Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 16 lipca 2018

Od Bony "Nauka wcale nie jest nudna" cz. 2

Marzec 2021 r.
- Czemu wszystko, co dobre tak szybko się kończy?! - westchnęłam, a Leah spojrzała na mnie ze złością. Ja tylko wyszczerzyłam zęby w sztuczny sposób.
- Och, nie narzekaj, tylko wstawaj! - krzyknęła do mnie Leah. Wstałam z grymasem i się otrzepałam, a ona się uśmiechnęła.
- A po co przyszłaś mnie obudzić? - spytałam wadery. Ona tylko na mnie spojrzała.
- No co ty? Nie pamiętasz, że dzisiaj musimy na coś zapolować. A przyszłam cię obudzić, bo wiem, że kochasz spać. - odparła. Ja ziewnęłam i przeciągnęłam. Lee kazała mi iść za nią. Po chwili byłyśmy na polanie gdzie były inne wilki. Yuko spojrzała na mnie.
- Witajcie. Czemu się spóźniłyście? - spytała. - Mam nadzieje, że to będzie ostatni raz.
Szybko odpowiedziałam, że nie mogłam znaleźć tej polany i się zgubiłam. Uwierzyła mi. Kazała gońcom schować się w krzakach pomiędzy drzewami. Gdy pojawiła się zwierzyna, zaczęłyśmy gonić jelenia w stronę wilków zabijających zwierzęta.
Po udanych łowach wróciłam do jaskini, aby odpocząć i "poczytać" pamiętnik mamy. Kiedy go otwierałam przeszyły mnie dreszcze. Lekko potrząsnęłam głową i zaczęłam czytać. Patrzyłam na piękne rysunki wilków i ludzi. Też chciałam się nauczyć tak rysować. Potem poszłam do Suzanny, by pouczyć się czytać. Dzisiaj uczyłam się alfabetu, czytania małego druku i dwuznaków. Trochę się namęczyłam ucząc się na pamięć alfabetu.
Potem znów poszłam do restauracji, ale tym razem po to, by z kimś porozmawiać. Spotkałam Gaję i Torance.
- Hej, Gaja. Jak się czujesz?
- Super. A ty? - spytała się młoda wadera. Tori była cicha jak myszka.
- Mogło być lepiej, ale nie jest najgorzej. - odparłam z lekkim uśmiechem. - Trochę boli mnie głowa. Pójdę do Alvarlega.
- Dobry pomysł - wreszcie odpowiedziała Torance. Ja tylko odwróciłam się i odeszłam. Szybko trafiłam do Alvarlega. Spojrzał na mnie i prychnął.
- Czy coś się stało? - spytał.
- Tak, boli mnie głowa. - powiedziałam albo bardziej syknęłam. Basior sięgną po jakąś buteleczkę, ale nic tam nie było.
- Chodź. Idziemy do Kai'a. On ma ten lek. - poszłam za nim. Szliśmy gdy nagle usłyszałam szelest. Odwróciłam się i zdałam sobie sprawę, że coś za mną stoi. Był to wielki basior, który szczerzył kły.
Był czarno-brązowy. Patrzył na mnie wściekłym wzrokiem.
- Gdzie jest twoja siostra!? - wysyczał ze wściekłością - Gadaj!
- N-nie wiem... - jąkałam się przez łzy - Nie wiem! Zostaw mnie!
Basior rzucił się na mnie. Alvarleg nie wiedział co zrobić. Wrzeszczałam i wyrywałam się próbując uciec. Starałam się go ugryźć i odepchnąć, ale był za silny. Po chwili szarpaniny dostałam czymś w głowę i chyba straciłam przytomność...

Uwagi: Brak daty! Cały czas dajesz wiele zbędnych Enterów. Brak niektórych przecinków. Alvarleg to nie Alvaro. Przeinaczyłaś jego charakter. Chodź nie znaczy tego samego co choć.

