Było zimno... niewiele pamiętam z tego czasu, ale na tyle żeby o tym
opowiedzieć. Byłam mała, sama w lesie. Wędrowałam głodując i szukając
pożywienia. Dorastając w samotności nauczyłam się polować i znalazłam
przyjaciela... przyjaciela tak wiernego, że rzucił by się w paszczę
niedźwiedzia, by mnie uratować. Miał na imię Hokus. Pewnego dnia gdy
polowaliśmy i coś się nie udało. Jeleń, którego złapaliśmy był za silny.
Próbowaliśmy go utrzymać w szczękach, lecz swym wielkim porożem
zabił Hokusa. Pogrążyłam się w żałobie. Szukałam nowego schronienia.
Odnalazłam bardzo ciekawe miejsce, które przywróciło mi życie. Wodospad
nad którym się znajdowałam był piękny. Postanowiłam tu zamieszkać.
Dowiadywałam się stopniowo, że jestem magiczna. Że jestem żywiołem wody.
Wskakując do wodospadu czuję, że mam w sobie moc! Po kilku tygodniach
okazało się, że to teren pewnej watahy. Na początku uznali mnie za
intruza i chcieli mnie wygonić. Lecz gdy powiedziałam, że nie
mam gdzie się podziać... jeden z wilków zaproponował abym dołączyła do
watahy. Byłam bardzo ucieszona, że będę miała dom, przyjaciół, jedzenie
i wspólne przygody!
Uwagi: Literówki. "Rzucił" piszemy przez "rz". I mam pytanie... Jak to zrobiłaś, że Twoje op. jest napisane w identyczny sposób (choć o zupełnie czymś innym, chodzi mi głównie o czas i sposób opowiadania oraz podsumowanie), co moje pierwsze, jakie kiedykolwiek naskrobałam na watahę (nie tą, zupełnie inną)? o.O
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
piątek, 1 stycznia 2016
Od Vanessy "Kim jestem?" cz. 4 (cd. chętny)
Ze średnim zainteresowaniem zlustrowałam wzrokiem małą waderkę o
niebieskiej sierści w czarne prążki. Mimo wszystko jednak dobrze będzie
zabić nudę rozmową z kimś. Jako, że waderka nie spała, tylko również
wpatrywała się we mnie swoimi ciemnymi oczami, postanowiłam zagadać:
- Jestem Vanessa, a ty, mała? - zapytałam.
- Ja nazywam się Kirke - pisnęło szczenię.
- Czemu jesteś w szpitalu? - drążyłam temat.
- Miałam ranę... - zacięła się Kirke. - No i ktoś mnie tu przyniósł i opatrzył - dokończyła kulawo.
- Aha - pokiwałam ze zrozumieniem głową. - A ja wywołałam tornado, które dosłownie uderzyło mną o ziemię z wielkiej wysokości. I teraz jestem cała połamana.
Szczenię spojrzało na moje bandaże ze współczuciem. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale nagle skrzywiłam się z bólu i jęknęłam przejmująco.
- Co się stało? - zaniepokoiła się Kirke.
- Żebro - wydyszałam, czując jak zaczyna ogarniać mnie ciemność. Chwilę później nie było nic oprócz niej.
- Najwyraźniej za pierwszym razem nie udało nam się nastawić twojego żebra, dlatego odczułaś taki ból i zemdlałaś - wyjaśniła lekarka.
- Yhy - kaszlnęłam. Ice poradziła mi się położyć i wypoczywać, ale ja nadal stałam w miejscu. Poczułam jakieś ciepełko pod prawym skrzydłem... Spojrzałam tam i okazało się, że to mała Kirke. Uśmiechnęłam się błogo i popatrzyłam na to małe stworzonko. Czegoś takiego mi brakowało...
Zdziwiłam się. Powoli zaczęłam skradać się w stronę gdzie znajdowała się postać wypowiadająca owe słowa. Gdy weszłam pomiędzy brzozy, zobaczyłam małą polankę. W samym środku niej, stała niebieska wadera. Wypowiadała dziwne słowa. Po chwili wadera uniosła się do góry, a jej oczy zapłonęły czerwienią. Skuliłam się tak, by mnie nie zauważyła.
Buchnęła para i z piersi wilczycy zerwał się medalion. Upadł na ziemię, w trawę.
