Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 24 września 2018

Od Lind "Skrzydlata wadera" cz. 4 (cd. Valkoinen)

Czerwiec 2021 r.
Crane ruszył w naszym kierunku. Futro na karku Valka nagle stanęło dęba. Całe jego ciało spięło się, jakby było gotowe do ataku. W pierwszej chwili nie rozumiałam takiej reakcji. Dopiero po upływie kilku sekund przypomniałam sobie, że wilki z Watahy Czarnego Kruka w tym także Crane, mają zupełnie inny zapach. Być może właśnie to zaniepokoiło towarzyszącego mi basiora. Mógł po prostu uznać brązowego samca za wroga. Nie zwlekając ani chwili dłużej, postanowiłam uspokoić nowego znajomego:
- Nazywa się Crane. Pochodzi z tej drugiej watahy - wytłumaczyłam. Valk skinął głową na znak, że rozumie, jednak nie rozluźnił się prawie wcale.
Brązowy basior dotarł do nas i przyozdobił swój pysk przyjaznym uśmiechem. Albo nie zauważył bojowej postawy albinosa, albo postanowił ją zignorować.
- Cześć, Crane - przywitałam kolegę.
- Cześć Lind, dobrze cię znów widzieć - przytulił mnie na przywitanie. Nie protestowałam, ponieważ robił tak już wcześniej. Bardzo lubiłam taki gest powitalny.
Kątem oka dostrzegłam, że Valk nieznacznie odwrócił od nas wzrok i podniósł głowę jeszcze wyżej. Przez głowę przemknęło mi, że może być zazdrosny. Kiedy wreszcie brązowy basior wypuścił mnie z objęć, zwrócił się do towarzyszącego mi wilka:
- To ty jesteś Valkoinen, prawda?
Podniosłam uszy. Chwila... jak on go nazwał?
- Skąd znasz moje imię? - rzucił wojownik lodowatym tonem.
- As mi mówił o tobie - wytłumaczył Crane i wykonał pół kroku w tył. Chyba myślał, iż albinos zaraz się na niego rzuci.
- Ty znasz Asa? - zapytał niebieskooki basior.
- Oczywiście. Rozmawialiśmy nawet dzisiaj - padła odpowiedź.
- Nie powiedziałeś mi, że nazywasz się "Valkoinen" - wtrąciłam, spoglądając białemu samcowi prosto w oczy.
- To co ja ci powiedziałem? - zdziwił się wojownik. Wyraz jego pyska momentalnie złagodniał.
- Że jesteś "Valk".
"Pewnie kolejny używający skrótu na co dzień... W sumie ładne to jego pełne imię" - pomyślałam.
- Uch, wybacz mi Lind... - mruknął albinos. - Jakoś częściej używam tego i... i to już odruch... - Zaczął nerwowo wyjaśniać sytuację i przepraszać, zapewne w obawie, że uraził mnie przedstawiając się byle skrótem. Na jego pysku pojawił się wyraz wstydu, a w oczach prośba o przebaczenie. Wypuściłam powietrze i posłałam koledze uśmiech.
- Hej, nie ma sprawy. Nie jeden wilk w watasze tak robi. Nie jestem zła na ciebie - uspokoiłam go.
- Tak? To dobrze - stwierdził z ulgą Valkoinen.
Odgarnęłam grzywkę, która wdarła mi się znów w pole widzenia. Chyba kiedyś ją sobie utnę przy samym czole. Spojrzałam na Crane'a, który wyłączył się na chwilę z rozmowy. Spoglądał w ziemię. Kontemplował nad czymś z dziwnym skupieniem. Chrząknęłam i zaczęłam nowy temat, uwzględniający także jego:
- Będziesz na dzisiejszym koncercie, Crane?
- A wiesz, że jeszcze się nad tym nie zastanawiałem? - samiec w sekundę wrócił na ziemię. - Wy się wybieracie? - przekrzywił głowę.
- Ja raczej nie. Pewnie będę już powoli wracać do siebie. A ty, Valk?
- Nie, też nie idę - mruknął albinos.
- A szkoda - stwierdził Crane. - Podobno... - urwał i spojrzał na mnie.
- Podobno..? - czekałam, aż dokończy.
- Albo nie, jednak nic - mruknął brązowy samiec. - Masz coś przeciwko, żebym cię odprowadził do jaskini?
- Znam drogę, ale towarzystwo też jest mile widziane - odparłam z uśmiechem. - A właśnie... - spojrzałam na Valkoinena. - Trafisz do swojej nory, Valk?
- Yhym. I tak będziemy iść w tę samą stronę - wydukał, jakby coś więcej pchało mu się na język.
Teraz na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że wolałby sam ze mną wracać. Zupełnie, jakby to dzisiejsze spotkanie było randką. Chociaż... czy kolacja we dwoje to już randka?
- No to chodźcie - ruszyłam przed siebie, jak gdyby nigdy nic.
