Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 5 sierpnia 2017

Od Leah "Polowania" cz. 2

Maj 2020r.
Kolejny dzień spokojnej egzystencji. Kolejne godziny polowań, ludzkiej pracy i ćwiczeń na zbiórkach. W końcu udało mi się zaznać tego uczucia, że jestem komuś potrzebna. Bardzo przyjemne, takie... swojskie.
Rozpoczęła się gonitwa za stadem saren. Yuko podeszła zwierzynę od prawej strony, ja zaś od lewej. Stworzenia uciekały, sadząc potężne skoki. Ich chrapliwe oddechy zlewały się w jeden dźwięk, z tętentem ich rozdwojonych racic. W oczach saren można było zauważyć strach.
Stado bardzo przypominało wtedy ławicę ryb - zwierzęta zaczęły pchać się ku środkowi gromady, byleby tylko uniknąć bezpośredniego kontaktu z nami.
Nagle zza drzewa wyskoczył nasz atakujący, Shiryu, wbiegając w sam środek kłębowiska spoconych, zwierzęcych ciał. Zaczął gryźć i drapać ich boki oraz kończyny. Próbowały uciec, ale drogę zagradzałam im ja oraz Yuki. Jednak mimo to większości udało się wyskoczyć z kręgu. Mówi się trudno.
W końcu do akcji wkroczył Dante. Wystrzelił z krzewów po prawej, od razu wywracając jedno ze stworzeń. Dwa kozły zabił, standardowo przegryzając tchawicę. Reszcie saren po prostu zmiażdżył karki.
- Dobra robota! - pochwalił go Shiryu.
Wymienili między sobą kilka zdań. Zamiast ich słuchać, zabrałam się do liczenia zdobyczy. Pięć sztuk. Nie tak źle.
Kolejnym łupem zostały zające. Małe stworzonka były tak zaabsobowane chrupaniem trawy, że z łatwością udało się je zaskoczyć. Znowu zastosowaliśmy pułapki. Tym razem były to pojedyncze wnyki.
Wyskoczyłam z zarośli, po tym jak Dante dał znać głośnym wyciem, że pułapki są gotowe. Spłoszone gryzonie dopiero po chwili zaczęły uciekać. Chwilę po mnie, zza drzewa wybiegła Yuki. Czułam już lekkie zmęczenie pościgiem. Po kilku minutach wpadły w zasadzkę. Złapały się trzy, a reszta umknęła.
- Trochę tego dzisiaj mało. - mruknęłam.
Przez następne pół godziny tropiliśmy jelenie. Gdy w końcu zaczęliśmy się do nich skradać, wiatr zadął od nas w ich stronę. Zbyt wolno zorientowałam się co się święci, zdążyły nas zwietrzyć. Yuko rzuciła się w pogoń. Skoczyła na starą łanię. Drapiąc jej boki pazurami tylnych łap, wbiła kły w jej szyję. Zwierzę upadło, niemal się na nią zwalając.
Przenieśliśmy zdobycze do watahy, po czym zaspokoiliśmy głód upolowanymi przez nas sarnami. Zerwał się wiatr. Zimny. O tej porze roku?
Smacznego - Odezwał się głos w mojej głowie. Zerwałam się na równe nogi. Co to było u diaska!? Już to słyszałam... Dość niedawno...
Wbiegłam do Zielonego Lasu, nasłuchując. Tajemniczy głos nie odezwał się.
- Kim jesteś? - Spytałam twardo nicość. Odpowiedziała mi cisza.
- KIM JESTEŚ? - Powtórzyłam, przeciągając samogłoski. Korony drzew zaszumiały od silnego podmuchu.
Wiatrem. - Padła odpowiedź. Chyba się przesłyszałam.
- Że... Co? - wydukałam.
To co usłyszałaś - Ponownie odezwał się bezbarwny głos.
- Jakim cudem z tobą rozmawiam? - Zerknęłam na uginające się szczyty drzew.
Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sama. - Padła sucha odpowiedź. Zdębiałam. Że co proszę? Mam sama sobie...
Hm... Może mieć to związek z tym, że ciągle jeszcze odkrywam talenty. Słyszałam o przypadkach wilków z żywiołem powietrza, które rozmawiały z wiatrem. Ta sama przypadłość pojawiła się w książce, którą wykorzystałam, by pomóc Karou odkryć żywioł...
- Czy... To mój nowy talent? Móc...
Rozmawiać ze mną? Tak. - przerwał mi bezcielesny rozmówca.
- Och... - Myśli kotłowały się w mojej głowie, ale za wszelką cenę nie mogłam ich ułożyć. Postanowiłam po prostu zakończyć rozmowę.
***
Wróciłam do swojej jaskini. Napadło mnie straszliwe gorąco. Nigdy jeszcze się nie spotkałam z tak wysoką temperaturą. A ma być jeszcze gorzej. Ma jeszcze wzrosnąć przynajmniej o drugie tyle... Nie wiem jak to wytrzymam.
Zerknęłam na legowisko. No tak. Przydałoby się je trochę odświeżyć. Wyniosłam starą roślinność i wbiegłam do lasu po nową. Poczułam zapach jałowca. Tak... powinien się nadać...
Położyłam się na nowym posłaniu. Zapach wrzosu, jałowca i świeżych liści szybko pomógł mi zasnąć.

