Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

wtorek, 4 lipca 2017

Od Leah "Nowy Świat" cz. 2 (cd. Manahane)

Luty 2020 r.
Otworzyłam oczy. Patrzyłam przez chwilę w sklepienie jaskini. Zwlokłam się z posłania, z zamiarem udania się na zbiórkę. Nie mogłam za bardzo określić własnego humoru… Byłam nieco znudzona monotonią życia. Śniadanie było jakieś bez smaku… Widoki nie były takie ciekawe. Świat wokół zdawał się być szary. Powolnym krokiem wlokłam się na trening. Po drodze napotkałam Alfę. Odetchnęłam i spróbowałam zamaskować ,,kamienny’’ humor.
- Leah, czy mogłabyś zająć się nową? – spytała Suzanna.
- Co dokładnie mam zrobić?
- Oprowadź ją po terenach watahy i zapoznaj z naszymi zwyczajami.
- Dobrze. – powiedziałam, zawracając.
Przez dłuższy czas szukałam jej jaskini. Prychając z irytacją, sprawdzałam każdą wolną. Zajrzałam do ostatniej. Ale… Co w niej robi szary lis z liliową grzywką? Przyjrzałam się dokładniej małej istotce. Nie… To nie lis. To wilk. Mały wilk! Szczeniak? Nie, zapach mówi co innego. Obojętność zaczęła ustępować ekscytacji. Niesamowite…
- Witaj w Watasze Magicznych Wilków! Suzanna wyznaczyła mnie, abyś mogła zapoznać się z zasadami, obowiązkami i atmosferą panującą tutaj!
Uśmiechałam się promiennie do wadery. Chyba ją obudziłam, bo spojrzała na mnie wzrokiem mogącym zabić wołu. Podeszła do mnie bez słowa.
- Jestem Leah. – powiedziałam, nie przestając się uśmiechać.
- Manahane. – mruknęła.
Jej niski wzrost fascynował mnie. Sięgała może do wysokości moich łap. Ale nawet jak na tak mały wzrost miała długie łapy, więc pewnie dobrze biega.
- Na początek zwiedzimy tereny. Najpierw Zielony Las. Tu odbywa się większość polowań. Można stąd dostać się na Cmentarz, nad Wodospad, do Pomarańczowego Drzewa, na Wrzosową Łąkę, do Śnieżnego Lasu oraz do Miasta. Czasami można też trafić do Tajemniczych Podziemi. – zamyśliłam się. – Jesteś głodna?
- Trochę. – odparła.
- To chodź, upolujemy coś. – uśmiechnęłam się do niej.
Jedząc wspólnie złapane dwa zające, przyglądałyśmy się Wodospadowi. Opowiadałam Hane o panujących tu zwyczajach. Wzrost nadrabiała charakterkiem. Zadawała pytania w odpowiednich momentach, pytania których bym się po niej nie spodziewała. Bardzo interesująca osoba…
***
- A to jest Rzeka Przyjaźni i Śnieżny Las. – powiedziałam, wskazując swoje ulubione miejsce w watasze. – Chodź! – dodałam, wskakując do wody. Przepłynęłam akwen, tym samym dostając się do Śnieżnego Lasu. Spojrzałam na Mani. Nie ruszyła się z miejsca.
- Dziękuje, zostanę po tej stronie. – powiedziała, patrząc z niechęcią na śnieg.
- Nie to nie. – odparłam.
Z lubością wskoczyłam w biały puch. Skacząc, nadepnęłam na mały, twardy przedmiot. Rozkopałam śnieg, by zobaczyć co to.
