Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 25 września 2015

Od Suzanny "Nowy wymiar" cz.4 (cd. Yui)

Moje serce biło tak szybko, jak zawsze, gdy byłam rozzłoszczona. Coś mi tutaj śmierdziało, i to bardzo. "Dużo was zdradzić nie mogę (...). Oczywiście nie zdobędziecie ich tak łatwo" - słowa te brzmiały w mojej głowie, odbijając się echem od najodleglejszych części mojego umysłu. Dlaczego mamy im pomóc? Dlaczego nie mogą sobie poradzić sami? Czemu nas dobrowolnie nie wypuszczą? Co my do tego mamy? Czego chce ta wadera? Skoro jest naszym przewodnikiem, to dlaczego sama nie rozwiąże tej całej zagadki?
"Ten świat dobiegł końca! Pożegnajcie się z życiami, śmiecie!".
Kim był ten basior? Co mu się stało? Za co się mścił? Dlaczego chciał zniszczyć ten świat? Musiał mieć ku temu wyraźne powody. Wiedziałam to doskonale, bo jako, że jestem pisarką, wiem jak stworzyć dobry czarny charakter. Musi być konkretne wytłumaczenie tego, dlaczego postępuje tak, nie inaczej. Coś lub ktoś musiał go skrzywdzić. Żadne zachowania nie biorą się znikąd. Od zawsze rozumiałam lepiej negatywne postacie, niźli te pozytywne. Marszczyłam brwi, stąpając nieprzytomnie na przód. Moja towarzyszka na całe szczęście nie przerywała moich przemyśleń. Dlaczego tamta wadera nie mogła nam opowiedzieć wszystkiego, tylko kazała poszukać jakiś kamyszków? Nie chciałam informacji, co się stało z tym światem. Chciałam wiedzieć, kim jest ten basior. To byłoby dużo bardziej przydatne. Mam nadzieję, że historia zawarta w tych kamlotach będzie w dziewięćdziesięciu procentach opowiadać o basiorze. No nie ukrywam, zaintrygowała mnie jego postać. Kto wie, może kiedyś będzie głównym bohaterem mojej najnowszej powieści?
- Pestko...? - zapytała nagle Yui.
- Co znowu? - warknęłam. Nie lubiłam, gdy ktoś przerywał mi, gdy byłam już blisko rozwiązania zagadki.
- Nad czym myślisz?
Oto było najbardziej wnerwiające pytanie, jakie tylko dane mi było słyszeć. Nie cierpiałam go tak samo bardzo, jak "Co robisz?" czy "Co u ciebie słychać?". Nigdy nie wiedziałam, co na nie odpowiedzieć. W ogóle nie chciałam na nie odpowiadać.
- A co cię to obchodzi?
- Ciekawa jestem... Wiem, że czujesz złość, ale nie znam jej przyczyny.
- Nie znasz?! - wykrzyknęłam raptownie, zwracając się w jej stronę. Wadera aż się skuliła. - A co, mam się cieszyć, że jakaś obca baba zamknęła nas w nieznanym wymiarze, który mamy uratować, nie wiedząc jak?! Nie wierzę, żebyśmy miały po prostu iść i zabić tego gościa, który rzekomo zniszczył ten świat! Nie obchodzi mnie to, co ona nam wmawia! Zrozum, że wiem swoje i moje zdanie nie zmieni się ani trochę! Ona chce nas zwieść, rozumiesz?! COŚ tutaj jest NIE TAK, ale jeszcze nie wiem CO! Czaisz?!
Po ostatnim wyrazie zgarbiłam się i głęboko oddychałam. Mówiłam tak szybko i głośno, że aż dostałam zadyszki. Yui nie odpowiedziała, tylko patrzyła na mnie z oczami okrągłymi jak spodki. Podniosłam na nią wzrok.
- O co ci znowu chodzi? - syknęłam - Nie wierzysz mi?
Nawet nie drgnęła. Wtedy już nie wytrzymałam i dałam upust wściekłości i żalom, które mnie dręczyły już od samego początku.
- Wspaniale! Utknęłam tutaj bez szansy powrotu z nakazem od jakiegoś babsztyla, żebym uratowała świat, mając do pomocy tylko zaślepioną cukrem waderę!
