Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 28 lutego 2016

Od Kirke: "Dwa różne światy, lecz wspólny język" cz.3

- Głupia! Kretynka! Wariatka! Zwariowałaś Kirke myślałaś, że twój wróg jest dobry! Kirke pogięło cię! - krzyczałam do siebie w myślach chodząc w kółko. Usiadłam i zaczęłam płakać. Miałam nadzieję, że On jest inny... a mnie zdradził. Była umowa którą złamał... jak mogłam...
- Nie słuchaj tych którzy mówią, że księżyc jest z sera... - jego ostatnie słowa które obiły mi się o uszy. Księżyc nie jest z sera... On tylko tak wygląda na pierwszy rzut oka... Jest z... Moje rozmyślanie przerwało przybycie Kasume.
- Asai kazała mi ją przesłuchać na OSOBNOŚCI - wilki przytaknęły i odeszły.
- Zadowolony?! - warknęłam.
- Ciii! Nie tak głośno! - wyjął kluczę i mnie uwolnił - pokaże ci skrót żebyś mo...
- A skąd mam wiedzieć czy to nie pułapka jak tam w lesie? - warknęłam i wyszłam niechętnie.
- Tylko ja mogę cię zabić, pamiętasz? Teraz nie gadaj, tylko chodź... zanim się rozmyślę... - szybko i bezgłośnie pobiegliśmy w stronę głównej sali. Jednym ruchem łapy mnie zatrzymał.
- Poczekaj tu... - Kasume ochlapał mnie jakąś mazią i szybko przebiegliśmy w stronę... biblioteki?
- Wiedziałam! - zatkał mi pysk łapą. Zaczęliśmy słyszeć jak idą w naszą stronę kroki.
- Schowaj się! - wepchnął mnie gdzieś i otworzyło się jakieś tajne przejście. Zaczęłam nasłuchiwać.
- Kasume? Ktoś tu jest?! - spytał jeden.
- Gdyby był, to bym to zgłosił, wariacie - warknął, patrząc na nich.
- Jesteś walnięty, Kasume... - warknęli obaj.
- Chcesz się bić?! Chętnie spróbuje twojej krwi i zobaczę jak oczy ci wylatują z orbit - drugi basior wydawał dźwięki jakby miał zaraz się posikać ze śmiechu. Warknął niechętnie i odeszli. Przyszedł do mnie i zamknął tajemne przejście.
- Nie mamy wiele czasu... w drogę - zaczęłam za nim iść w ciszy. 
- Czemu mi pomagasz? - spytałam miłym tonem głosu, a ten popatrzył na mnie wzrokiem... Ale nie wzrokiem psychopaty lub kogoś godnego zemsty... popatrzył na mnie wzrokiem przyjaciela.
- Bo jako jedyna nie chciałaś mnie zabić - westchnął - O tym nikomu ani słowa, jasne?
- Oczywiście, mój władco - uśmiechnęłam się tak samo jak Kasume. Chodziliśmy równym tempem. Łapy kładliśmy jakbyśmy tańczyli, a ogony machały w idealnym rytmie dokładnie tak samo. Wnet zaczęła grać muzyka. Jakby padał deszcz i grała spokojna muzyka.
- Ty to robisz? - spytałam.
- To przez deszcz. Jesteśmy prawie na miejscu - zobaczyłam małe światełko w tunelu. Zaczęłam biec w stronę wyjścia. Gdy dobiegłam poczułam jak deszcz obmywa moje futro. Wzięłam głęboki oddech.
- Najszybciej jest do twojej watahy tamtędy - pokazał łapą i zaczęły bić dzwony.
- Uwaga! Wadera uciekła powtarzam! Wadera uciekła! - Kasume na mnie skoczył i udawał, że mnie atakuje, a ja delikatnie go odepchnęłam. Zaczęliśmy odgrywać scenkę bitwy, a gdy mnie uderzył bardzo mocno ja udałam, że go oszołamiam i uciekam w wskazaną przez niego stronę.

