Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 27 grudnia 2018

Od Joela "Pomyłka" cz. 1

Sierpień 2022 r.
Tego dnia było tak samo wietrznie jak w ostatnich miesiącach. Paskudna ta pogoda, nie ma co... Chciałem iść do Miasta, ale kategorycznie mi tego zabroniono. Z tym, że z dnia na dzień miałem coraz większe poczucie, że nie zdołam się tam już nigdy wybrać i warto jednak zgromadzić sobie jakieś pamiątki... Albo iść tam, do rodziny, i już nigdy nie wrócić do stada. Robiło się niebezpiecznie, a ja jednak wolałbym mieć poczucie, że przeżyję. Wyjeżdżając z dala stąd powinno być lepiej. Nie wierzę, że takie chmury by wisiały nad całym globem...
Prawda była też taka, że aktualnie byłem bezrobotny. Zwolnili mnie w Mieście, a jako, że nie miałem co ze sobą tam zrobić (prócz sporadycznych spacerków do baru na kilka drinków) większość swojego czasu spędzałem w watasze. Czułem, że się trochę staczam. Po co kończyłem studia? By sprzątać w kawiarni, a na końcu rzucić wszystko i zamieszkać w dziczy? Śmieszne. Tu nawet nie miałem swojej gitary. Czy to by oznaczało, że się wypalam? Nie, niemożliwe. Może to tylko chwilowy kryzys twórczy. W końcu dziwne, że taka pogoda mnie nie inspiruje... A może to wina tego, że wolę jednak nieco bardziej spokojne i pozytywne utwory? Aktualny stan był stanowczo zbyt porywisty.
Jak na zawołanie na zewnątrz zaczęło lać. Coraz piękniej. Wychyliłem się z jaskini, ale nie na tyle, by zamoknąć. Zmarszczyłem brwi. Ten deszcz był... inny. Nie zdawał się być szarawy. Był... niebieski. Zerknąłem na kałuże. Osadzało się się coś, co trochę przypominało mi pyłek drzew, ale nie był żółty jak zazwyczaj, tylko właśnie niebieski.
- Dziwne - mruknąłem i usiadłem na ziemi. Wpatrywałem się w to jak zaczarowany. Nie umiałem sobie wytłumaczyć co się właśnie działo i jaki może być powód pojawiania się czegoś takiego. Zerknąłem w kierunku malującego się w oddali Miasta. Już miałem przed oczami szaleństwo ludzi. Dziesiątki specjalistów wypowiadających się na temat dziwnego osadu, przedstawianie profesjonalnych wyników badań i tworzenie nowych kategorii opadów w prognozach pogody... Mieszczan pewnie albo to nie obchodziło, albo zaczynali panikować i uciekać. Mruknąłem z niezadowoleniem. Miałem nadzieję, że przestanie padać, bo naprawdę chciałem zabrać co moje, póki nie zatonie w tej ulewie.
- Nie wychodzić z jaskiń póki nie przestanie padać!! - wrzasnął jakiś wilk z tej drugiej części watahy. Nie znałem go. Westchnąłem cicho. Czyli mamy kolejny zakaz - nie wychodzić póki pada. Świetnie.
***
Ostatnie kilka godzin spędziłem na porządkach. W jaskini uzbierało mi się nieco rupieci, pochodzenia których nawet nie znałem, ale wmówiłem sobie, że ułożenie ich według kolorów powinno sprawić, że można nazwać to porządkiem. Beznadziejne, że nie podpisywali butelek z eliksirami. Tylko na kilku z nich widniał jakiś napis... Najbardziej zastanowiła mnie butelka z różowym płynem. Ktoś mi dał to na przechowanie, czy co? Nie przypominałem sobie żadnego prezentu podobnego do tego. Wyglądało jak kompot. Może to był kompot? Truskawkowy. W zasadzie tak właśnie to wyglądało. Zdjąłem ostrożnie buteleczkę z póki, bo i tak mi nie pasowała do wystroju. Wraz z tym momentem do środka weszła już dobrze mi znana Yuki. Na początku się jej wystraszyłem, bo najwyraźniej złamała zakaz wychodzenia, a ja nie spodziewałem się gości. Nadal padało, a ona wyglądała jak czarno-niebieska kula przemoczonego futra. Patrzyłem na nią z szeroko otwartymi oczami. W pysku nadal trzymałem buteleczkę, co musiało wyglądać jeszcze komiczniej.
- Ukradłeś mój medalion? - warknęła wściekle.
- Szo? Njee... - Powiedziałem, po czym odłożyłem butelkę z sokiem na bok - Nie wiem nawet o jaki medalion chodzi.
Westchnęła z poirytowaniem.
