Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
środa, 26 sierpnia 2015
Od Dante "Obca czy znajoma?" cz. 8 (cd. Astrid)
- Dante, tęskniłam.
- Za czym?
Popatrzyłem na nią uważnie. Mimo, że miała spuszczony łeb, to dostrzegalne było, że jej oczy niepokojąco lśnią. Nie wiedząc jeszcze, za czym tak ubolewała, zdawałem sobie sprawę, że musiało to być dla niej niesamowicie bolesne. Astrid, którą zapamiętałem bardzo rzadko płakała, a gdy już to się zdarzyło, to sprawa musiała być naprawdę poważna.
- Za tobą. - wyszeptała, podnosząc na mnie niepewnie wzrok. Trochę mnie to zaskoczyło, bo nie spodziewałem się, żeby było możliwe to, aby ktoś za mną aż tak zatęsknił. W jej oczach zobaczyłem to, czego się obawiałem: skruchę i brak nadziei na wybaczenie z mojej strony. Co prawda fakt, że mnie nie poznała był dobijający, lecz nie na tyle, bym znalazł powód, żeby obrażać się na nią z tego powodu. Położyłem się obok niej i przytuliłem do swojej piersi.
- Ja za tobą też... - powiedziałem, choć nie wiem jakim cudem wypłynęło mi to z ust. Astrid wybuchnęła głośnym płaczem, stłumionym częściowo przez moją sierść.
- As, już dobrze... Nic złego się nie dzieje... - mówiłem zachrypniętym głosem. Gardło ścisnęło mi się ze wzruszenia. W dodatku lekko mi drżał z nerwów, gdyż wiedziałem, że jedno źle wypowiedziane słowo może wszystko zepsuć, a As mnie znienawidzi. Wadera odpowiedziała tylko dalszym, nieprzerwanym płaczem.
- As, nie lubię jak płaczesz... - mówiłem, głaszcząc ją po włosach. Robiłem tak jeszcze, gdy była szczeniakiem. Dziwnie się czułem mając przy sobie dorosłą już waderę, którą musiałem pocieszać w podobny sposób, jak kiedyś.
- Przepraszam... Ja naprawdę przepraszam... - mówiła.
- Nie wiem, za co dokładnie przepraszasz, ale i tak ci wybaczam. - Posłałem jej lekki uśmiech. Ta zrobiła to samo.
- Cały ty. Nigdy nie wiesz, co się dzieje wokół ciebie, a i tak wychodzi ci to na sucho.
Zaśmiałem się krótko. W duchu się cieszyłem, że As już powoli dochodzi do siebie, bo im więcej smutku i boleści, tym mniej zabawy.
- Naprawdę? A o czym ty mówisz? - powiedziałem, tym razem tylko udając głupiego. As się roześmiała. Po chwili wahania otarłem jej łapą łzy zmieszane z już zaschniętą krwią pokrywającą jej pysk, a ta popatrzyła na mnie pytająco.
- Już ok? - zapytałem.
- Em... chyba tak. Dzięki.
- Nie ma za co.
Zapanowała cisza. Po prostu leżeliśmy tak wtuleni w siebie, ciesząc się z wzajemnej obecności.
- Dan... - zaczęła As.
- Co?
- Jeśli ktoś by tutaj przyszedł, to pewnie coś sobie pomyślał.
- To znaczy co?
- No... nie wiem... Że na przykład... - jąkała się.
- Co na przykład?
- Że zostaliśmy parą czy coś. - wykrztusiła z siebie.
- Czemu niby? Przecież jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi i nic więcej nas nie łączy.
- No niby masz rację, ale dobrze wiesz, jak dużo ostatnio przybyło nowych wilków. Mogą tego nie wiedzieć i uznać nas za wzajemnych partnerów...
Prychnąłem i puściłem As z objęć.
- Co za wilki... Czego to nie wymyślą? Może jeszcze oskarżą mnie o bycie zebrą?