****

Biegłam nadal nie oglądając za siebie. Deszcz zmienił się w burzę. Ja biegłam z łzami. Przypomniałam sobie wszystko od nowa... od kiedy byłam szczeniakiem... jak poznałam Kasume. Co dla mnie zrobił. Dobrze, że nic mu nie będzie. Piorun uderzył o gałąź i o mało na mnie nie spadł. Biegłam coraz szybciej. Deszcz nie pokazywał moich łez z wyrzutów sumienia. Widziałam już watahę. Chciałam pobiec do jaskini i się w niej zamknąć tak, aby nikt nie wszedł. Usłyszałam łamiącą się gałąź. Stanęłam jak słup patrząc jak na mnie spada, gdy nagle cień przebił dużą gałąź na pół. Popatrzyłam za siebie widząc Kasume, który łapą pokazał, że nikt się nie skapnął i, że on jest bezpieczny jak i ja. Przytaknęłam na znak, że rozumiem odbiegłam do watahy i poszłam do Van.
- Vanessa? 
- Kirke? - przytuliła mnie skrzydłami, nie było widać moich łez. I dobrze. Nikt nie może wiedzieć co się wydarzyło w tamtych dniach...

< Podobało się? ^^>

Uwagi: Zapomniałaś o kilku przecinkach.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Od Sarah "Kiedyś nadejdzie starcia czas" cz. 6