Minęliśmy obecnie pustą "Polanę Animatorów". Udeptana przez dziesiątki kolekcjonerów kart trawa prawie nie szeleściła pod naszymi łapami.
- Jak ci się podoba nasza wataha, Valkoinen? - zapytał Crane. Widać nie miał ochoty maszerować w ciszy i postanowił wykorzystać okazję, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o nowym znajomym.
- Jest w porządku - odparł krótko biały basior, zerkając nieznacznie na rozmówcę.
- Okazałe tereny, co nie? Prawdziwa utopia, jeśli chodzi o zasoby potrzebne wilkom i nie tylko - zachwalał brązowy samiec.
Rozumiałam jego nadal trwający zachwyt. Z tego co mi opowiadał, większość życia spędził pośród umierających drzew na terenach Watahy Asai, żywiąc się śmierdzącą padliną, co dzień wdychając dym i swąd siarki. Połączenie terenów i watah było wielką zmianą dla członków Watahy Czarnego Kruka, bez wątpienia na lepsze.
- Tia, powiedzmy - mruknął w odpowiedzi Valk, bez przekonania. Mało energii wkładał w słowa. Wyglądał jakby wolał się skupić na omijanych pniach, niż na moim prywatnym źródle informacji o drugim stadzie.
- Szkoda tylko, że sporo tutaj niebezpiecznych kreatur - westchnęłam.
- "Sporo"? - zdziwił się Crane. - W porównaniu z tym, co widziałem na terenach Watahy Asai to nic. Możesz normalnie iść napić się z górskiego źródła i wrócić do jaskini bez głębszych ran.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie miałam porównania z tym, jak się mieszkało na wyniszczonych terenach drugiej watahy. Prawdę mówiąc, nigdy tam nawet nie byłam. Ja terytorium Watahy Magicznych Wilków mogłam zestawiać tylko z moim rodzinnym domem, gdzie nie było nawet odmieńców, a co dopiero smoków, wyvernów, czy innych hydr.
Dotarliśmy na Wrzosową Łąkę. Po scenie amfiteatru krążył Kai. Zabawiał stamtąd widzów, opowiadając swego rodzaju anegdoty. Większość znajdujących się w pobliżu wilków co jakiś czas pomrukiwało z rozbawieniem. Przez moment rozważałam pozostanie tutaj jeszcze chwilę, jednak koniec końców odrzuciłam ten pomysł. Powiedziałam kolegom, że już wracam do siebie, dziwnie by było tak nagle zmienić zdanie. Do tego w jaskini czeka na mnie książka o żywiołach, którą powinnam wreszcie zacząć czytać.
- Co tym masz tak właściwie z okiem, Crane? - zapytał Valk, po niezbyt długiej przerwie w rozmowie.
- Nazywa się to heterochromią - odpowiedział brązowy basior.
Interesujące... Tylko co to znaczy? Sama byłam ciekawa, jednak ja nigdy nie zebrałam się na odwagę, żeby zapytać Crane'a o tę cechę charakterystyczną. Założyłam, że może nie lubić o tym rozmawiać.
- Różne kolory barwnika w tęczówce. Nic aż tak nadzwyczajnego - dodał samiec z drugiej watahy.
- Hmph... - po tym dziwnym mruknięciu Valk spojrzał znów przed siebie.
Po jakimś czasie trawę pod naszymi łapami zastąpiły skały. Zbliżaliśmy się do Jaskiń. Przewidywałam, że lokum Valkoinena będzie bliżej Wilczego Szpitala, niż moje, jednak biały basior nadal nigdzie nie skręcał. Podejrzewałam, że może nie chciał zostawiać mnie sam na sam z Crane'm i wolał odprowadzić aż pod wejście do nory. Wreszcie stanęliśmy przed moim lokum. Brązowy wilk jeszcze raz mnie uściskał, tym razem na pożegnanie. Dodał, że za dwa dni będzie mógł oprowadzić mnie po okolicy opuszczonej twierdzy Asai. Z moimi mocami, powinniśmy poradzić sobie z tamtejszymi trującymi oparami. Po tych słowach, posłał mi ostatni uśmiech tego dnia i poszedł w swoją stronę: do wyżej położonych jaskiń wilków z drugiego stada. Skierowałam wzrok na Valkoinena. Patrzył na mnie z trudnym do określenia wyrazem pyska.
- Zobaczymy się jutro? - zapytał.
- Jeśli będziesz chciał - przytaknęłam. - Chętnie spędzę z tobą więcej czasu.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Wyglądasz na w porządku gościa. - Przynajmniej tyle mogłam wnioskować z tych kilku godzin spędzonych z nim. Żeby kogoś lepiej poznać, potrzeba więcej czasu. A jak się kogoś pozna, będzie można ocenić, czy warto ciągnąć tę znajomość.
- Dzięki. Ty też. Znaczy... e... - chrząknął. - Mówiłem ci już to z resztą, wyglądasz na sympatyczną waderę - dokończył szybko wypowiedź.