Wadera się roześmiała, a ja nadal stałem z naburmuszoną miną. Kątem oka obserwowałem ją i stwierdziłem, że wygląda dużo lepiej, gdy jest szczęśliwa. A tak ogólnie to stała się... bardzo ładną waderą. Na pewno niebawem znajdzie równie cudownego i inteligentnego basiora. Co z tego, że jest teraz cała brudna? Tak właściwie to ja też, a konkretniej na piersi. W tym momencie coś sobie przypomniałem i wstałem.
- Eh... As?
- Tak?
Spojrzałem na zakrwawione ciało wilka, które wciąż leżało, jakby oczekiwało, aż zwrócimy na nie w końcu uwagę.
- Co z tym zrobimy? Raczej nie będzie się tak dalej opalał.
As pobladła i nadal na niego patrzyła.
- Jeśli mogę wiedzieć... Co ja z nim zrobiłam?
- Zdaje się, że posłużył ci za kolację.
Wadera miała taki wyraz pyska, jakby groziła jej utrata przytomności.
- K-kolację? Jestem k-kanib-balem? - wykrztusiła. Podszedłem bliżej, by w razie czego uratować ją przed upadkiem.
- Nic się nie stało, bo jeśli dobrze kojarzę, to był wilk z watahy Asa... - nie skończyłem, bo As zwymiotowała. Całe szczęście, że nie na mnie. Wyglądała słabo. Nie chciałem pytać, czy wszystko w porządku, bo wiedziałem, że w takich chwilach wszelkie pytania denerwują. Zwróciłem wzrok na kałużę wymiocin wadery. Były brązowo-czerwone z nadtrawionymi kawałkami wnętrzności, mięśni i kilku kości. Widząc to, zakręciło mi się w głowie. Chyba jestem masochistą, bo pogorszyłem swoje samopoczucie patrząc na przemian to na kałużę, to na martwego wilka i przyrównywałem, która część pasuje do którego fragmentu ciała.
- Chyba do końca dnia niczego już nie zjem. - mruknąłem, nie przejmując się, że był już wieczór.
- Ja tym bardziej... - rzekła wadera. Domyśliłem się, co czuła. Sam byłbym przerażony po czymś takim.
- Słuchaj... To był tylko demon. To nie byłaś ty...
- Ale w moim ciele.
Do oczu As napłynęły świeże łzy. Poczułem panikę.
- Nie płacz, proszę...
- M-musimy go pochować. - odpowiedziała tylko. Po chwili zastanowienia, powoli pokiwałem głową.
- Tylko gdzie?
- Nie mam pojęcia...
- Co powiesz na Mroczny Las? Nikt tam nie zagląda, więc reszta watahy nie dowie się o tym, co tu zaszło. - zaproponowałem.
- Jest środek nocy, a w Mrocznym Lesie jest niebezpiecznie...
- Będziemy na obrzeżach. Nie zgubimy się. Znaczy się... chyba.
- Dzięki za szczerość.
- Ależ proszę. - odrzekłem.
<Astrid? Mam więcej czasu, więc mogę pisać opowiadania. Jak niektórzy wiedzą, zamierzam odejść. Decyzja, czy to zrobię, czy jednak nie, zapadnie po ilości opowiadań adresowanych do moich wilków.>
Uwagi: Pisz częściej op.!
wtorek, 25 sierpnia 2015
Od Moon "Samokontrola" cz.5 (cd. Blue)
Wreszcie wyszłam z pracy. Wydawało mi się, że trwało to wieczność, ale
mój szef kazał nam zamknąć restaurację wcześniej, gdyż miał coś do
załatwienia. Bałam się, że to coś poważnego, ale szybko przestałam o tym
myśleć. W końcu ujrzałam przed sobą Blue wychodzącą z komendy policji.
Wskoczyłam jej na plecy, a ona o mało się nie przewróciła.
- Moon! – krzyknęła niezadowolona Blue.
- I jak ci poszło? Po twojej minie mogę wywnioskować, że nie najgorzej.
