Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 23 lipca 2018

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 16

Maj 2020 r.
Po lekcjach poszłyśmy w Góry, by tam upolować najbardziej tłustą kozicę, jaką tylko znajdziemy. Sakura jak się okazało miała najlepszy węch, a jako, że już na lekcjach polowania zdołała poznać zapach każdej z jadalnych zwierząt zamieszkujących nasze tereny, postanowiła robić nam za przewodnika. Poruszałyśmy się cicho, niemal bezszelestnie, a kiedy któraś z nas wydawała zbyt głośne dźwięki, natychmiast dawałam o tym znać. Mój słuch był zdecydowanie najlepszy.
Ostatecznie trafiłyśmy na nie za duże stadko. Sakura nie wyglądała na przekonaną o słuszności mojego pozornie szalonego planu, ale nie mogła mieć pojęcia o tym, że tak naprawdę moje zdolności, w tym polowania, były lepsze niż by się mogło zdawać.
- To którą bierzemy? - zapytała cicho Torance. Wskazałam ruchem głowy największą kozicę, która pasła się nieopodal jeszcze nie zdatnych do jedzenia jagód, idealnie tyłem do nas. Koleżanki cicho się do niej zbliżyły, najbardziej jak tylko mogły. Ja byłam już wystarczająco blisko i jednocześnie w strategicznym punkcie, więc nie ruszyłam się z miejsca.
Pierwsza wyruszyła Sakura, która jako, że była z nas najsłabsza, miała jedynie ją nastraszyć. Kolejna rzuciła się Torance, a na końcu ja. Swoją pracę wykonałam w rekordowym tempie. Nim się obejrzały już była martwa. Ze spokojem usiadłam na ziemi. Musiałam być brudna od krwi. Torance i Sakura zbliżyły się do mnie z rozdziawionymi w zdumieniu pyskami. Pokręciłam tylko głową, dając znak, by o nic nie pytały.
- Idę się umyć. Idźcie już z tym do jaskiń. Spotkamy się po drodze.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Ruszyły niepewnie w swoim kierunku, a ja w swoim. Wymyłam się w nie za dużym górskim stawie. Woda była zimna, ale za to widoki piękne... Czułam się jakbym pływała w chmurach. Niewiele brakowało, a bym się zasiedziała o chwilę zbyt długo. Kiedy opłukałam krew, wyszłam, otrzepałam się i pogalopowałam do koleżanek. Nie zdążyły zajść za daleko, miały problem z przeniesieniem prezentu. Z moją pomocą poszło to znacznie sprawniej.
Ostatecznie dotarłyśmy na miejsce. Byłyśmy w porę. Shen już czekał odrobinę zniecierpliwiony przy wejściu, a widząc kozicę jego oczy zrobiły się okrągłe jak spodki. Kiedy ją położyłyśmy przed nim i odśpiewałyśmy piosenkę urodzinową, której nauczyła nas wczoraj Torance, wciąż wyglądał na zdumionego.
- D-dziękuję - wymamrotał, a po chwili wahania wciągnął kozicę do środka. Musiał być pod wrażeniem.
Okazało się, że jaskinia była wystrojona, a Sohara siedziała w najodleglejszym kącie, tuż obok pokaźnego naczynia wypełnionego wodą, zapewne zabarwioną sokiem jakichś owoców. Było przygotowane również kilka upolowanych myszek, które zostały nabite na patyk, pewnie byśmy mogły je podpiec na ognisku, do tego jakieś prowizoryczne zabawki...
- I jak się podoba? - zapytał podekscytowany Shen.
- Wygląda super! - pochwaliła Torance.
- Kto ostatni przy piniacie, ten zgniłe jajo! - wrzasnęła Sakura.
Oczywiście tym zgniłym jajem byłam ja, bo w przeciwieństwie do pozostałych nie miałam chęci by biec jak oszalała.
***
Ostatecznie dzień spędziłyśmy całkiem miło. Bawiłam się zaskakująco dobrze, mimo, że wymyślone przez Shena i opiekunkę szczeniąt zabawy były skierowane raczej dla osób młodszych. Nigdy mnie to nie bawiło, ale z osobami, które lubiłam, było to jakieś... ciekawsze. Rzucaliśmy do celu, tańczyłyśmy w rytm (o ile jakikolwiek tam istniał) gwizdania Shena, wspominaliśmy pojedyncze głupoty, które nam się przytrafiły w ostatnim czasie, jedliśmy, piliśmy... Na końcu było ognisko przyrządzone przez jakiegoś wilka ognia, prawdopodobnie z Watahy Czarnego Kruka. Nie znałam go nawet z widzenia.
Gdy tak patrzyliśmy na ogień, Sakura przysnęła. Torance musiała ją budzić, by nie przypaliła sobie grzywki. Shen za to usiadł blisko mnie, w dodatku tak bardzo, że dotykaliśmy się ramionami. Nie przeszkadzało mi to. Oparłam się o niego głową. Zrobiło mi się jakoś ciepło na duchu. Aż dziwne, że początkowo nawet nie chciałam przychodzić na to całe przyjęcie, chcąc się w ten czas szkolić razem z tatą.


*Następnego dnia*
Poprzedniego dnia wróciłyśmy do siebie dość późno, więc na lekcji magii byłyśmy wykończone. Kai skwitował to lekkim uśmiechem. Prawdopodobnie doszły go słuchy o przyjęciu urodzinowym Shena, na którym siedziałyśmy do wieczora. Niewykluczone również, że przekazała mu to moja ciotka czy też nawet tata. W końcu z tego co słyszałam byli niegdyś jego uczniami i mieli całkiem niezły kontakt...
- Możecie leżeć, ale nie uśnijcie, proszę - Zaśmiał się. Odpowiedzieliśmy mu przeciągłym mruknięciem.