- No tak, pamiętam - zaśmiałam się. - Możemy już jutro wziąć udział w jakiejś konkurencji festynowej.
- Dobrze. Do zobaczenia, Lind.
Biały samiec zawrócił i już po chwili zniknął mi z oczu. Zostałam sama przy wejściu do jaskini.
Zaczynałam naprawdę utwierdzać się w przekonaniu, że Valkoinen'owi nie chodzi tylko o jakąś tam znajomość w watasze na start. Kogo ja próbuję oszukać, to spotkanie pewnie było pierwszą próbą zdobycia moich względów. Tak myślę, tak by mi się zdawało...
Jeśli to prawda to... nie wiem jak się czuć i jak zachowywać. Udawać, że się nie domyślam, czy może powiedzieć wprost, że wiem co jest grane? Pozostaje też jeszcze jedna kwestia; czy będę chciała odrzucić jego zaloty, czy nie. Całe szczęście, że na tę decyzję mam nieco więcej czasu.
Hm... Sama siebie zaskakuję. Prędzej spodziewałabym się po sobie wielkiej radości z posiadania adoratora, niż zafrasowania nad całą sytuacją i tym, jak powinnam postąpić. Chyba wreszcie zaczęłam dorastać. Dziwne uczucie.
Odwróciłam się na pięcie i weszłam do jaskini. Wspomniana wcześniej książka, leżała w kącie. Zapewne Ting przejrzał ją pierwszy.

<Valkoinen?>

Uwagi: Brak daty!

piątek, 21 września 2018

Od Asgrima "Starcie kretynów" cz. 1 (Cd. Valkoinen)

Luty 2021r.
Pogoda była okropna. W życiu nie widziałem niczego takiego, jak to, co teraz się działo. Owszem, słyszałem o zmianach klimatycznych i innych takich rzeczach, do których doprowadzili ludzie, ale... Szarofioletowe chmury, które niemal codziennie zakrywały niebo raczej nie były spowodowane przez człowieka, prawda?
Chciałem wiedzieć, co to było. Dlaczego światło słoneczne było tak chłodne? Czemu wiatr, który wiał tak mocno, że często obawiałem się, że porwie moją małą partnerkę i zabierze w siną dal, nie dawał się kontrolować wilkom o odpowiednich żywiołach?
Wszystko było tak dziwne, tak nierealne, że bolał mnie od tego łeb. Na dodatek czułem w kościach, że to był początek.. Niestety, nie wiedziałem czego.
Próbowałem pytać wszystkich, ale nawet najstarsze i najmądrzejsze wilki nie mogły mi odpowiedzieć. Wszyscy chodzili niepewni, co przyniesie każdy kolejny dzień, a nawet kolejne kilka chwil. Czy to niepozorne drzewo, które rosło tu odkąd pamiętają najstarsi z watahy nagle nie runie i nie zabije kogoś z naszych?
Przez to wszystko my, technicy, mieliśmy łapy pełne roboty. Ledwo zdążyliśmy coś zreperować, to już psuło się następne kilka rzeczy. Wspominałem o tych wichurach, prawda? Bo to była głównie ich wina.
Zwierzęta również zdawały się wyczuwać, że coś jest nie tak. Rzadko opuszczały swoje kryjówki, a to sprawiało, że mieliśmy problemy z polowaniami. Zima zawsze oznaczała, że wszyscy nieco schudną, ale teraz... Teraz można było nas nazwać Watahą Anorektycznych Wilków...
Tego dnia postanowiłem się choć trochę rozerwać. Wszyscy już dawno stracili chęci do zabawy i festyn pustoszał. Nie dziwiłem się. Kto normalny wychodziłby z własnej woli w taką pogodę?
Miałem zbierać się do wyjścia, gdy usłyszałem ciche pokasływanie.
- Gdzie idziesz? - spytała Tori.
Odwróciłem pysk w jej stronę i uśmiechnąłem się delikatnie, gdy dostrzegłem jej potargane futro. Kilka dni temu dopadła ją paskudna grypa i wilczyca straciła wszelakie chęci na układanie sierści. Gdyby nie jej wymęczone spojrzenie, wyglądałaby całkiem uroczo.
- Chcę ostatni raz pobawić się na festynie. No wiesz, zanim go zamkną przez ten głupi wiatr – odparłem. - Poza tym przydałoby się nazbierać trochę liści lipy.
Wilczyca skinęła łbem i głośno kaszlnęła. Skrzywiłem się, słysząc ten odgłos. Szkoda, że oprócz robienia głupich herbatek nie mogłem jej jakoś pomóc. Nie mogłem patrzeć, jak się tak męczy.
- Baw się dobrze – powiedziała, przymykając oczy.
Przyglądałem się jej przez chwilę i westchnąwszy, wyszedłem.