- To już nie wiem gdzie go szukać - mruknęła jakby do siebie.
- Może zgubiłaś go pod jakimiś rupieciami w jaskini...? Ja przed chwilą zrobiłem generalne porządki i kilka rzeczy się znalazło...
Przerwałem, bo wadera dalej patrzyła na mnie tym swoim wściekłym wzrokiem. W dodatku tak, jakbym był głupi. Przełknąłem ślinę.
- Jasne, nie potrzebujesz pomocy... - Rozejrzałem się po jaskini - Może masz ochotę na kompot? Tak na poprawę nastroju.
- Kompot? - powtórzyła nadal agresywnie.
- Wiesz, taki wywar z owoców. Bardzo dobry i słodki.
- Pewnie chcesz mnie otruć.
- Co? Ja? Ależ skądże - Zaśmiałem się cicho - Jeśli mi nie wierzysz to możemy się napić razem. Jeśli to jednak nie kompot, to ucierpimy na tym razem. Jeśli jednak kompot, to wypijemy coś naprawdę dobrego.
- A co jeśli ja nie lubię słodkich rzeczy?
- To doleję ci wody - Mówiąc to, zmieniłem się w człowieka i odszukałem miseczek, które tutaj służyły za szklanki. W wiaderku obok miałem również zapas wody pitnej. Obserwowała mnie niezbyt szczęśliwa. Nawet nie chciała się otrzepać. Musiała być naprawdę zła z powodu medalionu, skoro zgodziła się napić z kimś, kto chyba na ogół ją denerwuje.
Na końcu postawiłem przy niej miseczkę. Nawet w środku pływały truskawki. Tak, to na pewno kompot - pomyślałem z zadowoleniem. Popatrzyła na to bez przekonania i odczekała, aż usiądę po turecku na ziemi, wezmę miseczkę i sam ją przechylę. Obserwowała mnie przez moment.
- Kompot - oznajmiłem, wzruszając ramionami. Wziąłem kolejny łyk. Tak bardzo mi tego brakowało... Zupełnie taki jak u babci.
Dopiero wtedy postanowiła też spróbować. Najwyraźniej również jej zasmakowało, bo zaczęła pić dość łapczywie, a resztki wylizała językiem.
- Widzisz? Wiedziałem, że ci przypadnie do gustu - oznajmiłem z satysfakcją. Podniosła na mnie wzrok, ale czaiło się już w nim mniej gniewu niż do tej pory. Czyżby ten kompot był dla nas symbolem pojednania? Uśmiechnąłem się do niej.
- O, udobruchałem najbardziej obrażalskiego wilka w watasze - zażartowałem. Wywróciła tylko oczami. Dopiero zauważyłem, że nieco unikała mojego wzroku. Zawsze tak było? Być może. Nie zwracałem na to uwagi. Wyciągnąłem do niej rękę, a ona o dziwo się nie odsunęła. Przeczesałem palcami jej grzywkę tak, by nie zasłaniała jej oczu.
- Od razu lepiej. Nie będziesz już ślepa - mówiłem. Znowu zwiesiła głowę. Uniosłem brew. Takie zachowanie trochę do niej nie pasowało.
- Wszystko w porządku?
- Tak, idioto - warknęła. Westchnąłem. Czyli stara dobra Yuki wróciła.
- Mam wrażenie, że tym razem ty utknęłaś w mojej jaskini, a nie ja w twojej. Sytuacja jak przy naszym poznaniu się, tylko że na odwrót... Romantycznie, nie uważasz? - zapytałem z nieco wrednym uśmieszkiem. Prychnęła i zerknęła na dwór. W tej samej chwili trzasnął piorun. Tak głośno, że miałem wrażenie, że zaraz popękają mi bębenki, a cała Góra się zatrzęsła. Yuki pisnęła i przysunęła się do mnie. Odruchowo ją objąłem, mimo że nadal była mokra. Uderzyło tuż przy wejściu do mojej jaskini. Serce biło mi jak oszalałe. Czy to oznacza, że być może ledwo uszliśmy z życiem?
- Nienawidzę piorunów - powiedziała Yuki, siląc się na ton głosu wyrażający złość, ale wyszło dość żałośnie. Naprawdę się bała. Zatroskany ją pogłaskałem. Po raz pierwszy widziałem ją w takim stanie...
- Nic się nie stało... - wyszeptałem. Nieznacznie drżała. Nieustraszona Yuki czegoś się bała. Niemożliwe.
- Czasem nienawidzę bycia wilkiem. Ludzie nie mają tak czułego słuchu - Mówiąc to, obniżyła głowę tak, by móc lepiej ukryć swoje uszy. Kładła je po sobie. Musiały ją boleć.
- W domu miałem takie nauszniki... Trochę wyciszały... Ale teraz ich nie mam - zacząłem, ale ona mi przerwała. Podniosła głowę i popatrzyła na mnie z wyzwaniem w oczach:
- Nauczysz mnie zmiany w człowieka?