Niespodziewanie Yui wybuchnęła płaczem. Popatrzyłam na nią pytająco, ale ona już pobiegła przed siebie. Nie chciała już mnie chyba widzieć. Chwilę później zniknęła mi z oczu, a później jej szloch zniknął gdzieś za drzewami. Stałam tak w osłupieniu. Jako że nasze emocje łączyły się ze sobą, czułam już nie tylko złość, ale i także przejmujący smutek, co dawało w efekcie poczucie bezradności. Usiadłam na ziemi i patrzyłam przed siebie. Brawo Ishi, znowu coś schrzaniłaś. Zostałaś sama. Kompletnie sama... Boże, co ja zrobiłam? - myślałam. Dałam upust emocjom, a konkretniej nieopanowanej wściekłości, a wtedy ostatnia osoba, z którą mogłabym porozmawiać zniknęła. Do moich oczu napłynęły piekące łzy. Zaczęłam szybciej mrugać. Nie będę płakać. Nie będę. Nie wolno mi. Nie zrobię tego. Ishi nie płacze. Jest twarda. Już po chwili poczułam, że udało mi się zatamować płacz.
Odetchnęłam z ulgą, po czym powoli wstałam. Nie mogłam tak siedzieć. Lepiej iść, niż bezczynnie stać w miejscu. Pójdę szukać tych całych kryształków. Nie będę szukać Yui. W sumie to dobre rozwiązanie. Jeśli ona jakiegoś znajdzie, to zobaczę to samo co ona, a jeśli ja go znajdę, to ona również się o tym dowie oraz o miejscu, w którym go znalazłam. Uśmiechnęłam się lekko do siebie. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Powoli ruszyłam przed siebie. Pora dowiedzieć się, kto tak naprawdę tutaj zawinił.
Mijały minuty, godziny, dni, miesiące, lata... No dobrze, może trochę z tymi wyliczaniem się zagalopowałam. Skończmy na godzinach. A więc mijały minuty i godziny, a ja nadal szłam, wlokąc się przez niekończącą się krainę usianą nie tyle to przerażającymi, a może bardziej irytującymi stworzeniami. Nie miałam okazji być w świecie należącym do mojej ciotki, ale z opowieści wynikało, że prezentował się on dużo mroczniej, gdyż każdy, kto tam przebywał nieustannie odczuwał trwogę. Ja obecnie nie czułam tego aż tak wyraźnie, no może pomijając chwile, w których to emocje Yui przeważały nad moimi. Ciekawe, gdzie obecnie się znajduje... - myślałam, gdy nagle oślepiła mnie wyjątkowo jaskrawa wizja. Moja towarzyszka chyba znalazła kamień.
Początkowo wszystko było rozmyte, jakby patrzyło się przez wodę, ale chwilę później uzyskało swoją ostrość. Wciąż zostawiało to co prawda dużo do życzenia, lecz czego innego można by się spodziewać po obrazie wywołanym z przeszłości? A więc pierwszą rzeczą, a raczej osobą, która ukazała się moim oczom był młody basior, otoczony przez najbliższą rodziną. Najwyraźniej musiał się chwilę temu urodzić... Zaraz, moment. Przecież to nie basior, a wadera! No, Pestko... Potrzebujesz chyba wyjątkowo dobrych okularów. Już nie potrafisz nawet sprecyzować płci wilków. - skarciłam się w myślach. Wracając do tego, co tam widziałam, to raczej nie było nic interesującego. Ziewnęłam w momencie, gdy przyszły inne wilki o cukierkowym umaszczeniu, by pogratulować rodzicom szczeniaka. Po co mamy to niby oglądać? Przecież nawet nic tam się nie dzieje... A może tylko tak mi się zdaje? Może w tle jest widoczny jakiś niezwykle ważny szczegół? Wytężyłam wzrok, próbując znaleźć coś, co by przykuło moją uwagę.
Wszystko wyglądało tak zwyczajnie... Zbyt zwyczajnie. Nagle szczeniak pisnął. Mój wzrok spoczął na noworodku. Pisnął po raz kolejny, upadł i zaczął się wić z bólu. Co jej dolega? Zmarszczyłam zdezorientowana brwi, gdy jej grzbiet wygiął się pod nienaturalnym kątem, a później na barkach pojawiła się gula. Poruszała się, jakby coś tam żyło. Spróbowałam zrobić krok w tył, ale nie mogłam. Patrzyłam na to wszystko z góry, więc nie mogłam ani zaprzestać oglądania, ani też zmienić pozycję. Szczerze mówiąc, bałam się tego, co za chwilę może się stać. Może to jakiś obcy? Krwiożerczy robal? Mutant, który przemieni szczeniaka w bestię? Nagle skóra na barkach owego szczeniaka rozerwała się, rozbryzgując krew we wszystkie strony. Maluch wrzasnął tak samo, jak pozostałe wilki. Ja nie zrobiłam nic, prócz bezmyślnego wytrzeszczania oczu. Waderka znieruchomiała. Z jej grzbietu wystawało coś, co teraz bezwładnie zwisało wzdłuż jej ciała. Było tak brudne od krwi, że ciężko było rozpoznać, co to takiego.
