Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 5 lipca 2017

Od Suzanny "Śmiertelnie ważne obowiązki" cz. 1 (cd. chętny)

Kwiecień 2019 r.
- N-nie patrz - szepce, a jego kręgosłup wygina się w łuk. Patrzę na niego beznamiętnymi, ciemnymi oczyma. Z gardła wyrywa mu się głośny wrzask, a jego ciało drży w konwulsjach. To jeden z tych momentów, kiedy nie wiem nawet o czym myślę. Z całą pewnością nie jest to ani strach, ani nawet nerwowość. Swój wzrok skupiłam na jednym z jego pazurów. Był ułamany. Nie przeszkadzał mu on?
***Parę godzin wcześniej***
- Suzanno, słabo mi - wymamrotał.
- Wyjdź poza jaskinię - mruknęłam, wciąż nie otwierając ślepi. Było wcześnie rano, a on jak zwykle żalił mi się z rzeczy, z którymi powinien radzić sobie sam. Usłyszałam, jak wymiotuje na zewnątrz, a moje nozdrza podrażnił smród jego wczorajszego posiłku. Położyłam łapę na nosie, jakby mając cichą nadzieję na ustanie nieprzyjemnego zapachu. Fermitate był już dorosły, a zachowywał się jak dziecko. Zakasłał jeszcze kilka razy i powiedział ledwo słyszalnie:
- Chyba pójdę do Wodopoju pozbyć się tego ohydnego smaku...
Nabrałam wielkiej ochoty rzucenia się na niego i wydrapania mu oczu albo chociażby porządnego potrząśnięcia nim. Skończyło się na tym, że szybko odszedł, a ja starając się naprawić zszarpane nerwy wbiłam pazury w posłanie. Po co on mi o tym wszystkim mówi? Kim była jego matka, że wychowała takiego mamisynka? Brakuje tylko tego, żeby zdawał mi relację z tego, jak się załatwia.
Im dłużej tak leżałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że zbliża się świt, a ja muszę wstawać, bo mam łapy pełne roboty. Podniosłam się z posłania i przeciągnęłam, starając się skupić na tym, że muszę kogoś zatrudnić do wysprzątania mieszkania w Mieście. Niespiesznie wyszłam na zewnątrz i zmierzyłam najbliższą okolicę wybrednym spojrzeniem. Ostatnio nie miałam zbyt pogodnego nastroju, ani tym bardziej chęci do uśmiechania się. Jedyne co mi dokuczało to niesamowite zmęczenie.
Co jeszcze musiałam dzisiaj zrobić? Oficjalnie ogłosić możliwość zgłaszania się na nauki matematyki i języka, znaleźć nauczyciela tego pierwszego przedmiotu, sprawdzić patrole, przeprowadzić dwa treningi oraz lekcję sztuk kreatywnych... Na samą myśl o tym wszystkim miałam dosyć tego dnia. Pewnie znowu będę spać o połowę krócej niż powinnam, a jutro czeka mnie powtórka z rozrywki. Nie wiedziałam sama do końca, skąd się wzięły te wszystkie rzeczy na mojej liście zadań. Od dłuższego czasu pojawiały się samoczynnie i sama już powoli zaczynałam zapominać, jak to jest mieć czas wolny. Teraz dla mnie było nie do pomyślenia to, że miałam go całkiem sporo. Bez względu na to, jakim półgłówkiem był Fermitate, niezaprzeczalnie sprawiał, że miałam o połowę zajęć mniej. Sama nie wiem, jak dałabym bez niego radę. Może po prostu nie zdołałabym zrobić tego wszystkiego na czas.
***
- Dziś na lekcji sztuk kreatywnych zajmiemy się malarstwem. Przyniosłam wam kilka barwników z roślin, którymi będziecie mogli pomalować kamienie i kawałki kory...
Rozległy się radosne okrzyki szczeniąt. Tylko na to czekały. Dosłownie wypytywały od swoich pierwszych lekcji. Zmierzyłam ich wszystkich beznamiętnym spojrzeniem. Najbardziej uradowana była chyba Sakura. W końcu robiła naprawdę niezłe postępy w dziedzinach związanych z jakimikolwiek formami sztuki. Już chciałam wyjaśnić maluchom, jak należy wykorzystać zawartość słoików, które wcześniej przytaszczyłam w wojskowym plecaku kupionym w Mieście, gdy na Szczenięcą Polanę wpadł Shiryu.
- Femitate jest chory!
Westchnęłam cicho i ruszyłam w kierunku posłańca.
- Biegunka? - zapytałam cicho, nie całkiem przyjemnym tonem.
- Nie, coś dużo gorszego - Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami - Pluje krwią, wije się z bólu, ma wysoką gorączkę... Nie wygląda to dobrze.
