Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 2

Sierpień 2019 r.
Następna lekcja polowania odbyła się już kolejnego dnia w południe. Walcząc z zakwasami po zbyt intensywnym pływaniu w stawie, zwlokłam się z legowiska. Taty już nie było. Najwyraźniej poszedł na swoją zmianę. Musiałam iść na zajęcia sama. Miałam nadzieję na wyjątkowo słoneczny dzień, bym nie musiała błądzić po Zielonym Lesie, sądząc, że każde zamazane drzewo jest tym samym, co poprzednio. Podobno od zbyt długiego przebywania w półmroku robiłam zeza. Przynajmniej tak mówił tata. Jakby zobaczył to któryś ze szczeniaków, byłabym skończona.
Szłam na polanę zbiórek na podstawie własnej pamięci. Wielokrotnie potykałam się o wystające korzenie, których nie mogłam dostrzec. Zdarzało mi się czasem nawet upaść, więc moje futerko już nie było całkiem czyste. Musiałam mieć jeszcze kilka otarć, jednak całkowicie niegroźnych. Tylko trochę szczypały. Tylko z jednego popłynęła odrobina krwi. Nie zamierzałam się wracać z tak głupiego powodu. Chciałam pokazać tej zarozumiałej Yuki, na co mnie stać.
Kiedy stanęłam na zbiórce, aż uniosła brwi na mój widok.
- Taka jesteś zdeterminowana? - mruknęła wyzywająco. Nawet nie mrugnęłam. Odpowiedź była przecież oczywista. Gdybym nie była, nie przyszłabym do niej. Jeśli sądzi, że to dlatego, że ją polubiłam, to jest w wielkim błędzie.
- Dziś będziemy polować na zające. Dzieciaczki, które się za bardzo boją, mogą uciec do domu, żeby później nie było płaczu, że coś nie wychodzi. Nie mam zamiaru tracić nerwów na uspakajanie jakichś beks. Czy to jest jasne? Oczywiście. W takim razie proszę się rozejść - syknęła, jednak nikt ani nie drgnął. Utkwiła swoje spojrzenie zielonych ślepi we mnie, jednakże ja odpowiedziałam dokładnie tym samym. Nawet to mnie nie porażało. Wiedziałam, że jeśli nie spróbuję, to nigdy się nie dowiem, czy coś umiem, czy nie. Nawet jeśli okaże się, że nie, to zawsze mogę się tego nauczyć. Uciekanie przed swoimi słabościami nie miało sensu. Trzeba albo nauczyć się z nimi żyć, albo je zniwelować. Najgorsze były takie wilki, jak Yuki. Wmawiające, że coś nie wyjdzie, nawet jeśli okaże się, że jest kompletnie na odwrót.
- Rozumiem, później będę musiała wysłuchiwać waszych jęków i płaczami nad skręconymi łapkami lub nieudanym polowaniem. Cudownie - westchnęła zniesmaczona - Za mną.
Idąc, myślałam nad tym, że miałam wielką nadzieję, że pozostali nauczyciele nie byli tak... wredni, jak ona. Nie była zbyt zachęcającą osobą. Jako, że była pierwszym nauczycielem, z którym zajęcia mieć mogliśmy, mogła skutecznie zniechęcić do jakiejkolwiek nauki. Kiedy będę starsza, chyba poproszę Alfy o zamienienie ją na kogoś innego. Jak chce sobie uczyć, to ewentualnie później i to jeszcze czegoś innego. Można być wymagającym, ale nie tak, jak ona. Była straszna. Posłałam jej nienawistne spojrzenie.
Myślami byłam już na lekcji kreatywności, na którą miałam się udać za kilka dni. Nie była ona obowiązkowa, więc możliwe, że będę jedyną osobą, którą na nią przybędzie, ale może nauczyciel będzie bardziej wyrozumiały i wszystko wytłumaczy od początku. Mogłam działać, ale tylko mając odpowiednie podstawy, których jednak mi nie dawała Yuki. Miałam w planach szybko zakończyć naukę, osiągając naprawdę dobre efekty, by mieć to z głowy i nie męczyć się z tym do końca mojej edukacji, ale jak to się skończy - zobaczymy. Po lekcji chciałam poprosić tatę, aby nauczył mnie paru podstawowych rzeczy o polowaniu, żebym nie była w tyle w stosunku do starszych kolegów i koleżanek.