Przerażone wilki po chwili wahania niepewnie podeszły bliżej, by przyjrzeć się temu zjawisku. Wtedy obiekt, który właśnie wydostał się spod jej skóry uniósł się i poruszył. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to nie nic innego, jak skrzydła. Zadrżałam. Jeśli tak ma wyglądać otrzymywanie ich, to bardzo dziękuję i współczuję wszystkim skrzydlatym wilkom. Ku mojemu zaskoczeniu cukierkowe wilki gdy tylko to zobaczyły, zaczęły się cieszyć jak oszalałe. Wzięli osłabionego szczeniaka i podrzucali do góry. Odnosiłam niejasne wrażenie, że traktują go jak jakiegoś... boga? Wybrańca? Ciężko mi określić. W każdym razie kolejną cechą charakterystyczną, jaką dostrzegłam było to, że mała wadera była różowa w srebrne plamki, przypominające trochę rosę, lecz to była część futra. Oczy były głęboko złote, a ona sama prezentowała się olśniewająco. No może pomijając moment obecny, kiedy jest ubrudzona od własnej krwi. To musiała być ta skrzydlata wadera, która nas prowadzi, tylko że za czasów, gdy była szczeniakiem.
Znowu znalazłam się w mrocznej krainie.
Zamrugałam szybko oczami, zaskoczona zmianą oświetlenia. Najpierw jasność, róż i ogólna słodkość, później znowu mrok... Chyba w końcu tutaj oślepnę. Rozejrzałam się. Nadal byłam w tym samym miejscu, co wcześniej. No nic. Trzeba iść dalej, bo stanie w miejscu w niczym nie pomoże. Ruszyłam, podążając tym samym szlakiem, czyli wąską ścieżynką udeptaną w wysokiej, lecz uschniętej i poczerniałej trawie. Nad nią chyliły się powykrzywiane drzewa bez liści. Wzięłam głęboki wdech, a moje w nozdrza uderzył nieprzyjemny zapach zgnilizny. Z drugiej strony, gdybym czuła na okrągło zapach słodyczy, to też byłoby mi niedobrze. Należy się cieszyć z tego, co się ma...
No właśnie, pora na analizę ostatniej wizji! Otóż z całą pewnością mówiła ona o tej przebrzydłej babie, która nas tutaj przetrzymuje. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiadomo. Największa szansa jest na to, że była ona panią lub wybrańcem tego świata i to wszystko przez posiadanie skrzydeł. W sumie jakby nie patrzeć, to żaden tutaj obecny wilk prócz niej ich nie posiadał. Raczej nie liczę na tandetną historyjkę mówiącą o tym, że została królową, później spokój zakłócił ten basior i na końcu uda nam się go pokonać. Nie, to byłoby zbyt... sztuczne. Musiał być jakiś haczyk. Musi się zdarzyć coś, czego nie przewidywałyśmy.
Raptownie stanęłam w miejscu. Stałam na skraju upiornego lasu i patrzyłam na coś w rodzaju placu. Może była to kiedyś piękna łąka, ale teraz... Teraz było tam wybrukowane podłoże szarymi kamieniami, a na samym środku jakaś ruina. Wokół niej latały nienaturalnie duże kruki, we większości pozbawione oczy lub dziobów. Wbrew wszystkiemu moje ciało przeszły dreszcze. Wiedziałam, że muszę tam iść, żeby dowiedzieć się choć trochę o tym świecie, ale szczerze mówiąc... bałam się. Tak okropnie się bałam, że stałam w miejscu i po prostu patrzyłam.
"Razem jest ich pięć. Do odnalezienia zostały jeszcze cztery. Będą one pokazywać krok po kroku, co stało się z tym miejscem. Dużo wam zdradzić nie mogę, ale kryształy te są ukryte najważniejszych dla tej krainy miejscach. Oczywiście nie zdobędziecie ich tak łatwo...".
