Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 15 lutego 2019

Od Crane'a "Ostatnia szansa" cz. 3

Listopad 2021
Wlepiłem wzrok w Lind. Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie, chociaż nadal pozostawałem niewidzialny. Wstrzymałem oddech, jakbym podejrzewał, że biała wilczyca usłyszy szmer wydychanego przeze mnie powietrza. Kiedy tak zastanawiałem się, co jeszcze mogłoby zdradzić moją obecność, uwagę samicy nagle zwrócił świat zewnętrzny, zupełnie już pozbawiony światła słonecznego.
- A niech mnie, jest naprawdę późno! - wykrzyknęła.
Wadera natychmiast doskoczyła do swojej torby, zamknęła ją (nie zastanawiając się nawet, dlaczego była otwarta), po czym wybiegła na zewnątrz, ściskając w zębach swoje manatki. Przez pośpiech nie dostrzegła nawet walającego się pod jej łapami Błękitnego Oka oraz Medalionu Upływającego Czasu, a co dopiero mówić o Medalionie Śmierci, czy Medalionie Nieśmiertelności. Odmieniec nie pognał od razu za swoją właścicielką. Na domiar złego, on zauważył leżące na środku jaskini mniej wartościowe, magiczne przedmioty. Podszedł bliżej, podniósł oba i przyjrzał się im. W jego spojrzeniu było coś dziwnego. Bardzo chciałem, by Odmieniec nie zastanawiał się dłużej nad tym i jak najszybciej opuścił jaskinię. Dwunogi stwór zamiast tego przykucnął, oparł jeszcze jedną wolną łapę o skaliste podłoże i zaczął węszyć. Zapach... Kompletnie zapomniałem o tej kwestii. Nie zażyczyłem sobie, by być niewyczuwalnym! Takie niedopatrzenie może kosztować mnie naprawdę wiele.
Ting schował dwa medaliony do kieszeni płaszcza i ruszył w moim kierunku, trzymając pysk blisko ziemi. Jeszcze chwila,a odnajdzie Medalion Nieśmiertelności, albo co gorsza mnie. Nie dopuszczę do tego! Skupiłem się i użyłem swojej mocy, by przywołać w głowie Odmieńca rozpaczliwe wołanie Lind, dochodzące z zewnątrz. Ta sztuczka podziałała bez zarzutu. Strażnik Wichury Płomieni natychmiast podążył za głosem. Poczułem jego strach. Podszedłem do wyjścia, żeby upewnić się, że oddalił się wystarczająco. Nareszcie zostałem sam. Z tego co wiem, przedstawiciele gatunków podobnych do niego nie mają lepszego węchu niż zwykłe nie-magiczne wilki. Jest szansa, że nie połączył mnie ze znalezionym tu zapachem. Z resztą, jak wróci, nie poczuje już nic. Silny wiatr wywieje stąd wszystkie ślady.
Świat zewnętrzny ogarnęła zupełna ciemność. To oznaczało, że mogę wrócić do swojej jaskini i czekać, aż stanę się znów widzialny. Najgorsza część całego przedsięwzięcia zakończona powodzeniem. Rozpierała mnie duma. Ostatni etap planu będzie polegać na unikaniu po drodze innych członków watahy. W nocy wicher się tylko nasilał, więc nie oczekiwałem tłumów spacerowiczów. Wróciłem po dwa medaliony i założyłem je sobie na szyję, po czym wyszedłem na zewnątrz. Nie miałem już takich problemów w kontrolowaniu, gdzie stawiam niewidoczne łapy. Noc niestety była czarna, jak rzadko kiedy. Połączmy to z moją częściową ślepotą, piachem rzucanym prosto w oczy, potężnymi uderzeniami wiatru i mamy przepis na delikatnie mówiąc męczącą drogę powrotną.
W pewnym momencie trasy nagle straciłem grunt pod nogami. Półka skalna, na której stanąłem, odłamała się. Nie mając czasu na reakcję, poleciałem w dół. Uderzyłem w złamane drzewo wiszące nad urwiskiem i spadłem kilka metrów niżej. Poczułem, że leżę pośród uschniętych krzewów, rosnących na obłupanym głazie. Pomimo tego, na czym wylądowałem i jaką odległość pokonałem w powietrzu, nie poczułem nawet najmniejszej iskry bólu. Podniosłem się i chciałem ocenić obrażenia, znów zapominając, iż jestem niewidzialny. Zajmę się tym rano - pomyślałem i uszyłem w dalszą wędrówkę. Nie poznawałem tej ścieżki. Liczyłem, że tędy też dam radę dojść do swojego lokum. Warunki pogodowe uniemożliwiały dokładniejszą orientację w terenie. Trochę to trwało, ale wreszcie znalazłem jakiś punkt odniesienia - Wilczy Szpital. Dostrzegłem blask ognia, zapewne ktoś był w środku. Z czystej ciekawości podszedłem bliżej. Ukrywając wiszące na mojej szyi medaliony za skałą, spróbowałem wypatrzeć, kto i dlaczego kręci się tutaj o tej porze. Niestety, wystawiony na wiatr, nie mogłem nawet otworzyć szerzej oczu. Z perspektywy czasu wygląda to na nierozważną decyzję, jednak wszedłem do przedsionka szpitala. Nadal pilnując, by naszyjniki nie zwróciły niczyjej uwagi, przycupnąłem za rogiem, niedaleko jednej z półek z ziołami. Teraz mogłem dokładnie przyjrzeć się kto jest tutaj poza mną. W blasku ogniska dostrzegłem (cóż za niespodzianka) Alvarega, składającego świeże bandaże. Wyglądał na dosyć zmęczonego. Od razu domyśliłem się, że dopiero co odprawił jakiegoś poszkodowanego przez własną głupotę wilka. Zawsze znajdzie się paru "śmiałków", którzy zignorują słowa Alf, zwłaszcza narzucające jakiś nowy zakaz. Na ironię, dzisiejszej nocy ja też należę do tej grupy.