Zatrzymaliśmy się na jednej z łączek w środku Zielonego Lasu. Była porośnięta wysoką trawą, od pyłków której trochę mnie zakręciło w nosie. Gdzieniegdzie wychylały się kolorowe kwiatki. Yuki dała nam znak, abyśmy się ukryli. Podczas gdy lustrowała spojrzeniem łąkę, my czekaliśmy na znak. Szeptem Aoki, Moone i Shen krótko mi wyjaśnili, co powinnam zrobić, aby nie zepsuć akcji i jak wykonać odpowiedni skok. Po tych radach kazali mi patrzeć na nauczycielkę, która wyda nam znak do startu. Chociaż na coś się przydali. Może mają szczyptę szans na moją przyjaźń. O ile mają coś wartościowego do przekazania, przyjmę ich obecność bez oporów. Jeżeli jednak będą próbowali rozmawiać o bzdurach, mogą się spotkać z ignorancją. Ot, taki sobie plan ubzdurałam. Jak to się skończy - zobaczymy.
Yuko machnęła łapą, więc ruszyliśmy na oślep. Kątem oczu obserwowałam pozostałe szczeniaki, orientowałam się, w którym kierunku biegną, oszacowałam odległość. Nie chciałam na nie wpaść. Nagle wyczułam soczysty aromat zajęczego mięsa. Jest niedaleko. Przyspieszyłam. Nawet nie wiedząc kiedy znacznie wyprzedziłam rówieśników i jako pierwsza dopadłam nic nie przeczuwającego gryzonia. Zrobiłam to na tyle szybko, że nie tylko chwyciłam jego miękki grzbiet w szczęki, ale również potykając się o niezauważony przeze mnie kamyk, przekoziołkowałam kilka razy, nieświadomie przy tym miotając zającem. Musiał uderzyć głową o jakiś kamyk, bo gdy podniosłam się ze kotłowanej trawy, wisiał z mojego pyska całkowicie nieruchomy i wykrzywiony pod dziwnym kątem. Miałam zbyt małą szczękę, by go dalej utrzymać, więc zwyczajnie mi wypadł z zębów. Kręciło mi się przy tym w głowie, więc usiadłam.
Szczeniaki zorientowawszy się zapewne, że coś jest nie tak, kiedy do mnie dotarły, już wcale nie biegły. Był to raczej trucht. Potrzebowały dobrej chwili, by zorientować się, co się stało. Martwy zając leżący przed moimi łapkami mówił najwyraźniej sam za siebie, bo Shen zagwizdał przez zęby.
- Nieźle - skomentował. Za chwilę zza trawy wyłoniła się Yuki. Musiała się domyślić, co zaszło, bo była wściekła.
- To miała być praca grupowa.
- Ale się jej udało - bronił mnie Shen, jednak go całkowicie zignorowała.
- Chcesz się popisać, co? Łamiąc moje nakazy niczego nie osiągniesz - mówiła groźnym tonem, zbliżając się do mnie. Siedziałam dalej niewzruszona. Ziewnęłam.
- Więc to tak się bawimy? Zamierzasz mnie całkowicie ignorować i sama sobie wydawać polecenia? Lekceważysz przy tym nauczyciela. Naskarżę twojemu ojcu na to, jak się zachowujesz...
A ja na panią - pomyślałam, będąc w pełni świadomą, że co prawda samodzielnym polowaniem nieco zagroziłam swojemu zdrowiu, ale z drugiej strony będąc absolutnie pewną, że wina była równa. W końcu nie wyjaśniła mi, co zrobić. Gdyby nie pozostałe szczeniaki, mogłoby się to wszystko skończyć wprost tragicznie. Nie chciałam udawać skruszonego malucha, nie było mi ani trochę żal swojego występku. Przynajmniej mam okazję do drobnej zemsty. Karma zawsze wraca.
Wzięła kilka uspokajających oddechów. Wiedziałam, że tak się robi, bo moja ciocia często w ten sposób czyniła, kiedy ktoś ją czymś zdenerwował. Ona jednak umiała trzymać złość na wodzy. Yuki sobie z tym nie radziła i w dodatku nic sobie z tego nie robiła. Mruknęła pod nosem jeszcze kilka nieprzyjemnych słów, odwróciła się na pięcie i zagłębiła w wysoką trawę.
- Idziemy - warknęła. Reszta szczeniaków posłusznie podążyła za nią. Tylko ja, patrząc na martwego zająca, zaczęłam się zastanawiać, co z nim zrobić. Szybko go pochwyciłam w pyszczek i poszłam tunelem z traw wydrążonym przez grzbiet Yuki i łapki pozostałej części grupy. Nie czekali na mnie. Jak tylko udało mi się ich dogonić, nauczycielka posłała mi niezadowolone spojrzenie.
