- I jak? - spojrzałem na moją partnerkę wychodzącą z jaskini lekarki.
- Posłuchaj... jest taka sprawa. - zaczęła niepewnie.
- Jaka? - zapytałem pełen obaw. W głowie pojawiły mi się najgorsze scenariusze. Wadera najpierw spuściła głowę i zaczęła nerwowo grzebać łapą w ziemi, a później westchnęła i spojrzała na mnie.
- Jestem w ciąży.
To zdanie obiło się echem w mojej głowie.
- Co?! - krzyknąłem. Kii skuliła się przestraszona.
"No stary, chyba przegiąłeś" - odezwała się moja podświadomość. Podszedłem do partnerki i przytuliłem ją mocno. Wadera przylgnęła swoim ciałem, zmniejszając dzielącą nas przestrzeń. Chwilę tak staliśmy w kompletnej ciszy. Starałem się sobie wszystko poukładać. Zaakceptować myśl, że niedługo będzie nas o jednego więcej. Wyobraziłem sobie małego szczeniaka fikającego po całej naszej jaskini. Mimowolnie się uśmiechnąłem i pocałowałem Kii we włosy.
- Będę tatą. - rzekłem. Wadera podniosła oczy ku górze i spojrzała na mnie.
- N... nie jesteś na mnie zły? - zapytała przełykając ślinę.
- Oh, skarbie. Dlaczego miałbym być na ciebie zły? - pogłaskałem ją po głowie.
- Myślałam, że... - zaczęła, ale szybko jej przerwałem.
- Za dużo myślisz kochanie. Po prostu byłem trochę zaskoczony takim obrotem sytuacji. Nie mniej jednak dziecko powinno być powodem do radości, a nie smutku. - otarłem jej twarz z łez. - Cieszę się, że stworzymy własną rodzinę. - uśmiechnąłem się, co wadera nieśmiało odwzajemniła.
- Kocham cię, wiesz? - powiedziała tuląc się do mnie.
- Ja ciebie też. - pocałowałem ją namiętnie. - Chodźmy do domu, co? - zapytałem, gdy się od siebie oderwaliśmy. Ona przytaknęła i ruszyliśmy w stronę naszej jaskini.
"Już niedługo na świat przyjdzie mój syn lub córka... nie mogę się doczekać"
Uwagi: brak
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
sobota, 7 lutego 2015
Od Anuriti'ego "Że to jest moje?" cz. 1
Było południe. Śnieg prószył, a ja leżałem w ciepłej jaskini. Obok mojego posłania rozpaliłem za pomocą gałęzi ognisko. Nagle usłyszałem coś w stylu "Ekhem.". Obróciłem się więc, i zobaczyłem waderę. Była piękna, jak to wadera. Jej futro było białe jak śnieg (być może przez to, że była cała we śniegu...), oczy miała brązowe, aż chciało jej się powiedzieć prosto w twarz, że jest piękna.
- Ekhem. - powtórzyła głośniej. Widać była zdenerwowana.
- Co Cię tu do mnie sprowadza piękna?
- Syn.
- Że co?
- Syn.
- Możesz jaśniej?...
- Ask.
- Że co?...
- Ask, to Twój syn, i teraz ty zasmakuj tego szczęścia bycia rodzicem.
- Nadal nie rozumiem...
- To zrozum. Proszę, o to i on. - mówiąc to, wskazała na młodego basiora, który stał obok niej. Byłem tak zdziwiony, że już miałem zemdleć. Nie da się ukryć, nie chcę mieć dzieci. Zwłaszcza, że tego nie widziałem nigdy na oczy.
- Elo. - powiedział do mnie maluch.
I TO MA BYĆ MÓJ SYN?! To małe rozwrzeszczane coś, co tam stoi i gapi się na mnie? Popatrzyłem się krzywo na mojego "syna", a potem na waderę, po czym powiedziałem:
- To żart, co nie?
- Nie. - opowiedziała całkiem poważnie wadera.
- O nie, ja go nie chcę.
- Musisz.
- A co, zmusisz mnie do tego?!
- Nie ja, ale on to zrobi.
- Że jak? Czy ja dobrze słyszę?! Dzieciak mnie będzie zmuszał, żebym się nim opiekował... On mi zniszczy życie... Już sobie wyobrażam ciągłe pilnowanie go, latanie za nim, zero wolności... - pomyślałem.
- Ojciec, nie bądź taki, jakoś się dogadamy. - na twarzy tego bachora malował się sztuczny uśmiech. Miałem złe przeczucia, ale nie dałem po sobie tego poznać.
