Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 19 października 2016

Od Valki "Upadłe bóstwo, czy po prostu demon?" cz. 8 (cd. Mizuki)

Basior przez chwilę siedział w bezruchu, aż w końcu nie wyprostował się i odwrócił głowy w moją stronę. Przez mój pysk przez ułamek przebiegł cień przerażenia, ale starałam się to zamaskować. Miałam kompletny mętlik w głowie.
- Desari Valentine, członkini Watahy Magicznych Wilków, jak dobrze mniemam?
Valentine? O co chodzi? Czy takie nazwisko ma moja była nauczycielka? Jeśli tak, to skąd miał taką wiedzę? Przecież znając życie nie wiedział o nim nikt, albo tylko najbliższe jej osoby. Niepewnie skinęłam głową. Czułam bardzo wyraźny niepokój. Jego ciemnobrązowe oczy lustrowały moją sylwetkę od góry do dołu. Nie mrugał. Coś było z nim bardzo nie w porządku. Bardzo.
- Wyczuwam tu aurę zmiany sylwetki. Wróć, proszę do swojego prawdziwego ciała - zarządził bez emocji. Wstał. Był wysoki i dobrze zbudowany. Nie byłam w stanie dokładnie oszacować jego wieku. Raz zdawał się być młody, raz stary. Szarawe wzory na jego ciele mogły być kiedyś czarne... Oho, mrugnął.
- Rozkazuję ci wrócić do swego ciała, inaczej ja zrobię to za ciebie! - podniósł głos. Aż zadrżałam i lekko skuliłam - Jesteś na terenie mojej watahy.
Przeszłam w swoją prawdziwą postać. Czułam się przy nim dziwnie... goła. Szczególnie ten znajomy pysk... Wiedziałam, że nie da mi on spokoju aż do dnia, kiedy nie dowiem się, kim jest lub będzie mnie prześladował aż do śmierci. Nawet jeśli teraz nie widziałam nic, przez cały czas przed oczyma stała mi wizja jego sylwetki.
- Kogo my tu mamy... Czyż to nie czarna owca w rodzinie? Strachliwa i w dodatku ślepa Valka?
Spuściłam uszy. Zaczęłam drżeć. Skąd ten basior miał tyle informacji na nasz temat? Śledził Watahę Magicznych Wilków? Od jak dawna? Co planuje? Zaczęłam się wycofywać.
- Nie bój się... Dobrze wiesz, że ma sensu uciekać przed własną rodziną.
Miałam wrażenie, że moje serce stanęło w miejscu. Rodziną? Jakim cudem on...?
- Kim jesteś? - zapytałam, powstrzymując drżenie głosu.
- Twoim sprzymierzeńcem. Chcę tylko was przestrzec przed pewnym zdarzeniem... - oznajmił smutnym głosem. "Nie wolno mu ufać, nawet go nie znasz" - powtarzałam sobie w myślach. - Nasza rodzina jest przeklęta. Zgotowany jest dla niej zły los.
- Łżesz! - wykrztusiłam, cofając się jeszcze o kilka kroków.
- Nawet nie myśl o uciecze - jego głos przybrał znudzony ton - Nie zapominaj, że ty jesteś jedna, a nas wiele. Złapiemy cię w przeciągu kilku minut.
Dalej, durny demonie! Pomóż mi!
"Teraz ci się o mnie przypomniało? Nie będę się pojawiać na każdą twoją zachciankę i zdaj sobie z tego sprawę. To ty jesteś moją kukiełką, nie na odwrót" - warknął.
- Kontynuując... - poczułam, że nieznany basior się do mnie zbliżył - Szczeniak, który urodzi się już niebawem, umrze tuż po porodzenie, a para, która je spłodziła już nigdy nie będzie mogła mieć potomstwa.
Zrobiło mi się niedobrze. O kim on do diaska mówił? Z całą pewnością nie chodziło o mnie. Sohara znalazła chłopaka? Jakoś nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. A Dan...? Boże, Dan.
- N-nie wierzę ci - wymamrotałam, nie bardzo już pewna swoich słów. Brzmiał jednocześnie złowrogo, ale i również tak, jakby z głębi serca rzeczywiście chciał pomóc.
- Wujkowi nie uwierzysz? - westchnął smutno. Zamarłam. Co on właśnie powiedział?
- C-co?