Czyli, że zostały jeszcze trzy i powinny być w jakiś ważnych miejscach... - tymi słowami próbowałam się podnieść na duchu. Popatrzyłam raz jeszcze na ruinę. Istniała bardzo duża szansa, że jeden z kamieni był w środku. Wzięłam kolejny wdech i ruszyłam przed siebie szybkim krokiem. Chciałam mieć to jak najprędzej z głowy. Pójść po kryształ, wziąć, zabrać i iść sobie. Idąc, starałam się ignorować olbrzymie kruki, ale ich wrzaski, przypominające raczej zdławione ludzkie krzyki, ale nie było to takie proste. Mimo, że połowa nie miała oczu, ja i tak miałam niejasne wrażenie, że mnie obserwują. Gdybym tylko mogła, udusiłabym je wszystkie i przyrządziła na obiad. Potrawka z kruka... Taak... Delicje. Nigdy co prawa nie próbowałam, ale mogłam tylko podejrzewać, jakie są w smaku. Dopiero teraz poczułam, że jestem głodna. Tak, właśnie przekroczyłam sypiącą się ramę wrót, a myślałam o tym, że jestem głodna. Brawo ja.
W środku zobaczyłam dokładnie to, czego się spodziewałam - pustą, brudną salę, której i tak już w jednej trzeciej nie ma, więc wyglądała jak stara, dziurawa skarpetka. Ściany wykonane z głazów położonych jeden na drugim i połączonych najprawdopodobniej cementem były poczerniałe. Czyżby wybuchł tutaj kiedyś pożar, który pożarł wszystko, co było w środku? Tego nie wiem. Nigdzie również nie dostrzegłam błyszczącego, różowego przedmiotu, więc popatrzyłam w prawo. W górę prowadziły jakieś również skaliste schody. Może tam sprawdzę? Jak postanowiłam, tak zrobiłam.
Powoli wchodziłam na wysokie, powykrzywiane stopnie. Części z nich nie było, więc musiałam przez nie przeskakiwać. Nagle stanęłam, gdy zobaczyłam, że przede mną brakuje ponad metra. Łapa zsunęła mi się w dół, zrzucając kilka kamieni. Na dole rozległ się stłumiony dźwięk świadczący o tym, jak wysoko się znajdowałam. Najwyraźniej schody te wisiały nie tylko nad parterem, ale i również nad piwnicą. Sufit musiał się kiedyś zarwać. Przełknęłam ślinę. Dopiero teraz zorientowałam się, że mam lęk wysokości. Patrząc z mojego punktu widać było tylko czarną nicość, kompletne ciemności. Piwnice musiały być bardzo głębokie. Powoli podniosłam głowę i popatrzyłam przed siebie.
Skakać czy dać sobie spokój? Niespokojnie poruszyłam łapą, a jako że miałam długie pazury drapnęłam w skałę. Echo rozniosło się po całych ruinach. Kruki chyba to usłyszały. Zamarłam. Nie zwróciły na mnie uwagi, gdy tutaj szłam, bo uznały, że jestem niewinnym turystą, ale teraz chyba zmieniły zdanie. Skrzeki i wrzaski tychże ptaków oraz łomot ich potężnych skrzydeł stał się głośniejszy. Wszystkie jednocześnie poderwały się do lotu i już kilka sekund później je zobaczyłam. Cała chmara jednocześnie wpadła do środka ze wszystkich możliwych otworów i zaatakowały ze wszystkich stron. Wrzasnęłam, a mój głos niósł się po całej najbliższej okolicy, odbijając się od drzew. Kruki zaczęły mnie gryźć swoimi kilkunastocentymetrowymi dziobami, które były tak twarde, jakby zrobione ze stali, a te pozbawione tej zabójczej broni atakowały... zębami. Usta, jakie miały zamiast dziobów, posiadały je, również twarde i ostre. Moje rany nie goiły się wcale, tak jak zawsze w świecie, w którym zwykło mi mieszkać. Najwyraźniej tutaj byłam najzwyczajniejszą w świecie śmiertelniczką. Chcąc się bronić przed półmetrowymi ptaszyskami, zapomniałam o tym, że stałam na krawędzi, więc gdy zamachnęłam się łapą, tylna osunęła mi się w dół, a ja spadłam, uderzając się głową o stopień, na którym wcześniej stałam. Już wtedy na wpół przytomna spadałam w dół, patrząc jak ostatni przejaw światła znika mi z oczu, a ja pogrążam się w ciemności piwnic. Nie poczułam bólu, gdy uderzałam o zimną posadzkę. Mogłam coś sobie złamać, ale tego nie czułam. Nie widziałam kompletnie nic.
Straciłam przytomność.

