Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

wtorek, 10 kwietnia 2018

Od Torance "Czarne chmury imigrują do nas jak uchodźcy" cz.2 (Cd. Chętny)

Listopad 2019 r
- Kto ostatni nad Jeziorem ten glizda! - zawołała ze śmiechem Aoki i zerwała się biegiem w odpowiednią stronę.
Spojrzałam na dalej stojącą obok mnie Moone. Samica uśmiechała się lekko i patrzyła na znikającą za krzakami sylwetkę rudej wadery. Kiedy poczuła na sobie mój wzrok, potrząsnęła lekko pyskiem i zaczęła biec za Aoki.
Nie biegniesz z nimi? - zapytał As.
Potrząsnęłam głową. Nie widziałam w tym żadnego sensu. Obie wadery bardzo dobrze wiedziały, że mam słabszą kondycję fizyczną oraz krótsze łapy. Mogłabym dawać z siebie wszystko, a i tak zostałabym daleko w tyle.
Odczekałam jeszcze parę minut, żeby się upewnić czy na pewno są daleko. Dopiero wtedy ruszyłam do biegu. Nie zależało mi na prędkości, nie chciałam szybko znaleźć się nad Jeziorem, więc spokojnie truchtałam.
Tori...Co ty znowu kombinujesz?
- Ja? Nic - uśmiechnęłam się, a mój głos zabrzmiał znacznie weselej niż powinien. As na moją odpowiedź jedynie głośno westchnął, na co lekko się skrzywiłam. - Za głośno.
Samiec wymamrotał przeprosiny i kontynuował swoją tyradę.
Czyżbyś w końcu zauważyła, że to żmije, a nie wilki?
- As, wiem, że ich nie lubisz, ale to moje koleżanki.
Powtarzaj za mną: One cię wykorzystują. Jesteś dla nich niczym.
- Dzięki za mowę motywacyjną. Czuję się dzięki tobie o niebo lepiej. Wiesz co? Chyba utopię się w tym jeziorze – wymamrotałam i przyspieszyłam. Teraz już nie truchtałam, a naprawdę szybko biegłam... Lub szybko jak na moje standardy.
Ode mnie i tak nie uciekniesz – powiedział basior.
- Próbować zawsze mogę.
Powodzenia.
- Czy ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo?
Tak.
Westchnęłam głośno. Losie, jak ten pchlarz mnie czasem irytował... Ech, tego się chyba nie da opisać.
Mijałam w miarę szybkim tempie tereny watahy. Wiedziałam, że nie mam szans na dogonienie moich koleżanek, ale nie przeszkadzało mi to. W końcu dobiegłam do Jeziora, przy którym czekały samice. Siedziały przed taflą wody i patrzyły się na swoje odbicia. Kiedy usłyszały, jak się zbliżam podniosły wzrok i spojrzały na mnie z uśmiechem.
- Jesteś glizdą – stwierdziła Aoki i wstała. Dosłownie po chwili stała już koło mnie. Samica górowała nade mną wzrostem i to wykorzystywała. Patrzyła na mnie z góry, a jej spojrzenie było jednocześnie groźne i rozbawione. Dziwna mieszanka.
- Dzięki?
Wadera nie odpowiedziała. Zamiast tego rzuciła się na mnie i już po chwili czułam, jak jej długie łapy przygwożdżają mnie do ziemi. Pisnęłam zaskoczona i próbowałam się uwolnić. Na marne. Choć młodsza, Aoki była znacznie silniejsza. Nie miałam szans. Ruda nachyliła pysk do mojego pyska.
- Zabić glizdy! - zawołała.
Moje serce podskoczyło ze strachu tylko po to, by zaraz zamrzeć w bezruchu.
Wadera wykonała szybki ruch i poczułam jak chwyciła zębami moją sierść na szyi. W tym momencie poczułam jak wracają do mnie siły. Odepchnęłam Aoki wszystkimi łapami. Zaskoczona wadera odskoczyła.
- Hej, Tori! Żartowałam. Wyluzuj – powiedziała.
- To nie było śmieszne – wycharczałam. Zaschnięte gardło skutecznie utrudniało mówienie.
- Wiemy. Przepraszamy – wtrąciła Moone. Odwróciłam pysk w jej stronę. To nie od niej chciałam usłyszeć przeprosiny, ale trudno.
Uspokój się, Tor. Wdech i wydech. - nakazałam sobie w myślach. Od razu po wypowiedzeniu pierwszego zdania poczułam wypełniający mnie spokój. Poczułam się jak w dziwnym letargu. Zamknęłam oczy i zaczęłam się relaksować.
W pewnym momencie poczułam jak coś mnie popycha. Z mojego gardła wydobywał się krzyk zaskoczenia. Ułamek sekundy później byłam zanurzona w lodowej wodzie jeziora. Całkowicie zdezorientowana zaczęłam instynktownie ruszać łapami. Płynęłam powoli ku górze. Kiedy wynurzyłam się na powierzchnie i złapałam duży haust powietrza, rozejrzałam się dookoła. W wodzie koło mnie były moje koleżanki, a na brzegu... Na brzegu siedział Shen i śmiał się z nas jak skończony idiota. Czyli to była jego sprawka.
- To było śmieszne – podsumował ze śmiechem. Samiec cały czas się śmiejąc nie zauważył, że kipiąca ze złości Aokigahara wychodzi z wody i kieruje swoje łapy w jego stronę.
Wadera rzuciła się na Shena i już po chwili samiec był przygwożdżony do kamieni tak jak ja kilka minut wcześniej.
- Zabiję cię! - krzyczała a z jej pyska skapywała piana – Przez pół godziny układałam swoje futro!
Na jej słowa poczułam krzywy uśmiech wstępujący na mój pysk. Aoki i jej priorytety. Może zachorować, ale kogo to obchodzi? Będzie musiała od nowa układać futerko!
- Aoki, spokojnie – Moone wyszła z wody i stanęła koło przyjaciółki. – Nie warto tracić czasu na takich debili.
Ruda samica prychnęła z niezadowoleniem i ociągając się wypuściła Shena spod swoich łap. Samiec skorzystał z okazji i w zaskakująco szybkim, jak na niego, tempie wstał. Otrzepał się lekko z ziemi przylegającej do jego sierści. Na jego pysku cały czas widniał ten głupi uśmiech. Kiedy Aoki go zobaczyła, nie powstrzymała ponownego ataku furii. Zamachnęła się łapą i podrapała basiora po pysku.
- Przestańcie! - wtrąciłam.
- Psy tu nie mają głosu – odkrzyknął jedyny basior w towarzystwie. Zacisnęłam zęby ze wściekłości. Naprawdę, będzie mi wypominać psie pochodzenie? Co za... Agh!
- To, że jesteście wilkami nie znaczy, że jesteście lepsi od psów!
- Chcesz się przekonać? - jego oczy zalśniły groźnie. - Ale w sumie nie powinienem bić wader. Chociaż... Ty nie jesteś waderą, tylko suką.
- W jakim sensie suką? - Moone zmarszczyła brwi. Gdyby nie pewien stojący nieopodal pchlarz pewnie bym się uśmiechnęła na słowa wadery. Kochana Moonia...
- W obydwu.
- Nie żyjesz!
Skoczyłam na Shena i przygniotłam do ziemi. Wściekłość dodała mi sił. Samiec próbował się wyrwać, ale nadaremno. W końcu się uspokoił. Zdawał się czekać na mój ruch. Rozluźniłam odrobinę łapy. Shen wykorzystał chwilę i odepchnął mnie mocno tylnymi łapami. Odskoczyłam zaskoczona tym atakiem. Basior zerwał się do lotu. Jego skrzydło cudem ominęło pysk Aokigahary, na co wadera fuknęła jeszcze bardziej niezadowolona.
Czułam jak po moim ciele rozchodzi się wściekłość pod adresem pewnego idioty.
Powiedzcie, że jesteście tak samo wkurzone jak ja... - pomyślałam przyglądając się stojącym obok waderom.
Aoki odwróciła pysk w moją stronę. Jej oczy lśniły niebezpiecznie. Zrozumiałam ten przekaz bez słów. Spojrzałam na Moone. Wszystkie dogadałyśmy się za pomocą spojrzeń.
„Biegniemy?”. „Biegniemy”.
Goniłyśmy basiora przez nie mal całą watahę. Mijałyśmy tereny, kilka razy prawie wpadając na przechodzące wilki, które rzucały rozbawione lub zirytowane spojrzenia na trzy biegnące szczeniaki.
Starałam się nie odstawać za bardzo w tyle. Naprawdę, biegłam najszybciej jak potrafiłam! Niestety, ale moje wysiłki były trochę nadaremne. Długie łapy i całe życie treningów zrobiły swoje i moje towarzyszki były znacznie szybsze. Tak bardzo chciałabym im dorównać...
W końcu znalazłyśmy się w Górach. Rozglądałam się za młodym basiorem, gdzieś tutaj powinien być – widziałam jak ląduje. Tylko gdzie?
- Tam! - zawołała Aoki i wskazała łapą szeroką półkę skalną zaledwie pół metra niżej od miejsca w którym aktualnie stałyśmy. Shen siedział na jej skraju ciężko oddychając. Miał otwarty z pysk, z którego wystawał różowy język. Nawet z odległości kilkunastu metrów widziałam jak jego oczy błyszczą się z rozbawienia i samozadowolenia. Dupek.
Niewiele myśląc podbiegłam w stronę półki i skoczyłam w dół najciszej jak potrafiłam. Moje koleżanki podążały tuż za mną. Shen jakimś cudem nas nie usłyszał i siedział dalej spokojnie tuż przy przepaści.
Wymieniłam spojrzenia z towarzyszącymi mi waderami. Wszystkie rozpłaszczyłyśmy się na ziemi przygotowując mięśnie do skoku na samca. Na znak Aoki – poruszenie ogonem – skoczyłyśmy niemal w identycznym czasie. Yuki byłaby z nas dumna, gdyby nas zobaczyła w tamtej chwili. Już po chwili Shen był skutecznie przygwożdżony przez naszą trójkę. Szczypałyśmy go i ciągałyśmy w miarę delikatnie jego futro. Nie miałyśmy mieć kłopotów, jeśli coś mu się stanie. Po pewnym czasie dałyśmy sobie trochę luzu, z czego basior skorzystał i się nam wyrwał. Próbowałyśmy go dopaść po raz kolejny, ale dzięki skrzydłom dobrze unikał naszych ataków.