Basior, który stał nade mną, uśmiechał się szyderczo. Jakim cudem wpadłam w jego pułapkę, tego nie wiem sama. Wyglądał na młodszego ode mnie, na pewno głupszego. Przy tym był mięczakiem z niewyparzoną gębą.
- Młodą damę to w ogóle do wojska przyjęto? - zaśmiał się. - Troszkę szybko panna wpadła w moje łapy.
- Śmiej się, śmiej - burknęłam, przyciśnięta do ziemi. Miałam gdzieś, że równie dobrze mógłby w tej chwili zadać śmiertelny dla mnie cios. Wszystko miałam gdzieś, liczyło się to, że trzeba bronić watahy. Trzeba pokazać, na co mnie stać. Uderzyłam go tylną łapą w brzuch, przednią wymierzyłam mu coś na styl policzka. Przeturlałam się na bok i wstałam. Patrzyliśmy sobie w oczy, czekając, aż któryś zaatakuje. Wilk uśmiechnął się z politowaniem.
- No dalej. Kobietom się ustępuje. - powiedział.
- Kobieta żąda, byś to ty zrobił pierwszy ruch.
- Dobrze więc.
Zamachnął się łapą, z zamiarem "podcięcia" mi nóg. Uskoczyłam. Za drugim razem jednak się mu udało i przewróciłam się na trawę. W locie zafundowałam mu trzy, krótkie rany, w okolicach płuc. Podniosłam się i rzuciłam na niego. Wbiłam pazury głęboko w jego skórę, zęby również, w okolicach karku. Usiłując mnie zrzucić, zadał mi kilka głębokich ran na nodze i brzuchu. Powstrzymując krzyk, zacisnęłam szczęki jeszcze bardziej. Usłyszałam chrupnięcie. Sparaliżowany basior opadł bez sił na ziemię, wpatrując się we mnie bolesnym wzrokiem. Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł. Westchnęłam i mocno ugryzłam go w szyję, zabijając go. Przecież nie będę patrzeć, jak wolno umiera, mam swój honor i godność.
Poziom adrenaliny spadł, a ja poczułam tak gwałtowny ból, że o mało nie ugięły się pode mną łapy. Położyłam się na trawie i by troszkę sobie ulżyć, zamroziłam sobie łapę i podbrzusze. Leżąc chwilę, myślałam. Czy dobrze zrobiłam? Może lepiej by było, bym została w jaskini? Przecież nie jestem wojowniczką, nie powinno mnie tu być. Gdybym trafiła na silniejszego wilka, albo choćby mądrzejszego, źle by ze mną było. Trudno, czasu nie cofnę, tak jak niektóre wilki. Wrzaski na polu walki momentalnie ucichły. Dźwignęłam się i poszłam w tamtą stronę. Skryłam się za krzakiem, i wyjrzałam zza niego. Wszystkie wilki zaprzestały walki, a raczej niektóre, te, które były w centrum wydarzenia, które przyciągnęło moją uwagę.
D w ó c h   A l e k s a n d r ó w stało koło siebie, mierząc się wzrokiem. Jeden z nich, trzymał swoje pazury bardzo blisko Kiiyuko, tak, jakby zamierzał ją rozszarpać. Mówił coś bardzo cicho do tego drugiego, prawie niesłyszalnie. Nagle, ten wziął leżący koło nich miecz i odciął temu pierwszemu głowę. Przerażony swoim czynem upuścił broń i spojrzał na leżącą w kałuży krwi część ciała. Za chwilę otrząsnął się, zabrał głowę i poszedł w las. Osłupiałe wilki z Watahy Asai stały jak wryte.
- Odwrót! - wrzasnął ktoś i wataha się wycofała. Po prostu.
Wataha Magicznych Wilków natychmiast przystąpiła do rozmów i leczenia ran. Ranna Kiiyuko nie mogła się podnieść. Podbiegłam do niej i pomogłam jej wstać.
- Co ty tu najlepszego robisz? - spytała tonem zatroskanej (byłej już, co prawda) Alfy.
- Jak to co, pomagam ci wstać. - Tja, ja i moja ironia.
- Sarah, nie jesteś wojowniczką - mówiła. - Mogło ci się coś stać, i stało.
- Chwilowo sobie poradzę.
Kii, dotychczasowo stojąca niepewnie na czerech łapach, przewróciła się, znowu.
- Pójdę po Astrid - powiedziałam.
Podniosłam głowę. Moim oczom ukazał się niezbyt miły widok: pobojowisko całe w plamach krwi, leżące nieprzytomnie wilki, ranne bardziej lub mniej. Niektóre z nich krążyły między poszkodowanymi, bandażując im rany i nakładając okłady. Pośród nich zobaczyłam Astrid.
- Astrid! - zawołałam. - Chodź na chwilę.
- Zaczekaj - odkrzyknęła.
Ruszyłam w jej stronę. Klęczała nad mocno poranioną od ognia wilczycą.
- Poparzona - mówiła pod nosem. - Okłady mi się skończyły...
- Kiiyuko.
- Co Kiiyuko?
- Kiiyuko jest ranna.
- Gdzie jest?
Wskazałam miejsce, w którym leżała Kii.
- Co do okładów - zaczęłam - to mogę cię wyręczyć.
- Dobrze - powiedziała i pobiegła do byłej Alfy.
Nieprzytomna wadera ocknęła się.
- Wody... - wyszeptała.
- Już podaję. - powiedziałam żartobliwie, wykopałam dół i natychmiast przywołałam wodę. Napiła się, po czym bezwładnie położyła głowę na ziemi. Zrobiłam jej okład z lodu na wszystkich jej ranach, po czym usiadłam. Słońce niemiło piekło, co nie poprawiało stanu niektórych rannych. Skupiłam się, starając przyzwać noc. Nic się nie zadziało.
No cóż - pomyślałam - mam jeszcze wiele do nauki.

 Uwagi: "Nade mną" piszemy osobno. Nie "puapkę", tylko "pułapkę". Nie ma takiego słowa jak "poddźwignęłam". Rozwijaj skróty (WMW = Wataha Magicznych Wilków). Literówki...

środa, 17 lutego 2016

Od Dante "Obca czy znajoma?" cz. 14 (cd. Astrid)