<Yui? Jak sobie poradzisz w pojedynkę? Jeśli chcesz, możesz opowiedzieć o tym, jak znalazłaś drugi kamień, o którym mówiłam i dopiero później dorzucisz ciąg dalszy akcji, ale jak nie chcesz, to nie zmuszam.>

czwartek, 24 września 2015

Od Kirke "Podróż" cz.4

Kiedy wpadłam na małą waderę białą z czarnymi elementami zdenerwowałam się. Chciałam ją udusić, ale wiedziałam, że nie powinnam. Wyglądała na nieco wystraszoną, kiedy zaczęłam na nią krzyczeć. Przestałam i wzięłam parę wdechów.
- Wybacz... nie lubię, gdy ktoś na mnie wpada - powiedziałam nieco smutnie.
- Nie szkodzi... to moja wina - rzekła smutna. Zrobiło mi się jej trochę żal, ale nie chciałam by widziała to po mnie. 
- Coś się stało?  - spytałam nie trzymając do niej urazy.
- Nie, wszystko dobrze - odpowiedziała. Wiedziałam, że kłamie, ale już nie chciałam ciągnąć tematu.
- Jak masz na imię? - spytałam jej z uśmiechem.
- Jestem Shayle... mówią mi Thunder, Shy lub Blacky - powiedziała nieco pewniej.
- Jesteś tu od dawna? - spytałam.
- Nie, od paru minut, a co? - zapytała mnie już pewnie.
- Nie, bo... a, nie ważne... - rzekłam i zaczęłam iść w stronę wyjścia, gdy nagle poczułam czyjąś łapę.
- Zaczekaj. Chodź, pogadamy z Alfą - powiedziała i poszłyśmy szukać przywódczyni watahy. Nie wiedziałam po co. Nie minęła chwila i już dotarłyśmy do Alfy.
- O, cześć Shayle. Widzę, że nasza pacjentka czuje się lepiej - Powiedziała z uśmiechem. Shayle zamerdała ogonem.
- Jak się nazywasz? - spytała się mnie. Nic nie odpowiedziałam. Nie z powodu strachu. Po prostu nie lubię Alf... zawszę są złe lub nie wiadomo jakie. 
- Nie bój się... - powiedziała do mnie.
- Jestem Kirke... mówią mi czasami... - od razu się zamknęłam. Nie lubiłam swojego przezwiska z wielu powodów, o których nie mam ochoty gadać.
- Kirke wystarczy. Co cię sprowadza w nasze tereny? - spytała mnie Alfa.
- Spacerowałam... i tyle.
Nagle zauważyłam wilczyce, którą spotkałam w czarnym lesie. Natychmiast do niej pobiegłam. Nie wyglądała na zadowoloną z mojego widoku.
- To znowu ty? - spytała zniesmaczona, patrząc na mnie.
- Tak... chciałam podziękować za pomoc - powiedziałam, patrząc na jej szalony uśmieszek.
- Och, mała waderko... nie znasz mnie... ale dam ci radę... nie dziękuj mi. To tylko strata czasu... - powiedziała ze swoim uśmieszkiem. Odeszłam od niej i wróciłam do Shayle i Alfy.
- Więc... chcesz dołączyć do naszej watahy? - spytała mnie. Ja? W watasze? Czy taka mało potrzebna mała wadera powinna należeć do watahy?
- Kirke, no zgódź się - powiedziała do mnie Shayle z uśmiechem. Odwzajemniłam uśmiech i przytaknęłam.
- Chcę dołączyć do tej watahy - powiedziałam z uśmiechem
- Witaj we Watasze Magicznych Wilków! - oświadczyła z uśmiechem. Odwzajemniłam go i poszłam razem z Shayle się bawić. Nie wierzę, że to mówię ale... mam wrażenie, że znalazłam przyjaciółkę.

