tych bladoniebieskich oczu. Chyba nigdy dotąd nikt nie patrzył na mnie w ten sposób. Oparłam się o stolik i znów dyskretnie zmierzyłam białego wilka wzrokiem.
- Lind - zaczął Valk. - Długo już jesteś w tej watasze?
- Przeszło rok - odpowiedziałam.
- I jak tutaj trafiłaś? - ciągnął dalej basior o długiej sierści.
- Całkiem przypadkiem. Spadłam z góry prosto na te tereny - zaśmiałam się pod nosem.
- Heh. To ciekawe.
- Tak, miałam dużo szczęścia - spojrzałam na wazon ze świeżo zebranymi kwiatami.
- No a gdzie mieszkałaś, zanim znalazłaś się w pobliżu? Byłaś częścią jakiejś watahy?
- Nie, to nie była wataha. Raptem kilka wilków żyjących na uboczu. Mieszkaliśmy nad zakolem rzeki, w sumie nie aż tak daleko stąd.
Spojrzałam na wilka. Dalej słuchał mnie z uwagą, więc kontynuowałam:
- Nie znałam innego miejsca. Pamiętam tylko dom mojej Babci i okolicę.
- Wychowywała cię babcia, jak rozumiem? - spytał Valk.
- Znaczy... to nie jest moja prawdziwa babcia - sprecyzowałam. - Przygarnęła mnie, nie wiadomo co się stało z moją własną rodziną, ani nawet kim byli moi rodzice.
- Rozumiem - pokiwał głową.
Wtedy wróciła Yuki z naszym zamówieniem. Postawiła dwa steki i kubek herbaty na naszym stoliku i odeszła bez słowa.
- Smacznego - powiedział basior, uśmiechając się.
Odpowiedziałam mu tak samo i zabrałam się za swoją porcję. Valk też zaczął jeść ze smakiem.
- Byłaś tam szczęśliwa? - po jakimś czasie zaczął kontynuować rozmowę.
- Tak myślę - westchnęłam. - Nie było mi wcale źle, ale czułam, że to nie moje miejsce. Brakowało tam czegoś.
- Aham... - basior spojrzał gdzieś w dal.
- No a jak było z tobą, Valk? - zapytałam. - Rozgadałam się, może teraz ty chciałbyś opowiedzieć, jak tu trafiłeś? - zachęciłam go uśmiechem i odgarnęłam grzywkę, przysłaniającą mi oczy.

<Valkoinen?>

Wygrane karty: brązowe: Wodopój, Bibliotekarz; srebrne: Beta, Smok.

Uwagi: "Powierzchnia" piszemy przez "rz". Literówki.