Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Od Moone "Szkoła: Polowania" cz. 1

Sierpień 2019
Któregoś dnia, konkretnie w czwartek, poszłam na lekcję polowań. Ten przedmiot był jednym z ciekawszych, gdyż polubiłam zabijanie. Jedzenia, nie wilka. Zajęcia odbywały się na Szczenięcej Polance. Na miejscu była już Aoki i nowy wilk, Shen. Dziś mieliśmy praktykę. Nauczycielka kazała nam upolować rybę, dlatego poszliśmy nad Jezioro. Shen, widać nie był zainteresowany już nami tak jak wcześniej. W połowie drogi doszła jeszcze do nas Narvi, szła pośpiesznym krokiem. Nagle basior przystanął i ją podziwiał.
- Chodź! Nie stój tak! Nie czekaj na nią, dojdzie. - powiedziała Yuki.
- Dobrze, już idę. - odpowiedział.
Pomyślałam sobie, że widocznie Shen się w niej zakochał. Dobrze, że do nas już tak nie chciał zarywać. Gdy byliśmy już na miejscu, to ustawiliśmy się naokoło jeziora.
- Musicie być cicho i skupieni. Inaczej ryba do was nie podpłynie. - wytłumaczyła nam pani.
Przyczaiłam się i wyciągnęłam jedną łapę. Obserwowałam, czy jest coś w wodzie, lecz po chwili przypomniało mi się, jak wyprzedziłam i pobiłam Shena. Chciałam powstrzymać śmiech, lecz wybuchłam i wpadłam do wody. Wystraszyłam nie tylko ryby, ale i też moje koleżanki.
- Co ty wyrabiasz! - wykrzyknęła Yuko.
- Przepraszam... - mówiłam.
Basior się zaczął ze mnie wyśmiewać, a ja tylko się na niego popatrzyłam i szczerzyłam kły. Nagle z mojej blizny wydostał się fioletowy, falujący dymek. Z moich oczu także. Wyszłam z wody. Shen wystraszył się tego, bo na chwilkę za mną pojawił się duch Sagope'a. Ale tylko na chwilkę. Gdy znikł, to zasłabłam. Po przebudzeniu się, wstałam i otrzepałam się, a wilki patrzyły się na mnie zdziwione.
- No co? Ja tak czasem mam. - rzekłam, wymawiając smutno ostatnie słowo. 
- Ciekawe, czy kiedyś tak zaśniesz na zawsze. - powiedział sobie pod nosem.
Popatrzyłam się krzywo na niego z lekkim uśmieszkiem. Kontynuowaliśmy tę lekcję. Czekaliśmy jeszcze długo, aż ktoś złowi pierwszą rybę. Pierwszym wilkiem była Aoki. Była z siebie dumna. Kolejna byłam ja. Łapą uderzyłam o wodę i przyciągnęłam ją do siebie. Wtedy zdobycz wyskoczyła z wody, a ja chwyciłam ją do pyska. Jeszcze się trzepała, ale odeszłam trochę od wody, żeby w razie czego nie uciekła. Pod koniec lekcji zauważyłam, że wszyscy mieli przynajmniej po jednej. Nauczycielka poinformowała nas o tym, że można zjeść swoją ofiarę, lecz jeśli ktoś nie chce, to może ją oddać. Ja jeszcze nie jadłam ryby, więc chciałam ją spróbować. Wzięłam jednego gryza i stwierdziłam, że jest niezła. Zjadłam resztę, gdyż byłam głodna. Pożegnałam się z waderami, a z basiorem nawet nie miałam zamiaru. Wróciłam do siebie. Ułożyłam się do snu. W nocy obudziłam się i popatrzyłam w księżyc. Wtedy mój tata znowu się pojawił. 
- Tato... ja... - jąkałam się- ...tak za tobą tęsknię...
- Ja też, moja kochana. - odpowiedział.
- Też miałeś wrogów? Za szczeniaka?
- Tak, czemu pytasz?
Opowiedziałam tacie o wszystkim co mnie spotkało. Jego głos stał się bardziej, jak by tu ująć, zmartwiony. Brzmiał na zaniepokojonego. Jednak kiedy rozmawiałam z tatą, to usnęłam.