Uwagi: Po raz kolejny powtórzę (a raczej zastosuję opcję Kopiuj -> Wklej): notorycznie powtarzasz wyrazy i zapominasz o przecinku przed niektórymi czasownikami, np. podchodząc, patrząc, wskazując. Znalazłem kilka drobnych literówek. Musisz poćwiczyć nad stawianiem przecinków. "Alfa" to nie tylko zwrot grzecznościowy, ale i także tytuł wilka, więc wypada, żeby pisać ten wyraz z wielkiej litery.

Od Kirke "Przygotowania do imprezy" cz. 1 (cd. chętny)

 Czwarte op. na wrześniowy Tematyczny Weekend!

Kiedy skończyłam się bawić z Shayle i się rozeszłyśmy, poszłam pozwiedzać watahę. W niewyjaśnionych okolicznościach uśmiechnęłam się. Miałam wrażenie, że mam jednak cel w życiu. Może niewielki, ale jest. Nagle usłyszałam muzykę? Pobiegłam w stronę dźwięku. Gdy dotarłam na miejsce zatrzymałam się i stanęłam jak słup.
- L...l..ludzie?! - wykrzyknęłam wystraszona. Podeszła do mnie jakaś dziewczyna. Podchodząc do mnie zmieniała się w wilka.
- Spokojnie... to tylko przemiana ludzka - powiedziała do mnie. Jej sierść była biała z czarnymi paskami na plecach, a jej sierść na głowie miała różowe elementy.
- Jesteś nowa? Czy może już od dawna tu jesteś? - spytała się mnie, przyglądając się. Nie wiedziałam czemu zadaje mi takie pytania. Przecież wygląda jakby tu mieszkała dobre parę lat!
- Kiiyuko, ona jest nowa... - powiedziała jakaś wadera, podchodząc do nich.
- Aha... miło cię poznać! A właśnie jak masz na imię? - spytała się mnie... Kiiyuko? Chyba dobrze pamiętam. 
- Ja... jestem Kirke - powiedziałam, patrząc na całą sale.
- Miło cię poznać. Jestem Kiiyuko, a obok jest Li Vane - powiedziała, wskazując na nią. Uśmiechnęłam się.
- Co wy tu robicie? I czemu jest tyle ludzi? - spytałam rozglądając się po plaży. Wszędzie byli ludzie. 
- Nie martw się... to są wilki, tylko w transformacji ludzkiej-  powiedziała Li Vane i na mnie popatrzyła, jakby czegoś ode mnie oczekiwała.
- Em... aha? - odpowiedziałam pytająco.
- No... w twoim wieku już chyba powinnaś wiedzieć jak się zmieniać w człowieka - powiedziała, a ja opuściłam wzrok. Poczułam się źle. Nie chciałam by się dowiedzieli... ale widocznie tajemnice muszą czasami wyjść na jaw.
- Coś nie tak? - Spytała Kiiyuko, patrząc na mnie. Podniosłam wzrok z szklistymi oczami.
- Bo... ja jestem normalnym wilkiem... bez mocy... - odpadłam i moje uszy oklapły. 
- Nieprawda... każda wadera lub każdy basior ma chociaż odrobinę mocy - powiedziała Li Vane, próbując mi poprawić humor.
******
- Chcesz nam pomóc w przygotowaniach? - spytała się mnie Kiiyuko z uśmiechem.
- Zależy czy... taki ktoś ja... - nie dokończyłam, bo zamknęła mi łapą pyszczek.