I wtedy wilczyca zniknęła. Tak po prostu. Podeszłam do miejsca gdzie upadł medalion. Leżał tam. Był niebieski, w czarne, jakby wypalone czymś wzorki. Dotknęłam go łapą, i wtedy poczułam jakby... przypływ mocy. W mojej głowie zaświtała pewna myśl. Skupiłam się na jednej z martwych brzóz, i po chwili drzewo zapłonęło. Zrobiłam to bez żadnego wysiłku.
- Opanowałam swoje moce! - krzyknęłam w euforii. Dzięki temu medalionowi, nie muszę bać się że coś mi nie wyjdzie. To dzięki niemu mogę normalnie korzystać z mocy.
W tym momencie mój dobry humor przerwał dziwny odgłos, dobywający się z krzaków. Coś jakby kichnięcie. Najwidoczniej byłam śledzona!
- Wyłaź! Wiem, że tam jesteś! - zawołałam, a z krzaków wynurzył się wilk.
<chętny?>
Uwagi: W ostatnim fragmencie nie ma prawie wcale polskich znaków... Zmieniłam wilka, do którego op. jest adresowane, gdyż Moon zgłosiła, iż odchodzi.
- Jestem Vanessa, a ty, mała? - zapytałam.
- Ja nazywam się Kirke - pisnęło szczenię.
- Czemu jesteś w szpitalu? - drążyłam temat.
- Miałam ranę... - zacięła się Kirke. - No i ktoś mnie tu przyniósł i opatrzył - dokończyła kulawo.
- Aha - pokiwałam ze zrozumieniem głową. - A ja wywołałam tornado, które dosłownie uderzyło mną o ziemię z wielkiej wysokości. I teraz jestem cała połamana.
Szczenię spojrzało na moje bandaże ze współczuciem. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale nagle skrzywiłam się z bólu i jęknęłam przejmująco.
- Co się stało? - zaniepokoiła się Kirke.
- Żebro - wydyszałam, czując jak zaczyna ogarniać mnie ciemność. Chwilę później nie było nic oprócz niej.
***
- I jak? Lepiej? - spytała zatroskana Ice. Kiwnęłam głową w odpowiedzi, gdyż nadal nie byłam w stanie mówić.- Najwyraźniej za pierwszym razem nie udało nam się nastawić twojego żebra, dlatego odczułaś taki ból i zemdlałaś - wyjaśniła lekarka.
- Yhy - kaszlnęłam. Ice poradziła mi się położyć i wypoczywać, ale ja nadal stałam w miejscu. Poczułam jakieś ciepełko pod prawym skrzydłem... Spojrzałam tam i okazało się, że to mała Kirke. Uśmiechnęłam się błogo i popatrzyłam na to małe stworzonko. Czegoś takiego mi brakowało...
***
Dopiero co wyszłam ze szpitala. Postanowiłam nigdy więcej nie próbować
używać moich mocy. Jednak trudno jest tak nagle stać się "zwykłym"
wilkiem. Westchnęłam i pokręciłam głową z rezygnacją. Potem wpatrzyłam
się w horyzont. Było tak pięknie. A może poszłabym na spacer? Nie
czekając na nic poszłam przed siebie. Szłam tak caaaaały dzień.
Przekroczyłam już granicę watahy. Wokół mnie rosły białe, obumarłe
brzozy. Wśród wieczornej szarówki wyglądało to upiornie. Nagle
usłyszałam jakiś głos.Zdziwiłam się. Powoli zaczęłam skradać się w stronę gdzie znajdowała się postać wypowiadająca owe słowa. Gdy weszłam pomiędzy brzozy, zobaczyłam małą polankę. W samym środku niej, stała niebieska wadera. Wypowiadała dziwne słowa. Po chwili wadera uniosła się do góry, a jej oczy zapłonęły czerwienią. Skuliłam się tak, by mnie nie zauważyła.
Buchnęła para i z piersi wilczycy zerwał się medalion. Upadł na ziemię, w trawę.
I wtedy wilczyca zniknęła. Tak po prostu. Podeszłam do miejsca gdzie upadł medalion. Leżał tam. Był niebieski, w czarne, jakby wypalone czymś wzorki. Dotknęłam go łapą, i wtedy poczułam jakby... przypływ mocy. W mojej głowie zaświtała pewna myśl. Skupiłam się na jednej z martwych brzóz, i po chwili drzewo zapłonęło. Zrobiłam to bez żadnego wysiłku.
- Opanowałam swoje moce! - krzyknęłam w euforii. Dzięki temu medalionowi, nie muszę bać się że coś mi nie wyjdzie. To dzięki niemu mogę normalnie korzystać z mocy.