W pewnym momencie Aoki skoczyła na unoszącego się w powietrzu Shena. Basior podleciał jeszcze wyżej, więc samica natrafiła na krawędź półki skalnej. Aoki zaczęła tracić równowagę. Coraz bardziej przechylała się w stronę przepaści. Wadera starała się uchronić przed upadkiem – słyszałam dźwięk pazurów przejeżdżających po skale. Wraz z innymi szczeniakami skoczyłam by jej pomóc, ale było za późno – wadera przechyliła się i zaczęła spadać. Moone i Shen czym prędzej rzucili się za rudą samicą, ale nie byli wystarczająco szybki – Aoki upadła na ziemię. Dźwięk jej ciała uderzającego o poniższą półkę był przerażający, jednak pisk, który przy tym się wydobył...
- Wezwij kogoś dorosłego! - usłyszałam opanowany rozkaz. Kto to mówił? Głos był chłopięcy, więc to musiał być Shen. A do kogo...? Zmusiłam się, żeby oderwać wzrok od ciała nieprzytomnej przyjaciółki i spojrzeć na basiora. Spoglądał na Moone, więc prawdopodobnie to do niej należało to zadanie. Czarna samica skinęła głową i czym prędzej odleciała.
Shen w międzyczasie zleciał na dół i rozpoczął sprawdzanie w jakim stanie jest samica. Ja po raz kolejny spojrzałam w dół. Było zbyt wysoko, żeby skoczyć – chyba, że chciałam skończyć tak jak Aokigahara. Zaczęłam więc czym prędzej szukać jakiegoś bezpieczniejszego zejścia.
Z lewej strony półki zobaczyłam dość stromy stok prowadzący na znacznie niższą półkę – będącą mniej więcej na tej samej wysokości, co ta, na której znajdowała się Aoki. Biegiem ruszyłam w jej stronę i już po chwili ostrożnie z niej schodziłam.
Gdy się na niej znalazłam ruszyłam w stronę jej krawędzi. Półka na której byli moi znajomi znajdowała się o odległość dorosłego samca od tej, na której byłam ja. Cofnęłam się o kilka kroków w tył i zanim zdążyłam ogarnąć co właśnie zamierzam zrobić, rzuciłam się w szaleńczym biegu i... skoczyłam. Skok udał się bezbłędnie! No pomijając, że gdy znalazłam się na sąsiedniej półce poślizgnęłam się na skale i omal nie spadłam. Poza tym było idealnie!
Szybko jednak porzuciłam myśli o tym skoku i podbiegłam do Aokigahary. Samica miała zamknięte oczy. Z ulgą zauważyłam, że porusza się lekko przy wdechach i wydechach. Jednak gdy zwróciłam uwagę na inne szczegóły, coś przewróciło mi się w żołądku. Zmierzwiona sierść Aoki była w kilku miejscach zabrudzona bordową cieczą. Najwięcej jej było na prawej tylnej łapie samicy.
- Czy to krew? - nie mogłam uwierzyć w to, co widziałam. Przecież... Nie mogło jej się nic stać, prawda?
- Nie, ketchup – głos Shena ociekał drwiną. Serio, w takiej chwili? Już chciałam mu jakoś odpowiedzieć, gdy przerwał mi łomot dużych skrzydeł tuż nad moją głową. Już po chwili Moone wylądowała tuż koło mnie.
- Nikogo nie mogłam znaleźć, jesteśmy na jakimś zadupiu.
- To co robimy? - spytał Shen. Moone wzruszyła ramionami i spojrzała na Aoki oceniając w jakim jest stanie.
As, proszę, pomóż mi – wzywałam w myślach samca. Poczułam jednak dziwną blokadę, której nie czułam nigdy wcześniej, gdy próbowałam się z nim skontaktować. Nie mogłam na niego liczyć, nie teraz...
- Może... zatamujemy krwawienie? - zaproponowała w końcu Moone.
- Tak, przydałoby się... Polecę po jakąś wytrzymałą roślinę, którą moglibyśmy to zrobić. Ty leć po wodę. Gdzieś tutaj powinien być strumień – samiec zaczął rozdzielać zadania. Moone skinęła głową i odleciała. Czekałam, aż samiec i mi przydzieli jakąś funkcję. Gdy jednak ten zaczął zbierać się do lotu przypomniałam się.
- Shen? A ja? Co mogę zrobić?
Basior spojrzał na mnie tak jakby dopiero teraz sobie przypomniał o mojej obecności. Zmierzył mnie wzrokiem oceniając do czego mogę się przydać. Czekałam z niecierpliwością na odpowiedź.
- Pilnuj jej.
- Ale... - zaczęłam, ale basior mnie zignorował i wzbił się w powietrze. Westchnęłam ciężko. Czeka mnie bardzo odpowiedzialne zajęcie...
Usiadłam tuż nad sylwetką Aoki, a mój wzrok wędrował od niej do nieba – wypatrując znajomych szczeniaków.