- Nawet tak nie mów. Możesz pomóc przy próbach - powiedziała, uśmiechając się.
- Ale... nie umiem się zmieniać w człowieka... - powiedziałam, patrząc w stronę wszystkich wilków, które były zmienione w ludzi.
- Będziesz tylko dekorować scenę. Wiele wilków będzie pomagać takiej małej bezbronnej waderce jak ty - oznajmiła... zapomniałam jej imienia. Dziękowałam jej za pomoc.
- Kazuma... - powiedziała Li Vane, patrząc na nią.
- Nie... pójdę - rzekłam. Kazuma przez chwilę wyglądała na zaskoczoną. Weszłam na scenę, Li Vane i Kiiyuko zmieniły się w ludzi i zaczęły robić swoje. Kazuma oparła się o skrzynie i zaczęła ziewać. Chciałam w końcu pokazać, że mogę coś zrobić dobrze. Poszłam po dekoracje i zaczęłam ozdabiać  scenę. Gdy to robiłam zobaczyłam, że na krześle poza sceną było coś podobnego do... klocka z jakimś kabelkiem. Podeszłam do tego czegoś. Zobaczyłam, że ten kabelek ma dwa mniejsze zakończone jakimiś urządzeniami. Włożyłam jedno na lewe ucho, a drugie na prawe. Usłyszałam muzykę. Zamknęłam oczy i się w nią wsłuchałam.
- I-I-I wanna go, go, go... - zaczęłam nucić to, co leciało w tym dziwnym urządzeniu. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam jakąś waderę. Wyjęłam dziwne urządzenia z uszu i klapnęłam uszy.
- Widzę, że przypadła ci do gustu MP3 - powiedziała z uśmiechem.
- MP3? - spytałam.
-Tak. To takie urządzenie, do którego można wgrywać piosenki. A ten kabelek to słuchawki. Takie coś dzięki czemu tylko ty słyszysz muzykę, a nie wszyscy wokół - powiedziała z uśmiechem.
- Aha... A czyje to? - spytałam.
- Pewnie Kiiyuko... a, właśnie. Jestem Astrid. Ty jesteś Kirke, prawda? - zapytała. Przytaknęłam i wróciłam do zawieszania dekoracji. Gdy skończyłam byłam z siebie dumna.
- Ale beznadzieja... - oznajmiła, podchodząc do mnie Kazuma. Podeszły do nas Kiiyuko i Li Vane.
- Ładnie ci wyszło - powiedziała Li Vane z uśmiechem.
- Dziękuję. Przynajmniej ktoś docenia czyjąś pracę - powiedziałam i popatrzyłam na Kazumę. Ta odeszła bez słowa. Wszyscy robili przygotowania, a ja pomagałam. Byłam zadowolona, gdy mogłam w końcu w czymś pomóc. Kazuma cały czas miała na mnie oko. Miałam wrażenie, że mnie nienawidzi za te słowa. Może faktycznie nieco przesadziłam... Grunt, że mogłam pomóc to się dla mnie liczyło. Ale bardzo bym chciała dostać MP3. Wiem, że to niemożliwe, ale zawsze można marzyć.

Uwagi: Notorycznie powtarzasz wyrazy i zapominasz o przecinku przed niektórymi czasownikami, np. podchodząc, patrząc, wskazując. "Niewielki" oraz "nieprawda" zapisujemy łącznie. Znalazłem kilka drobnych literówek. Co do takich czysto technicznych błędów... Impreza nie jest na sali, a na świeżym powietrzu, a konkretniej na Wschodniej Plaży.