<C.D.N.>
 
Uwagi: Nie "ździwione", a "zdziwione"! Nie "tą lekcję", a "tę lekcję". Przed "ale" stawiamy przecinek.

Od Tori "Porzucona" cz.1 (Cd. Chętny)

 Sierpień 2019 r.
Czułam na sobie wzrok dziewczyny. Przyglądała mi się z niechęcią, prawie pogardą. Była na mnie zła, zawsze. Nigdy nie wiedziałam z jakiego powodu. Kiedy słyszałam jak krzyczy, podkulałam ogon i uciekałam z dala od niej. Przerażała mnie. Teraz, pod samym jej spojrzeniem miałam ochotę się skulić. Jednak starałam się nie okazywać strachu, tak jak kazał mi Piotrek. Chłopiec zawsze wiedział co mówi, jest mądry i dobry. 
- Tori, idziemy. - powiedziała. Wyczułam w jej głosie, postawie, że ból, który tak głęboko skrywała, wzmocnił się. Wstałam cicho i zamerdałam ogonem. Podeszłam do Anny i pozwoliłam, by przypięła do mojej obroży smycz. Spacer - to z pewnością dobrze jej zrobi.
Wyszłyśmy z małego mieszkania. Dziewczyna zamknęła drzwi i zbiegła ze schodów. Mieszkanie było wysoko, co mnie zawsze przerażało. Nie miałam jednak wyjścia. Musiałam biec razem z nią. Po paru minutach byłyśmy już na dworze. Prawie czułam, jak żar bije z nieba. Było tak gorąco... 
Anna skierowała swoje długie kroki w stronę cmentarza. Wiedziałam dokładnie co to za miejsce. Anna lubiła tam chodzić. Lubiła tam płakać i mówić tam do Piotrka, mamy i taty. Chociaż ich tam nie było. Moim zdaniem to nie było zbyt fajne miejsce. Pachniało tam smutkiem i czymś rozkładającym się. Nie rozumiałam, co Annie tak podoba się w tym miejscu. Jednak byłam grzecznym psem, zawsze posłusznie truchtałam przy jej nodze. Na cmentarzu siedziałam i czekałam, aż dziewczyna zabierze mnie z tego strasznego miejsca. Czasem nawet bardzo długo.
Teraz jednak cieszyłam się samym spacerem. Wyczuwałam wokół siebie tyle ciekawych woni, że ledwie zdążyłam się powstrzymać, żeby nie stawać co chwilę i szukać ich źródeł. W końcu doszłyśmy do bramy cmentarza. Nie myśląc o tym długo skierowałam swoje kroki w tamtą stronę. Anna jednak szła w inną stronę. Pociągnęłam ją w odpowiednim kierunku. Może się zamyśliła?
- Tori, nie. Nie dzisiaj. - powiedziała i pociągnęła mnie w inną stronę. Co miałam zrobić? Poszłam tam, gdzie mi kazała. W końcu była... była moją... nową panią. Na wspomnienie tego poczułam łzy zbierające się w oczach. Tor, nie myśl o nim. Nie będziesz płakać. Nie teraz. Nie.
Spojrzałam w dół, na swoje łapy. Szłam bez namysłu tam, gdzie prowadziła mnie Anna. Straciłam ochotę na rozglądanie się i poznawanie świata. Nawet nie zdałam sobie sprawy, ale weszłyśmy do lasu. Tego zakazanego, nawiedzonego - jak zwykł mówić Pio... Nie, stop. 
Nie wiedziałam dlaczego tutaj idziemy, nie powinnyśmy tu być. Ten las jest podobno niebezpieczny. Nie wolno do niego wchodzić, a my w nim jesteśmy. Czułam jak strach formuje w moim brzuchu wielką kulę. Bałam się, tak bardzo się bałam. W pewnym momencie Anna się zatrzymała i kucnęła obok jakiegoś drzewa. 
- Idziemy? Proszę, powiedz, że wracamy! - powiedziałam. Dziewczyna spojrzała w moją stronę, jakby zrozumiała co powiedziałam. Wiedziałam jednak, że to niemożliwe. Ludzie mnie nie słyszą. Zaczęłam się dokładniej przyglądać jej poczynaniom. Właśnie wyciągała ze swojej wielkiej torby moją miskę, torebeczkę z karmą i butelkę wody. Ciekawe po co jej to? Anna, wcale się mną nie przejmując postawiła miskę, napełniła karmą i wodą. Następnie obróciła się w moją stronę i złapała mój pysk w dłoń. Zmusiła mnie, bym patrzyła się jej w oczy.
- Tori, Torance... Mała, to nie tak. Ja nie mogę cię dłużej trzymać, nie mogę cię oddać. Piotrek byłby na mnie zły. Kochany braciszek... On by nie zrozumiał. Muszę to zrobić. Przepraszam cię, psinko... - mówiła, a w jej głosie pobrzmiewał smutek i poczucie winy. Puściła mój pysk, a ja polizałam ją po dłoni. Nic z tego nie rozumiałam, nie darzyłam Anny wielką miłością, jednak zrobiło mi się jej szkoda. 
Nagle dziewczyna wstała i pobiegła w stronę, z której przyszłyśmy. Beze mnie. Próbowałam biec za nią, jednak coś pociagnęło mnie  z powrotem. Smycz. Była mocno przywiązana do drzewa, a wraz z nią i ja. Anna tymczasem znikła za drzewami. Nie było jej. Chciałam wierzyć, że wróci po mnie, jednak gdzieś głęboko słyszałam jak coś mówi "A co jeśli nie? Co jeśli cię tutaj zostawiła?" 
Nie wiedziałam co robić. Wiedziałam, że się nie uwolnię. Zaczęłam skomleć i wyć. "Anno, wróć..." Położyłam się na mchu i czekałam piszcząc. Nic innego mi chyba nie zostało...
***
Nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziło mnie uczucie, że jestem obserwowana. Może to Anna! Szybko wstałam i się otrzepałam. Zaczęłam się rozglądać wokoło i wąchać. Nie wyczułam jednak jej zapachu. Jej, ani żadnego ludzkiego. Za to bardzo dobrze wyczuwałam coś innego, dzikiego, a jednak podobnego do mnie. 
- Yy... - zająknęłam się wystraszona. - Kim jesteś? Co tu robisz? 
Zza krzaków wyszła jakaś postać. Większa ode mnie, psowata, podobna. A jednak nie do końca. Czułam jak jakieś wspomnienie, urywek informacji, próbuje przypomnieć mi o sobie. Bezskutecznie, aż w końcu mnie olśniło. To musiał być wilk, magiczny wilk...
<Ktoś chętny?>
Uwagi: Brakuje daty!

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 2

Sierpień 2019 r.
Następna lekcja polowania odbyła się już kolejnego dnia w południe. Walcząc z zakwasami po zbyt intensywnym pływaniu w stawie, zwlokłam się z legowiska. Taty już nie było. Najwyraźniej poszedł na swoją zmianę. Musiałam iść na zajęcia sama. Miałam nadzieję na wyjątkowo słoneczny dzień, bym nie musiała błądzić po Zielonym Lesie, sądząc, że każde zamazane drzewo jest tym samym, co poprzednio. Podobno od zbyt długiego przebywania w półmroku robiłam zeza. Przynajmniej tak mówił tata. Jakby zobaczył to któryś ze szczeniaków, byłabym skończona.
Szłam na polanę zbiórek na podstawie własnej pamięci. Wielokrotnie potykałam się o wystające korzenie, których nie mogłam dostrzec. Zdarzało mi się czasem nawet upaść, więc moje futerko już nie było całkiem czyste. Musiałam mieć jeszcze kilka otarć, jednak całkowicie niegroźnych. Tylko trochę szczypały. Tylko z jednego popłynęła odrobina krwi. Nie zamierzałam się wracać z tak głupiego powodu. Chciałam pokazać tej zarozumiałej Yuki, na co mnie stać.
Kiedy stanęłam na zbiórce, aż uniosła brwi na mój widok.