Stwierdziwszy, że nie mam tutaj niczego specjalnego do oglądania, wróciłem na szlak prowadzący do mojej nory. Minąłem po drodze jeszcze kilka jam. Oczywiste, że sprawdzałem (na tyle, na ile pozwalały warunki pogodowe), czy wszyscy ich mieszkańcy śpią, albo są zajęci sobą. Wszystkie jaskinie tutaj, należały do członków Watahy Magicznych Wilków. Ci to mają wygodne życie. Przestrzenne nory, znacznie lepiej chroniące przed deszczem i wiatrem. Do tego są położone niżej. Tymczasem większość z nas; wilków z Watahy Czarnego Kruka, musi codziennie tracić czas i energię na mozolnej wspinaczce. Czasem lepiej byłoby nie mieć przydzielonego lokum i spać pod gołym niebem, niż dzień w dzień leźć prawie na szczyt góry. Niby jesteśmy teraz w jednym stadzie, a ja nadal mam poczucie, że nie jesteśmy wszyscy traktowani tak samo.
Zostawiwszy duże, wygodne jaskinie za sobą, zacząłem wspinać się ku norom wilków z mojego stada. Po jakimś czasie dotarłem do miejsca, gdzie wcześniej skalna półka załamała się pod moimi łapami. Coś, co niegdyś było częścią tego szlaku, zostawiło po sobie sporą wyrwę. Spróbowałem wypatrzeć inną drogę prowadzącą ku górze, ale wzrok znów mnie zawiódł przy takiej pogodzie. Co teraz? Zawsze chodziłem tędy, nie znam na pamięć żadnej innej trasy. Pomyślałem o powrocie na dół, ale gdzie w takim razie schowałbym się przed burzą? Cudze jaskinie odpadają. Wtem przypomniało mi się, że przecież ostatnio ktoś odszedł ze stada. Któraś z większych jaskiń powinna być pusta. Już-już zmieniałem kierunek wędrówki, ale wówczas przypomniałem sobie o czymś jeszcze. Szalik, nie mogę zapomnieć o szaliku. Kiedy będę znów widzialny, muszę czymś zakryć skradzione medaliony. Spojrzałem jeszcze raz na dziurę. Wygląda na to, że muszę ją przeskoczyć. Nie jest to bezpieczne, ale nie mam wyboru. Cofnąłem się nieco, by mieć czas na rozpęd. Wbiłem pazury w ziemię. Nie bałem się, ale jakiś odruch powstrzymywało moje nogi przed ruszeniem z miejsca. Wtenczas coś do mnie dotarło. Mam na szyi MEDALION NIEŚMIERTELNOŚCI. Nawet jeśli znów spadnę, to nic mi nie będzie i nic nie poczuję. Jak za pierwszym razem. Przecież tak działa naszyjnik, który ukradłem. Aż dziwne, że wcześniej zapomniałem o tych właściwościach. Ruszyłem i nabrawszy prędkości, odbiłem się od ziemi. Nie minęła sekunda, a wylądowałem po drugiej stronie małego urwiska. Dzięki absolutnej pewności, ze wszystko będzie dobrze, wykonałem najdoskonalszy skok mojego życia. Niby nie był to żaden szczególny wyczyn, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż wyrwa nie była zbyt długa, jednak sukces dał mi dużą satysfakcję. Ruszyłem dalej przed siebie szybkim krokiem. Zbliżałem się do swojej jaskini. Wreszcie nastąpiła upragniona chwila, kiedy mogłem usiąść w kącie przydzielonej mi nory. Udało się. Wszystko się udało. Osiągnąłem, co chciałem. Medalion Nieśmiertelności jest MOJĄ własnością.
Powoli docierało do mnie, że żaden stwór już mi nie zagrozi, żaden wilk mi już nie zagrozi. Jestem niezniszczalny. Zmora naszego stada, którą jest krótkie życie, już mnie nie dotyczy. Przeżyję Hitama i kto wie, może ja zostanę wybrany na następnego samca Alfa. Ta jedna noc zmienia całą moją przyszłość. Na mój pysk wkroczył szczery, szeroki uśmiech. Nigdy dotąd nie czułem się tak szczęśliwy. Przypomniałem sobie, że przez ostatnie lata rzadko dopuszczałem do siebie jakiekolwiek emocje, nawet podobne do tego, czego doświadczałem teraz. Zapomniałem już, jakie to przyjemne.
Może to całe tłumienie ich nie jest tego warte..? Nie, o czym ja w ogóle myślę?! Uczucia to słabość, emocje to słabość. To tylko sprawi, że moje życie będzie trudniejsze. Nawet Naszyjnik Nieśmiertelności nie uchroni mnie przed przebiegłością tych, którzy umieją wykorzystać tę formę słabości. Nie, nie wolno mi pozwalać sobie na te plugawe rzeczy. Kiedy przyjdzie co do czego, zrujnują wszystko. 
Muszę być skupiony, jeśli chcę ukryć fakt, że to ja ukradłem naszyjniki należące do Lind. Postanowiłem zdusić radość, która mnie ogarniała. 
Radość zaślepia, radość uśpi moją czujność.