Tym razem lekcje odbyć się miały na Szczenięcej Polanie. Pogoda była całkiem dogodna, więc nie przeszkadzało nam szczególnie. Przynajmniej było nam ciepło w grzbiet, bo słońce akurat znajdowało się za nami. Słysząc ciche szuranie trawy, zastrzygłam uchem. Twierdząc po zapachu, to  tylko Kai się przemieszczał. Ta myśl mnie uspokoiła. Ponadto w tej chwili w mojej głowie pojawiła się myśl, że lekcje bez Shena to już nie to samo. Nigdy nie było aż tak spokojnie.
- Nikt z was, prócz Moone, którą dzisiaj zwolniłem z zajęć, nie zna swojej mocy - zaczął Kai - Nie ma jej tutaj dlatego, że miała to być lekcja czysto przeznaczona dla was: dla szczeniąt, które nawet nie wiedzą, w którym kierunku dążyć - zrobił krótką pauzę - Z waszych umysłów wyczytałem, że najsilniejsze moce niemal wszystkich będą mieć efekty kinetyczne.
- Niemal? - powtórzyła Torance.
- Niemal, bo za wyjątkiem ciebie. Powinnaś szukać w innym kierunku. Nie jest to żaden żywioł wody, ognia, powietrza, ziemi, czy innych takich. Zupełnie, jak w moim przypadku: mam żywioł umysłu, czasu, oraz jeszcze jeden, tym razem bardziej kinetyczny, ale nadal nieokreślony.
- Można stwierdzić, czy jaki będzie żywioł podstawowy? I jak pan to zrobił, że dało się określić? - pytała tym razem Aoki.
- Każdy ma wokół swojego umysłu aurę mocy o określonym natężeniu, o odpowiedniej barwie czy odczuciu. Jedne są ciepłe, inne chłodne, jeszcze inne się jakby magnetyzują, a pozostałe zdają się być pod tym względem neutralne. Chodzę już tyle lat po tym świecie, że nabrałem intuicji. Nie da się całkowicie precyzyjnie określić na tej podstawie, szczególnie, kiedy ta moc nie jest jeszcze aktywowana. Mogę jedynie przewidywać. Moce niekinetyczne mają słabszą aurę, lecz zwykle bardziej magnetyczną.
Mam moc kinetyczną... - powtórzyłam w myślach, mocniej zaciskając dotychczas zamknięte powieki. Próbowałam skupić się na próbie wyczucia własnej aury, na podstawie której Kai to określił, ale im dłużej próbowałam, tym bardziej pewna byłam, że nic z tego nie wyjdzie. Słyszałam o przypadkach zdolności wyczytywania tego bez żywiołu umysłu, ale albo ja się do tego nie nadawałam, albo robiłam to źle, albo po prostu miałam póki co za słabą moc.
Otworzyłam ślepia i popatrzyłam na nauczyciela. Akurat dyskutował z Torance na temat jego przewidywań na temat jej przyszłych zdolności. Mówił także, że nie użyje żywiołu czasu, by nie psuć nam, ani też sobie, niespodzianki.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

niedziela, 22 lipca 2018

Od Torance "Czarne chmury imigrują do nas jak uchodźcy" cz. 5

Listopad 2019r
Czarna wadera odchrząknęła starając zwrócić na siebie uwagę. Suzanna podniosła na nią wzrok.
- Foolishness, mogłabyś jeszcze raz opowiedzieć swoją wersję wydarzeń? - w głosie samicy Alfa pobrzmiewał raczej rozkaz, niż prośba.
Czarna wilczyca wydawała się bardzo podekscytowana tym, że była w centrum zainteresowania i mogła wszystko opowiedzieć. Jej cała postawa wydawała się krzyczeć: „Ha! To najpierw ja wszystko opowiem! To ode mnie wszystko zależy!”.
- Nie wiem od czego zacząć... - powiedziała udając zagubienie. Fermitate słysząc jej słowa posłał jej spojrzenie spod przymrużonych oczu. Wilczyca czym prędzej zreflektowała się i ponownie odchrząknęła. - Znaczy się... Bardzo dobrze wiem. Bardzo, bardzo dobrze.
- Do rzeczy – przerwała jej zniecierpliwiona Suzanna.
- Byłam właśnie na codziennym patrolu, kiedy zauważyłam z daleka sylwetki trzech szczeniaków. Poruszały się wolno, a na grzbiecie jednego z nich coś się znajdowało. Najpierw pomyślałem, że może te bachory w końcu się na coś przydają i upolowały coś dla watahy. Zaciekawiona podeszłam do nich i dostrzegłam, że nieśli kolejnego szczeniaka. Wszyscy byli wymęczeni i brudni. Ich sierść pokrywała zaschnięta krew. Jednak mała wadera, którą nieśli... Ona była w najgorszym stanie. Od razu stwierdziłam, że to do niej należy krew, a jej pozostała trójka nie znalazła się tam przypadkowo. Szli od strony gór, więc przypuszczam, że próbowali zepchnąć wilczycę w przepaść. Prawdopodobnie im się to nie udało – może wysokość była zbyt niewielka niż przypuszczali – i wadera nadal żyła. Nie wiedząc jak mogliby zgonić winę na przypadek, postanowili nie kończyć tego, co zaczęli, a przytargać do watahy. Jak na moje oko tym szczeniakom nie wolno ufać. Wszyscy powinni zostać wygnani bądź zabici za tak haniebny czyn jakim jest próba morderstwa. Mój brat, Fort, z pewnością mógłby się nimi odpowiednio zająć.
Musiałam przyznać, że wilczyca była świetną aktorką. Modelowała głos w taki sposób, żeby pobrzmiewały w nim emocje, które miały dodać dynamizmu jej opowieści. Żeby ta wywarła odpowiedni skutek.