- Niemożliwe… Amulet Przyjaźni! – bardzo ucieszyłam się znaleziskiem. Tym bardziej, że tym razem odnalazłam je sama.
Następnym punktem w programie było zaznajomienie Manahane z członkami watahy. Niektórzy witali się z nią chętnie, inni byli raczej sceptyczni. Tak czy inaczej krótko opisywałam jej każdą osobę.
- Tamta to Allive, jest strażniczką terenów oraz tancerką, a dalej Aurelliah, zajmuje się tym samym…
Zapoznawanie Hane z resztą naszych zwyczajów, zajęło mi resztę dnia. Słońce zachodziło.
- Jesteś wojownikiem, tak? – spytałam Manahane.
- No tak. – powiedziała.
- Wojownicy, mordercy i szpiedzy muszą pojawiać się na jednej zbiórce dziennie. Odbywają się rano i wieczorem. Chodź. I tak muszę tam iść. – potruchtała w moją stronę.
- A na czym taka zbiórka polega?
- To po prostu trening. – posłałam jej uśmiech. – Trzeba trzymać kondycję.
Przyszłyśmy ostatnie na zbiórkę. Większość przychodzi rano, więc oprócz nas, na łące była tylko Suzanna i Kai.
- W szeregu zbiórka! – wykonaliśmy rozkaz. – Dzisiaj przećwiczymy przede wszystkim umiejętności wspinaczki oraz kamuflażu. Na początek musicie wejść na te drzewa, zdjąć zawieszone na gałęziach chorągwie, zejść i położyć je tutaj. Tylko jedna uwaga – wchodzimy jako wilki, a nie ludzie. – zerknęła na mnie znacząco.
Wejście na drzewo nie uznałabym za duży problem, gdyby nie to że miało przynajmniej dziesięć metrów wysokości. Ponadto najniższa gałąź była jakiś metr nad moją głową. Spróbowałam tam wskoczyć. Udało się, nawet zrobiłam to z dużą łatwością. Następne gałęzie znajdowały się blisko siebie, więc dość szybko się z tym uporałam. Kai był pierwszy, ja druga, a Mani ostatnia.
Łączka była blisko Gór, dlatego następnym zadaniem było wejście na wyznaczone wzgórze. Zbocza pagórków były bardzo strome i niepewne. Minęło dobre pół godziny, zanim wszyscy zaliczyliśmy szczyt.
Trening sztuki kamuflażu był o tyle łatwy, że słońce już zachodziło i widoczność nie była zbyt duża. Można by nazwać to zabawą w chowanego – Alfa czeka pewną ilość czasu, a my w tym czasie mamy się jak najlepiej ukryć. I tak przez następne dwadzieścia minut. Potem biegaliśmy jeszcze wokół łączki, dokładnie to dwadzieścia pięć razy. A do małych nie należała. Kiedy Alfa oświadczyła, że na dzisiaj to już koniec, z westchnieniem ulgi usiadłam, opierając się o drzewo.
Kierowałam się z Manahane w stronę jaskiń. Prowadziłyśmy niezobowiązującą rozmowę. Nagle przypomniałam sobie o refleksjach z ostatnich dni.
- Manahane…
- Tak?
- Dość niedawno dołączyłam do watahy i... jak by to ująć... Nie mam za bardzo nikogo bliższego. Zdajesz się być sympatyczna i pomyślałam... Może się zakumplujemy czy coś...?