niedziela, 15 lipca 2018

Od Lind "Konkurencje festynowe" cz. 3

Kwiecień 2021
Kiedy skończyłam wstępnie osuszać swoje futro po zimnej kąpieli w Jeziorze, skierowałam się z powrotem na polanę w Zielonym Lesie. Stwierdziłam, że czekanie, aż będę zupełnie sucha, nie ma sensu. Najpierw minęłam stanowisko Joela. Basior oczywiście zwrócił uwagę na moją wciąż wilgotną sierść.
- Skok widzę udany? - zapytał.
- Chyba nie wątpiłeś w moje umiejętności, co? - odparłam zadziornie, przystając.
- Co ty, nie śmiałbym - animator wyprostował się, kręcąc przecząco głową.
- No ja myślę - mruknęłam, po raz kolejny odgarniając sprzed oczu posklejane kosmyki włosów.
Przez wspólną pracę od początku festynu, udało mi się nawiązać bliższy kontakt z technikami. Coraz rzadziej stroniłam przy nich od żartów i udawanego dogryzania. Stali się moimi dobrymi znajomymi. Nawet tego wiecznie niechętnego do rozmów Magnusa mogłabym tak nazwać... Chyba. Hm... ciekawe, czy on też nie ograniczył się do tylko jednego stanowiska festynowego, zastanowiłam się.
Odnalazłam wzrokiem Dantego. Siedział przy swoim stanowisku, spoglądając w moją stronę. Zapewne czekał, aż dam mu znać, iż jestem gotowa do rozpoczęcia następnej konkurencji. W końcu pamięć miał dobrą, a ja zapowiedziałam wcześniej, co zamierzam.
- Już mogę biec - poinformowałam, podchodząc bliżej. Niebieski basior kiwnął głową, że rozumie.
- Na potwierdzenie, że dotarłaś do celu, musisz przynieść mi jedną z flag zawieszonych koło kuchni - wyjaśnił.
- Jasne - ustawiłam się w odpowiednim kierunku. - Do kuchni i z powrotem... - przypomniałam samej sobie na głos.
- Start!
Wystrzeliłam z miejsca z maksymalną prędkością. Zamruczałam mimowolnie, zdając sobie sprawę, iż utrzymująca się jeszcze na moim futrze wilgoć zapewni mi nieprzyjemne zimno podczas biegu. Może jednak lepiej było zacząć od tego zadania, nie od skoku do Jeziora..., pomyślałam.
Wymijałam sprawnie przeszkody w postaci krzewów, rowów i pni powalonych drzew. Podążając dalej przed siebie, bez trudu rozpoznawałam poszczególne odcinki trasy. Dzięki pracy w tej okolicy, znałam już ją lepiej, niż własną jaskinię. Chociaż wyjątkowo nie użyłam mocy, moje kolejne susy były długie i szybkie. Miałam wrażenie, że płynę w powietrzu, te kilka mikrometrów nad ziemią.
W mig dotarłam do niewielkiej jaskini, w której jakiś czas temu urządziliśmy kuchnię. O tej porze nie było tam nikogo. Wszystkie garnki, sztućce i inne akcesoria leżały poukładane z boku, a palenisko starannie zasypano. Zahamowałam i natychmiast zauważyłam kilka flag kołyszących się nad wejściem na kawałku sznurka. Złapałam jedną z nich zębami i zerwałam. Z tym dowodem pokonania trasy, zawróciłam i pobiegłam z powrotem do stanowiska Danny'ego. Zdołałam utrzymać niezłą prędkość, jednak z czasem słyszałam coraz wyraźniej mocniejsze bicie serca. Zostałam także zmuszona do przyśpieszenia oddechu. W końcu wróciłam na polanę, z której wyruszyłam i przekazałam flagę animatorowi odpowiedzialnemu za to konkretne zadanie.
- Nieźle, kolejne zadanie festynowe za tobą - pokiwał głową basior. - Kończysz już na dziś? - zapytał, wręczając mi karty.
- Chyba tak. - odparłam, próbując uspokoić nieco oddech po sprincie. - Muszę jeszcze zająć się kilkoma rzeczami. Na pewno wrócę tu jutro.
Po tych słowach, pożegnałam obu samców, odpowiadających za wydawanie kart i opuściłam polanę. Następną wizytę muszę zaplanować na późniejszą godzinę, żeby złapać także Navri, pomyślałam. Chętnie bym się dowiedziała, na jakie konkurencje można się zapisać u niej.