- Jestem kuzynem twojego ojca, Alexandra - zrobił krótką pauzę - Od wielu lat obserwowaliśmy waszą watahę i pilnowaliśmy, by nie stało się jej członkom nic złego. Gdyby nie my, Wataha Magicznych Wilków z całą pewnością już dawno by upadła.
Opuściłam uszy. Miałam mętlik w głowie. To wszystko zdawało się być nieprawdopodobne, ale i jednak teoretycznie możliwe. Z nadmiaru napierających emocji poczułam mrowienie w okolicach oczu. Już chwilę później po moim pysku spłynęła słona łza.
- Przemyśl to wszystko dobrze... Jeśli mi zaufasz, mogę podarować ci antidotum.
Przez chwilę milczałam, próbując sobie to wszystko ułożyć w głowie. Szaleństwo. To istne szaleństwo. Pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu siedziałam sobie spokojnie w swoim zaciszu w środku Zielonego Lasu i nie przejmowałam się niczym, prócz tym, że muszę pozbierać odpowiednią ilość ziół i po kryjomu, tak, aby nikt mnie nie dostrzegł, donieść do szpitala.
- J-ja... muszę pomóc Danowi - wykrztusiłam, ale zaraz po tym wykręciło mi łeb do tyłu tak gwałtownie, że aż zadzwoniło mi w uszach. Tak, jakby szarpnęła nią niewidzialna siła. - ...i chcę wiedzieć, co jest źródłem waszej mocy!
Mój głos stał się przerażający. Dziki, nienormalny, psychiczny, ledwo zrozumiały, syczący... sama nie panowałam nad tym, co właśnie powiedziałam. Byłam teraz całkowicie niezdolna do dobrowolnego ruchu.
- Akimitsu. Biegnij po Kei'a. Może być potrzebne jego pole siłowe - powiedział mój rzekomy wujek. Usłyszałam szuranie. Wilk, którego wysłał musiał się oddalać w naprawdę szybkim tempie.
- Odpowiedz, kmiotku! Powiedz mi! - Poczułam, że się do niego zbliżam. Co się dzieje?
- Co jeśli tego nie zrobię? Zniszczysz mnie?
- Bystry jesteś - z mojego gardła wydobył się cichy, szyderczy śmiech.
- Nie byłbym tego taki pewien - oznajmił, a jego głos zdradzał wyłącznie spokój i całkowite opanowanie. Nie bał się? Prawdę mówiąc nawet jeśli mu nie ufałam, zaczęłam go w duchu dopingować. Nie chciałam, aby stała się mu krzywda... Poza tym darzyłam go podziwem. To musi być mimo wszystkiego bardzo stresująca chwila...
- Awriealu, czy to ty? Pokaż się! - podniósł głos.
- Ani mi się śni! - po raz kolejny mimowolnie wybuchłam śmiechem, tym razem nieco dłużej, ale i bardziej szaleńczo. Już miałam się na niego rzucić z kłami i pazurami, kiedy usłyszałam dziwaczny dźwięk, przypominające zwarcie elektryczne. To jednak nie sprawiło, abym zaniechała swoich czynów. Rzuciłam się na przód... i od razu zostałam odrzucona. Poczułam ból w każdej części swojego ciała. Zupełnie jakby... popieścił mnie prąd.
- Zdą...żyłem... - wysapał wilk o głosie dużo delikatniejszym niż mój wujek. Gdyby nie zdradził swojej płci tym jednym słowem i równie dobrze mogłam pomyśleć, że jest młodą waderą.
- Jak zawsze w porę - oznajmił. Teraz uświadomiłam sobie, że to mógł być jeden z podwładnych mojego wujka, a mianowicie ów Kei.
- Rozkazuję wam mnie wypuścić! - ryknęłam i poczułam dreszcze przechodzące moje ciało. Oho, czyżby przemiana? Nie myliłam się, bo odzyskałam wzrok. Natychmiast zmieniłam sylwetkę i demon nazwany Awriealem zaczął miotać we wszystkie możliwe strony różnego rodzaju zaklęciami, jednak jaśniejąca kula, która mnie otaczała ani drgnęła.
- Hej, to trochę boli - mruknął z niezadowoleniem Kei. Słysząc to, demon zaczął wytwarzać jeszcze więcej barwnych iskier, jednak to wszystko na nic. Zaczęłam się miotać i próbować rzucać na barierę, ale to również nie poskutkowało.
- Czyżby opętanie? - zapytał podwładny.