Zamarłam na ułamek sekundy. Czyli jednak wcale nie zatruł się czymś. Ostatnimi tygodniami coś wspominał, że czuje się gorzej, ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. W końcu mogła to być kolejna drobnostka, o której mówił nie wiadomo jak długo. Przeklęłam w duchu.
- Shiryu, poprowadź lekcje do końca. Szczeniaki mają namalować to, jak widzą watahę przyniesionymi przeze mnie farbami. Mogą bez problemu umaczać futerko, ale później powinny iść się umyć.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, a ja pobiegłam najszybciej jak tylko byłam w stanie do jaskini należącej do mnie i mojego partnera. Rzeczywiście wyglądał tak źle, jak przedstawił to Shiryu, jak nie gorzej. Miał podrapane łapy, prawdopodobnie wielokrotnie upadał. Oczy zaczerwienione, broda zalana krwią, która znajdowała się również na podłożu.
Właśnie tym sposobem znalazłam się tutaj. Stałam nad wijącym się z bólu Fermitate, skupiając się raczej na tym, że ma złamany paznokieć. Był dziwnie wygięty i postrzępiony na końcu. Zmarszczyłam nos.
- Lekarz! Lekarz! - wył mój partner, wykrzywiając się na dziwne sposoby. Pospiesznie wyszłam z jaskini. Od dłuższego czasu nie mieliśmy w Watasze Magicznych Wilków żadnego oficjalnego medyka, więc nie pozostało mi nic innego, jak udać się do byłych członków Watahy Czarnego Kruka. Wiele z nich siedziało w niepokojący sposób pod drzewami. Byli z pewnej odległości jedynie czarnymi sylwetkami ze świecącymi, złowieszczymi oczami. Nie ruszali się. Wyglądali jak jakieś zjawy z koszmaru. Przełknęłam ślinę, ale nie przestawałam się zbliżać.
- Wasz przywódca jest śmiertelnie chory! - rzuciłam, jeszcze nie stając dobrze przed nimi - Czy znajdzie się tu ktoś, kto zna się dość dobrze na leczeniu, by go uzdrowić?
Popatrzyli po sobie. Wystąpiła na przód smukła wadera o przerażająco wydłużonym pysku i bardzo długich uszach. Odór, który wydzielała skojarzył mi się od razu ze śmiercią. Nie miałam jednak innego wyjścia. Musiałam jej zaufać.
- Podejrzewam, że jego czas dobiegł końca - odezwała się w końcu. Jej głos był cichy, przypominający syczenie węża. Zadrżałam. Nie podobało mi się to wszystko. Nie znałam tradycji Watahy Czarnego Kruka, więc tym bardziej byłam zagubiona. O co mogło chodzić? Dostrzegając moje zagubione spojrzenie, opowiedziała cierpliwie:
- Za cenę naszych umiejętności musimy zapłacić nie tylko zrujnowaniem zdrowia psychicznego, ale i również krótkim żywotem. Każdy ma od początku dni policzone i zwykle mamy ich znacznie mniej, niż przeciętne wilki - przerwała, jakby straciła dech. Może była słabowita? Nie, patrząc na pozostałe wilki z jej stada nie chciałam w to wierzyć. A może i jej zostało mało czasu? - Niestety nie zawsze da się przewidzieć, ile dokładnie ich będzie. Jest to zależne od czynnika, którego nie znamy i raczej nigdy nie poznamy.
- To przez tę miksturę, którą musicie wypić przy rytuale przyjęcia do watahy?
- Tak... Dodaje nam siły, ale pozbawia częściowo wspomnień... Całe szczęście, że już tego nie praktykujemy. Całe szczęście, że wataha upada - ostatnie zdania wypowiadała już szeptem. Spojrzenie miała puste. Nigdy jeszcze chyba nie zdarzyło mi się spotkać kogoś, kto by się tak cieszył na upadek własnego stada, które w końcu już nie jedno w swoich dziejach przetrwało.
Weszłyśmy do środka. Fermitate wciąż w drgawkach już zdawał się nie mieć siły. Jego głowa bezwładnie zwisała na dół, gdyż leżał na jednej ze skalnych półek. Musiał wcześniej zrzucić wszystkie stojące tam wcześniej rzeczy. Moje rzeczy. Wazoniki się potłukły, zakurzone pudełka wraz z zawartością rozsypały, a książki leżały rozrzucone, często powykrzywiane w dziwny sposób. Z jego pyska kapała spieniona ślina zmieszana z krwią. Oczy były niemalże wywrócone białkami na wierzch. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co się właśnie działo. On naprawdę umierał. I to w tak żałosny sposób. W przeciągu zaledwie kilku godzin. Lepsze to niż jakby miał się męczyć miesiącami, ale mimo wszystko... Nie wszyscy zdołają się z nim pożegnać.