<C.D.N.>

środa, 26 grudnia 2018

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 2

Lipiec 2022
Tego dnia spałam bardzo niespokojnie. Co chwila budził mnie trzask kolejnego złamanego pnia, albo łoskot staczających się kamieni, nie wspominając już nawet o wyjącym wietrze. Nawet gdybym zdołała zablokować ten hałas swoją mocą, nie utrzymałabym efektu po zaśnięciu. Po którymś z kolei przebudzeniu, wyobraziłam sobie, iż mam jedno z tych zaklęć tymczasowo wyciszających okolicę, które można było kupić u Juana. Szkoda, że na terenie watahy nie ma żadnego handlarza jednorazowymi zaklęciami. Wydałabym na nie jeszcze więcej oszczędności, niż na stosy kart po zakończeniu festynu. 
Kiedy znów na chwilę odpłynęłam, nagle poczułam dziwny powiew magii któremu towarzyszyło wyjątkowo głośne tąpnięcie. Nie spodziewałam się czegoś takiego, więc odruchowo podskoczyłam na równe łapy. Spostrzegłam, że w mojej jaskini pojawił się gość. Był nim jakiś członek Watahy Czarnego Kruka. Rozpoznałam to głównie po zapachu, lecz także po dominujących ciemnych odcieniach sierści. Nie potrafiłam jednak połączyć tego osobnika z żadnym znanym mi imieniem. 
- Lind, Suzanna kazała mi przekazać, że dzisiaj nie musisz wykonywać codziennego obchodu granicy - wyrecytował pośpiesznie wilk. 
Zamrugałam oczami, próbując odegnać skołowanie spowodowane wyrwaniem ze snu.
- Um... dziękuję za informacje - odparłam. - Skąd taka nagła zmiana? 
- Alfy postanowiły, że wszelkie patrole i polowania będą się teraz odbywać tylko w pobliżu Gór. Dlatego też grafik i podział obowiązków może być nieco inny, niż zwykle - wytłumaczył samiec.
- A... jasne... 
Zaraz po naszej krótkiej wymianie zdań, basior przygotował się do opuszczenia nory w taki sam sposób, w jaki się tu znalazł - za pomocą teleportacji. Chciałam spytać, jak się nazywał, jednak posłaniec od przywódczyni watahy już rozpłynął się w powietrzu, zostawiając za sobą niebieskawą aurę magii. 
Czyli to, o czym mówił mi Crane, było prawdą; od teraz Alfy przekazują najważniejsze informacje poprzez kilku wyznaczonych członków stada, którzy umieją się teleportować. Według mnie był to całkiem dobry sposób. Burza w końcu nadal trwa, a z dnia na dzień jest coraz gorzej. Ryzyko, że posłaniec zostanie narażony na niebezpieczeństwo, wychodząc poza swoją norę, jest bardzo wysokie. Przypomniałam sobie, iż ostatnio już wszystkim zabroniono opuszczać jaskinie. Jedynym wyjątkiem są patrole oraz polowania, bo przecież ktoś musi zapewnić watasze pożywienie i pilnować, czy obcy nie wykorzystują okazji do ataku.