- Można tak powiedzieć. Może dzisiaj też mnie gdzieś zaprowadzisz, co? Bo jakoś nie chce mi się wracać do watahy.
- A niby gdzie mam cię zaprowadzić? Jest dużo miejsc do zobaczenia.
- Mówiłaś mi, że mi pokarzesz mi miasto czy coś w tym stylu… Nadal musisz dotrzymać słowa.
- No dobra – zaśmiałam się – najpierw się przejdziemy.
Bez żadnego słowa ruszyliśmy wzdłuż chodnika. Blue opowiadała o jakimś owczarku, ale nie za bardzo jej słuchałam (jak zwykle). Po chwili moja przyjaciółka zniknęła mi gdzieś z oczu.
- Blue?! – zapytałam niepewnie, myśląc, że gdzieś się pojawi, jednak nigdzie jej ni było. Postanowiłam cofnąć się o kilka kroków, aby sprawdzić, czy gdzieś tam jest. Jednak przechodząc koło zaułka zauważyłam Blue z jakimś psem.
- Co ty robisz?- zapytałam odciągając ją od psa. Nie było to łatwe, gdyż pies zaczął ciągnąć Blue za nogawkę.
- Przestań! – krzyknęła Blue odpychając mnie od siebie. Podeszła do psa i zaczęła go głaskać. Po chwili gdy na mnie spojrzał, zaczął warczeć, co mogło oznaczać "Odczep się od nas i zostaw nas w spokoju".
- Moglibyśmy już stąd iść? – zapytałam, lecz Blue odpowiedziała mi piorunującym spojrzeniem.
- Czemu nie lubisz psów? – zapytała szybko
- Nic do nich nie mam – odpowiedziałam – ale… on ma… pchły… iii… możesz je też mieć… iii… może mieć właściciela, który go szuka – odpowiedziałam powoli, lecz to ostatnie raczej nie jest prawdą, gdyż pies wyglądał na niezadbanego. W końcu wyszliśmy z Blue z tego ślepego zaułka.
- A czemu tam poszłaś? – zapytałam.
- Przechodząc tamtędy usłyszałam, jak ten pies pyta się, czy jestem człowiekiem. – odpowiedziała.
Nie chciałam poruszać tego tematu, więc poszliśmy przed siebie. Zauważyłyśmy, iż zaczynało się ściemniać.
- Może już pójdziemy? – zapytałam Blue. Jednak po chwili zaczął padać deszcz i szybko schowaliśmy się pod daszkiem sklepu.
- Co teraz zrobimy? Jesteśmy na drugim końcu miasta, a wataha jest daleko – powiedziała
- Wiesz… w mieście jest dom należący do watahy. Są tam wilki które potrafią przemieniać się w człowieka… musi być chyba gdzieś niedaleko.
- No to chodźmy.
<Blue? Nie miałam weny ;_;>
Uwagi: Jak to Blue wyszła z policji? To nie do końca ma sens. Zjadasz literki. "Niepewnie" piszemy razem. Cudzysłowia nie piszemy przy użyciu dwóch przecinków. Po trzech kropkach (...) używamy Spacji.
- Moon! – krzyknęła niezadowolona Blue.
- I jak ci poszło? Po twojej minie mogę wywnioskować, że nie najgorzej.
- Można tak powiedzieć. Może dzisiaj też mnie gdzieś zaprowadzisz, co? Bo jakoś nie chce mi się wracać do watahy.
- A niby gdzie mam cię zaprowadzić? Jest dużo miejsc do zobaczenia.
- Mówiłaś mi, że mi pokarzesz mi miasto czy coś w tym stylu… Nadal musisz dotrzymać słowa.
- No dobra – zaśmiałam się – najpierw się przejdziemy.
Bez żadnego słowa ruszyliśmy wzdłuż chodnika. Blue opowiadała o jakimś owczarku, ale nie za bardzo jej słuchałam (jak zwykle). Po chwili moja przyjaciółka zniknęła mi gdzieś z oczu.