Uwagi: brak

poniedziałek, 11 lutego 2019

Od Crane'a "Ostatnia szansa" cz. 2

Listopad 2021
Po raz pierwszy od dawna, zza chmur wyłoniło się słońce. Lśniący dysk był coraz bliżej horyzontu, więc z czasem duża część jego promieni zawitała do środka jaskini, w której siedziałem. Gdyby nie falujące na wietrze futro, zapewne wyglądałbym jak posąg. Wpatrywałem się bez przekonania w Bransoletkę Życzeń. Kiedy światło sięgnęło moich łap, zdałem sobie sprawę, że nie mam już za wiele czasu na podjęcie decyzji. Nawet po tych długich godzinach rozmyślania i planowania, nadal wahałem się. Nadal nie wiedziałem, czy faktycznie stąd wyjdę i pójdę do jaskini Lind. Szczególnie zniechęcała mnie świadomość, iż nie wiem co wadera zrobiła z nowo zdobytym Naszyjnik Nieśmiertelności, czy w ogóle trzyma go u siebie. Wówczas to wszystko będzie próżnym trudem; straconym czasem, zbędnym narażaniem zdrowia i reputacji. 
Wtem w mojej głowie zawitała myśl, że nie muszę dokonywać kradzieży akurat dzisiaj; w końcu jutro też jest dzień. Po chwili zrozumiałem jednak, że okłamuję samego siebie. To może być ostatnia szansa. Pogoda nadal pogarsza się w zastraszającym tempie. Szczeniętom i słabszym wilkom nakazano pozostawać w norach. Ja sam nie należę do najpotężniejszych w stadzie. Tak więc jutro, pojutrze zagrożenie wynikające z wychodzenia na zewnątrz może się okazać dla mnie zbyt wielkie. Położyłem łapę na Bransoletce Życzeń. Zacząłem zadawać sobie pytanie, czy w ogóle potrzebuję tego medalionu. Przecież dotychczas radziłem sobie bez niego. Dotychczas... Nie wiem, co będzie dalej, z czym jeszcze przyjdzie mi się zmierzyć. Lepiej mieć taki przedmiot. To nie ulega wątpliwości. 
Spojrzałem na słońce. Warta Lind zacznie się za niecałą godzinę. Teraz albo nigdy. Mogę zaryzykować albo dalej tkwić tutaj, a później nienawidzić siebie za to, że nie skorzystałem z okazji. Wbiłem pazury w ziemię i przysunąłem bransoletkę bliżej siebie. Wybrałem. Wypowiedziałem w myślach treść swojego życzenia: "Chciałbym stać się niewidzialny od teraz, aż do wschodu słońca". Nigdy nie należałem do wilków posiadających tę zdolność, więc oczekiwałem, że coś poczuję, znikając. Wyglądało to jednak zupełnie odwrotnie. Z początku zacząłem myśleć, iż Bransoletka Życzeń nie zadziałała. Skierowałem oczy w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu leżała. Nie dostrzegłem ani magicznego przedmiotu, ani własnych łap. Spojrzałem na ścianę jaskini. Moja sylwetka przestała rzucać na nią cień. Dokładnie tak powinno być. Powoli wstałem i skierowałem kroki ku wyjściu. Na odchodnym upewniłem się, że szalik, który znalazłem pod Miastem, leży tam, gdzie wcześniej. Kiedy już zdobędę Medalion Nieśmiertelności, będę go ukrywał właśnie pod tym kawałkiem materiału. Od kilku dni przyzwyczajałem inne wilki, a przede wszystkim Lind, do widywania mnie w nim. Gdybym nagle zaczął przykrywać czymś szyję zaraz po tajemniczej kradzieży cennego, magicznego wisiorka, automatycznie stałbym się głównym podejrzanym. 
Ruszyłem zdecydowanym krokiem w stronę lokum białej wadery. Niby czułem, gdzie są moje kończyny, a jednak potykałem się o każdy kamień na szlaku. Silny wiatr także nie ułatwiał wędrówki. Sypał w oczy tony okruchów skalnych, nieraz próbował mnie zrzucić ze stromej półki skalnej. Dbał także, by nie było mi czasem zbyt ciepło, nawet pomimo grubego futra. Szczękałem zębami, z trudem łapałem równowagę i coraz mniej miałem ochotę iść dalej. Wkrótce napotkałem na swojej drodze Premure'a. Przystanąłem. Basior odwrócił pysk w moją stronę. Czekałem, aż znów zacznie ględzić o zakładzie, po którego przegraniu jestem mu winien Złoty Księżyc, jednak basior milczał. Wyglądał, jakby patrzył na coś za mną. Otworzyłem pysk, ale w ostatniej chwili zreflektowałem, że przecież jestem niewidzialny. O mało nie pozwoliłem, by pokierowały mną odruchy, nakazujące nawiązywać rozmowę przy każdym spotkaniu sam na sam z innym członkiem stada. Przylegając do kamiennej ściany, ostrożnie wyminąłem zajętego własnymi myślami samca. Całe szczęście, że wiatr dął na tyle głośno, by zagłuszyć moje kroki. 