< C.D.N. >

sobota, 29 lipca 2017

Od Leah "Polowania" cz. 1

maj 2020r.
Ponownie. Pędziłam przez tak dobrze mi już znaną ścieżkę do Wodopoju. Razem z grupą polowań tropiłam stado zajęcy. Ucieszyłam się z tego, że zostałam przyjęta do popołudniowej grupy polowań. Niestety trochę przeszkadza mi to w ludzkiej pracy, więc często muszę brać nocne zmiany.
Dzisiaj podjęliśmy nieco inną taktyką niż zwykle - Dan i Shiryu zastawili pułapkę przy Wodopoju, a ja i Yuko miałyśmy je tam zagonić.
- Przemieściły się nieco bardziej na południe stąd. - Powiedziała Yuki. Skierowaliśmy się w tamtym kierunku.
Stadko było ogromne. Liczyło ponad dwadzieścia zajęcy. Dante i Shiryu udali się za Wodopój i w szybkim tempie zbudowali pułapkę. Zgodnie z planem, ja i Yuko zaskoczyłyśmy zwierzątka i przegoniłyśmy je w stronę zasadzki. Była o wiele bardziej złożona niż przypuszczałam - przechwyciła i zabiła siedem zająców. Ponieważ utrzymywała stworzenia dwa metry nad ziemią, mogliśmy spokojnie iść polować dalej.
Następnym łupem było stadko jeleni, pasących się przy Jeziorze. Atak został przeprowadzony bez większego zorganizowania, po prostu wszyscy rzucili się na wcześniej wybrane osobniki. Zabiliśmy trzy, a przez następne pół godziny, ścigaliśmy jeszcze cztery. Dwa uciekły - dwa zostały.
Kolejnym łupem były ryby. Nad tym zajęciem siedzieliśmy dobre dwie godziny. Całe szczęście, że rozpoczęliśmy polowanie koło południa. Mieliśmy dużo czasu.
Łącznie złapaliśmy dwadzieścia ryb. Po tak udanych łowach każdy z wielką chęcią targał zwierzynę do spiżarni. Mi przypadły cztery ryby, dwa zające i... jeleń. Musiałam robić dobre trzy rundy, zanim wszystko to przeniosłam na miejsce.
Po skończonych łowach, udałam się do domu. Napadła mnie fala wspomnień... jednak nie tych z mojej rodzinnej watahy. Po kolei przypominałam sobie jak to uciekałam przed niedźwiedziem, o tym jak to powoli aklimatyzowałam się w nowym środowisku, jak to poznałam Manę i Arkana... Wszystkie te wspomnienia są dla mnie bardzo ważne. Ale co jeśli o nich zapomnę? Jest na to sposób. Pamiętnik. Szybko chwyciłam kilka plików kartek, ołówek i usiadłam przed stołem. Zaczęłam pisać.