Z każdym jej słowem, czułam jak wypełnia mnie coraz większe przerażenie. Najgorsze było to, że nie kłamała. Mówiła dokładnie to, co myślała. Sytuacja przedstawiona jej oczami brzmiała bardzo prawdopodobnie, bo niby jak inaczej mogło to wyglądać, jeśli nie na próbę morderstwa?
Tymczasem para Alf pokiwała pyskami w zamyśleniu.
- Dziękuję ci, Foolishness. Teraz, jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym porozmawiać ze szczeniakami. Na osobności.
Suzanna bynajmniej nie prosiła waderę o zgodę, jednak ta gorliwie przytaknęła. Nie ruszyła się jednak z miejsca, jakby czekała, że to właśnie samica Alfa wyjdzie z jaskini zamiast niej.
- Możesz wyjść – podpowiedziała Alfa.
- Och, tak. Oczywiście. Już idę. Do widzenia, Fermitate. Do widzenia, Suzanno – pokiwała głową z szacunkiem - moim zdaniem odrobinę przesadnie – i wyszła.
Słyszałam jej oddalające się kroki, jednak to nie one zaprzątały moje myśli. Miałam wrażenie, że z każdą chwilą przybliża się nasz koniec w tej watasze. Zostaniemy zabici przez brata Foolishness lub wygnani na zawsze. Byłam tutaj od bardzo niedawna, zaledwie jedną porę roku, a koniec już się zbliżał szybkimi krokami. Może takimi jak oddalającej się wadery z Watahy Czarnego Kruka?
Fermitate uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Moglibyście teraz wy opowiedzieć jak było? - poprosił.
Wymieniłam spojrzenia z resztą szczeniaków. Znałam ich już wystarczająco dobrze, żeby umieć odczytać, co chcą mi przekazać.
Nie dam rady nic powiedzieć – Moone posłała nam zmartwione spojrzenie.
Ja mogłabym... - zaproponowałam.
Nie. Siedź cicho, Torance. To ja jestem z naszej trójki wilkiem oraz basiorem – Shen uśmiechnął się z wyższością.
Co to ma do rzeczy? - nie zrozumiała Moone.
Bardzo wiele. Po prostu siedźcie cicho i postarajcie nie narobić pod siebie ze strachu, dobra? - zapytał samiec.
Pokiwałyśmy pyskami na znak zgody. Shen był z nas najstarszy i w tej chwili najbardziej opanowany. Niby mógłby wówczas zatuszować swoją winę, ale wiedziałam, że tego nie zrobi. Wiele można było powiedzieć o tym basiorze, ale na pewno nie to, że jest kłamcą. Tak, zdecydowanie to on powinien mówić.
Para Alfa udawała, że nie zauważyła naszej rozmowy bez słów. Lepiej dla nas.
Shen odchrząknął i rozpoczął opowieść. Opowiedział Alfom o wepchnięciu mnie, Aoki i Moone do jeziora oraz o krótkiej walce, która się niedługo potem rozpętała. Gdy przeszedł do gonitwy w stronę Gór, poczułam jak moje serce podchodzi do gardła. Na skrzydlatym samcu snuta przez niego samego historia zdawała nie robić wielkiego wrażenia. Jego głos brzmiał pewnie i spokojnie, jednak po uważniejszym wsłuchaniu się, zauważyłam skrzętnie ukrywane przerażenie, co mnie odrobinę pocieszyło. Wszyscy byliśmy równie wystraszeni.
Suzanna i Fermitate słuchali uważnie jak Shen opowiadał, w jaki sposób Aoki spadła z urwiska. Nie trzeba było być specjalnie dobrym w odgadywaniu intonacji, by dostrzec, że w jego głosie pobrzmiewała czysta skrucha, kiedy wspominał to wydarzenie. Nie zatrzymał się jednak i przedstawiał dalszą historię.
Zawahał się dopiero w momencie, w którym miał przedstawić naszą rozmowę z dzisiejszego ranka. Spojrzał wówczas w naszą stronę i kontynuował, kiedy udzieliłyśmy mu milczącej zgody na przedstawienie i tej sytuacji. Musieliśmy powiedzieć wszystko.
W końcu samiec zakończył i wycofał się do mnie oraz Moone. Natomiast przywódcy naszej watahy siedzieli w ciszy. Wpatrywali się w nas przez kilka chwil, jakby zastanawiali się w jaki sposób powinni nas ukarać. Czas wydawał się rozciągać w nieskończoność.
Po chwili wymienili ze sobą spojrzenia. Fermitate skinął głową i na powrót zwrócił pysk w naszą stronę.
- Zachowaliście się bardzo nieodpowiedzialnie – przemówiła Suzanna. - Przez wasze głupie sprzeczki Aokigahara jest ranna. Nie wykluczamy oczywiście i jej winy. Wszyscy poniesiecie konsekwencje. Począwszy od teraz, kiedy ktokolwiek będzie potrzebował pomocy, którą bylibyście w stanie zapewnić, macie obowiązek to zrobić.
Wymieniłam spojrzenia ze szczeniakami. Nie było tak źle.
- Aokigahara dołączy do was, kiedy tylko jej stan się potwierdzi – dodał Fermitate. - Możecie już iść.
Każde z nas podziękowało, skinęło łbem i pożegnawszy się, wyszło z jaskini. Niedaleko groty dostrzegliśmy sylwetkę Foolishness. Gdy ta nas zauważyła, zniknęła w dziwnym obłoku.
- Widzieliście to? - zapytałam lekko skołowana. Mój mózg nie mógł jeszcze przyswoić sobie tego nagłego zniknięcia.
Shen i Moone potaknęli.
- Jak myślicie, czego tutaj chciała? - skrzydlata samica rozejrzała się. W jej głosie pobrzmiewał niepokój.