Milczałem.
- Mamo, weź mnie od tego dziwaka... - wyszeptał "mój syn", myśląc, że go nie słyszę.
- Wytrzymaj, spędzisz u niego kilka dni i po sprawie...- odpowiedziała mu wadera, również szeptem. Kilka dni? Ok. Wytrzymam... i dla świętego spokoju zgodziłem się.
- Zgoda. Wezmę go.
- Naprawdę? Więc powodzenia i żegnam. - powiedziała pospiesznie wadera, po czym odbiegła.
- No... To co chcesz robić?
- Nie wiem. Nic. Zabawy są dla szczeniąt.
- To co robisz w domu?
- Wszystko, na co tylko pozwala mój wysoki poziom IQ. - powiedział do mnie drwiąco. To będą dłuuugie dni.
<c.d.n>
Uwagi: "Prószył" piszemy przez "ó". "Obróciłem się" piszemy przez "ó". "Po czym" piszemy osobno.
- Ekhem. - powtórzyła głośniej. Widać była zdenerwowana.
- Co Cię tu do mnie sprowadza piękna?
- Syn.
- Że co?
- Syn.
- Możesz jaśniej?...
- Ask.
- Że co?...
- Ask, to Twój syn, i teraz ty zasmakuj tego szczęścia bycia rodzicem.
- Nadal nie rozumiem...
- To zrozum. Proszę, o to i on. - mówiąc to, wskazała na młodego basiora, który stał obok niej. Byłem tak zdziwiony, że już miałem zemdleć. Nie da się ukryć, nie chcę mieć dzieci. Zwłaszcza, że tego nie widziałem nigdy na oczy.
- Elo. - powiedział do mnie maluch.
I TO MA BYĆ MÓJ SYN?! To małe rozwrzeszczane coś, co tam stoi i gapi się na mnie? Popatrzyłem się krzywo na mojego "syna", a potem na waderę, po czym powiedziałem:
- To żart, co nie?
- Nie. - opowiedziała całkiem poważnie wadera.
- O nie, ja go nie chcę.
- Musisz.
- A co, zmusisz mnie do tego?!
- Nie ja, ale on to zrobi.
- Że jak? Czy ja dobrze słyszę?! Dzieciak mnie będzie zmuszał, żebym się nim opiekował... On mi zniszczy życie... Już sobie wyobrażam ciągłe pilnowanie go, latanie za nim, zero wolności... - pomyślałem.
- Ojciec, nie bądź taki, jakoś się dogadamy. - na twarzy tego bachora malował się sztuczny uśmiech. Miałem złe przeczucia, ale nie dałem po sobie tego poznać.
Milczałem.
- Mamo, weź mnie od tego dziwaka... - wyszeptał "mój syn", myśląc, że go nie słyszę.
- Wytrzymaj, spędzisz u niego kilka dni i po sprawie...- odpowiedziała mu wadera, również szeptem. Kilka dni? Ok. Wytrzymam... i dla świętego spokoju zgodziłem się.
- Zgoda. Wezmę go.
- Naprawdę? Więc powodzenia i żegnam. - powiedziała pospiesznie wadera, po czym odbiegła.
- No... To co chcesz robić?
- Nie wiem. Nic. Zabawy są dla szczeniąt.
- To co robisz w domu?
- Wszystko, na co tylko pozwala mój wysoki poziom IQ. - powiedział do mnie drwiąco. To będą dłuuugie dni.
<c.d.n>
Uwagi: "Prószył" piszemy przez "ó". "Obróciłem się" piszemy przez "ó". "Po czym" piszemy osobno.
Od Anuriti'ego "To nie ja..." cz. 1 (cd. Sagrina)
Wstałem jak zawsze rano, i oczywiście popatrzyłem się na narysowany kamieniem w jaskini w której mieszkam (sam oczywiście) portret wybranki: Sagriny... Codziennie, gdy wstanę wspominam te jej oczy, piękną, lśniącą sierść... Właśnie się rozmarzyłem, gdy nagle ktoś wchodzi do mojej jaskini. Była to Kiiyuko we własnej osobie. Zdziwiłem się, ponieważ nigdy do nikogo o tak wczesnej porze nie przychodziła.
- Czy Ty wiesz, że już jest popołudnie?! - zapytała lekko (a raczej bardzo) zdenerwowana.
- No i...? Co się więc stało, że przychodzi Pani Jaśnie Wielmożna, do mojej uroczystej chałupiny, przystrojonej jakże zaszczytnymi dekoracjami w stylu luksusowym? - zapytałem drwiąco.