Wreszcie dotarłem przed lokum Lind. Miałem jeszcze około pół godziny. Po upłynięciu tego czasu, wadera powinna się obudzić. Ta konkretna strażniczka terenów miała w zwyczaju przesypiać całe popołudnie i wstawać dopiero o zachodzie słońca - na swoją wartę. Zajrzałem niepewnie do jaskini. Natychmiast wypatrzyłem jasne futro samicy. Leżała na boku, odwrócona w moją stronę. Gęsta czupryna zasłaniała jej oczy i część pyszczka. Spokojny oddech sugerował, że śpi, ale wolałem się upewnić. Delikatnie odgarnąłem tęczową grzywkę Lind i z ulgą spostrzegłem, iż nie podnosi powiek. Cofnąłem łapę i rozejrzałem się po całkiem obszernym (przynajmniej w porównaniu z moją jaskinią) wnętrzu. Postawiłem kilka kroków w stronę pozostawionej nieopodal torby. Wtem przystanąłem, przypomniawszy sobie o towarzyszu wadery. Zacząłem szybko omiatać wzrokiem każdy kąt nory, jednak sylwetki Odmieńca nie odnalazłem. Wygląda na to, że nadal sprzyjają mi wszystkie okoliczności. Oby tylko ta dobra passa nie skończyła się zbyt szybko - pomyślałem.
Podszedłem do manatków białej samicy. Zdawałem sobie sprawę z jej bardzo wyczulonego słuchu, jednak dokarmianie Tantibusów odwiedzających jej jaskinię nauczyło mnie, iż ta wadera ma wyjątkowo mocny sen. Gdyby nie to, nie mogłaby spać pomimo odgłosów zawieruchy z zewnątrz. Dopóki nie narobię nadzwyczajnego hałasu, jestem bezpieczny. 
Podniosłem klapę torby i zajrzałem do środka. Kolekcja magicznych przedmiotów zgromadzonych przez Lind okazała się być naprawdę imponująca. Pierścień Niezgody, Proszek Omylności i wiele, wiele więcej... Każdy z nich mógłby mi się bardzo przydać. Szkoda, że nie mógłbym zabrać od razu wszystkiego. To by było przecież szaleństwem. Chociaż... Nie, to zdecydowanie zły pomysł. Ignorując z całych sił te myśli, zacząłem szukać pośród dobytku wilczycy Medalionu Nieśmiertelności, po który tutaj przyszedłem. Wreszcie odnalazłem swój cel. Złapałem go w zęby i natychmiast spróbowałem wyciągnąć ze skórzanego worka. Niestety, nie zauważyłem, że łańcuszek wisiorka zaplątał się z tym od Błękitnego Oka, a także Medalionu Upływającego Czasu. Jakby tego było mało, zapięcie jednego z nich zahaczyło jeszcze o Lampkę Motyla. Tak więc, wykonując zamaszysty ruch głową, poderwałem z ziemi całą torbę. Większość jej zawartości rozsypała się po jaskini. Oprócz magicznych przedmiotów, skalne podłoże przykryły także drogie kamienie znad Wodospadu. Jednakże, najgorsze z tego wszystkiego były Srebrne Gwiazdki i Złote Księżyce. Dzwonienie metalu przez kilkanaście sekund rozchodziło się echem po jaskini. Zastygłem, trzymając w pysku plątaninę medalionów. Byłem przekonany, że to koniec. Gdybym potrafił odczuwać strach, zapewne sparaliżowałoby mnie doszczętnie. Spojrzałem w stronę posłania, na którym leżała bezwładnie wilczyca. Odczekałem chwilę. Nie poruszyła się. 
Opuściłem głowę i ostrożnie odłożyłem Medalion Nieśmiertelności na ziemię. Jest jeszcze szansa na powodzenie, ale najpierw muszę posprzątać ten bałagan. Wpadka sprzed minuty sprawiła, że mimowolnie starałem się działać znacznie ciszej, niż dotychczas. Zacząłem od zebrania Złotych Księżyców i Srebrnych Gwiazdek z powrotem do sakiewki. W moim odczuciu trwało zbyt długo. Następnie zająłem się rozrzuconymi dookoła drogimi kamieniami. Bez problemu mogłem podnosić kilka na raz, więc z nimi poszło mi znacznie szybciej. Później odkładałem na miejsce wszystkie magiczne przedmioty, poza tymi, które będę musiał odwiązać od właściwego celu mojej wizyty tutaj. Kończąc zbieranie dobytku Lind znalazłem jeszcze jeden naprawdę wyjątkowy naszyjnik - Medalion Śmierci. Z początku ruszyłem z nim w stronę torby, tak jak ze wszystkimi pozostałymi rzeczami, lecz kiedy miałem go wypuścić z pyska, zawahałem się. Stwierdziłem, że to także może się okazać niezwykle przydatne w kryzysowej sytuacji. Po kilku minutach rozmyślenia nad argumentami za i przeciw, podjąłem decyzję o wyniesieniu stąd nie jednego, a dwóch medalionów. 
Wróciłem do odłożonych na bok wisiorków. Wbrew pozorom, supły nie były ani zbyt ciasne, ani skomplikowane. Szybko uprałem się z tym problemem, który bądź co bądź naraził mnie na porażkę. Kiedy już ostatecznie rozdzieliłem trzy naszyjniki, nagle moich uszu dobiegł charakterystyczny głos Odmieńca noszącego imię Ting. 
- Pierzasta! Pierzasta! Zaraz zaśpisz na wartę! - ryknął towarzysz wilczycy, wpadając do jaskini. 
Poderwałem się na równe łapy i kopnąłem Medalion Nieśmiertelności w głąb nory, jak najdalej od posłania. Instynkt mówił mi, że już za późno, by lepiej ukryć to, co chcę ukraść. Lind podniosła się z posłania. 
- Spokojnie, nie śpię przecież - mruknęła, ziewając szeroko.
- Nie śpisz, bo w porę wróciłem - odparł jej towarzysz. 
- Aham... - pokiwała głową wilczyca, przeciągając się. - Doceniam twoją troskę o mnie. 
Zacząłem wycofywać się na koniec jamy. Być może nie byłem dostatecznie cicho, ponieważ biała wadera podniosła uszy i zerknęła na krótką chwilę w moją stronę.