- Zostaw to - syknęła. Speszona odłożyłam truchło zająca w krzaki, jednak zapamiętując miejsce. Zamierzałam po niego wrócić. Po co marnować jedzenie?
Resztę lekcji spędziła na prawieniu nam morałów co do słuchania jej, przeplatanego pozorną nauką robienia rozbrajania wnyków, w których utknęła zwierzyna zdatna do jedzenia, którą możemy zaciągnąć w krzaki i tam bezpiecznie spożyć. Tak właściwie, to jej nie słuchałam. Skupiałam się wyłącznie na próbach otworzenia metalowych zębisk, w które wcześniej wsadziła kości jakiegoś jelenia. Oczywiście wyzywała mnie jeszcze kilka razy, ale wiedząc, że robiła kompletnie niesłusznie, to także zlekceważyłam.
Czekałam na tatę po lekcjach dłużej, niż dnia poprzedniego. Kiedy tylko przyszedł, a Yuki mogła wrócić do swojej jaskini (oczywiście przy tym głośno narzekając), oświadczyłam:
- Jecenie. Idźiemy.
Kiedy zaczęłam go samodzielnie prowadzić do krzaków, w których porzuciłam zająca, nie zadawał pytań, rozumiejąc, że rzucone przeze mnie hasła oznaczały, że albo znalazłam jedzenie, albo miejsce, gdzie było go dużo. Pod drodze opowiedziałam mu krótko o tym, jak zostałam potraktowana przez nauczycielkę. Zareagował zmęczonym westchnięciem.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

piątek, 21 kwietnia 2017

Od Kai'ego "Watson, mamy problem! Cały świat się wali!" cz. 9

Lato, rok 2018
- Łżesz! - wrzasnął ponownie.
- Dlaczego miałbym niby kłamać?
- Żeby... żeby... - Z trudem łapał powietrze - Żeby odwrócić moją uwagę!
- Obmyślę tę możliwość - powiedziałem ze spokojem. Wyglądał na naprawdę rozwścieczonego. Jego pierś drżała. - Widzę, że też masz problemy z oddychaniem w trudnych sytuacjach. Masz to za tatusiem.
- NIE!! - krzyknął, wściekle kłapiąc zębami tuż przed moją szyją. Uniesienie podbródka uratowało mnie przed ugryzieniem.
- Co ci strzeliło do łba? Byłeś takim uroczym szczeniakiem - zagadywałem dalej. Przyuważyłem, że jeden łańcuch jest dłuższy. Może gdybym tak...
- ZAMKNIJ SIĘ!
Wziąłem zamach silną łapą w taki sposób, że łańcuch owinął się wokół jego gardła. Spróbowałem usiąść, co spowodowało naprężenie się i napieranie na siebie ogniw. Draven miotał się, próbując rozdrapać łańcuch, który tak łatwo zdołałem o niego zahaczyć. Jak się okazało, nie był wcale tak mocny, jak się wydawało, bo już po chwili się zerwał. Zauważyłem, że jeden pod siłą mojego syna również pękł. Został tylko ten na mojej lewej przedniej łapie i prawej tylnej. Miałem brązowego basiora na chwilę z głowy. Sapał nie tylko z utraty tchu, ale i także z nerwów. Szarpnąłem kilka razy. Miałem dość siły, by nagiąć kilka ogniw, jednak nie rozerwać. Kiedy Draven uniósł głowę, posłałem mu wyzywające spojrzenie.
- Ty... - zaczął, chcąc się na mnie rzucić. Obroniłem się jednak, turlając się w bok. Łańcuch trzymający moją tylną łapę pękł, a ten, który przytrzymywał przednią, podciął kończyny kata. Wrzasnął, tracąc równowagę. Gruchnął głucho o ziemię.
- Beznadziejne te łańcuchy. Strasznie zardzewiały - skomentowałem, podnosząc się z ziemi. Starałem się nie ukazywać zbytnio mojej siły, tak, by sądził, że rozerwanie łańcuchów wcale nie było zasługą moich mięśni, tylko zwykłemu osłabieniu metalu. Warcząc, powoli się podniósł. Przybrałem pozę bojową, cofając się o kilka kroków. Przez chwilę się okrążaliśmy: on rozdrażniony, ja całkowicie opanowany.
- Chcesz walczyć z własnym ojcem? Nie marzyło mi się nigdy spotkanie w taki sposób. Wiem, że w głębi duszy jesteś dobrym chłopcem i wcale nie chcesz źle. Ta wadera cię do tego zmusza? - mówiłem, zagłębiając się w jego umysł. Zamierzał zaatakować poprzez wbicie zębów w mój kark, obrócenie się i przyduszenie swoim ciężarem do ziemi. Nie mam pojęcia, kto go szkolił, bo był znacznie ode mnie lżejszy. Kimkolwiek był jego nauczyciel, musiał być w tym beznadziejny.
