Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 16 lipca 2017

Od Lind "Spadłam z nieba, a właściwie ze szczytu góry" cz. 2

Kwiecień 2020

Dwa dni przed upadkiem.

Nie mam już do tego cierpliwości, stwierdziłam w myślach. Setny raz próbowałam rozpalić ogień na noc i nic nie wychodzi. Rzuciłam wściekłe spojrzenie w stronę sterty drewna. Głupie krzesiwo kolejny raz przemokło  i do niczego się nie nada, dopóki nie będzie suche jak pieprz. Pięknie, po prostu pięknie!  Wypuściłam głośno powietrze i opadłam na skalne podłoże. Wdech i wydech, Lind. Spokojnie, to nie koniec świata, to tylko ognisko. Ognisko, na którym chciałbyś  tylko upiec zapas mięsa na następne dni. Zaklęłam pod nosem uświadomiwszy sobie, że to jednak nie jest błaha sprawa. Świeże mięso zdąży zaśmiardnąć do czasu zejścia ze szczytu, a bez pożywienia nikt nie przeżyje. Chyba, że Ting, ale co ja mam zrobić? Zjeść go jak zabraknie mi prowiantu? Zwróciłam oczy na obiekt moich rozmyślań. Przy urwisku  siedziała sylwetka drobnego dwunogiego stworzenia o długich ramionach, delikatnym, popielatym futrze i sporych pazurach. Zwisało na nim ubranie z surowo wyglądającego sukna. Pysk zakryty czaszką jakiegoś zwierzęcia, z tyłu głowy pióropusz, z oczodołów złote oczka zerkają ku górze. Ting znów ogląda gwiazdy, jak każdej bezchmurnej nocy. Jaki on bezużyteczny. Sterczy w miejscu i oplata ogonem ten głupi słoik. No tak, on go PILNUJE. Nieważne co robi, on tutaj potrafi przywoływać jęzory ognia z tych swoich ptasich czaszek. Spuściłam wzrok na ziemię. Może warto go poprosić o pomoc..? Po paru minutach walki z myślami stwierdziłam, że nie. Ja jestem zaradna i nie pokona mnie byle ognisko, powtarzałam sobie próbując jeszcze kilka razy, różnymi metodami. I jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze, jeszcze.... To strata cennego czasu! Wstałam i podeszłam do Tinga. On i tak nic szczególnego nie robi teraz. Trąciłam go w ramię, ale odpowiedziała mi cisza. Powtórzyłam sygnał, wciąż nic. Złapałam jeden z jego kijów z ptasią czaszką i uderzyłam go w głowę. Stuk kości odbił się echem od górskich ścian. Abonent wciąż niedostępny.
- Halo, ziemia do Tinga!
On mnie tylko ignoruje, czy naprawdę AŻ TAK się zapatrzył? Już zamierzałam walnąć go jeszcze raz, ale wpadłam na lepszy pomysł. Mogę po prostu użyć trzymanego kija do rozpalenia ognia, jak on to robi. Podeszłam, pewna powodzenia, do sterty gałęzi. Przytknęłam ptasią czachę do pyska i dmuchnęłam z całej siły. Warknęłam cicho, kiedy zobaczyłam, że to nic nie daje, ogień ani myślał buchnąć. Czyli jednak tylko Ting umie tą sztuczkę...? Potrząsnęłam głową i spróbowałam jeszcze raz. Dmuchałam dalej z nadzieją, że po prostu robiłam to wcześniej źle. Tak to trwało dopóki nie zabrakło mi tchu i musiałam odpocząć. Rzuciłam z rezygnacją kijek na bok, niechcący trafiając kocówką w słoik opleciony puszystym ogonem Pana Strażnika. Przez tą drobną nieuwagę zostałam w ciągu sekundy przewrócona i przyciśnięta do ziemi.