<C.D.N.>

Uwagi: Zapis słowa Słońce (słońce) jest zależny od tego, czy piszesz o tej gwieździe z astronomicznego punktu widzenia. Z kontekstu wynika, że Crane miał na myśli coś nam znacznie bliższego, zwykłe słońce, które grzeje nas swoimi promieniami, wchodzi i zachodzi, więc powinno być to zapisane z małej litery. Przed albo nie stawiamy przecinka.

sobota, 2 lutego 2019

Od Magnusa "Niepokój" cz. 1 (C.D. Chętny)

Sierpień 2022 r.
Szare sklepienie jaskini. Bardzo oczywisty i łatwy do wyobrażenia widok. Do tego stopnia, że przez dobrą chwilę zastanawiałem się, czy to jakieś urojenie.
Minęło tyle czasu, a dalej miewam podobne myśli. Niemal dwa lata. Według wilczej skali jestem praktycznie w średnim wieku, a mimo to dalej nie zdecydowałem się na jakieś środki przeciw starzeniu. Zdążyłem się zorientować, że takowe są dostępne już dość dawno, ale nie potrafię się w sobie zebrać. Idea magii dalej jakoś mnie nie przekonuje.
Zmuszony do częstego przesiadywania w zamkniętej przestrzeni miałem mnóstwo czasu na przemyślenia. Brak zajęcia denerwował mnie do tego stopnia, że chciałem wrócić do praktyki własnych zdolności magicznych. Jak na złość, czarne chmury skutecznie mi to uniemożliwiły. Przez długi czas siedziałem w pobliżu wejścia do swojej jaskini i wpatrywałem się w ten dziwny deszcz. Rzadko sięgałem po książkę, z powodu równie rzadkiej ochoty na czytanie.
Dziwnie się czułem. Z jednej strony trochę niepokoił mnie obecny stan rzeczy, z drugiej po prostu czekałem na rozwój wydarzeń. Oczekiwanie, to dobre słowo.
W końcu wszyscy się doczekaliśmy.
Padało bez przerwy przez dobre kilka godzin od mniej więcej środka nocy. Wyjątkowo nieprzyjemny ból głowy i potężne grzmoty, padające zdecydowanie za blisko, skutecznie wyrwały mnie ze snu. Uskoczyłem w głąb jaskini, niemal uderzając bokiem o skałę, gdy fioletowy piorun huknął praktycznie u wylotu nory. Drżąc na całym ciele, bezskutecznie próbowałem przebić wzrokiem mrok zalegający w jaskini. Pisk w obolałych uszach zagłuszył mi mój oddech, ale doskonale czułem, że jest znacznie przyspieszony. Dopiero po jakiejś minucie, dalej cały zjeżony, przeniosłem się w pobliże posłania i usiadłem obok. Miałem jako taki wgląd na zewnątrz, jednocześnie stojąc pod osłoną kamieni. Pomrukując słowa losowej piosenki zasłyszanej w radiu, oparłem głowę o ścianę. Pozostałem w tej pozycji niemal w bezruchu przez dłuższy czas. Co jakiś czas błyskawice rozświetlały okolicę fiołkowym światłem. Wrażliwie wilcze uszy nie znosiły zbyt dobrze towarzyszącego im grzmotu, ale był to widok na swój sposób piękny.
Kiedy półmrok dnia trwał już od co najmniej paru godzin, a deszcz powoli cichł, powietrze obok drgnęło. Podniosłem głowę, spojrzałem na posłańca. Już się do nich przyzwyczaiłem, ale za pierwszym razem omal nie dostałem zawału, gdy ktoś nagle odezwał się tuż obok mnie. Skinąłem wilkowi na powitanie, na co ten odpowiedział tym samym.
– Alfy nakazują stawić się łowcom na polowaniu, kiedy przestanie padać – oznajmił basior beznamiętnie.
– Rozumiem. – odparłem, odwracając łeb.
Zawahał się, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale ostatecznie musiał się rozmyślić, bo gdy po raz drugi spojrzałem w tamtą stronę, nikogo już tam nie było. Błysnęło w oddali, grzmot dotarł do moich uszu dopiero po chwili. Westchnąłem cicho, owijając ogon wokół łap. Zacząłem się zastanawiać ile jeszcze razy zobaczę w życiu fioletową błyskawicę. Nawet w świecie magii i czarodziejstwa jest to podobno nietypowe zjawisko, więc może warto poczekać na kolejne?

