Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 3 lutego 2016

Od Yuki "Mroczny zamek" cz. 2

Wędrowałam po nieskończonym korytarzu. Ból głowy był nieznośny więc co chwilę przystawałam opierając się o brudne ściany poplamione jakąś mazią. Moje futro na lewym boku było już całe poplamione od tej mazi. Jak dalej szłam wzdłuż korytarza to ściany rozbiły się węższe. "Niech mi nie mówią, że idę w złą drogę" powiedziałam. Gdy popatrzałam naprzód, podczas gdy opierałam się o ścianę, zauważyłam tamtą kobietę. Stała w rozszerzeniu ścian. Wyglądała jakby się czaiła na kogoś, kto stał za ścianą. Zaczęłam iść wolniej i ciszej, uważając gdzie stawiam łapy. Gdy byłam parę metrów od niej, ona odwróciła się w moją stronę. Pokazała abym się zatrzymała. Nie rozumiałam po jakiej ona jest stronie. Tego zamku czy mojej. "Klucz w misce... A teraz jeszcze To..." rozmyślałam. Nagle usłyszałam dziwny odgłos, przez który przeszły mnie ciarki. Dopiero teraz zauważyłam, że trzymała coś w jednej ręce. Nagle to coś rzuciła za ścianę. Warczenie, piski i wycia dobiegały zza ściany. Odwróciła się w moją stronę i pokazała, że mam za nią iść. "Mam za nią iść? Po co?" Pomyślałam. Stałam tak zdezorientowana aż ona nagle walnęła mnie laską. "POŻAŁUJE" krzyknęłam w myślach. Rzuciłam się na nią, jednak chybiłam, bo uciekła za ścianę. Zaczęłam ją gonić. Zauważyłam, że ona prowadzi mnie do schodów. Wbiegła na schody, a ja za nią skoczyłam na pierwszy stopień. Pobiegła na górę schodów. Podążałam za nią. Zatrzymała się przy wyjściu z klatki schodowej. Wbiegłam na ostatni stopień, na którym stała ona. Stała i słuchała co się dzieje za drzwiami. Usłyszałam nucenie z dołu. Kobieta zdesperowana popatrzała na mnie swoimi oczodołami, na których była naciągnięta brązowa skóra. "Ufasz mi?" usłyszałam głos w mojej głowie. "TY MÓWISZ?!" krzyknęłam w myślach. "No raczej!" ten sam głos odezwał się w mojej głowię. "Nie wiem co chcesz zrobić... " pomyślałam niepewnie. Wyciągnęła łańcuch z pleców i kucnęła. "Nie ruszaj się" głos zabrzmiał wtedy, kiedy zaczęła zawiązywać moje przednie łapy. "Co Ty robisz?!" pomyślałam. "Pomagam ci wydostać się z zamku" odpowiedziała, wtedy kiedy skończyła zawiązywać moje przednie łapy, a zaczęła zawiązywać tylne. Usłyszałam kroki z dołu schodów. Kobieta zaczęła zawiązywać mój pysk. Gdy skończył się jej łańcuch, zabrała mnie na ręce. "Żeby nikt mnie nie zobaczył" pomyślałam. "Udawaj, że zemdlałaś" głos zabrzmiał w mojej głowie. Zamknęłam oczy i puściłam  swoje ciało jak bym nie miała nad nim kontroli. Poczułam obecność kogoś lub czegoś. Kroki się zatrzymały. Chwila ciszy. Czułam, że kobieta rozmawia z kimś w umyśle. Nagle kroki podeszły bliżej. Poczułam okropny smród. Nagle ktoś zaczął mnie wąchać. Po chwili napięcia kroki odeszły. Odetchnełam z ulgą. Otworzyłam oczy. "Czekaj..." powiedziała mi w myślach. "Musimy przejść przez pokój pielęgniarek" powiedziała. Zrozumiałam, że mam zamknąć oczy. Kobieta weszła do pokoju. Cisza. Czułam się jak pupilek noszony na rękach. Dyskomfort namawiał mnie do ucieczki, ale próbowałam nie uciekać. Po chwili kobieta położyła mnie na ziemi. Otworzyłam oczy. Korytarz. Kobieta miała ubrudzone ręce od mazi, która była na moim barku. Kucnęła i zaczeła rozplątywać łańcuchy. Po chwili byłam już wolna. "Musisz dalej pójść sama" zabrzmiał znów głos w moich myślach. "Tu masz wskazówki, jak gdzie dojść" dała mi papierek, który okazał się być mapą. Chwyciłam go w pysk. "Dziękuje ci" pomyślałam. Ona poszła do tyłu, żegnając się. Spojrzałam na mapę."Więc... muszę iść prosto i potem skręcić w prawo, tam są schody do parteru. Ach... mapa samej piwnicy..." pomyślałam. Zwinęłam mapę, zabrałam ją w pysk i zaczęłam iść prosto przez ciemny korytarz. Według mnie nie można było go nazwać ciemnym, ponieważ doskonale widziałam w ciemności. Gdy doszłam do końca korytarza ujrzałam stare kręcone kamienne schody. Po paru schodkach od razu wiedziałam, że kręcone schody nie należą do moich ulubionych. Nagle stawało się jaśniej. Doszłam do końca drzwi. Okazało się, że koło drzwi stała pochodnia. Wyrzuciłam mapę i spróbowałam otworzyć drzwi. Musiałam stać na tylnich łapach by tą klamkę otworzyć. Koniec końców się udało. Weszłam do pokoju z zegarem. Tym samym co wtedy. Krótsza wskazówka była za liczbą jeden, a dłuższa koło trzy. "Pamiętam drogę powrotną" pomyślałam i zaczęłam iść pokojami. Doszłam w końcu do wyjścia. "To piekło się w końcu skończy" nasyneła mi się myśl. Popchnęłam drzwi. Nie chciały się ruszyć. Zaczęłam je pchać jeszcze mocniej.
- No proszę... - powiedziałam, zaciskając kły i pchając na nie z jeszcze większą siłą. Tu nie wydawały się na spróchniałe, raczej na solidne. Usłyszałam śmiech za sobą. Był kobiecy, tak jakby podwójny.
- Głupia - powiedział - jakbyś nie wiedziała, że stąd nie ma ucieczki... Yuko, daj spokój - "Skąd ten ktoś zna moje imię?" pomyślałam - przecież marzyłaś o miejscu, w którym będziesz szanowana i znana - nie dość, że znała moje imię to jeszcze moje marzenie, po tym jak Ripple zmarła -  popatrz mi w oczy, nie stój jak słup soli - odwróciłam się. To była moja matka.
- To niemożliwe... - powiedziałam - przecież zginęłaś, Ojciec cię zabił...
- Dostałam drugą szansę - powiedziała. Naglę zauważyłam, że jej lewa tylna łapę jest niebieska. Zrozumiałam że ten zamek chce mnie wykończyć.