- Blue?! – zapytałam niepewnie, myśląc, że gdzieś się pojawi, jednak nigdzie jej ni było. Postanowiłam cofnąć się o kilka kroków, aby sprawdzić, czy gdzieś tam jest. Jednak przechodząc koło zaułka zauważyłam Blue z jakimś psem.
- Co ty robisz?- zapytałam odciągając ją od psa. Nie było to łatwe, gdyż pies zaczął ciągnąć Blue za nogawkę.
- Przestań! – krzyknęła Blue odpychając mnie od siebie. Podeszła do psa i zaczęła go głaskać. Po chwili gdy na mnie spojrzał, zaczął warczeć, co mogło oznaczać "Odczep się od nas i zostaw nas w spokoju".
- Moglibyśmy już stąd iść? – zapytałam, lecz Blue odpowiedziała mi piorunującym spojrzeniem.
- Czemu nie lubisz psów? – zapytała szybko
- Nic do nich nie mam – odpowiedziałam – ale… on ma… pchły… iii… możesz je też mieć… iii… może mieć właściciela, który go szuka – odpowiedziałam powoli, lecz to ostatnie raczej nie jest prawdą, gdyż pies wyglądał na niezadbanego. W końcu wyszliśmy z Blue z tego ślepego zaułka.
- A czemu tam poszłaś? – zapytałam.
- Przechodząc tamtędy usłyszałam, jak ten pies pyta się, czy jestem człowiekiem. – odpowiedziała.
Nie chciałam poruszać tego tematu, więc poszliśmy przed siebie. Zauważyłyśmy, iż zaczynało się ściemniać.
- Może już pójdziemy? – zapytałam Blue. Jednak po chwili zaczął padać deszcz i szybko schowaliśmy się pod daszkiem sklepu.
- Co teraz zrobimy? Jesteśmy na drugim końcu miasta, a wataha jest daleko – powiedziała
- Wiesz… w mieście jest dom należący do watahy. Są tam wilki które potrafią przemieniać się w człowieka… musi być chyba gdzieś niedaleko.
- No to chodźmy.
<Blue? Nie miałam weny ;_;>
Uwagi: Jak to Blue wyszła z policji? To nie do końca ma sens. Zjadasz literki. "Niepewnie" piszemy razem. Cudzysłowia nie piszemy przy użyciu dwóch przecinków. Po trzech kropkach (...) używamy Spacji.
Od Achity "Spotkanie" cz.1 (cd. Moon)
Byłam bardzo szczęśliwa, bo w końcu mogłam wyjść sama trochę dalej
jaskini. Bez rodziców, bez brata. Tego dnia wybrałam się na spacer.
Mogłam w końcu wybiegać się do woli, a siły miałam mnóstwo. Oddaliłam
się nieco bardziej od jaskini niż miałam. No, ale przecież to chyba nic
złego. Biegłam jak szalona, więc nie zauważyłam drzewa, które moim
zdaniem wyrosło spod ziemi. Pysk i głowa bolały mnie niesamowicie, więc
zaczęłam płakać. Usiadłam przy tym drzewie. Miałam wrażenie, że się
zgubiłam, bo całkiem zapomniałam gdzie jestem.
- Cześć maleńka - powiedział ktoś do mnie.
Obróciłam głowę przestraszona. Za mną stał wilk. Ani drgnęłam. Zamarłam ze strachu.
- Mała. Nie bój się - wilk podszedł do mnie.
Dopiero teraz mogłam się mu dokładnie przyjrzeć. Była to ładna wadera.
- Wiem, że jesteś z naszej watahy. Jak masz na imię? - zapytała mnie.
- Achita... - powiedziałam cicho.
- Ja jestem Moon.
Najpierw ta wilczyca mnie przerażała, ale teraz sama nie wiem co mam o niej myśleć. Nie wydaje się wcale taka straszna, ale mogę być ostrożna.
- No dobrze, a teraz powiedz... Zgubiłaś się? - zadała kolejne pytanie.