- Na to wygląda.
Przez chwilę stali tak i na mnie patrzyli. Kiedy zaczęłam czuć zmęczenie spowodowane rzucaniem się we wszystkie strony, po prostu padłam na ziemię. Wtedy właśnie mogłam się uważniej przyjrzeć dwóm wilkom, które cały czas uważnie mnie obserwowały. Kei wyglądał na dziwnie drobnego u boku mojego wujka. Był znacznie smuklejszy, jednak nie tak chudy, jak ja. Miał odrobinę masy mięśniowej. Ponadto jego śnieżnobiałe futro przecinały błękitne wzory, które teraz świeciły jasnym blaskiem, identycznym jak ten, który wytwarzała kula. On również miał na ciele dziwne zniekształcenie wyglądające trochę jak szary strup... Jedynym wilkiem, który go nie posiadał był nie kto inny, jak przywódca tej watahy. Zwróciłam na niego wzrok, marszcząc brwi. Naprawdę chciałam otrzymać to lekarstwo, ale i za razem widziałam w nim coś dziwnie niepokojącego. Raz zgrywał mojego przyjaciela, a raz wroga... Był dla mnie prawdziwą zagadką.
- Antidotum... - szepnęłam już swoim głosem. Mój wujek patrzył na mnie w zamyśleniu jeszcze przez dobrą chwilę, aż nie skinął głową na Kei'a. Pole siłowe zniknęło, a ja dalej leżałam z bijącym sercem od wielokrotnego kontaktu z szalejącym prądem. Nie miałam siły się podnieść. Nie wiedziałam już nawet, w czyjej skórze się znajdowałam. Aby nie marnować więcej energii i uniknąć utraty przytomności, wróciłam do swojej prawdziwej formy. Kei wydał z siebie cichy okrzyk zaskoczenia.
- Posłuchaj mnie bardzo uważnie - zaczął mój wujek z całkowitą powagą - Awrieal nie jest takim łatwym przeciwnikiem. Kilka lat temu zaatakował jednego z członków mojej watahy. Niestety skończyło się to dla niego śmiercią. Awrieal jednak nie przejął jego duszy, przez co najwidoczniej do niedawna pałętał się po świecie i poszukiwał równie zrozpaczonych i słabych psychicznie wilków, które będą łatwe do zmanipulowania. Jeżeli nie będziesz się regularnie mu stawiać i pokazywać, kto tu rządzi, może się to skończyć tragicznie. Wtedy on całkowicie pochłonie twoje dobro, co pozwoli mu przetrwać przez kolejne lata. Ty za to będziesz istotą niecielesną, która będzie podróżować po świecie, identycznie jak Awrieal w poszukiwaniu dusz do zniszczenia...
- On też był kiedyś wilkiem?
- Prawdopodobnie tak... jednak było to wieki temu, gdyż widocznie stracił resztki swojego człowieczeństwa.
- Człowieczeństwa? - powtórzyłam zachrypniętym głosem. Przez chwilę milczał.
- Większą szansą jest to, że był niegdyś człowiekiem... Będąc demonem tego rodzaju rasa nie gra żadnej roli.
- Ten opętany wilk z twojej watahy... on walczył i umarł, prawda?
- Zgadza się - powiedział ledwo słyszalnie.
- I ja też umrę, ale nie stanę się demonem... tak?
Przez chwilę milczał, po czym wydał z siebie cichy pomruk, mający znaczyć to, że tym razem też mam rację.
- Ale... mam Naszyjnik Nieśmiertelności.
Zapanowała cisza.
- Sądzę, że w takim przypadku twoja przemiana w demona będzie dla Awrieala łatwiejsza, bo nie popełnisz po drodze samobójstwa.
Zdałam sobie z tego sprawę, że to miało sporo sensu. W końcu on sam kazał mi go ukraść... Wiedziałam, że nawet próba zdjęcia go może się skończyć tym, że on i tak ponownie pochwyci moje ciało i rozkaże mu na nowo założyć medalion.
- To co... z lekarstwem? - zapytałam, czując, że wracają do mnie siły.
- Nie mogę ci go wręczyć. Jest zbyt cenne, by narazić się na to, że Awrieal po drodze je zniszczy. Pamiętaj: on żywi się cudzą rozpaczą, a to byłaby doskonała okazja do tego.