Miałem zamiar udać się od razu na festyn, gdy przypomniałem sobie o pewnej małej obietnicy sprzed kilku miesięcy. Uśmiechnąłem się do siebie i obróciłem się, kierując w stronę jaskini mojego kolegi.
Już jakiś czas temu podał mi, gdzie mieszka, ale dopiero gdy zapewniłem go, że nie zdemoluje wnętrza pod jego nieobecność. Jakbym nie miał nic lepszego do roboty...
Porywisty wiatr targał moje futro i powoli zaczynałem wątpić, czy wyjście w taką pogodę to dobry pomysł. No i czy były jakieś szanse, że muskularny, biały samiec zgodzi się, gdy przedstawię mu moją propozycję?
Pokręciłem pyskiem i przyspieszyłem, chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Na moje szczęście – lub właśnie nieszczęście, bo to już zależało od sytuacji – grota, którą zamieszkiwał Valk nie była daleko. Wlazłem do niej bez zaproszenia i rozejrzałem w poszukiwaniu samca. Dostrzegłem go dość szybko i to w bardzo nietypowej sytuacji.
Wielki, masywny wilk o nieco przerażającej bliźnie na pysku stał w jednym z kątów, a gdy się odwrócił w moją stronę dostrzegłem bukiet kwiatów, niewątpliwie zerwanych w Magicznym Ogrodzie.
- Cześć – przywitałem się, wchodząc głębiej do jaskini. - To dla mnie? Nie trzeba było!
Valkoinen odłożył delikatnie kwiatki na ziemię i zmierzył mnie spojrzeniem. W odpowiedzi wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Przez ostatnie miesiące narodziło się między nami niezłe porozumienie i jeśli miałem być szczery, to mogłem zaliczyć tego albinosa do mojego grona przyjaciół. Oczywiście, nigdy bym się do tego nie przyznał.
- Nie, ty żywy jesteś – odparł z pełną powagą.
- Ranisz me serce – jęknąłem i uniosłem łeb do góry, żeby dodać wszystkiemu odpowiednią nutę dramatyzmu. - To dla kogo?
Basior nie odpowiedział, na co przewróciłem oczami.
- Dla Lind, no nie? Stary, przecież wiem, że za nią latasz jak... - zacząłem, jednak Valk nie pozwolił mi skończyć.
- Mhm... Coś chciałeś?
Jeśli myślał, że uda mu się tak łatwo zmienić, to... Miał rację. Chciałem jak najszybciej to załatwić, a żeby podokuczać mu o miłości jego życia będę miał jeszcze wiele okazji.
- Pamiętasz, że obiecałeś mi dogrywkę?
Valk uniósł brwi, nie rozumiejąc, o co mi chodziło.
- Dogrywkę? - powtórzył.
- Aha. Dogrywkę – potwierdziłem. - W tym konkursie o fantastycznych istotach.
Wilk zdawał się dalej nie wiedzieć, o czym mówiłem. Postanowiłem dać mu chwilę na przetworzenie informacji. Nie wszyscy byli tak genialni jak ja.
- Teraz?
Wzruszyłem ramionami.
- A kiedy masz czas?
Valk ruszył w stronę wyjścia, żeby zobaczyć, gdzie prawdopodobnie znajdowało się to dziwne słońce. Wiedziałem, że było jeszcze wcześnie. Do południa zostało jeszcze trochę czasu, ale kto wie, kiedy mój przyjaciel miał swoją randkę marzeń.
Po chwili samiec wrócił i rzuciwszy, krótkie spojrzenie na bukiet kwiatów leżący na ziemi, odparł:
- Teraz.
Skinąłem łbem i wyszedłem z jaskini. Od razu uderzył mnie mocny wicher, na co się skrzywiłem. Zdecydowanie nie podobała mi się ta pogoda.
Po chwili wilk zrównał się ze mną. Szliśmy w ciszy – Valkoinen był tak zamyślony, że prawdopodobnie nawet nie słyszał, co do niego mówiłem. A może po prostu mnie ignorował?
Szybko dotarliśmy niewielką polanę przy której siedział mężczyzna o jasnobrązowych włosach. Ze względu na porę roku był ubrany ciepło, jednak nie wpłynęło to znacząco na kolorystykę jego stroju – Joel jak zwykle miał na sobie ubrania w różnych odcieniach brązu i beżu.
Nad powiewającym na wietrze szalikiem błyszczały ciemnoniebieskie oczy. Niewątpliwie mężczyzna dostrzegł nas już jakiś czas temu.
Wymieniliśmy przywitania i w końcu nadszedł czas, kiedy to podaliśmy powód naszego przybycia.
- Naprawdę chcecie wziąć w tym udział teraz? - mężczyzna wykonał kółko dłonią, na którą była założona brązowa rękawiczka. Zapewne miał na myśli cały czas nasilający się wiatr.
- Później może nie być okazji – odparłem, a Valk potaknął krótko.