- Taka jesteś zdeterminowana? - mruknęła wyzywająco. Nawet nie mrugnęłam. Odpowiedź była przecież oczywista. Gdybym nie była, nie przyszłabym do niej. Jeśli sądzi, że to dlatego, że ją polubiłam, to jest w wielkim błędzie.
- Dziś będziemy polować na zające. Dzieciaczki, które się za bardzo boją, mogą uciec do domu, żeby później nie było płaczu, że coś nie wychodzi. Nie mam zamiaru tracić nerwów na uspakajanie jakichś beks. Czy to jest jasne? Oczywiście. W takim razie proszę się rozejść - syknęła, jednak nikt ani nie drgnął. Utkwiła swoje spojrzenie zielonych ślepi we mnie, jednakże ja odpowiedziałam dokładnie tym samym. Nawet to mnie nie porażało. Wiedziałam, że jeśli nie spróbuję, to nigdy się nie dowiem, czy coś umiem, czy nie. Nawet jeśli okaże się, że nie, to zawsze mogę się tego nauczyć. Uciekanie przed swoimi słabościami nie miało sensu. Trzeba albo nauczyć się z nimi żyć, albo je zniwelować. Najgorsze były takie wilki, jak Yuki. Wmawiające, że coś nie wyjdzie, nawet jeśli okaże się, że jest kompletnie na odwrót.
- Rozumiem, później będę musiała wysłuchiwać waszych jęków i płaczami nad skręconymi łapkami lub nieudanym polowaniem. Cudownie - westchnęła zniesmaczona - Za mną.
Idąc, myślałam nad tym, że miałam wielką nadzieję, że pozostali nauczyciele nie byli tak... wredni, jak ona. Nie była zbyt zachęcającą osobą. Jako, że była pierwszym nauczycielem, z którym zajęcia mieć mogliśmy, mogła skutecznie zniechęcić do jakiejkolwiek nauki. Kiedy będę starsza, chyba poproszę Alfy o zamienienie ją na kogoś innego. Jak chce sobie uczyć, to ewentualnie później i to jeszcze czegoś innego. Można być wymagającym, ale nie tak, jak ona. Była straszna. Posłałam jej nienawistne spojrzenie.
Myślami byłam już na lekcji kreatywności, na którą miałam się udać za kilka dni. Nie była ona obowiązkowa, więc możliwe, że będę jedyną osobą, którą na nią przybędzie, ale może nauczyciel będzie bardziej wyrozumiały i wszystko wytłumaczy od początku. Mogłam działać, ale tylko mając odpowiednie podstawy, których jednak mi nie dawała Yuki. Miałam w planach szybko zakończyć naukę, osiągając naprawdę dobre efekty, by mieć to z głowy i nie męczyć się z tym do końca mojej edukacji, ale jak to się skończy - zobaczymy. Po lekcji chciałam poprosić tatę, aby nauczył mnie paru podstawowych rzeczy o polowaniu, żebym nie była w tyle w stosunku do starszych kolegów i koleżanek.
Zatrzymaliśmy się na jednej z łączek w środku Zielonego Lasu. Była porośnięta wysoką trawą, od pyłków której trochę mnie zakręciło w nosie. Gdzieniegdzie wychylały się kolorowe kwiatki. Yuki dała nam znak, abyśmy się ukryli. Podczas gdy lustrowała spojrzeniem łąkę, my czekaliśmy na znak. Szeptem Aoki, Moone i Shen krótko mi wyjaśnili, co powinnam zrobić, aby nie zepsuć akcji i jak wykonać odpowiedni skok. Po tych radach kazali mi patrzeć na nauczycielkę, która wyda nam znak do startu. Chociaż na coś się przydali. Może mają szczyptę szans na moją przyjaźń. O ile mają coś wartościowego do przekazania, przyjmę ich obecność bez oporów. Jeżeli jednak będą próbowali rozmawiać o bzdurach, mogą się spotkać z ignorancją. Ot, taki sobie plan ubzdurałam. Jak to się skończy - zobaczymy.