- Dobra, zostawmy jak na razie temat muzeów i pomyślny jak możemy zdobyć pieniądze. - oświadczyła, kiedy napad śmiechu już ustał - Może pożyczymy od funduszy watahy?
Astrid postawiła parujący kubek tuż przed moim nosem.
- Nie uda się. Inni od razu zaciekawią się po co nam te pieniądze... Ale może podwędzisz trochę od wypłaty...?
- Jasne, nie ma sprawy. Ale pod warunkiem, że chcesz czekać prawie miesiąc - zaśmiała się lekko.
- To ja już nie wiem - oznajmiłem, spuszczając w wzrok.
- Ja też nie... - mruknęła. Zapanowała cisza. Rzeczywiście tkwiliśmy w martwym punkcie. Już naprawdę nie wiedziałem, co mielibyśmy zrobić, aby wyprawić sobie właściwy pogrzeb.
- Chociaż... Czekaj chwilę - rzekła po chwili. Z nową nadzieją podniosłem na nią wzrok. Dziewczyna wstała i ponownie podeszła do kamienia, na którym miała postawione wszystkie swoje rupiecie. Zaczęła za nie zaglądać, przesuwać, podnosić, oglądać pod każdym możliwym kątem... Nic nie komentowałem, gdyż zbyt zajęty byłem nie tylko obserwowaniem jej poczynań, a także wdychania aromatu ziołowego naparu przygotowanego przez przyjaciółkę. W pewnej chwili uniosła przejrzysty słoik, w środku którego leżał jakiś brązowy woreczek, zapewne wykonany z jakiejś cienkiej, wyprawionej skóry. Sprawnie wyciągnęła korek, a następnie zawiniątko. Kiedy uniosła to na wysokość swojej twarzy, coś w środku zagruchotało.
- Co to? - zapytałem zainteresowany.
- Moje oszczędności jeszcze ze studiów - odparła, na następnie odstawiła słoiczek, na który delikatnie nałożyła z powrotem korek. Rozwiązała sznureczek, którym spętany był woreczek, który najwidoczniej nazywała swoim "portfelem" i wysypała drobniaki na otwartą dłoń. Z dołu dostrzegłem jeszcze kilka banknotów. Wciąż bacznie obserwując Astrid, podmuchałem w gorącą herbatę, aby przyspieszyć jej stygnięcie.
- Powinno starczyć, ale jedynie na tanią trumnę.
- To kiedy pójdziemy do miasta po nią? - zapytałem, na co ta odwróciła głowę w moją stronę, wyraźnie bardzo zaskoczona moją wypowiedzią. Zgaduję, że właśnie palnąłem coś głupiego.
- My? Ty zostajesz. Dziwię się, że w ogóle wpadłeś na taki pomysł. Jak na razie nie możesz się przemęczać.
- Czyli co? Ja mam siedzieć na tyłku, kiedy ty będziesz podbijać miasto? - mruknąłem, ponownie dmuchając w kubek.
- Podbijać? Kupując trumnę? - Posłała mi długie, matczyne spojrzenie, na co ja patrzyłem na nią z dołu błagalnym wzrokiem. - Dante, idę sama. Ty musisz tu zostać. Ledwo żyjesz.
Postarałem się być jeszcze bardziej uroczy, unosząc wyżej brwi.
- Dam radę.
Wciąż nie odpuszczałem. Uśmiechnąłem się delikatnie, nie spuszczając wzroku z jej oczu. Westchnęła zirytowana.
- Jak ty to robisz, że potrafisz mnie do wszystkiego przekonać? - Wyszczerzyłem się jak skończony idiota... czyli tak jak zawsze zresztą. - Idziemy jutro. Za taki wyskok Suzanna da nam nieźle popalić... Nie powinieneś zbytnio się przemęczać jako wilk, nie wspominając o postaci człowieka...
Prychnąłem. Już lekko przesadzała... nie jest moją matką, by mi rozkazywać. Szczerze mówiąc to nikt nie miał prawa mi rozkazywać. Ja przecież nie mam matki. Już nie.
- To kiedy idziemy? - zapytałem radosnym tonem.
- Jutro - oświadczyła całkowicie pewna siebie.
- Czemu nie dziś?
Westchnęła, dramatycznie wywracając oczami.
- Znając życie wywrócisz się po drodze, nie mogąc wstać. - Uniosłem jedną brew, zaciskając usta w cienką kreskę. Popatrzyła na mnie jeszcze przez chwilę, po czym oświadczyła:
- I zgaduję, że i tak nie odpuścisz, póki się nie zgodzę.
Ponownie na moim pysku pojawił się szeroki uśmiech. Cieszyłem się, że w końcu zrozumiała. Niebieskowłosa oderwała się od blatu, o który już wcześniej po raz kolejny się oparła i wzięła z wieszaka kurtkę. Mebel ten wykonała ze zwyczajnej gałęzi znalezionej w lesie. Wciągnęła ręce w rękawy i popatrzyła na mnie w oczekiwaniu.
- W takim razie idziemy - oświadczyła. Podniosłem się z ziemi tak szybko, że zapominając całkowicie o herbacie, popchnąłem kubek łapą, na co ten niebezpiecznie się zachwiał, aż w końcu całkiem nie przewrócił. Podłogę zalała gorąca ciecz. Popatrzyłem na As, opuszczając uszy i ogon.
- Ups...
- Umyjesz to jak wrócimy... rozumiemy się? - zarządziła, patrząc na mnie groźnie. Pokiwałem szybko głową. - Zatem... możesz się już zmienić w człowieka. Zobaczę, w jakim stanie będziesz. Ponownie skinąłem głową i zamknąłem oczy. Czułem się teraz już dużo bardziej na siłach, dzięki czemu to nie sprawiło mi najmniejszego problemu. Kiedy otworzyłem oczy, byłem już dwu, może trzykrotnie wyższy niż poprzednio.
- Odwróć się - oznajmiła, obserwując mnie z uwagą. Podeszła bliżej. Zrobiłem co kazała, na co ta dała znak ciągnąc delikatnie za kaptur mojej ciepłej kurtki na znak, abym ją zsunął z ramion. Wykonałem polecenie.
- Gdzie podziałeś koszulkę?
Wzruszyłem ramionami. Nie miałem zielonego pojęcia. Raz była tu, raz tam, ale nigdy nie na mnie.
- Chyba nie będziesz paradować po mieście topless... - mruknęła.
- Czemu nie? - zaśmiałem się. Odwróciłem się ponownie do niej przodem, zakładając kurtkę jak należy. Posłała mi prawdziwie mordujące spojrzenie.
- No dobra, dobra... Jest w mojej jaskini.
- No ja myślę - mruknęła i już wyszła ze swojego domu. Ja podążyłem za nią, wiedząc, że ta wie, gdzie mieszkam. Sam z zainteresowaniem popatrzyłem na to, w jakim stanie jest moje ciało. O dziwo bandaże wciąż przylegały do ciała, tamując upływ krwi. Może nawet i to lepiej. To jednak nie wykluczało tego, że gdzieniegdzie widoczna była już zakrzepła krew, co sprawiało efekt człowieka, który właśnie wyszedł spod kół samochodu, bądź jak kto woli - tira.
Chwilę później stanęliśmy przed wejściem do mojej jamy. Astrid dała mi znak, abym wszedł tam sam. Jak kazała, tak zrobiłem, jeszcze po drodze ściągając kurtkę. Szybko wypatrzyłem szary i biało-niebieski T-shirt rzucony niedbale gdzieś w kąt. Zdecydowałem, że tym razem wciągnę na siebie ten szary. Poszło gładko, dzięki czemu prędko wróciłem do As. Akurat zakładałem kurtkę, kiedy ta mierząc mnie wzrokiem zapytała:
- Od jak dawna chodzisz w tych samych ciuchach?
- Nie wiem.
- Pierzesz je chociaż?
- Od czasu do czasu się zdarzy - Zaśmiałem się, na co ta pokręciła głową, dając znak, że powinienem robić to częściej. Udawałem oburzenie, jednocześnie otulając się bardziej kurtką. - Wypraszam to sobie, ale kurtkę prałem dwa tygodnie temu.
- A koszulkę? Jeansy? I te... buty? - mówiąc ostatnie słowo, popatrzyła na zniszczone obuwie bliżej nieokreślonej firmy.
- Mam prać buty? To już chyba lekka przesada.
- A co z resztą? - uniosła brew.
- Oj, no... już nie czepiaj się.
- Będę musiała cię kiedyś zaciągnąć na zakupy. Jeśli będzie taka potrzeba, zwiedzimy każde centrum handlowe w Mieście.