Poszłam głębiej w Zielony Las. Mój plan na resztę dnia wyglądał następująco: najpierw polowanie, później wizyta w Bibliotece, a na koniec ćwiczenia na pierwszy występ festynowy. Chodziło o ten z ogniem. Nie mogłam się już go doczekać.
Zbliżyłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Nieważne jakiego przysmaku trop znajdę, pójdę za nim - tak postanowiłam. Te wszystkie zadania nagradzane kartami sprawiły, że zgłodniałam nie na żarty. Jakiś czas wyczuwałam jedynie ślad wilków, ewentualnie zbyt stary ślad zwierzyny, jednak w końcu natrafiłam na świeży zapach samotnie wędrującego, dorosłego jelenia. Wydało mi się to nieco dziwne; podobno osobniki tego gatunku nigdy nie odłączają się od stada.
Zgodnie ze złożoną sobie wcześniej obietnicą, podążyłam za tropem. W ten sposób dosyć szybko znalazłam parzystokopytnego. Dostrzegłszy z daleka jego sylwetkę, zwolniłam i zaczęłam się skradać, ukrywając za wyższą roślinnością. Dostrzegłam, że ten skubiący trawę samiec, dopiero co pozbył się poroża. Uśmiechnęłam się pod nosem. Atak będzie dzięki temu jeszcze prostszy.
Kiedy uznałam, że nie zdołam już podejść bliżej bez ujawniania się zwierzynie, wyskoczyłam z ukrycia i spróbowałam zaatakować. Niestety, jeleń w porę zareagował. Odskoczył, po czym rzucił się do ucieczki. Ruszyłam natychmiast za nim i wkrótce użyłam swoich kłów jeszcze raz. Zadowolona z w miarę szybkiej akcji, zabrałam się za upragniony posiłek.
Przy jednym z kęsów soczystego mięsa, poczułam na swoim (już na szczęście suchym) futrze podmuch lodowatego wiatru. Podniosłam głowę i zmrużyłam oczy. Coś za gęsto rosnącymi drzewami Lasu odbijało światło słoneczne. Zamrugałam. Śnieg.
Okazało się, że szukając pożywienia, dotarłam aż pod Śnieżny Las. Dokończyłam szybko posiłek i zostawiając resztę mięsa za sobą, poszłam w stronę lśniącej bieli. Zdałam sobie sprawę, że już dawno nie odwiedzałam tego miejsca, chociaż obecnie mieszka tu moja serdeczna przyjaciółka Leah. Ciekawe, czy akurat jest w pobliżu...
Wkrótce moje łapy zetknęły się ze zbrylonymi płatkami śniegu. Biały puch zaskrzypiał. Na tym terenie, było bez porównania zimniej, jednak jakoś nie przeszkadzało mi to specjalnie. Ruszyłam dalej przed siebie. Przypomniałam sobie, że teoretycznie jest już wiosna, a ja chodzę sobie po warstwie kruchego śniegu. Heh... Zupełnie, jak w domu.
Podskoczyłam, żeby zatopić się cała w zimnej zaspie. Otoczona przez biały puch, położyłam się i obróciłam na grzbiet. Spojrzałam stamtąd na gałęzie drzew iglastych, uginające się pod ciężarem błyszczących w słońcu sopli.
Od zawsze lubiłam zabawy w śniegu, jednak będąc tutaj przez ostatni rok... jakbym o tym zapomniała. Zajmowałam się masą innych rzeczy, mniej lub bardziej związanych z życiem całej watahy. Usiadłam i spojrzałam z zamyśleniem na taflę zamarzniętego jeziora. Chwilę tak trwałam w jednej pozycji, zatopiona we własnym morzu wspomnień i refleksji, dopóki pewien dźwięk w okolicy nie zwrócił mojej uwagi. Był to szmer dwóch łap zatapiających się w śniegu. Ktoś próbował coś wykopać spod mroźnej pokrywy. Hm... Może to Leah?
Wstałam i ruszyłam za wyłapanym, powtarzającym się odgłosem. Dotarłam do jego źródła, jednak okazał się to być zupełnie nieznany mi wilk. Miał puszyste futro w kolorach od jasnego brązu, po ciemny szary. Poczułam od niego zapach charakterystyczny dla członków Watahy Czarnego Kruka. Basior nie zauważył mojej obecności, nadal był zajęty kopaniem, więc postanowiłam się odezwać:
- Dzień dobry.