Yuko machnęła łapą, więc ruszyliśmy na oślep. Kątem oczu obserwowałam pozostałe szczeniaki, orientowałam się, w którym kierunku biegną, oszacowałam odległość. Nie chciałam na nie wpaść. Nagle wyczułam soczysty aromat zajęczego mięsa. Jest niedaleko. Przyspieszyłam. Nawet nie wiedząc kiedy znacznie wyprzedziłam rówieśników i jako pierwsza dopadłam nic nie przeczuwającego gryzonia. Zrobiłam to na tyle szybko, że nie tylko chwyciłam jego miękki grzbiet w szczęki, ale również potykając się o niezauważony przeze mnie kamyk, przekoziołkowałam kilka razy, nieświadomie przy tym miotając zającem. Musiał uderzyć głową o jakiś kamyk, bo gdy podniosłam się ze kotłowanej trawy, wisiał z mojego pyska całkowicie nieruchomy i wykrzywiony pod dziwnym kątem. Miałam zbyt małą szczękę, by go dalej utrzymać, więc zwyczajnie mi wypadł z zębów. Kręciło mi się przy tym w głowie, więc usiadłam.
Szczeniaki zorientowawszy się zapewne, że coś jest nie tak, kiedy do mnie dotarły, już wcale nie biegły. Był to raczej trucht. Potrzebowały dobrej chwili, by zorientować się, co się stało. Martwy zając leżący przed moimi łapkami mówił najwyraźniej sam za siebie, bo Shen zagwizdał przez zęby.
- Nieźle - skomentował. Za chwilę zza trawy wyłoniła się Yuki. Musiała się domyślić, co zaszło, bo była wściekła.
- To miała być praca grupowa.
- Ale się jej udało - bronił mnie Shen, jednak go całkowicie zignorowała.
- Chcesz się popisać, co? Łamiąc moje nakazy niczego nie osiągniesz - mówiła groźnym tonem, zbliżając się do mnie. Siedziałam dalej niewzruszona. Ziewnęłam.
- Więc to tak się bawimy? Zamierzasz mnie całkowicie ignorować i sama sobie wydawać polecenia? Lekceważysz przy tym nauczyciela. Naskarżę twojemu ojcu na to, jak się zachowujesz...
A ja na panią - pomyślałam, będąc w pełni świadomą, że co prawda samodzielnym polowaniem nieco zagroziłam swojemu zdrowiu, ale z drugiej strony będąc absolutnie pewną, że wina była równa. W końcu nie wyjaśniła mi, co zrobić. Gdyby nie pozostałe szczeniaki, mogłoby się to wszystko skończyć wprost tragicznie. Nie chciałam udawać skruszonego malucha, nie było mi ani trochę żal swojego występku. Przynajmniej mam okazję do drobnej zemsty. Karma zawsze wraca.
Wzięła kilka uspokajających oddechów. Wiedziałam, że tak się robi, bo moja ciocia często w ten sposób czyniła, kiedy ktoś ją czymś zdenerwował. Ona jednak umiała trzymać złość na wodzy. Yuki sobie z tym nie radziła i w dodatku nic sobie z tego nie robiła. Mruknęła pod nosem jeszcze kilka nieprzyjemnych słów, odwróciła się na pięcie i zagłębiła w wysoką trawę.
- Idziemy - warknęła. Reszta szczeniaków posłusznie podążyła za nią. Tylko ja, patrząc na martwego zająca, zaczęłam się zastanawiać, co z nim zrobić. Szybko go pochwyciłam w pyszczek i poszłam tunelem z traw wydrążonym przez grzbiet Yuki i łapki pozostałej części grupy. Nie czekali na mnie. Jak tylko udało mi się ich dogonić, nauczycielka posłała mi niezadowolone spojrzenie.
- Zostaw to - syknęła. Speszona odłożyłam truchło zająca w krzaki, jednak zapamiętując miejsce. Zamierzałam po niego wrócić. Po co marnować jedzenie?
Resztę lekcji spędziła na prawieniu nam morałów co do słuchania jej, przeplatanego pozorną nauką robienia rozbrajania wnyków, w których utknęła zwierzyna zdatna do jedzenia, którą możemy zaciągnąć w krzaki i tam bezpiecznie spożyć. Tak właściwie, to jej nie słuchałam. Skupiałam się wyłącznie na próbach otworzenia metalowych zębisk, w które wcześniej wsadziła kości jakiegoś jelenia. Oczywiście wyzywała mnie jeszcze kilka razy, ale wiedząc, że robiła kompletnie niesłusznie, to także zlekceważyłam.