<C.D.N>

Uwagi:  Powtórzenia again. Nie chce mi się ich poprawiać. Czemu "oplamione"? Nie powinno być "poplamione"? "Wzdłuż" piszemy razem. "Węższe" całkowicie pokręciłaś i wyszło Ci strasznie dziwne słowo, a mianowicie "węrzszę". "Naprzód" w tym kontekście piszemy razem. Po raz kolejny przekręciłaś słowo, czyli zamiast "rozszerzeniu" napisałaś mi "rozżeszeniu"... No i nie bardzo wiem, czym jest to "rozszerzenie ścian". "Warczenie, piaski i wycia"... zaraz, jakie piaski? Zapominasz o ogonkach pod "e" w niektórych czasownikach (wzięła, kucnęła, odetchnęłam, zaczęła itd.). "Kątrola"? Doprawdy, ciekawe. "Kontrola" piszemy przez "on". Nie "tylnie łapy", tylko "tylne łapy"! Napisałaś wszystko w jednym akapicie... wygodniej się czyta, gdy jest on jakoś podzielony. "Jakby" piszemy razem. "Z tond"... ja nie wierzę... trzy błędy w wyrazie czteroliterowym... "stąd", jak już.

Od Sarah "Nowe stado" cz. 3 (cd. Astrid/Lihtium Vane/chętny)

Po dołączeniu do watahy na stałe, bardzo się ucieszyłam. W wilkach było jednak coś, co nie pozwalało mi długo z nimi przebywać, coś, czego nie mogłam znieść. Nie było to na pewno zbytni optymizm lub pesymizm, ani gadatliwość niektórych, tylko coś innego.
No tak. Ta wataha była ze sobą bardzo mocno zżyta, zupełnie jak moja...
Przez te smutne wspomnienia postanowiłam, że pójdę i znajdę sobie jakiś kąt, w którym poczuję się lepiej, ale dopiero po zmroku. Lubiłam spacerować kiedy było ciemno.
Co prawda, to prawda, rzucałam się wtedy w oczy przez moje białe futerko, no ale kto by na to zwracał uwagę? Jak ktoś mnie zauważy, to po prostu powiem, że idę na spacer. W sumie będzie to prawdą.
Do nocy zostało jednak sporo czasu. Postanowiłam wybrać się w góry, więc spytałam waderę, która wcześniej przedstawiła się jako Astrid, o drogę. Ta wyjaśniła mi bardzo dokładnie, a potem spytała:
- Idziesz polować?
- Nie, raczej się przejdę. Chociaż... - zamyśliłam się. - Macie tam jakąś zwierzynę? Troszkę głodna jestem.
- Hm. W górach mamy oczywiście dużo zwierząt, ale tam królują kozice. Mniam... Aż mi ślinka cieknie.
- Lubię kozice. Nawet smaczne i łatwo złapać.
- Ha! Łatwo? - zaśmiała się wilczyca. - Żartuj sobie, żartuj. Jak cię kopnie to nie będziesz już w nastroju do...
- Ja wcale nie żartuję.
- Hahaha! Ta! Na pewno! - wilczyca tak się rozchichotała, że aż musiała usiąść.
- No co? Tam gdzie mieszkałam, zwierzyny było bardzo mało. Same kozice. Szkoliłam się na polowania na nie w poprzedniej... - urwałam. Wspomnienia wróciły. Miałam przed oczami okropny widok, który zobaczyłam, zanim uciekłam jak tchórz. W moich oczach pojawiły się łzy, które szybko wytarłam.
Astrid musiała to zauważyć.
- Coś jest nie tak? - spytała.
- Wszystko dobrze... Po prostu... Nie, już nic - wytarłam kolejne łzy i twardo spojrzałam przed siebie.
- No, mam nadzieję. - powiedziała, dając wyraźny znak, że chce zmienić temat.
- Więc... Idziemy na te kozice, czy tchórzymy przed kopniakiem? - zmusiłam się do uśmiechu.
Na razie nie mogę przecież myśleć o takich sprawach, aktualnie tylko mój żołądek się liczy.