***

Ostrożnie stawiałem kroki, uważając by nie wpaść łapą w żadną z kałuż. O ile fioletowe pioruny wydawały się dziwnie piękne, tak to co pozostawiał za sobą deszcz było wyjątkowo odpychające. W powietrzu dalej wisiała nieprzyjemna wilgoć, a wiatr dął tak silnie, że idąc nie mogłem się do końca wyprostować. Ścieżka w odsłoniętym miejscu nie była za dobrym wyborem na taką pogodę, ale inne skutecznie odstraszyły mnie dużą ilością niemożliwego do ominięcia niebieskiego nalotu. Droga na umówione miejsce nie była co prawda długa, w normalnych warunkach pokonałbym ją w kilka minut, jednak w obecnej sytuacji zajęło mi to dużo dłużej. W pewnym momencie mało brakowało, bym nie poślizgnął się na jednej z niebieskawych, mętnych kałuż przy próbie jej przeskoczenia, co pewnie skończyłoby się niezbyt przyjemnym spotkaniem ze skalnym rumowiskiem. Przez dłuższą chwilę nie byłem w stanie nawet drgnąć, w ciszy wpatrując się w luźny materiał skalny jak w oczy samej śmierci.
Dotarłem na miejsce zbiórki jako jeden z ostatnich. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to obecność nie tylko goniących czy zabijających o charakterystycznym, ciemnym futrze, ale też strażników terenów i patrolu z naszej części watahy. Widocznie intensywność ostatnich deszczy dała nam się we znaki bardziej niż przypuszczałem.
– To wszyscy? – spytała wadera o której wiedziałem tylko tyle, że ma na imię Ireng i raczej nie chcę wdawać się z nią w jakąkolwiek dyskusję.
Rozległ się pomruk aprobaty.
– W takim razie ruszamy, zanim znowu zacznie padać. – rzekła wadera, kiwając głową na grupę.
Przez ryk wiatru przedarło się tylko szuranie pazurów o skałę.