Nieznajoma wadera zabrała się za badania, lecz bardzo szybko podała diagnozę - spowodowane było to tą przeklętą miksturą. Właściwie to nawet nie byłam w stanie się ruszyć. Mogłabym pobiec po resztę watahy, ale jak sam Fermitate wcześniej prosił - nie chciał, by ktokolwiek go widział w tym stanie. Właściwie to mu się nie dziwiłam. Usiadłam więc i patrzyłam. Wadera wyszła z jaskini, żałobnie spuszczając głowę. Basior akurat ledwo łapał oddech, a jego wzrok był nieobecny. Nie miałam pojęcia, czy zdaje sobie sprawę z mojej obecności.
- Hej, chciałabym cię przeprosić - zaczęłam delikatnie. Aż wstrzymał oddech, a wzrok jego zmęczonych oczu nakierował się na mnie - Trochę cię męczyłam ten cały czas, a przecież chciałeś mi pomagać, nie? Szło ci to całkiem nieźle. Nie lubię chwalić innych, dlatego mogło ci się zdawać, że cię nienawidzę. Nie przepadałam za tobą, ale widziałam, że się starasz. To dobra cecha. W takim razie przepraszam cię i dziękuję za razem. Byłeś bardzo miłym i pomocnym partnerem, Fermitate.
Słuchał mnie z uwagą. Gdy skończyłam swoje przemówienie, które poszło mi zaskakująco łatwo, nadal się we mnie wpatrywał jak zaklęty. Wziął oddech, najwyraźniej chcąc też coś powiedzieć, ale przerwał mu kolejny bolesny jęk. Znowu zaczął się kręcić, o mało nie spadając, ale widziałam, że już nie miał sił. Jak długo się już tak męczył? Nie było mnie cały dzień w jaskini. Musiało mnie naprawdę wiele ominąć.
Nagle całkiem znieruchomiał, powietrze uleciało z jego płuc. Mięśnie zelżały, wzrok stał się pusty. Poczułam się tak, jakby zabrakło mi gruntu pod łapami.
- Fermitate? - Zapytałam. Nie doczekawszy się odpowiedzi, wstałam i podeszłam bliżej - Fermitate?
Nie odpowiadał. Jego klatka piersiowa przestała się unosić. Przyłożyłam delikatnie ucho... i nic. Żadnych oznak życia. Nawet bicia serca. Umarł. On naprawdę umarł. Odsunęłam się o kilka kroków, nie odrywając od niego spojrzenia. Ciężko było mi to przyjąć do wiadomości. I co teraz? Będę sama? Czy będę musiała ponownie wziąć ślub z kolejno wybranym wilkiem z Watahy Czarnego Kruka?
***
W jaskini byłego partnera spędziłam długi czas. Miałam cały czas nikłą nadzieję, że zaraz się obudzi, ale nic takiego się nie stało. Mogłam się tego spodziewać. Niedawno ogłosiłam zebranie pod Pomarańczowym Drzewem. Teraz wszystkie wilki siedziały pod bursztynowo-złocistą koroną drzew, kołyszącą się delikatnie na wiosennym wietrze. Niektóre liście opadały na ziemię. Żółty Las zawsze mnie trochę absorbował...
Nie mogłam jednak skupiać się na tym, jak teraz wyglądał las. Moje myśli były w dużym rozproszeniu, ale przecież musiałam ogłosić to, co stało się popołudniu. Był wieczór, a całe stado zaniepokojone czekało na wieści. Wszyscy już przybyli. Wyłoniłam się zza pnia. Ich spojrzenia zatrzymały się na drobnej mojej postaci. Znowu było mi słabo, ale musiałam jakoś przez to przebrnąć.
- Fermitate umarł! - krzyknęłam donośnym głosem - Sprawował władzę w Watasze Magicznych Wilków przez okres około trzech lat. Niestety wilki z Watahy Czarnego Kruka w dużej mierze szybko przemijają. Ich życie jest znacznie krótsze od naszego... Pogrzeb odbędzie się jutro wieczorem. Prosiłabym o obecność. Ponadto wtedy zdecydujemy, kto ma zostać nowym samcem Alfa. Obawiam się, że nie zdołam pełnić tej funkcji całkowicie sama - Zrobiłam w tym momencie pauzę, przypominając sobie o pewnej rzeczy, którą powinnam załatwić już wcześniej. Bojąc się, że jej zapomnę, dodałam: - Ponadto chciałabym wiedzieć, czy jest tu ktoś, kto zechciałby się udać do naszego mieszkania w Mieście i nieco posprzątać. Jest mocno zaniedbane... 