Pokiwałam tylko głową. Wolałam jak najmniej mówić. Nie ufałam jej jeszcze, tak jak każdej dopiero co napotkanej osobie. Dziwne, że widziałam ją po raz pierwszy. Jednak z drugiej strony nie mam zbyt wiele wiedzy na temat watahy ze względu na swój wiek.
- Hm. To może chcesz, abym zaprowadziła cię to rodziców? - zaproponowała.
- Zna ich pani? - spojrzałam na nią.
- Chyba tak, a jeśli nie to znajdziemy kogoś kto ciebie i ich zna.
- No nie wiem... - odparłam.
<Moon? Brak weny i mało czasu>
Uwagi: Po trzech kropkach (...) stawiamy Spację. Masz dwa zdania mówiące nie dość, że o tym samym, to zaprzeczające sobie ("Dziwne, że widziałam ją po raz pierwszy. Jednak z jednej strony się nie dziwię, bo jestem młodym szczeniakiem.").
- Cześć maleńka - powiedział ktoś do mnie.
Obróciłam głowę przestraszona. Za mną stał wilk. Ani drgnęłam. Zamarłam ze strachu.
- Mała. Nie bój się - wilk podszedł do mnie.
Dopiero teraz mogłam się mu dokładnie przyjrzeć. Była to ładna wadera.
- Wiem, że jesteś z naszej watahy. Jak masz na imię? - zapytała mnie.
- Achita... - powiedziałam cicho.
- Ja jestem Moon.
Najpierw ta wilczyca mnie przerażała, ale teraz sama nie wiem co mam o niej myśleć. Nie wydaje się wcale taka straszna, ale mogę być ostrożna.
- No dobrze, a teraz powiedz... Zgubiłaś się? - zadała kolejne pytanie.
Pokiwałam tylko głową. Wolałam jak najmniej mówić. Nie ufałam jej jeszcze, tak jak każdej dopiero co napotkanej osobie. Dziwne, że widziałam ją po raz pierwszy. Jednak z drugiej strony nie mam zbyt wiele wiedzy na temat watahy ze względu na swój wiek.
- Hm. To może chcesz, abym zaprowadziła cię to rodziców? - zaproponowała.
- Zna ich pani? - spojrzałam na nią.
- Chyba tak, a jeśli nie to znajdziemy kogoś kto ciebie i ich zna.
- No nie wiem... - odparłam.
<Moon? Brak weny i mało czasu>
Uwagi: Po trzech kropkach (...) stawiamy Spację. Masz dwa zdania mówiące nie dość, że o tym samym, to zaprzeczające sobie ("Dziwne, że widziałam ją po raz pierwszy. Jednak z jednej strony się nie dziwię, bo jestem młodym szczeniakiem.").
Od Astrid "W poszukiwaniu nowych terenów" cz. 1
Był późny wieczór, a ja siedziałam rozmyślając.
Czemu wszyscy odchodzą? Zaczynając od rodziny, a kończąc na członkach Watahy Magicznych Wilków. Było ich tak wiele, tyle ich tu przeszło, tyle przyszło. Są nowi, którzy nie są tacy źli, ale jednak odczuwam smutek, że oni mają zastąpić moich przyjaciół, którzy poszli w świat. To smutne. Kiedy o tym pomyślę, chce mi się płakać. Wiem, że ci nowi mogą zostać moimi nowymi przyjaciółmi, ale trzeba ich najpierw poznać, tamtych znałam. Iiii... I lubiłam, a oni poszli w świat. Wydaje mi się, że z kawałkiem mojego serca. W watasze czuję się obco, wśród nieznanych mi pysków. No cóż powoli tracę siłę na poznawanie, zwłaszcza jak oni nie chcą mnie znać. Ja przecież miałam siostrę, przybraną, ale siostrę, którą kochałam jak prawdziwą, a ona odeszła. Na takie myśli chce płakać, jednak brak mi sił. Boję się, że nikt nie zostanie z tych już trochę "starych" członków. Tylko ja. Do nikogo się nie odezwę, bo nie będę w stanie. A może to ją odejdę szybciej. Nie chce odchodzić, ale wśród samych nieznajomych, których nie mam jak i nie chcę poznać, chyba będę musiała to uczynić. To smutne, ale prawdziwe. Potrzebuje czasu, samotności i spokoju. Muszę odetchnąć od życia. Ale jak? Jak odejść od wszystkich co znam, ale tak by powrócić? Już wiem, pójdę na wyprawę pod pretekstem szukania terenów, znajdę coś, byle co zatrzymam się tam, po to by odetchnąć i potem wrócę. Będę spokojniejsza i przy okazji zrobię coś pożytecznego. Teraz tylko iść do Alfy i już.
