Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Lind "Jedno ze wspomnień" cz. 4

Listopad 2019
Zima zjawiła się bardzo wcześnie w tym roku. Nie przysypała wilczych nor toną śniegu, jednak sprowadziła ze sobą niezwykle surowy mróz.
W tej sytuacji nie tylko nam, ale też większości wilków z okolicy zabrakło pożywienia. Nie mieliśmy dość czasu na zgromadzenie zapasów z jagód, ryb, czy jakiś padlin.
Żeby przetrwać zimę, któraś z nas musiała iść z Ray'em, Jen i Timem na polowanie. Tylko w ten sposób mogłyśmy z Babcią liczyć na kawałek dobrego mięsa. Atak na zwierzynę w pojedynkę? Nie, to nie było to żadne wyjście.
W sumie nawet polowania w grupie były bardzo rzadkim zjawiskiem w naszym otoczeniu. Każda nora radziła sobie sama, dopóki nie zaistniała sytuacja taka jak ta. Nikt nie widział w tym nic dziwnego, tak po prostu było, odkąd pamiętam.
Zebraliśmy się we czwórkę późnym popołudniem. Ustaliliśmy, kto spełni jaką funkcję, po czym zaczęliśmy tropić zwierzynę, coraz bardziej oddalając się od naszych domów. Wkrótce Jen odłączyła się od grupy, a ja, Tim i Ray przyczailiśmy się w umówionym miejscu.
Jeden z ukrytych pomiędzy niskimi sosnami basiorów, obrzucił mnie niepewnym wzrokiem. Tak, Ray... Pamiętam co mam robić, westchnęłam w myślach. Przykucnęłam, gotowa do skoku na pierwsze zwierzę. Były coraz bliżej. Podniosłam uszy i śledziłam z uwagą kierunek tętentu kopyt.
Wtem poczułam dziwne zdenerwowanie. Myśl o pościgu, jedzeniu, o tym jak ważną rolę spełnię... To wszystko nagle przejęło moją głowę. Pierwsze p r a w d z i w e polowanie...
Wreszcie kilka młodych łani wyłoniło się spomiędzy drzew. Tuż za nimi biegła Jen. Nie widać było po niej wcale zmęczenia, w przeciwieństwie do parzystokopytnych przysmaków.
Natychmiast wystrzeliłam przed stadko. Zbyt wcześnie. Grupa rozbiegła się na różne strony, a sarna, która pędziła prosto na mnie, wierzgnęła, prawie trafiając w mój pyszczek. Ledwo zdołałam uskoczyć.
- Lind! - ryknął Tim, podrywając się z miejsca.
Teraz już wiedziałam dobrze, że popsułam akcję. Nie było jednak czasu na przepraszanie i opuszczanie uszu na znak skruchy. Odłączone od stada samice jeszcze nie uciekły. Wszyscy czworo ruszyliśmy za zwierzyną na łąkę. Ray kazał mi biec z  boku, żeby łanie nie zdołały zbyt łatwo wrócić do lasu.
Wkrótce znalazłam się bardzo blisko jednej z nich. Może tym razem wykonam moje zadanie jak trzeba. 
Używając po cichu mocy wiatru, dogoniłam zmęczoną sarnę i uderzyłam kłami w jej nogę. Wtem dołączył do mnie Ray. Dokończył zadanie przewracając nasze jedzenie i dobijając je ciosem w gardło.
- Nawet dobrze ci poszło - powiedział. - Pomijając wstępny falstart - popatrzył na mnie trochę z wyrzutem.
- Heh, dzięki - uśmiechnęłam się z zakłopotaniem. - Pewnie gdyby nie początkowa akcja Jen, nie opanowalibyśmy sytuacji tak łatwo.
- Już jej nie schlebiaj. Nie musisz tego robić, kiedy nie patrzy - zażartował z siostry. Uśmiech wrócił na jego pysk. Dobrze, że nigdy nie umiał zbyt długo pamiętać o złości.
- To ile z tego będzie dla nas? - zapytałam, śledząc kątem oka Tima przenoszącego razem z Jen drugą sarnę do podziału.
- Tyle, na ile umówiłem się z twoją babcią - odparł i zaczął dzielić mięso. - Dobrze, że ma w domu kogoś do pomocy.
***
Kiedy zbliżałam się do domu, była już ciemna noc. Nie szłam zbyt szybkim krokiem, naprawdę zmęczyło mnie to dzisiejsze polowanie. Moje pierwsze prawdziwe polowanie. Nawet uwzględniając tamtą wpadkę, byłam z siebie dumna. Przez te łowy poczułam się jakby... doroślej.