<Ktoś chętny?>

wtorek, 4 lipca 2017

Od Leah "Nowy Świat" cz. 2 (cd. Manahane)

Luty 2020 r.
Otworzyłam oczy. Patrzyłam przez chwilę w sklepienie jaskini. Zwlokłam się z posłania, z zamiarem udania się na zbiórkę. Nie mogłam za bardzo określić własnego humoru… Byłam nieco znudzona monotonią życia. Śniadanie było jakieś bez smaku… Widoki nie były takie ciekawe. Świat wokół zdawał się być szary. Powolnym krokiem wlokłam się na trening. Po drodze napotkałam Alfę. Odetchnęłam i spróbowałam zamaskować ,,kamienny’’ humor.
- Leah, czy mogłabyś zająć się nową? – spytała Suzanna.
- Co dokładnie mam zrobić?
- Oprowadź ją po terenach watahy i zapoznaj z naszymi zwyczajami.
- Dobrze. – powiedziałam, zawracając.
Przez dłuższy czas szukałam jej jaskini. Prychając z irytacją, sprawdzałam każdą wolną. Zajrzałam do ostatniej. Ale… Co w niej robi szary lis z liliową grzywką? Przyjrzałam się dokładniej małej istotce. Nie… To nie lis. To wilk. Mały wilk! Szczeniak? Nie, zapach mówi co innego. Obojętność zaczęła ustępować ekscytacji. Niesamowite…
- Witaj w Watasze Magicznych Wilków! Suzanna wyznaczyła mnie, abyś mogła zapoznać się z zasadami, obowiązkami i atmosferą panującą tutaj!
Uśmiechałam się promiennie do wadery. Chyba ją obudziłam, bo spojrzała na mnie wzrokiem mogącym zabić wołu. Podeszła do mnie bez słowa.
- Jestem Leah. – powiedziałam, nie przestając się uśmiechać.
- Manahane. – mruknęła.
Jej niski wzrost fascynował mnie. Sięgała może do wysokości moich łap. Ale nawet jak na tak mały wzrost miała długie łapy, więc pewnie dobrze biega.
- Na początek zwiedzimy tereny. Najpierw Zielony Las. Tu odbywa się większość polowań. Można stąd dostać się na Cmentarz, nad Wodospad, do Pomarańczowego Drzewa, na Wrzosową Łąkę, do Śnieżnego Lasu oraz do Miasta. Czasami można też trafić do Tajemniczych Podziemi. – zamyśliłam się. – Jesteś głodna?
- Trochę. – odparła.
- To chodź, upolujemy coś. – uśmiechnęłam się do niej.
Jedząc wspólnie złapane dwa zające, przyglądałyśmy się Wodospadowi. Opowiadałam Hane o panujących tu zwyczajach. Wzrost nadrabiała charakterkiem. Zadawała pytania w odpowiednich momentach, pytania których bym się po niej nie spodziewała. Bardzo interesująca osoba…
***
- A to jest Rzeka Przyjaźni i Śnieżny Las. – powiedziałam, wskazując swoje ulubione miejsce w watasze. – Chodź! – dodałam, wskakując do wody. Przepłynęłam akwen, tym samym dostając się do Śnieżnego Lasu. Spojrzałam na Mani. Nie ruszyła się z miejsca.
- Dziękuje, zostanę po tej stronie. – powiedziała, patrząc z niechęcią na śnieg.
- Nie to nie. – odparłam.
Z lubością wskoczyłam w biały puch. Skacząc, nadepnęłam na mały, twardy przedmiot. Rozkopałam śnieg, by zobaczyć co to.