Poszłam do jaskini Suzanny, oznajmiła jej, że wyruszają na poszukiwania nowych terenów z samego rana.
*W okolicach 5 rano*
Nadszedł ten czas. Czas na moja wyprawę. Muszę iść, jak najszybciej iść. Teraz, szybko, już! Tylko w którą stronę? Biegałam po terenach jak opętana. W końcu zaczepiłam Ivette. Jako, że jest nowa i pyskata, a to może mi się przydać.
- Mnie ciekawi Most Nieskończoności. A co stara, wybierasz się na wycieczkę? - powiedziała zdenerwowana, że ją obudziłam o tak wczesnej porze.
- Tak właśnie, a co nie mogę?! - odparłam podenerwowana - Ok, to idę mostem, dzięki!
Mała chyba pomyślała, że jestem jakąś chora umysłowo, ale mało mnie to obchodziło. Ważne, by dostać się do mostu i mieć spokój.
Kiedy dostałam się tam zauważyłam, że stoi na nim jakąś postać. Jęknęłam w duchu, ale weszłam na most. Spojrzałam w dół, nie było widać dna. Słabo.
- Cześć Astrid! - zawołała dobrze mi znana postać. Źle, bardzo źle.
- Cześć Dante. - odparłam.
- Gdzie idziesz? - spytał basior.
- Na wyprawę. Sorry Danny, ale idę sama i daj mi spokój i pójdź sobie. - odpowiedziałam. Te słowa bolały, bardzo. Zrobiłam jeden krok przed siebie po czym poślizgnęłam się i wypadłam z mostu. Starałam tak, niesamowicie wystraszona. Dalej bolały mnie słowa, które powiedziałam do Dantego. Chciałam umrzeć. Jednak nie dane było mi to zrobić. Zbliżałam się do końca mojej nieprzyjemnej wycieczki. Przygotowywałam się na bolesne spotkanie z ziemią, które nie nastąpiło. Odbiłam się od czegoś i teraz do góry. W końcu wylądowałam na ziemi w jakimś lesie. Po spotkaniu z ziemią wszystko mnie bolało. Nie wiem co było dalej, chyba straciłam przytomność...
<C.D.N.>
Uwagi: Gdy chcesz wspomnieć w op. o WMW, to proszę, rozwiń ten skrót. Zapominasz o polskich literach. Mówiąc o porze jako o porze dnia, piszemy przez "rz". Masz trzykrotne powtórzenia wyrazu "most". Niezbyt rozumiem, o co chodzi w końcówce (jest Dan, później go nie ma, As pojawia się na moście, spada z niego, później gdzieś leci i jest w lesie. Wot?), ale żeby nie zepsuć ukrytego sensu, nie będę niczego poprawiać.