środa, 23 września 2015

Od Shayle "Podróż" cz. 3 (cd. Kirke)

 Patrzyłam ze strachem na białą waderę. Była niewiele większa ode mnie, jednak nie chciałam osądzać kogoś po wyglądzie. Mogła być silniejsza. Pomyślałam, że mnie rozszarpie, ale odezwała się.
- Zadałam pytanie! Czemu mnie śledzisz?! - warknęła. Klapnęły mi uszy, ale odezwałam się niepewnie:
- Nie chciałam cię śledzić... Poczułam coś i pobiegłam za zapachem.
- Bzdura! Kto ci kazał mnie szpiegować?!
Przewróciłam oczami. Zrobiło się to dla mnie irytujące. Podniosłam się z ziemi, otrzepałam i powiedziałam ze spokojem:
- Jak już mówiłam, nikt mi nie kazał cię szpiegować. Jestem w tym lesie pierwszy raz. Nawet nie wiem, kim jesteś.
Wadera lekko warknęła na mnie. Starałam się ukryć to, że nadal się boję.
- Jak się nazywasz?
- Yuki- odpowiedziała obojętnie.
- Jestem Shayle... Albo Thunder, albo Shy albo Blacky - uśmiechnęłam się sztucznie. Wadera przewróciła oczami. Nie mam pojęcia czemu, ale mimo, że boję się wielu rzeczy, lubiłam czasami kogoś denerwować.
- Wiesz może gdzie można znaleźć coś do jedzenia? Albo picia?
- W pobliżu jest jedna wataha, mogę cię zaprowadzić, bo pewnie i tak się ode mnie nie odczepisz... - po tych słowach wstała i spokojnym krokiem poszła w głąb lasu.
- No i masz rację - podbiegłam żeby dorównać jej kroku.
                                                      *********
Doszłyśmy w końcu do jakiejś starej biblioteki. Wadera przystanęła i odezwała się do mnie.
- Powinna tam być obecna Alfa, Suzanna. Zapytaj czy możesz zostać... Ja spadam...
Wydawało mi się przez chwilę, że po kilku krokach mruknęła "Byle dalej od ciebie". Parsknęłam śmiechem. Może w tym miejscu znajdę jakichkolwiek przyjaciół. Weszłam niepewnie do biblioteki. Przeszłam kilka kroków i zaczęłam się rozglądać. Byłam pewna, że nikogo tu nie ma, ale nie zauważyłam siedzącej w cieniu wadery.
- Hej!
Przestraszyłam się tak, że z piskiem odskoczyłam do tyłu. Nie znoszę jak ktoś mnie tak zachodzi od boku.
- Ej, spokojnie! Kim jesteś? - zapytała, wstając z ziemi.
- J-jestem Shayle... Szukam nowego domu...
- W takim razie wydaje mi się, że dobrze trafiłaś... Witaj w Watasze Magicznych Wilków!
Zamerdałam radośnie ogonem. Wydawała się być całkiem miła.
- Jednak jeśli chcesz tu zostać, to pamiętaj, że przez miesiąc będziesz obserwowana. Więc nie wywiń mi tu głupstwa.
Zamyśliłam się na chwilę. A co takiego może zrobić szczeniak mojego wzrostu? I w dodatku co może zrobić szczeniak który jest taką słabą ciamajdą, jak ja... Nie raz zdarza się, że się potknę o własne łapy albo przestraszę złamanego patyka w lesie. Ale pokiwałam głową i pobiegłam z radością obejrzeć nowe tereny. Biegłam dość szybko i na chwilę przymrużyłam oczy, bo słońce mnie raziło. Przebiegałam właśnie obok jakiegoś pagórka kiedy nagle wpadłam na niebiesko-czarną waderę. Przewróciłyśmy się obie a ona pisnęła. Chyba coś jej było. Wstałam i się otrzepałam, a ona tylko prychnęła w moją stronę.
- Hej! Patrz gdzie leziesz!

<Kirke? Swoją drogą wszystkiego najlepszego>

Uwagi: Zauważyłem literówki i nieprawidłowe stawianie Spacji w przypadku zapisu dialogu.