***
- Dobra, prezentuj swoje umiejętności. - powiedziała Astrid, gdy dotarłyśmy na miejsce.
Rozejrzałam się wokół. Widok cudowny, niemożliwy do opisania. Jasnoszare skały pięknie wyglądały przyprószone białym puchem. Prawie bezchmurne, niebieskie niebo silnie kontrastowało z porośniętymi partiami gór.
Dostrzegłam młodą kozicę, na półce skalnej jakieś pięć metrów nad nami. Podbiegłam trochę w prawo i zaczęłam dość zwinnie wdrapywać się na górę, omijając cel szerokim łukiem. Gdy znalazłam się około metr nad nią, upewniłam się, że nie spadnę, a potem zeskoczyłam tuż obok kozicy. Skoczyłam na nią zanim się zorientowała, że w ogóle jestem tuż obok niej. Przygwoździłam ją łapami do ziemi, a zęby zanurzyłam w jej szyi. Ale ona zrobiła coś, czego kompletnie się nie spodziewałam: zrzuciła mnie i - co prawda - krwawiąc, rzuciła się do ucieczki. Najgorsze było to, że zdążyła jeszcze zamachnąć się swoimi "ozdobami" na głowie, raniąc moje prawe ucho. Było to tylko zadrapanie, więc bólu nie czułam. Bardziej czułam tylną łapę, w którą musiała kopnąć, kiedy jeszcze leżała.
Zdezorientowana patrzałam na skałę, za którą zniknęła.
- Nic ci nie jest? - zawołała z dołu Astrid.
- Nie, nic - odparłam i zaczęłam schodzić z górki, lekko kulejąc.
- Nic? A twoje ucho? Przecież kulejesz!
- Ee, tam. To tylko zadrapanie, nogę też sobie wyliżę.
- No dobra, ta ranka niedługo zejdzie, ale nie wiem co z nogą.
- Mówiłam będzie okej. Ale... jakim cudem ta kozica mi umknęła? Ona jakaś zmutowana jest, czy co?
- Nie - wadera roześmiała się. - te nasze są po prostu wymagające. Ale było nawet okej. Nieźle ją poraniłaś.
- No może, ale nadal jestem głodna. - jęknęłam.
- Zaraz pójdziemy zapolować na coś innego - stwierdziła i uśmiechnęła się. - Jak na razie to z tą nogą trzeba coś zrobić. Powinnam mieć ze sobą jakieś bandaże...
Odwróciłam głowę, żeby znaleźć jakąś inną kozicę. Gdy znowu spojrzałam w jej stronę, zamiast zobaczyć wilczycę, dojrzałam niebieskowłosą kobietę, która szukała czegoś w kieszeniach.
- Odsuń się ode mnie! - krzyknęłam i zaczęłam się cofać z położonymi po sobie uszami.
- Sarah, co jest? - powiedziała.
- Zostaw mnie w spokoju! - obnażyłam szczęki.
Dziewczyna spojrzała za siebie, w prawo i lewo, a potem znowu na mnie. Podniosła dłoń i na nią popatrzała.
- Aha, o to ci chodzi! To ty nie wiedziałaś, że umiem zmienić się w człowieka?
- Co? Astrid?
- No raczej, baranie. - zaśmiała się.
- Ja... sory, że na ciebie nawrzeszczałam.
- Nic się nie stało. Tylko... czemu tak reagujesz na ludzi?
Nie odpowiedziałam. W sumie nawet nie musiałam, bo chyba się domyśliła.
- Dawaj łapę. Muszę ci ją zabandażować, a tak mi będzie łatwiej - powiedziała po chwili ciszy.
Przyłożyła mi bez słowa kawałek gałęzi do bolącego miejsca i starannie owinęła.
- Na razie tyle wystarczy. Kiedy wrócimy do watahy, zbadam cię lepiej - zaczęła i zmieniła się w wilka. Nareszcie. - a na razie idziemy do lasu. Złapiemy jakąś sarnę czy jelenia.
***
Gdy byłyśmy syte, wróciłyśmy na tereny mojej nowej "rodzinki". Zaprowadziła mnie do jaskini, która służyła wilkom jako szpital. Zdjęła opatrunek, zbadała mnie, coś tam mruknęła.