- A to, że zapomniałeś iść - znowu zresztą - na zwiady, a prosiłam Cię o to wczoraj! - odpowiedziała z trudem powstrzymując gniew i zdenerwowanie.
- Hmm... Nie przypominam sobie tego. Chyba ma Pani urojenia spowodowane...- Nie zdążyłem dokończyć, gdy Alfa mi przerwała.
- Wyjdź już... - powiedziała ściszonym głosem.
- O tak, oczywiście, już wychodzę. I zapewniam Panią, że jak tylko wyjdę, to wrócę na... Kolację? Tak. Kolację. I powiem jeszcze, że jak jakakolwiek krzywda stanie się mi, bądź...
- WYJDŹ JUŻ I IDŹ NA TE ZWIADY!
- No dobrze, dobrze. Po co te nerwy? Czy Pani Jaśnie Wielmożna wie, że gniew jest powodem słabej cery naszych twarzyczek?
- 1..2...3...4...5... - zaczęła odliczać Kii. Nie mam pojęcia czemu, ale czułem, że ona już wybuchła. Gdy tylko przekroczyłem próg jaskini, i ja wybuchnąłem, tylko że śmiechem. Śmiałem się cofając się i pokazując łapą na wkurzoną Kiiyuko, po czym (tak, to było do przewidzenia) oczywiście potknąłem się i spadłem z górki prosto w zaspę śnieżną. Wygrzebałem się z trudem z zaspy drżąc z zimna, byłem cały biały, stanąłem w rozkroku jak wbity w ziemię. Trzepało mną jakbym był jakimś zmarzniętym szczurem. Słyszałem śmiech wielu wilków. Ładne widowisko się zrobiło. Nie ważyłem się powiedzieć nawet słowa. Pewnie gdyby moja dolna szczęka nie byłaby przymarznięta do górnej, to zapewne raczej bym im coś powiedział. Zamiast tego ruszyłem dalej, powolnym, sztywnym krokiem. Już mi nie było do śmiechu.
- Eh... Teraz zdobędę tytuł idioty miesiąca. Albo roku. - mówiłem sam do siebie - Czy ktokolwiek kiedykolwiek o tym zapomni? A może będą o tym opowiadać w swoich przyszłych watahach, albo przyszłym członkom tej watahy... Fakt, jestem lekko... stuknięty. I głupi. Mam niski poziom inteligencji. Mój mózg nie jest odpowiednio wyselekcjonowany. To znaczy jest, ale w środku mnie siedzi crazy gość, którego dosłownie wszystko bawi. O nie... Muszę być poważniejszy. Sagi chyba takich bardziej lubi. - użalanie się nad sobą przerwał mi fakt, że ona cały czas szła obok mnie. Miałem ochotę się zapaść pod ziemię ze wstydu.
- Cześć Anu... - powiedziała z trudem powstrzymując śmiech.
- Co? Jaki Anu? To nie ja. - chciałem ją przekonać, że to nie byłem ja, ale ktoś inny podszywający się pode mnie.
- A ja myślałam że to jednak ty.
- No bo... wiesz, ja jestem Zorro.
- A ja jestem Królowa Elżbieta III.
- Ale ja jestem taki inny Zorro. Ja jestem... Zorro II.
- Mi się cały czas wydawało że jesteś Anuritim.
- Haha, bo ja potrafię bardzo zmylić inne wilki.
- No to Ci się bardzo udało.
- A moje motto brzmi: Kradnę biednym a rozdaję bogatym. - powiedziałem z dumą myśląc, że się nabrała.
- A to nie brzmi przypadkiem "Kradnij bogatym, a rozdawaj biednym"?
- Nie... Bo wiesz... Zorro II działa na innych zasadach.
- A na jakich? Wytłumacz.
- Zorro II kradnie biednym, by rozdać to bogatym, a następnie Zorro I kradnie bogatym i z powrotem rozdaje biednym.
- Aha... Interesujące...
- Co się stało? Coś nie tak?
- N - nic...- Nie wiem czemu, ale Sagrina zaczęła się ze mnie śmiać. Jednak się nie nabrała.
- Ha ha, bardzo śmieszne, prawda? - zapytałem ironicznie.
- N-nawet, ni-nie wiesz, j-jak b-bardzo! - kiedy to powiedziała, i ja zacząłem się śmiać.
<Sagrina?>
Uwagi: Drobne błędy z typu zły znak interpunkcyjny czy odmiana wyrazów...