<Mizuki?>

Uwagi: brak.

niedziela, 16 października 2016

Od Mizuki "Zmiana" cz. 2 (cd. Sarah)

Tego ranka z niewyjaśnionych przyczyn obudziłam się bardzo wcześnie. Było na pewno przed piątą. Nieważne jak bardzo starałam się zasnąć, to wyszło z tego wielkie zero. Biorąc pod uwagę, że poszłam, spać o trzeciej każdy mięsień mojego ciała odmawiał mi posłuszeństwa. Czułam ból dosłownie w każdym mięśniu. Przez te wszystkie wydarzenia nie mogę spać.
"Albo budzę się gdzieś w środku lasu, albo budzę się tuż po zaśnięciu. Po prostu cudownie!" - Pomyślałam.
Z wielkim bólem podniosłam się na równe łapy. Powoli wyszłam przed jaskinie. Moje mięśnie w łapach zaczęły drżeć. Postanowiłam, pójść do Wodopoju by woda ukoiła ból. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wiedziałam, jednak że z tym bólem trochę to zajmie. W pewnym momencie drogi potknęłam się i sturlałam się jakieś trzysta metrów w dół. Syknęłam z bólu. Jednak był jeden plus - Wodopój miałam już tylko kilka metrów przed sobą. Powolnym krokiem skierowałam się do niego. Gdy wreszcie tam dotarłam, ujrzałam wilka bawiącego się wodą. To musiałam, jej przyznać miała talent. Sama nie wiem, dlaczego, ale w pewnym momencie się odezwałam:
- Nie powiem, ładnie Ci to wyszło - Powiedziałam, po czym od razu położyłam łapę na moim pysku.
Głupia ja znowu odezwałam się w najmniej odpowiednim momencie. Wilczyca spojrzała na mnie. Odwróciłam wzrok i kulejąc, na lewą przednią łapę zanurzyłam się w wodzie. Nie chciało mi się nawiązywać rozmowy. Wzięłam głęboki wdech i zanurkowałam.
"O tak! To właśnie tego potrzebowały moje mięśnie" - Pomyślałam.
Kompletnie zapomniałam, że nie mogę oddychać pod wodą i zaczęłam się topić. W ostatniej sekundzie udało mi się dopłynąć na powierzchnię. Zaczęłam kaszleć i pluć wodą. Co więcej, przez tę wodę zaczęła mnie przeraźliwie boleć łapa.
- Wszystko w porządku? - Zapytała wilczyca.
- W jak najlepszym. - Powiedziałam, posyłając jej mordercze spojrzenie.
Zapadła długa i niezręczna cisza. Postanowiłam ją wykorzystać i się ulotnić. Wyszłam z wody, otrzepałam się i kiedy już miałam, odchodzić usłyszałam głos wilczycy.
- Zaczekaj...
- Czego chcesz - Zapytałam i spojrzałam jej w oczy moim beznamiętnym spojrzeniem.
- Twoja łapa... cieknie z niej krew
- Nie przejmuj się tym, to tylko draśnięcie.
- Ale... trzeba to opatrzyć, bo inaczej się wykr... - Przerwała zdanie, gdy zobaczyła, jak zlizałam całą krew z łapy.
- Zadowolona!? A teraz proszę nie denerwuj mnie jeszcze bardziej, bo mogę Ci zrobić krzywdę - Powiedziałam i wytknęłam język, z którego skapnęła kropla krwi.

(Sarah? Co będzie dalej? )

Uwagi: Powtórzenia. Nieprawidłowy zapis wypowiedzi. W WMW "Wodopój" jest nazwą konkretnego miejsca, więc powinno się ją zapisywać z wielkiej litery. Poza tym zaczęłam się teraz zastanawiać, dlaczego one taplały się w miejscu, w którym wszyscy piją... i równie dziwi mnie to, że Mizuki zaczęła się topić na głębokości 50 cm. Poza tym turlając się przez 300 m mogła się poważnie poturbować, a nawet umrzeć (wiadomo - drzewa, krzewy, kamienie itd.), a nie tylko mieć jedno zadrapanie na łapie i poza tym być w nienagannym stanie.