- Coś się wydarzyło? - zapytał Shen, gdy tylko wrócił. Pokręciłam głową w zaprzeczeniu. Nie zdarzyło się nic. Całkowite nic.
Basior skinął w zadumie pyskiem.
- To zaczekajmy na Moone, zaraz powinna się zja... - przerwał, gdy zauważył zbliżającą się czarną sylwetkę. Samica trzymała w pysku mech, z którego ściekała woda. Nie odzywając się do nas, wylądowała i podbiegła do Aoki. Czym prędzej zaczęła przemywać jej futro mchem.
Gdy samica była jako-tako wymyta, porwałam duży podłużny liść przyniesiony przez Shena i zaczęłam go zawiązywać z pomocą pyska i łap, wokół tylnej łapy Aoki – tej, z której wypłynęło najwięcej krwi. Zadanie nie było łatwe, ale jakoś się z nim uporałam.
- Hm... To co teraz?
- Może spróbujcie ją zanieść do watahy. Powinniście dać razem radę... - zaproponowałam nieśmiało.
- Czy ja ci wyglądam na latającego konia pociągowego? – prychnął niezadowolony. W odpowiedzi posłałam mu spojrzenie o łatwym przekazie: „tak”.
- Nie, Tor. Mogłaby nam wypaść, a kolejny upadek z wysokości to nie jest, to czego ona teraz potrzebuje... - powiedziała czarna wadera.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem.
- To zanieśmy ją normalnie, po ziemi.
- Może być – zgodziły się wilki.
Uzgodniliśmy, że będziemy nieść ją na zmianę, gdy tylko jedno się zmęczy, to drugie przejmuje samicę na swoje barki i niesie ją dalej. Pierwsze wtedy ma chwilę odsapnięcia, jednak cały czas idzie i wraz z trzecią osobą pilnuje, by Aoki nie spadła. Pierwsza miałam być ja, potem Shen, a trzecia Moone.
Położyłam się na ziemi, a moi znajomi przerzucili Aoki przez mój tułów. Gdy ta w miarę bezpiecznie leżała powoli wstałam, co okazało się trudniejsze niż myślałam. Cały czas się bałam, że wadera przechyli się i spadnie. A na dodatek była ona dość ciężka.
Wzdychając cicho ruszyłam w drogę, a za mną pozostałe dwa szczeniaki...