< Manahane? >

Uwagi: Brak.

Od Karou "Impreza godna zapomnienia" cz. 1 (cd. Chętny)

Luty 2020
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Jess!
Głos najlepszej przyjaciółki. Przyjęcie niespodzianka? Potem oślepiający błysk. Szesnaście zapalonych na torcie świeczek. Prześliczny błękitny płomień, zupełnie jak moje włosy. Chyba nie przypadek. I to dziwne uczucie... Niby tak dobrze mi znane, a jednak zupełnie obce. Jakby coś siedziało wewnątrz mnie i próbowało się wydostać przy okazji doprowadzając mnie do obłędu. Przecież tak często go doświadczam. Jednak było inne niż zawsze. Przyszło szybciej, niespodziewanie... Nowa jaźń?
Chyba byłam się w lesie. Chyba, bo bałam się otworzyć oczy. Leżałam na boku i wsłuchiwałam się w tak kojący śpiew ptaków. Nieruchomo. Zanim ruszyłabym się z miejsca, chciałam spróbować przypomnieć sobie cokolwiek pamiętając, że sny najlepiej pamięta się tuż po przebudzeniu. Błagałam się w myślach o chociaż pierwszych kilka sekund. Niestety na próżno, to przecież nie był żaden głupi sen. Wytrwale próbowałam tylko z jednego powodu - życie ze świadomością, że masz w umyśle dziurę po pamięci, której nigdy nie odzyskasz, bo należy do innej osobowości, będącej defacto częścią ciebie, nie jest wcale komfortowa.
Do tego ten pulsujący ból w brzuchu... Czułam, że nawet jeśli spróbowałabym się ruszyć, on szybko by mnie powstrzymał. Z każdą chwilą czułam się coraz gorzej. Może miało to związek z ciepłą i gęstą cieczą w której leżałam, a której ilość stale się zwiększała. W chwili gdy dotarła do moich ust, a ja poczułam jej metaliczny posmak już ledwo byłam w stanie myśleć.
Zrobiłam się senna i zamierzałam już poddać się temu pięknemu stanowi, zapomnieć o wszystkim. Nie tylko o okropnej ranie, ale też o rzeczach jakie spotkały mnie przez całe życie. Nikogo więcej nie skrzywdzę... Ale przecież nie mogłam tak po prostu umrzeć bez żadnej walki! Muszę żyć, udowodnić sobie, że dam sobie radę! Przecież są ludzie którym na mnie zależy, nie mogę ich zawieść. Tyle rzeczy jeszcze chciałam zrobić, powiedzieć im ile dla mnie znaczą...
Otworzyłam oczy. Wszystko było lekko rozmazane. Przyjrzałam się temu co byłam w stanie zobaczyć z obecnej pozycji. Wokół widziałam pełno drzew. Ich korony były tak gęste, że prawie całkowicie odcinały promienie słoneczne przez co panował tu dziwny półmrok. Jedynym miejscem z którego dało się zobaczyć niebo było to gdzie leżałam. Centralnie nade mną znajdował się okrągły prześwit. W oddali płynął strumień, a z niego piło... coś. Przypominało granatowego jelenia. Nie miałam wtedy siły zastanawiać się czym było.
Drgnęłam lekko pierwszy raz od odzyskania przytomności i już poczułam negatywne skutki zbyt późnego zrywu. Byłam cała odrętwiała, nie mogłam się poruszać. Ostatkiem sił zdołałam unieść głowę, która niemal od razu opadła z całym impetem na ziemię. Jedyne, co udało mi się osiągnąć to zwinąć się w kulkę i pisnąć cicho. Ostatni raz zamknęłam oczy wiedząc, że już nie zdołam ich otworzyć. Chciałam przywołać w myślach obraz jakiegoś miłego miejsca w którym chciałabym umrzeć, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Kompletna pustka. Znikąd rozbrzmiały krzyki, potem czyjeś słowa, ale ich znaczenie już do mnie nie docierało. Uznałam, że to pewnie halucynacje. Że słyszę głosy najbliższych które zapadły mi w pamięć. Wiem tylko, że brzmiały jakby dobiegały z daleka. Odbijały się w mojej głowie echem, coraz bardziej niewyraźne w końcu stając się tylko ciągiem liter. Potem ostatni raz wypuściłam powietrze czekając na zbliżającą się nieuchronnie śmierć. Już słyszałam jej kroki. Ziemia drgała coraz mocniej. Czułam jej zimny oddech kiedy się nade mną pochylała.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