- Niemożliwe… Amulet Przyjaźni! – bardzo ucieszyłam się znaleziskiem. Tym bardziej, że tym razem odnalazłam je sama.
Następnym punktem w programie było zaznajomienie Manahane z członkami watahy. Niektórzy witali się z nią chętnie, inni byli raczej sceptyczni. Tak czy inaczej krótko opisywałam jej każdą osobę.
- Tamta to Allive, jest strażniczką terenów oraz tancerką, a dalej Aurelliah, zajmuje się tym samym…
Zapoznawanie Hane z resztą naszych zwyczajów, zajęło mi resztę dnia. Słońce zachodziło.
- Jesteś wojownikiem, tak? – spytałam Manahane.
- No tak. – powiedziała.
- Wojownicy, mordercy i szpiedzy muszą pojawiać się na jednej zbiórce dziennie. Odbywają się rano i wieczorem. Chodź. I tak muszę tam iść. – potruchtała w moją stronę.
- A na czym taka zbiórka polega?
- To po prostu trening. – posłałam jej uśmiech. – Trzeba trzymać kondycję.
Przyszłyśmy ostatnie na zbiórkę. Większość przychodzi rano, więc oprócz nas, na łące była tylko Suzanna i Kai.
- W szeregu zbiórka! – wykonaliśmy rozkaz. – Dzisiaj przećwiczymy przede wszystkim umiejętności wspinaczki oraz kamuflażu. Na początek musicie wejść na te drzewa, zdjąć zawieszone na gałęziach chorągwie, zejść i położyć je tutaj. Tylko jedna uwaga – wchodzimy jako wilki, a nie ludzie. – zerknęła na mnie znacząco.
Wejście na drzewo nie uznałabym za duży problem, gdyby nie to że miało przynajmniej dziesięć metrów wysokości. Ponadto najniższa gałąź była jakiś metr nad moją głową. Spróbowałam tam wskoczyć. Udało się, nawet zrobiłam to z dużą łatwością. Następne gałęzie znajdowały się blisko siebie, więc dość szybko się z tym uporałam. Kai był pierwszy, ja druga, a Mani ostatnia.
Łączka była blisko Gór, dlatego następnym zadaniem było wejście na wyznaczone wzgórze. Zbocza pagórków były bardzo strome i niepewne. Minęło dobre pół godziny, zanim wszyscy zaliczyliśmy szczyt.
Trening sztuki kamuflażu był o tyle łatwy, że słońce już zachodziło i widoczność nie była zbyt duża. Można by nazwać to zabawą w chowanego – Alfa czeka pewną ilość czasu, a my w tym czasie mamy się jak najlepiej ukryć. I tak przez następne dwadzieścia minut. Potem biegaliśmy jeszcze wokół łączki, dokładnie to dwadzieścia pięć razy. A do małych nie należała. Kiedy Alfa oświadczyła, że na dzisiaj to już koniec, z westchnieniem ulgi usiadłam, opierając się o drzewo.
Kierowałam się z Manahane w stronę jaskiń. Prowadziłyśmy niezobowiązującą rozmowę. Nagle przypomniałam sobie o refleksjach z ostatnich dni.
- Manahane…
- Tak?
- Dość niedawno dołączyłam do watahy i... jak by to ująć... Nie mam za bardzo nikogo bliższego. Zdajesz się być sympatyczna i pomyślałam... Może się zakumplujemy czy coś...?

< Manahane? >

Uwagi: Brak.

Od Karou "Impreza godna zapomnienia" cz. 1 (cd. Chętny)