Jo skinął głową i sięgnął po zbiór kartek, które pokazywał nam późnym latem Dan. Miałem nadzieję, że zapamiętałem kilka istot po ostatnim razie i uda mi się zwyciężyć. Pal licho karty, po prostu chciałem wygrać.
Usiedliśmy obok siebie na ziemi, a Joel postanowił zostać przy stanowisku. No tak, ziemia zimą nie była zbyt komfortowym miejscem do siedzenia dla człowieka.
- Powodzenia – uśmiechnąłem się do mojego przeciwnika – Postaraj się nie przegrać tak szybko.
Wilk mruknął coś w odpowiedzi i skierował wyczekujące spojrzenie na animatora. Nie przestając się uśmiechać, również wbiłem wzrok w kartki.
- Pamiętacie zasady? - spytał mężczyzna. Jego głos był lekko stłumiony przez materiał, który zakrywał mu usta i nos.
Czym prędzej skinąłem łbem, a Valk nieco niepewnie przytaknął.
- Za każdą rozpoznaną istotę, którą wam pokażę, zdobywacie punkt. Zwycięża ten, który jako pierwszy uzbiera dziesięć punktów – wyjaśnił pokrótce animator. Tym razem oboje pokiwaliśmy łbami.
Joel odwrócił pierwszą kartkę. Ukazał się nam naprawdę dziwny obraz. Postać na nim przypominała ludzką, jednak jej kończyny były trochę za długie, a głowa zbyt duża. Nie posiadała ona oczu, a za nozdrza służyły jej dwie dziurki. Dłonie istoty były zwieńczone przerażającymi długimi i grubymi szponami o czarnym kolorze. Z paszczy wystawały ostre zęby i bardzo długi język. W skrócie: wyglądała przerażająco, jednak przypominała mi coś, co miałem okazję spotkać nie raz w mieście. Wzdrygnąłem się na samo wspomnienie.
- To jest... - zaczął Valk. - Em... No, tak.
- Czy to kobieta podczas okresu? - postanowiłem zaryzykować.
Jo spojrzał na mnie jak na idiotę, by po chwili się roześmiać. Był to dość jasny znak, że nie trafiłem. W takim razie pozostała mi jedynie nadzieja, że Valkoinen nie dostanie nagle cudownego objawienia i dobrze odpowie. Na szczęście jego inteligencja nie była specjalnie wysoka...
- Kobieta podczas czego? - zmrużył brwi mój przeciwnik.
- Okresu – odpowiedziałem, ale samiec zdawał się nadal nie wiedzieć, o co chodzi. Westchnąłem teatralnie i wyjaśniłem – Cieczka u ludzi. Samice są podczas lub przed nią nieźle zirytowane na wszystko, co żyje i nie żyje.
Basior mruknął coś pod nosem. Między nami zapadła cisza, którą przerwał animator oznajmiając nam, że pomimo oczywistego podobieństwa, obraz przedstawiał demona zwanego hekaią.
Następnie z uśmiechem na swojej ludzkiej twarzy, przełożył kartki. Tym razem ukazała nam się zdecydowanie końska sylwetka. Szara sierść zwierzęcia znajdowała się na białym tle, więc nie było widać zbyt dobrze wszystkich szczegółów. Dostrzegłem skrzydła i już miałem powiedzieć, że jest to jakiś podgatunek pegaza, gdy zauważyłem jeden malutki, malusieńki szczegół. Skrzydlaty koń miał łeb, który niewątpliwie był ptasi. Nie wyglądał on zbyt naturalnie – na moje oko ktoś zestawił ze sobą dwa przykładowe rysunki, ale postanowiłem wyjątkowo tego nie komentować.
- To już było... - usłyszałem niski głos.
Zerknąłem na Valkoinena, który w zamyśleniu uderzał ogonem o twardą ziemię. Coś mu się kojarzyło, a gdy ponownie zwróciłem pysk w stronę dziwacznej istoty, odpowiedź uderzyła mnie niczym masywne kopyto zwierzęcia. Podskoczyłem podekscytowany i powiedziałem dumnym głosem:
- To hipogryf.
Animato uśmiechnął się do mnie i pokiwał powoli głową.
- Punkt dla ciebie.
- No chyba nie... – mruknął Valk.
Posłałem mu wesoły uśmiech.
- Co jest, staruszku? Czyżby problemy z pamięcią?
- No coś ty. Po prostu daję ci fory.
Prychnąłem z rozbawieniem, słysząc małe rozdrażnienie w głosie mojego przeciwnika. Taka gra mi się podobała... Lubiłem wygrywać. Podobało mi się uczucie, że mam od kogoś większą wiedzę, a kiedy konkurowałem z kimś starszym i bardziej doświadczonym, moje poczucie wartości wzrastało. Niestety, przez miesiące życia bez pamięci, która nadal nie wróciła w całości, a której powroty skończyły się niemal całkowicie, nie często miałem okazję wyróżniać się wiedzą. No i problemy z magią... Niemal słyszałem słowa mojej byłej mentorki, Vestar: Byłeś taki zdolny... Szkoda, że nic z tego nie pozostało.