***          ***          ***
Pierwszym co do mnie dotarło były przyciszone głosy. Bardzo wiele głosów. Następnie zdałam sobie sprawę, że ból w brzuchu niemalże całkowicie minął. Mniej więcej na wysokości rany czułam łagodny ucisk, najpewniej pochodzący od jakiegoś bandaża. Leżałam na twardej skale, nie dało się słyszeć też żadnych typowo szpitalnych dźwięków. Zmartwiłam się tym, więc zanim dałam komukolwiek do zrozumienia, że już jestem przytomna upewniłam się, że odzyskałam pełną sprawność ruchową.
Poruszyłam wszystkimi palcami po kolei. Wyczułam coś dziwnego, jakbym nie mogła ich do końca zgiąć. Kiedy postanowiłam wstać, ktoś odezwał się głośno:
- Kim ona jest?
- Zespół polowań odnalazł ją w bardzo ciężkim stanie. Ledwo udało nam się ją odratować. - Poinformowała go jakaś dziewczyna. Mimo wyraźnego zmęczenia słychać było, że jej głos był wyniosły. Zapewne była kimś ważnym.
Chwila... Czy ja usłyszałam "Zespół polowań"? Świetnie, chyba dotarłam do jakiejś tubylczej osady. Jak daleko od domu się znalazłam?
Uznałam, że nie ma co dłużej czekać. Zerwałam się gwałtownie przez co wszyscy natychmiast ucichli. Zanim cokolwiek ujrzałam oślepiło mnie światło, którego źródło znajdowało się przede mną. Zmrużyłam oczy. Kiedy wzrok przywykł do ciemności  dostrzegłam na oko ponad tuzin wpatrujących się we mnie wilków.
Krzyknęłam jednocześnie cofając się szybko, aż uderzyłam plecami w ścianę jaskini. Gwałtowny ruch spowodował ból w brzuchu i najpewniej otwarcie rany. Teraz także plecy były obite.
Miałam chwilę czasu aby im się przyjrzeć. Niektóre miały dziwne kolory: niebieski, żółty, czerwony... Wyglądały też na szczuplejsze niż zwykłe psowate.
- Wilki... Czemu akurat wilki?! - Syczałam do siebie.
- A dlaczego nie wilki? - Niska, miedzianobrązowa wadera mówiąca głosem, jaki słyszałam wcześniej, podeszła do mnie spokojnie.
- Z... Zostaw mnie. - Zaczęłam się jąkać. - W...Wilki nie mówią...
- A więc słów, które wypowiadasz nie można już nazwać mową?
O czym ona...? Spojrzałam w dół na siebie.
Na długie łapy pokryte czarną sierścią tuż przy ziemi przechodzącą w niebieski. Na dziwne, świecące jasno wzory na całym moim ciele. Na długi ogon, który leżał wokół mnie, powyginany żałośnie.
- Nie... - Spróbowałam powiedzieć, jednak z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
Przewróciłam się i zaczęłam cofać znowu, aż natrafiłam na płytką wnękę skalną w którą udało mi się wcisnąć.
Teraz, zyskawszy względne poczucie bezpieczeństwa otoczona z trzech stron ścianą mierzyłam wszystkich wzrokiem. Oni w kompletnym bezruchu robili dokładnie to samo. Zauważyłam też, że wzory na moim ciele zaczęły coraz mocniej świecić, a im mocniej świeciły, tym bardziej byłam zdenerwowana. A może było na odwrót...
- Uspokój się. Razem spróbujemy dowiedzieć się...
- Nie podchodź do mnie! - Ryknęłam coraz bardziej przerażona i wściekła zarazem. Wtedy właśnie znaki rozjarzyły się tak mocno, że niektórzy zasłonili oczy, a wadera cofnęła się o kilka kroków.
Uczucie z urodzin powróciło, ale tym razem bardzo dobrze mi znane.
- Dhalia... - Zdążyłam jedynie z ulgą powiedzieć w stronę wilczycy zanim znaki znikły, a przed moimi oczami znowu zapanowała ciemność.