Draven rzucił się na mnie, z dokładnie takim zamiarem, jak przewidziałem. Zrobiłem uskok, unosząc wciąż spętaną łańcuchem łapę na wysokość jego piersi. Uwiesił się na nim. Teraz gardłowy warkot przerodził się w żałosne piśnięcie. Zaśmiałem się cicho. Podwinął tylne łapy pod siebie, zupełnie jak ogon. Pomimo tego, że jakby chciał, mógł dotknąć ziemi. Za chwilę łańcuch dramatycznie pękł, a on spadł na ziemię. Jako, że stałem na tylnych łapach, opadłem. Nadal miałem niezbyt wygodne obręcze na trzech z czterech kończyn, ale to był mój najmniejszy problem. Zawsze istniała możliwość tłumaczenia tego jako modną ozdobę.
- Nie jesteś moim ojcem - Warknął, kiedy się tylko pozbierał. Ponownie zdecydował udawać wielce groźnego, strosząc futro - Nie mam ojca. Był nieudacznikiem. Nie jest godzien naszej krwi. Porzucił matkę na rzecz własnych wygód. Powinien zostać wygnany na zawsze! Skazany na śmierć!
Zacząłem się śmiać, co go trochę wytrąciło z transu. Jego mięśnie zelżały. Wykorzystałem ten moment, by na niego skoczyć. Przetoczyliśmy się kilka razy, ale to ja skończyłem, będąc na górze i przytrzymując jego łapy swoimi. Nie był zdolny do ruchu. Właściwie, to chyba nawet nie chciał się uwolnić. Jego oczy były okrągłe ze strachu.
- Bzdury wam nagadała. Cała ona... To aż po prostu śmieszne. Nie widziałeś, jak mną pomiatała? Oczywiście, że nie. Robiła wszystko, by utrzymać pozory, że było inaczej. Tak, jak ona chciała to widzieć. Dopiero po czasie zrozumiałem. Wciąż mnie to boli... ale teraz widzę, że cała ta żałość nad sobą przez te wszystkie lata była na nic. Kto cię szkolił? Nie umiesz nawet walczyć. Pokonał cię stary basior, który w dodatku był przykuty do podłoża - zakpiłem - Mogłeś zostać w Watasze Magicznych Wilków. Tam dostałbyś staranne szkolenie w tej dziedzinie. Jakiekolwiek pranie mózgu ci nie zrobiono, wiem, że gdzieś w głębi duszy chcesz wrócić i nie jesteś głupi. Trochę zaślepiony, ale nie głupi.
Zszedłem z niego. Głośno dysząc, nadal leżał na plecach. Wyglądał na wyraźnie przytłoczonego tym, co właśnie mu przekazałem.
- Inu...! - wykrztusił po chwili, patrząc pustym spojrzeniem w odległe krzaki. Przekląłem, orientując się, że od dłuższej chwili stała tam Alfa. Wycofałem się o kilka kroków, w pełni gotowości na atak. Nie wiedziałem, czego się po niej spodziewać, jednak wyglądała na lepiej przygotowaną, niż Draven. Majestatycznym, choć zdecydowanym krokiem się do nas zbliżyła.
- Słabeusz - syknęła, przechodząc obok Dravena. Skulił się. Zacząłem mu współczuć.
- Zawsze się tak na nim wyżywałaś? - zapytałem, nie odrywając od niej wzroku. W jej oczach było coś niedostępnego, co sprawiało, że nie umiałem wejrzeć do jej umysłu. Zdarzało mi się to niezwykle rzadko.
- Dlaczego mówisz w czasie przeszłym? - uśmiechnęła się ironicznie. Popatrzyłem błaganie na syna, ale jego spojrzenie mówiło nie prowokuj, daj się pokonać. Wykorzystała chwilę nieuwagi na wzięcie zamachu i wycelowania pazurów w mój pysk. Na szczęście udało mi się uchylić. Treningi w watasze jednak na coś się zdawały.
- Skąd ta nienawiść?
- Jesteś tu wrogiem. Nie możesz tu przychodzić.
- Czyżby? - zakpiłem. Nakręciłem w taki sposób, że teraz zbliżaliśmy się do Dravena. Zamierzałem go szturchnąć, aby zrobił COKOLWIEK. Aby w jakikolwiek sposób okazał, że ma w sobie krew wojownika. Że nie jest babą.