Westchnąłem przeciągle. Wątpiłem, by moje zdolności wróciły kiedyś w takim stopniu, w jakim bym chciał. Już nawet nie wspominając o uczeniu się całkiem nowych, znacznie trudniejszych rzeczy. Chociaż tyle, że moja pamięć do roślin i mikstur pozostała całkiem dobra...
- Wiem!
Z rozmyślań wyrwał mnie czyjś pełen ekscytacji krzyk. Zaskoczony i może troszkę, tak naprawdę odrobinkę przerażony, odskoczyłem na kilka kroków od Valkoinena.
Biały samiec spojrzał na mnie jak na idiotę i parsknął śmiechem.
- Mógłbyś się tak nie drzeć? - poprosiłem trochę zirytowany. Już drugi raz braliśmy udział w tym konkursie i drugi raz niemal przyprawił mnie o zawał, a przecież byłem tak odważny! To zdecydowanie był okropny atak na moją biedną dumę i godność osobistą.
Wilk odpowiedział uśmiechem, a blizna na jego pysku sprawiła, że wydał się on nienaturalnie szeroki. Był to mało przyjemny i trochę straszny widok.
- No więc... To jest górski gnoll. – Valk zwrócił się do animatora. Pod koniec się trochę zawahał, by dodać po chwili nieco niepewnie – Lind mi o nim mówiła...
Joel przyznał mu rację i uśmiechnął się znacząco. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale chyba się rozmyślił i jedynie posłał białemu oczko.
Nie miałem ochoty przyglądać się jak Valky się zawstydza, więc odwróciłem wzrok i spojrzałem na kartkę, która w którymś momencie musiała się zmienić, bo przedstawiała tym razem całkiem inne stworzenie. Jego sylwetka – bo to na pewno był on – była potężna. Stał na dwóch łapach, których szpony w prawdziwym świecie pewnie byłyby długości moich uszu. Na krótkim, choć nieco przypominającym wilczy, pysku widniał jeszcze bardziej szkaradny uśmiech niż ten mojego białego kolegi. Ubrany był w skąpe ubrania, a w przedniej łapie trzymał ogromny, kamienny młot. Jego szyję zdobił naszyjnik z kości, na którego widok poczułem ścisk w żołądku. W sumie jedyne w tym potworze co nie napawało mnie odrazą i czymś w rodzaju obawy, to ruda sierść. Zawsze podobało mi się futro w tej barwie i potrafiłem docenić je nawet na takiej szkaradzie. Chociaż wyglądałoby o niebo lepiej, gdyby nie było ciągle przetykane białymi bliznami.
Tym razem uważnie obserwowałem jak animator przekłada obrazki. Szybko rozpoznałem istotę, która na nim była. Poplątane łby wężów nie mogły przecież oznaczać czegoś innego niż hydrę, która narobiła nam tyle kłopotów ostatnim razem, prawda?
- Hydra! - zawołałem w tym samym czasie co Valk i niemal od razu jęknąłem. Wszystko tylko nie powrót synchronizacji!
- Niestety, ale jest to Scyliw.
- Scy-co? - zmarszczyłem brwi. Że co? Przecież to musiała być hydra! Te wężowe łby! Te żabie oczy i ludzka sylwetka! Chwila... Ludzka sylwetka?!
- Scyliw – powtórzył animator, a ja i Valk wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Czas na wspaniały powrót dziwnych nazw... Jakże się stęskniłem!
Szybko okazało się, że to był bardzo demoniczny początek i jeśli chodzi o głupotę to wraz z moim przeciwnikiem szliśmy łeb w łeb. Po wszystkim łeb mi całkiem pękał, więc bez słowa zabrałem zdobyte karty i odszedłem w stronę Magicznego Ogrodu. Postanowiłem poszukać w nim coś na ból głowy. Może miętę? Bardzo lubiłem jej zapach, więc mógłbym przy okazji nanieść trochę do jaskini. Tor z pewnością by się nie obraziła...

<Valk?>

Wygrane karty: brązowe: 2x Ryby, Wojownik, Bibliotekarz, Bransoletka Życzeń; srebrne: Ogień, Xeral, Białe Królestwo; złote: Asai.

Uwagi: Z tego co mi wiadomo herbatki na przeziębienie robi się z kwiatów, a nie liści lipy.

wtorek, 18 września 2018

Od Torance "Nauczycielka na pół etatu" cz. 2

Kwiecień 2021r.