<chętny z gromadki gapiów?>

Uwagi: Nie wszystkie litery w tytule muszą być wielkie. W tym przypadku powinien być napisany w sposób, na jaki poprawiłam. Masz problem z przecinkami - niektóre zdania bez nich brzmią całkowicie bezsensownie. Momentami przeskoki w czasie/osobowości są na tyle chaotyczne, że ciężko się połapać co się dzieje.

niedziela, 2 lipca 2017

Od Leah ''W świecie mroku'' cz. 2 (c.d. Nergal)

Styczeń 2020r.
Stałam osłupiała. Przyglądałam się całej walce od pojawienia się wilków. Deszcz spływał zimnymi strugami po moich plecach. Słyszałam wszystko co mówili. Przez następne minuty nie mogłam się otrząsnąć. Nie miałam pojęcia co zrobić. Nagle jeden z basiorów krzyknął:
- Owszem, jednak to już koniec, pociągnę cię za sobą do grobu! – po czym rzucił granatem. Siła wybuchu odepchnęła mnie do tyłu. Uderzyłam o ziemię. Wstając, spojrzałam na wilki. Jeden z nich, białowłosy chłopak, spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Zaraz potem zemdlał. Podeszłam do niego. Co robić… Co robić… myślałam gorączkowo. Postanowiłam wezwać pomoc. Wybiegłam z Miasta i gdy tylko znalazłam się w Lesie, zmieniłam się wilka i zawyłam. Była to prośba o pomoc, ale ponieważ w wilczej mowie można było rozmawiać tylko o teraźniejszości, nie mogłam wytłumaczyć co się stało. Mijały minuty, deszcz zmieniał się w burzę, grzmiało coraz głośniej. Zirytowana brakiem odpowiedzi, zmieniłam się w człowieka i pobiegłam do nieznajomego. Musiałam go stąd zabrać, zanim pojawią się ludzie.
Po drodze spotkałam Kai’ego, który pomógł mi przenieść basiora do watahy. Kiedy się obudził, zaprowadziliśmy go do Alfy. Został przyjęty, nawet udało się nam dowiedzieć, że nazywa się Nergal, ale najwyraźniej wybuch był silny, bo znowu stracił przytomność, w swojej jaskini. Zastanawiałam się czemu w ogóle mu pomogłam. Prawdopodobnie jest to po prostu morderca jakich mało. Wykończył wszystkich swoich wrogów, nawet mimo to, że byli lepiej uzbrojeni. Ale… Skoro Nergal przeżył… To może ten drugi też? Natychmiast udałam się w stronę Miasta. Deszcz dalej padał, a błyskawice ciągle przeszywały niebo. Zmieniłam się w człowieka, praktycznie już wbiegając do Miasta. Mam nadzieję, że nikt tego nie widział, myślałam gorączkowo. Wpadłam na ulicę, na której wszystko się rozegrało. Spojrzałam na martwe ciała.
- O matko… - szepnęłam.
Zdjęłam kaptur z głowy. Wpatrywałam się w wilki. Wszędzie było pełno krwi. Jeden zastrzelony… Inne leżały martwe, bez żadnych ran… Spojrzałam na miejsce wybuchu granatu. Przyłożyłam ręce do ust. Tego co tam zobaczyłam nie będę nawet opisywać. Nie wiem nawet kiedy, ale upadłam na kolana. Jak można tak zabijać? Co ja mam zrobić? Nie mogę ich tak zostawić, prędzej czy później przyjdą tu ludzie…
Udało mi się ukryć ciała, ale włożony w to wysiłek oraz to co zobaczyłam, zupełnie mnie wyczerpały. Nie chciałam iść do jaskini. Poszłam do wspólnego domu. Nikogo tam dziś nie było. Udałam się do jednej z sypialni. Bez zastanowienia położyłam się na łóżku i zasnęłam.
Obudziłam się. Był środek nocy. Przez burzę nie mogłam stwierdzić która w ogóle jest godzina – teraz deszcz się uciszył. Przez okno widać było biały sierp księżyca. Wstałam i ruszyłam w stronę watahy.
Wracając, udałam się jeszcze nad Jezioro. Rozbiłam lód, tworząc przerębel. To jest kąpiel dla mnie. Nie nurkowałam, w obawie, że zgubię dziurę w lodzie, ale i tak było wspaniale. Próbowałam schwytać jakąś rybę, ale znowu mi to nie wyszło. Tutejsze rybki są nad wyraz szybkie. Potem dla relaksu, ślizgałam się po lodzie, który ciągle załamywał się pod moim ciężarem. Po skończonej zabawie, udałam się w stronę jaskiń. Humor mi nie dopisywał. Patrzyłam spode łba nawet na drzewa. Postanowiłam zajrzeć co u nowego.
Zajrzałam do jego jaskini. Wciąż spał. Furknęłam z furią i udałam się do swojego domu. Położyłam się na posłaniu. Pozostaje mi czekać, aż się obudzi. Zaczęłam czytać książkę pod tytułem ,,Kronikarz Przyszłości’’. Bardzo lubię książki przygodowe, ale teraz jakoś nie miałam ochoty na lekturę. Po długim oczekiwaniu oczy same mi się zamknęły. Ciekawe kiedy się obudzi… pomyślałam, zasypiając.

< Nergal? >

Uwagi: "Po czym" piszemy osobno. Pogubiłaś kilka przecinków.

Od Manahane "Nowy Świat" cz. 1 (CD. Chętny)

Luty 2020
Minęło dopiero pół roku od moich drugich urodzin, a już jutro mam zostać oddelegowana. Niby nie przejmuję się tym zbytnio, choć boli mnie fakt, że ojciec nie zamierza nic z tym zrobić. Nic...
 Jesteśmy tak zwaną Watahą Indian lub bardziej popularnie Watahą z Zachodu. Ale i tak pewnie nikt o nas nie słyszał. Jesteśmy watahą wędrowną. Uciążliwe jest zmienianie miejsca co jakiś czas...
- Oby pradawne duchy zwierząt miały cię w opiece! - powiedziała z troską Kahau. Ona i to jej gadanie. Jakby te duchy chciały się mną zainteresować, to zrobiłyby już to dawno i na pewno powstrzymywały by mnie, przed tym co najlepsze. Nie zastanawiając się rzekłam:
- Kahau... Pradawni nie pomogą... Nawet króliki... - i odeszłam. Musiałam iść się napić.
 Idąc w stronę małej rzeczki, czułam na sobie spojrzenia innych wilków. Tak szczerze to ja nie miałam wyrzutów sumienia. To chyba źle, prawda? Dotarłam do strumyka i zaczęłam łapczywie pić.
 Reszta dnia minęła spokojnie i bez większych sprzeczek. Wieczorem położyłam się spać wcześnie. Śniły mi się rozległe łąki i lasy (o których słyszałam tylko w opowieściach Kahau). Bardzo przyjemny był ten sen. Jednakże zostałam brutalnie obudzona przez strażników. Nie należeli oni do tych delikatnych. Siłą zaciągnęli mnie na środek osady. Jakby nie mogli powiedzieć, przecież sama umiem chodzić. Popatrzyłam na zebranych wokół mnie. Chyba byli zadowoleni, że zaraz zostanę wygnana i nie wrócę. Ojciec zaczął przemawiać:
- Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać Manahane i wygnać ją na zawsze z naszej watahy. Od teraz nie posiadasz takich tytułów jak Królicze Uszy i... - tu się zatrzymał. Najwyraźniej nie przechodziło mu to przez gardło... - Córka Wodza... Jakieś ostatnie słowa?
- Tak, - odpowiedziałam - tak jak najbardziej. Jak wiecie, nikogo przy morderstwie nie było. A co jeśli to nie ja? Co jeśli popełniła samobójstwo? Co jeśli mnie zmusiła?
- Przestań! - warknął szaman - Teraz wypij ten eliksir... - podał mi fioletową fiolkę, a ja opróżniłam jej zawartość. Wiedziałam, że przez nią przeniosę się w odległe miejsce, o którym pomyślę. A ja pomyślałam o tych łąkach i lasach, które się mi dzisiaj śniły... Na koniec powiedziałam do ojca "Żegnaj, tato" i potem nie widziałam już nic...