Wilk podskoczył, słysząc mój głos. Przerwał swoje dotychczasowe zajęcie i stanął na baczność, spoglądając w moją stronę. Dostrzegłam w jego wizerunku interesujący szczegół - niebieską plamę na brązowej tęczówce prawego oka. Nieznajomy odetchnął z ulgą, rozpoznawszy we mnie członka Watahy Magicznych Wilków, a nie wroga.
- Dobrze się skradasz w tym śniegu - mruknął, marszcząc na chwilę nos. - Lind, prawda? - nagle uśmiechnął się przyjaźnie.
- Tak, zgadza się - odwzajemniłam uśmiech. - A pan to...?
- Crane - ukłonił się grzecznie. - I proszę bez żadnych "pan". Nie lubię takich oficjalnych zwrotów. Moglibyśmy mówić sobie na "ty"? - zapytał.
- Pewnie - skinęłam głową. - Więc, Crane, co tutaj robisz?
- A, nic szczególnego - odparł. - Coś ostatnio zgubiłem. Liczyłem, że może to się stało gdzieś tutaj - westchnął. - Wiesz, często tutaj przebywam.
- O, ciekawe. Nie jest ci zimno? - spojrzałam na jego sierść.
- Nie tylko ty późno tracisz zimowe futro - wyjaśnił.
Chwilę nie wiedziałam co odpowiedzieć. Skąd ten basior o tym wiedział? Czy ja w ogóle komukolwiek o tym mówiłam? Być może, ale jego raczej przy tym nie widziałam...
- Skąd o tym wiesz, Crane? - odezwałam się w końcu, starając nie przybierać poważniejszego tonu.
- Wydawało mi się, że ktoś coś o tym wspominał.
A może jednak przypadkiem przechodził obok...? Nie, nadal wyglądało mi to nieco podejrzanie.
Podjęłam jednak w myślach decyzję, że na razie nie będę go brać na spytki. Może to naprawdę czysty przypadek, a ja mówię zbyt dużo, żeby o tym wszystkim później pamiętać.
- Co tak konkretnie zgubiłeś? - zapytałam, żeby zmienić temat.
- To nic ważnego. To taki mały wisiorek, czy tam jak kto woli, medalion...
- Jeśli chcesz, mogę ci pomóc w poszukiwaniach - zaoferowałam.
- Nie, nie musisz - zapewnił Crane. - Dam sobie radę. Szkoda twojej fatygi, poważnie. Pewnie masz inne rzeczy do roboty.
- Nie wiem, w sumie chyba mogłyby poczekać, skoro... - przypomniałam sobie o przygotowaniach do występu na festynie i wizycie w bibliotece. Prawda, cenny czas uciekał, ale....
Skierowałam wzrok z powrotem na brązowego basiora. Czekał aż dokończę swoją myśl. Wywnioskowałam z jego wyrazu pyska, że naprawdę nie lubił się narzucać i zawracać innym głowy. Pewnie wolałby zająć się sam swoją sprawą. Może w takiej sytuacji lepiej nie nalegać.
- Jeśli jednak będziesz potrzebował mojej pomocy, będę w okolicy jaskiń - przywołałam wiatr.
- Raczej nie, ale dziękuję, Lind - skinął głową.
Uderzyłam utworzonymi z żywiołu skrzydłami i odleciałam, spoglądając ostatni raz na nowo poznanego basiora. Ciekawe, kiedy znajdzie swój medalion. Nie widziałam już jego pyska, znów zanurzył się po uszy w zmrożonej zaspie. Dlaczego szukał tego tak głęboko pod śniegiem..?
Przekręciłam nieco głowę w zamyśleniu, po czym kazałam skrzydłom ponieść mnie prosto do Biblioteki.
***
O... Obrona... Odwrót... Ograniczenia... Oregano... Origami! Jest!
Wyciągnęłam oprawione w twardą okładkę tomisko z dotychczasowego miejsca. Przetrzymując je w powietrzu swoją mocą, zaczęłam przewracać strony. Tak, właśnie tego szukałam - objaśnień podstaw krok po kroku. Oceniając przydatność wydania jeszcze przez chwilę, odkryłam, że opisano tam także, jak robić ruchome figurki. Świetnie! 
Zapakowałam książkę do torby. Miejmy nadzieję, że ta jedna mi wystarczy. Wtem przypomniałam sobie o jeszcze jednym szczególe. Miałam stanowczo za mało papieru, żeby przygotować to, co planowałam. Czyli muszę dopisać do listy jeszcze jeden element - znalezienie kogoś, kto zgodzi się wybrać do Miasta po kartki dla mnie.
Westchnęłam. Co rusz znajduję nowe przeszkody, a nie wystąpiłam jeszcze przed wilkami na festynie ani razu. Chyba nie przemyślałam tego wszystkiego wystarczająco...

