Po spotkaniu mojego brata wszystkie moje wspomnienia wróciły. Jako
szczeniaki rzadko spędzaliśmy ze sobą czas. Jednak i tak był dla mnie
bardzo ważną osobą. Pozostałe wilki z watahy nie były zadowolone z mojej
obecności. Jednak miałam gdzieś ich zdanie. Tereny mojego brata były
wielkie i piękne, lecz i tak nie chciałam zostać tam na zawsze.
Zaczynałam tęsknić za wilkami z Watahy Magicznych Wilków. Chciałam
jednak spędzić choć trochę czasu z moim bratem. Jeden z wilków
zaprowadził mnie do mojej jaskini. Zapadła już noc. Ta kraina była
bardzo dziwna. Mimo że znajdowała się pod ziemią było tam ciemno, a za
dnia jasno. Nie było tam słońca, księżyca i gwiazd za którymi
tęskniłam. Niebo nad watahą było takie puste. Moja jaskinia była duża,
aż za duża. Wszystko w watasze mojego brata zdawało się być takie dziwne
i przyprawiające mnie o dreszcze. Zwinęłam się w kłębek i poszłam spać.
Obudziło mnie czyjeś wycie. Zerwałam się na równe łapy i pobiegłam
zobaczyć co się stało. Był środek nocy, było może około godziny drugiej.
Z oddali słychać było czyjeś piski, jednak gorsze było to co stało się
później. Piski i wycie ustały, a ja znalazłam się koło martwego wilka.
Miał on podgryzioną całą szyję. Obok stał wilk. Od samego patrzenia na
niego ze strachu nie mogłam się ruszyć. Miałam ochotę uciec, krzyczeć
jednak nie mogłam. Po prostu stałam i wpatrywałam się w to coś, co tylko
przypominało wilka, jednak tak na prawdę było bestią. Był on czarny jak
noc, jego czerwone oczy były takie... piękne? Nie wiem czemu właśnie tak
pomyślałam. Z jego pyska wysunięte były dwa kły po których ściekała
krew. Był on trochę ubrudzony w krwi ofiary. Na jego klatce piersiowej
widniało mnóstwo zadrapań, które zrobiła najwidoczniej ofiara. Jednak
jego rany bardzo szybko się goiły. Nagle usłyszałam dziwny dźwięk w
mojej głowie. Dźwięk ten sprawiał, że głowa zaczęła mnie boleć. Z bólu
upadłam na ziemię. Dźwięk ten miał bardzo wysoką częstotliwość, której
nie sposób opisać. Miało to mieć chyba na celu tortury. Nagle cisza.
Podniosłam się jednak nie było ani go ani ofiary. Szybko pobiegłam do
jaskini alfy. Niemal wpadłam na niego wbiegając do jaskini.
- Ares... Ares - mówiłam zdyszana
- Uspokój się - powiedział
- Jak można być spokojnym? Wiesz co właśnie się stało - Spojrzałam na niego
- Tak, wiem - powiedział, wpatrując się w ziemię.
- Czemu nie pomogliście temu wilkowi?
Ares nie odpowiedział, wpatrywał się tylko dalej w ziemię.
- Słysz ty mnie? - podniosłam głos
- Nie powinnaś się w to mieszać - wydukał
- Co to ma niby znaczyć? I czym była ta istota która zabiła tego wilka i prawie mnie?
- Tak jest skonstruowany nasz świat, nie możemy tego zmienić. A istotę, którą spotkałaś nazywamy czarnymi demonami.
- Ale dlaczego się nie bronicie?
- Chodź za mną - powiedział
Ares prowadził mnie przez swoją jaskinie aż doszedł do jej końca, podniósł przednią łapę i położył na jednym kawałku ściany. Przed naszymi oczami otworzyło się przejście. Pierwszy
raz widziałam żeby wilki używały ukrytych przejść. Bardziej podobne było
to do... ludzi. Weszliśmy do tajemniczej komnaty, schodziliśmy coraz
niżej i niżej aż doszliśmy do sali wymalowanej pewnymi malowidłami.
- Widzisz jest pewna bardzo stara Legenda. Dawno temu na tych terenach
mieszkały bardzo dobre istoty, pilnowały one porządku. Cała ta kraina
była po prostu piękna, mieszkały na niej różne magiczne stworzenia
których teraz już nie ma. Całe to miejsce było uznawane za raj dla
wszystkich żywych istot. Jednak w wyniku wielu wojen na powierzchni,
powiększania miast i zatruć powietrza i wody cała kraina stawała się
coraz bardziej mroczna jednak nadal była. Aż do czasu kiedy ludzie
odnaleźli to miejsce. Palili wszystko co spotkali na swej drodze
pozostawiając po sobie tylko spaloną ziemię i popiół. A istoty, które
spotykali zabijali lub brali w niewolę. Istoty, które przetrwały
postanowiły poszukać pomocy. Wezwały one demony. Zawarli z nimi pakt, że
za cenę ich krwi pomogą im pozbyć się ludzi. Tak też się stało. Z
terenów podziemnej krainy zniknęli ludzie, większość wejść została
zawalona by nie doprowadzić do kolnego napadu. Tereny ponownie stały się
piękne i magiczne, jednak wiele istot magicznych wyginęło. Pojawił się
jeszcze nowy problem: istoty pomimo obietnic, że znikną po pozbyciu się
najeźdźców nie zrobiły tego. Osiedlili się one w najmroczniejszej części
podziemi i żyją tam do dziś. Wychodzą raz na jakiś czas by zdobyć
"pożywienie". Jednak ostatnio ataki się nasiliły, dzieją się coraz
częściej i na większą skalę. Ostatnio nasza wataha przeżyła największą
stratę zaginął bowiem mój... mój synek, jednak co gorsza oni go zabrali
ze sobą - wypowiadając ostatnie zdanie po pysku Aresa spłynęły łzy.
W mojej głowie pojawiło się jeszcze więcej pytań niż wcześniej, na przykład jak
znalazł się tu mój brat? Czy jego syn żyje? A co z jego matką? Pomimo
tak dużej ilości postanowiłam go już nie męczyć zbędnymi pytaniami.
Podeszłam do niego i wypowiedziałam tylko jedno zdanie:
- Na pewne uda mi się go uratować - Powiedziałam dotykając jego nosa swoim
Na te słowa oczy mojego brata zaraz się powiększyły.
- A więc to jednak jesteś ty... - powiedział spoglądając na mnie
CDN
Uwagi: Znajdź różnicę:
Nieprawidłowo (a tak właśnie piszesz):
-Tak, wiem- powiedział
Prawidłowo (tak powinnaś pisać):
- Tak, wiem - powiedział
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
poniedziałek, 15 lutego 2016
Od Epony "Kochane króliczki"
Byłam w Zielonym Lesie. Przyszłam upolować coś łatwego i coś do znęcania
się. Zauważyłam królika. Zaczęłam się powoli skradać. Byłam coraz
bliżej, coraz bliżej... I skoczyłam. Złapałam go, ale niestety od razu
go zabiłam. W pobliżu zauważyłam kolejnego. Tym razem wzleciałam w
powietrze wypatrzyłam go i runęłam w dół jak strzała. Nie zdążył się
zorientować, a już trzymałam go między łapami. Może to brzmi okrutnie,
ale powoli po kawałku zaczęłam mu wyrywać futro. Później powoli go
dusiłam czując jak przestaje oddychać. W końcu, gdy już umarł zaczęłam
go jeść. Tego pierwszego też powoli jadłam, powoli rozrywając mięśnie.
Pomyślałam, że już czas wracać do watahy, ponieważ zaraz zajdzie
słońce. Leciałam powoli delektując się świeżym powietrzem. Gdy
doleciałam spotkałam Onurixa, dziwnie się na mnie patrzył. W końcu byłam
cała we krwi, więc zapytał czemu jestem cała czerwona. Popatrzyłam po
łapach. Zapomniałam się wylizać. Odpowiedziałam, że przed chwilą
brutalnie zabijałam króliki. Trochę się zdziwił, lecz zrozumiał.
Zobaczyłam, że jest już ciemno, więc spytałam się czemu wychodzi z
jaskini po zmierzchu. Odpowiedział, że chodzi szukać wilków we krwi. Po czym ryknął śmiechem. Zaczęliśmy się zwijać że śmiechu. Na rozmowie i
śmianiu minęło nam dużo czasu, zobaczyliśmy, że księżyc jest już po
środku nieba. Onurix odprowadził mnie do jaskini i sam wrócił do swojej. Przed swoją jaskinią ujrzałam króliczka, więc czym prędzej
zagoniłam go do jaskini i zaczęłam się nim brutalnie bawić.
Uwagi: Zielony Las to nazwa miejsca, więc należy zapisywać ją wielkimi literami. Unikaj powtórzeń wyrazów...
Uwagi: Zielony Las to nazwa miejsca, więc należy zapisywać ją wielkimi literami. Unikaj powtórzeń wyrazów...
Od Epony "Nocny koszmar" cz. 1 (cd. chętny)
Obudziłam się w środku nocy. To było normą, ale teraz coś było nie tak.
Wywlokłam się niechętnie z nory i zaczęłam węszyć. Poczułam odrażający
odór czegoś lub kogoś. Nie wiedziałam o co chodzi. Po chwili
zorientowałam się co to. Szybko pogalopowałam w stronę północnej części
watahy. Zobaczyłam tam człowieka znienawidzonego do szpiku kości. Był to
kłusownik. A skąd to wiedziałam? Miał przy boku strzelbę i czaił się w
krzakach czekając na coś. Wzniosłam się po cichu w powietrze, aby
zobaczyć o co chodzi. Celował do wilka. Wilk ten był chyba z naszej
watahy, ale nie miałam pewności. Zawyłam więc, żeby zwiewał. Nie wiedział o
co chodzi. Zorientował się w końcu, że w pobliżu jest człowiek. Jednak
nie zdążył szybko czmychnąć i oberwał odłamkiem kuli. Szybko podleciałam
do niego i spytałam się czy wszystko ok, nie czekając na odpowiedź.
Kłusownik stał tam dalej. Zagoniłam na niego sarnę, a ten zabiwszy ją
stał nad nią. Po paru sekundach poczułam jak przeszywający ból
paraliżuje mi łapę. Wilk pomógł mi dojść do szpitala. Zemdlałam od razu
jak doszliśmy. Obudziłam się na miękkim posłaniu. Łapę miałam w coś
zawiniętą. Był to chyba bandaż. Nad sobą ujrzałam krzątającą się
wilczycę. A po drugiej stronie łóżka ujrzałam wilka, który mnie tu
doprowadził, jednocześnie ratując życie. Obejrzałam go od góry do dołu i
pomyślałam, że raczej nie miał problemu z doprowadzeniem mnie tutaj. W
końcu zdobyłam się na lekki uśmiech i spytałam się komu zawdzięczam
uratowanie mojego marnego życia...
<chętny?>
Uwagi: "Odór" pisze się przez "ó". Może spróbujesz pisać nieco dłuższe op.? To wcale nie jest aż takie trudne i wiem, że potrafisz to zrobić. Dłuższe teksty są bardziej wartościowe. :)
<chętny?>
Uwagi: "Odór" pisze się przez "ó". Może spróbujesz pisać nieco dłuższe op.? To wcale nie jest aż takie trudne i wiem, że potrafisz to zrobić. Dłuższe teksty są bardziej wartościowe. :)
środa, 10 lutego 2016
Od Valki "Kiedyś nadajdzie starcia czas" cz. 5
Stałam tak w osłupieniu przez kolejne
kilka minut. Ja? Pokonać własnego ojca? To jakieś kpiny. Naprawdę
kpiny. Ciężko brać na poważnie coś, co nie ma w ogóle prawa
istnienia. Jestem niemalże zupełnie ślepa. Być może lada dzień
całkowicie stracę wzrok i jedynie co będę widzieć, to jednolitą
i bezkresną ciemność. Nie była to moja wymarzona wizja
przyszłości. Teraz jednak stałam przed dużo ważniejszą decyzją.
Tyczyła się mojego bytu albo niebytu. Czy warto w ogóle próbować?
Przecież to zupełnie jak skok na pewną śmierć. Przeszły mnie
dreszcze, gdy tylko pomyślałam o spotkaniu pysk w pysk z basiorem,
którego kiedyś mogłam nazywać “tatusiem”. W dodatku “kochanym
tatusiem”, a on mnie “skarbeńkiem”, “cudeńkiem”,
“wspaniałym maluszkiem” czy “śliczną księżniczką”.
Mimo, iż było to tak dawno, ja pamiętam to wyraźnie, w
przeciwieństwie do wszystkiego, co widziałam obecnie. Przez
większość czasu, gdy niczego nie robiłam, tylko bezcelowo
siedziałam i wpatrywałam się w istną breję kolorów, skupiając
się jednak na przywoływaniu wspomnień i dowolnego przeglądania
nich. Niekiedy przyłapywałam się na tym, że gorąca łza spływała
po moim policzku. Najpierw straciłam mamę, a później tatę...
przynajmniej w przypadku mamy wiem, że nic jej nie grozi. Nie
martwię się o nią. Odeszła. Pewnie tam, gdzie jest teraz jest jej lepiej. Z tatą jest inaczej. Wiem, że jego dusza
cierpi, a xeral, z którym miałam przyjemność “rozmawiać”
jeszcze bardziej mi to uzmysłowił. Czy naprawdę jest jakiś sens
tego, by musiał to wytrzymywać dalej? Nie lepiej byłoby to
zatrzymać? I to jak najprędzej? Jedyny problem, jaki stał mi na
przeszkodzie był mój charakter. Mój strach. Istna fobia. Fobia
przed wilkami. Ciekawe czy ma to jakąś nazwę... Nie uczyli tego w
szkole, więc nie było chociażby najmniejszej szansy, abym mogła
się tego dowiedzieć.
Zamknęłam oczy i wzięłam kolejny
głęboki wdech. Przypomniały mi się te czasy, kiedy siedziałam na
Szczenięcej Polanie tylko z moim kuzynostwem i nikim więcej. Gdzie
się podziały te czasy? Byli jedynymi wilkami, które zapewniały mi
bezpieczeństwo, którym ufałam i nie uciekałam w popłochu. Nawet
przed nauczycielami potrzebowałam nie lada silnej woli, by nie uciec
jak skończony tchórz. Sohara i Dan byli inni. Lubiłam, gdy byli
blisko, gdy mnie przytulali, gdy rozmawiali, gdy chwalili wszelkie
postępy, jakie czyniłam. Teraz Sohara nie ma czasu, a Dan...
właściwie nie wiem co robi. Zawsze był rozkojarzony. Nie wiedział,
co się dookoła niego dzieje. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
Właściwie to nie wiedziałam,
dlaczego właśnie o tym myślę. Dodaję sobie otuchy? Wyciszałam
wszystkie dźwięki, jakie słyszałam jeszcze chwilę temu? Kiedy
tylko sobie o tym przypomniałam, dzikie ryki wróciły ze zdwojoną
siłą. Ku swojemu zdumieniu zauważyłam, że jest już noc. W
każdym razie było ciemno, a ja wciąż czułam miedzy łapami
źdźbła trawy delikatnie poruszane przez wiatr. Jak to jest
możliwe, abym stała tak w bezruchu kilka godzin? A może po prostu
ktoś użył jakiegoś czaru? Przełknęłam ślinę. Przecież nie
potrafię medytować, a czuję się pełna siły i pewności siebie.
Zasnęłam na stojąco? Nie, to niemożliwe. Zaczęłam się
rozglądać, z głupią nadzieją, że coś lub ktoś odpowie mi na
zadane sobie pytania. Byłam sama. Słyszałam tylko szum drzew.
Wszystko w jednej chwili znowu ucichło. Zastygłam w bezruchu,
nawet przestając oddychać, jakby z obawy, że ktoś mnie dostrzeże.
Coś się stało. Wtedy usłyszałam wrzaski dobiegające gdzieś z
oddali. Najwyraźniej dopiero zaczął się atak... Myślałam, że
zemdleję, gdy tylko pomyślałam sobie, jaka rzeź mogła mieć
właśnie miejsce kilkaset metrów dalej, a ja sobie po prostu stoję. Co mam innego robić? W niczym nie pomogę. Nie ma takiej opcji.
Znowu jestem sparaliżowana ze strachu, całkowicie niezdolna do
jakiegokolwiek ruchu.
Zaczęłam się delikatnie kołysać na
boki. Zawróciło mi się w głowie od nawału myśli. Co robić?
Zostać czy iść im pomóc? Stchórzyć czy zdobyć się w końcu na
choć szczyptę odwagi? Nie wątpiłam w to, że nie należę do
grupy herosów. Przecież mnie przeraża cokolwiek zobaczę. I o ile
zobaczę. Przecież jestem tchórzem nad tchórzami. Mnie nic nie
pomoże. Nic. Jestem totalną porażką...
- Wdech i wydech. Spokój, Valka. Nie
denerwuj się. Gdy jesteś zestresowana nie potrafisz logicznie
myśleć... - szeptałam do siebie drżącym głosem. Ledwo łapałam
oddech. Był niepokojąco świszczący, a pierś sprawiała wrażenie
okutej stalową obręczą, uniemożliwiającą oddychanie. Barki,
łapy i kark zupełnie mi zdrętwiały. Serce waliło jak młotem.
Nie, muszę z tym skończyć. Zamknęłam oczy. Wyciszyłam myśli. W
mojej głowie zapanowała kompletna ciemność.
Podobno adrenalina uzależnia. Pora to
sprawdzić.
Otworzyłam ślepia i na gwałt
ruszyłam przed siebie, nie zważając na uderzające mnie liście i
gałęzie pobliskich krzaków. Jedne przeczesywały mi futro, inne
zadrapywały skórę. Nie zwracałam na to najmniejszej uwagi. Moje serce wciąż
łomotało, ale w inny sposób. Krew zaczęła jakby cierpnąć w
moich żyłach, ale wywołując u mnie uczucie przyjemnego
podniecenia. A więc to była ta adrenalina? A może po prostu chwila
szaleństwa? Nieważne. Trzeba to wykorzystać. Przez zmrużone
powieki, mające mnie chronić przed insektami i liśćmi wpadającymi
do oczu, wypatrzyłam gdzieś w oddali jakiś kształt skradający
się w zaroślach. O dziwo mnie nie dostrzegł. Zwolniłam, aż w
końcu całkiem się zatrzymałam. Nie spuszczałam z niego wzroku.
Zbliżał się. Najwidoczniej całkowicie podświadomie stałam się
niewidoczna. W pewnym momencie stanął tuż przede mną. Otworzył
szerzej złote ślepia, świecące niczym latarki w nocy, gdy
zorientował się, że ktoś sapie w jego grzywkę i poczuł mój
zapach, jednak niczego nie dostrzegł. Byłam od niego o głowę
wyższa. Cuchnął siarką. Musiał pochodzić z watahy Asai.
Stałam się widoczna. Jego pysk
znajdował się na wysokości mojej piersi. Światło wydobywające
się z jego oczu stało się jeszcze jaśniejsze, a później
najwyraźniej uniósł łeb, by popatrzeć w moje jaskrawozielone
oczy z szarymi źrenicami. To wystarczyło, bym go zapamiętała.
Poczuła. Pożądała. Poczułam znajome mrowienie na całym ciele.
Mój punkt widzenia nieco się zniżył, dzięki czemu byłam na jego
wysokości. Wrzasnął, lecz ja zatkałam mu usta łapą. Widziałam
już wyraźnie. To było wspaniałe uczucie. Uczucie adrenaliny.
Cudownej adrenaliny płynącej moimi rozgrzanymi żyłami. Basior
sapał przerażony. Nie dziwiłam mu się. W końcu niecodziennym
widokiem było to, gdy ktoś zmienia się w jego samego i przejmuje
na ten czas jego wszystkie umiejętności. Odsunęłam łapę. Nic
nie mówił, tylko wciąż sapał zdumiony z lekko rozwartymi
wargami. Jego mięśnie były napięte i gotowe do ucieczki. Moje kąciki ust rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Nie opuściłam
łapy, tylko z całej siły, jaką tylko posiadałam uderzyłam go w
czaszkę. Upadł. Mój nienaturalnie świecący wzrok zwrócił się
ku niemu. Nie ruszał się. Z jego nosa pociekła stróżka krwi.
Oddychał, jednak nie zanosiło się na to, aby się prędko miał
wybudzić. Popatrzyłam na swoją łapę. Miała szarą poduszeczkę
i zwieńczona była długimi srebrzystymi pazurami. Nie była moja.
Ja ją tylko zapożyczyłam. Nie wiem, na jak długo. Pewnie póki
nie znajdę lepszego i silniejszego celu.
Ruszyłam kłusem w kierunku
szaleńczych wrzasków wilków zdających się być obdzieranych ze
skóry. Światło wydobywające się z moich ślep muskało kolejne
to liście, tworząc za nimi przerażające cienie. Ja jednak się
nie bałam. Nie teraz. Nie teraz, gdy byłam kimś innym. Kilka chwil
później dotarłam aż na Wrzosową Łąkę. Tam rozgrywała się
istna rzeź. Nasi przegrywali. Właściwie to jakie pojęcie teraz ma
słowo “nasi”? Po czyjej stoję stronie? To nie było teraz
ważne. Mój wzrok zatrzymał się nie na nikim innym, jak na
znajomym wilku. Wilku, który nie wahał się, by zadać Kiiyuko
śmiertelnego ciosu, bez względu na to, że była nieśmiertelna. On
chciał się tylko wyżyć, dobijając ją za każdym razem, gdy
tylko uniosła głowę. Na moich oczach straciła siły, by w ogóle
to robić, a jej łeb leżał nieruchomo w trawie. Uznała, że to
nie miało sensu. Jej pierś opadała i unosiła się ciężko. Jej
zwykle biała sierść wyglądała teraz tak, jakby była oblana
wiadrem bordowej farby.
- Hej, Xander! - krzyknęłam poważnym,
męskim basem do basiora. Jego łapa z wyciągniętym najostrzejszym
z pazurów zatrzymała się w połowie drogi. Chciał rozpruć byłej
Alfie Watahy Magicznych Wilków brzuch. Zaczęłam truchtać w jego
stronę, jak gdyby nigdy nic. Nie zważałam na rozlew krwi, który
miał miejsce tuż przy moim barku.
- Co znowu?! - przekrzyknął te
wszystkie drące się wilki i szczęk broni. Miał naprawdę potężny
głos. Moje serce zabiło mocniej, gdy w pełni uświadomiłam sobie
to, że osoba, która spędzała mi sen z powiek od naprawdę
długiego czasu właśnie skupiała całą swoją uwagę na mojej
osobie. Kiiyuko nawet nie zareagowała. Stanęłam tuż przed nim.
Moje świecące oczy oświetliły jego pysk od dołu, powodując, że
jego oblicze stało się jeszcze bardziej wyniosłe, silne i mroczne.
To mi wystarczyło. Jego bliskość. To był mój ojciec. Nie nikt
inny, jak Alexander. Gdzieś tam w środku skrywał się właśnie
on. Mrowienie powróciło. Poczułam, jak moje łapy ponownie się
wydłużają, tak samo jak sierść. To nie zrobiło na nim żadnego
wrażenia. Wciąż wyglądał na tam samo znudzonego, jak chwilę
wcześniej. Nasze oczy były na tym samym poziomie. Dwóch Xandrów.
Klon z wilkiem rozpaczliwie potrzebującym mojej pomocy.
- Od zawsze wiedziałem, że kryje się
w tobie niezwykły potencjał – powiedział ku mojemu wielkiemu
zdumieniu. Co on wygadywał? O co mu w ogóle chodziło? Kręcił
głową, jakby sam nie wierzył w to, co mówi. Jego pysk jednak
wyglądał na całkiem opanowany. Zauważyłam, że Kiiyuko
niespokojnie poruszyła się w trawie. Przydusiłam jej pysk do ziemi
tylną łapą. Nie bardzo chciałam, aby podsłuchiwała nasze
rozmowy.
- Wiem kim jesteś – odpowiedział na
niezadane pytanie. Moje serce zaczęło bić szybciej, jednak z
mojego pyska nie zniknął wyraz głębokiego skupienia. Pewnie
stosował jakieś sztuczki. Tylko się zgrywa, by zdobyć moje
zaufanie i w końcu litość.
- I jestem z ciebie dumny. To wszystko
nie jest takie, jakie się zdaje. Tak naprawdę robimy to dla waszego
dobra. Pomóż nam, a wtedy wszystko ci wyjaśnimy – uśmiechnął
się delikatnie. Ta przebrzydła skóra przepełniona nienawiścią
do wszystkiego co go otacza chciała mi wmówić, że jej na mnie
zależy? Oj, co to to nie! Wykonałam szybki ruch, chwytając w
szczęki leżący w pobliżu miecz i jednym zamaszystym ruchem
odcięłam mu głowę. Poszło gładko. Patrzyłam, jak jego łeb
wciąż całkowicie pozbawiony wyrazu wylądował kilka metrów
dalej, gdzieś między walczącymi wilkami. Jego ciało się
zachwiało, a chwilę później łapy się zgięły, sprawiając,
że upadł... a raczej to, co z niego zostało. Wypuściłam z pyska
miecz. Upadł na trawę. Oddychałam szybko. To wszystko to tylko
sen. To sen. To sen. Tego nie ma, prawda? To tylko urojenia. Ja wcale nie zabiłam przed
chwilą wilka, który był kiedyś moim kochanym tatusiem. Jak w
transie skręciłam na lewo, odpychając zaklęciami zbieraninę
zakrwawionych wilków, ignorując to, że przez to wpadały na siebie
lub upadały. W końcu znalazłam to, czego szukałam. Odcięty łeb,
z którego z szyi sączyła się krew. Zaczęło mi huczeć w głowie.
Przypomniałam sobie, kiedy niegdyś Kiiyuko na lekcji wspomniała, że
jeśli zakopie się rozczłonkowane kończyny nieśmiertelnego gdzieś
głęboko w ziemi, nie ma szans, aby te się zrosły. Chwyciłam zębami za
jego grzywkę i uniosłam głowę do góry. Wilki, które to
spostrzegły wyglądały na wyjątkowo zdumione. W końcu było dwóch
Xandrów... jeden rozczłonkowany, drugi całkowicie żywy. Bez
problemu przeszłam między nimi i na powrót weszłam do Zielonego
Lasu. Nikt za mną nie szedł. I dobrze. Przynajmniej w spokoju będę
mogła zrobić to, czego chciałam.
To nie skok na pewną śmierć, tylko zamach na nią.
To nie skok na pewną śmierć, tylko zamach na nią.
Popatrzyłam na lekko skopaną ziemię,
pod którą metr głębiej krył się łeb mojego ojczulka. Później,
gdy wrócę do swojego wcielenia zajmę się tym, aby to miejsce
porosła wysoka trawa, która nie wzbudzi żadnych podejrzeń.
Tymczasem mam coś jeszcze do załatwienia. Jakiś czas temu wrzaski umilkły, wataha
Asai z jakiś powodów wycofała się do siebie. Skierowałam się w
stronę terenów wykraczających poza terytoria Watahy Magicznych
Wilków. Tak jak myślałam, wszyscy byli zbyt przejęci rozmową i
opatrywaniem ran, by dostrzec pewien cień, przemykający gdzieś
między drzewami. Tym cieniem byłam ja.
Nazywam się Valka. Moje imię oznacza
wojnę. Bezkresną, krwawą wojnę.
Uwagi: brak
Uwagi: brak
Subskrybuj:
Posty (Atom)