- On nie wstanie - syknęła, dostrzegając, że na niego spoglądam.
- Ja jednak wciąż w niego wierzę - powiedziałem ze spokojem, rzucając się na nią. Zrobiła unik. Zobaczyłem, że zza krzaków wybiega wiele innych, równie sponiewieranych jak Draven, wilków. Wyglądali na niedożywionych.
- To twój koniec, staruchu - oznajmiła, uśmiechając się triumfalnie. Zatrzymałem się, gotów do starcia. Nagle zostałem oślepiony. Zrobiło się gorąco. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że nastąpił wybuch, a teraz całą łąkę trawiły płomienie. Przemieszczały się nienaturalnie prędko, wszystkie zmierzały w kierunku wrogich mi wojsk. Odwróciłem się do Dravena. Uśmiechnąłem się, widząc, że zerwał się na równe łapy, a jego skupione spojrzenie mówiło mi o tym, iż to jego sprawka. Posłał mi przelotne spojrzenie i wypowiedział nieme "uciekaj". Nie wiedziałem do końca, o co z tym wszystkim chodzi, skąd to pranie mózgu, ale zdecydowałem się usłuchać. Pobiegłem z dala od morderczych płomieni, zagłębiając się w las. Biegnąc, zdawałem się niemal latać. Łapy lekko odbijały mnie od chłodnego podłoża, nie wytwarzając żadnego hałasu. Obejrzałem się raz jeszcze przez ramię. Palące gorąco w plecy stopniowo zanikało, jednak duszący dym nadal był wyczuwalny.
Nagle usłyszałem w swojej głowie głos. Głos, który słyszałem już wcześniej. Dokładnie ten sam, który wyśpiewywał anielską pieśń. Głos mojej córki. Achity.
Zaopiekuj się nią.
Nie miałem pojęcia o kogo chodzi, jednak to, że przesłała mi telepatyczną wiadomość dało mi jasny znak, że faktycznie odziedziczyła moje zdolności. Przesłanie jednej wiadomości z jednej ze stron znaczyło, że mogę jej odpowiedzieć, o ile moje wystarczało mi umiejętności.
Kim?
Moją córką. Została w watasze. Na pewną ją poznasz. Będzie u was bezpieczna - rzekła. W tonie jej "głosu" wyczuwalny był lęk. Nie wróżyło to nic dobrego.
Achita, córeczko? Co się tutaj dzieje?
Tym razem odpowiedziała mi kompletna cisza. Byłem dziadkiem? Przeszły mnie dreszcze, jednak nie przerywałem ucieczki. Tak wiele mnie ominęło... Musiałem jak najprędzej przekonać się, co miała przez to na myśli. Zapachy stawały się coraz mniej wyraźne. Oddalałem się z terenów tej przeklętej watahy. Miałem nadzieję, że Draven sobie poradzi. Tak wielkie nadzieje w nim pokładałem... Liczyłem w to, że jednak mocą nadrabia swoją niezgrabność. Jeśli tak, to dlaczego mnie nie atakował zaklęciami?

Nie uzyskałem jednak na to nigdy odpowiedzi. Co dokładnie zleciła mi Achita, również pozostało dla mnie zagadką przez najbliższe kilkanaście miesięcy. Wracałem kilka razy na tereny, na których mieszkały moje dzieci, jednak za każdym razem zastawałem równie tragiczny widok. Doszczętnie spalony obszar, gdzieniegdzie poznaczony wyraźnymi śladami po bitwie potężnych czarów. Nikt już później się nie osiedlił w tym miejscu. Dopiero uzyskawszy całkowitą pewność, iż tam nikogo nie odnajdę, postąpiłem kolejny krok w kierunku odkryciu prawdy o tym, jaki los spotkał nasz cały ród...

czwartek, 20 kwietnia 2017

Od Shenvedő Ashe "Lekcja Obrony" cz.1

Sierpień 2019 r.
 Obudziłem się. Eh. Życie. A co myślałeś? Że pojawisz się w niebie? Tak, w niebie z Navri. Oczywiście. Ehhh. Wstałem, wyczyściłem skrzydła, wyszedłem. A tu co? Oczywiście brzask. Zero słońca. Zero. Ehhhhhh. Poszedłem do Wodopoju. Wypiłem trochę wody. Ciekawe gdzie mieszkają szanowne panie Aoki i Moone. Poszedłem przez Wrzosową Łąkę. Zacząłem szukać ich jaskiń. Szukając tak w końcu odnalazłem jaskinie Monne. Może tak coś jej zrobić? Wiem! Podszedłem do niej. Chwyciłem ją za kłąb, tak by się nie obudziła. Zacząłem ją ciągnąć, co szło mi z wielkim trudem. Była taka ciężka. Gruba bym powiedział. Na jej miejscu ograniczyłbym spożywany tłuszcz. Jęknęła. Usłyszałem, że ktoś nadchodzi. Wszystko działo się tak szybko.