Wróciłam na swoje posłanie i spróbowałam znów zasnąć. Niestety, nie zdało się to na nic. Zrozumiałam, że pewnie jest już noc. Przez to, w jakim czasie zwykle odbywała się moja warta, wewnętrzny zegar nie pozwalał mi sypiać po zmroku. Od ponad roku jestem przyzwyczajona do nadrabiania zasłużonego odpoczynku popołudniami. Parę razy zdarzyło się, że zostałam poproszona o zastąpienie kogoś, albo wymianę czasu i miejsca obchodu, ale było to naprawdę rzadkie zjawisko. Poleżałam jeszcze kilka krótkich chwil, po czym wstałam, niezbyt mając pojęcie, co tak właściwie teraz ze sobą zrobię. 
Zauważyłam, iż Ting nie zajmował żadnego ze swoich ulubionych miejsc na półce skalnej. Przeniósł się przed próg, chociaż rozszalały wicher z całych sił starał się go przewrócić. Postanowiłam podejść do mojego towarzysza i usiąść kawałek za nim, nieco bardziej ukryta przed zawieją. Na początku odmieniec nie zwrócił na mnie uwagi. Chciałam zacząć rozmowę, ale przez nieznośne wycie wiatru na zewnątrz, sama nie usłyszałam własnych słów. Skupiłam się więc i użyłam mocy, żeby wytworzyć przed wejściem do jaskini ścianę z powietrza. Ostatnio robiłam to coraz częściej więc wychodziło mi coraz lepiej. Ting spuścił wzrok z czarnego nieba i kątem oka zerknął w moją stronę. Po tym, wyciągnął przed siebie łapę i dotknął lekko falującej, prawie zupełnie przezroczystej ściany z powietrza. 
- Która to już bezgwiezdna noc? - spytałam, przypomniawszy sobie, że kilka miesięcy temu mój towarzysz zaczął obliczenia. 
- Straciłem rachubę - odparł smętnym głosem odmieniec. - Ale na pewno sięgnąłem stu dwudziestu. 
Skinęłam głową, ale nie odezwałam się. Zdałam sobie sprawę, jakie to było głupie pytanie, skoro i tak nie znam żadnych większych liczb. Między nami zapadła cisza. Wpatrywaliśmy się oboje w świat zewnętrzny, jednak Ting był wyraźnie skupiony na niebie. Byłoby to dziwne zachowanie z jego strony, gdyby przykrywały je zwyczajne chmury. Skoro jednak mówimy o czarnofioletowych obłokach, odmieniec był jakby zainteresowany ich widokiem. Oczywiście nie patrzył na nie tak samo, jak na gwiazdy. Nie wyglądał na zahipnotyzowanego i nieobecnego, raczej na... szukającego czegoś. Może starał się zrozumieć, skąd się wzięły i co oznacza ich obecność. 
W pewnym momencie niebo ponad szczytem Gór przeciął fioletowy piorun. Nie powstrzymałam cichego "wow". Chociaż zjawisko wyglądało groźnie, miało w sobie też pewne piękno. Po kilku sekundach dotarł do nas także grzmot. Nawet pomimo utrzymywanej przeze mnie ściany, pozostał słyszalny, jednak nie na tyle, by sprawić moim wrażliwym uszom ból. 
- Dobrze, że jesteśmy daleko od serca burzy - pomyślałam na głos. 
- Ale na jak długo? - mruknął Ting. 
- Dobre pytanie - westchnęłam. - Też martwisz się, co będzie, jeśli burza nie ustanie szybko? - dodałam po chwili, pozwalając sobie na odrobinę szczerości. 
- Sam nie wiem - strażnik oparł pysk na łapie. - Ale coś mi mówi, że to będzie jeszcze trwać i trwać... 
Spojrzałam na miejsce, w którym wcześniej pojawił się piorun. Nie było już po nim żadnego śladu. Zaczęłam wodzić wzrokiem po terenie dookoła mojej jaskini. Niestety przez brak światła mogłam dostrzec jedynie niewyraźny zarys szlaku. Doszłam do wniosku, że nie czuję się komfortowo pośród takiej ciemności. Poprosiłam Tinga, żeby zapalił jedną z tych swoich ptasich czaszek na kiju. Odmieniec sięgnął do plecaka i bez słowa spełnił moją prośbę. Trochę mnie to zdziwiło, ale nie skomentowałam nadzwyczajnego zachowania mojego towarzysza. W świetle "pochodni" widziałam, jak wiele wyrwanych z korzeniami roślin, całych gałęzi i odłamków skał przelatuje dookoła jaskiń. Nieopodal mojej nory przetoczyło się kilka sporych kamieni. Jeden z nich spadł z niewielkiego urwiska poniżej i rozpadł się na drobne kawałki, uderzając z niewiarygodną prędkością w twarde podłoże. 
Poczułam dziwny niepokój. Wstałam z miejsca i wróciłam wgłąb jaskini. Uznałam, że tutaj będę czuć się nieco bezpieczniej. Usiadłam na swoim legowisku i owinęłam łapy ogonem. Nie przestałam podtrzymywać ściany z powietrza przed wejściem. Nagle o tę barierę obił się wielki głaz, pewnie pochodzący ze szczytu. Trafiłby tuż przed nos Tinga, lecz zanim zdążyłam mrugnąć okiem, odmieniec już odruchowo odskoczył. Stał teraz pół metra ode mnie. 
- Przydałoby się jakieś trwałe zabezpieczenie przy tym wielkim wyjściu, nie uważasz Ting? - spytałam. 
- Chyba pierwszy raz masz jakiś dobry pomysł - mruknął w odpowiedzi strażnik Wichury. - Tylko musisz jeszcze wymyślić z czego je zrobić - zaznaczył. 
Rozejrzałam się po swoim lokum. Kolejno przejechałam wzrokiem po chropowatych ścianach. Później, spojrzałam na półkę w skale, na której leżał stos drogich kamieni i kolorowych otoczaków znad Wodospadu. Spod nich wystawało kilka kartek, dawno zarysowanych i zapisanych po obu stronach. (Ja byłam odpowiedzialna za rysunki, a Ting za słowa i zdania. Jedno nie było związane z drugim; odmieniec nie miał pozwolenia na zajmowanie miejsca na papierze swoimi gryzmołami po kto-wie-jakiemu). Zerknęłam też na kilka kości rozrzuconych tu i tam, które pozostały po moim dzisiejszym posiłku. Zatrzymałam wzrok dopiero na wypchanej torbie znajdującej się obok posłania. Nic, co było w tej norze, nie podsunęło mi żadnego pomysłu. 
W międzyczasie Ting zdjął plecak i położył go ostrożnie pod ścianą, po czym wydobył zeń swoje banjo. Ostatnio przestał opuszczać moją jaskinię, więc korzystał z tego instrumentu znacznie częściej. Na początku nie było to takie złe, jednak teraz miałam już trochę dość tej muzyki w jego wykonaniu. 
- Będziesz znów grać? - westchnęłam, na samą myśl o kolejnych piosenkach. 
- Nie, policzę sobie ile moje banjo ma strun. Może przez noc pojawiła się nowa - odparł Ting, jednak nie użył tego samego, uszczypliwego tonu, jakiego bym się spodziewała. Strażnik pozostawał jakiś nieswój. 
"Czy powinnam mu się dziwić? Przez dwa lata zwiedzał ze mną do woli otwarte tereny, a teraz znów siedzi zamknięty w kamiennym pomieszczeniu. Nawet jeśli czasem spędzał całe dnie w mojej jaskini, fakt, że mógł z niej w każdej wyjść, zmieniał wszystko" - pomyślałam. 