- Co ty wyprawiasz Ting?! - oburzyłam się.
- Zadaj to pytanie sobie, Pierzasta! - rzucił w odpowiedzi, uwalniając mnie z uścisku swoich szponów. - Byłem pogrążony w myślach, po co uderzyłaś Wichurę Płomieni?
- Tak sobie dla żartu wiesz? To był przypadek, przewrażliwiony jesteś - wstałam i otrzepałam się z kurzu.
Strażnik popatrzył na kupkę drewna i stos jeleniego mięsa.
- Mówiłaś, że będziesz to piec.
- Nie mogę rozpalić ognia - przyznałam niechętnie. - Ch...chcesz mi pomóc?
Ting bez słowa złapał kij, którego próbowałam użyć wcześniej i dmuchnął od tyłu w ptasią czaszkę, podobnie jak ja wtedy. Tyle, że jemu się udało, ptak splunął jasnym płomieniem w stronę patyków.
- Dziękuję - mruknęłam i zaczęłam nabijać mięso na cienkie gałęzie, żeby je w końcu przygotować jak trzeba.
Tymczasem Pan Strażnik przysunął swój, mój  ukochany słoik bliżej ogniska, rozsiadł się wygodnie i zaczął stroić banjo. Popatrzyłam na niego znacząco.
- No co? Nie dajesz rady? - zmrużył wścibsko oczka.
- Radzę sobie wyśmienicie - burknęłam. Nie, to nie.
Ting nic więcej nie odpowiedział, tylko zaczął beztrosko brzdąkać na mini-okrągłej-gitarce.
- Nie palisz dziś świeczek? - zapytałam niby od niechcenia, chcąc żeby już nie grał. Robił to cały dzień i wystarczy.
- Skończyły mi się, a nie mam knotów do nowych - odparł wzruszając ramionami.
- A, jasne - westchnęłam uświadamiając sobie, że chce mi się z nim rozmawiać. Nie lubię siedzenia w milczeniu. - Ting... - dałam sygnał, że chcę zacząć nowy temat. Myślę, że mogę go poruszyć skoro znamy się już prawie miesiąc i spędzamy ze sobą 20 godzin na dobę.
- Co, Pierzasta?
- Pamiętasz coś sprzed strzeżenia Komnaty Straceńców?
Widać było, że zdziwiłam go tym pytaniem. Pióra na jego głowie zadrżały, opuścił lekko kocie uszy i odłożył banjo na bok. Chwilę nic nie mówił. Wykorzystałam ten czas na zdjęcie znad ognia pierwszej partii mięsa i nabicie nowej.
- Nie - odpowiedział w końcu i przysunął się jeszcze bliżej mnie, wlokąc słoik ze sobą.
- A ktoś cię uczył o świecie zewnętrznym? Nie wyglądasz na zagubionego, najwyżej czasem jakby... zainteresowanego - ciągnęłam dalej pytania, zerkając na niego.
- Chyba tak było - zaczął rozczesywać moje włosy szponami. - Widziałaś sama, dużo wiedzy teoretycznej.
- Nie ciekawiło cię nigdy jak to wygląda na żywo?
- Starałem się o tym nie myśleć, nie fascynowały mnie opisy suchych faktów. " Woda to przezroczysta ciecz, wrze w temperaturze stu stopni w skali Celsjusza.".
Zaśmiałam się w duchu. "Suche fakty", a przytacza przykład wody. 
- Nie brzmi zbyt inspirująco - skomentowałam.
- Co nie? - zaczął zaplatać mi warkocza. - Podobnie było z gwiazdami, wiedziałem tylko, że to "Ogromne kule gazowe, które są miliardy kilometrów stąd. Widoczne tylko nocą, wysyłają promieniowanie widzialne.".
- Tymczasem patrzysz na nie, jak na obraz ze snu. Miałeś dość nudne życie - podsumowałam.
- Miałem banjo jako rozrywkę, mówiłem ci - westchnął w odpowiedzi.
- To strasznie mało. Jestem pod wrażeniem, że nie zwariowałeś z nudy.
- To była moja normalność - zaplótł już sporo, ale nagle przerwał w połowie i doskoczył jednym susem do mojej  torby. - Masz jeszcze kawę?
A jednak, to już trzeci raz. Trzeci raz pytam go o przeszłość, a on trzeci raz szuka kawy.  Pierwszy był, jak pytałam ile podróżników było przede mną. Zadowolony z siebie powiedział, że ośmiu i żaden nie opuścił Komnaty żywy, a potem... "Zostało ci tamtych gorzkich ziaren?"
Drugi raz był jak pytałam o banjo, skąd i odkąd je ma, kto go  nauczył grać i tak dalej. Odpowiedział i potem "Kawa!". Jejku, tym razem już myślałam, że nie przypomni sobie. Może  nie powinnam była dawać mu spróbować. Zeżre całość w końcu, bo wciąż nie wiem wszystkiego.
- Jest w bocznej kieszeni - powiedziałam.
Ting zwinnym ruchem otworzył paczuszkę z ziarnami, schwycił w szpony kilka i wetknął sobie do pyska. Oblizał kły, zadowolony z gorzkiego smaku.
- Uważaj, bo nic dla mnie nie zostanie.
- Nic ci nie będzie jak zabraknie - odparł.
- Wiesz, że to lepiej smakuje jak jest przemielone i zaparzone we wrzątku?
- Tak, tak oczywiście - powiedział bez przekonania machając łapą, jakby rozganiał muchy. Cały on, nic go nie zainteresuje jak mu o tym tylko powiesz.
Zdjęłam znad ognia następną partię mięsa i zajęłam się nabijaniem ostatniej.
- Źle to robisz - usłyszałam.
- Nie mówi się z pełnym pyskiem - napomniałam kawożernego.
- A mięsa się nie piecze w ten sposób.
Wywróciłam oczami i zrobiłam to po swojemu. Może i Ting jest starszy o te ponad 450 lat, ale ja mam więcej doświadczenia w tym wszystkim. Zostawiwszy ostatnie mięso, zaczęłam przygotowywać sobie posłanie. Muszę się wyspać, Górskie Gnolle rano będą niebezpiecznie blisko nas. Już od kilku dni siedzą nam na ogonie, widać są bardzo wygłodniałe. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Nie panuję nad tym, tak jest ilekroć myślę, że mogę zostać czyimś posiłkiem. Potarłam pysk i skupiłam się chwilę na trzaskającym ogniu. Jasne płomienie pożerające kawałki drewna pod sobą. Dorzuciłam parę grubych gałęzi, w niebo wystrzeliło kilka żarzących się iskier. Po jakimś czasie znów przypomniały mi się Gnolle, wielkie bestie robiące z wilczych kości ozdoby do orężu. Zadrżałam mimowolnie i zdjęłam szybko ostatnie kęsy mięsa znad ogniska, zanim spalą się na węgiel. Spakowałam wszystko do torby i ułożyłam na posłaniu. Nie mogłam przestać myśleć o niebezpieczeństwie, uspokoić się i zasnąć. Nagle od nieprzyjemnych obrazów w głowie uwolnił mnie, ku mojemu zdziwieniu, dźwięk banjo Tinga.

    A tam w mech odziany kamień
    Tam zaduma w wiatru graniu
    Tam powietrze ma inny smak 
    Porzuć kroków rytm na bruku
    Spróbuj - znajdziesz jeśli szukasz
    Zechcesz nowy świat własny świat...

Zabrzmiało to trochę jak kołysanka, zabawne jaki melodyjny głos może mieć stworzenie tak dziwne jak Ting. Rozluźniłam się i zamknęłam oczy. Kiedy skończył grać, usłyszałam jak przysypuje ognisko piaskiem. Śniłam o nowym domu, który wkrótce znajdę.

<Wykorzystany fragment utworu "Bez słów">

Od Leah "Nowy Świat" cz.4 (cd. Manahane)

Luty 2020 r.
Otworzyłam oczy, czując dziwną zmianę. Po pierwsze słońce nie wpadała przez wejście do mojej jaskini, co oznaczało, że jest koło południa i zaspałam. Po drugie czułam się dziwnie ciężko... Po trzecie usłyszałam czyiś oddech. I zobaczyłam kto to - nie był to nikt inny jak "szary lisek".
Manahane obejrzała się za siebie.
- Od kiedy nie śpisz? - Zadała pytanie.
- Od kilku minut. Dzięki, że nie obudziłaś mnie tak... Gwałtownie. - odparłam z lekkim trudem, uśmiechając się.
Podniosłam się z posłania. Czułam się dziwnie ciężko.
- Zaspałam na zbiórkę, tak?
- Tak.
- Trudno. Pójdę na wieczorną. - Przeciągnęłam się. - Resztę dnia masz wolną?
- No tak. - Powiedziała.
- Może gdzieś razem pójdziemy?
- Co proponujesz? - Spojrzała na mnie. Hm, albo mi się wydaje albo ani razu jeszcze się nie uśmiechnęła.
- Żółty Las?
- Dobra.
- Chodź. - Lekko się uśmiechnęłam. Po drodze zaszłyśmy jeszcze na śniadanie, po czym ruszyłyśmy.
Przechodząc obok Pomarańczowego Drzewa. Patrzyłam jak Hane obserwuje złociste liście. Sama z resztą też się na bez przerwy oglądałam za siebie, gdy zauważałam w nich lekki ruch.
Weszłyśmy na Most. Przez chwilę przyglądałyśmy się rzeczce. Zaczęłam opowiadać Hane o ludziach, Mieście, mojej pracy i tym podobnych. Była dość zainteresowana. Chwile jeszcze się powłóczyłyśmy po okolicy. Po kilkunastu minutach skierowałyśmy się w stronę centrum watahy.
***
Mijały dni. Przestałam odczuwać uciążliwą samotność, odkąd zaczęłyśmy spędzać razem czas.
Postanowiłyśmy udać się na własne polowanie. Ponieważ zostałam już przydzielona do grupy, wyruszyłyśmy w nocy. Przez dobre pół godziny tropiłyśmy stado zajęcy, a drugie tyle niezauważone podążałyśmy za nim. Ustaliłyśmy, że Hane będzie goniącą, a ja zabijającą. Czekałam w krzakach na nagonkę. Nagle zza drzewa wystrzeliła Manahane z zającami. Rzuciłam się na zwierzątka, Hane też. Razem złapałyśmy trzy. Potem próbowałyśmy złapać sarnę, ale raczej nam to nie wyszło. Zwierzę było za szybkie. Doszłyśmy do Jeziora. Podczas łowienia ryb rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Zeszło praktycznie do świtu. Złapałyśmy dwadzieścia jeden ryb. Spojrzałam w dół. Z mojej głowy zsunął się Medalion Ognistych Smoków. Poczułam się o wiele słabiej. Dodatkowo napadła mnie okrutna senność. Po chwili zdałam sobie sprawę, że nigdzie nie ma Amuletu Przyjaźni. Zupełnie zapomniałam o jego istnieniu. Spojrzałam na Hane. Ależ byłam głupia! A co jeśli udało nam się zaprzyjaźnić tylko ze względu na ten śmieć? Tyle, że ja... Naprawdę ją polubiłam...

<Manahane?>

sobota, 15 lipca 2017

Od Lind "Spadłam z nieba, a właściwie ze szczytu góry" cz. 1

 Kwiecień 2020
Pamiętam jak długo leciałam. Spadłam z bardzo wysoka, to cud, że przeżyłam upadek. Paskudne zaklęcia Górskich Gnolli, gdybym mogła użyć wtedy mojej ukochanej mocy. Pierwszy raz byłam bezbronna w powietrzu, z dala od gruntu. Spadałam jak kamień, coraz szybciej, bez kontroli nad własnym ciałem. To pozostawi na mnie ślad, nie idzie tego zapomnieć tak po prostu. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej gdyby był ze mną Ting, ale po co mi w ogóle gdybać. Nic nie zmieni faktu, że szedł po drugiej stronie doliny. Byłam sama, ale nie jak na początku podróży, byłam  c a ł k i e m sama.  Bez bursztynowego naszyjnika Babci nie czułam obecności naszej więzi. Tym bardziej dotknęło mnie uczucie pustki bez wiecznie mędrkującego Tinga, który po prostu znów uratowałby mój tyłek. Ciekawe czy skoro spadłam na drugą stronę łańcucha górskiego, w  ogóle go jeszcze zobaczę. Mieliśmy się spotkać na końcu skalnego łuku, skąd on będzie wiedział gdzie jestem? 
Nie pamiętam momentu zetknięcia z ziemią, pamiętam teraz tylko ból rozchodzący się po całym ciele i mrok przed oczami. Słyszałam jakieś wilki, niepewne kim jestem i co się stało. Niewykluczone, że zostałam uznana za szpiega, może chcieli mnie na początku zabić, nie wiem. Ocknęłam się w jakiejś jaskini, w powietrzu czułam mocny zapach ziół. Nade mną siedziała wadera, przez mroczki tańczące mi na polu widzenia nie wiedziałam nawet jak wygląda.  Byłam strasznie otępiała. Skierowałam wzrok na moje łapy, tu i tam zawinięte bandażami, gdzie indziej były okłady z roślin. 
- Powiedzieli mi, że się niedługo obudzisz. Jak ci na imię? - nie mam pojęcia jak brzmiał ton głosu, te słowa odbijały się echem w moich uszach. Mieszały z nieprzyjemnym dzwonieniem.
- Ja... jestem.. - złapałam się za głowę. - Lind - wykrztusiłam.
- Więc, Lind. Kim jesteś?
- Ja tylko przechodziłam górą. Gnolle mnie zrzu... ciły - zakręciło mi się w głowie. 
- A, więc to tak...
- Gdzie jestem? - mrugałam oczami chcąc rozgonić nieistniejącą mgłę, którą widziałam.
- W szpitalu - odparła rozmówczyni. - Byłaś nieprzytomna dwa dni.
- Dwa dni?! - zerwałam się i o mało nie spotkałam z kamienną posadzką. Złapały mnie łapy obcej wilczycy.
- Leż - nakazała.
- Nie mogę - upierałam się, chociaż byłam jak ślepa i na wpół głucha. - Mój... - zabrakło mi słowa jak określić Tinga. - Towarzysz drogi na mnie czeka!
- Kocha to poczeka - mruknęła z rezygnacją wadera. - W takim stanie nie przejdziesz nawet stu metrów.
- Ale... - spróbowałam mimo wszystko stanąć o własnych siłach, ale moje łapy przeszyła błyskawica bólu. Jęknęłam cicho.
- Sama widzisz jak jest.
Nie widzę, ale czuję w kościach. Trochę jeszcze próbowałam się kłócić, ale w końcu dałam spokój i zgodziłam położyć się z powrotem. Pal sześć Ting, ale on ma mój artefakt, za który oddałam mu naszyjnik Babci!  Wadera odeszła gdzieś a ja patrzyłam załamana na sufit (który i tak ledwo co widziałam). Czułam się winna, gdyby nie ja w ogóle nie rozdzielilibyśmy się. Westchnęłam cicho, ogarnęła mnie senność. Nie miałam ochoty walczyć z tym, sen wydał się teraz dobrą ucieczką od wszechobecnego bólu. O rozwiązaniu sytuacji będę myśleć później. Może Ting poczeka ten tydzień... dwa... Gdzie ma pójść, nie jest właścicielem artefaktu. Zamknęłam oczy.
***
Zacisnął pazury na mojej szyi. Z czarnych oczodołów patrzyły na  mnie jego złote, wściekłe oczy. Próbowałam się wyrwać, obok szalały wielkie ściany ognia pochłaniające wszystko. 
Zerwałam się oddychając ciężko. Koszmar. 
Dobre tyle, że widziałam otoczenie i słyszałam lepiej niż poprzednio.  Przez okna w skalistych ścianach wpadały jasne promienie słoneczne, na zewnątrz śpiewały ptaki przy akompaniamencie szumu liści. Chłodne powietrze delikatnie muskało mi futro. Znów nie byłam sama, stała przy mnie wilczyca, być może ta sama co wtedy.
- Lepiej?
- Tak myślę - przyznałam szczerze. 
- To chodź, muszę cię zaprowadzić do Alfy.
 
Uwagi: Brak daty! Brakuje Spacji przy wypowiedziach.

Od Leah "Nocny Marek" cz. 2 (c.d. Karou)