- Hej, Mo... - zobaczyłem nadchodzącą Aoki. Spojrzała się na mnie. - co ty TU robisz? - warknęła.
- Przecież to jest moja jaskinia - powiedziała przez sen Monne. Zaśmiałem się pod nosem.
- Monne! - krzyknęła Aoki, a ja zestresowany ominąłem Aoki i zacząłem uciekać. Po chwili zaczęły mnie gonić. Skoczyłem, rozwinąłem skrzydła i poleciałem w górę. Leciałem tak, a gdy byłem pewny, że za mną nie podążają, wylądowałem w dziwnym miejscu.
- Miau, miau - usłyszałem miauczenie. Podążyłem w tamtą stronę. Zobaczyłem wejście do jaskini. Niepewnie wychyliłem głowę. Zobaczyłem Navri udającą kotka. 
- Mrrrrrmrr - mruczała wtulając się w futro, jej ojca? Chyba tak. Chociaż wcale nie była podobna. Patrzałem na to co wyprawia. TO było dziwne. Był już ranek. Wycofałem się i poleciałem do szkoły. Tooo było dziwne.... Bardzo dziwne. Teraz lekcja obrony. Poczekałem chwile na innych. Dosłownie po paru sekundach przyszedł szaro-czarny basior. Nauczyciel. 
- Dzień dobry - przywitał się.
- Dzień dobry - przywitałem się.
- Jesteś dziś bardzo wcześnie - powiedział.
- Wiem.
- To se poczekamy na resztę - powiedział. I czekaliśmy. Po paru minutach usłyszałem głosy. 
- A kto tu jest? - Obróciłem się w tył. Nikogo nie było. Do przodu też. Odwróciłem się w bok. Zobaczyłem Aoki.
- Zbok - prychnęła Monne - jeżeli następnym razem to zrobisz, to urwę ci te skrzydła zanim piśniesz - zagroziła
- Bo uwierzę - powiedziałem.
- O co ta gównoburza? - zapytał nauczyciel.
- O nic - powiedziały razem i prychnęły.
- A wy co, konie jesteście? - Zaśmiałem się. Zabiły mnie wzrokiem.
- Idź się utop - powiedziała Aoki.
- Jesteście na lekcji uspokójcie się - powiedział Pan Nauczyciel.
- Dobsze- powiedziała obrażona Aoki. Na lekcji było nudno. Mówił co i jak. Nie słuchałem się. Po nudnym ranku przyszła pora na inną nudną lekcje...
 
C.D.N

Uwagi: Nie "poszłem", tylko "poszedłem"! Z tym "d" w środku! W opowiadaniach raczej nie powinno się pisać "se", no chyba, że to cecha charakterystyczna postaci, a takowa do stylu mowy Fermitate nie należy...

Od Suzanny "Wyłamanie ze schematu" cz. 2 (cd. Sierra)

Styczeń 2019 r.
Wyrzucili mnie z pracy. Tak jak myślałam. Dawno mnie w końcu nie było, musiałam się liczyć z tym, że się w końcu mnie pozbędą. Potarłam ręką zmęczoną twarz. Jakoś nie miałam głowy do dodatkowego biegania do pracy, podczas gdy miałam masę roboty w watasze. Samo pilnowanie byłych członków Watahy Czarnego Kruka było dość męczące, nie wspominając o rekrutacji czy kontrolowaniu wszystkich dyżurów. Nawet, jeśli pomagał mi Fermitate, było to niezwykle trudne. Przeszły mnie dreszcze na samą myśl, że wedle tego, co mówił, już za rok go ze mną nie będzie. Samodzielnie radzić sobie z nawałem roboty... Przecież się nie rozmnożę.
Otrząsnęłam się z tej myśli. Czas na rozważania, co zrobić, będzie później. W sumie stojąc tak pod dachem przy wejściu do huty szkła i czekając, aż przestanie tak lać, doszłam do wniosku, że praca robocza raczej nie była dla mnie. Lepsza by była jakaś mniej męcząca fizycznie, papierkowa... Trochę dorosłam, więcej zrozumiałam, więc wiem, co chcę w życiu robić. Udało mi się nawet nauczyć czytać. Byłam z tego powodu bardzo z siebie dumna. Bardzo przydatna umiejętność, jednak wymagała lat praktyki. Może powinnam uczyć tego w szkole? Nie, nie miałabym na to czasu. Westchnęłam w duchu. Tak wiele mogłabym osiągnąć, gdyby tylko dzień nie był tak krótki.