Przyglądałam się jaskini, w której zaledwie miesiąc temu zamieszkał Asgrim. Był to tak krótki czas, a jednak już na pierwszy rzut oka było widać zmiany. Wąska, praktycznie zarośnięta ścieżka zmieniła się w dobrze wydeptaną dróżkę, którą mój narwany przyjaciel przechodził dziesiątki razy dziennie. Brzydkie chaszcze po bokach zostały mniej-więcej uprzątnięte już dawno temu i teraz wszystko wokół wyglądało znacznie bardziej przyjaźnie.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie wysokiej, ludzkiej sylwetki mojego przyjaciela. Odkrył ją stosunkowo wcześnie i twierdził, że dłonie są znacznie bardziej przydatne w takich sprawach jak plewienie, niż łapy i zęby. Niechętnie musiałam mu przyznać rację – szło mu znacznie sprawniej niż mnie.
Zerknęłam na niebieskie, w kilku miejscach zakryte ładnymi, białymi chmurami, niebo. Przyszłam dzisiaj nieco wcześniej i strasznie mi się nudziło. Nie miałam jednak odwagi zajrzeć do przytulnej groty mojego przyjaciela, więc siedziałam nieopodal, rozglądając się wokół.
W końcu usłyszałam kroki. Odwróciłam szybko łeb, by zobaczyć skradającego się Asgrima. A przynajmniej próbującego się skradać.
- Za głośno – skomentowałam, wstając.
Na pysk samca wstąpiło niezadowolenie.
- Nigdy cię nie przestraszę, co? - mruknął.
- Codziennie mnie przerażasz.
Wilk zmarszczył czoło nieco zdezorientowany.
- Co? Jak?
- Myślisz, że widok twojego krzywego pyska jest przyjemny? - zapytałam, marszcząc nos. As nie odpowiedział, tylko przesłał mi groźne spojrzenie. Miałam nadzieję, że go nie obraziłam. Praca w nim w takiej sytuacji nie należała do przyjemnych.
As zbiegł najszybciej jak umiał – a to oznaczało wolno – i próbował się na mnie rzucić. Postanowiłam się nie dać i odsunęłam się, unikając tym samym ataku. Wilk próbował się zatrzymać, jednak potknął się o własne łapy i już po chwili leżał na ziemi.
Zmierzyłam go rozbawionym spojrzeniem, gdy próbował się podnieść.
- Naprawdę myślałeś, że ci się uda? - spytałam, tłumiąc śmiech.
- Ćwiczyłem... - mruknął, wstając. - Gdzie dzisiaj idziemy?
Udałam głębokie zamyślenie i wzruszyłam ramionami. Tak naprawdę miałam wszystko zaplanowane już od dawna i wprost nie mogłam się doczekać, gdy będziemy mogli spróbować to zrealizować.
- Myślałam o Jeziorze.
- O nie... - jęknął basior. - Ale nie zamierzasz mnie znowu utopić, prawda?
Uśmiechnęłam się diabolicznie.
- Jeśli dobrze ci pójdzie...
As wzdrygnął się, jak miałam nadzieję, bardziej na żarty niż naprawdę i uśmiechnął. Nawet w obliczu śmierci ze strony tak niewinnej i małej waderki jak ja nie potrafił powstrzymać entuzjazmu.

Po drodze minęliśmy stanowiska, w których można było zdobyć karty. Musiałam przyznać, że nie ciągnęło mnie do nich. Wystarczająco dużo miałam z nimi zabawy podczas wymiany na nagrody oraz tłumaczenie mniej ogarniętym wilkom, że jedna karta z kolekcji nie upoważnia do odebrania przedmiotu, ani że nie mogą u mnie wymienić jakiejś na dowolną, inną. Niby tak oczywiste, ale szybko okazało się, że kilka osób nie ogarniało takich rzeczy... Na moje nieszczęście.
- Próbowałaś już? - spytał w pewnym momencie samiec.
- Czego? - zmrużyłam oczy, nie do końca rozumiejąc pytania.
- Konkurencji, no a czego?
- Ach... Nie i chyba nie spróbuję. Jakoś nie mam ochoty. A ty?
- Nie, ale chcę. Szkoda, że ty nie zamierzasz. Słyszałem o istnieniu jakichś dwuosobowych. Moglibyśmy spróbować.
Zastanowiłam się nad słowami Asa. Choć nie miałam zbytniej ochoty uganiać się za kartami to perspektywa rywalizacji lub właśnie współpracy z moim przyjacielem była całkiem ciekawa.
- Spoko – uśmiechnęłam się – Jak się dowiesz czegoś więcej, to możesz powiedzieć. Raz mogę spróbować.
Staruszek posłał mi podejrzliwe spojrzenie spod przymrożonych oczu.
- Kim jesteś? - spytał, lekko przyspieszając. Bez trudu go dogoniłam. Pomimo tego, że miał znacznie dłuższe łapy, to ja byłam szybsza. Ogólnie miałam znacznie lepszą kondycję. Gdziekolwiek się wychował, nie ćwiczył zbyt wiele.
- Tori, twoja przyjaciółka. Chyba nie wróciła ci amnezja, co? - spytałam, uderzając go ogonem.