Wygrane karty: brązowe: Bransoletka Życzeń, Sarny; srebrne: Ziemia, Beta.

sobota, 14 lipca 2018

Od Valkoinen "Skrzydlata wadera" cz.1 (CD. Lind)

Czerwiec 2021 r.
Na dworze zaczynało już świtać, a ja nie do końca wiedziałem, co mam dzisiaj robić. Wiedziałem tylko, że będę polować, co niezmiernie mnie ucieszyło. Jeszcze nie wiedziałem jak to będzie przebiegać. Na pewno wyruszam ostatni, nie ma nawet innej opcji, skoro biegam jakbym miał stukilową nadwagę. Byłem głupi, że zjadłem tyle tego dzika. Myślałem, że się nim nie najem, nawet tak się czułem, a od wczoraj było przez niego gorzej. Gdzie podziały się wszystkie wilki? To nie jest możliwe, że wszyscy śpią, może mają jakieś zebranie czy coś w tym stylu? Na pewno to drugie, bo przecież nie da się tak długo spać. Powolnym spacerkiem przeszedłem się wokół terenu. Widziałem kilka wader i chyba dwóch basiorów. Nie chciałem się z nikim zapoznawać, także po prostu ich ominąłem. Jedynie rzuciła mi się w oczy pewna skrzydlata wilczyca. Ciekawe czy ma kogoś na oku. Chyba coś ćwiczyła, jakieś skoki do wody na linie. Chciałem do niej podejść i podpytać się o jakieś szczegóły, jednak stwierdziłem, że weźmie mnie za palanta, więc odpuściłem sobie. Szwendałem się dalej szukając Alfy, którą mógłbym podpytać co tu się wyprawia. Jednak pan Alfa świadomie lub nie, unikał mnie. Zauważyłem niższą waderę, która chyba również pełniła funkcję taką jak Hitam, jednak była chuda i niziutka. W pierwszym momencie nie wzbudziła we mnie żadnego strachu. Już ruszałem żeby do niej podejść i zapytać. Ale kiedy zobaczyłem jej oczy... Coś niesamowitego. Jakby urosła w silną, potężną Alfę, której lepiej nie podskakuj. Jej węgliste oczy zmroziły mnie na tyle, że odczekałem przed jakimkolwiek podejściem do niej. Szykowałem się i wycofywałem - ale raz się żyje, jak to mówią. Nie mogłem skupić się na niczym innym, jak tak dalej będę się jej przypatrywał, to na pewno coś mi zrobi.
- Dzień dobry, Alfo - zacząłem, a wadera przytaknęła mi głową. Unikaj jej wzroku, tylko się na nią nie patrz. - Czy tak jest na co dzień, czy tylko teraz?
- To Hitam ci nie powiedział? - Kiwnąłem głową na nie, a Alfa wzięła teatralny wdech. - Trwa u nas festyn, ale są jeszcze wolne miejsca na stanowiska.
- A są może jakieś jeszcze dostępne? - spytałem chętny do robienia czegokolwiek. Widziałem jednak, że zarządzającą nie była chętna do rozmowy. Miała dużo roboty, a ja miotałem się wokół niej wypytując o wszystko.
- Tak, mamy jeszcze kilka funkcji, które mógłbyś sprawować. - Węgliki delikatnie zmrużyły się w skupieniu. Nie patrz w oczy, unikaj kontaktu wzrokowego - Technik, sprzedawca lub coś bardziej rozrywkowego jak aktor czy akrobata.
- Mógłbym może sprawować funkcję aktora?
- Jasne.
- Dziękuję za czas. - Skinąłem głową. - Nie będę już przeszkadzał. Do widzenia.
Musiałem znaleźć kogoś kto również będzie aktorem, ale nie miałem bladego pojęcia kto mógł nim być. Pora zapytać skrzydlatej wadery, nie spal tego, Valk. Tak niewielka odległość nas dzieliła. Bałem się. Wokół było pełno wrzosów, jakby w kółko się rozprzestrzeniały.
- Cześć. Wiem, że się nie znamy, ale jestem Valk - powiedziałem i uśmiechnąłem szeroko na widok jej oczu.
- Cześć. Jestem Lind, chyba jesteś tu nowy, mam rację? Nigdy wcześniej cię nie widziałam. - Zmierzyła mnie wzrokiem.
- Dołączyłem niedawno. Ale wiesz, zgłosiłem się na festyn i tak się zastanawiam, jesteś może aktorką? - Wadera zaśmiała się, to chyba oznacza, że nie, chyba na pewno - zdaje mi się, że Gaja, ale pewna nie jestem. Potrzebujesz jeszcze jakieś pomocy?
- Tak, ale po to wpadnę później, jeżeli cię znajdę. - Uśmiech nie schodził mi z pyska. Niby nic, ale jednak byłem zadowolony. - To możemy później porozmawiać, jeśli oczywiście chcesz?