Wszystko zaczęło się od schronienia się w jaskini, daleko na południe od rodzinnej watahy...

Uwagi: Przede wszystkim op. jest bardzo krótkie. Staraj się o dłuższe.

Od Lind "Wybacz, nie chciałam!" cz. 1 (cd. Scirron)

Maj 2020
Skoro trzeba, zdecydowałam się w końcu na funkcję strażnika terenów. Wybór i tak nie był zbyt trudny. Pomysł stanowiska tancerza odrzuciłam od razu. Nie widzę siebie jako części grupy podskakującej w rytm muzyki przed wszystkimi wilkami, ilekroć jest jakaś uroczystość. Tak samo nie chciałam być od polowań. Nie wiem czy potrafię w ogóle działać w takich zespołach, albo słuchać konkretnych poleceń. Miałam do wyboru jeszcze wojownika, ale patrząc na moją budowę i umiejętności to równie dobrze mogę zgłosić się do odkurzania lasu. Droga donikąd.
Pozostał więc strażnik, zgłosiłam się do Alfy w tej sprawie zaraz po śniadaniu. Później, w drodze powrotnej, spotkałam czarno-szaro-białą waderę o jasnozłotych oczach. Na szyi miała czerwoną chustę, a na jej nogach dostrzegłam kilka blizn. Uśmiechała się do mnie przyjaźnie i przedstawiła imieniem Allive. Jak się okazało, też jest strażniczką i jej dodatkowym zadaniem na dzisiaj było oprowadzenie mnie po terenach watahy, zanim rozpoczniemy wartę. Ucieszyło mnie jej nastawienie wobec mojej osoby, podchodziła bez uprzedzeń, zupełnie naturalnie. Miłe zaskoczenie.
Trochę rozmawiałyśmy, opowiedziała mi nieco o historii każdego ze zwiedzanych miejsc, co czemu służy i dlaczego. Dokładnie też opisywała jak gdzie dojść, mam nadzieję, że nie będę się już gubić dzięki temu. Rozdzieliłyśmy się przed południem, każda poszła w miejsce swojej warty. Może zaczepię ją jeszcze później, jak będę chciała z kimś porozmawiać, pomyślałam. Sympatyczna wadera.
Nie spodziewałam się niczego niesamowitego w pilnowaniu granic watahy, do tego i tak na pierwszy dzień nie miałam przydzielonych innych zadań związanych ze stanowiskiem. Sterczałam w miejscu parę godzin, przy okazji oglądałam sobie ładne widoczki, które oferowała wataha. Niestety to nie wystarczyło, znudzona, często ziewałam i ulgą przyjęłam wiadomość, że koniec mojej zmiany. Trzeba będzie się przyzwyczaić, tak będzie często.
Postanowiłam przejść się na dłuższy spacer, zanim wrócę do siebie. Chciałam rozbić senność, która mnie ogarnęła na tej długiej warcie. Ziewnęłam szeroko jeszcze raz. Tragedia. Złapana przez nagłe pragnienie, zahaczyłam najpierw o Wodopój. Podeszłam do przejrzystej tafli i wzięłam łyk orzeźwiającej cieczy. Chociaż podobno woda nie ma smaku, tutejsza nie była taka sama jak ta górska, tylko jakby... Znacznie lepsza. Z uśmiechem napiłam się jeszcze raz. Wyciągając pyszczek z wody, zauważyłam coś na dnie tego niewielkiego zbiornika. Jakiś błyszczący przedmiot leżał pomiędzy kamieniami. Sięgnęłam poń łapą i wyciągnęłam na powierzchnię. To była jakaś bransoletka. Delikatna, błyszcząca, stylem wykonania przypomina trochę o plemionach Uluren. Obróciłam znalezisko kilka razy w łapach, wytarłam z ostatnich kropel wody i schowałam do torby. Ciekawe skąd się tu wzięła, może ktoś ją zgubił? Wstałam i ruszyłam dalej w drogę. Niestety (albo "stety") była taka pora, że nie spotkałam nikogo w okolicy Wodopoju. Chciałam pójść do centrum watahy, w stronę Zielonego Lasu, jednak pomyliłam kierunki. Zorientowałam się dość późno, dopiero jak przeszłam