- Mogę się założyć, że cały czas podsłuchiwała – Shen pokręcił łbem z niedowierzaniem. Słyszałam jak wymruczał coś, co zabrzmiało trochę jak przekleństwo.
Zamilkliśmy. Nie wiedziałam, o czym myśleli pozostali, ale mój umysł zaprzątała jedna myśl. Mogliśmy tutaj zostać. Żywi. Wprost nie mogłam uwierzyć w nasze szczęście.
- Chyba właśnie kończy się magia – usłyszałam głos Moone.
- Już? Tak szybko? - podniosłam łeb całkowicie zaskoczona.
Wadera miała racje. Dochodziło południe, a z nim koniec pierwszej lekcji. Zaraz miała zacząć się przerwa międzylekcyjna, a po niej czekała nas obrona. Następna była logika, więc czekała nas reszta dnia z Alfami. Super.
- Nie wiem jak wy, ja jestem bardzo głodny – oznajmił Shen. - Widzimy się na lekcji, nie?
Basior nie dał nam czasu na odpowiedź, tylko rozłożył skrzydła i odleciał. Wymieniłam spojrzenia z Moone. Czułam jak burczy mi brzuchu. Całkowicie zapomniałam, że nic dzisiaj nie jadłam. Chociaż... Pragnienie, z którego właśnie zdałam sobie sprawę, było znacznie gorsze.
- Ja idę do Wodopoju. Całkiem usycham – stwierdziłam.
- Spoko – skinęła głową Moone. - Ja chyba pójdę się wykąpać. Nie mogę znieść tego zapachu.
Uśmiechnęłam się słysząc jej słowa. Jednak Aoki ma nią znacznie większy wpływ, niż sądziłam. Wilczyca pożegnała się ze mną i podobnie jak przed chwilą Shen, odleciała. Zostałam sama.
Sama powiadasz? - usłyszałam nagle.
Z mojego gardła wydobył się głośny okrzyk przerażenia.
As! Nie strasz mnie tak! - zawołałam w myślach, kiedy uspokoiłam się na tyle, żeby rozpoznać głos.
Och, przepraszam. Coś mnie ominęło?
Tak i to całkiem sporo. Aoki jest ranna, a ja, Shen i Moone jesteśmy od dzisiaj wiernymi pomagierami każdego, kto potrzebuje pomocy – powiedziałam.
Samiec zamyślił się. O nie, to nie skończy się dobrze.
Czyli jeśli będę potrzebował pomocy z... - zaczął. Jego głos brzmiał w taki sposób, że wystraszyłam się kolejnych słów. Cokolwiek wymyślił, nie chciałam tego słuchać.
Nie. Tobie nie pomagamy – przerwałam, na co As jęknął niezadowolony.
Młoda, no ej! Z moim posłaniem jest serio coś nie tak!
Co takiego? - roześmiałam się.
Zimne takie, niewygodne. Może jednak mogłabyś mi pomóc, co?
Nie licz na to.
Pff... Jesteś okrutna – stwierdził dramatycznym tonem. Słysząc to nie mogłam powstrzymać wybuchu śmiechu – I jeszcze się ze mnie naśmiewasz. Co za wadera!
Fajna? - zapytałam niewinnym głosem.
Oczywiście. Jednak mnie i tak nikt nie dorówna – parsknął z rozbawieniem.
Możliwe. Ja na przykład cię przewyższam. I to znacznie.
Chciałabyś – prychnął.
W odpowiedzi przesłałam mu uśmiech i ruszyłam w stronę Wodopoju. Samiec jednak nie dawał się spławić i prosił o opowiedzenie mu całej historii. Na początku nieszczególnie chciałam znowu to roztrząsać, ale w końcu udało mu się mnie przekonać. As słuchał uważnie, jednak nie byłby sobą, gdyby nie komentował niemal wszystkiego.
Nieźle – podsumował, kiedy skończyłam.
Nieźle? - powtórzyłam z niedowierzaniem. Serio tylko to miał mi do powiedzenia?
No tak. „Nieźle” wydaje się być odpowiednim słowem – powiedział. Po chwili chyba wyczuł moją lekką irytację, bo dodał – Nie zrozum mnie źle, Tori. Po prostu to naprawdę długa historia. Sporo się wydarzyło i sam do końca nie wiem, co powinienem o tym myśleć. Tym bardziej, że to nie ja to wszystko przeżyłem.
Rozumiem – westchnęłam cicho, po czym postanowiłam zmienić temat. - A co ty robiłeś w tym czasie? Próbowałam się z tobą skontaktować, ale poczułam jedynie dziwną blokadę.
As od razu się ożywił.
Czyli ją wyczułaś? Według Vestar była bardzo słaba i nie powstrzymałaby nikogo, kto choć trochę potrafi czytać czyjeś myśli. Jednak dobrze wiedzieć, że jest w stanie zablokować łączę międzyumysłowe.
Zamrugałam zdezorientowana. To było specjalnie?
Basior roześmiał się. Widocznie moje nieogarnięcie go rozbawiło.
Tak! Od jakiegoś czasu uczę się tworzyć blokadę wokół swojego umysłu. Nie idzie mi na razie zbyt dobrze, ale nie jest też najgorzej. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Hm... No to gratulacje, czy coś – jak bardzo bym się nie starała, tak na końcu i tak można było usłyszeć nutę pytania.
To pytanie?
Nie.
W tej chwili dostrzegłam, że znajduje się już przy Wodopoju. Widok tego wąskiego wodospadu tak mnie podekscytował, że znalazłam w sobie siłę, żeby do niego podbiec.