Na samą myśl o tym zawróciło mi się w głowie. Cały dzień ganiać po sklepach za jedną bluzką? Miałem tylko dwie i to mi wystarczało. Jeansów miałem jedną parę, tak samo jak i butów czy kurtkę, którą w szczególności lubiłem. As ruszyła na zachód, więc ja podążyłem w ślad za nią.
- Pamiętaj, żeby nie wdarło ci się zakażenie - zakpiła. Przymrużyłem oczy, jednocześnie robiąc z ust dzióbek.
- Czy ty mi coś narzucasz?
- Że się nie myjesz? Owszem - roześmiała się. Ja odruchowo zrobiłem to samo. Może i uchodziłem w jej oczach za strasznego flejtucha, jednak przyznam szczerze, że wolę być czysty, niż całkowicie brudny. To jednak nie jest w tej chwili ważne ani istotne.
Kiedy w końcu stanęliśmy w drzwiach pierwszego zakładu pogrzebowego, od razu doskoczył do nas niski, pulchny sprzedawca.
- Dzień dobry! - rzucił na powitanie. Jak na grabarza musiał być wyjątkowo pogodnym człowiekiem.
- Witam... - odpowiedziała As. To właśnie jej swoim milczeniem powierzyłem prowadzenie rozmowy - Szukam trumny. Tylko jakiejś taniej.
- Taniej trumny, panienka powiada?
Dziewczyna skinęła głową, na co jej błękitne loki podskoczyły radośnie. Obserwowałem to w skupieniu, zwalczając dziwny impuls, by ich nie dotknąć, sprawdzić czy rzeczywiście są tak miękkie i owinąć sobie wokół palca. Ciekawe jakiej odżywki stosuje. Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, a następnie potruchtał do innej sali. As niechętnie podążyła za nim, więc ja postąpiłem tak samo. Wolałem nie zostawać sam na sam z rzędami ustawionych w całym pomieszczeniu trumien, do których niebawem miały być włożone ciała nieboszczyków. Zdecydowanie milej dla mnie prezentowała się wizja podziwiana loków przyjaciółki. Zatrzymaliśmy się dopiero przy jednej z większych trumien.
- Mocna, dębowa trumna w okazyjnej cenie. Posiada wiele misternych wzorów na wieku i wewnątrz wyłożona jest miękkimi poduszkami.
As oglądała ją przez chwilę, aż nie zobaczyła ceny. Oniemiała zaskoczona.
- A jest może coś w granicach... dwustu złotych?
Pączek (bo właśnie na takiego pączka mi ten facet wyglądał) wybuchnął śmiechem, a jego rumiane policzki stały się jeszcze bardziej czerwone niż dotychczas.
- Dwieście złotych? Trumny w takiej cenie dla tak rosłego męża pani nigdzie nie znajdzie.
Dopiero kiedy dziewczyna odwróciła się w moją stronę, zorientowałem się, że mowa była o mnie. Zaskoczony i mocno zdezorientowany zacząłem wpatrywać się w grabarza.
- To... nie jest mój mąż.
- Brat?
- Po części. Po prostu przyjaciel - wytłumaczyła szybko, a ja na to tylko przytaknąłem potwierdzająco głową. Pączek westchnął i popatrzył na mnie zasmucony.
- Czyli nie ma nikogo z rodziny, kto by o niego po śmierci zadbał... rozumiem - powiedział, patrząc na zakrwawiony bandaż otaczający moją szyję.
- Ale on nie umiera...
- Jak to? - facet zmarszczył brwi, już tracąc do nas cierpliwość. Mógł przecież wziąć nas za parę nastolatków, którzy przyszli do niego tylko po to, by się ponaśmiewać. Właściwie to nie dziwiłem się temu, bacząc na jego dość zabawny wygląd. Dziwiłem się, że jeszcze nie popękały mu guziki ciasno opinającej jego brzuch marynarki.
- To... dla mojej kuzynki. Wie pan, flaki i te sprawy... miała... wypadek. Trumna nie musi być duża ani ładna. Kto będzie oglądał coś, co jest głęboko pod ziemią?
Popatrzyłem w zdumieniu na dziewczynę, jednak nie komentując jej wymysłów. Co ona kombinowała? Chciała go oszukać?