<CDN>

Uwagi: brak

piątek, 21 grudnia 2018

Od Torance "Szczenię" cz. 6

Luty 2020r.
Kiedy tylko dostrzegłam wysoką sylwetkę Shena, nie mogłam się powstrzymać, by nie rzucić się w jego stronę biegiem. Moje kroki były ciche, jednak gdy zauważyłam siedzącą obok samca niewielką wilczycę o białej sierści, zdałam sobie sprawę, że niepotrzebnie się starałam – nawet stado smoków lądowych nie odciągnęłoby jego uwagi od Navri.
Uśmiechnęłam się na tą myśl. Jako dobra przyjaciółka starałam się wspierać Shena w jego próbach zdobycia serca najmłodszej wilczycy. Owszem, była między nimi spora różnica wieku, ale czyż wśród dorosłych par nie zdarzały się większe? Liczyło się jedynie to piękne uczucie, które – jak miałam nadzieję – pewnego dnia połączy tę dwójkę.
- Hej! - zawołałam, siadając z rozmachem tuż obok Shena i zmuszając go tym samym do przysunięcia się w stronę Navri. - Nie przeszkadzam wam?
Wilczyca skinęła mi głową w odpowiedzi i cicho zaprzeczyła. Niemal w tym samym czasie odezwał się Shen.
- Cześć, Tori – uśmiechnął się w moją stronę Ashe – Może trochę.
Odwzajemniłam uśmiech, postanawiając udawać przed waderą, że był to jedynie żart. Dostrzegłam jednak lekkie rozdrażnienie u basiora, który niewątpliwie chciał spędzić trochę czasu sam na sam ze swoją ukochaną.
- Mówiłem poważnie, idź sobie – wilk próbował uderzyć mnie łapą, ale zdążyłam się uchylić przed jego przyjacielskim atakiem.
- Dobra, dobra. Moment – przewróciłam demonstracyjnie oczami i przyjrzałam się mojej młodej przyjaciółce, która patrzyła na nas z typową dla niej obojętnością – Jak ty z nim tyle wytrzymujesz, co?
Navri wzruszyła ramionami, co wywołało oburzone parsknięcie u najstarszego szczeniaka.
- Zdrajca – mruknął niezadowolony samiec, by po chwili skierować na mnie zniecierpliwione spojrzenie – Coś od nas chciałaś?
- Posiedzieć w miłym towarzystwie, ale to chyba nie jest możliwe – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem, nie biorąc do siebie słów skrzydlatego – Szukam Yuki.
Navri, słysząc jej imię, zdawała się wybudzić z lekkiego letargu. W jej oczach niemal było wypisane pytanie: „po co?”, jednak szybko się opanowała.
- I pytasz się nas? Przecież wiesz, że jej unikamy.
Skinęłam głową zniecierpliwiona.
- No właśnie. Dlatego będziecie wiedzieć, gdzie jej nie ma – odpowiedziałam, jakbym tłumaczyła im różnice między wiewiórką a sarną.
Shen w odpowiedzi pokręcił głową.
- Nie wiem nic.
Westchnęłam nieszczególnie zadowolona i pospiesznie się żegnając, odeszłam szukać dalej mojej cudownej opiekunki, która powinna już dawno wrócić do naszej jaskini. Od jakiegoś czasu samica wracała do jaskini co raz później. Niestety, gdy pytałam o powód jej spóźnień, ta zbywała mnie jedynie nieprzyjemnym komentarzem.
Tego dnia szczególnie zależało mi na obecności Yuki – w końcu obiecała mi skontrolować moje postępy w nauce czytania, które tak mnie zainteresowało ostatnimi czasy. Po tym jak zaczęłam odróżniać wszystkie literki oraz poprawnie je nazywać – było to znacznie trudniejsze, niż mogłabym się tego kiedykolwiek spodziewać – przystąpiłam do samodzielnych ćwiczeń pod nieobecność samicy, a dzisiaj...
W oczach stanęły mi łzy. Było mi tak przykro, że wilczyca o mnie zapomniała. Może stwierdziła, że skoro uzyskała nade mną pełne prawa opieki, to nie musi się już tak starać? W końcu zaczęła się spóźniać niedługo po zdaniu relacji Alfie z moich pierwszych dwóch miesięcy jako jej podopieczna.
Zrezygnowana postanowiłam jednak przerwać poszukiwania i wrócić do jaskini, by tam poczekać na ciemnoszarą samicę.