Czekałam na tatę po lekcjach dłużej, niż dnia poprzedniego. Kiedy tylko przyszedł, a Yuki mogła wrócić do swojej jaskini (oczywiście przy tym głośno narzekając), oświadczyłam:
- Jecenie. Idźiemy.
Kiedy zaczęłam go samodzielnie prowadzić do krzaków, w których porzuciłam zająca, nie zadawał pytań, rozumiejąc, że rzucone przeze mnie hasła oznaczały, że albo znalazłam jedzenie, albo miejsce, gdzie było go dużo. Pod drodze opowiedziałam mu krótko o tym, jak zostałam potraktowana przez nauczycielkę. Zareagował zmęczonym westchnięciem.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

piątek, 21 kwietnia 2017

Od Kai'ego "Watson, mamy problem! Cały świat się wali!" cz. 9

Lato, rok 2018
- Łżesz! - wrzasnął ponownie.
- Dlaczego miałbym niby kłamać?
- Żeby... żeby... - Z trudem łapał powietrze - Żeby odwrócić moją uwagę!
- Obmyślę tę możliwość - powiedziałem ze spokojem. Wyglądał na naprawdę rozwścieczonego. Jego pierś drżała. - Widzę, że też masz problemy z oddychaniem w trudnych sytuacjach. Masz to za tatusiem.
- NIE!! - krzyknął, wściekle kłapiąc zębami tuż przed moją szyją. Uniesienie podbródka uratowało mnie przed ugryzieniem.
- Co ci strzeliło do łba? Byłeś takim uroczym szczeniakiem - zagadywałem dalej. Przyuważyłem, że jeden łańcuch jest dłuższy. Może gdybym tak...
- ZAMKNIJ SIĘ!
Wziąłem zamach silną łapą w taki sposób, że łańcuch owinął się wokół jego gardła. Spróbowałem usiąść, co spowodowało naprężenie się i napieranie na siebie ogniw. Draven miotał się, próbując rozdrapać łańcuch, który tak łatwo zdołałem o niego zahaczyć. Jak się okazało, nie był wcale tak mocny, jak się wydawało, bo już po chwili się zerwał. Zauważyłem, że jeden pod siłą mojego syna również pękł. Został tylko ten na mojej lewej przedniej łapie i prawej tylnej. Miałem brązowego basiora na chwilę z głowy. Sapał nie tylko z utraty tchu, ale i także z nerwów. Szarpnąłem kilka razy. Miałem dość siły, by nagiąć kilka ogniw, jednak nie rozerwać. Kiedy Draven uniósł głowę, posłałem mu wyzywające spojrzenie.
- Ty... - zaczął, chcąc się na mnie rzucić. Obroniłem się jednak, turlając się w bok. Łańcuch trzymający moją tylną łapę pękł, a ten, który przytrzymywał przednią, podciął kończyny kata. Wrzasnął, tracąc równowagę. Gruchnął głucho o ziemię.
- Beznadziejne te łańcuchy. Strasznie zardzewiały - skomentowałem, podnosząc się z ziemi. Starałem się nie ukazywać zbytnio mojej siły, tak, by sądził, że rozerwanie łańcuchów wcale nie było zasługą moich mięśni, tylko zwykłemu osłabieniu metalu. Warcząc, powoli się podniósł. Przybrałem pozę bojową, cofając się o kilka kroków. Przez chwilę się okrążaliśmy: on rozdrażniony, ja całkowicie opanowany.
- Chcesz walczyć z własnym ojcem? Nie marzyło mi się nigdy spotkanie w taki sposób. Wiem, że w głębi duszy jesteś dobrym chłopcem i wcale nie chcesz źle. Ta wadera cię do tego zmusza? - mówiłem, zagłębiając się w jego umysł. Zamierzał zaatakować poprzez wbicie zębów w mój kark, obrócenie się i przyduszenie swoim ciężarem do ziemi. Nie mam pojęcia, kto go szkolił, bo był znacznie ode mnie lżejszy. Kimkolwiek był jego nauczyciel, musiał być w tym beznadziejny.