To wszystko dzięki mnie. Gdybyś miała iść sama droga by ci się bardzo dłużyła – usłyszałam gdzieś w umyśle. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i zanurzyłam pysk w chłodnej, czystej wodzie. Była taka dobra... Westchnęłam z rozmarzeniem. Zawsze zapominałam, że tutejsza woda była tak pyszna.
Po chwili podniosłam łeb i skierowałam kroki w stronę Szczenięcej Polanki, gdzie jak zwykle miały odbyć się lekcje. Postanowiłam od razu po niej skończyć ogarnianie się, a po logice mogłabym w końcu iść odwiedzić Aoki.
Mogłabym zapytać Moone i Shena czy chcieliby iść ze mną – pomyślałam.
Zniosę, że idziesz odwiedzić Panią Moje-Futerko-Jest-Najważniejsze. Fajnie, że weźmiesz ze sobą Moone – ona jest jeszcze w porządku. Musisz jednak ciągnąć ze sobą tego basiora? - w głosie Asa łatwo można było wyczuć niezadowolenie.
Nie przepadał on za Shenem z powodu, który nie potrafiłam określić. Już pierwszego dnia, kiedy go zobaczyłam, ostrzegał mnie przed nim, czego nie rozumiałam. Owszem, Shen był trochę irytujący, często wredny bez powodu, ale nie aż tak jak przedstawiał to As. W każdym razie był on czasem milszy od Aokigahary. A jednak to Shen, z którym tak rzadko rozmawiałam, był znacznie gorszy od mojej koleżanki – lub przynajmniej zdaniem Asa.
Tak, muszę. Siedzimy w tym wszystkim razem. To ciebie tam nie było, a jakoś zabieram cię ze sobą.
Basior prychnął jeszcze bardziej niezadowolony.
Mogę sobie pójść i cię zablokować, nie ma problemu.
Poczułam jak zaczyna boleć mnie brzuch.
Nie! - zawołałam sama od końca nie wiedząc czemu. Nie chciałam, żeby znowu mnie zostawił. Za bardzo przyzwyczaiłam się jego obecności...
Och, będziesz tęsknić za mną?
Prychnęłam. Chciałbyś.
Czyli mogę sobie iść? - upewnił się basior.
- Jak chcesz – mruknęłam przez przypadek na głos.
Dobra, zostanę. Nie chcę, żebyś się poryczała z tęsknoty.
Tsa... I co jeszcze? - zapytałam uśmiechając się. W gruncie rzeczy cieszyłam się, że ze mną został.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

piątek, 20 lipca 2018

Od Agrima "Utracone Wspomnienia" cz. 5

Marzec 2021r.
Wadera w odpowiedzi prychnęła i odwzajemniła szturchnięcie. Użyła jednak chyba trochę za dużo siły, bo poleciałem na kilka kroków do przodu. Na Eydis, silna była. Nie spodziewałbym się tego po takiej małej i drobnej wilczycy. Z tego co widziałem, sylwetki niektórych wilków były tak samo niepozornie. Miałem jednak przeczucie, że choć nieodznaczające się, ich mięśnie były znacznie lepiej wyćwiczone od moich. Widocznie tylko ja byłem taki chuderlawy... A w połączeniu z moimi niezwykle wysokimi umiejętnościami polowania oraz magicznymi... Tak, tworzyło to zdecydowanie idealny zestaw.
Oto Asgrim! Świetny materiał reprodukcyjny! Jest szansa, że szczeniaki będą umiały w miarę normalnie chodzić! - pomyślałem z przekąsem.
- Rany, Mała... Spokojnie – powiedziałem, kiedy zdołałem odzyskać równowagę.
Wilczyca słysząc jak ją nazwałem, przewróciła oczami.
- Wrócił stary As. Możesz nic nie pamiętać, a i tak będziesz mi dokuczać na temat wzrostu, co?
Na jej słowa nie mogłem powstrzymać śmiechu. Jeśli bycie „starym Asem” zobowiązywało mnie do dokuczania mojej uroczej przyjaciółce przy każdej możliwej okazji, to zaczynało mi się to podobać.
- Dokładnie. Nie zapominaj również o wieku, Młoda.
- Pamiętam. Niestety – jęknęła Tori. Żałosny ton jej głosu spowodował u mnie kolejny wybuch śmiechu. Wadera obserwowała moją głupawkę spod zmarszczonych brwi. Próbowała być groźna, ale widziałem w jej oczach rozbawienie. - Chodź lepiej. Nie mogę przesiedzieć całego patrolu.
No tak, patrol... Całkiem o nim zapomniałem.
Wilczyca podniosła wzrok na niebo i przyglądała mu się przez chwilę. Czyżby coś – a może ktoś? - tam latał? Kiedy chciałem zobaczyć, co takiego ją tak zaciekawiło, nie dostrzegłem nic oprócz kilku chmur. Nuda.
- Właściwie to jest już za późno... Niedługo kończy się moja zmiana – westchnęła.
Nareszcie – pomyślałem z ulgą. Nie to żeby coś, ale miałem dość chodzenia po tych płaskich terenach...
Nagle poczułem na sobie zimne spojrzenie Tori. No chyba tego nie powiedziałem na głos, prawda? Rany, tylko nie to...
- Aż tak było nudno? - zapytała samica. Jej głos dorównywał zimnem spojrzeniu, jeśli nie przewyższał.
- Broń mnie, o pani, bo mogę zginąć śmiercią nagłą i bolesną – powiedziałem bezgłośnie.
Tori widząc poruszenie mojego pyska wydawała się jeszcze bardziej zirytować. Nie rozumiałem, czemu tak się zdenerwowała. Chyba mogłem jakoś skomentować to całe patrolowanie.
- Nie. No coś ty.
Wadera wpatrywała mi się przez chwilę w oczy. Dość dziwnie się z tym czułem. Nie wiedziałem, czego w nich szukała, co trochę mnie niepokoiło. Jednak nie miałem zamiaru odwracać wzroku.