- Kuzynki? Pewnie te wilki, których wycie często słychać z lasu ją rozszarpały.
- Nie, nie, nie... To nie tak. Po prostu... nie chcę o tym rozmawiać.
- W takim razie rozumiem, lecz najtańsza trumna jest w cenie dwóch tysięcy. Ile kuzyneczka miała lat?
- Osiem. Tylko...  nie mam aż tylu pieniędzy. Nie mógłby pan nieco zejść z ceny? Albo sprzedać nam zwykłe deski?
- Niestety luźnych desek nie posiadam... lecz mogę sprawdzić na zapleczu.
- W porządku. Niech pan idzie - oznajmiła. Pączek odwrócił się na pięcie i odszedł. Odczekałem, aż zniknie za grubymi drzwiami zaplecza i wlazłem do trumny, krzyżując ręce tak, jak miały mumie na tych wszystkich zdjęciach. Kiedy As odwróciła się w moją stronę o mało nie dostała zawału.
- Łaaa! Jestem Tutenchamon jakiś tam! Zjem wam mózgi! - wykrzykiwałem, wywracając oczy na zewnątrz białkami.
- Wyłaź, rozumiesz! Już! - syknęła cicho - Jak wróci i cię zobaczy, już po nas!
Zaśmiałem się i wyszedłem z trumny. Już chwilę później facet wrócił, w bezradności unosząc ręce po bokach.
- Niestety zbędnych desek brak.
- A gdzie pan je kupuje? Zna pan jakiegoś taniego drwala? - dopytywała moja przyjaciółka. Ja już jednak słuchałem tylko w połowie, bo moją uwagę przykuł kolejny klient wchodzący do środka sklepu. Oglądał z uwagą wszystkie wystawione trumny, a jego długi, czarny płaszcz powiewał przy każdym kolejnym jego kroku. Zmarszczyłem brwi. Kogoś mi on przypominał, ale nie wiedziałem, kogo.
- Tak... - odpowiedział ostrożnie - Ma siedzibę dobre kilkadziesiąt kilometrów stąd.
Miał krótkie ciemne włosy, które właśnie przeczesał palcami. Zdawał się nas nie zauważać, choć staliśmy w pustej ramie drzwi prowadzącej do kolejnego pomieszczenia, a głosy niosły się po całym sklepie.
- A dojeżdża tam jakiś autobus? Pociąg? Cokolwiek? - pytała gorączkowo niebieskowłosa.
- Niestety nie.
- W takim razie... do widzenia - mruknęła. Chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła do wyjścia. Młody mężczyzna w płaszczu w końcu podniósł na nas wzrok. As pociągnęła mnie taką drogą, że przez chwilę znajdowałem się z nim w twarzą w twarz. Przez ułamek sekundy patrzyłem w jego oczy koloru ochry, a on w moje koloru niebieskiej toni. W jego spojrzeniu była dziwna zaciętość, jakby chciał mi rzucić wyzwanie na pojedynek. Wychodząc z budynku jeszcze odwróciłem głowę przez ramię, by zobaczyć jego tyczkowate ciało przyodziane w czarny płaszcz.
- Och, to znowu pan Purpura? Czym jest pan tym razem zainteresowany? - od razu doskoczył do niego Pączek, a wtedy drzwi się zatrzasnęły. Otworzyłem szerzej oczy. Niemożliwe. Tylko mi się zdaje. To tylko złudzenie. Mężczyzna w płaszczu jeszcze patrzył przez chwilę tym swoim dziwnym wzrokiem na mnie, a następnie odwrócił twarz w stronę sprzedawcy. Nie mogłem tam wrócić, gdyż poddałem się woli As i szedłem za nią, powłócząc nogami. Wciąż ciągnęła mnie za nadgarstek. Byłem w głębokim szoku. W końcu się zatrzymaliśmy, stojąc kilkanaście metrów dalej. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę.
- Co jest?
- Co...? E... nic... - mruknąłem, wciąż patrząc w jeden punkt, gdzieś za jej barkiem. Później po moim policzku spłynęła łza. Uniosła brwi zaskoczona. Takiej reakcji chyba się nie spodziewała. Szybko otarłem ją rękawem kurtki i uśmiechnąłem się lekko.
- Wszystko ok. Nic mi nie jest. Po prostu... coś mi wpadło do oka.