W tym momencie mój dobry humor przerwał dziwny odgłos, dobywający się z krzaków. Coś jakby kichnięcie. Najwidoczniej byłam śledzona!
- Wyłaź! Wiem, że tam jesteś! - zawołałam, a z krzaków wynurzył się wilk.
<chętny?>
Uwagi: W ostatnim fragmencie nie ma prawie wcale polskich znaków... Zmieniłam wilka, do którego op. jest adresowane, gdyż Moon zgłosiła, iż odchodzi.
czwartek, 31 grudnia 2015
Od Kirke "Nowe życie..." cz.2 (cd. Vanessa)
Cały czas patrzyłam na waderę i na jej piękne i potężne skrzydła. Riven w
końcu posłuchał mnie i się uciszył. Wadera popatrzyła na mnie po jakiś piętnastu minutach.
- Cześć - powiedziałam rozpoczynając rozmowę.
- Cześć - powiedziała do mnie z uśmiechem. Popatrzyłam na nią i zobaczyłam, że jestem opatrzona.
- Długo tu leżałam? - spytałam.
-
Jakieś dwa dni byłaś nieprzytomna - odpowiedziała. Zastanawiało mnie
to, co mnie podkusiło by rozpocząć tą rozmowę. Zwykle jestem cicha. To
dziwne...
- Jak masz na imię? - spytała mnie czarno-fioletowa wadera ze skrzydłami jak u nietoperza.
- Jestem... Kirke... - powiedziałam nieco ciszej.
- Jestem Vanessa. Jesteś tu nowa czy mieszkasz tu od dawna? - spytała Van.
-
Nowa... od paru miesięcy... - powiedziałam. Odwróciłam wzrok i
popatrzyłam na swoje rany zabandażowane przez wilki. Nagle usłyszałam
szumy. Riven znowu się uczepił...
- Słyszałaś to? - spytała Van patrząc wokół.
- Riven... do jasnej cholery, możesz się zamknąć?! - powiedziałam do niego w myślach. Ucichł.
- Nic nie słyszałam - skłamałam. I tak by mi nie uwierzyła.
- Opowiesz coś o sobie? - spytała. Oklapłam uszy prawie natychmiast.
-
No... nie wiem co powiedzieć... jestem normalnym wilkiem... nie mam
mocy... rodziców nie pamiętam... Chyba mnie opuścili... nic nie wiem o
sobie... w sumie to tyle... - powiedziałam i zaczęłam puszczać łzy.
- Oj... nie martw się... Kirke jestem pewna, że odnajdziesz swoją drogę - powiedziała Van patrząc na mnie z uśmiechem.
- Szukam jej odkąd pamiętam... - powiedziałam smutna.
- Kirke! - krzyknęła Shayle biegnąc w moją stronę.
- Shayle?! Co ty tu robisz?! Przecież byłaś... - powiedziałam i przerwałam natychmiast.
-
Zobaczyłam Ciebie przed watahą. Kiedy straciłaś przytomność bałam się,
że już... nie ważne grunt, że nic ci nie jest - powiedziała z
uśmiechem.
- Shayle... pogadamy później... - powiedziałam. Shayle przytaknęła i odbiegła.
- To twoja koleżanka? - spytała mnie Van.
-
Tak... nie licząc wader i basiorów jest pierwszym szczeniakiem jakiego
spotkałam... - powiedziałam patrząc na nią z iskrzącymi oczami. Ledwo
wstałam i poszłam do niej i wkopałam się pod jej skrzydło. Van się
uśmiechnęła i popatrzyła na mnie.
- Pamiętaj... wsparciem nie
jest twoja głowa... lecz twoje serce... - powiedziała i zasnęłam.
Czułam... coś czego nie czułam od dawna... czułam się... szczęśliwa...