Marzec 2020 r.
Patrzyłam z góry na świat. Co chwila zmieniając kierunek wiatru, udało mi się minimalnie ochłodzić. Zamknęłam oczy i zamyśliłam się.
- Jak ty to robisz? - usłyszałam obok siebie delikatny głos młodej wadery. Nawet nie zauważyłam kiedy przyszła.
- Co? - Spytałam piękną, czarną wilczycę, z akcentami błękitu na łapach, ogonie i... uszach, prawie tak samo jak u mnie.
- No, ten wiatr. - Zakręciła łapą w powietrzu.
- Ahh... O to chodzi. - Wykonałam podobny ruch i powołałam do życia miniaturowe tornado. Przez chwilę przyglądała się wirowi.
- Jak wy to robicie? - Spytała zafascynowana.
- To proste. Każdy wilk posiada jakiś żywioł. Albo kilka. - Uśmiechnęłam się do niej.
- Fajnie. Też bym tak chciała. - powiedziała, zwieszając przednie łapy z Klifu.
- Jak ci na imię? - Zadałam pytanie. Natychmiast poderwała się z ziemi.
- Jestem Karou. - przedstawiła się.
- Leah. - odparłam
Przez dłuższy czas zabawiałam się wiatrem. Nagle wpadłam na ciekawy pomysł.
- Wiesz co? Może mogłabym pomóc ci znaleźć twój żywioł? - Zapytałam Karou. Cyjanowe wzory na jej grzbiecie zaczęły delikatnie świecić.
- Da się? Jak?
- Chodź, widziałam w Bibliotece taką książkę, która może pomóc. Ale przede wszystkim musisz chodzić na lekcje magii. - powiedziałam, śmiejąc się.
***
Weszłyśmy do biblioteki. Przez dłuższy czas szukałyśmy odpowiedniej książki.
- Mam ją! Chodź Karou! - Powiedziałam do wadery. - Z dedykacją dla wszystkich magicznych wilków... Nie mam pewności, ale chyba napisały to elfy. W Mieście raczej czegoś takiego by nie sprzedawali.
- Racja. - wtrąciła podekscytowana Karou.
- Dobrze. Tu jest napisane, że żywioł można łatwo rozpoznać dopiero po ukończeniu jednego roku życia. - zerknęłam na waderę. - Czyli się zaliczasz. Każdy wilk jest inny, więc może zdarzyć się, że żywioł zostanie odkryty nawet po ukończeniu pełnoletności, a podane sposoby nie będą działać. No, ale będziemy próbować. - delikatnie się uśmiechnęłam.
Wyszłyśmy na zewnątrz. Skierowałyśmy się w stronę Wschodniego Klifu. W tym czasie zmieniłam się w człowieka i na czytałam na głos sposób za sposobem.
- Trzynastka wygląda ciekawie: Sprawdź czy wilk posiada cechy dostępne tylko dla przedstawicieli danego żywiołu, np. widzenie pod wodą. Nie zaleca się jednak testowania takich umiejętności jak oddychanie pod wodą. - spojrzałam na Karou.- Chyba można by spróbować.
- Czemu nie? - Odparła. Możliwe, że mi się wydaje, ale odnoszę wrażenie, że zachowuje się tak jak ja. Powiedziała to samo co powiedziałabym i ja.
- Dobrze, że są tu wypisane przykładowe cechy. - mruknęłam.
Dotarłyśmy do Klifu. Położyłam książkę na skale i zmieniłam się w wilka.
- Od czego zaczynamy? - Spytałam.
- Mów jak leci.
- Dobrze. Pierwszy jest ogień, a przykładowe cechy to... - przyjrzałam się dokładniej. - Odporność na wysokie temperatury i sprawianie dotykiem minimalnego parowania wody. - Spojrzałam na wilczycę. Przytaknęła i podeszła do stawku za nami. Dotknęła łapą tafli wody. Nic się nie wydarzyło.
- Sprawdzamy następny... Wiatr. Jedna cecha. Odporność na napór wiatru... - Zastanowiłam się przez chwilę. - Chodzi chyba o to, że nie wywracasz się nawet przy największej wichurze. Albo inaczej, tornado cię nigdy nie porwie. - Zmarszczyłam brwi. - Naprawdę? Nigdy tego nie zauważyłam. Gotowa? - Spojrzałam na nią chytrze.
- Chyba tak. - odparła, patrząc na mnie z lekkim niepokojem. Z mojej inicjatywy wiatr zaczął przybierać na sile. Jednak Karou już po chwili musiała zaprzeć się łapami.
- Czyli to nie ten. Nigdy nie zauważyłam tej cechy. Dość ciekawe. - mruknęłam.
***
Zaczęło już świtać. Sprawdziłyśmy wszystkie żywioły. Nic nie działało.
- Jutro spróbujemy czegoś innego. - Pocieszałam Karou. - Zaraz musisz iść na lekcje. Chodź. Dzisiaj popołudniu, o ile pamiętam, macie lekcje magii.
Przez chwilę szłyśmy w milczeniu.
- Muszę iść na zbiórkę. Spotkajmy się dziś wieczorem. Do zobaczenia!
- Do zobaczenia!
- Tylko uważaj na lekcjach! - Dodałam jeszcze na odchodnym.

<Karuch? Jak tam nauka?>

Uwagi: Brak.