- Coś się stało? - jakiś wilk podbiegł w naszą stronę, gdy tylko nas zobaczył. Nie byłam w stanie rozpoznać go. Byłam tak zmęczona, że nawet nie wiedziałam, czy to samica. To nie miało znaczenia. Wilk był dorosły. Pomoże nam, prawda?
Ach, Aoki... Ona była taka ciężka, a my przeszliśmy spory kawał drogi wraz z nią. Nie robiliśmy przerw. Cały czas w ruchu. Miałam dość. Tak bardzo dość...
- O-ona... spadła... - wycharczałam przez zaschnięte gardło.
- Skąd? Jak? - wilk zmierzył mnie dziwnym spojrzeniem. Oni mi nie ufali, nie wszyscy...
- W górach. Pr-próbowała na mnie skoczyć... - powiedział Shen. Był w niewiele lepszym stanie niż ja.
- Czemu miałaby to robić? - wilk zmarszczył czoło i przymrużył podejrzliwie oczy,
- Ta-takie sprzeczki...
- Pomóż nam, proszę – włączyła się Moone.
Wilk jakby przypomniał sobie o w dalszym ciągu nieprzytomnej Aoki i zwrócił się ku niej.

<Ktoś chętny? :P>

Uwagi: Literówki i brak Spacji po trzech kropkach.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Od Stelli "Zagubiona" cz. 2

 Wrzesień 2020 r.
Nagle Bona totalnie zniknęła, albo ja jestem nie ogarnięta w terenie albo Bona po prostu uciekła. Chyba to i to. No cóż, trudno się mówi.
Suzanna zaczęła dyskutować z Hitamem.
- Słuchaj, była tutaj niedawno Bona, ale już uciekła. Najwyraźniej nie chce należeć do watahy, trzeba będzie z nią porozmawiać co ją gryzie, ale nie o to chciałam zapytać. Chodzi o tę dziewczynę przed nami, Bona chciała aby dołączyła do watahy. Co o tym myślisz? - Odparła Suzanna
- Sądzę że ma rację, wygląda na zagubioną i powinna dołączyć. Jest raczej delikatna, więc nie weźmiemy jej na atak, ale to sprawdźmy. - Zaproponował Hitam
- Okey!! - Oznajmiłam
Nie wiedziałam czy mi się uda, ale nie chciałam na atakującą tylko na tancerkę.
- Ale wiecie co... Nie chcę być i tak atakującą. Chcę być tancerką. - Oznajmiłam
Nagle wszyscy ze zdziwieniem na mnie spojrzeli.
- Okey, i tak mamy ich bardzo mało. - Hitam powiedział, a Suzanna kiwnęła głową, przytakując.
Byłam szczęśliwa i zaskoczona, że tak szybko się zgodzili.
- Dobraa... Stella? Tak, Stella, musimy cię trochę poduczyć pisania, czytania oraz liczenia, a raczej tylko ja. - Powiedziała Stanowczo Suzanna
- Dobra, chcę na początek pisanie.
Na początku napisałam jakieś gryzmoły. Potem szło już lepiej, ale nadal było źle. Potem zajęło się liczeniem. Było to dość trudne. Potem czytanie, nadal czytam po przez łączenie liter. W każdy piątek mam takie zajęcia.
Potem się położyłam i zaczęłam słuchać muzyki, przy melodii pewnej piosenki usnęłam. Rano obudziłam się ze słuchawkami w uszach. Byłam strasznie głodna, próbowałam sama coś złapać, ale się nie udało. Atakujący złapali dużego zająca. Zajadałam się nim z nimi, a potem poszłam pobiegać 
na terenie watahy, ale w moich myślach krążyła myśl "Gdzie jest Bona? Może nie żyje? Albo potrzebuje pomocy?".
Ale to była jej decyzja uciec od watahy. Nagle przypomniałam się że mam swoje małe skrzydełka. Próbowałam się unieść do góry, uniosłam się trzy centymetry w górę, lecz szybko spadłam. Robiło się popołudnie. Zgłodniałam, poszłam poszukać pożywienia, swojemu zdziwieniu upolowałam małego zająca. Zjadłam go nie dzieląc się z watahą. Zrobiłam się lekko śpiąca, więc zrobiłam sobie
drzemkę. 