całą drogę do Wschodniego Klifu. Już-już chciałam zawracać, wkurzona własną orientacją w terenie, ale zatrzymałam się wpół kroku, kiedy delikatny powiew wiatru musnął moje futro. Moje moce... To miejsce może być dobrą okazją do sprawdzenia, czy wróciły! Najwyższy czas na to. Bez wahania, wspięłam się trochę wyżej, uważając na urażoną łapę. Niby po tej potwornie męczącej wycieczce w góry, nie miałam ochoty wracać w te klimaty, jednak to nie to samo. Tu powietrze jest przejrzyste, pode mną widok na morze i szumi mój ukochany wiatr. Znalazłam się niedaleko jakiegoś zarośniętego jeziorka z morską wodą. Dzielił mnie od niego spory odcinek równego podłoża, w sam raz na rozbieg.  Dobra, jak nie wyjdzie, wpadnę do wody. Nic strasznego. Odetchnęłam głęboko i przymknęłam oczy. Wracam do mojego życia, wracam do mojego żywiołu. Ruszyłam truchtem, najpierw powoli, potem podkurczając łapę, przyspieszałam. Rozpędzona, odbiłam się od ziemi tuż przed pierwszymi zaroślami. Poczułam wiatr w niepoukładanych włosach, poczułam jak powietrze targa moje pióra, poczułam to. Szkoda, że tylko przez trzy sekundy. Moc nie zadziałała tak jak się spodziewałam, lekko poniosła mnie nad jeziorkiem, potem wszystko ustało, a ja spadłam za bezpieczną taflę wody. Co gorsza, wylądowałam na jakimś wilku. Sprecyzuję, nie wylądowałam, ja uderzyłam weń jak pocisk. Przez ten atak lotniczy, oboje przewróciliśmy się na ziemię i przetoczyliśmy przez kawałek skąpego zielska, skończywszy jedno na drugim. Jak tylko odzyskałam orientację, co się dzieje, natychmiast zeskoczyłam z brzucha basiora.
- Wybacz, nie chciałam! Nic ci nie jest? - chciałam mu pomóc wstać, ale poradził sobie sam, patrząc na mnie wściekłym wzrokiem. 
Nieszczęśnik, którego stratowałam w "locie" był mizernie wyglądającym, uskrzydlonym wilkiem. Jego szaroniebieskie futro było gęste, jednak kolor jakby zgasł, brakowało w nim prawdziwego połysku. Na  szarych skrzydłach basiora wyróżniały się ciemniejsze końcówki lotek, a po plecach biegła mu ciemnoszara pręga. Dostrzegłam też u niego biały brzuch i spód szyi. Pod pyskiem znajdowała się bródka. Ciało miał upstrzone bliznami tu i tam, ale moją faktyczną uwagę zwróciły jego oczy. Chociaż teraz skierowane w moją stronę z pretensją i agresją, świat oglądały beznamiętnie i smutno. Zanim zdążyłam się nad tym zastanowić, dostrzegłam dookoła papierowe figurki, niektóre zgniecione z mojej winy i trochę czystego papieru, powoli wykradanego przez wiatr. 
- Co ty w ogóle robisz, nienormalna jesteś?! - oburzył się wilk, przytrzymując łapami uciekające kartki. 
- Czekaj, pomogę ci - zaczęłam zbierać razem z nim.
- Dość już zrobiłaś, obejdzie się - rzucił. 
- Przepraszam cię, naprawdę nie chciałam - podałam mu jego papier. - Nie wiedziałam, że tu jesteś. - Basior wyrwał mi go z ręki, wciąż pozostawiając na pysku nieokiełznaną złość.
- O to chodzi - spojrzał na  kolorowe figurki. - Masz szczęście, że te zgniecione i tak mi się nie podobały - zagroził gestem i zaczął zbierać swoje piękne twory.
- Składasz origami? - zapytałam, pomagając mu.
- Czasem - burknął. - Co cię to w ogóle obchodzi? Nie masz nic lepszego do roboty? 
- Co chciałam, już zrobiłam - spuściłam uszy zawstydzona. - Opowiesz mi o tym? - zebraliśmy już wszystko. Właściciel figurek łaskawie odebrał mi je szybkim ruchem. 
 