<Astrid? Danny i tak nie potrafi sprecyzować, o co tak naprawdę mu chodzi, więc nic nie wyjaśni.>

Uwagi: brak

Od Nico "Historia jakiegoś szczeniaka" cz. 3 (Cd. Suzanna)

Pod wpływem barwy głosu wadery, lekko się skuliłem. Wiedziałem, że jestem w tej chwili bardzo natrętny, co działa na złość wilczycy, ale bardzo mi zależało na tym, by w razie czego mieć jeszcze możliwość spotkania rodziny, a z nimi zostać nie mogłem.
- Ale... - zacząłem łamiącym się głosem.
- Żadnego „ale”. Wracaj do swoich i powiedz im, że nie jesteśmy głupi. - przerwała mi wadera. Uniosłem łeb i spojrzałem jej w oczy. Spojrzenie miała równie zimne jak głos. Poczułem nagły przypływ odwagi.
- Pani tego nie rozumie?! Nie mogę wrócić! - wybuchnąłem, po paru sekundach kontynuowałem z bezsilnością w głosie - Nie była pani nigdy w takiej sytuacji, kiedy nic nie ma znaczenia, ma się sprzeczne emocje? Z jednej strony chcę się rzucić przeszłość w diabły, a z drugiej nie można zapomnieć tego co było.
Samica się zamyśliła.
- Nie. - powiedziała krótko. Wtedy to już całkowicie nie wytrzymałem. Straciłem wobec niej szacunek i oddałem się emocjom, które kotłowały się we mnie już od jakiegoś czasu i dopiero teraz znalazły miejsce wyjścia.
- Świetnie! W takim razie pani nie zrozumie tego wszystkiego. Po co w ogóle strzępie sobie język. Jest pani taka sama jak te wszystkie wilki z mojej watahy. Daje pani etykietkę komuś, zanim go pani pozna. Nie jestem taki jak pani się wydaje. I na pewno nie jestem szpiegiem! Gdybym nim był, już dawno bym się zdradził! Przykro mi, że psuję cały pani pogląd na szczeniaki, które miały pecha mieszkać akurat po tej stronie od pani watahy! Przepraszam, że w ogóle miałem czelność ratować swoje życie uciekając kompletnie nieświadomie w stronę tej watahy! - krzyczałem. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale kazało mi to wykrzyczeć swoje myśli. Po tym jak skończyłem mówić poczułem niesamowitą ulgę. Chwilę potem dodałem już spokojniej – Jest jakiś sposób, by udowodnić, że mówię prawdę? - Spojrzałem na waderę. Ta wydawała się trochę zbita z tropu moim wybuchem i szybkim przejściu do spokojnego pytania o możliwość udowodnienia jej, że mówię prawdę. Szybko się jednak otrząsnęła. Zmierzyła mnie wzrokiem i zamyśliła się.
- Kim ty jesteś i dlaczego masz czelność mnie osądzać? Jesteś jeszcze szczeniakiem, co ty wiesz o prawdziwym życiu? - spytała z lipnym spokojem. Nie potrafiła wystarczająco ukryć zdenerwowania, co ją jeszcze bardziej denerwowało.
- Wystarczająco wiele. - powiedziałem patrząc jej w oczy. Dalej nie wiem, skąd czerpałem tą odwagę, ale ta pozwalała mi na wypowiedzenie słów, które normalnie nie przeszłyby mi przez gardło.

<Suzanna? Przepraszam, że tak długo i krótko...>

Uwagi: "Nieświadomie" piszemy razem.