Nagle moich uszu dobiegły dwa głosy. Jeden należał do Babci, a drugi... do Juana. "Starego Juana", o którym mówiono, że to wariat. Mieszkał w jaskini w pobliżu, razem ze swoją cichą siostrzenicą imieniem Hasley. Byłam u niego kilka razy, w końcu to sprzedawca jednorazowych, niezwykle przydatnych zaklęć. Do tego zgodził się nauczyć mnie gwizdać. Hm... Mięło już sporo czasu, a on sam nadal rzadko wystawiał nos na zewnątrz. Może to przez brak jednej łapy, a może przez coś innego... Tak czy inaczej, w oczach większości uchodził on za odludka, którego udajesz, że lubisz, bo możesz czegoś od niego potrzebować.
Rozmowa, którą wyłapałam zza ściany była  urwana, nie zdążyłam zrozumieć wszystkiego. Głosy dochodziły z głównego pomieszczenia przy wejściu.
- Skąd ty możesz to wiedzieć? - powiedziała Babcia - Nie było cię nawet na miejscu, kiedy wszystko rozpadło się u podstaw. Byłeś wtedy tylko młodzikiem, który nie zrozumie powagi sytuacji jeśli jej nie przeżyje sam. Nic nie rozumiesz do dnia dzisiejszego.
Jej głos był spokojny, aczkolwiek stanowczy. Odniosłam wrażenie, że rozmowa dotyczyła jakiegoś drażliwego dla niej tematu. Zdziwiłam się, że takowy w ogóle istnieje. Nie kontrolując co robię, słuchałam w skupieniu dalej, przystając koło drewnianej ściany domu. 
- Rozumiem więcej niż ci się wydaje. - odparł Juan swoim zachrypniętym głosem. - To ty zawężasz sobie pole widzenia i "lepiej zostawić wszystko jak jest, bo nic się nie uda" - rzucił zgryźliwie.
- Jestem realistką - odparła chłodno Babcia, poprzedzając wypowiedź pojedynczym uderzeniem ogona o podłogę.
- Hah, a to MNIE okrzyknięto szaleńcem - zadrwił basior.
- To nie ma związku. Doskonale wiesz, czym zasłużyłeś sobie na to miano - mruknęła sucho Babcia.
- Nie byłaś daleko za mną. Oboje wiemy co cię uchroniło od tego - oznajmił basior.
Na pół minuty zapadła cisza. Usłyszałam, jak jeden z rozmówców wstaje z miejsca i zaczyna krążyć po pokoju. Nie byłam w stanie stwierdzić na pewno, kto to był.
- Litość - wyjaśnił wreszcie Juan - Litość otoczenia nad biedną, opuszczoną wdową, od której uciekł jej własny...
Mówił bardzo powoli i podkreślał akcenty. Jednak jego wypowiedz została przerwana w najciekawszym momencie przez szmer dobywanego ostrza. Wstrzymałam oddech. Po nim nastąpił krótki świst w powietrzu, dalej charakterystyczny gwizd Juana przez zęby. Kilka  uderzeń i zakończenie w postaci dość głośnego łomotu. Pomyślałam, czy czasem nie powinnam interweniować. Podbiegłam do drzwi, kiedy rozmowa zaczęła się na nowo.
- Kto ci powiedział o tym? Skąd to wiesz?! - przez chwilę zdawało mi się, że w domu jest trzecia osoba. To złudzenie wywołała drastyczna zmiana tonu głosu Babci. Przez zawsze spokojną, na swój sposób delikatną osobę, przemawiały teraz silne, niebezpieczne emocje, podkreślone sztyletem trzymanym w pysku. Przestraszona, poczułam jak mocno łomocze mi serce. Nie znałam jej od tej strony. Nigdy.
- Nie ma to znaczenia. Ci co nie zginęli na miejscu, wyruszyli na południe - odpowiedział hardo, lecz nie agresywnie Juan. - Myślałem, że chciałaś do nich dołączyć - przeszedł nagle w swój naturalny ton, zupełnie, jakby nic się nie stało.
Usłyszałam uderzenie ostrza o podłogę, następnie kilka szmerów pazurów na deskach.
- Bo tak było. Rozmyśliłam się w ostatniej chwili - wyznała Babcia.
- I poszłaś prosto do krain wiecznych śniegów. Czego chciałaś tam szukać? Śmierci z najostrzejszych mrozów? Tam, za wielką wodą?
- Nie wiem... Może... Uch, to skomplikowane.
- Ja mam czas - usiadł.
- To nie tak. Najlepiej by to opisał fragment pewnego dziennika, ale ty na pewno go nie czytałeś. Nie znasz kontekstu - wymigała się.
Przypomniałam sobie, że tylko jeden d z i e n n i k z półek w domu Babci opisywał mroźne krainy. Już  nie miałam wątpliwości  co do samych wersów.