<Scirron?>
 
Uwagi: Brak części w tytule.

Od Leah "W świecie mroku" cz. 6 (cd. Nergal)

Styczeń 2020 r.
- Nie dbam o to, że mnie znienawidzisz. Wciągnąłem cię w tą historię i obronię cię, choćbym miał zapłacić za to skórą. - Wysłuchałam z uwagą całej opowieści. Jednak to, jak ją zakończył, nieco zbiło mnie z tropu. Po chwili spojrzałam mu prosto w oczy.
- Nie mam za co cię znienawi... - Przerwałam, gdy usłyszałam znajomy ryk na zewnątrz. Niemożliwe... Co tu robi Gral?
Wybiegłam truchtem z jaskini. Podążając za rykiem, dotarłam na szczyt niedużego wzniesienia, tuż przed szczeliną. Nie myliłam się. Średniej wielkości, czerwony smok mojego brata znajdował się zaledwie dziesięć metrów ode mnie. Obok niego stał basior. Otaczały ich inne wilki, widocznie właśnie przerwali walkę. Nie mogłam uwierzyć. Przede mną stał Arsus.
Spojrzał nagle w moją stronę. Zauważając mnie, czerwono-czarny basior, z akcentami bieli uśmiechnął się. Zaczął coś do mnie wykrzykiwać, ale go nie słyszałam. Ciągle nie dowierzałam. Zamiast tego usłyszałam kroki za sobą... I ujrzałam Nergala. Od razu poczułam wyrzuty sumienia. Dźwięki znowu zaczęły docierać do moich uszu. Spojrzałam na brata i Grala. Ten nagle się odwrócił i warknął na wilki, stojące jakieś trzydzieści metrów od niego. Nie zauważyłam nawet kiedy zdążyły odbiec na bezpieczną odległość. Tak czy inaczej tym razem odbiegły. Ars biegł w moją stronę.
Pierwszy dobiegł smok. W końcu odzyskałam czucie w łapach i przywitałam go. Po chwili, dobiegł do mnie dobiegł truchtem towarzysz Grala. Wilk, na którym zawsze mogłam polegać. Wilk, który zawsze mi pomagał. Wilk, który był kimś ważniejszym niż tylko brat. Arsus.
- Leah... - powiedział. - W końcu cię znala... - Urwał. Stał w cieniu góry, więc dopiero po chwili zobaczyłam pochylający się nad nim cień. Cały się zatrząsł, jego wzrok stał się mglisty. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że po jego plecach spływa lśniąca struga krwi. Upadł na lewy bok.
- Nie! - Wyrwało mi się.
Zza jego ciała wyłonił się szarobiały basior.
- To nauczy cię szacunku - Syknął do mojego brata. Obok niego zaczęły pojawiać się inne wilki.
Otrząsnęłam się z odrętwienia. Spojrzałam odmienionym wzrokiem na Nergala.
- Idź do szczeliny. - Powiedziałam chłodno.
- Ale...
- Jazda, kretynie! - Praktycznie na niego wrzasnęłam. Po chwili wahania zrobił to. Skupiłam swój wzrok na zabójcy. Wiatr się nasilał. Czarne chmury skłębiły się nad nami. Gral w końcu zrozumiał co się stało. On rozpoczął atak.
Nie do końca pamiętam, co wtedy się stało. Chyba rzuciłam się na jednego z wilków. Dalej już tylko szamotanina, splamione krwią skały, a potem cisza, zmącona tylko odległym stukotem łap.
- To jeszcze nie koniec! - Doszedł do moich uszu chrapliwy głos zabójcy, wzmocniony wszechobecnym echem. Spojrzałam w dół. U moich łap leżały dwa martwe ciała.