<Chętny?>

Uwagi: brak

wtorek, 15 stycznia 2019

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 3

Przełom sierpnia i września 2022r.
Zamknęłam książkę, ziewając szeroko. Nie było już w niej linijki, której nie znałabym na pamięć. Gdybym wiedziała, że zostanę uwięziona na całe dnie w jaskini, wypożyczyłabym sobie połowę zasobów Biblioteki. W tym także wydania napisane w języku Elfów. Przynajmniej mogłabym spróbować się go nauczyć. Miałabym jakieś ciekawe i rozwijające zajęcie. Niestety, traf chciał, że obecnie mogę sobie poczytać tylko to jedno, leżące w mojej jaskini wydanie. Zanudzenie się jego treścią było kwestią czasu. 
Westchnęłam z rezygnacją i spojrzałam w sufit jaskini. Nie miałam w tym żadnego głębszego celu. Chwilę gapiłam się weń bez zainteresowania. "Nie zmienił się. Jest dokładnie taki sam, jak w dniu, w którym się tutaj wprowadziłam" - pomyślałam. Następnie skierowałam wzrok na nierówną ścianę mojego lokum. Ona zmieniła się nie do poznania, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że kilka dni temu wspólnie z Tingiem wyłamywaliśmy z niej budulec potrzebny do zabudowania wyjścia. Otrzymane w ten sposób kamienie ułożyliśmy jeden na drugim i skleiliśmy błotem połączonym z odrobiną zawartości jednej manierki, którą mój towarzysz miał w plecaku. Odmieniec utrzymywał, że zwykle służy mu to do naprawiania jego pięćsetletniego banjo. Koniec końców udało się zmniejszyć wyjście o jakieś kilka metrów (jeśli dobrze pamiętam, ile wynosi jeden "metr"). Od razu łatwiej zasnąć, kiedy do środka dociera znacznie mniej odgłosów szalejącej burzy. Natomiast kiedy nie śpię, nie muszę się już tak wysilać, żeby osłonić ścianą z powietrza to małe przejście. 
Ziewnęłam jeszcze raz i przeciągnęłam się. Dochodzę do wniosku, że ten dzień, który spędziłam na zabudowywaniu wyjścia był najciekawszym dniem ostatnich miesięcy. Nieróbstwo (z przerwami na patrole w ekstremalnych warunkach) wkrótce mnie wykończy. Kiedy tak rozmyślałam nad tym wszystkim, nagle do moich uszu dotarło mamrotanie mojego towarzysza: 
- Jedenaście... dwanaście... trzynaście... czternaście... 
- Co ty tam mruczysz? - zainteresowałam się. - Znów jakaś aztecka kołysanka? 
- Hm? - dotychczas odwrócony tyłem Odmieniec spojrzał w moją stronę. Siedział w kącie, przy świetle płonącej ptasiej czaszki przywiązanej do kija. Zupełnie już przywykł do używania jej jako pochodni. 
- Pytam, czy znów nucisz azteckie kołysanki - powtórzyłam znużonym głosem. 
- O czym ty mówisz? Co ma znaczyć "znów"? - Ting poruszył ogonem. 
- Śpiewałeś ostatnio przez sen - oznajmiłam. - Albo raczej; nuciłeś przez sen i raz po raz wypowiadałeś jakieś dziwne słowo bez otwierania oczu. 
- A, masz na myśli to... To nie kołysanka, ani tym bardziej nie... aztecka. To musiało być coś po grecku - wytłumaczył Ting, powoli odwracając głowę z powrotem przed siebie.
- Huh, dobrze wiedzieć - odparłam. - To co robisz tym razem? - wstałam z posłania i podeszłam bliżej Odmieńca. 
- Liczę, ile ci zostało Złotych Księżyców po zakupie kart. Nie pytaj, dlaczego robię to dopiero teraz.
- Nie śmiem, mości Strażniku - westchnęłam. - Raczej spytam kto ci w ogóle pozwolił ruszać moje oszczędności - dodałam sucho.
- Nie potrzebuję na to twojej zgody. Tak czy inaczej, nie potrafiłabyś zrobić tego sama - zaznaczył mój towarzysz.
- I co z tego? - prychnęłam. - Tak czy inaczej, wolałabym, żebyś zostawił tę sakiewkę w spokoju - oznajmiłam, przedrzeźniając Tinga. - Oboje wiemy, że... 
- Ciszej Pierzasta, bo nie wiem, gdzie skończyłem liczyć. 
- Ty słuchasz mnie w ogóle? - obruszyłam się.
- Przeszkadzasz mi - burknął w odpowiedzi Odmieniec. - Gdzie ja skończyłem... gdzie... - mruknął. 
- Na "naście" - podpowiedziałam, siadając. 
No dobra, niech mu będzie. Niech sobie policzy, jak tak bardzo chce. Jeśli jednak dotrze do mnie, że coś z tego sobie przywłaszczył i wydał, marny jego los. 
- Tyle to ja też wiem - prychnął Strażnik Wichury. - Jest dużo liczb zakończonych na "naście". 
- Ciekawe... Ile konkretnie? 
- Nie zadawaj głupich pytań - odparł Ting.
- Co jest nie tak z tym pytaniem? - Uderzyłam raz ogonem w ziemię. 
- No tak, zapomniałem, że ty nie masz pojęcia o zasadach matematyki - przyznał Odmieniec. 
Po tych słowach schował wszystkie Złote Księżyce z powrotem do małej sakiewki, gdzie zwykle je trzymam. Upewniwszy się, że żadnego nie pominął, zaczął liczyć półgłosem od nowa:
- Jeden, dwa, trzy... 
Chwilę obserwowałam powolne ruchy mojego towarzysza. Starałam się skupić na jego słowach, jednak szybko zdałam sobie sprawę, że mam problem ze zrozumieniem takiego niedbałego seplenienia. Tak więc, szybko znudziło mnie to zajęcie. Ziewnęłam szeroko. Chwilę jeszcze milczałam, lecz w końcu postanowiłam znów zaczepić Tinga.
- Nie chciałbyś może nauczyć mnie liczyć? - spytałam. - Teraz i tak nie ma tutaj dużo do roboty. 
- Inteligentne stworzenia zawsze znajdą sobie zajęcie - oznajmił Odmieniec 
Drgnęłam i zacisnęłam zęby. Już-już miałam gotową ripostę, która sprawi, że raz na zawsze zamknie się ta jego głupia gęba, lecz wtedy gdzieś w pobliżu gruchnął piorun. Straszliwy hałas bez problemu przedarł się przez cienką barierę przy wejściu do nory. Syknęłam i odskoczyłam od ściany. Odruchowo spłaszczyłam się i zwinęłam w kłębek na wilgotnej ziemi. Ból i pisk w moich wrażliwych uszach utrzymał się co najmniej kilkanaście sekund. Nie otwierałam wówczas oczu nawet na chwilę. Kiedy wreszcie to zrobiłam i odrobinę rozluźniłam mięśnie, zauważyłam, że Ting siedzi przy mnie i gładzi delikatnie po grzbiecie. Ewidentnie chciał mi pomóc; uspokoić, wesprzeć. Wówczas poczułam jakiś dziwny zapach. Zorientowałam się, iż nieświadomie przestałam osłaniać swoim żywiołem przejście na zewnątrz i swąd pochodził stamtąd. 
- Wszystko dobrze, Pierzasta? - spytał Odmieniec. Jego głos wydał mi się dziwnie przytłumiony. 
- Będę żyła - odparłam nieco drżącym głosem i oparłam pyszczek na ziemi. 
Nie chciałam jeszcze wstawać. Na domiar złego zaczęła mnie jeszcze boleć głowa; tak jak po każdym tego typu potężnym grzmocie. Skierowałam wzrok na wyjście z jaskini. Zobaczyłam przed nim głęboką kałużę. Przy jej brzegach zgromadził się ten dziwny, połyskujący na niebiesko nalot. Chyba powinniśmy jeszcze zadbać, by ta woda, jeśli tak ją można nazwać, nie dostała się do jaskini. Rośliny rosną od niej jak szalone, jednak nie wiemy, czy nie ma negatywnego wpływu na zwierzęta, w tym też na nas - wilki. 
Ting nadal przy mnie czuwał. Wyglądał, jakby obawiał się, że nie jest ze mną w pełnie w porządku i może miał trochę racji. Nie mówię o kondycji fizycznej, raczej o fakcie, że nagle ogarnął mnie lęk. Lęk przed nieznanym. Nie pomagał w tym fakt, że od miesiąca widywałam tylko mojego towarzysza i kilka wilków, które przekazywały informacje o patrolach i tym podobnych. Nie wiem, co się dzieje z resztą watahy. Nie wiem, jak się czują moi przyjaciele. Czy nikt nie jest ranny? Czy nikt nie nałykał się tej dziwnej deszczówki? A co, jeśli burza już zebrała krwawe żniwo pośród watahy?! Nie...Nie, nie... O takich sytuacjach ktoś by mnie poinformował. Na pewno. Być może... Tak myślę... Tak? 
Pulsujący ból głowy nasilał się. Powoli wstałam i powłóczyłam łapami w stronę swojego legowiska. Ting odprowadził mnie do niego, bacznie obserwując moje ruchy. Opadłam na jedyne wygodne miejsce w całej jaskini i zamknęłam oczy. Spróbowałam zasnąć licząc, że to mi pomoże. W końcu dopięłam swego. 