- Tak, myślę, że nie ma problemu. - Również obdarzyła mnie uśmiechem - To cześć.
Musiałem znaleźć niejaką Gaję, nie wiedziałem ile było wilków, ale to na pewno nie będzie takie proste. Nie wiem jak wygląda i w jakim jest wieku. Super się zapowiadało. Chyba będę zatrzymywał przechodnie wilki.
- Cześć. Jestem tu nowy i szukam Gai. Wiesz może która to? - spytałem niziutkiej, rudej wadery. Kogoś mi przypominała, ale zupełnie nie wiedziałem kogo. Może już ją dzisiaj widziałem, albo jedynie kogoś podobnego?
- Cześć. Tak jasne. O tamta - powiedziała wskazując pyskiem na zielonego szczeniaka. Młoda wadera ćwiczyła swój występ aktorski, który musiałem przyznać, spodobał mi się.
- Hej, jestem Valk. Nie znamy się jeszcze, ale mamy to samo stanowisko na festyn. - powiedziałem, a Gaja, czy jak ona się nazywała (mam kiepską pamięć do imion), uśmiechnęła się serdecznie.
- O cześć! Myślałam, że sama zajmę to stanowisko. Lepiej będzie wystąpić osobno, nie sądzisz? - Była bardzo mądra jak na swój wiek. Jej język nie był wcale taki banalny, jak mogłoby się zdawać.
- Tak, nie chcę ci psuć występu, bo pewnie wszystko masz już zaplanowane. - W pewnym sensie poczułem ulgę, to i tak było dużo rozmów jak na jeden dzień. W dodatku pierwszy.
Zastanawiałem się kiedyś czy nie zostać mimem, zawsze podobała mi się ta rola. Podziwiałem ich, umieli się poruszać tak niewiarygodnie realnie! Kiedyś zacząłem trenować, sam dla siebie. Zobaczyła to moja rodzicielka, niezależnie jak głupio wtedy wyglądałem to pochwaliła mnie. Nie jestem do końca pewny, czy czasem nie z litości, ale to nie było dla mnie ani trochę ważne. Przecież nie mogła mnie okłamać. Wyciągałem łapy przed siebie w rytm muzyki, której nie było. Bardzo mi się podobała, na pewno bardziej od tej ludzkiej. O niej da się powiedzieć tylko jedno, totalne dno i wodorosty. Najgorsza rzecz jaka istnieje to właśnie te kochane wodorosty. Kto to w ogóle wymyślił? Skoro ludzie są takimi genialnymi stworzeniami, to czemu jeszcze tego nie usunęli? Jeszcze jak słyszę, że to się je, to aż się krztuszę, przysięgam. Trawa morska tylko plącze się wokół łap i nie da się pływać. Jeden przylega do twarzy, jakby mówił: zjedz mnie, no dalej, smaczny jestem. Kilka kolejnych bawi się w twój podręczny plecak. Jeszcze jeden z kolei dobiera się do twoich uszu. Paskudztwo, jedno wielki dziadostwo. Za bardzo skupiłem się na rozmyślaniu o niepotrzebnych rzeczach, a mam dużo ważniejsze sprawy na głowie. (Głowie pełnej wodorostów.) Czasami powinienem wyłączyć myślenie.
Valk ty niedorozwoju jeden, chociaż raz się skup wtedy, kiedy powinieneś! Ponownie wyciągnąłem łapy w przód, udawałem wilka, którego miażdżą ściany. Może nawet wyszło podobnie? Zajęło mi to całe pół godziny. Było to długo, skoro jeszcze byłem umówiony z Lind.
A jak nie zgodzi się na jakiekolwiek wyjście? To będzie oznaczać, że nie mam u niej żadnych szans. Teraz albo nigdy, zapamiętaj sobie. Wyszedłem z groty, tylko pozostaje mi ją znaleźć. Jeżeli jest tam gdzie poprzednio - a taką miałem nadzieję to nie będzie trudne. A jeśli będzie w innym miejscu, jest szansa, że jej nie znajdę. Jednak zanim zdążyłem dojść tam, gdzie wcześniej była ujrzałem skrzydlatą wilczycę. Chyba szczęście mi dopisywało, oby było tak dalej.
- Cześć! - Krzyknąłem do niej z daleka, a ona uśmiechnęła się na powitanie. Cała promieniała swoim wyglądem. - Tak się zastanawiałem, czy nie poszlibyśmy gdzieś na spacer? Wiesz, nie mam tu nikogo znajomego, a ty wydajesz się naprawdę sympatyczna. Chciałabyś może pokazać mi jak to wszystko tutaj działa? Później moglibyśmy pójść na koncert Brunatnych Lili lub do baru czy restauracji. Co ty na to?