Luty 2020
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Jess!
Głos najlepszej przyjaciółki. Przyjęcie niespodzianka? Potem oślepiający błysk. Szesnaście zapalonych na torcie świeczek. Prześliczny błękitny płomień, zupełnie jak moje włosy. Chyba nie przypadek. I to dziwne uczucie... Niby tak dobrze mi znane, a jednak zupełnie obce. Jakby coś siedziało wewnątrz mnie i próbowało się wydostać przy okazji doprowadzając mnie do obłędu. Przecież tak często go doświadczam. Jednak było inne niż zawsze. Przyszło szybciej, niespodziewanie... Nowa jaźń?
Chyba byłam się w lesie. Chyba, bo bałam się otworzyć oczy. Leżałam na boku i wsłuchiwałam się w tak kojący śpiew ptaków. Nieruchomo. Zanim ruszyłabym się z miejsca, chciałam spróbować przypomnieć sobie cokolwiek pamiętając, że sny najlepiej pamięta się tuż po przebudzeniu. Błagałam się w myślach o chociaż pierwszych kilka sekund. Niestety na próżno, to przecież nie był żaden głupi sen. Wytrwale próbowałam tylko z jednego powodu - życie ze świadomością, że masz w umyśle dziurę po pamięci, której nigdy nie odzyskasz, bo należy do innej osobowości, będącej defacto częścią ciebie, nie jest wcale komfortowa.
Do tego ten pulsujący ból w brzuchu... Czułam, że nawet jeśli spróbowałabym się ruszyć, on szybko by mnie powstrzymał. Z każdą chwilą czułam się coraz gorzej. Może miało to związek z ciepłą i gęstą cieczą w której leżałam, a której ilość stale się zwiększała. W chwili gdy dotarła do moich ust, a ja poczułam jej metaliczny posmak już ledwo byłam w stanie myśleć.
Zrobiłam się senna i zamierzałam już poddać się temu pięknemu stanowi, zapomnieć o wszystkim. Nie tylko o okropnej ranie, ale też o rzeczach jakie spotkały mnie przez całe życie. Nikogo więcej nie skrzywdzę... Ale przecież nie mogłam tak po prostu umrzeć bez żadnej walki! Muszę żyć, udowodnić sobie, że dam sobie radę! Przecież są ludzie którym na mnie zależy, nie mogę ich zawieść. Tyle rzeczy jeszcze chciałam zrobić, powiedzieć im ile dla mnie znaczą...
Otworzyłam oczy. Wszystko było lekko rozmazane. Przyjrzałam się temu co byłam w stanie zobaczyć z obecnej pozycji. Wokół widziałam pełno drzew. Ich korony były tak gęste, że prawie całkowicie odcinały promienie słoneczne przez co panował tu dziwny półmrok. Jedynym miejscem z którego dało się zobaczyć niebo było to gdzie leżałam. Centralnie nade mną znajdował się okrągły prześwit. W oddali płynął strumień, a z niego piło... coś. Przypominało granatowego jelenia. Nie miałam wtedy siły zastanawiać się czym było.
Drgnęłam lekko pierwszy raz od odzyskania przytomności i już poczułam negatywne skutki zbyt późnego zrywu. Byłam cała odrętwiała, nie mogłam się poruszać. Ostatkiem sił zdołałam unieść głowę, która niemal od razu opadła z całym impetem na ziemię. Jedyne, co udało mi się osiągnąć to zwinąć się w kulkę i pisnąć cicho. Ostatni raz zamknęłam oczy wiedząc, że już nie zdołam ich otworzyć. Chciałam przywołać w myślach obraz jakiegoś miłego miejsca w którym chciałabym umrzeć, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Kompletna pustka. Znikąd rozbrzmiały krzyki, potem czyjeś słowa, ale ich znaczenie już do mnie nie docierało. Uznałam, że to pewnie halucynacje. Że słyszę głosy najbliższych które zapadły mi w pamięć. Wiem tylko, że brzmiały jakby dobiegały z daleka. Odbijały się w mojej głowie echem, coraz bardziej niewyraźne w końcu stając się tylko ciągiem liter. Potem ostatni raz wypuściłam powietrze czekając na zbliżającą się nieuchronnie śmierć. Już słyszałam jej kroki. Ziemia drgała coraz mocniej. Czułam jej zimny oddech kiedy się nade mną pochylała.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
***          ***          ***
Pierwszym co do mnie dotarło były przyciszone głosy. Bardzo wiele głosów. Następnie zdałam sobie sprawę, że ból w brzuchu niemalże całkowicie minął. Mniej więcej na wysokości rany czułam łagodny ucisk, najpewniej pochodzący od jakiegoś bandaża. Leżałam na twardej skale, nie dało się słyszeć też żadnych typowo szpitalnych dźwięków. Zmartwiłam się tym, więc zanim dałam komukolwiek do zrozumienia, że już jestem przytomna upewniłam się, że odzyskałam pełną sprawność ruchową.
Poruszyłam wszystkimi palcami po kolei. Wyczułam coś dziwnego, jakbym nie mogła ich do końca zgiąć. Kiedy postanowiłam wstać, ktoś odezwał się głośno:
- Kim ona jest?
- Zespół polowań odnalazł ją w bardzo ciężkim stanie. Ledwo udało nam się ją odratować. - Poinformowała go jakaś dziewczyna. Mimo wyraźnego zmęczenia słychać było, że jej głos był wyniosły. Zapewne była kimś ważnym.
Chwila... Czy ja usłyszałam "Zespół polowań"? Świetnie, chyba dotarłam do jakiejś tubylczej osady. Jak daleko od domu się znalazłam?
Uznałam, że nie ma co dłużej czekać. Zerwałam się gwałtownie przez co wszyscy natychmiast ucichli. Zanim cokolwiek ujrzałam oślepiło mnie światło, którego źródło znajdowało się przede mną. Zmrużyłam oczy. Kiedy wzrok przywykł do ciemności  dostrzegłam na oko ponad tuzin wpatrujących się we mnie wilków.
Krzyknęłam jednocześnie cofając się szybko, aż uderzyłam plecami w ścianę jaskini. Gwałtowny ruch spowodował ból w brzuchu i najpewniej otwarcie rany. Teraz także plecy były obite.
Miałam chwilę czasu aby im się przyjrzeć. Niektóre miały dziwne kolory: niebieski, żółty, czerwony... Wyglądały też na szczuplejsze niż zwykłe psowate.
- Wilki... Czemu akurat wilki?! - Syczałam do siebie.
- A dlaczego nie wilki? - Niska, miedzianobrązowa wadera mówiąca głosem, jaki słyszałam wcześniej, podeszła do mnie spokojnie.
- Z... Zostaw mnie. - Zaczęłam się jąkać. - W...Wilki nie mówią...
- A więc słów, które wypowiadasz nie można już nazwać mową?
O czym ona...? Spojrzałam w dół na siebie.
Na długie łapy pokryte czarną sierścią tuż przy ziemi przechodzącą w niebieski. Na dziwne, świecące jasno wzory na całym moim ciele. Na długi ogon, który leżał wokół mnie, powyginany żałośnie.
- Nie... - Spróbowałam powiedzieć, jednak z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
Przewróciłam się i zaczęłam cofać znowu, aż natrafiłam na płytką wnękę skalną w którą udało mi się wcisnąć.
Teraz, zyskawszy względne poczucie bezpieczeństwa otoczona z trzech stron ścianą mierzyłam wszystkich wzrokiem. Oni w kompletnym bezruchu robili dokładnie to samo. Zauważyłam też, że wzory na moim ciele zaczęły coraz mocniej świecić, a im mocniej świeciły, tym bardziej byłam zdenerwowana. A może było na odwrót...
- Uspokój się. Razem spróbujemy dowiedzieć się...
- Nie podchodź do mnie! - Ryknęłam coraz bardziej przerażona i wściekła zarazem. Wtedy właśnie znaki rozjarzyły się tak mocno, że niektórzy zasłonili oczy, a wadera cofnęła się o kilka kroków.
Uczucie z urodzin powróciło, ale tym razem bardzo dobrze mi znane.
- Dhalia... - Zdążyłam jedynie z ulgą powiedzieć w stronę wilczycy zanim znaki znikły, a przed moimi oczami znowu zapanowała ciemność.

<chętny z gromadki gapiów?>

Uwagi: Nie wszystkie litery w tytule muszą być wielkie. W tym przypadku powinien być napisany w sposób, na jaki poprawiłam. Masz problem z przecinkami - niektóre zdania bez nich brzmią całkowicie bezsensownie. Momentami przeskoki w czasie/osobowości są na tyle chaotyczne, że ciężko się połapać co się dzieje.

niedziela, 2 lipca 2017

Od Leah ''W świecie mroku'' cz. 2 (c.d. Nergal)

Styczeń 2020r.
Stałam osłupiała. Przyglądałam się całej walce od pojawienia się wilków. Deszcz spływał zimnymi strugami po moich plecach. Słyszałam wszystko co mówili. Przez następne minuty nie mogłam się otrząsnąć. Nie miałam pojęcia co zrobić. Nagle jeden z basiorów krzyknął:
- Owszem, jednak to już koniec, pociągnę cię za sobą do grobu! – po czym rzucił granatem. Siła wybuchu odepchnęła mnie do tyłu. Uderzyłam o ziemię. Wstając, spojrzałam na wilki. Jeden z nich, białowłosy chłopak, spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Zaraz potem zemdlał. Podeszłam do niego. Co robić… Co robić… myślałam gorączkowo. Postanowiłam wezwać pomoc. Wybiegłam z Miasta i gdy tylko znalazłam się w Lesie, zmieniłam się wilka i zawyłam. Była to prośba o pomoc, ale ponieważ w wilczej mowie można było rozmawiać tylko o teraźniejszości, nie mogłam wytłumaczyć co się stało. Mijały minuty, deszcz zmieniał się w burzę, grzmiało coraz głośniej. Zirytowana brakiem odpowiedzi, zmieniłam się w człowieka i pobiegłam do nieznajomego. Musiałam go stąd zabrać, zanim pojawią się ludzie.
Po drodze spotkałam Kai’ego, który pomógł mi przenieść basiora do watahy. Kiedy się obudził, zaprowadziliśmy go do Alfy. Został przyjęty, nawet udało się nam dowiedzieć, że nazywa się Nergal, ale najwyraźniej wybuch był silny, bo znowu stracił przytomność, w swojej jaskini. Zastanawiałam się czemu w ogóle mu pomogłam. Prawdopodobnie jest to po prostu morderca jakich mało. Wykończył wszystkich swoich wrogów, nawet mimo to, że byli lepiej uzbrojeni. Ale… Skoro Nergal przeżył… To może ten drugi też? Natychmiast udałam się w stronę Miasta. Deszcz dalej padał, a błyskawice ciągle przeszywały niebo. Zmieniłam się w człowieka, praktycznie już wbiegając do Miasta. Mam nadzieję, że nikt tego nie widział, myślałam gorączkowo. Wpadłam na ulicę, na której wszystko się rozegrało. Spojrzałam na martwe ciała.
- O matko… - szepnęłam.
Zdjęłam kaptur z głowy. Wpatrywałam się w wilki. Wszędzie było pełno krwi. Jeden zastrzelony… Inne leżały martwe, bez żadnych ran… Spojrzałam na miejsce wybuchu granatu. Przyłożyłam ręce do ust. Tego co tam zobaczyłam nie będę nawet opisywać. Nie wiem nawet kiedy, ale upadłam na kolana. Jak można tak zabijać? Co ja mam zrobić? Nie mogę ich tak zostawić, prędzej czy później przyjdą tu ludzie…
Udało mi się ukryć ciała, ale włożony w to wysiłek oraz to co zobaczyłam, zupełnie mnie wyczerpały. Nie chciałam iść do jaskini. Poszłam do wspólnego domu. Nikogo tam dziś nie było. Udałam się do jednej z sypialni. Bez zastanowienia położyłam się na łóżku i zasnęłam.
Obudziłam się. Był środek nocy. Przez burzę nie mogłam stwierdzić która w ogóle jest godzina – teraz deszcz się uciszył. Przez okno widać było biały sierp księżyca. Wstałam i ruszyłam w stronę watahy.
Wracając, udałam się jeszcze nad Jezioro. Rozbiłam lód, tworząc przerębel. To jest kąpiel dla mnie. Nie nurkowałam, w obawie, że zgubię dziurę w lodzie, ale i tak było wspaniale. Próbowałam schwytać jakąś rybę, ale znowu mi to nie wyszło. Tutejsze rybki są nad wyraz szybkie. Potem dla relaksu, ślizgałam się po lodzie, który ciągle załamywał się pod moim ciężarem. Po skończonej zabawie, udałam się w stronę jaskiń. Humor mi nie dopisywał. Patrzyłam spode łba nawet na drzewa. Postanowiłam zajrzeć co u nowego.
Zajrzałam do jego jaskini. Wciąż spał. Furknęłam z furią i udałam się do swojego domu. Położyłam się na posłaniu. Pozostaje mi czekać, aż się obudzi. Zaczęłam czytać książkę pod tytułem ,,Kronikarz Przyszłości’’. Bardzo lubię książki przygodowe, ale teraz jakoś nie miałam ochoty na lekturę. Po długim oczekiwaniu oczy same mi się zamknęły. Ciekawe kiedy się obudzi… pomyślałam, zasypiając.

< Nergal? >

Uwagi: "Po czym" piszemy osobno. Pogubiłaś kilka przecinków.