<Spodziewajcie się... czegoś ;)>
Uwagi: Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. Mówiąc o różnorakich kolorach (czarno-biały, niebiesko-zielony) faktycznie używamy "myślnika", lecz między nim nie znajduje się Spacja. Wciąż nie rozumiem, jak można "puszczać łzy", ale nie zmieniam tego, nie mając pewności, czy aby na pewno jest to nieprawidłowa forma. Ponadto nie wiem, kto wymyślił określenie "wataszą" lub "wataszy". ;/
Uwagi: Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. Mówiąc o różnorakich kolorach (czarno-biały, niebiesko-zielony) faktycznie używamy "myślnika", lecz między nim nie znajduje się Spacja. Wciąż nie rozumiem, jak można "puszczać łzy", ale nie zmieniam tego, nie mając pewności, czy aby na pewno jest to nieprawidłowa forma. Ponadto nie wiem, kto wymyślił określenie "wataszą" lub "wataszy". ;/
Od Vanessy "Nie jest to czas życia przeszłością, tylko przyszłością" cz.2 (cd. Nightmare Moon)
Wyszłam z ukrycia i prześlizgnęłam wzrokiem po waderze stojącej przede
mną. Wyglądała na zarówno przestraszoną, jak i zdenerwowaną.
- Kim jesteś? - zapytała, obnażając kły. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.
- Jestem Vanessa - zmrużyłam oczy. - A ty?
- Nightmare Moon - odpowiedziała wadera. Kiwnęłam głową i... odwróciłam się żeby odejść.
- Zaczekaj! - zawołała za mną.
- Co? - odwróciłam głowę.
- Masz może jakąś... watahę? - spytała powoli.
- Nie mam, ale należę do jednej - popatrzyłam na Nightmare.
- A mogłabym dołączyć? - powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałam.
- Oto już musisz zapytać Alfę. Ale mogę cię do niej zaprowadzić - zaproponowałam.
- Dziękuję!
Odwróciłam się i zaczęłam brnąć przez zaspy śniegu. Zima dopiero się zaczęła, a śniegu jest już tak dużo... Po chwili uderzyłam się w łeb. Jaka ze mnie idiotka! Przecież jednym z moich żywiołów jest ogień!
Wywołałam więc mały "język" ognia, który "lizał" zaspy tuż przede mną i Nightmare Moon. Z zasp unosił się dym, który zmniejszał działanie mojego ognia. Ale przynajmniej zaspy były mniejsze i łatwiej było przez nie przechodzić. Westchnęłam cicho. Czekało na nas jeszcze kilka godzin wędrówki...
- Jesteśmy już blisko - oznajmiłam.
- Wspaniale - zadrżała Nightmare. Przyśpieszyłyśmy tempa, i niedługo późnej byłyśmy przed jaskinią obecnej Alfy.
- Wchodzimy - powiedziałam cicho. - Miejmy nadzieję, że cię przyjmie...
<Nightmare Moon?>
Uwagi: Skróty (WMW) rozwijamy do pełnych nazw.
- Kim jesteś? - zapytała, obnażając kły. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.
- Jestem Vanessa - zmrużyłam oczy. - A ty?
- Nightmare Moon - odpowiedziała wadera. Kiwnęłam głową i... odwróciłam się żeby odejść.
- Zaczekaj! - zawołała za mną.
- Co? - odwróciłam głowę.
- Masz może jakąś... watahę? - spytała powoli.
- Nie mam, ale należę do jednej - popatrzyłam na Nightmare.
- A mogłabym dołączyć? - powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałam.
- Oto już musisz zapytać Alfę. Ale mogę cię do niej zaprowadzić - zaproponowałam.
- Dziękuję!
Odwróciłam się i zaczęłam brnąć przez zaspy śniegu. Zima dopiero się zaczęła, a śniegu jest już tak dużo... Po chwili uderzyłam się w łeb. Jaka ze mnie idiotka! Przecież jednym z moich żywiołów jest ogień!
Wywołałam więc mały "język" ognia, który "lizał" zaspy tuż przede mną i Nightmare Moon. Z zasp unosił się dym, który zmniejszał działanie mojego ognia. Ale przynajmniej zaspy były mniejsze i łatwiej było przez nie przechodzić. Westchnęłam cicho. Czekało na nas jeszcze kilka godzin wędrówki...
***
Z ulgą powitałam wzrokiem pierwsze tereny należące do Watahy Magicznych Wilków. Spojrzałam na
waderę towarzyszącą mi. Na pewno było jej zimno, ponieważ nie mogła -
tak jak ja - rozgrzewać samej siebie.- Jesteśmy już blisko - oznajmiłam.
- Wspaniale - zadrżała Nightmare. Przyśpieszyłyśmy tempa, i niedługo późnej byłyśmy przed jaskinią obecnej Alfy.
- Wchodzimy - powiedziałam cicho. - Miejmy nadzieję, że cię przyjmie...
<Nightmare Moon?>
Uwagi: Skróty (WMW) rozwijamy do pełnych nazw.
Subskrybuj:
Posty (Atom)