<C.D.N>

Uwagi: Brak daty, źle zapisany tytuł - jeśli to się powtórzy, będę zmuszona zwrócić opowiadanie. Cudzysłowie piszemy za pomocą cudzysłowie, a nie przecinków lub apostrofów. Mnóstwo powtórzeń, literówek (chcę a chce to nie to samo słowo), błędów w szykach zdań, przez co stają się niezrozumiałe. "Odparł" używamy w momencie gdy ktoś odpowiada na czyjąś wypowiedź. Gryzmoły a grymasy to nie to samo! Skąd ona wzięła muzykę? Wilki nie posiadają odtwarzaczy MP3 ani radio. Skąd wiedziała, że akurat 3 centymetry (swoją drogą w opowiadaniach cyfry i liczby piszemy w większości wypadków słownie), skoro dopiero uczy się podstaw liczenia?
Jako, że jedno opowiadanie to jeden punkt zdolności do nauki pisania, czytania lub liczenia, to dodam go do pisania, jako, że to był pierwszy wymieniony przedmiot.

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Lind "Jedno ze wspomnień" cz. 4

Listopad 2019
Zima zjawiła się bardzo wcześnie w tym roku. Nie przysypała wilczych nor toną śniegu, jednak sprowadziła ze sobą niezwykle surowy mróz.
W tej sytuacji nie tylko nam, ale też większości wilków z okolicy zabrakło pożywienia. Nie mieliśmy dość czasu na zgromadzenie zapasów z jagód, ryb, czy jakiś padlin.
Żeby przetrwać zimę, któraś z nas musiała iść z Ray'em, Jen i Timem na polowanie. Tylko w ten sposób mogłyśmy z Babcią liczyć na kawałek dobrego mięsa. Atak na zwierzynę w pojedynkę? Nie, to nie było to żadne wyjście.
W sumie nawet polowania w grupie były bardzo rzadkim zjawiskiem w naszym otoczeniu. Każda nora radziła sobie sama, dopóki nie zaistniała sytuacja taka jak ta. Nikt nie widział w tym nic dziwnego, tak po prostu było, odkąd pamiętam.
Zebraliśmy się we czwórkę późnym popołudniem. Ustaliliśmy, kto spełni jaką funkcję, po czym zaczęliśmy tropić zwierzynę, coraz bardziej oddalając się od naszych domów. Wkrótce Jen odłączyła się od grupy, a ja, Tim i Ray przyczailiśmy się w umówionym miejscu.
Jeden z ukrytych pomiędzy niskimi sosnami basiorów, obrzucił mnie niepewnym wzrokiem. Tak, Ray... Pamiętam co mam robić, westchnęłam w myślach. Przykucnęłam, gotowa do skoku na pierwsze zwierzę. Były coraz bliżej. Podniosłam uszy i śledziłam z uwagą kierunek tętentu kopyt.
Wtem poczułam dziwne zdenerwowanie. Myśl o pościgu, jedzeniu, o tym jak ważną rolę spełnię... To wszystko nagle przejęło moją głowę. Pierwsze p r a w d z i w e polowanie...
Wreszcie kilka młodych łani wyłoniło się spomiędzy drzew. Tuż za nimi biegła Jen. Nie widać było po niej wcale zmęczenia, w przeciwieństwie do parzystokopytnych przysmaków.
Natychmiast wystrzeliłam przed stadko. Zbyt wcześnie. Grupa rozbiegła się na różne strony, a sarna, która pędziła prosto na mnie, wierzgnęła, prawie trafiając w mój pyszczek. Ledwo zdołałam uskoczyć.
- Lind! - ryknął Tim, podrywając się z miejsca.
Teraz już wiedziałam dobrze, że popsułam akcję. Nie było jednak czasu na przepraszanie i opuszczanie uszu na znak skruchy. Odłączone od stada samice jeszcze nie uciekły. Wszyscy czworo ruszyliśmy za zwierzyną na łąkę. Ray kazał mi biec z  boku, żeby łanie nie zdołały zbyt łatwo wrócić do lasu.
Wkrótce znalazłam się bardzo blisko jednej z nich. Może tym razem wykonam moje zadanie jak trzeba. 
Używając po cichu mocy wiatru, dogoniłam zmęczoną sarnę i uderzyłam kłami w jej nogę. Wtem dołączył do mnie Ray. Dokończył zadanie przewracając nasze jedzenie i dobijając je ciosem w gardło.
- Nawet dobrze ci poszło - powiedział. - Pomijając wstępny falstart - popatrzył na mnie trochę z wyrzutem.
- Heh, dzięki - uśmiechnęłam się z zakłopotaniem. - Pewnie gdyby nie początkowa akcja Jen, nie opanowalibyśmy sytuacji tak łatwo.
- Już jej nie schlebiaj. Nie musisz tego robić, kiedy nie patrzy - zażartował z siostry. Uśmiech wrócił na jego pysk. Dobrze, że nigdy nie umiał zbyt długo pamiętać o złości.
- To ile z tego będzie dla nas? - zapytałam, śledząc kątem oka Tima przenoszącego razem z Jen drugą sarnę do podziału.
- Tyle, na ile umówiłem się z twoją babcią - odparł i zaczął dzielić mięso. - Dobrze, że ma w domu kogoś do pomocy.
***
Kiedy zbliżałam się do domu, była już ciemna noc. Nie szłam zbyt szybkim krokiem, naprawdę zmęczyło mnie to dzisiejsze polowanie. Moje pierwsze prawdziwe polowanie. Nawet uwzględniając tamtą wpadkę, byłam z siebie dumna. Przez te łowy poczułam się jakby... doroślej.
Nagle moich uszu dobiegły dwa głosy. Jeden należał do Babci, a drugi... do Juana. "Starego Juana", o którym mówiono, że to wariat. Mieszkał w jaskini w pobliżu, razem ze swoją cichą siostrzenicą imieniem Hasley. Byłam u niego kilka razy, w końcu to sprzedawca jednorazowych, niezwykle przydatnych zaklęć. Do tego zgodził się nauczyć mnie gwizdać. Hm... Mięło już sporo czasu, a on sam nadal rzadko wystawiał nos na zewnątrz. Może to przez brak jednej łapy, a może przez coś innego... Tak czy inaczej, w oczach większości uchodził on za odludka, którego udajesz, że lubisz, bo możesz czegoś od niego potrzebować.
Rozmowa, którą wyłapałam zza ściany była  urwana, nie zdążyłam zrozumieć wszystkiego. Głosy dochodziły z głównego pomieszczenia przy wejściu.
- Skąd ty możesz to wiedzieć? - powiedziała Babcia - Nie było cię nawet na miejscu, kiedy wszystko rozpadło się u podstaw. Byłeś wtedy tylko młodzikiem, który nie zrozumie powagi sytuacji jeśli jej nie przeżyje sam. Nic nie rozumiesz do dnia dzisiejszego.
Jej głos był spokojny, aczkolwiek stanowczy. Odniosłam wrażenie, że rozmowa dotyczyła jakiegoś drażliwego dla niej tematu. Zdziwiłam się, że takowy w ogóle istnieje. Nie kontrolując co robię, słuchałam w skupieniu dalej, przystając koło drewnianej ściany domu. 
- Rozumiem więcej niż ci się wydaje. - odparł Juan swoim zachrypniętym głosem. - To ty zawężasz sobie pole widzenia i "lepiej zostawić wszystko jak jest, bo nic się nie uda" - rzucił zgryźliwie.