- Masz skręconą łapę - powiedziała w końcu. - muszę ci ją unieruchomić, a potem zdezynfekuję twoje ucho.
- Okej, cokolwiek to znaczy.
Usztywniła mi łapę, potem na chwilę poszła czegoś poszukać. Gdy wróciła (w formie człowieka), niosła malutkie pudełko. Otworzyła je, wyjęła coś podobnego do kropel do oczu, które miałam już okazję zobaczyć. Kazała mi przez chwilę mieć uszy nieruchomo. Zamknęłam na chwilę oczy, chcąc już stąd wyjść. Miałam zamiar pobiegać, nawet ze skręconą łapą, w końcu muszę troszeczkę potrenować na stanowisko goniącego. Poczułam lekkie pieczenie.
- Puścisz mnie już stąd? - spytałam, znudzona.
- Za chwilę, szczeniaku - uśmiechnęła się. - Musimy poczekać. Zaraz cię wypuszczę.
Po kilku minutach wyszłam z jaskini. Po drodze spytałam się Astrid, gdzie mogłabym troszkę udoskonalić mój żywioł lodu, choć o tym, że go posiadam na razie nie wspomniałam.
- Śnieżny Las jest doskonały. Tam jest wiecznie zimno, nawet latem. Pójdziesz na północny wschód, to dojdziesz na miejsce. Tylko jeszcze jedno: może być ci lodowato, bo aktualnie jest tam dużo na minusie.
- Przecież mój żywioł to lód. Nie odczuwam niskich temperatur.
- Naprawdę? Czemu więc nie zamroziłaś tej kozicy, na którą polowałyśmy, albo nie odcięłaś jej drogi ucieczki?
- Nie do końca znam swoje możliwości.
- Aha - ucięła. - Tak czy siak, tam pewnie poczujesz się lepiej - uśmiechnęła się.
Odwzajemniłam uśmiech i utykając, ruszyłam w drogę.
O to że się zgubię, nie musiałam się przecież martwić.
Dotarłam na miejsce.
- Jak tu pięknie... - wyszeptałam. Rzeczywiście, czarne kontrasty na korze rosnących tutaj brzóz ślicznie wyglądały na tle nieskończonej bieli.
Rzuciłam się na śnieg i zaczęłam się tarzać. Zanurzyłam pysk w kryształkach lodu i położyłam się. Machnęłam kilka razy ogonem. Poczułam coś, dotyk czegoś zimnego. Obejrzałam się za siebie.
Ujrzałam częściowo zagrzebane w śniegu biało-złote kolczyki. Wstałam i im się przyjrzałam. Miały lekką, jasną poświatę. Nie miałam chwilowo gdzie je włożyć, więc postanowiłam, że schowam je w swojej jaskini. Najwyżej później popytam, czy ktoś ich nie zgubił.
kilka godzin później
Zapadał zmrok, a ja czułam to samo, co wtedy, kiedy opuściłam tereny mojej watahy.
Dlaczego o tym pomyślałam, znowu? - pytałam się w duchu. - Nigdy tego nie pojmę.
Jak już wcześniej postanowiłam, wyruszyłam na nocny spacer. Dość długo krążyłam po terenach watahy, aż natrafiłam na dużą polanę na klifie, z morzem "na widoku". Całe to miejsce było otoczone różowo-fioletową poświatą, co dodatkowo sprawiało, iż było piękne. Może nawet magiczne. Pod klifem zobaczyłam plażę, z jasnym, prawie białym piaskiem. Zeszłam na nią, i usiadłam. Piasek był ciepły, co było dość dziwne przez fakt, że była noc. Ciągnęło mnie do morza. Chciałam wejść i się porządnie zanurzyć, a jednocześnie coś podpowiadało mi, że lepiej zostać na brzegu.
Zdecydowałam się pomoczyć łapę (YOLO, jak to mówią). Woda również była ciepła, niepokój się rozwiał. Już miałam zrobić krok i wejść do morza, ale usłyszałam głos, a raczej krzyk:
- Stój! Nie wchodź do wody!
<Astrid? Lihtium Vane? Sorki, że tak długo, szkoła :/>