"Szukając zimnego ukojenia bólu złamanego wpół serca"
Wciągnęłam w płuca chłodne powietrze. To co się działo zaczynało mnie przerastać. Widząc osobę taka jak moja Babcia, ma się wrażenie, że ona nie ma i nigdy nie miała swoich problemów, że martwi się tylko o innych i nie ma nic do ukrycia. Tymczasem... To wszystko...
Przecież to wciąż ona, nie zmieniła się. Czemu więc tak bardzo mnie to uderzyło?
- Widziałam biel śmierci twarzą w twarz... - powiedziała cicho Babcia odpływając w zadumę, żeby po chwili przypomnieć sobie o zmieszanym rozmówcy.
- Idź już, Juan. - ocknęła się. - Wracaj do swoich zwojów. Jest późno.
Basior wstał.
- Nie przemyślisz nawet tego? - niewątpliwie wrócił do początku rozmowy, którego nie znałam.
- Nie ma takiej opcji, Juan. Nie chcę tego i nigdy nie zmienię zdania - odpowiedziała starsza wadera, podchodząc do kominka.
- Ale tylko ciebie te wilki szanują, tylko ciebie byliby w stanie słuchać - zaznaczył trójłapy wilk.
- Są szczęśliwi, nie widzisz?
- Ale nie na długo. Nie poradzą sobie, nie umieją współpracować.
- Ja ich mam nauczyć według ciebie?
- Mogłabyś.
- Nie, Juan. Nie mogłabym.
Zapadła cisza. Odpuścił. Cokolwiek chciał osiągnąć, odpuścił.
Rozległy się kroki, po czym zaskrzypiała klamka. Zeskoczyłam szybko ze schodów przed wejściem i czmychnęłam za zachodnią ścianę domu. Usłyszałam jęk starych zawiasów i  trzeszczącą  pod łapami basiora, śladową ilość śniegu. Wychyliłam się ostrożnie z ukrycia i odprowadziłam go wzrokiem. Poruszał się jeszcze wolniej, niż ostatnim razem. Widać było, że powoli opadał z sił, chociaż był młodszy od Babci.
Usiadłam pod ścianą. Postanowiłam odczekać jeszcze trochę, żeby nie wzbudzić podejrzeń, że cokolwiek wiem o wizycie Juana i ich rozmowie. Spojrzałam na rozgwieżdżone niebo. Przypomniałam sobie, że gdzieś bliżej lub dalej, jest pod nim Freeze. On i jego wuj. Wracają do nas.
Już wkrótce będę mogła opowiedzieć mu o wszystkim osobiście - pomyślałam. O Kanionie Magmy, o Wichurze Płomieni... 
Miałam wrażenie, że za długo to trwa. Wszystko przez ten jeden list, na który nie otrzymałam odpowiedzi. Przecież gdyby gołąb miał go im nie doręczyć, wróciłby od razu.
Czyżby coś ich zatrzymało?
Wróciłam na ziemię. Moment, Lind. Na razie trzeba jeszcze stawić czoła teraźniejszości. Wróciłam do skrzypiących, niedomkniętych drzwi. Po ostatniej chwili wahania, pchnęłam je i weszłam do środka. Coś dziwnego uciskało mnie w gardle.
- Lind, jesteś wreszcie - ucieszyła się Babcia na mój widok. - Już zaczynałam się niepokoić.
- Byliśmy aż przy wielkich sosnach - wyjaśniłam, starając się brzmieć naturalnie. - Dlatego tyle zeszło - zrzuciłam ciężką torbę pełną mięsa, dosłownie pękającą w szwach.
- Wszystko dobrze? - popatrzyła na mnie Babcia. - Masz inny głos - zmrużyła oczy.
- Zmęczona jestem, to wszystko - westchnęłam.
Babcia kiwnęła głową, że rozumie i podniosła moją torbę.
- Już możesz iść odpocząć, ja się tym zajmę.
- Nie potrzebujesz pomocy?
- Nie, już się napracowałaś - podeszła i przytuliła mnie. - Takie szczenię jak ty, to prawdziwy skarb.
Na początku miałam dziwną ochotę odsunąć się i iść natychmiast do pokoju, jednak koniec końców odgoniłam to  i też przytuliłam moją opiekunkę. Kogo ja chcę oszukać? Nic się nie zmieniło, to wciąż ona. Moja jedyna rodzina.
Każdy ma swoje sekrety i nie powinnam była wnikać w te należące do Babci. Przecież ona też ma prawo je mieć. To zupełnie normalne. Nie wolno mi od tak zmieniać nastawienia.
Czyż nie...?
To wciąż ona. To wciąż mój dom. Nic się nie zmieniło. 
Spokojnie, Lind, spokojnie. Trzeba żyć dalej.

<CDN>

Uwagi: Literówki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz