Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 21 stycznia 2016

Od Suzanny "Kiedyś nadejdzie starcia czas" cz. 5 (cd. chętny)

Prędko wyszłam z przychodni i tak samo szybko zeszłam ze stromej Góry. Ciszę przerywało częste wycie wilków, które powiadamiały kolejnych to członków o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Wiele z nich, słysząc alarm biegało spanikowane po terenach, nie wiedząc do końca co ze sobą zrobić. Niech to szlag, że nigdy tego nie przećwiczyliśmy! Trzeba to zmienić i to szybko. Choć przyznam, że łapy rzeczywiście rwały mi się do szaleńczego biegu gdzie popadnie, byleby się ukryć, to i tak zwalczyłam to pragnienie siłą woli. Stanowczo zmierzałam do Zielonego Lasu, gdzie zapewne znajdowała się znaczna część członków watahy. Robili zbyt duży harmider. Trzeba ich wszystkich uspokoić i ustawić w zwarte szyki. Chociaż tyle udało mi się wywnioskować z tych naiwnych ludzkich filmów, które zawsze mnie zwyczajnie nudziły, więc już po kilku minutach przełączałam kanał. Od zawsze bardziej ciągnęło mnie do książek, niż do telewizji. Wolałam myśleć nad tym, co tam akurat się dzieje i mieć w to chociażby minimalny wkład, choćby poprzez inne zinterpretowanie danej sytuacji. Bezmózgie wgapianie się w ekran nie interesowało mnie nawet odrobinę, a wręcz niekiedy męczyło.
Tak było i tym razem. Miałam działać, lecz na dużo większą skalę niż czytając pod kocykiem jakieś tomiszcze, gdyż w tym przypadku mogłam ponieść konsekwencje swoich czynów już w niedalekiej przyszłości. Tym bardziej, że przewodzę watahą. Oni by to odczuli jeszcze bardziej, niż ja. Jeden nierozważny ruch i wszystko się zawali. To będzie koniec blisko pięcioletniej watahy. Mogłam zrujnować dzieło moich rodziców za jednym zamachem... honor jednak mi na to nie zezwalał i dodawał skrzydeł, choć nie ukrywam, że okropnie się bałam. Tego obowiązku bycia wzorem władcy. Nie chciałam, by pachołki Asai wyśmiały mnie za wręcz dziecinną postawę, którą zachowywałam (przynajmniej moimi oczami) na co dzień. Pora dorosnąć i wziąć się w garść! Jakiś wilk śmignął tuż obok mnie, więc ja postanowiłam zatrzymać kolejnego, biegnącego w ślad za nim, po prostu wyciągając łapę. Wilk w ostatniej chwili zahamował i zatrzymał się raptem dziesięć centymetrów od mojej kończyny.
- Co to za wariacje? Gdzie biegniecie? - zapytałam twardo. Jasna wadera ozdobiona fiołkowymi pasami na całym grzbiecie spochmurniała i odpowiedziała:
- A gdzie mamy iść? Ukryć się.
Zaśmiałam się krótko, co ona chyba nie do końca zrozumiała, bo obserwowała mnie nieufnym spojrzeniem. Może i miała mnie za wariatkę, ale powinna wiedzieć, że ja od razu widzę ją jako tchórza, tak samo jako większość członków watahy, którzy właśnie uciekali we wszystkie strony, niczym stado wystraszonych kurczaków. W środku byłam w sumie z siebie dumna, że nie zwiałam z prądem pozostałych, tak jak początkowo miałam to w planach.
- A kto będzie bronił watahy?
- Jak to kto? Wojownicy - odpowiedziała.
- Tylko, że ich jest zdecydowanie za mało. Asai ma doskonale szkolonych podwładnych liczonych w dziesiątkach.
- A nas nie są czasem dziesiątki? - wywróciła oczami wadera, niecierpliwiąc się nieco. Albo była wyjątkowo zdenerwowana zaistniałą sytuacją, albo miała po prostu taki charakter.
- Nie o takie dziesiątki mi chodzi. Po prostu pomóż mi zwołać tu resztę i jakoś doprowadzić to do porządku! - podniosłam głos, już powoli tracąc cierpliwość.
- Stać! - niespodziewanie ktoś krzyknął. Odruchowo odwróciłam się w tamtą stronę, by zobaczyć szaro-czarno-czerwonego basiora prowadzącego kolumnę wilków. Uniosłam brwi w zdumieniu. Samiec odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął czarująco. Dopiero wtedy poznałam w nim dawnego przyjaciela mojego taty, Kai'ego. Właściwie to można uznać, że przyjaźnił się również z moją mamą... ale najwyraźniej ich stosunki uległy zmianie na całkowicie obojętne. Nie chciałam wracać do tego, co już było, ale w takich przypadkach to zwyczajnie było silniejsze ode mnie. Wspomnienia wróciły. Emocje tak bardzo różne od tych, które odczuwałam obecnie. Najbardziej uderzył mnie brak poczucia bezpieczeństwa. Teraz ja sama muszę o nie zadbać. O wsparcie i szacunek z kolei muszę już walczyć.
- Pomyślałem, że przydałaby się pomoc i nieco to ogarnąłem.
- Dziękuję - skinęłam na niego głową. Ulżyło mi nieco na sercu, widząc, że chociaż ktoś zachował spokój i nie muszę go poszukiwać jak oszalała po całych terenach. Kto wie, ile osób rozbiegnie się aż tak, że trudno będzie go odnaleźć? Ja w końcu miałam problemy ze spamiętaniem wszystkich wilków, choć powinnam to skontrolować. Przełknęłam ślinę. Nie wygląda to za dobrze. Wodziłam wzrokiem z żołnierza na żołnierza, a wadera, którą zaczepiłam wciąż stała u mojego boku i również wpatrywała się w szeregi.
- Czyli mam rozumieć że to nasze wojsko w pełnej krasie?
- Zgadza się - przytaknął.
- I że oczekujecie na rozkazy? - dopytywałam. Ponownie pokiwał głową, a wojowie z tylnych rzędów zaczęli między sobą szemrać, zupełnie jakby myśleli, że nie wyrabiam z tym wszystkim. Niestety, ale mieli rację. Niespokojnie przenosiłam ciężar ciała to na lewe, to na prawe łapy i oblizałam zaschnięte usta.
- Dobrze. Więc pierwsze polecenie brzmi następująco... pierwsza połowa idzie odszukać pozostałe wilki, a druga idzie za mną pilnować granicy.
Wilki prędko pojęły, jakie dostały zadanie, więc część z nich rozbiegła się w różne kierunki.
- Tylko macie wrócić przed zachodem słońca! - krzyknęłam jeszcze za nimi, a następnie odwróciłam się w stronę obserwujących mnie kilkunastu wilków. Na nowo zaczęłam odczuwać stres. Mogli sobie o mnie coś złego pomyśleć... a zresztą co mnie obchodzi ich opinia? Powinnam robić tylko to, co do mnie należy. Obrałam kierunek prowadzący do północnej części watahy. Wojownicy oraz reszta wyszkolonych wilków ruszyła w ślad za mną i o dziwo również za pochodem potruchtała wadera.
- A ja? Co mam robić?
Westchnęłam, wywracając dramatycznie oczami. Wyglądało na to, że jest jedną z osób, którym trzeba powtarzać wszystko dobre kilkanaście razy.
- To samo, co pierwsza grupa.
Skinęła głową, rozumiejąc zadanie i odbiegła. Kilkadziesiąt minut wędrówki później przedarliśmy się przez Mroczny Las i stanęliśmy idealnie w jego połowie, czyli punkcie, przez który czy się tego chciało czy nie, przechodząc z Watahy Magicznych Wilków do Watahy Asai i na odwrót musiało się odwiedzić. Gorzej, jeśli ktoś wybierze się drogą powietrzną, a znając życie tak właśnie się stanie. Odwróciłam się w stronę uzbrojonego szeregu wilków. Sama szczerze nie wiedziałam, skąd wzięli tą broń, lecz niewykluczone, że już wcześniej mieli ją przygotowaną właśnie na wszelki wypadek.
- Słuchaj Kai... nie możesz kogoś wysłać w powietrze, żeby kontrolował, czy nikt nie nadlatuje?
Zamyślił się przez chwilę, po czym odpowiedział:
- Właściwie to Zone może lecieć, a także Vanessa. Kto ma żywioł powietrza to akurat nie wiem, ale...
- Dobra, to wystarczy. Niech lecą.
Przytaknął i wydał polecenie dość zaskoczonym waderą. Jednakże po chwili zastanowienia zamachały skrzydłami i przedostały się przez wysoko osadzone korony ciemnych drzew. Patrzyłam na to jak zaczarowana. Wiedziałam, że jestem uziemiona do końca życia, a od dziecka marzyłam o lataniu. Szybować po bezchmurnym niebie... Otrząsnęłam się z chwili zamyślenia.
- I co? Mamy tak po prostu sterczeć? Jeśli ci zaraz nie wyskoczą z tych krzaczorów, to nie ręczę za to, że prędzej naskoczy na nas jakiś demoniczny zwierz, niż ci idioci - mruczała pod nosem moja ciotka. Mimowolnie zaczęłam się cicho śmiać, jednak nie skomentowałam tego w żaden sposób. Przeszłam na same tyły formacji, by tam niespokojnie co chwilę odwracać się i kontrolować, czy nic się nie skrada, tak jak powiedziała to Kazuma. Wolałabym być zmiażdżona przez cielsko zmutowanego niedźwiedzia, niż być rozszarpana przez jakiegoś zdziczałego wilka. Sama nie wiem dlaczego, po prostu takie mam opinie o śmierci i tyle. Pierwsza z wybranych opcji zdawała się być śmiercią szybką i mniej bolesną.
- Czyli jak długo będziemy tak sterczeć? - zapytała już znudzona Sierra.
- Nie wiemy, jesteśmy pierwszą linią obrony, więc dowiemy się tego dopiero w chwili natarcia - oznajmił dyplomatycznie Toboe. Nikt już o nic więcej nie pytał. Może i zdawało się to być głupie - na pierwszą linię obrony stawiać Alfę... lecz nie robiło to raczej większej różnicy, gdyż czarodziejka ze mnie marna, a broni i tak nie mam. Jedyne, czym się mogłam poszczycić, była nieśmiertelność. Cokolwiek mi zrobią, to po chwili się zrośnie. W uszach dzwoniło mi na samą myśl, co oni mogą takiego na mnie wypróbować, byleby sprawić ból. Obecnie po prostu stałam tak i nasłuchiwałam. Część z nas była przemieniona w ludzi, kurczowo ściskając w dłoniach miecze, kosy, pistolety, a nawet karabiny, lecz ja postanowiłam jak na razie zostać w swojej prawidłowej wersji. Co kilka sekund zerkałam za ramię, mając coraz większe wrażenie, że zaraz nas coś zaatakuje od tyłu.
- Ktoś będzie musiał prędzej czy później biec donieść, gdzie jesteśmy i jak wygląda nasza sytuacja, by w razie czego mogli posłać jakieś posiłki - oznajmiła z całkowitym spokojem Sohara. Trzymała w rozluźnionej dłoni łuk i wyglądała na najbardziej zrelaksowaną z nas wszystkich. Mnie aż oddech "utknął" w piersi, przez co cały czas napięta klatka uniemożliwiała branie większych haustów powietrza. Dreptałam niespokojnie w miejscu, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.
- A co jeśli to wszystko to tylko plotka, a wataha Asai wcale nie szykuje się do skoku na nas?
Moje ramiona opadły, bo zdałam sobie z tego sprawę, że wadera, której imienia nie zdołałam zapamiętać mogła mieć rację. Bezgranicznie uwierzyłam Yuko, nie potwierdzając żadnej z informacji. Zawsze mogła kłamać. Zesztywniałam. Niech to, naprawdę to mogło być po nic. Powoli zaczęłam wypuszczać powietrze z płuc, a następnie odruchowo odwróciłam głowę za ramię. Moje oczy się rozszerzyły.
- Coś siedzi w krzakach... - wyszeptałam. To wystarczyło, by skupić na roślinie całkowitą uwagę kilku z wojowników. Zacisnęli mocniej palce na broni, oczekując na pierwszy ruch istoty. Gdy minęło kilka sekund i nic się nie wydarzyło, pochwyciłam w pysk najbliżej leżący patyk i rzuciłam w tamtym kierunku. Chybiłam. Już chciałam się schylić po kolejny, gdy bestia z dzikim rykiem wyskoczyła zza krzaków, skacząc prosto na nas. Skuliłam się z przerażenia. Po raz pierwszy w swoim życiu zobaczyłam na własne oczy najprawdziwszego wratha. Istota, która miała cztery silne łapy poruszała się niezwykle szybko i zwinnie, więc ktoś, kto chciał go pokonać musiał wykazywać wybijające się ponad wszystkie pozostałe akurat te cechy... no i wysoki poziom intelektualny. Zacisnęłam powieki najmocniej jak tylko potrafiłam, czując przez ułamek tuż nad swoją głową ciepło ciała potwora. Później słyszałam tylko ryki, wystrzały i dźwięk rozdzieranego mięsa, aż w końcu łamanych kości. W pewnym momencie poczułam nawet ciepło posoki, którą zostałam zbryzgana. Nie odważyłam się jednak otworzyć oczu. Kiedy zrobiło się już spokojnie, ktoś mnie szturchnął na znak, że mogę się już podnieść. Niepewnie uniosłam powiekę i popatrzyłam na pysk wilka, a gdy upewniłam się, że nie wyraża nic więcej, prócz znudzenia, w końcu wstałam.
- Widzieliście tę akcję?! - ekscytował się basior, którego imię niestety wyleciało mi z głowy. Z tego, co dowiedziałam się czystym przypadkiem był obiektem zainteresowania większości wader... ja jednak prócz pacana nie widziałam w nim nic więcej.
- Mhm... - mruknęła Sohara, opuszczając łuk, z którego musiała puszczać strzały w stronę już martwego stwora, leżącego teraz u łap Kazumy, która nawet nie pofatygowała się, by ruszyć się z miejsca. Był rozkrojony w wielu miejscach, podziurkowany niczym ser gouda, a to wszystko przyozdabiały wystające lotki strzał. Zrobiło mi się nieco słabo.
- I tak za wolno - mruknęła Kazuma - Ja bym to zrobiła szybciej i lepiej.
Po tych słowach zaniosła się kaszlem, a wszyscy wpatrywali się w jej poczynania. Gdy skończyła, podniosła głowę i zlustrowała nas nienawistnym spojrzeniem.
- A wy na co się gapicie?
- Szybciej powiadasz? I lepiej? - zaśmiał się Kai - Kazuma, starość nie radość, a ty chyba trochę za późno zaczynasz to pojmować.
Na to reszta również zaśmiała się serdecznym śmiechem, lecz ja wciąż wpatrywałam się w skwaszoną ciotkę. Była w wieku Kai'ego, jednak jej stan zdrowia był na tyle niepokojący, że już odnosiła wrażenie umierającej. Nikomu jednak nie zdradzała, co jej dolega. Ba! Wszystkim wmawiała, że ma się dobrze, jednak napady niekiedy krwawego kaszlu stały się dla niej codziennością. Odnosiłam głupie wrażenie, że jestem jedyną osobą, która się nią szczerze przejmuje, bo jakby nie patrzeć byłyśmy spokrewnione. Nie chciałam stracić kolejnego członka rodziny, a Kazuma jest ostatnią częścią mojego dawnego światka, którego zwiedzałam jeszcze jako szczeniak. Łzy pocisnęły mi się do oczu, jednak szybkie mruganie powiekami umożliwiło mi zamaskowanie ich. Wszystko inne już dawno się skończyło i nie wróci. Mimo, że zdawała się być uosobieniem furii, wściekłości i nienawiści, to i tak wiedziałam, że gdzieś tam w środku jednak ma uczucia. Resztka jej, która pozostała w niej z przeszłości, jednak nie zamierza jej wydobyć na zewnątrz. Szczerze mówiąc dobrze było jak jest. Wyróżniała się tak samo jak ja na tle tych wszystkich udawanych ślicznotek, które zdawały się nie uznawać czegoś takiego jak "wady".
- Możemy już kogoś wysłać, kto przekaże od nas wiadomość. Ściemnia się... - zmieniłam temat. Wilki przytaknęły, ale gdy zapytałam o chętnego, zapanowała martwa cisza.
- Las rąk, łąka nóg widzę - mruknęłam skwaszona. Tak jak spodziewałam się żart zrozumieli tylko ci, który posiadali umiejętność zmiany w człowieka. Kazuma zdawała się być nieobecna, wyglądała tylko zza drzew w kierunku, z którego mieli przybyć żołnierze z watahy Asai.
- No dobra, ja mogę poleźć - zgłosił się niebieski basior - Tylko co mam przekazać i komu?
- Najlepiej Tsume. Przekaż mu, aby w razie potrzeby formował wojsko i przygotował ich kolejno w pozycjach warstwami przed Mrocznym Lasem i nieco dalej, byleby jak najskuteczniej zatamować atak. W odpowiedzi chcę wiedzieć, jak przebiega to u nich.
- Tak jest! - wykrzyknął, zasalutował, po czym zaczął biec w kierunku głównych terenów watahy. Odwróciłam się w stronę towarzyszów.
- Wygląda na to, że musimy wrócić na pozycje. Tak w razie czego - zaśmiałam się lekko. Podzielili moje zdanie i ustawili się, jak należy, jednak już nie aż tak napięci jak wcześniej, bo dali sobie do zrozumienia, że znak da nam Zone oraz Vanessa, które obserwowały wszystko z góry. Choć podobno nie były szczególnie wyszkolonymi i wybitnymi lotniczkami, to jak na razie to powinno nam wystarczyć.
Kilkadziesiąt minut później usłyszeliśmy na nowo jakiś szelest w krzakach. Przerwaliśmy cichą rozmowę, na nowo czując niepokój spowodowany przybyciem jakiejś bliżej nieokreślonej istoty. Wszyscy (prócz mnie rzecz jasna) pochwycili broń i wycelowali. Dopiero, gdy zza mgły wyłoniła się niebieska grzywka, dałam znak reszcie, żeby się rozluźnili. Jak udało mi się dowiedzieć, basior o imieniu Dante zasapany zatrzymał się i próbował złapać oddech. Wyglądało na to, że biegł przez większy dystans, niż początkowo się spodziewałam. Kto wie, może Tsume posłał go po coś jeszcze.
- I jak tam sytuacja u naszych? - zapytała Sierra.
- Moment... - wysapał. Odczekaliśmy kilka sekund, aż jego oddech się uspokoi, a wtedy ten uniósł głowę i zaczął mówić:
- Szczeniaki bezpieczne, reszta już na pozycjach. To, jak nam się powiedzie zależy od zorganizowania wroga.
- I to właśnie z tym może być problem... - mruknęłam - Nigdy nie wiadomo, czego mamy się po nich spodziewać.
Zapanowała cisza. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Ledwo się widzieliśmy w tym wszechobecnym mroku, który zapadł już niemalże wszędzie za pośrednictwem nocy.
***
Dzwony w kościele w Mieście zaczęły dawać o sobie znak, mówiąc, że jest już północ. Ziewnęłam. Jeszcze chwilę i wszyscy tu pozasypiamy. Nagle usłyszeliśmy niepokojący szum dobiegający znad koron drzew, jakby szaleńczy wicher, lecz ten zniżał się coraz bardziej i bardziej... Zerwaliśmy się na równe nogi, bądź łapy. To była Vanessa.
- Zbierają się do drogi! Szykują pochodnie! Na miejsca! JUŻ!! - wrzasnęła. Odnosiłam wrażenie, że moje serce nagle stanęło w miejscu. Musimy obronić watahę. Teraz i na zawsze.

<chętny?>

Od Sierry "Watson, mamy problem! Cały świat się wali!" cz.3 (Cd. Kai)

Mój głośny śmiech odbijał się echem od skał znajdujących się dookoła mnie. Kai patrzył na mnie z ogłupiały, totalnie nie rozumiał "o co kaman". Przez to wszystko nie mogłam złapać tchu, chichotałam tak długo, aż dziwna mina zeszła z pyska basiorowi. Kiedy otrzeźwiałam, w mojej głowie zaświtała pewna myśl - "A co jeśli... A co jeśli on NIGDY nie był w Mieście...?". Jeśli można tak powiedzieć - prawie zachłysnęłam się, kiedy przyszło mi to do łba. Czy to prawda?
- Kai?
Gość zwrócił ku mnie swoje dość duże oczy, patrzące na mnie pytająco.
- Czy chcesz mi udzielić odpowiedzi na pytanie: "Kimże jest tan Watson"? - popatrzył na mnie z zainteresowaniem.
- Nie - pokręciłam głową. Byłam zbyt zdziwiona, żeby wtrącać złośliwe uwagi... Całe szczęście nie na długo. - Czy ty... Czy ty kiedyś byłeś w mieście?
- Nigdy. Nie potrafię przemieniać się w człowieka. - spojrzał na mnie wyzywająco - A czy to ma coś do Watsona?
"Mhymy" - mruknęłam, myślami błądząc gdzieś w okolicy chmur. Których nie było, jakby nie patrzeć, ale cii. To nie ma znaczenia, zastanawiałam się jak to jest... być tylko wilkiem. Bez żadnej możliwości przemiany w dwunoga chodzącego po mieście. W mojej małej główce to się nie mieściło, więc uznałam, że nie ma po co o tym myśleć. Swoją drogą, Watson? Czemu nie, Kai Watson? - kiedy tylko przemknęło mi to przez łeb, zaczęłam się śmiać. Mój nowy Watson świdrował mnie zdziwionym spojrzeniem, nic nie mówiąc. Chyba zrozumiał, że nie ma to najmniejszego sensu.
W końcu nieco się uspokoiłam i zagadałam do koleżki:
- A chciałbyś? A chciałbyś kiedyś pójść do Miasta?
Kai był spokojny i uważnie mi się przyglądał. Odpowiedział bez mrugnięcia okiem:
- Nie. Co najmniej na razie.
Pokręciłam tylko łbem z niedowierzaniem. Świat zawsze zaskakuje, czyż nie?
Zeszłam z skały na której stałam na kamienistą plażę. Światło księżyca odbijało się od płaskiej tafli wody, w której zamoczyłam delikatnie łapy. Poczułam przypływ energii - jakby morze było naładowane dzięki księżycowi. Ten z kolei powoli nurkował ku horyzontowi, a gdzieś na bok ode mnie słońce szykowało się do wystawiania pierwszych promyczków zza bezkresnego zbiornika.
- Sierra? Słyszysz mnie?
Głos Kai'ego który stanął obok, ostudził mnie nieco.
- Tak, głuptasie. Nie ogłuchłam.
Po tym popchnęłam go lekko, ale niespodziewanie; upadł z głośnym pluskiem do wody. To samo zrobił mi - śmialiśmy się, zapominając o tym, co nas gnębiło.

<Kai? Tak, wena 100% xd>


Uwagi: Czy wilki mają twarz?

Od Shiry "Co nie zabije, to wzmocni" cz. 1 (cd. chętny)

Obudziłam się w mojej ciemnej jaskini, w której spędzałam prawie każdą noc. Mało kto wiedział, gdzie mam nocleg, więc z reguły nikt mi nie przeszkadzał. Teraz, na terenie watahy mamy wiosnę. To chyba moja ulubiona pora roku. Wszystko zaczyna kwitnąć i na nowo budzić się do życia. Nie wspomnę o tym, że mamy większy wybór zwierzyny na polowaniach! Zima to dla na dość trudny okres. Kochan poranne, wiosenne przechadzki, więc czemu nie wybrać się i dziś? Problem w tym, że nie pamiętam, w której jestem grupie na polowaniu... No cóż, mogę mieć tylko nadzieję, że nie na poranną. Wyszłam z mojej ciemnej samotni i właściwie mogłam tą przechadzkę do czegoś wykorzystać - do znalezienia innych członków watahy. Nie mogę być cały czas na uboczu, muszę poznać innych. Mimo wszystko większość czasu zawsze spędzam sama i w gruncie rzeczy mi to nie przeszkadza. Jednak gdybym była bardziej otwarta, mogłabym mieć wyższą hierarchię w watasze. W końcu "Co nie zabije, to wzmocni" - kontakty z innymi nie zrobią mi nic złego, chyba, że rozmowa źle się potoczy i mogę sobie narobić wrogów w watasze. Jednak w końcu trzeba się ruszyć i iść w końcu kogoś poszukać. Nie mogę tu tkwić. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. W sumie nie szłam zbyt długi kawałek, gdy poczułam obecność innego wilka, podążającego za mną zapewne od niedawna. Obróciłam się i przedstawiłam. Postąpiłam nieostrożnie nie znając przedstawiciela mojego gatunku.
- Jestem Shira.

<Wilku? Z góry przepraszam za wszystkie błędy, piszę z telefonu. >

Uwagi: Jak się już domyślasz... literówki. Dużo literówek.

środa, 20 stycznia 2016

Od Suzanny "Historia jakiegoś szczeniaka" cz. 2 (cd. Nicolas)

Rano miałam wybrać się do pracy... tak więc zrobiłam. Wybrałam zawód hutnika szkła w skromnej hucie na obrzeżach Miasta. Rzadko komu chciało się zaszywać aż tak daleko, gdyż z tego, co udało mi się dowiedzieć, w okolicy jest tylko kilka kamienic i bar, w którym nierzadko witają pijacy. Nikomu nie mówiłam, że właściwie nie mam w tym doświadczenia, ale jako, że wyglądało na to, że mam żywioł ze szkłem właśnie związany, to powinno pójść w miarę gładko. Trochę się stresowałam, pomimo zapewnień właściciela, iż wszystko mi wytłumaczą pierwszego dnia. A to właśnie miał być mój pierwszy dzień. Wcisnęłam ręce głębiej w kieszenie kurtki. Nie lubiłam, gdy jest zimno. Dłonie zawsze mi marzły i można było przyrównać ich temperaturę do szklanej butelki wyciągniętej z lodówki. Zadrżałam. Z moich ust wydobywała się jasna chmura, będąca zamarzniętym oddechem. Choć podobno były stopnie na plusie, to zdawało mi się, jakby było przynajmniej minus dziesięć. Ale ja to ja. Przy dwudziestu pięciu trzęsę się jak osika i narzekam, że chcę założyć bluzę. Od dwudziestu ośmiu do trzydziestu czterech (przynajmniej dla mnie) jest idealnie. Tylko wtedy nie ma szans, abym narzekała, że jest chłodno. Wyjątek stanowi gorączka. Wtedy zawsze jest mi zimno. Niestety w tym roku nie zanosiło się, abym miała się zadowolić ciepłym latem. Oj, co to, to nie. Już wystarczająco mówi nam o tym mroźna wiosna, którą łatwo pomylić z zimą. Jak ja nie cierpię takiej pogody, a jeszcze bardziej nie znoszę zimna.
Kilka skrzyżowań później w końcu stanęłam przed nie za dużym budynkiem mającym być hutą szkła. Zza ściany dobiegały śmiechy, oznaki przyjacielskich rozmów ludzi, którzy musieli tam pracować i znali się od lat. Wzięłam głęboki oddech, po czym wcisnęłam biały, rozpadający się już przycisk, przypominający włącznik światła. Za drzwiami rozległ się przecinający tę sielankę pisk. Krótko się naradzili, kto ma otworzyć, a już chwilę później wrota się otworzyły, a przede mną stanął niski staruszek z okazałym wąsem.
- O, nie spodziewałem się tak wątłej dziewczynki... sądziłem, że szef wyśle do nas kolejnego chłopa.
Zaśmiałam się lekko, starając się nie być niemiła. Nie lubiłam cudzego towarzystwa, a w szczególności ludzi. Nie miałam do nich zaufania. Wzrokiem zdążyłam już naliczyć pięć osób wbijających we mnie ciekawski wzrok. Machali jednocześnie długimi tykami, na końcu których mieli coś rozżarzonego. Czyżby szkło? Przypominało to raczej płonące węgielki.
- W takim razie odrobinkę się pomyliliście... - mruknęłam, niby to do siebie. Weszłam do środka przez otwarte drzwi i rozejrzałam się dookoła. Wszędzie stały różnorakie maszyny i piece, a na masywnych, drewnianych stołach porozrzucane były najrozmaitsze szczypce i blaszki, zaś o ich bok oparte były nieużywane tyki. Nieco zdezorientowana obserwowałam to wszystko.
- Może się nam przedstawisz i powiesz coś o sobie? - zaproponował wąsaty koleś, zamykając drzwi. Później uświadomił sobie, że rozglądam się za wieszakiem i wskazał mi go. Wisiało na nim już kilkanaście innych kurtek. Zdjęłam swoją i powiesiłam obok. Odwróciłam się w ich stronę, namyślając się, co miałabym niby powiedzieć. Dwóch hutników usiadło na kiwających się krzesełkach, a pozostali wrócili do pracy, jednak wydawało mi się, że wciąż uważnie nasłuchują tego, co mam do powiedzenia. Przewodzić watasze to jedno, ale rozmawiać twarzą w twarz z ludźmi, którzy chcą się ze mną zapoznać osobiście oraz poznać moje zainteresowania to drugie. Poczułam, że zaczynam się pocić. Nie ważne, że było tam gorąco. Wiedziałam, że to ze stresu.
- Więc... jestem Suzanna Wrońska i... - urwałam, nie mając zielonego pojęcia, co dodać jeszcze.
- Czym się interesujesz? - dopytywał jeden z gości siedzących na krzesełku.
- Sama nie wiem... - mruknęłam.
- Jak można nie wiedzieć, jakie ma się hobby? - zaśmiał się gość w czerwonej koszulce.
- Najwyraźniej można. Jestem wyjątkowa.
Zaczęli się śmiać, jednak ja cały czas byłam całkowicie poważna. Nie chciałam wyjść na pesymistkę, która nie cieszy się z życia, ale po prostu inaczej nie potrafię. Jestem realistką i tego nie zmienię. Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich. Choć przyznam, że kilkakrotnie próbowałam stać się nieco bardziej optymistyczna, to zawsze kończyło się na porażce. Jestem jaka jestem i już. Zawsze robię wszystko po swojemu. A to, że często moje zachowanie bawi innych jest czymś, na co kompletnie nie mam wpływu.
- W takim razie jak zaczęła się twoja historia z wyrobem szkła? - zapytał wąsaty, który cały czas stał z boku. Znowu się zamyśliłam. Musiałam zmyślić jakąś bzdurę, bo raczej nie powiem im, że jestem magicznym wilczkiem i potrafię czarować. Do szaleństwa mi jest tak niedaleko, tak samo jak stąd do najbliższego psychiatryka.
- Noo... byłam kiedyś z rodzicami w hucie szkła i bardzo mi się spodobało to, co ci ludzie robili... - wytłumaczyłam, choć wiedziałam, że moja wypowiedź nie była do końca zrozumiała. Tak to jest, gdy muszę coś zmyślać na poczekaniu. Ja tu przyszłam tylko po to, aby doskonalić swoje umiejętności w dziedzinie wyrobu czegokolwiek przy użyciu żywiołu.
- W takim razie pokaż nam, co potrafisz.
Zamarłam. Nie miałam zielonego pojęcia, jak obsługiwać to wszystko, ani też na co potrzebne są te wszystkie metalowe tyki, w które z tego co zdążyłam zauważyć, od czasu do czasu dmuchają.
- Ja... dopiero się uczę... Stworzyłam tylko kilka projektów na wazon... to tyle...
- Czyli rozumiem, że nauka od podstaw... - oznajmił wąsaty. Zdawało się, że w ogóle się tym nie przejął - Wiesiek z przyjemnością wytłumaczy ci, o co w tym biega. Pamiętaj, że dążenie do perfekcji trwa całe życie, a wprawę osiągniesz dopiero po kilku latach praktyki.
Skinęłam tylko głową na znak, że zrozumiałam. Nie chciałam już się wychwalać o tym, jakie cuda stworzyłam przed imprezą, kiedy stłukły się talerze. Tutaj jednak oni musieli się bardziej wysilić, aby stworzyć coś, co ja zrobiłam w przeciągu niecałej minuty siłą woli. Kto wie, ile im zajmowało zrobienie jednego wazoniku? Przynajmniej poćwiczę swoją silną wolę i cierpliwość. Koleś w czerwonej koszulce podniósł się z krzesełka i podszedł do mnie. Cudze spojrzenia w końcu ze mnie zeszły, a jedyna osoba, która się na mnie skupiała, był właśnie "Wiesiek".
- Rzadko kiedy trafia się nam ktoś tak młody... jak widzisz tutaj mamy same stare kaszaloty.
Lekko się uśmiechnęłam, chcąc ukryć rozbawienie. Może nie będzie tak źle...? Ale mimo wszystko czułam dyskomfort związany z obowiązkiem przebywania z innymi oraz rozmowy z nimi. Jestem introwertyczką, wolę być sama. Całkiem sama.
- W takim razie ile wiesz o wyrobie szkła?
Wskazałam na najbliższą tyczkę.
- Wiem tylko tyle, że w to się dmucha, gdy ma się rozżarzone szkło na drugim końcu. Wtedy się zaokrągla jak balonik.
Roześmiał się. Czy ja naprawdę jestem aż tak zabawna?
- Nie wystarczy, że tam dmuchniesz. Musisz się wczuć, poznać, kiedy przestać i w jakim natężeniu dmuchać. To trochę jak gra na instrumencie.
- No to mamy problem. Nie umiem grać na żadnym.
Na nowo się zaśmiał, a ja wciąż zachowałam swoją powagę. Chyba ze swoimi podkrążonymi oczami musiałam wyglądać na wyjątkowo zmęczoną i smutną za razem. To jednak chyba nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.
- Nie trzeba umieć. Wszystkiego można się nauczyć. Nie wolno się poddawać. W każdym razie wyglądasz mi na kogoś upartego, kto jest za razem dość utalentowany i precyzyjny.
- Skąd to wiesz? - rzuciłam mu nieufne spojrzenie. Znowu się zaśmiał. Chyba wyjątkowo bardzo lubił to robić.
- Bo widzisz... mam już swoje lata i zdążyłem poznać już tylu ludzi, że po zachowaniu mogę poznać wiele cech człowieka.
***
Po południu, gdy wybiła szesnasta wąsaty, który jak się okazało na nazwisko miał Staniszewski, ogłosił, że możemy już zbierać się do domów. Wyszłam stamtąd jako pierwsza i szybkim krokiem ruszyłam w stronę watahy. Co prawda prędkość osiągana przeze mnie nie była jakaś wybitna przez krótkie nogi, lecz wystarczająca, by dotrzeć tam w pół godziny. Przemierzając przez Wrzosową Łąkę, kątem oka dostrzegłam jakąś małą istotkę przedzierającą się do mnie przez wysoką trawę. Przystanęłam w oczekiwaniu, co zobaczę. Wtedy poczułam coś, co ociera moją łapę. Spojrzałam w dół. Była to czarna bransoletka ze srebrną zawieszką. Założyłam ją pospiesznie akurat w momencie, gdy zwierzę zatrzymało się tuż pod moimi łapami i przemówiło.
- Dzień dobry...
Lekko mi się zawróciło w głowie. Przed chwilą znalazłam coś, co ktoś mógł kiedyś zapodziać w trawie, bądź było magicznym przedmiotem, który pojawia się w różnych miejscach o różnej porze, a teraz przemawiają do mnie zwierzęta. Choć sama nim jestem. Ale to nie ważne. I tak w pierwszej chwili to uznałam za szczyt dziwactwa. Dopiero po chwili zrozumiałam, że był to tylko niewinny szczeniak, który najwyraźniej gdzieś się zapodział w okolicy. Powinien być na lekcjach, tak samo jak pozostali. Zawsze mógł jednak być z poza watahy...
- Dobry... Kim jesteś? Zdajesz sobie sprawę, że jesteś na terenie Watahy Magicznych Wilków? - zapytałam, oczekując na reakcję. Sama już dokładnie nie wiedziałam, kto należy do watahy, a kto nie, a tym bardziej szczeniaki, które pałętały się dosłownie wszędzie.
- Nie wiedziałem. Mam na imię Nico, a dokładniej Nicolas - przedstawił się - Znalazłem się tu przypadkowo, kiedy uciekałem przez jakiś taki trochę mroczny las. Moja poprzednia wataha chciała mnie zabić. Mógłbym dołączyć do tej?
Zamyśliłam się. Mroczny las? Może chodziło rzeczywiście o ulubione miejsce Kazumy? A tak właściwie o jedno z ulubionych, bo ponad wszystko ceniła Świat Mroku. A dalej było nie nic innego, jak wataha słynnej Asai...
- Jesteś z Watahy Asai?
- Że jakiej watahy? Nie słyszałem o niej nigdy. To co, mógłbym? - zapytał zaskoczony. Teraz udaje głupiego... Zapanowała cisza. Ja patrzyłam na niego zimnym spojrzeniem, a on cały czas wgapiał się we mnie.
- Jest pani Alfą? - spytał po chwili.
- Tak. - odpowiedziałam beznamiętnie.
- Tooo... mogę dołączyć?
- Już nam dość szczeniaków plączących się pod łapami, a szpiegów z wrogich watach po prostu sobie nie życzę.
- Jakich znowu szpiegów? - zapytał przestraszony.
- Nie udawaj idioty - po tych słowach odwróciłam się do niego tyłem i syknęłam: - Zmykaj mały.
- Ale czemu? - bulwersował się. Westchnęłam i ruszyłam przed siebie, lecz ten nie odpuszczał i podskakując, byleby do mnie dosięgnąć, próbował mnie dogonić. Może i wyglądało to dość zabawnie, to ja jedyne co czułam, to poirytowanie. Czy on nie może odpuścić? Nie rozumie, że nie chcę mieć z nim nic do czynienia? Najwyraźniej nie. Skoro małe, to też głupie i na to akurat nic nie poradzę.
- Idź sobie - zarządziłam nieco bardziej stanowczym tonem.

<Nico? Wiem, "bardzo dużo" dodałam :v>