Uwagi: "Na pewno", "na razie", "coś tam" i "po prostu" piszemy osobno. "Przyprószone" pisze się przez "ó". Nie środkuj tekstu za pomocą Spacji! Nie pisz cudzysłowie za pomocą dwóch przecinków.

wtorek, 2 lutego 2016

Od Shiry "Szczęśliwe Polowanie"

Dziś miałam grupę poranną. Po zbudzeniu się ze snu, od razu pognałam, że tak powiem, do miejsca spotkania. Mieliśmy zaczekać na skraju Zielonego Lasu, a później wybrać się nad Wodopój, gdyż dziś mieliśmy zapolować na sarnę.
Po przybyciu był już tam Onurix, ten biały, skrzydlaty wilk, oraz Epona. Brakowało już tylko Tsume, który powinien już tutaj być. Czekaliśmy ukryci w krzakach. Rozległ się dźwięk, jakby ktoś złamał gałązkę. Ostrożnie się odwróciłam. To był Tsume, kiedy zauważył, gdzie jesteśmy, szybko do nas podszedł.
- Jak już wiecie, dziś polujemy na sarnę. Są one nieuważne, więc w grupie łatwo będzie na nią zapolować. Za mną! – Podążaliśmy za naszym dowódcą, a raczej się za nim skradaliśmy, tak naprawdę nie wiedziałam, po co – przecież nie jesteśmy nad Wodopojem. Jednak nie mogłam podważyć decyzji mojego przełożonego, więc posłusznie zrobiłam to, co kazał. Wiatr nam sprzyjał, wiał w przeciwnym kierunku naszej wędrówki, więc z powietrza można było wywąchać zapach zwierzyny. Mogliśmy przyspieszyć. Tsume dał nam komendę, nakazującą ruszanie na swoje pozycje. Na początku, byłam ja – jako goniąca. Sarna piła sobie spokojnie wodę niczego się nie spodziewając. Teraz, zamiast się skradać, zaczęłam biec, nakierowując ją do atakującego – Epony. Byliśmy dość zgraną grupą, wadera dobrze spisała się w swojej roli, naskakując na oszołomione zwierzę. Dołączył się Onurix, aż wreszcie Tsume. To właśnie on miał pierwszeństwo do jedzenia zwierzyny. Oczywiście, jak na każdym polowaniu, były warknięcia, czy "popychanki" – jednak ważne było to, że polowanie się udało i można było posilić się sarną.