- Gdzie byłaś? - usłyszałam przerażająco lodowaty głos, gdy tylko postawiłam łapę w jaskini. Wzdrygnęłam się, słysząc go. Już od dawna nie używała go względem mnie...
- Szukałam cię – powiedziałam cicho, czując jak moja sierść zaczyna się jeżyć pod naporem jej surowego spojrzenia. Uśpiona obawa przed wilczycą nagle całkiem przejęła moje myśli.
- Byłam cały czas tutaj.
Skinęłam pospiesznie głową i starając się opanować delikatnie drżenie, które wstrząsało moim ciałem, usiadłam w pobliżu Yuko
- Następnym razem masz czekać do mojego powrotu, jasne? - spytała, już nieco mniej groźnym tonem. 
- D-dobrze. - wyjąkałam nadal przestraszona.
Yuki przyjrzała mi się spod zmrużonych powiek, by po chwili potrząsnąć lekko łbem i podejść do stosu książek, które polecił mi bibliotekarz. Obserwowałam jak przegląda je i prycha, gdy spostrzegła najgrubszą z wypożyczonych powieści, która – według opisu – miała opowiadać o miłości dwójki młodych elfów. Nie mogłam się doczekać, by zacząć ją powoli wertować, ale... Chyba wolałabym, żeby w tym momencie nie stała nade mną moja opiekunka.
W końcu wilczyca wybrała jedną z książek z krótkimi opowiadaniami i dała mi znak, żebym się zbliżyła.
Usiadłam tuż obok Yuki, by jak najlepiej widzieć zapisane w środku zbioru litery. Czułam na sobie nadal chłodny wzrok wilczycy, gdy uważnie podważałam pazurem okładkę. Otwieranie i przewracanie stron książek było najgorsze w całym tym czytaniu. Wilcze łapy całkowicie się do tego nie nadawały, a wątpiłam, by kiedykolwiek udało mi się zmienić w człowieka. W końcu dopiero co odkryłam w sobie jakąkolwiek moc, a zaledwie za kilka miesięcy kończyłam naukę w szkole.
- „Tru...jąca” - przeczytałam powoli nagłówek i zerknęłam na Yuko, która w odpowiedzi jedynie wzruszyła ramionami. Widocznie nie miała zamiaru powiedzieć mi, czy popełniłam jakiś błąd. Westchnęłam cicho i ponownie spojrzałam na czarne znaki. - „Słyszała ci... ciszy... szelest, dźwiąk rozsu... rozsu-wa-ją-cej sią pod jej naborem ziemi. Czuła ją wo...kół siebie i oddyszała głąboko, wyo...bra...żając sobie świat”. Jest dobrze?
Yuko tylko westchnęła poirytowana.
- Co robiłaś przez ostatnie tygodnie?
- Czytałam...? - odpowiedziałam cicho, niepewna czy powinnam w ogóle się odzywać.
- Ach tak? Czytałaś? - powtórzyła po mnie samica, unosząc w niedowierzaniu brwi. - Nie nazwałabym tego czytaniem.
Stwierdziłam, że najrozsądniejszym wyborem będzie pozostanie w milczeniu. Wolałam nie denerwować dodatkowo mojej opiekunki.
Obserwowałam w ciszy, jak wilczyca mruży oczy i przeklina pod nosem. Nie skupiałam się na słowach, którymi mnie określała, a jedynie jej kąśliwym i pełnym niezadowolenia głosie.
Po jakimś czasie zamilkła, by dosłownie chwilę później westchnąć.
- Po pierwsze, ta litera – wskazała pazurem na odpowiedni znak, by po chwili pokazać kolejny – a ta, to dwie różne i wymawia się je w inny sposób. „E” z ogonkiem czytamy jako „ę”, a nie „ą”. Zapamiętaj to w końcu.
Skinęłam głową.
- „Ę” - powtórzyłam po samicy.
- I nie spiesz się tak bardzo. Lepiej przeczytać wolniej, ale dobrze, niż szybko i błędnie - poradziła samica – Teraz powiedz mi jeszcze, co robiła bohaterka tego opowiadania.
Zaskoczona pytaniem, którego się nie spodziewałam, zamknęłam oczy i próbowałam przypomnieć sobie, co przed chwilą przeczytałam. Po chwili odezwałam się trochę niepewnie:
- Wychodziła z ziemi?
- Pytasz czy odpowiadasz?
- Odpowiadam – powiedziałam, starając się brzmieć możliwie jak najbardziej pewnie – Wychodziła z ziemi i wyobrażała sobie świat. Nie rozumiem tego. Co ona robiła w tej całej ziemi? I czemu musiała sobie wyobrażać świat. Nie widziała go wcześniej?
Yuki wzruszyła ramionami.
- Tego prawdopodobnie dowiemy się w dalszej części opowiadania. Dobrze, że choć czytasz z karygodnymi błędami, rozumiesz najważniejsze rzeczy. Gdyby nie to, to już całkiem straciłabym nadzieję odnośnie twojej edukacji.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc w ogóle się nie odezwałam. Przez kilka chwil trwałyśmy w takiej niezręcznej ciszy, jedynie patrząc sobie w oczy. Ciekawiło mnie o czym myślała dorosła wadera, jednak zanim zdążyłam skupić się na wykrywaniu emocji, ta odchrząknęło trochę niezręcznie i poprosiła mnie – należałoby raczej powiedzieć, że kazała. Yuki praktycznie nigdy nie prosiła – żebym przeczytała jeszcze raz, powoli i dokładnie pierwszy akapit.
Nachyliłam się nad książką i zaczęłam powoli wyszeptywać zapisany w opowiadaniu tekst.
- „Słyszała cichy szelest, dźwięk rozsuwającej się pod jej naporem ziemi. Czułą ją wokół siebie i oddychała głęboko, wyobrażając sobie świat.” - przeczytałam powoli, lecz pewnym głosem. 
Gdy skończyłam wymawiać ostatnie słowo, podniosłam wzrok na nauczycielkę polowań. Wilczyca skinęła mi głową, a ja wyczuwałam cichą, niemal niezauważalną dumę. Yuki była ze mnie dumna. Ta myśl sprawiła, że nie potrafiłam powstrzymać szerokiego uśmiechu wstępującego na mój pysk.

Uwagi: Zgubione słowo.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 1

Marzec 2022
Dookoła mnie panowała ciemność. Taki był urok wszystkich ostatnich nocy. Warstwy fioletowych chmur już od miesiąca nie znikają z nieba. Bardzo rzadko odsłaniają Słońce, a co dopiero oczekiwać widoku księżyca czy gwiazdy po zmroku. Kłęby dziwnie zabarwionej pary wodnej może nie byłyby wielkim problemem, gdyby nie przywiodły tu ze sobą stale nasilających się wichrów, których nawet wspólnymi siłami nie zdołaliśmy uspokoić.