- Czy Ty wiesz, że już jest popołudnie?! - zapytała lekko (a raczej bardzo) zdenerwowana.
- No i...? Co się więc stało, że przychodzi Pani Jaśnie Wielmożna, do mojej uroczystej chałupiny, przystrojonej jakże zaszczytnymi dekoracjami w stylu luksusowym? - zapytałem drwiąco.
- A to, że zapomniałeś iść - znowu zresztą - na zwiady, a prosiłam Cię o to wczoraj! - odpowiedziała z trudem powstrzymując gniew i zdenerwowanie.
- Hmm... Nie przypominam sobie tego. Chyba ma Pani urojenia spowodowane...- Nie zdążyłem dokończyć, gdy Alfa mi przerwała.
- Wyjdź już... - powiedziała ściszonym głosem.
- O tak, oczywiście, już wychodzę. I zapewniam Panią, że jak tylko wyjdę, to wrócę na... Kolację? Tak. Kolację. I powiem jeszcze, że jak jakakolwiek krzywda stanie się mi, bądź...
- WYJDŹ JUŻ I IDŹ NA TE ZWIADY!
- No dobrze, dobrze. Po co te nerwy? Czy Pani Jaśnie Wielmożna wie, że gniew jest powodem słabej cery naszych twarzyczek?
- 1..2...3...4...5... - zaczęła odliczać Kii. Nie mam pojęcia czemu, ale czułem, że ona już wybuchła. Gdy tylko przekroczyłem próg jaskini, i ja wybuchnąłem, tylko że śmiechem. Śmiałem się cofając się i pokazując łapą na wkurzoną Kiiyuko, po czym (tak, to było do przewidzenia) oczywiście potknąłem się i spadłem z górki prosto w zaspę śnieżną. Wygrzebałem się z trudem z zaspy drżąc z zimna, byłem cały biały, stanąłem w rozkroku jak wbity w ziemię. Trzepało mną jakbym był jakimś zmarzniętym szczurem. Słyszałem śmiech wielu wilków. Ładne widowisko się zrobiło. Nie ważyłem się powiedzieć nawet słowa. Pewnie gdyby moja dolna szczęka nie byłaby przymarznięta do górnej, to zapewne raczej bym im coś powiedział. Zamiast tego ruszyłem dalej, powolnym, sztywnym krokiem. Już mi nie było do śmiechu.
- Eh... Teraz zdobędę tytuł idioty miesiąca. Albo roku. - mówiłem sam do siebie - Czy ktokolwiek kiedykolwiek o tym zapomni? A może będą o tym opowiadać w swoich przyszłych watahach, albo przyszłym członkom tej watahy... Fakt, jestem lekko... stuknięty. I głupi. Mam niski poziom inteligencji. Mój mózg nie jest odpowiednio wyselekcjonowany. To znaczy jest, ale w środku mnie siedzi crazy gość, którego dosłownie wszystko bawi. O nie... Muszę być poważniejszy. Sagi chyba takich bardziej lubi. - użalanie się nad sobą przerwał mi fakt, że ona cały czas szła obok mnie. Miałem ochotę się zapaść pod ziemię ze wstydu.
- Cześć Anu... - powiedziała z trudem powstrzymując śmiech.
- Co? Jaki Anu? To nie ja. - chciałem ją przekonać, że to nie byłem ja, ale ktoś inny podszywający się pode mnie.
- A ja myślałam że to jednak ty.
- No bo... wiesz, ja jestem Zorro.
- A ja jestem Królowa Elżbieta III.
- Ale ja jestem taki inny Zorro. Ja jestem... Zorro II.
- Mi się cały czas wydawało że jesteś Anuritim.
- Haha, bo ja potrafię bardzo zmylić inne wilki.
- No to Ci się bardzo udało.
- A moje motto brzmi: Kradnę biednym a rozdaję bogatym. - powiedziałem z dumą myśląc, że się nabrała.
- A to nie brzmi przypadkiem "Kradnij bogatym, a rozdawaj biednym"?
- Nie... Bo wiesz... Zorro II działa na innych zasadach.
- A na jakich? Wytłumacz.
- Zorro II kradnie biednym, by rozdać to bogatym, a następnie Zorro I kradnie bogatym i z powrotem rozdaje biednym.
- Aha... Interesujące...
- Co się stało? Coś nie tak?
- N - nic...- Nie wiem czemu, ale Sagrina zaczęła się ze mnie śmiać. Jednak się nie nabrała.
- Ha ha, bardzo śmieszne, prawda? - zapytałem ironicznie.