Od Mizuki "Chwile załamania" cz. 2

Po krótkiej rozmowie oboje rozeszliśmy się w swoje strony. Nie zadawaliśmy pytań, w końcu i tak żadne z nas nie znało na nie odpowiedzi. Wróciłam na tereny watahy. Spojrzałam w górę. Całe niebo przykryte było ciemnoszarymi chmurami. Z drzew pospadały już wszystkie liście, a na gałęziach siedziały stada wron. Pod łapami wyczuwałam ohydną breję zwaną błotem. Nienawidziłam go. Jednak teraz mi nie przeszkadzało. Nagle coś przykuło moją uwagę. Nie było to coś wielkiego jednak na pewno było to coś "niecodziennego". Mała niebieska kulka latała w górę i w dół przy jednej z ostatnich gałęzi drzewa. Ostrożnie wdrapałam się na górę. Powolnym krokiem szłam już po gałęzi, przy której to "coś" latało. Krok za krokiem. Po krótkiej chwili doszłam do końca gałęzi. Niebieskie światło mnie zahipnotyzowało. Nagle usłyszałam głos dobiegający z niebieskiej kulki:
- Witaj, panienko! - Powiedział delikatny, lekko drwiący ze mnie głos.
Zamurowało mnie. Cofnęłam się o krok, potem o dwa. Zaczęło padać, niewielkie krople deszczu zamieniły się w ulewę. Strach mnie sparaliżował. Nie mogłam nawet ruszyć ogonem. Z nieba zaczęły uderzać pioruny. Kompletnie zapomniałam, że siedzę na drzewie. Nagle jeden z piorunów uderzył w gałąź na której siedziałam. Poczułam jak spadam, usłyszałam głośne bicie mojego serca. Czas zwolnił a ja patrzyłam jak powoli spadam. Tuż nad ziemią zamknęłam oczy. Jednak... przestałam spadać. Otworzyłam oczy. Otaczała mnie jakaś czerwona energia, jakby chroniła mnie przed upadkiem. Powoli zaczęłam opadać w dół. Gdy znalazłam się na ziemi, czerwona poświata zniknęła. Usłyszałam wtedy z konar drzewa głos:
- Jesteś strasznie problematyczna - Głos się zaśmiał.
Spojrzałam w górę i ujrzałam biało-czerwonego wilka z czerwonymi jak u diabła oczami.
- Spotkamy się później - powiedział delikatnie kłaniając się.
- Zaczekaj... - Nie zdążyłam dokończyć, wilk zmienił się w mgłę i zniknął, jakby nigdy go nie było. Poczułam, jak opuszcza mnie świadomość. Zobaczyłam mgłę przed oczami, zakręciło mi się w głowie i straciłam przytomność. Nic już nie rozumiałam, w mojej głowie było tyle pytań, ale żadnej odpowiedzi. Moja świadomość pogrążyła się w ciemności. Czułam tylko zimno, jednak nie przeszkadzało mi to. Nareszcie mogłam odpocząć. Z dala od denerwujących wilków i setki ich pytań typu: "Czy na pewno wszystko ze mną w porządku". Chyba popadałam w depresję. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać i kolejny raz sztucznie się uśmiechać udając kogoś, kim od dawna nie jestem. Jednak "oni" tego nie widzieli...
"Wspaniała ze mnie aktorka" - Powiedziałam i zaśmiałam się.
Z tego przyjemnego transu wyrwał mnie głos:
- Ej! Ej ty! Wszystko w porządku? - Zapytał głos.
Była to wilczyca z nocnego patrolu.
- Jasne, że tak. - Powiedziałam i uśmiechnęłam się sztucznie.
Znowu padło to pytanie, a ja kolejny raz zrobiłam tę sztuczną minę. Nie wiem, ile już razy zbajerowałam tak wilka.
„Kurwa, jaka ona głupia. Ona też nie zauważyła, że to było sztuczne” - Pomyślałam.
- Tak czy siak nie powinnaś leżeć na dworze, kiedy temperatura wynosi na minusie, możesz przecież... - Nie dokończyła.
- Nie przeszkadza mi zimno - Szybko przerwałam jej wypowiedź.
Podniosłam się z ziemi, otrzepałam z liści i błota, po czym ruszyłam w kierunku mojej jaskini. W czasie drogi analizowałam wszystko, co wydarzyło się dotąd. Nim się obejrzałam byłam już w jaskini. Było już późno. Może trzecia w nocy. Położyłam się przy wejściu i wpatrywałam się w niebo. Jednak jedyne co zobaczyłam, były gęste czarne chmury. Potrzebowałam jego... najwspanialszego, a zarazem pustego blasku księżyca. Sama nie wiem, dlaczego już od szczeniaka tak strasznie pożądam jego blasku.

CDN
 
Uwagi: "Nagle usłyszałam głos dobiegający z niebieskiej kulki. (...) Powiedział delikatny, lekko drwiący ze mnie głos. Zamurowało mnie, kiedy z tej niewielkiej kulki dobiegł głos." - To tak trochę nie ma sensu... Wciąż źle stawiasz Spacje przy wypowiedziach. Jeśli chcesz określić, że coś było powiedzmy w dwukolorowe paski, powinnaś między barwami postawić myślnik, np. biało-czerwonego. Wciąż zdarzają Ci się powtórzenia. Powinno się ich unikać do odstępu dwóch zdań.

sobota, 15 października 2016

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 2

Uwaga! Opowiadanie zawiera sceny drastyczne.

Wielokrotnie potykając się o przedmioty leżące na ziemi, a których wcześniej nie dostrzegłam, wybiegłam z budynku, minęłam ogródek i potknąwszy się o niziutki płotek wywróciłam się na żwirową ścieżkę. Zdarłam sobie kolana, łokcie i policzek. Zaczęłam cicho łkać, choć wiedziałam, że rany już się goją. To raczej z nerwów, niż ze strachu. Jeszcze nigdy nie byłam świadkiem czegoś tak okropnego. Cokolwiek się tam działo, z całą pewnością do normalnych nie należało. Powinnam o tym komuś powiedzieć?
Zaczęłam się czołgać, byle dalej od przerażającego domu. Rozpaczliwa chęć ratowania siebie, choć miałam świadomość, że pewnie nikogo tam nawet nie ma. Byłam brudna i zapłakania. Po drodze upuściłam też gdzieś swój plecak. Ot, taka silna i odważna Sohara. Co się ze mną dzieje? Nigdy nie stresowałam się rzeczami tego typu. Może to przez to napięcie i ciężkość wyczuwalną w powietrzu? Nie chodziło tylko o smród ciała będącego już na dość wysokim poziomie rozkładu. Chodziło o coś, czego nawet nie umiałam ubrać w słowa. Możliwe, że czarna magia.
Skuliłam się pod pobliskim drzewem i przycisnęłam kolana do piersi. Zaczęłam się lekko kołysać i szeptać różne rzeczy do samej siebie, byleby się nieco opanować. Raz po raz spoglądałam to na budynek, to na ścieżkę. Miałam wrażenie, że ten dom ma oczy i się we mnie wpatruje. To nie było zdecydowanie przyjemne. Zacisnęłam powieki, próbując przestać płakać i wrócić do trzeźwego myślenia. Zastanawiałam się, czy warto iść po plecak, gdyż było tam wiele bardzo ważnych rzeczy... jednak poczucie, że tym razem spotka mnie tam coś zdecydowanie złego było silniejsze. Roztrzęsiona podniosłam się spod drzewa i nawet nie myśląc o otrzepywaniu ubrań rzuciłam przelotne spojrzenie na dom, po czym szybkim krokiem ruszyłam w kierunku, w którym powinnam natrafić na Watahę Magicznych Wilków.
Będąc w połowie drogi chyba straciłam przytomność, bo zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kiedy je otworzyłam, spostrzegłam, że jestem... na balu maskowym. Miałam na sobie piękną, brązowo-czarną suknię z którejś z zeszłych epok, a przede mną wirowały dziesiątki równie wytwornych par w rytm muzyki klasycznej. Czułam się co najmniej dziwnie. Zdenerwowana zaczęłam gładzić materiał sukni, by czymś zająć roztrzęsione ręce. Czy jest tu gdzieś toaleta? Nigdzie nie było okien, tylko lustra, lustra, lustra... Nie wiem nawet, czy mamy dzień, czy noc.
Zaczęłam się uważniej przyglądać sali. Nad nami wisiał wspaniały, kryształowy żyrandol. Podłoga była czysta, niesamowicie lśniąca i beżowa. Może marmurowa? Ściany były pokryte misternie zdobionymi tapetami z motywem kwiatów. Gdzieniegdzie stały również złote świeczniki, w które powkładane były dziesiątki świec. Rzucały one blade światło na tancerzów. Nie słyszałam nigdzie rozmów. Wszyscy się do siebie tylko uśmiechali. Damy w maskach do dżentelmenów w maskach. Wyglądało to cudownie i przerażająco za razem. Chciałam zapytać, gdzie jestem, jednak wszyscy byli tak zajęci sobą i słodką muzyką, że żal było mi to rujnować. Stałam pod ścianą i patrzyłam na to zjawisko tak uważnie, że nie dostrzegłam, kiedy podszedł do mnie wysoki, ciemno ubrany mężczyzna i wyciągnął w moją stronę rękę. Odruchowo mu ją podałam, starając się zamaskować zdumienie pod powłoką stoickiego spokoju. Maska, którą miałam na twarzy musiała mi to również znacznie ułatwiać. Ucałował delikatnie moją dłoń, po czym przemówił:
- Można prosić szanowną panią do tańca?
- Ja... - urwałam - Tak, naturalnie.
Delikatnie pociągnął mnie za trzymaną rękę, następnie chwycił mnie jedną w pasie i zaczęliśmy poruszać się identycznie jak wszyscy inni. Nie znałam tego tańca, więc myliłam kroki, lecz on zdawał się nawet tego nie zauważyć. Popatrzyłam z niedowierzaniem na jego skupioną twarz. Była w dużej mierze przykryta misternie zdobioną czarno-złotą maską, jednak widziałam bardzo wyraźnie jego orzechowe oczy, które śledziły mój każdy ruch. Zawstydzona spuściłam wzrok. Jego spojrzenie nie było tak puste jak pozostałych ludzi. Miało w sobie coś z prawdziwego zafascynowania.
- Przepraszam, my się znamy? - wymamrotałam, obserwując jedną ze swoich rąk, która jak się okazało była idealnie czysta i gładka. Dlaczego? Przecież wpadłam w kilka pajęczyn i czołgałam się po ziemi i trawie. Ktoś mnie umył?
- Ależ skądże - odpowiedział nieznajomy. Spoglądając na niego ukradkiem dostrzegłam, że lekko się uśmiecha. Ogarnęła mnie złość. Spróbowałam mu się wyrwać, jednak nic z tego.
- Przepraszam pana, ale muszę już stąd iść... Muszę wrócić do domu.
- Tutaj nie ma już czegoś takiego jak "dom" - oznajmił ze spokojem, zaciskając nieco mocniej dłoń na mojej. - To jest twoje miejsce.
- Nieprawda! - krzyknęłam, szarpiąc się z mężczyzną, jednak ten chwycił mnie jeszcze mocniej - Ratunku! Niech ktoś mi pomoże!
Wszyscy zdawali się nie słyszeć. Miotałam się jak dzika, próbując wpaść na którąkolwiek z par by wyrwać ich z transu, jednak za każdym razem zgrabnie odsuwali się. Nieważne, ile bym próbowała, i tak kończyło się na niczym.
- Puść mnie... - mruknęłam ze złością, po raz kolejny próbując się od niego odsunąć.
- Moja droga, wiedz, że od więzów krwi nie uciekniesz... Prędzej czy później wszystko skończy się tragicznie.
Puścił mnie, a ja nieprzygotowana na to straciłam równowagę i upadłam.
***
Kiedy otworzyłam oczy, zorientowałam się, że leżę na piasku. Zbolała powoli podniosłam się z ziemi i rozejrzałam dookoła. Byłam w tym samym miejscu, w którym straciłam przytomność po raz pierwszy. Była noc. Wyglądało na to, że bal maskowy był tylko snem... Obejrzałam samą siebie. Znowu byłam brudna, w szarym podkoszulku i dresowych spodniach. Zadrżałam, czując chłodny podmuch wiatru. Otuliłam się rękoma i w zamyśleniu spuściłam wzrok. O co w tym chodzi? Rzadko miewam tak realistyczne sny. Musiał mieć jakieś głębsze przesłanie. I jeszcze ten głos mężczyzny... był tak głęboki i delikatnie zachrypnięty. Byłam niemalże absolutnie pewna, że był mi dziwnie znajomy...
Poczułam na swojej odkrytej skórze zimne krople wody. Spojrzałam do góry, by sprawdzić, czy to nie czasem spadło z drzewa, jednak w tej samej chwili lunął deszcz. Wspaniale. Obejrzałam się po raz kolejny. Wracać do watahy, czy lepiej schronić się w budynku? Nawet jeśli przemienię się w wilka mogę złapać jakieś choróbsko. Wiedziałam, że w tych okolicach nigdzie nie znajdę jaskini. Może przycupnę pod drzewem? Błysk i grzmot pioruna. Nie, to jednak nie będzie dobry pomysł. Wciąż kręciło mi się lekko w głowie. Chwiejnym krokiem ruszyłam w kierunku przerażającego domu. Będąc w tym stanie nie byłam gotowa na logiczne myślenie... a ponadto wizja spędzenia tam reszty nocy już nie zapowiadała się tak źle, jak przed upadkiem. Gdy tylko minęłam próg drzwi i poczułam wszechobecny smród, zmieniłam zdanie, jednak teraz już nie było sensu zawracać.
Usiadłam na drewnianej podłodze w werandzie i patrzyłam na deszcz. Nie miałam najmniejszego zamiaru zapuszczać się ponownie w głąb tego budynku. Oparłam się głową o belkę podtrzymującą dach i skuliłam się, starając się zatrzymać jak najwięcej ciepła. Oczy same mi się zamykały, jednak za każdym razem budziłam się, potrząsając głową. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybym nie była w pełni gotowości w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.
Po już którejś godzinie wpatrywania się w pojawiające się kałuże, usłyszałam niepokojące stukanie w domu. Znieruchomiałam i wstrzymałam oddech. Zaczęłam nasłuchiwać. Znowu usłyszałam pukanie. Odruchowo sięgnęłam do plecaka po jakiegoś gnata, ale zapomniałam, że już go nie posiadam. Przeklęłam w duchu i obróciłam za siebie. W środku było ciemno. Znowu pukanie, jednak teraz zaczęło brzmieć trochę jak wchodzenie bądź schodzenie po schodach. Zamarłam. Co jeśli te zwłoki, które znalazłam w piwnicy w jakiś sposób ożyły? Powoli wstałam, napinając wszystkie mięśnie. Próbowałam cokolwiek zobaczyć, ale to wszystko na nic. Mimo doskonałego wilczego wzroku widziałam wyłącznie nieprzeniknioną ciemność. Znowu pukanie. Już chwilę potem zobaczyłam zarys ludzkiej sylwetki wyłaniający się z piwnicy. Była owinięta płachtą ciemnego materiału. Zatrzymała się, stojąc w cieniu tak, że wciąż nie widziałam jej twarzy.
- Czego dziewczę tu szuka? - wychrypiała. Brzmiała jak zwykła staruszka... Od razu na myśl przyszła mi ta naga kobieta w piwnicy. Nie wyglądała na tak starą... ale jednak istniał cień szansy, że była to właśnie ona.
- Ja... - urwałam - ...chciałam przeczekać deszcz.
- A dzieweczka wie, że tutaj nikt nie może wchodzić? - jej głos przybrał groźniejszy ton. Zamarłam. Mogłam się tego spodziewać. Po co w ogóle tutaj przychodziłam?
- N-nie...
- Więc niech dziewczyna się wynosi! - krzycząc to, trzasnęła o kruchą podłogę laską, której do tej pory w ogóle nie widziałam. Wtedy wychyliła swoją głowę za cienia i ujrzałam jej trupio bladą twarz pokrytą przebarwieniami oraz jej całkowicie czarne oczy, a raczej coś, czym zostały wcześniej zastąpione. Włosy zdawały się być tak delikatne, że kruszyły się przy jej każdym ruchu. Pod materiałem dostrzegłam jej nagą pierś oraz ciało pokryte cienkimi przecięciami, przez które musiała mieć spuszczoną krew. Z mojego gardła wydobył się przeraźliwy wrzask, a ja pędem rzuciłam się w ulewę.
Przez pierwszy kilometr szaleńczej ucieczki sądziłam, że martwa kobieta mnie goni, jednak po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jej nigdzie nie widzę i że musiała zostać w budynku. Z łomoczącym sercem ze zdenerwowania i zmęczenia usiadłam na kamieniu. Ciężkie krople deszczu uderzały o moją głowę, jednak ja nic sobie z tego nie robiłam. Było mi zimno, ale mówi się trudno - najwyżej będę chora. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
Spróbowałam uspokoić oddech, zwieszając głowę i odgarniając przemoczone włosy do tyłu. Po drodze zgubiłam gdzieś również okulary, więc gorzej widziałam. Będę musiała iść do Miasta i zakupić nowe... Pora wracać w końcu do watahy. Wstałam na równe nogi, zmieniłam się w wilka i ruszyłam w kierunku, gdzie powinnam natrafić na stado.
Nie mogłam się jednak pozbyć wrażenia, że ktoś mnie śledzi i był znacznie bardziej ludzki od wcześniej zobaczonych zwłok. Może to była zwykła iluzja, a ja dałam się nastraszyć? Co się stało z dawną nieustraszoną Soharą? Co jeśli to moja prawdziwa twarz, a ja w rzeczywistości jestem strachliwą dziewczyną, która tylko zgrywa twardziela?

<C.D.N.> 

Uwagi: Kilka literówek.