Szłam powoli wzdłuż brzegu Wschodniej Plaży. Tony piachu uciekały mi spod łap i starały się dotrzeć do mojego pyska niczym rój wściekłych much. Nie próbowałam powstrzymać całej burzy piaskowej, ale użyłam mocy, żeby utworzyć barierę z powietrza dookoła swoich oczu, uszu i nosa. Z każdym kolejnym smagnięciem gwałtownego wiatru odnosiłam wrażenie, iż zaraz i ja zostanę porwana w górę, tak jak okruchy skalne. 
Lecieć z taką samą lekkością, będąc jednocześnie pozbawionym wyboru, dokąd trafisz. W ten sposób można przebyć ogromne odległości, ale równie dobrze można spaść od razu na ziemię i zniknąć pośród miliardów podobnych sobie...
Potrząsnęłam głową. Nie czas na rozmyślanie o losie ziarnka piasku podczas burzy. Muszę skupić się na swoim zadaniu. Mam przebyć wyznaczoną trasę i pilnować, czy nikt nieproszony nie zakrada się na nasze terytorium. Przy takiej pogodzie, marne szanse, że cokolwiek zobaczę, ale przecież zostały mi jeszcze inne zmysły.
Nagle poczułam pod poduszkami łap zimne, twarde podłoże. Zatrzymałam się zdziwiona. Już dotarłam do podnóża Gór? Mogłabym przysiąc, że Wschodnia Plaża była znacznie dłuższa. Przecież pokonuję jej długość codziennie przy okazji nocnej warty. Ruszyłam dalej przed siebie, gotowa w każdej chwili napotkać pionową ścianę skalną. Jednakże czas mijał, a grunt ani myślał się podnieść. Chwilami zdawało mi się nawet, że schodzę coraz niżej.
"Czyżbym przez tę fatalną widoczność pomyliła kierunki?", pomyślałam zdezorientowana.
Postanowiłam wzbić się w powietrze, ponad chmurę piasku z plaży i zorientować w terenie. Przywołałam skrzydła, po czym od razu wystartowałam. Powinnam była się jednak spodziewać, że szalejący wiatr nie odpuści okazji i zacznie targać mną na wszystkie strony. Tak więc, wykonałam kilka niezamierzonych pełnych obrotów i innych niekontrolowanych akrobacji. Oczywiste, iż mój błędnik natychmiast zwariował od tego wszystkiego. Zupełnie straciłam orientację, gdzie jest góra, a gdzie dół. Dopiero po czasie zdołałam odzyskać kontrolę nad kierunkiem lotu i z pewną trudnością, wyleciałam z burzy piaskowej, z całych sił ignorując mdłości. 
Wyżej wiatr nie był wiele słabszy, jednak stąd mogłam przynajmniej zlokalizować ostre szczyty gór. Jak się okazuje, wcale nie zboczyłam z trasy mojego codziennego patrolu. Zmierzałam cały czas w dobrym kierunku. Odetchnęłam z ulgą i ostrożnie wróciłam na ziemię. Szkoda, że nie mogłam pozostać w powietrzu. Suzanna wyraziła się jasno; przez większą część obchodu tej granicy terenów, mam trzymać się ziemi. Pomiędzy Górami a Plażą Wschodnią jest zbyt wiele miejsc do ukrycia się. Zwłaszcza teraz, kiedy nie można już tu polegać na zmyśle wzroku. Pokręciłam pyskiem, wspominając słowa Alfy. 
"W taką pogodę nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałaby przedrzeć się przez plażę" - mruknęłam sama do siebie w myślach.
Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego już teraz czułam pod łapami skały, a grunt się obniżał. Połowa piasku plaży została rozegnana na cztery strony świata przez ten dziwny, nieokiełznany wicher. Jak mogłam nie wpaść na to od razu? 
W końcu dotarłam do ścieżki prowadzącej na łańcuch górski. Zaczęłam wspinać się coraz wyżej. Po krótkim marszu tą trasą wyrwałam się z męczącej chmury wirującego piachu. Stopniowe odzyskiwanie orientacji w terenie było niezwykłym uczuciem. Po prostu odzyskiwałam wzrok. Dodatkowo, kamienna ściana zablokowała dużą część wiatru, więc stawianie kolejnych kroków przychodziło znacznie lżej. Prawdziwa ulga. Wkrótce dotarłam do odcinka szlaku, gdzie skały doszczętnie już przesiąkły specyficznym zapachem członków Watahy Czarnego Kruka. Znalazłam się blisko przydzielonych im jaskiń. Podobno wiele osobników tego stada przyzwyczaiło się do nocnego trybu życia. Jednakże moje dzisiejsze obserwacje przeczyły tym pogłoskom. Wokół ich nor panowała absolutna pustka. Wycie wiatru przerywały tylko pojedyncze pomruki śpiących wilków. Zazdroszczę im, że nie mają problemów z zaśnięciem w takich warunkach. 