Czemu wszyscy odchodzą? Zaczynając od rodziny, a kończąc na członkach Watahy Magicznych Wilków. Było ich tak wiele, tyle ich tu przeszło, tyle przyszło. Są nowi, którzy nie są tacy źli, ale jednak odczuwam smutek, że oni mają zastąpić moich przyjaciół, którzy poszli w świat. To smutne. Kiedy o tym pomyślę, chce mi się płakać. Wiem, że ci nowi mogą zostać moimi nowymi przyjaciółmi, ale trzeba ich najpierw poznać, tamtych znałam. Iiii... I lubiłam, a oni poszli w świat. Wydaje mi się, że z kawałkiem mojego serca. W watasze czuję się obco, wśród nieznanych mi pysków. No cóż powoli tracę siłę na poznawanie, zwłaszcza jak oni nie chcą mnie znać. Ja przecież miałam siostrę, przybraną, ale siostrę, którą kochałam jak prawdziwą, a ona odeszła. Na takie myśli chce płakać, jednak brak mi sił. Boję się, że nikt nie zostanie z tych już trochę "starych" członków. Tylko ja. Do nikogo się nie odezwę, bo nie będę w stanie. A może to ją odejdę szybciej. Nie chce odchodzić, ale wśród samych nieznajomych, których nie mam jak i nie chcę poznać, chyba będę musiała to uczynić. To smutne, ale prawdziwe. Potrzebuje czasu, samotności i spokoju. Muszę odetchnąć od życia. Ale jak? Jak odejść od wszystkich co znam, ale tak by powrócić? Już wiem, pójdę na wyprawę pod pretekstem szukania terenów, znajdę coś, byle co zatrzymam się tam, po to by odetchnąć i potem wrócę. Będę spokojniejsza i przy okazji zrobię coś pożytecznego. Teraz tylko iść do Alfy i już.
Poszłam do jaskini Suzanny, oznajmiła jej, że wyruszają na poszukiwania nowych terenów z samego rana.
*W okolicach 5 rano*
Nadszedł ten czas. Czas na moja wyprawę. Muszę iść, jak najszybciej iść. Teraz, szybko, już! Tylko w którą stronę? Biegałam po terenach jak opętana. W końcu zaczepiłam Ivette. Jako, że jest nowa i pyskata, a to może mi się przydać.
- Mnie ciekawi Most Nieskończoności. A co stara, wybierasz się na wycieczkę? - powiedziała zdenerwowana, że ją obudziłam o tak wczesnej porze.
- Tak właśnie, a co nie mogę?! - odparłam podenerwowana - Ok, to idę mostem, dzięki!
Mała chyba pomyślała, że jestem jakąś chora umysłowo, ale mało mnie to obchodziło. Ważne, by dostać się do mostu i mieć spokój.
Kiedy dostałam się tam zauważyłam, że stoi na nim jakąś postać. Jęknęłam w duchu, ale weszłam na most. Spojrzałam w dół, nie było widać dna. Słabo.
- Cześć Astrid! - zawołała dobrze mi znana postać. Źle, bardzo źle.
- Cześć Dante. - odparłam.
- Gdzie idziesz? - spytał basior.
- Na wyprawę. Sorry Danny, ale idę sama i daj mi spokój i pójdź sobie. - odpowiedziałam. Te słowa bolały, bardzo. Zrobiłam jeden krok przed siebie po czym poślizgnęłam się i wypadłam z mostu. Starałam tak, niesamowicie wystraszona. Dalej bolały mnie słowa, które powiedziałam do Dantego. Chciałam umrzeć. Jednak nie dane było mi to zrobić. Zbliżałam się do końca mojej nieprzyjemnej wycieczki. Przygotowywałam się na bolesne spotkanie z ziemią, które nie nastąpiło. Odbiłam się od czegoś i teraz do góry. W końcu wylądowałam na ziemi w jakimś lesie. Po spotkaniu z ziemią wszystko mnie bolało. Nie wiem co było dalej, chyba straciłam przytomność...
<C.D.N.>
Uwagi: Gdy chcesz wspomnieć w op. o WMW, to proszę, rozwiń ten skrót. Zapominasz o polskich literach. Mówiąc o porze jako o porze dnia, piszemy przez "rz". Masz trzykrotne powtórzenia wyrazu "most". Niezbyt rozumiem, o co chodzi w końcówce (jest Dan, później go nie ma, As pojawia się na moście, spada z niego, później gdzieś leci i jest w lesie. Wot?), ale żeby nie zepsuć ukrytego sensu, nie będę niczego poprawiać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)