Uwagi: "Wodopój" to nazwa miejsca, więc piszemy ją z wielkiej litery. Spróbuj może pisać nieco dłuższe op., bo wiem, że z całą pewnością potrafisz. :)

Od Yuki „Mroczny zamek” cz. 1

Siedziałam w swojej jaskini i myślałam nad swoim życiem. „Najlepiej będzie dla mnie i dla świata jeśli umrę” pomyślałam. Uciekłam od razu od myśli samobójstwa. Nie dość, że ona mnie ciągle męczy, to jeszcze się jej boję. Postanowiłam się odświeżyć i wyjść na dwór. Był wieczór. „Jak ja nie cierpię wiosny” nasunęła mi się od razu myśl. Pełna niechęci poszłam w prawą stronę. Zaciskałam swoje kły, gdy usłyszałam jakieś stworzenie. Po kilkunastu minutach zobaczyłam zamek. Wyglądał dziwnie, dość niecodziennie. Był wybudowany z cegieł, które pękały pod jego ciężarem. „W końcu coś ciekawego” pomyślałam. Zobaczyłam grupkę wilków, co szły obok mnie. Udało mi się usłyszeć jak mówią o tym zamku. Że on jest nawiedzony. „Jeszcze lepiej” uśmiechnęłam się lekko. Spoglądałam w spróchniałe drzwi zrobione z dość starego drewna by móc je wyłamać kopnięciem. Ściemniło się zupełnie, więc weszłam do zamczyska. Gdy weszłam do środka świece same się zapaliły. „Przenocuje w tym uroczym zameczku” pomyślałam. Zaczęłam zwiedzać to cudowne miejsce. Zapach stęchlizny, pajęczyny, spadające kawałki starych cegieł i myśl, że to zamczysko może się zawalić. Normalnie cud miód. Plątałam się po pokojach dobre parę godzin. Gdy weszłam do jednego z nich, był w nim duży zegar. Wyglądał na bardzo stary. Świadczył o tym, że w tym zamku musiał mieszkać człowiek. Wahadło przemieszczało się od lewej do prawej, wydając przy tym dźwięk, tyknięcie. Długa wskazówka co sześćdziesiąt tyknięć przesuwała się co centymetr. Była blisko liczby dwanaście. Mniejsza wskazówka nie ruszała się w ogóle, gdy się na nią patrzało. Lecz gdy patrzało się gdzie indziej i długo to gdy spojrzało się na nią, znowu była kilka milimetrów dalej. Mieściła się pomiędzy liczbą jedenaście a dwanaście. Gdy obie wskazówki były już na liczbie dwanaście, prawie zawału dostałam. Usłyszałam dzwonienie, BARDZO i to bardzo głośne. Gdy skończyło dzwonić poczułam w pokoju czyjąś obecność. Gdy obie wskazówki były już na liczbie dwanaście prawie zawału dostałam. Usłyszałam dzwonienie, BARDZO i to bardzo głośne. Gdy skończyło dzwonić poczułam w pokoju czyjąś obecność. Najeżyłam się i zaczęłam warczeć. Odwróciłam głowę w stronę tego kogoś, a raczej czegoś… Stała przede mną mała waderka. Nuciła kołysankę, trochę straszną. Choć była po innym języku, bardzo dziwnym i skomplikowanym. Czułam, że piosenka mimo wesołego rytmu nie jest o czymś miłym. Po ciele przeszły dreszcze. Szczeniak był siwej sierści. Okropnie wychudzony. Choć na miejscu jego oczu były tylko puste oczodoły z których wypływała czarna krew, czułam jego wzrok skupiony na mnie. Jego ogon był tylko małym wyrostkiem z odrobiną czarnej sierści na końcu. Jej łapy były posiniaczone jakby zadała się w bójkę z niedźwiedziem. Nagle podniosła łapę. Nie mogła zbyt wysoko jej podnieść, bo układ kostny wilka nie pozwala na uniesienie łapy do pyska, ale zrozumiałam, że pokazuje na mnie. Jej łapa się trzęsła. Dopiero teraz zauważyłam jej kość wystającą z palca. Cofnęłam się i