- Tori? Co robisz? - zapytałem.
- Co? Ach, wybacz. Przepraszam za moją reakcję. Trochę źle zrozumiałam, co masz na myśli – roześmiała się nerwowo.
Pokiwałem głową na znak, że rozumiem. No zdarza się.
Tor ruszyła w jakąś stronę, a ja podążyłem za nią. Ponownie między nami nastała cisza. Nie wiedziałem, o czym myślała samica, co dalej napawało mnie lekkim smutkiem. Chciałem wiedzieć, o co chodziło. Oraz ciekawiło mnie, czemu tak się wpatrywała w moje oczy. Musiała w nich coś dojrzeć, ale w jaki sposób? Czyżby i ona potrafiła wkradać się do czyjegoś umysłu?
- Em... Tor? - zapytałem niepewnie. Wadera słysząc swoje imię, spojrzała na mnie wyczekująco. - Potrafisz czytać w myślach?
Ruda samica otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. Zszokowało ją to, że pozbawiłem ją takiego atutu czy ogółem taki pomysł?
- Niezupełnie... - odpowiedziała, kiedy otrząsnęła się z pierwszego szoku. W jej głosie słychać było wahanie.
- Niezupełnie? - powtórzyłem marszcząc brwi. Co miała na myśli?
- Noo... - zaczęła. - Nie potrafię odczytać, co ktoś w danej chwili myśli. Po prostu umiem odczytywać emocje. Jestem w stanie je zmieniać z pomocą magii. Mogę też delikatnie manipulować pamięcią. Nic specjalnego. Taka trochę malutka namiastka twoich zdolności plus ta zmiana.
Zagwizdałem z podziwem.
- Nieźle, nieźle. Biorąc pod uwagę, że jeśli chodzi o odczytywanie czegokolwiek, to jestem zdany jedynie na swoją spostrzegawczość, to już wiadomo, kto jest z naszej dwójki silniejszy...
- I na pewno jesteś to ty – wtrąciła wilczyca.
- No oczywiście. Zawsze będę od ciebie lepszy, Mała – roześmiałem się.
- Hej! Miałeś zaprzeczyć!
- Nie, nie miałem – posłałem jej uśmiech, który miał stopić jej serce i sprawić, że padnie u mych łap w uwielbieniu. Chyba nie zadziałał, bo wadera dalej szła jedynie uśmiechając się z rozbawieniem. - W każdym razie... Dokąd my idziemy?
- Nad Wodospad. To chyba oczywiste, nieprawdaż? - Tori zaciągnęła się demonstracyjnie powietrzem.
Zbliżyłem pysk do mojej przyjaciółki i również wciągnąłem powietrze nosem. Następnie skrzywiłem się i szybko zabrałem łeb jak najdalej od niej. Starałem się, żeby na moim pysku widniała czysta odraza.
- Tak, zdecydowanie przydałaby ci się kąpiel...
- Zgadzam się w zupełności. Twój smród przeszedł na mnie, kiedy się przytulaliśmy. Będę go zmywać wieczność... - westchnęła teatralnie. - Rany! Obym tylko nie złapała od ciebie pcheł!
Pcheł? Ja nie mam pcheł – pomyślałem, mrużąc oczy. Pchły kojarzyły mi się z czymś najbardziej poniżającym, co tylko może dotknąć żywe stworzenie.
Po takim oświadczeniu postanowiłem jedynie prychnąć i nie zaszczycać dłużej tej istoty rozmową ze mną. Nie była tego godna.
Uniosłem wysoko łeb i przyspieszyłem. Widziałem ten wszechobecny las, więc wątpiłem, że się zgubię. Cała ta wataha była związana z tym ogromnym lasem, który pomimo wczesnej pory, był już wypełniony zielonymi pąkami liści. Może był czymś na wzór jego serca? Zresztą nieważne. Miałem wrażenie, że jeśli chciałem dokądś dotrzeć, to muszę przejść przez ten lasek.
- As? Dokąd idziesz? Przecież nie znasz drogi – Tori znalazła się tuż obok mnie. Czy ona musiała być tak szybka w porównaniu do mnie?
- Do lasu – odpowiedziałem dumnie. W chwili wypowiadania ostatniej sylaby przypomniało mi się, że miałem się do niej nie odzywać. Agh...
- Do lasu, powiadasz? A gdzie dalej?
Tym razem ją olałem i uniosłem jeszcze wyżej pysk.
- O Losie, czemuś mnie tak ukarał? - mruknęła wadera. - As, przepraszam cię. Tylko żartowałam. Uspokój się.
- Jestem spokojny.
- Nie, nie jesteś. Przestań się fochać, proszę.
Nagle poczułem jak moje zdenerwowanie mija. Samica miała rację. Nie miałem o co się fochać. To były tylko żarty. Nie chciała przecież mnie obrazić, prawda? Zareagowałem zdecydowanie zbyt przesadnie. Głupi As.
Chwila, chwila... Skąd ta nagła zmiana? Byłem zirytowany, a pod wpływem jej słów, moje emocje zmieniły się całkowicie. Czy ona...?
- Skorzystałaś z magii – bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.
- Co? Ja nie... - Tori pokręciła łbem. - Chociaż... Możliwe. Przepraszam. Nie zawsze nad tym panuję...
Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Skoro to nie było specjalnie, to mogłem jej to wybaczyć. Zresztą, nie potrafiłem się teraz na nią gniewać. Choć przebija się przeze mnie lekka irytacja – no halo, jak mogła coś takiego powiedzieć i jeszcze użyć na mnie magii, żebym się na nią nie denerwował? - czar nadal działał.
- Chodźmy już po prostu nad ten cały Wodospad. Oboje śmierdzimy – rzuciłem pojednawczo. Nie chciałem się dłużej kłócić.