***
Przez chwilę obserwowałam tępo Grala. Smok gonił wilki, ale jeden z nich trafił raził go piorunem. Oszołomiona bestia upadła po chwili, zaraz jednak znowu się zrywając. Za moimi plecami rozległ się huk spadających skał. Odwróciłam się błyskawicznie. Po tym jak upewniłam się, że nie spadły na szczelinę, zawróciłam. Zamiast jednak zobaczyć Arsa, przywitała mnie pustka. Z oddali dobiegał żałosny ryk smoka, który prawdopodobnie zabrał gdzieś swojego pana. Albo jego zwłoki... Przełknęłam ślinę.
W miejscu gdzie się znajdował, leżał nóż. Był cały we krwi. To pewnie nim dokonano morderstwa. Wzięłam narzędzie ze sobą.
***
Nie chciałam okazać dla Nergala swojej rozpaczy, więc jeszcze starałam się nie płakać. Zajrzałam do szczeliny. Spał. Wyglądał w końcu normalnie. Jego pysk nie wyrażał już takich emocji jak podejrzliwość czy obojętność... Podczas snu nie był mordercą. Podczas snu był sobą. W przeciwieństwie do mnie...
Upolowałam w jakimś górskim potoku cztery ryby - mam nadzieję, że taka rekompensata wystarczy. Zaraz... Czy wystarczy? Jasne, że nie! Zostawiłam go tam, a on pewnie zwijał się z bólu. Mam nadzieję, że mi wybaczy... Położyłam zdobycz przed jaskinią.
Emocje opadły. Poziom adrenaliny we krwi drastycznie spadł. Nagły atak bólu z licznych ran, zadanych przez wilki teraz dopiero dał mi się we znaki. Teraz, gdy nikt nie patrzył, rozpłakałam się na dobre. Zwinęłam się w kłębek i zerknęłam na swoje odbicie w potoku. Zamiast ujrzeć siebie, zobaczyłam białego wilka z czerwonymi i błękitnymi wzorami na sierści. Krew moja i moich wrogów. Przednie łapy obmyły się podczas łowienia ryb, a pół pyska rozmazało się przez łzy.
Gdy zdałam sobie sprawę z tego, że zabiłam dwa wilki, mój płacz przestał być tylko płaczem. Stał się po prostu czystą rozpaczą.
***
Zabrakło mi łez. Nawet jeślibym chciała, nie mogłabym już płakać. Zamiast tego, zaczęłam cicho śpiewać. Dobrze znana mi piosenka, działała kojąco na zszarpane nerwy. Ból stał się mniej dokuczliwy, oddech spokojniejszy. Melodia jest trudna, pomyliłam się trzy razy, ale potem szło mi całkiem dobrze. Mój głos przestał być płaczliwy. Uspokoiłam się.

Zakończyłam. Błękitna aura, którą roztaczałam wokół siebie, stała się nieco wyraźniejsza. Nie rozumiem dlaczego. Wiem, że podniosła mnie to na duchu. Muszę dokończyć co zaczęłam. Nie mogę pogrążyć się w świecie mroku.
Usłyszałam cichy oddech za sobą. Odwróciłam się i ujrzałam Nergala. Zerwałam się na równe nogi. Był tu od początku? Ach... I wszystko słyszał...
Znowu uspokoiłam się. Odetchnęłam i do niego podeszłam.
- Teraz to też moja sprawa. - Powiedziałam, kierując się do szczeliny.

<Nergal?>

Uwagi: "Nie dowierzałam" piszemy osobno. "Ach" piszemy przez "ch".