***

Obudziła mnie znajoma fala magii, charakterystyczna dla teleportujących się między jaskiniami posłańców. Gość zaczął coś mówić donośnym głosem, żeby mnie do końca wybudzić. Kilka słów do mnie dotarło, a mianowicie "patrol", "szlak" oraz "pożary". Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na zamgloną sylwetkę wilka. Nagle zasłonił ją mój Odmieniec.
- Odejdź, Pierzasta jest chora! - warknął do basiora.
- Ale... 
- Już! Potrzebuje teraz spokoju - Ting kłapnął zębami. 
Usłyszałam szuranie pazurów o kamienie przy wyjściu. Oznaczało to, że posłaniec odruchowo cofnął się. Zaraz po tym odgłosie nastąpiła szybka wymiana zdań, z której niewiele zrozumiałam. Wiem tylko, że Strażnik Wichury często przerywał rozmówcy, usiłując go jak najszybciej przepędzić. 
- No dobrze, zmienimy harmonogram. Czy Lind potrzebna jest wizyta medyka?
- Wydobrzeje, jak dacie jej odpocząć kilka dni. Długo mam jeszcze czekać? - warczał Odmieniec. 
Wkrótce dotarł do mnie kolejny powiew magii świadczący o tym, że gość w końcu sobie poszedł. Skierowałam pyszczek w stronę mojego towarzysza i spojrzałam na niego. 
- Dziękuję - szepnęłam i wróciłam do krainy sennych marzeń.
W normalnych warunkach pewnie martwiłabym się, czy nie dosięgną mnie żadne konsekwencje za zachowanie Tinga wobec posłańca od Alf, albo dlaczego złe samopoczucie wcale mi nie mija, lecz teraz nie miałam siły myśleć już o niczym. Dziś mam wolne. 

<C.D.N.>

Uwagi: Nazwałaś raz Złote Księżyce Srebrnymi Księżycami.