Tori potaknęła. Następnie wyprzedziła mnie o pół kroku wiedząc, że jakbym się nie zarzekał, to i tak po dotarciu do tego lasu – chwila... Tori jakoś go nazwała... Zielony Las? Nie słuchałem jej wówczas zbytnio... - nie wiedziałbym, gdzie powinienem skierować swoje kroki i stał tam jak totalny głupek.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

czwartek, 19 lipca 2018

Od Valkoinen "Dźwięki nadchodzące znad wody" cz.1

Lipiec 2021
Zawsze się zastanawiałem ile mam łap. Jak nazywa się ta liczba określająca ich ilość? Wiedziałem, że jest coś takiego, ale nic poza tym. Umiałem dobrze określać ilości słowami kilka oraz kilkadziesiąt. Nie było to aż takie trudne, mimo że czasami nadal się myliłem.
Jestem już prawie dwa tygodnie w watasze, ale już udało mi się zauważyć jak bardzo mój poziom umiejętności odstaje od innych. Bardzo duża ilość wilków skończyła szkołę. Wiem, że chodzili na jakieś zajęcia, na które nigdy nie miałem okazji się stawić. Jestem już po prostu na to wszystko za stary. Jeżeli doczekam się kiedykolwiek dzieci to nie dopuszczę żeby byli tacy jak ja. Tylko najpierw musi mnie ktoś zechcieć, a to już będzie trudniejsze zadanie.
Rzuciłem wzrokiem jeszcze raz na moją jamę, przydałoby się ją czymś przyozdobić. Było w niej całkiem dużo miejsca. Mógłbym tu spokojnie zmieścić całą moją rodzinę. To czy byłoby nam wygodnie to już druga sprawa. Z sufitu jaskini jakby ściekał sopel lodowy. Jednak był to pojedynczy stalaktyt, z którego za niedługo powstanie stalagnat. Będzie to całkiem ciekawa obserwacja. Nie wyglądało to tak całkowicie źle. Jama nie była ani za duża, ani też za mała. Jednak na pewno starczy mi miejsca na jakąś drobniejszą ozdobę. Bez niej było w środku strasznie ponuro.
Dzisiejszy poranek był strasznie upalny. Dopóki o tym nie pomyślałem, nawet nie zdawałem sobie sprawy jak strasznie chce mi się pić! Mój jęzor był niemal całkowicie przesuszony i stawał się nieprzyjemnie szorstki. Prawię czuję jakby ścierał moje kły.
Ale jeszcze gorsza sprawa była z moją czystością. Łapy przesiąknęły okropnym fetorem błota. Z innymi częściami wcale nie było dużo lepiej. Podarowałem sobie wciągania wspaniałej woni wydzielanej z mojego pyska. Miałem wrażenie, że ten smród wypadał nawet uszami. Muszę iść nad wodospad zanim kogoś spotkam. Nie mogę przecież tak śmierdzieć przy kimś! Co prawda higiena nigdy nie była dla mnie czymś szczególnie ważnym, nie musiałem wskakiwać do wody kilka razy dziennie. Jednak teraz to już totalnie przesadziłem. Wybiegłem z jaskiń jak najszybciej się dało. Nie zauważyłbym nawet gdybym kogoś minął.
Może nie będzie czuć smrodu ciągnącego się za mną jak cień? - Pamiętaj, Valk, nadzieja zawsze pozostaje, no nie?
Biegnąc moje tylne łapy prawie uderzały o przednie, przez co prawie zaburzały moją równowagę. Było bardzo niedaleko do tego. Okruchy razem z pyłem z przesuszonej gleby drżały od uderzania łap. Ruszałem się trochę ociężale, od kiedy wczoraj stwierdziłem, że przebiegnę się lasem ciągnącym się na terenach watahy. Gdyby nie fakt, że byłem wykończony biegiem oraz jednocześnie najedzony, to na pewno rzuciłbym się na zwierzęta uciekające przede mną. Chociażby żeby przestraszyć kilka wiewiórek. Jednak i tak byłbym na nią za wolny, więc najadłbym się jedynie jej strachem.
Z każdym przełknięciem śliny czułem coraz większe pragnienie wypicia chociaż kropli. Słońce coraz mocniej uderzało mi w kark. Nie miałem jeszcze gdzie się skryć, a moje siły znacznie osłabły. Las był coraz bardziej widoczny, na pewno byłem już bliżej niż dalej. W lesie będę miał możliwość zatrzymania się pod drzewem i ponownego nabrania sił w cieniach ich koron. Zatrzymałem się pod pierwszym lepszym konarem i przystanąłem w miejscu sapiąc ze zmęczenia.
- Rany! - Stęknąłem przemęczony. Gdybym mógł, zamieniłbym się w beczkę. Przystojną beczkę, rzecz jasna. Doturlałaby mnie może do samego wodospadu. Nie musiałbym przynajmniej chodzić.
Czułem jak gorąco wychodziło z każdej strony mojego ciała. Teraz na dodatek sierść zlepiała się na jej końcach. Nie miałem pojęcia czy była takiej barwy jak zawsze. Może porządnie ściemniała?
Ruszyłem powolnym krokiem nad wodospad, jeszcze nie wiem jak daleko tam jest. Wcześniej nie miałem okazji tam pójść. Jak na razie dużo czasu spędziłem nad Wodospadem. Było tam bardzo dużo wilków. Większość z nich była bardzo czysta albo przynajmniej czysta. Powłóczyłem łapami dalej przed siebie. Już nie z tym samym zapałem ucieczki przed wszystkimi wilkami, teraz już to sobie darowałem. Wokół nie było nikogo.