<Lind?>

Uwagi: Pisz datę! ."Nie chciałem nikogo zapoznawać" - tak można mówić w kontekście zapoznawania kogoś z kimś, o siebie za to można powiedzieć "Nie chciałem się z nikim zapoznawać". "Alfa" w WMW piszemy wielką literą. "Na co dzień" piszemy oddzielnie. "Rozprzestrzeniały" piszemy przez "rz". Nie można po kimś "przelecieć wzrokiem", a co jedynie "zmierzyć wzrokiem". Tak samo jak nie ma czegoś takiego jak "chyba na pewno", tylko "chyba" lub "na pewno". Te dwie rzeczy się wykluczają. Sporo literówek, braków w przecinkach, niektóre zdania są wciąż zbyt długie.

piątek, 13 lipca 2018

Od Torance "Czarne chmury imigrują do nas jak uchodźcy" cz. 3

Listopad 2019 r
- Teraz ja się nią zajmę. Możecie iść – powiedział wilk. Skinęliśmy głowami i odłożyliśmy w dalszym ciągu nieprzytomną waderę. Kiedy już chcieliśmy odchodzić, wilk zatrzymał nas – Myślę, że powinniście jutro wytłumaczyć całą tę sytuację Alfom. Przyjdę po was z samego rana - zmierzył nas spojrzeniem od łap po czubek uszu. - I lepiej, żebyście byli wtedy w swoich jaskiniach.
Ponownie skinęliśmy głowami i totalnie wymęczeni ruszyliśmy w stronę jaskiń.
Nie wiem jak Shen i Moone, ale już czułam, że będę mieć zakwasy na całym ciele, a łapy to chyba mi odpadną. Żadna lekcja nie była tak męcząca jak ten dzień. Serio jeszcze dzisiaj ścigałam się z waderami nad jezioro? Czułam się jakby minęło przynajmniej kilka lat, a nie godzin. Totalna masakra.
Wlekliśmy się w ciszy. Co jakiś czas któreś z nas potykało się, a wtedy pozostała dwójka pomagała wstać tamtej osobie. Nie mieliśmy sił na spory, a nawet gdybyśmy je mieli, to może w końcu zapanowałby między nami spokój?
Marzenie ściętej głowy. Gdybyśmy czuli się świetnie, to byłaby tutaj Aoki. Nic by się nie stało i byłoby tak jak zawsze. Ogarnij się, Tori.
W końcu po dłuższym czasie dowlekliśmy się do jaskini zajmowanej przez szczeniaki nie mające opiekunów, czyli właśnie naszą trójkę. Chociaż w watasze było całkiem sporo szczeniaków, to tylko Navri miała tatę. Reszta z nas przywędrowała nie wiadomo skąd uciekając przed przeszłością. W sumie byliśmy taką zgrają, która nie była zżyta z nikim dorosłym w takim stopniu jak powinien być szczeniak ze swoim rodzicem. Super!
- Jak wy wyglądacie? - Sohara podbiegła do nas, kiedy tylko nas dostrzegła. Musiała czekać, aż jej podopieczni – to znaczy ja, Shen, Moone i Aoki – wrócą. Teraz mierzyła nas zmartwionym spojrzeniem – Gdzie Aokigahara? Co się stało?
Podnieśliśmy na nią zmęczony wzrok. Chyba żadne z nas nie miało sił na tłumaczenie tego wszystkiego.
- W-w szpitalu – powiedziała cicho Moone. Ja i Shen skinęliśmy głowami potwierdzając jej słowa.
- Co się stało? - powtórzyła pytanie opiekunka. Jednak gdy zauważyła, że nie mamy sił na cokolwiek, pokręciła głową. - Opowiecie mi później. Chodźcie do jaskini. Wyglądacie jak chodzące nieszczęścia.
Wcześniej stanęliśmy, żeby na spokojnie wysłuchać Sohary. Miło było chociaż na chwilę przestać chodzić, ale szybko się okazało, że ponowne ruszenie z miejsca jest o wiele gorsze od nieprzerwanego chodu. Niewyrobione mięśnie nóg bolały mnie jak jeszcze nigdy w życiu. Ogromnym wysiłkiem woli powstrzymywałam się, żeby nie upaść, zwinąć się w kłębek i piszczeć.
Sohara szła tuż za nami gotowa w każdej chwili pomóc, gdyby ktoś miał upaść. Nie zadawała więcej pytań, a gdy widziałam jej pysk, samica choć zmartwiona, uśmiechała się. Chciała dodać otuchy wymęczonym szczeniakom?
- No, dalej. Już bliziutko – mówiła. Jej głos nie zdradzał zbyt wiele o niej, jednak w tej chwili – i w każdej innej, kiedy zwracała się do szczeniaków – brzmiał ciepło i przyjemnie.
Wilczyca miała rację. Od jaskini dzieliła nas naprawdę niewielka odległość, ale w tym momencie wydawała się być przeogromna. Czułam jak moje łapy zaczynały drżeć ze zmęczenia.
Jeszcze jeden krok, tylko jeden... Dasz radę, Tor. Super, teraz kolejny. Ostatni. No dobra, nie, ale niedługo koniec – obiecywałam sobie w myślach.
Nie musiałam spoglądać na pozostałe szczeniaki, żeby wiedzieć, że i dla nich każdy krok to prawdziwa udręka. Chociaż w sumie Moone trzymała się nieco lepiej niż ja i Shen... Co i tak nie zmienia faktu, że z tego co widziałam, nie było z nią jakoś bardzo dobrze.
Po kilku zdecydowanie zbyt długich chwilach dotarliśmy do sporej jaskini. Zwykle wpadało do niej dużo światła, jednak teraz ze względu na późno porę panował w niej półmrok. Widziałam zarysy naszych legowisk pod ścianami oraz kilku osobistych rzeczy położonych koło nich. Z mojego gardła wydobył się dziwny odgłos przywodzący na myśl mruknięcie zadowolonego kota. Nareszcie w domu...
Podeszłam do swojego kąta i wprost rzuciłam się na swoje legowisko. Było takie wygodne, takie przyjemne. Westchnęłam cicho z zadowolenia i zamknęłam oczy.