***
 Obudził mnie... śpiew ptaków? Tak! Jestem w lesie! lecz... tu nie jest tak zielono, jak sobie wyobrażałam... Wszystko pokrywa biały puch. Teraz najważniejszą rzeczą jaką miałam zrobić to znaleźć wodę. Było naprawdę zimno... Cała trzęsłam się i ledwo utrzymywałam się na swoich łapach. Nie wiedząc, tak naprawdę co począć zaczęłam iść przed siebie. 
 Po pewnym czasie wyczułam kogoś obecność. Była to grupka wilków składająca się z czterech osobników. Zaczaiłam się w krzakach i przyglądałam im się. Jacy oni byli wysocy. Jak zauważyłam, polowali na zające. Jakaś wadera spojrzała w moją stronę, lecz nie zauważyła mnie. Powiedziała coś do reszty, a ja wykorzystałam tę chwilę nieuwagi i zakradłam się. Dzięki moim zdolnościom nie zwrócili nawet uwagi, że jednego zająca brakuje. 
 W porównaniu do nich byłam małym zającem... Byłam prawie o połowę od nich mniejsza i niższa. Wróciłam w krzaki i szybko pożywiłam się. Postanowiłam ich śledzić. Szłam w bezpiecznej odległości i próbowałam ustalić gdzie idą.
 Dotarliśmy chyba do watahy? Tak przynajmniej to wygląda. Sporo wilków... Każdy wyglądał inaczej... Postanowiłam trochę się powałęsać, oczywiście tak, aby nikt mnie nie zauważył. Śledząc raz tego wilka, raz innego w końcu znalazłam wodopój. Rozejrzałam się w około, by sprawdzić, czy nikogo nie ma. Pewna swojej samotności podeszłam do wody. Łapczywie zaczęłam pić.
 Wróciłam się do środka watahy - czyli tam gdzie znajdowało się najwięcej wilków. Zaczęło się ściemniać i prawie wszyscy udali się na spoczynek. Chciałam sobie pooglądać co robią teraz te nadmiar wysokie istoty. Skradałam się pod jaskinie i podsłuchiwałam...
- Znowu? - stanęłam pod jedną. Ironiczny śmiech jakiejś wadery mnie zaciekawił. - Przecież ci mówiłam, że nie ma mowy. - i w tej chwili ktoś wyszedł z tej groty. Ostra babeczka z tej wadery, już ją lubię.
 Wkradłam się po woli i stanęłam za nią. Mogłam się spodziewać, że to jest Alfa.
- Dobry wieczór - powiedziałam, a Alfa odwróciła się i popatrzyła z niedowierzaniem. Jakby zobaczyła o połowę niższą od siebie Hane. - Pani jest Alfą, nieprawdaż?
- Uważaj sobie. - warknęła - nie wolno nikomu zakradać się do mojej jaskini. A już na pewno nie obcym!
- No dobrze... Jestem Manahane. - przedstawiłam się. - Nie mam co z sobą zrobić, ponieważ... - ugryzłam się w język. Przecież nie powiem, że zostałam wygnana! Musiałam coś wymyślić... - zostałam bez bliskich...
- Ktoś ich zabił? - zapytała.
- Nie do końca. - zaczęłam kłamać, a to potrafię doskonale. - Zostali wywiezieni i przeniesieni na inny teren. Ja wtedy byłam poza watahą.
- A jak nazywała się twoja wataha? - dopytywała, a to już wkurzało.
- Wataha z Zachodu. - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Na razie przyjmę cię na okres próbny... Spróbuj być grzeczna i nie zakradaj się do mojej jaskini, a może pozwolę ci zostać. - powiedziała zgryźliwie.
- Czarny humorek widzę. Już cię lubię. - powtórzyłam swoje słowa. - A i jeszcze jedno. Gdzie mam spać?
- Będę udawać, że tego nie słyszałam. Twoja jaskinia jest tusz pod moją... Dobrej nocy, Manahane.
 Opuściłam Alfę i skierowałam się do wyznaczonego miejsca przez waderę. Zasnęłam...

***
Rano obudził mnie rano głos jakiegoś wilka:
- Witaj w Watasze Magicznych Wilków. Suzanna wyznaczyła mnie, abyś mogła zapoznać się z zasadami, obowiązkami i atmosferą panującą tutaj!

< Chętny? >

Uwagi: "Na pewno", "nie zobaczyła", "na razie" oraz "do końca" piszemy osobno. Nie "powałętać", lecz "powałęsać". Dużo literówek. Nie "te gadanie", tylko "to". "Zrobiłyby" piszemy razem. Wcięcia w tekście nie powinny być robione Spacjami.