- Jestem realistką - odparła chłodno Babcia, poprzedzając wypowiedź pojedynczym uderzeniem ogona o podłogę.
- Hah, a to MNIE okrzyknięto szaleńcem - zadrwił basior.
- To nie ma związku. Doskonale wiesz, czym zasłużyłeś sobie na to miano - mruknęła sucho Babcia.
- Nie byłaś daleko za mną. Oboje wiemy co cię uchroniło od tego - oznajmił basior.
Na pół minuty zapadła cisza. Usłyszałam, jak jeden z rozmówców wstaje z miejsca i zaczyna krążyć po pokoju. Nie byłam w stanie stwierdzić na pewno, kto to był.
- Litość - wyjaśnił wreszcie Juan - Litość otoczenia nad biedną, opuszczoną wdową, od której uciekł jej własny...
Mówił bardzo powoli i podkreślał akcenty. Jednak jego wypowiedz została przerwana w najciekawszym momencie przez szmer dobywanego ostrza. Wstrzymałam oddech. Po nim nastąpił krótki świst w powietrzu, dalej charakterystyczny gwizd Juana przez zęby. Kilka  uderzeń i zakończenie w postaci dość głośnego łomotu. Pomyślałam, czy czasem nie powinnam interweniować. Podbiegłam do drzwi, kiedy rozmowa zaczęła się na nowo.
- Kto ci powiedział o tym? Skąd to wiesz?! - przez chwilę zdawało mi się, że w domu jest trzecia osoba. To złudzenie wywołała drastyczna zmiana tonu głosu Babci. Przez zawsze spokojną, na swój sposób delikatną osobę, przemawiały teraz silne, niebezpieczne emocje, podkreślone sztyletem trzymanym w pysku. Przestraszona, poczułam jak mocno łomocze mi serce. Nie znałam jej od tej strony. Nigdy.
- Nie ma to znaczenia. Ci co nie zginęli na miejscu, wyruszyli na południe - odpowiedział hardo, lecz nie agresywnie Juan. - Myślałem, że chciałaś do nich dołączyć - przeszedł nagle w swój naturalny ton, zupełnie, jakby nic się nie stało.
Usłyszałam uderzenie ostrza o podłogę, następnie kilka szmerów pazurów na deskach.
- Bo tak było. Rozmyśliłam się w ostatniej chwili - wyznała Babcia.
- I poszłaś prosto do krain wiecznych śniegów. Czego chciałaś tam szukać? Śmierci z najostrzejszych mrozów? Tam, za wielką wodą?
- Nie wiem... Może... Uch, to skomplikowane.
- Ja mam czas - usiadł.
- To nie tak. Najlepiej by to opisał fragment pewnego dziennika, ale ty na pewno go nie czytałeś. Nie znasz kontekstu - wymigała się.
Przypomniałam sobie, że tylko jeden d z i e n n i k z półek w domu Babci opisywał mroźne krainy. Już  nie miałam wątpliwości  co do samych wersów.
"Szukając zimnego ukojenia bólu złamanego wpół serca"
Wciągnęłam w płuca chłodne powietrze. To co się działo zaczynało mnie przerastać. Widząc osobę taka jak moja Babcia, ma się wrażenie, że ona nie ma i nigdy nie miała swoich problemów, że martwi się tylko o innych i nie ma nic do ukrycia. Tymczasem... To wszystko...
Przecież to wciąż ona, nie zmieniła się. Czemu więc tak bardzo mnie to uderzyło?
- Widziałam biel śmierci twarzą w twarz... - powiedziała cicho Babcia odpływając w zadumę, żeby po chwili przypomnieć sobie o zmieszanym rozmówcy.
- Idź już, Juan. - ocknęła się. - Wracaj do swoich zwojów. Jest późno.
Basior wstał.
- Nie przemyślisz nawet tego? - niewątpliwie wrócił do początku rozmowy, którego nie znałam.
- Nie ma takiej opcji, Juan. Nie chcę tego i nigdy nie zmienię zdania - odpowiedziała starsza wadera, podchodząc do kominka.
- Ale tylko ciebie te wilki szanują, tylko ciebie byliby w stanie słuchać - zaznaczył trójłapy wilk.
- Są szczęśliwi, nie widzisz?
- Ale nie na długo. Nie poradzą sobie, nie umieją współpracować.
- Ja ich mam nauczyć według ciebie?
- Mogłabyś.
- Nie, Juan. Nie mogłabym.
Zapadła cisza. Odpuścił. Cokolwiek chciał osiągnąć, odpuścił.
Rozległy się kroki, po czym zaskrzypiała klamka. Zeskoczyłam szybko ze schodów przed wejściem i czmychnęłam za zachodnią ścianę domu. Usłyszałam jęk starych zawiasów i  trzeszczącą  pod łapami basiora, śladową ilość śniegu. Wychyliłam się ostrożnie z ukrycia i odprowadziłam go wzrokiem. Poruszał się jeszcze wolniej, niż ostatnim razem. Widać było, że powoli opadał z sił, chociaż był młodszy od Babci.
Usiadłam pod ścianą. Postanowiłam odczekać jeszcze trochę, żeby nie wzbudzić podejrzeń, że cokolwiek wiem o wizycie Juana i ich rozmowie. Spojrzałam na rozgwieżdżone niebo. Przypomniałam sobie, że gdzieś bliżej lub dalej, jest pod nim Freeze. On i jego wuj. Wracają do nas.
Już wkrótce będę mogła opowiedzieć mu o wszystkim osobiście - pomyślałam. O Kanionie Magmy, o Wichurze Płomieni... 
Miałam wrażenie, że za długo to trwa. Wszystko przez ten jeden list, na który nie otrzymałam odpowiedzi. Przecież gdyby gołąb miał go im nie doręczyć, wróciłby od razu.
Czyżby coś ich zatrzymało?
Wróciłam na ziemię. Moment, Lind. Na razie trzeba jeszcze stawić czoła teraźniejszości. Wróciłam do skrzypiących, niedomkniętych drzwi. Po ostatniej chwili wahania, pchnęłam je i weszłam do środka. Coś dziwnego uciskało mnie w gardle.
- Lind, jesteś wreszcie - ucieszyła się Babcia na mój widok. - Już zaczynałam się niepokoić.
- Byliśmy aż przy wielkich sosnach - wyjaśniłam, starając się brzmieć naturalnie. - Dlatego tyle zeszło - zrzuciłam ciężką torbę pełną mięsa, dosłownie pękającą w szwach.
- Wszystko dobrze? - popatrzyła na mnie Babcia. - Masz inny głos - zmrużyła oczy.
- Zmęczona jestem, to wszystko - westchnęłam.
Babcia kiwnęła głową, że rozumie i podniosła moją torbę.
- Już możesz iść odpocząć, ja się tym zajmę.
- Nie potrzebujesz pomocy?
- Nie, już się napracowałaś - podeszła i przytuliła mnie. - Takie szczenię jak ty, to prawdziwy skarb.
Na początku miałam dziwną ochotę odsunąć się i iść natychmiast do pokoju, jednak koniec końców odgoniłam to  i też przytuliłam moją opiekunkę. Kogo ja chcę oszukać? Nic się nie zmieniło, to wciąż ona. Moja jedyna rodzina.
Każdy ma swoje sekrety i nie powinnam była wnikać w te należące do Babci. Przecież ona też ma prawo je mieć. To zupełnie normalne. Nie wolno mi od tak zmieniać nastawienia.
Czyż nie...?
To wciąż ona. To wciąż mój dom. Nic się nie zmieniło. 
Spokojnie, Lind, spokojnie. Trzeba żyć dalej.