Liczyłam, że sen pomoże mi na obolałe mięśnie, ale szybko okazało się to pobożnym marzeniem. Kiedy wstawałam, słyszałam nieprzyjemne dźwięki, które wydawały moje stawy. Musiałam spać, dłużej niż sądziłam. Zerknęłam w stronę wejścia chcąc zrozumieć jaka jest pora dnia. Nie był to chyba zbyt dobry pomysł, bo jasne światło wpadające przez spory otwór w skale całkiem skutecznie oślepiło mnie na kilka chwil.
Trzeba było rozejrzeć się najpierw po jaskini. Mądry pies – lub wilk – po szkodzie.
W końcu, gdy przed oczami migotały mi jedynie małe plamki – były irytujące, jednak można było przez nie widzieć – mogłam kontynuować rozglądanie się. Szybko zauważyłam, że w jaskini brakuje Sohary.
Natomiast w najbardziej odległej od wejścia części jaskini dostrzegłam dwie sylwetki. Moone i Shen rozmawiali o czymś cicho. Musieli być w trakcie jakiejś bardzo interesującej rozmowy, bo nie zwracali uwagi na nic innego. Byłam bardziej niż ciekawa, co za temat ich tak pochłonął, ale wolałam nie podchodzić. Poza tym obserwowanie tej dwójki jak rozmawia – tak, rozmawia, a nie kłóci się – było jakieś takie dziwne i interesujące.
Czarna wadera chyba poczuła na sobie mój wzrok, bo obróciła pysk w moją stronę. Powiedziała coś do Shena, który niemal od razu się odwrócił do mnie. Na jego pysku widniał jak zwykle szeroki uśmiech. Ku mojemu zaskoczeniu i Moone się uśmiechnęła. Następnie machnęła łapą, żebym przyszła. Podeszłam do nich z lekkimi obawami. Przy każdym kroku czułam ból rozchodzący się po mięśniach łap.
- Ruszaj się – syknął Shen.
Zmarszczyłam brwi. O co mu chodziło? Przyspieszyłam mając nadzieję, że łapy mi przy tym nie odpadną. Kiedy stałam tuż przy nich, nie mogłam powstrzymać ciekawości.
- Co jest?
Shen zmierzył mnie zniecierpliwionym spojrzeniem.
- Pamiętasz tego gościa?
- Jakiego gościa? - nie rozumiałam o co mu chodzi. Co za gość?
- Jakiego gościa? - powtórzył parskając. Moje pytanie go chyba zirytowało. - No tego, co miał po nas przyjść dzisiaj.
Z mojego pyska wyrwało się krótkie „Aaa”, co jeszcze bardziej zirytowało Shena. Co on taki nerwowy dzisiaj? Owszem, pamiętałam tego wilka. Trochę jak przez mgłę, ale zapadły mi w pamięć jego słowa i nieufny ton.
- Znasz go? - wtrąciła się Moone.
- Nie. A co? Wiecie kto to?
Moone i Shen wymienili spojrzenia.
- Właśnie nie. Podejrzewamy, że należy do Watahy Czarnego Kruka – wyjaśniła wadera.
- Nie znamy ich jakoś dobrze, ale próbujemy skojarzyć na podstawie wyglądu. Tylko jest problem... - Shen zawiesił głos – nie pamiętamy go jakoś super dobrze. Pamiętasz coś?
Zamyśliłam się. Głos tego wilka był wysoki i raczej cichy. Brzmiał dziwnie: nie potrafiłam sprecyzować czy należał do wadery, czy do basiora o bardzo wysokim głosie. Może kobiecy, ale z drugiej strony kto wie, jakie wilki są w tej części naszej watahy?
Z lekka zdezorientowana postanowiłam skupić się na wyglądzie. Wilk miał na pewno ciemną sierść – czarną, a może ciemnobrązową? Czy widziałam oczy tego wilka? Nie, chyba nie. Chociaż może? Nie, szłam złą ścieżką. Jakieś znaki rozpoznawcze. Coś, co mogło odróżniać tego wilka od reszty...
- Chuda sylwetka i długie uszy!
Shen i Moone skrzywili się słysząc moje głośne słowa.
- O rany. Tori, ciszej. Nie wiemy, kiedy przyjdzie – upomniał mnie Shen.
Wyszeptałam przeprosiny i spojrzałam wyczekująco na dwójkę szczeniaków. Czekałam na ich reakcję względem tego, co powiedziałam.
- Tak, to zdecydowanie był ktoś bardzo szczupły. W tym jesteśmy zgodni. Shen poza tym twierdzi, że wilk miał sylwetkę, która mogła należeć jedynie do wadery. Pasowałoby to do głosu. Jesteśmy również niemal pewni, że wilk miał ciemną sierść. Wydaje mi się również, że wilczyca – o ile to była wilczyca, co jest całkiem możliwe – miała sporą grzywkę, która zasłaniała jej większość pyska.
Słuchałam w pełnym skupieniu słów Moone. Chociaż osobno nie wiedzieliśmy zbyt wiele, to razem mieliśmy już niezły obraz, kto to mógł być. W każdym razie, rozpoznamy tę wilczycę, kiedy po nas przyjdzie.
- Znacie kogoś takiego? - spytał Shen z nadzieją w głosie. Sam widocznie nie miał pojęcia.
Pokręciłyśmy głowami.
- Ktoś od Kruków, tego jestem pewna. Gdyby to był ktoś od nas, to byśmy go znali – powiedziała skrzydlata wilczyca.
- A może to ktoś nowy? - spytałam.
Shen potrząsnął głową.
- Na pewno nie. Nowy by się tak nie panoszyli.
- Jesteś pewny? - odezwał się czyiś głos. Wzdrygnęłam się i spojrzałam w stronę, z której się wydobywał. Czułam jak mój pysk otwiera się z zaskoczenia.

C.D.N.

Uwagi: Kilka literówek i brak kilku przecinków.