podkuliłam ogon. Nagle coś zaczęło ciągnąć mnie w tył. Zdezorientowana odwróciłam głowę w tył, lecz co dopiero ją lekko skręciłam, od razu dostałam skurczu. Mimo bólu zauważyłam dłonie wychodzące ze ścian i chwytające za mój ogon. Poczułam czyiś oddech przede mną. Odwróciłam głowę wprost. Wadera stała centralnie przede mną. Gdy poczułam jej smród, od razu mnie mdliło. Chwilę po tym poczułam mocne pociągnięcie na moim grzbiecie. To jedna z tamtych rąk, a raczej łap pociągnęła mnie za sierść. Chwile po tym poczułam mocne uderzenie w łeb.Otworzyłam oczy. Byłam w małym pomieszczeniu. Głowa mnie bolała, jakbym została uderzona łomem. Poczułam mocne ciśnięcie w nadgarstkach i stawach skokowych. Byłam przykuta łańcuchem do ściany. W pokoju były tylko łańcuchy i jedno krzesło. Ściany pokrywała ciecz przypominającą krew, lecz to nie była krew. Drzwi były wyłamane w pół, jeden zawias wyrwany, a drugi ledwo co trzymał się. Usłyszałam kroki z korytarza. Nagle drzwi się otworzyły, a przez nie weszła kobieta, bez włosów, z brązową skórą, pozbawiona twarzy i ubrana na biało. Nie nosiła butów. W jednej ręce trzymała laskę, a w drugiej miskę z mięsem. „HA! Pewnie mam być pupilkiem. Niech się ****. Co najwyżej opluje ją tą breją” pomyślałam. Położyła miskę przede mną i usiadła na krześle. Popatrzałam na breje. Jakaś galareta i pocięte zmielone mięso jak dla niemowląt. Spoglądała na mnie oczodołami na znak, że mam zjeść tą breje. Powąchałam to, od razu mnie zemdliło. Odsunęłam pyskiem tą miskę, po czym ona mnie walnęła laską. Zawarczałam. Tym razem mnie szturchnęła. Z niechęci podniosłam łeb i powąchałam to coś. „Jeszcze nic gorszego nie jadłam” pomyślałam, po czym ugryzłam kawałek zmielonego mięsa. Czułam się jak bym jadła grzyby - bez smaku, w dodatku gumowate. Galaretka była jeszcze gorsza. Smakowała jak ryba polana zgniłym jajkiem. Ona wyszła, od razu wyplułam to coś. Popatrzałam w środek miski. Pomiędzy kawałkami mięsa był uwięziony w galarecie klucz. Musiałam wylizać w galarecie dziurę, aby złapać klucz w pysk. Popatrzałam na łańcuch. Był tam zamek od klucza, więc włożyłam klucz do dziurki i uwolniłam łapę. Poczułam ulgę w łapie. Tak samo zrobiłam z resztą łap. Po chwili byłam już wolna. Podniosłam się i otrzepałam z kurzu. "Muszę się stąd wydostać" nasunęła mi się myśl. Nie znałam niczego, nawet drogi powrotnej z tego pomieszczenia do wyjścia. Wzdrygnęłam się. Ten zamek pewnie ma z tysiąc pokoi. Niepewna wyszłam na korytarz. Skuliłam ogon i położyłam uszy ku grzbietowi. Wychyliłam się lekko zza drzwi. Moim oczom ukazał się korytarz, korytarz pełen kości i krwi. Zaczęłam iść wzdłuż niego. Zapowiadała się niezła zabawa. Zaczęłam szukać drogi powrotnej.

<C.D.N. Jest to op. do przygody Mroczny Zamek. 55 linijek jak kazano>


Uwagi: Wciąż masz małe problemy z przecinkami... Co wy macie z tym "z ciemnianiem"? Pisze się razem i przez "ś". "obeność", "obeność", "obeność"... czy Tobie nie działa klawisz "c"? Ilość powtórzeń jest na tyle zatrważająca, że w połowie dałam sobie spokój z poszukiwaniem synonimów. "Jakbym" piszemy razem. "Skóra" piszemy przez "ó". "Stąd" pisze się przez "s" i w dodatku razem. "Odkluczyć" to nieprawidłowa forma.