Pobiegłem szybszym tempem, kiedy przypomniałem sobie o tym, że chciałem się dzisiaj pouczyć liczenia. Alfa prowadziła lekcję dla dorosłych wilków. Jednak znając moje ruchy nie pójdzie mi to za szybko. Nawet jakbym chciał się uczyć dzisiaj (co pewnie i tak mi nie wyjdzie) to już widzę moje tempo zmierzania na lekcję. Pierwszy raz w życiu chciałem nauczyć się czegoś pożyteczniejszego, ale nie dzisiaj. Może nauka nie chce żebym z nią randkował? Czy ona czasem nie spławia mnie i mówi do mnie, żebyśmy lepiej zostali przyjaciółmi? A gdyby tak się okazało, że ona nie chce mnie znać? Nie chcę być moją przyjaciółką. Tak, to na pewno to! Po co mam się uczyć? Nie będę jej przecież na siłę się wpychać, prawda?
- Przecież woda chce mnie przytulić i sądzę, że nie będę mógł się od niej wycofać. - Orzeźwienie to dopiero prawdziwa miłość.
Westchnąłem na samą myśl o wodzie. Znajdowałem się już bardzo blisko Wodospadu. Dzieliło mnie zaledwie kilka kroków. Zatrzymałem się i wsłuchałem w dźwięki dochodzące znad wody. Oczekiwałem na jakiekolwiek oznaki tego, że usłyszę zwierzę. Pewnie uciekło zanim tutaj podbiegłem.
Wstrętna zwierzyna – powiedziałem sam do siebie w duchu. Gdybym jeszcze miał do kogo mówić...
Hałasowałem gorzej niż stado żubrów. Gdyby ktokolwiek chciał mnie zabić, na pewno nie byłoby trudno mnie znaleźć. To było niemal takie same jak krzyczenie: 
- Cześć, tu jestem! Patrz i rzuć się na mnie! Tylko na to czekam! - To na pewno nie było mądre zachowanie z mojej strony.
Jednak na terenie watahy chyba nic mi nie grozi. Wskoczyłem do wody rozchlapując ją na wszystkie rośliny wokół. Przydałoby im się jej trochę więcej. Od dawna nie padał u nas żaden deszcz. Wszystko jest przesuszone i zaczyna przybierać coraz to żółtsze barwy. Jeżeli to dalej będzie tak zmierzać, a woda nadal będzie tylko mnie darzyła miłością to wszystko uschnie na dobre. Nawet tutaj, w okolicach leśnych, gdzie powinno być dość mokro.
Z każdą chwilą spędzoną w wodzie czułem jak woda przyjmowała mój brud. Woda była bardzo gorąco, jednak mimo to dawała orzeźwienie. Mój ozorek nadal łapczywie próbował pochwycić całą wodę znajdującą się w zbiorniku.
Przypomniałem sobie jak dawnymi czasami, jeszcze za szczeniaka ojciec opowiadał mi historyjki. Pewnego razu opowiedział mi jakąś ludzką. Posiadał umiejętność zamiany w człowieka. Moje imię pochodzi od przydomku człowieka zwanego Valkoinen Kuolema, czyli jako biała śmierć.
Opowieść była o smoku. Ludzie jako znane podłe istoty chcieli wykurzyć bestię z ich terenów. Nie pamiętałem dokładnie całej treści bajki. Popsuć jej czar swoją niewiedzą, to dopiero by było! W każdym razie smok zdechł. Jak to ludzie, podłe i fałszywe, chcąc go nakarmić, podłożyli mu coś w jedzeniu. Smok musiał ugasić swoje pragnienie od ich jedzenia. Zaczął wypijać jak najwięcej wody tylko zmieścił. Pękł jednak, i tyle z niego było.
Westchnąłem. Tato, opowiedz mi to jeszcze raz, jeśli to miałoby cię powrócić do świata żywych. Chętnie posłuchałbym tej samej powieści, jeżeli wypłynęła by z twojego pyska. A jeżeli już o wypływaniu mowa, to powinienem wypłynąć na przeciwny rozleglejszy brzeg. Ciepłe fale uderzały we mnie z taką siłą, że nie wytrzymywałem długiego pływania. Kiedyś to dopiero miałem wspaniałą kondycję. Zacząłem wytrzepywać się z wody, chociaż pewne było że ponownie do niej wskoczę. Chociażby żeby wrócić. Jednak nie było mi śpieszno. Wlazłem łapami na brzeg usypany pięknymi kamieniami. Podniosłem błyskającego i gładkiego, niebieskiego do pyska. On musi zagościć w moim pokoju! Położyłem się w wodzie i zacząłem wciągać nosem dochodzące zapachy.
Już nie śmierdziałem tak jak na samym początku. To dopiero była katorga! Wąchanie samego siebie nigdy wcześniej tak bardzo nie szczypało mnie w oczy. W przenośni i dosłownie.
Myślałem, że znalezienie Alfy zajmie mi okropnie dużo czasu. Jednak kiedy się odwróciłem zobaczyłem ją zajmującą się czymś w okolicy. Musiałem skorzystać z okazji, zanim mi ucieknie. Wytrzepałem się teraz naprawdę porządnie. W końcu byłem też pewien, że już nie śmierdzę. Ruszyłem żwawszym krokiem w stronę Alfy. Jeszcze kiedyś zostanę mistrzem liczenia! Strzeżcie się, rzeczy niepoliczone! Zabawa dopiero się zaczyna.

<C.D.N>

Uwagi: Zrób coś z tymi przerwami w tekście. "Pojedynczy" piszemy przez "n". "Na razie" piszemy osobno. Dużo literówek. "Wodospad" to nazwa miejsca, więc należy pisać ją wielką literą. Wypowiedzi a myśli zapisuje się inaczej! Według Twojego zapisu Valk rozmawia sam ze sobą na głos.