Draven rzucił się na mnie, z dokładnie takim zamiarem, jak przewidziałem. Zrobiłem uskok, unosząc wciąż spętaną łańcuchem łapę na wysokość jego piersi. Uwiesił się na nim. Teraz gardłowy warkot przerodził się w żałosne piśnięcie. Zaśmiałem się cicho. Podwinął tylne łapy pod siebie, zupełnie jak ogon. Pomimo tego, że jakby chciał, mógł dotknąć ziemi. Za chwilę łańcuch dramatycznie pękł, a on spadł na ziemię. Jako, że stałem na tylnych łapach, opadłem. Nadal miałem niezbyt wygodne obręcze na trzech z czterech kończyn, ale to był mój najmniejszy problem. Zawsze istniała możliwość tłumaczenia tego jako modną ozdobę.
- Nie jesteś moim ojcem - Warknął, kiedy się tylko pozbierał. Ponownie zdecydował udawać wielce groźnego, strosząc futro - Nie mam ojca. Był nieudacznikiem. Nie jest godzien naszej krwi. Porzucił matkę na rzecz własnych wygód. Powinien zostać wygnany na zawsze! Skazany na śmierć!
Zacząłem się śmiać, co go trochę wytrąciło z transu. Jego mięśnie zelżały. Wykorzystałem ten moment, by na niego skoczyć. Przetoczyliśmy się kilka razy, ale to ja skończyłem, będąc na górze i przytrzymując jego łapy swoimi. Nie był zdolny do ruchu. Właściwie, to chyba nawet nie chciał się uwolnić. Jego oczy były okrągłe ze strachu.
- Bzdury wam nagadała. Cała ona... To aż po prostu śmieszne. Nie widziałeś, jak mną pomiatała? Oczywiście, że nie. Robiła wszystko, by utrzymać pozory, że było inaczej. Tak, jak ona chciała to widzieć. Dopiero po czasie zrozumiałem. Wciąż mnie to boli... ale teraz widzę, że cała ta żałość nad sobą przez te wszystkie lata była na nic. Kto cię szkolił? Nie umiesz nawet walczyć. Pokonał cię stary basior, który w dodatku był przykuty do podłoża - zakpiłem - Mogłeś zostać w Watasze Magicznych Wilków. Tam dostałbyś staranne szkolenie w tej dziedzinie. Jakiekolwiek pranie mózgu ci nie zrobiono, wiem, że gdzieś w głębi duszy chcesz wrócić i nie jesteś głupi. Trochę zaślepiony, ale nie głupi.
Zszedłem z niego. Głośno dysząc, nadal leżał na plecach. Wyglądał na wyraźnie przytłoczonego tym, co właśnie mu przekazałem.
- Inu...! - wykrztusił po chwili, patrząc pustym spojrzeniem w odległe krzaki. Przekląłem, orientując się, że od dłuższej chwili stała tam Alfa. Wycofałem się o kilka kroków, w pełni gotowości na atak. Nie wiedziałem, czego się po niej spodziewać, jednak wyglądała na lepiej przygotowaną, niż Draven. Majestatycznym, choć zdecydowanym krokiem się do nas zbliżyła.
- Słabeusz - syknęła, przechodząc obok Dravena. Skulił się. Zacząłem mu współczuć.
- Zawsze się tak na nim wyżywałaś? - zapytałem, nie odrywając od niej wzroku. W jej oczach było coś niedostępnego, co sprawiało, że nie umiałem wejrzeć do jej umysłu. Zdarzało mi się to niezwykle rzadko.
- Dlaczego mówisz w czasie przeszłym? - uśmiechnęła się ironicznie. Popatrzyłem błaganie na syna, ale jego spojrzenie mówiło nie prowokuj, daj się pokonać. Wykorzystała chwilę nieuwagi na wzięcie zamachu i wycelowania pazurów w mój pysk. Na szczęście udało mi się uchylić. Treningi w watasze jednak na coś się zdawały.
- Skąd ta nienawiść?