<CDN>

Uwagi: Literówki.

Od Aokigahary „Następny dzień szkolny pozbawiony najmniejszej wartości fabularnej” cz. 3

Wrzesień 2020
Zaczęłam iść w stronę Szczenięcej Polany. W głębi serca cieszyłam się, że to ostatnia lekcja w tym dniu. Normalnie pewnie bym sobie po prostu zwiała, albo spóźniła się na trzy czwarte lekcji. Ciekawe, jakie dzisiaj nauczycielka zadanie zada. Mam nadzieje, że jakieś łatwe. Gdy doszłam już na polanę, nigdzie nie było Suzanny. Jednak była, a jakże, kochana Navri. Ugryzłam się w wewnętrzną część policzka i tak trzymałam, dopóki nie poczułam jak ciecz o metalicznym posmaku zalewa moją jamę ustną. Przeklinałam siebie w myślach, przykładając do rany język. Usiadłam parę metrów od Navri i w milczeniu czekałyśmy na nauczycielkę. W między czasie mój policzek przestał krwawić. Niebo jeszcze bardziej pociemniało, powodując, że wokół, mimo dnia, panował półmrok. Wszędzie było cicho. Tak jak to mówią, cisza przed burzą. Niedługo po tym zaczęło padać. Chociaż trafniej pasuje tutaj określenie lać. Skryłam się na skraju polany, pod jakimś wielkim liściem. Moja Nemezis również gdzieś czmychnęła.
Czekałyśmy długo na nauczycielkę, siedząc w swoich kryjówkach. Gdy w końcu przyszła, ulewa zdążyła już trochę zmniejszyć na sile. Suzanna mrużąc oczy szukała nas na polanie. Wiatr był tak silny, że Alfa ledwo utrzymywała się na łapach. Wybiegłam spod liścia i walcząc z wiatrem pobiegłam do pani nauczycielki. Przy okazji zaliczyłam dwie kałuże. Cała upaprana w błocie dobiegłam do Suzy. Chwilę po mnie doszła również Navri, tak samo brudna i mokra. Nauczycielka spojrzała na nas dwie, po czym machnęła głową by iść za nią. Nadała bardzo szybkie tempo. Pokierowała nas do jednej z jaskiń, zapewne należącej do szkoły. Weszłyśmy do środka. Wszystkie trzy się otrzepałyśmy z wody i błota, powodując, że wejście do wnętrza wyglądało jak jakiegoś pobojowisko. Usiadłam w jak najbardziej oddalonym od wejścia miejscu jaskini.
- Hitam nie mówił, że macie przyjść do środka? – zapytała Alfa usadawiając się trochę przed nami. Pokręciliśmy głowami na nie. Westchnęła ciężko. – W takim razie będziecie mieć krótszą lekcję. – Ucieszyłam się w duchu. Mniej męczenia się. – Więc pierw…
- A możemy się najpierw wyczyścić? – spytałam. Źle się czułam cała brudna. Wadera spojrzała na mnie po czym ciężko westchnęła, drugi raz w krótkim odstępie czasowym.
- Możecie, ale muszę was przypilnować – oznajmiła. Zabrałam się za czyszczenie swojej sierści. Kątem oka widziałam Navri, która mniej zażarcie czyściła swoje śnieżnobiałe futerko. Po jakiś paru dłuższych chwilach byłam czysta. Skończyłam, a gdy się wyprostowałam zrozumiałam że czekały z lekcją tylko na mnie.
- Możemy już zaczynać lekcje? – zapytała najwyraźniej już trochę zniecierpliwiona. Pokiwałam łbem na tak. – Więc, pierwsze zadanie. – Usiadła przed nami. – Pewna wadera posiadała dwójkę córek. Niestety umarła, a na jej pogrzeb przybyła masa wilków. Starszej z sióstr spodobał się pewien basior, który był wśród żałobników. Tydzień po pogrzebie starsza siostra zabiła młodszą. Waszym zadaniem jest odgadnąć jaki był motyw zbrodni. – Zaczęłam myśleć.
- Tamta siostra była dziewczyną tego basiora! – powiedziałam. To było takie łatwe.
- Nie – zaprzeczyła Suza. Zostałam zbita z tropu. Ale przecież to powinno być dobrze! – Navri? – Spojrzała się na młodszą uczennice.
- Starsza siostra myślała, że na pogrzeb siostry również przyjdzie owy basior – powiedziała po dłuższym namyśle.
- Dobrze. – Moje wnętrze zżerała zazdrość. – Chyba będę musiała was teraz puścić teraz do domu, patrząc na pogarszającą się pogodę, oraz to, że i tak ta lekcja się przedłuża – mówi trochę niezadowolona. – Mam nadzieję, że następna lekcja będzie dłuższa – powiedziała na odchodne Alfa. Od razu wstałam i szybkim krokiem wyszłam z jaskini. Szłam do Zielonego Lasu po tego zająca, a wtedy tylko wrócę do jaskini i będę miała wolne. Naprawdę, uczenie się strasznie męczy. To mój pierwszy „porządniejszy” dzień w szkole i już mam dość.
Zajęło mi trochę szukanie tego zająca, ale w końcu go znalazłam. Z wiszącą ofiarą w pysku wróciłam do jaskini. Kai’ego jeszcze nie było. Dojadłam resztki, ułożyłam się wygodnie w jak najdalszym kąciku groty i zasnęłam, kończąc ten męczący dzień.

C.D.N
P.S. Sorry że zrobiłam z Navri psychopatę xD

Uwagi: "Metaliczna ciecz"? Miedź czy ołów? Powinno być: "ciecz o metalicznym posmaku". NIE piszemy "nauczycielka" wielką literą. "Spod" piszemy razem i przez "s". "Tępo" a "tempo" to dwa różne słowa. "Śnieżnobiałe" i "wśród" piszemy razem. Stawiasz zbyt wiele przecinków.