Nagle moje bystre oczy wypatrzyły dwójkę dość osobliwych ludzi. Szczupły mężczyzna, który przypominał mi nieco papugę, niósł równie barwy parasol, a tuż pod nim stała kobieta. Była średniego wzrostu, ubrana w żakiet i dopasowane spodnie o pastelowej barwie. Jej włosy były ciemnobrązowe, koloru gorzkiej czekolady, zebrane w luźny kok, a oczy jasne, przenikliwe. Pod lewym okiem miała dwa pieprzyki. Zastanowiło mnie to, czy nie jest im zimno, ale chwilę później uświadomiłam sobie, że musieli wysiąść przed chwilą z czarnego, wyraźnie drogiego auta.
- There's a perfect place for this scene. Take a photo and let's go to next road.
- That's right, Mrs. Vinyl - potaknął mężczyzna i zrobił zdjęcie chodnika. Ujęli na nim również i mnie. Posłałam im mordercze spojrzenie. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale nie chciałam pojawić się na okładce żadnego z magazynów. Kiedy przechodzili tuż obok mnie, warknęłam:
- Hej, wy!
Obrócili się w moim kierunku. Ich oczekujące, choć nieco niewyrozumiałe miny wskazywały na to, że mam mówić.
- Usuńcie to zdjęcie.
Patrzyli na mnie jak na głupią.
- Can you speak in English, please? And we haven't got too much time, so you must be a fast.
Nic nie rozumiejąc, poczułam jeszcze większą złość. Zdecydowanie nie był to dobry dzień do denerwowania mnie. Szczególnie, że się nie wyspałam.
- Nie będziecie mnie tutaj zaklinać żadnymi czarami! Mówcie po polsku, inaczej sama wam zabiorę to... - zwróciłam wzrok na urządzenie, które mężczyzna wciąż ściskał w dłoniach - ten... aparat!
Dalej patrzyli na mnie tak, jakbym spadła z księżyca. W końcu kobieta włożyła ręce do kieszeni i na odchodnym rzuciła:
- I said: we haven't got time for a strangers.
Papuga oczywiście pognał za nią, a barwny szalik się za nim ciągnął, powiewając na wietrze. Pilnował, aby nie zalał jej deszcz. Rozzłoszczona kopnęłam pobliską puszkę wypełnioną deszczówką. Trafiłam w okolice nóg przybyszów, przez co ich nogawki były teraz zalane. Z ust kobiety wydobył się okrzyk zaskoczenia. Nie dowierzała w to, co właśnie zrobiłam. Włożyłam ręce do kieszeni, nie odrywając od nich wzroku. Było mi już zimno w dłonie.
- What... you... - wydusiła kobieta, na co ja tylko wzruszyłam ramionami. Wyglądała na naprawdę wściekłą, jednak uznawszy, że nie warto się dalej wykłócać, odeszła. Teraz przynajmniej patrząc na to zdjęcie przypomną sobie brudne spodnie i zmarznięte nogi. Westchnęłam cicho i oparłam się o ścianę.
Powoli zaczynało się wypogadzać. Ulewa zmieniła się w mżawkę, jednak pomimo bluzy z kapturem, nie miałam chęci się jeszcze stamtąd ruszać. Nagle wypatrzyłam dziwnie znajomą sylwetkę. Wyszła z posterunku policji, jednak po jej zachowaniu poznałam, że wcale nie była na żadnym przesłuchaniu, tylko zwyczajnie tam pracowała. Zmarszczyłam brwi. Wyrzucili ją? Nie, wyglądała na zbyt spokojną. Ukucnęła przy przystanku autobusowym i wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów. Kiedy sięgała po zapalniczkę, zwróciłam uwagę na jej oczy. Nie przypominały tych zwyczajnych, ludzkich. Była w nich dzika głębia.
Najciszej jak tylko umiałam, postanowiłam się zbliżyć. Zapach wskazywał na to, że miałam do czynienia z wilkiem. W dodatku z mojej watahy. Poczułam się głupio, że nie umiem jej rozpoznać, jednak postanowiłam tego nie ujawniać. Oparłam się o kant ściany, tak, by znaleźć się jednak pod dachem.
- A zdaje się, że wilki nie mogą palić - skomentowałam.
- Widzisz wyłamuję się ze schematów.
Prychnęłam.
- Żeby co? Nie umrzeć ze starości, jak pozostali, tylko na raka płuc? To żadna imponująca indywidualność.