Wspinałam się dalej. Przywołałam znów skrzydła, tym razem żeby wlecieć na nieco oddaloną półkę skalną. Wiatr zaszumiał głośniej. Zastrzygłam uszami i zbliżyłam nos do ziemi. W dalszym ciągu nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi. Jedynie coraz wyraźniej słyszałam i czułam uderzenia zimnego wichru. Do tego dziwnego typu, dręczącego nasze terytorium nie pałałam miłością, więc niechętnie zbliżałam się do szczytów wyznaczających granicę. Ani na chwilę nie rozganiałam utworzonych z żywiołu skrzydeł. Może znów zarzuci mną jak suchym liściem, ale przynajmniej nie skręcę karku, jeśli potknę się i spadnę. Chociaż... Kilka lat temu spadłam z większej wysokości i jakoś żyję... ale nie chcę tego powtarzać. 
Stanęłam na szczycie. Ledwo, ale zdołałam utrzymać równowagę, pomagając sobie nieco skrzydłami. Nagle kątem oka zauważyłam jakieś światło. Obróciłam głowę w tamtą stronę. Odgarnęłam włosy i dostrzegłam promienie słoneczne wyłaniające się spomiędzy szarofioletowych chmur. 
- Wschód. Nareszcie. - szepnęłam. Moja warta lada chwila się kończy. Muszę już tylko dotrzeć do końca tego łańcucha górskiego i przez resztę dnia jestem wolna. Łatwizna. 
Ruszyłam znów przed siebie, wbijając w miarę możliwości pazury w podłoże. Interesujące, ile czasu można stracić przez - delikatnie mówiąc - kiepskie warunki pogodowe. Zwykle docierałam do tego miejsca na długo przed wschodem Słońca. Niezależnie od pory roku. 
*** 
"Tarcie cząsteczek wody i lodu... napięcie elektryczne...wyładowanie... piorun..." 
Brzmi to dosyć abstrakcyjnie. Elektryczność powstająca z wody i lodu. Co lepsze, teoretycznie ja mogę przyczynić się do wytworzenia "wyładowania elektrycznego" używając mocy powietrza. Oczywiście, jeśli wierzyć tej książce i wyjaśnieniom Joela. Naprawdę cieszę się, że mamy w watasze kilka wilkołaków obeznanych w podstawach różnych dziedzin ludzkiej nauki. 
Zamknęłam leżący przede mną tom i odpłynęłam w świat własnych myśli. Powinnam wreszcie spróbować wytworzyć "napięcie elektryczne". "Należy wprawić cząsteczki w ruch, zwiększyć tarcie"... Jeśli się uda, to zupełnie jakbym opanowała dwa żywioły, albo nawet trzy, mając we krwi zaledwie jeden. Coś niezwykłego...
Wtem przypomniałam sobie o czymś jeszcze. Zaczęłam znów kartkować wypożyczony z Biblioteki egzemplarz. Szukałam fragmentów o tarciu w odniesieniu do temperatury materiału. Po upływie niecałej minuty znalazłam właściwy akapit. Zaczęłam znów czytać i skupiłam całą uwagę na interesującej treści. Ktokolwiek dopisał na okładce tego wydania podtytuł "Poznaj swój żywioł" naprawdę wiedział co robi. 
Nagle do jaskini wdarł się wyjący wiatr z zewnątrz i przewrócił połowę stron książki. Moim oczom ukazała się karta tytułowa. Westchnęłam. Że też nie mam czym zasłonić tego wielkiego wejścia do jaskini. Wstałam i wyjrzałam na zewnątrz. Nic się nie zmieniło; nadal jest szaro i pusto, a dookoła fruwają uschłe elementy roślin i tumany kurzu. Ile to jeszcze będzie trwało? Czym w ogóle jest ten dziwny wiatr i jeszcze dziwniejsze chmury unoszące się nad naszym terytorium? Czy jedno zjawisko ma bezpośredni związek z drugim?
Kiedy tak zadawałam sobie pytania bez odpowiedzi, w mojej głowie pojawił się nowy pomysł. Skierowałam wzrok w kąt jaskini, gdzie siedział mój towarzysz. Trzymał na kolanach Wichurę Płomieni i ostrożnie polerował jej brzegi.
- Powiedz mi Ting... - zaczęłam rozmowę.
- Co mam ci powiedzieć, Pierzasta? - odmieniec podniósł nieznacznie głowę i spojrzał na mnie. Jednocześnie przerwał wykonywaną dotychczas czynność. 
- Myślisz, że dałoby się użyć mocy Wichury... - skinęłam na wspomniany artefakt - ... żeby poradzić coś na tę nienaturalną zawieruchę? 
- Myślę, że to byłoby możliwe, gdyby ktoś najpierw zapanował nad tą skumulowaną energią. Znasz kogoś, kto już to zrobił? - spytał na wpół złośliwym tonem. Wiedział dobrze, iż ten drażni mnie najbardziej ze wszystkich dostępnych. 
- Muszę w ogóle odpowiadać na to pytanie? - rzuciłam. - Nie, bo energia wciąż jest w naczyniu - prychnęłam. 
- To najpierw pomyśl o okiełznaniu mocy Wichury, potem o jej wykorzystaniu, Pierzasta - odparł Ting spokojnym głosem. - Żebyś mogła coś upolować, musisz poczekać aż wyrosną ci zęby.

<CDN>

Uwagi: kilka przecinków.