- N-nawet, ni-nie wiesz, j-jak b-bardzo! - kiedy to powiedziała, i ja zacząłem się śmiać.
<Sagrina?>
Uwagi: Drobne błędy z typu zły znak interpunkcyjny czy odmiana wyrazów...
Od Patty "Pamięć jest zbyt bolesna" cz.2 (cd. Norwegian)
Krew płynęła we mnie tak szybko że myślałam że wybuchnę, uspokoiłam się i od razu na myśl nadszedł mi pomysł
- Norwegian, wiem że jesteś jeszcze głupi, nie wiesz co możesz ze mną mieć, każdy kogo spotkasz będzie Ci się kłaniał, będą oddawać Ci swoje rzeczy, pożywienie... co tylko zapragniesz!
Norwegian stał i na mnie patrzył, nie mogłam uwierzyć że rezygnuje z tego wszystkiego
- Nigdy do ciebie nie dołączę! Ja ją kocham!
- Jesteś jeszcze głupi! Nie wiesz co to miłość! I nigdy się nie dowiesz.
Norwegian zamyślił się bo nic nie mówił, była wręcz ''boląca'' cisza
- Masz ostatnią szanse, przyłącz się do mnie.
- Nigdy!!!
Ze złości teraz tak mocno zamachałam skrzydłami że Norwegian padł na ziemie
- Jeszcze raz się pytam... dołączysz do mnie?!
- Mówiłem już że nie!
- Jak wolisz... teraz odwal się ode mnie, mam coś do załatwienia.
Odwróciłam się miałam zacząć odchodzić gdy ON na nieszczęście się spytał:
- Co masz do załatwienia?
- Porozmawiać z kimś... lub inaczej to powiem, zniszczyć kogoś kogo ''znasz''.
- Czy to... Shaylin?!
- Brawo, zgadłeś. Jesteś mądrzejszy niż myślałam.
Norwegian wstał z złością
- Debil, bez mózg, ćwok, złośnik, cymbał... - pomyślałam
Norweg rzucił się na mnie, przygwoździł mnie do ziemi
- Widzę że piesek się denerwuje, no co mi zrobisz kundelku?
Odkopnęłam go od siebie z taką siłą, że odleciał do drzewa, był tak zdenerwowany... no ale bez przesady, nikt nie jest bardziej zdenerwowany niż Kazia.
- Zostaw Shaylin w spokoju!
- Tak, chyba po moim trupie... piesiu. - uśmiechnęłam się złośliwie
<Norwegian? No złap mnie piesiu :P>
- Norwegian, wiem że jesteś jeszcze głupi, nie wiesz co możesz ze mną mieć, każdy kogo spotkasz będzie Ci się kłaniał, będą oddawać Ci swoje rzeczy, pożywienie... co tylko zapragniesz!
Norwegian stał i na mnie patrzył, nie mogłam uwierzyć że rezygnuje z tego wszystkiego
- Nigdy do ciebie nie dołączę! Ja ją kocham!
- Jesteś jeszcze głupi! Nie wiesz co to miłość! I nigdy się nie dowiesz.
Norwegian zamyślił się bo nic nie mówił, była wręcz ''boląca'' cisza
- Masz ostatnią szanse, przyłącz się do mnie.
- Nigdy!!!
Ze złości teraz tak mocno zamachałam skrzydłami że Norwegian padł na ziemie
- Jeszcze raz się pytam... dołączysz do mnie?!
- Mówiłem już że nie!
- Jak wolisz... teraz odwal się ode mnie, mam coś do załatwienia.
Odwróciłam się miałam zacząć odchodzić gdy ON na nieszczęście się spytał:
- Co masz do załatwienia?
- Porozmawiać z kimś... lub inaczej to powiem, zniszczyć kogoś kogo ''znasz''.
- Czy to... Shaylin?!
- Brawo, zgadłeś. Jesteś mądrzejszy niż myślałam.
Norwegian wstał z złością
- Debil, bez mózg, ćwok, złośnik, cymbał... - pomyślałam
Norweg rzucił się na mnie, przygwoździł mnie do ziemi
- Widzę że piesek się denerwuje, no co mi zrobisz kundelku?
Odkopnęłam go od siebie z taką siłą, że odleciał do drzewa, był tak zdenerwowany... no ale bez przesady, nikt nie jest bardziej zdenerwowany niż Kazia.
- Zostaw Shaylin w spokoju!
- Tak, chyba po moim trupie... piesiu. - uśmiechnęłam się złośliwie
<Norwegian? No złap mnie piesiu :P>
Subskrybuj:
Posty (Atom)