- To moja sprawa, rozumiesz? Nie możesz się wtrącać w moje życie... - wtedy odwróciła twarz w moją stronę. Uśmiechnęłam się krzywo, wyraźnie ironicznie. Dopiero kiedy zrzuciłam kaptur, jej oczy się rozszerzyły. Poznała mnie.
- Suzanna?
Skinęłam głową. Po chwili jednak uznawszy, że nie ma sensu dziwić się mojej obecności dalej, nieco się rozluźniła się i zaciągnęła ponownie. Kiedy gryzące opary dotarły do mojego nosa, zakasłałam i pomachałam przed twarzą ręką.
- Wiesz, że palacze bierni są bardziej narażeni, niż czynni? - zapytałam.
- W takim razie odejdź.
- Chcę ci tylko to uświadomić - Nagle przypomniało mi się, skąd kojarzyłam jej krwistoczerwone oczy. Była tą koleżanką starej wyroczni. - Kai nie byłby zadowolony.
Znieruchomiała na ułamek sekundy, po czym prychnęła z pogardą. Zaciągnęła się ponownie. Wyglądało na to, że nic sobie z tego nie robi i robić nie zamierza.
- No nic, widzę, że cię to nie ruszy. W porządku. Nie mogę ci zabraniać takich rzeczy. To rzeczywiście twoje życie i szkodzisz samej sobie. Tylko proszę, nie rób tego w pobliżu pozostałych wilków, dobrze?
Mruknęła coś niezrozumiale. Nagle zobaczyłam, że kobieta wraz z jej papuzim towarzyszem wracali. Uśmiechnęłam się z do nich chytrze. Ona mnie jednak całkowicie zignorowała, robiąc długie kroki, a fotograf dalej kicał ponad kałużami z parasolką. Później z rękami skrzyżowanymi na piersi obserwowałam, jak wsiadają do czarnego samochodu. Początkowo sądziłam, że w środku jest jakiś szofer lub to Papuga będzie kierować, jednak kobieta widocznie zdecydowała się sama tym zająć. Grzecznie usiadł wraz z aparatem na tylnym siedzeniu. Odjechali.
- Kto to był? - zapytała cicho palaczka.
- Nie mam pojęcia, ale zrobili mi zdjęcie - mruknęłam z niezadowoleniem, przypominając sobie tamtą sytuację - Kompletnie nie da się z nimi dogadać. Mówią coś w jakimś innym języku z dziwnym akcentem. Przyjechali do Polski, a po polsku mówić nie umieją...
- Może po angielsku? To język między narodowy.
Zrobiło mi się gorąco. Międzynarodowy? To oznaczało, że każdy musiał go znać. Niestety ja miałam okazję porozumiewać się tylko po polsku i podjąć próbę kilku, nieco starszych rodzajów magicznej mowy, jednak szło mi to fatalnie. Kompletnie nie miałam do tego głowy.
- Tak? - wydusiłam z siebie. Zaśmiała się ironicznie, najwyraźniej rozumiejąc, co tutaj zaszło. Nie skomentowała tego jednak w żaden sposób. Oj no, każdemu zdarzają się błędy...
- Zróbmy wymianę - zaproponowałam po chwili, akurat wtedy, kiedy zduszała niedopałka butem.
- Jaką?
- Ty nikomu nie powiesz o mojej wtopie, a ja nie powiem Kai'emu o tym, że palisz.
- A miałaś zamiar to zrobić?
- Cóż, to już zostawię dla siebie - powiedziałam nieco nieprzyjemnym tonem. Zamyśliła się, po czym z zrezygnowaniem oznajmiła:
- Niech ci będzie - zrobiła pauzę - Ale obiecujesz?
Zaśmiałam się.
- Akurat słowa to ja zawsze dotrzymuję.
Trochę jej ulżyło. Wstała na równe nogi.
- Pracujesz tu? - Kiedy skinęła głową, zapytałam: - Masz przerwę?
- Coś w tym rodzaju... Jestem zwolniona z reszty godzin z dzisiaj.
Pokiwałam w zamyśleniu głową. Dobrze, że przynajmniej ktoś martwił się o utrzymanie domu w Mieście. Swoją drogą ciekawe, czy ktokolwiek go odwiedzał.
- Przestało padać. Wracasz do watahy? Możemy iść razem - zaproponowałam, choć raczej wolałam przebywać sama. Odrobina towarzystwa od czasu do czasu chyba jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

<Sierra? Ciesz się i raduj, że w końcu ktoś odpisał. Nic specjalnego co prawda... ale przynajmniej masz co pisać.>