- Jesteś tu wrogiem. Nie możesz tu przychodzić.
- Czyżby? - zakpiłem. Nakręciłem w taki sposób, że teraz zbliżaliśmy się do Dravena. Zamierzałem go szturchnąć, aby zrobił COKOLWIEK. Aby w jakikolwiek sposób okazał, że ma w sobie krew wojownika. Że nie jest babą.
- On nie wstanie - syknęła, dostrzegając, że na niego spoglądam.
- Ja jednak wciąż w niego wierzę - powiedziałem ze spokojem, rzucając się na nią. Zrobiła unik. Zobaczyłem, że zza krzaków wybiega wiele innych, równie sponiewieranych jak Draven, wilków. Wyglądali na niedożywionych.
- To twój koniec, staruchu - oznajmiła, uśmiechając się triumfalnie. Zatrzymałem się, gotów do starcia. Nagle zostałem oślepiony. Zrobiło się gorąco. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że nastąpił wybuch, a teraz całą łąkę trawiły płomienie. Przemieszczały się nienaturalnie prędko, wszystkie zmierzały w kierunku wrogich mi wojsk. Odwróciłem się do Dravena. Uśmiechnąłem się, widząc, że zerwał się na równe łapy, a jego skupione spojrzenie mówiło mi o tym, iż to jego sprawka. Posłał mi przelotne spojrzenie i wypowiedział nieme "uciekaj". Nie wiedziałem do końca, o co z tym wszystkim chodzi, skąd to pranie mózgu, ale zdecydowałem się usłuchać. Pobiegłem z dala od morderczych płomieni, zagłębiając się w las. Biegnąc, zdawałem się niemal latać. Łapy lekko odbijały mnie od chłodnego podłoża, nie wytwarzając żadnego hałasu. Obejrzałem się raz jeszcze przez ramię. Palące gorąco w plecy stopniowo zanikało, jednak duszący dym nadal był wyczuwalny.
Nagle usłyszałem w swojej głowie głos. Głos, który słyszałem już wcześniej. Dokładnie ten sam, który wyśpiewywał anielską pieśń. Głos mojej córki. Achity.
Zaopiekuj się nią.
Nie miałem pojęcia o kogo chodzi, jednak to, że przesłała mi telepatyczną wiadomość dało mi jasny znak, że faktycznie odziedziczyła moje zdolności. Przesłanie jednej wiadomości z jednej ze stron znaczyło, że mogę jej odpowiedzieć, o ile moje wystarczało mi umiejętności.
Kim?
Moją córką. Została w watasze. Na pewną ją poznasz. Będzie u was bezpieczna - rzekła. W tonie jej "głosu" wyczuwalny był lęk. Nie wróżyło to nic dobrego.
Achita, córeczko? Co się tutaj dzieje?
Tym razem odpowiedziała mi kompletna cisza. Byłem dziadkiem? Przeszły mnie dreszcze, jednak nie przerywałem ucieczki. Tak wiele mnie ominęło... Musiałem jak najprędzej przekonać się, co miała przez to na myśli. Zapachy stawały się coraz mniej wyraźne. Oddalałem się z terenów tej przeklętej watahy. Miałem nadzieję, że Draven sobie poradzi. Tak wielkie nadzieje w nim pokładałem... Liczyłem w to, że jednak mocą nadrabia swoją niezgrabność. Jeśli tak, to dlaczego mnie nie atakował zaklęciami?

Nie uzyskałem jednak na to nigdy odpowiedzi. Co dokładnie zleciła mi Achita, również pozostało dla mnie zagadką przez najbliższe kilkanaście miesięcy. Wracałem kilka razy na tereny, na których mieszkały moje dzieci, jednak za każdym razem zastawałem równie tragiczny widok. Doszczętnie spalony obszar, gdzieniegdzie poznaczony wyraźnymi śladami po bitwie potężnych czarów. Nikt już później się nie osiedlił w tym miejscu. Dopiero uzyskawszy całkowitą pewność, iż tam nikogo nie odnajdę, postąpiłem kolejny krok w kierunku odkryciu prawdy o tym, jaki los spotkał nasz cały ród...