- Nie... - zamyślił się, starając się powstrzymać uśmiech, wykwitający na jego pysk – Nie możesz być jednak moją Tori. Za szybko się zgodziłaś na coś takiego.
- Twoją? - uniosłam brwi. Starałam się, by mój głos nie zdradzał zawstydzenia, które mnie uderzyło, gdy basior wypowiedział to słowo. Reszta wypowiedzi trochę mi umknęła.
- Oczywiście. Przecież wiem, jak mnie kochasz.
- Coś ci się pomyliło, skarbie – uśmiechnęłam się, jednak nie mogłam się zmusić by posłać mu tak pasujące do sytuacji pobłażliwe spojrzenie. Zamiast tego dalej zawstydzona odwróciłam wzrok. Chociaż tyle, że mój głos nie wydawał się spłoszony i mogłam normalnie mówić. Dzięki ci, Losie.
Wilk w odpowiedzi prychnął. Czułam na sobie jego rozbawione spojrzenie, jednak wolałam tego nie komentować.
Między nami zapadło milczenie, które trwało nieprzerwanie do chwili, kiedy to stanęliśmy nad taflą ciemnej wody. Bez słowa usiedliśmy przed jeziorem, a ja skierowałam wzrok w dół, obserwując nasze nieco zniekształcone odbicia.
As siedział obok i wpatrywał się w gdzieś w drugi brzeg jeziora. Nie musiałam widzieć jego szaroniebieskich, przypominających mi swoim wyglądem burzowe chmury, oczy, by wiedzieć, że pobłyskują.
Nie potrzebowałam również magii, by wyczuć, że wilk rozmyśla o swoim dawnym życiu. Mówił, że wspomnienia powoli do niego wracają, że pamięta jak się poznaliśmy ten pierwszy raz, jeszcze jako szczeniaki dopiero wkraczające w szkolne życie. Uśmiechnęłam się delikatnie na wspomnienie rozbawionego spojrzenia i nieco nostalgicznego tonu, kiedy mi o tym opowiadał. Żałowałam, że nic z tego nie pamiętałam. W przeciwieństwie do tego, co spotkało mojego przyjaciela, wymazanie moich wspomnień było bardzo dokładne i pomimo upływu wielu lat, wróciło tylko kilka niewyraźnych obrazów, parę głosów i scenek, często całkiem wyrwanych z kontekstu.
Frustrowało mnie to. Miałam tyle pytań, zwłaszcza teraz, odkąd ten idiota przyszedł w towarzystwie Hitama na mój patrol. Czułam, że to wszystko, nasza utrata pamięci jest jakoś powiązana, że zrobiły nam to te same osoby. A na dodatek ten zachrypnięty głos, o którym wspominał Asgrim... Miałam bardzo dziwne przeczucie, że jego właścicielka jest ważna i mogłaby nam całkiem wiele powiedzieć. Dopóki jednak As nie przypomni sobie wystarczająco wiele nie mieliśmy szans na poznanie odpowiedzi na te wszystkie zagadki i tajemnice.
Usłyszałam ciche chrząknięcie. Podniosłam łeb i obróciłam się w stronę mojego przyjaciela, który musiał już jakiś czas temu wyrwać z rozmyślań. Pokręciłam gwałtownie pyskiem, wracając do rzeczywistości.
- Ehm... Ten... - ponownie odchrząknął. - Co robimy?
- Polujemy na ryby – odpowiedziałam i bez zastanowienia wskoczyłam do wody. Starałam się zrobić jak najmniejszy rozprysk, ale cichy okrzyk Staruszka oznaczał, że niekoniecznie mi się to udało.
Po chwili dotarła do mnie pewna oczywistość: woda była zimna. No tak, wiosna dopiero się rozpoczęła i zwykłe źródła nie zdążyły się choć odrobinę ocieplić. Zawsze o tym zapominałam, zwłaszcza, że mieliśmy do dyspozycji gorące źródła Wodospadu.
Wymusiłam uśmiech i zanurkowałam, żeby szybciej przyzwyczaić się do niekoniecznie przyjemnej temperatury. Mój przyjaciel wziął to chyba za zachętę typu: Chodź! Jest tutaj prawie jak przy Wodospadzie!
Wielki, cynamonowy wilk wskoczył do Jeziora, a z jego pyska wyrwał się okrzyk, gdy zderzył się z zimną wodą. Wynurzyłam się i obserwowałam z rozbawieniem jak przebiera łapami.
- Mogłaś powiedzieć, że to nie jest ciepłe! - zawołał, gdy tylko mnie dostrzegł.
W odpowiedzi jedynie wzruszyłam ramionami i podpłynęłam do miejsca, w którym mogłam normalnie stać. Wilk nie przestając marudzić, podążył za mną.
- Nie ruszaj się – poleciłam, gdy znalazłam się w miejscu, gdzie woda sięgała mi połowy łap. As stanął tak, żeby być na podobnej głębokości w stosunku do jego wzrostu.
Oboje zamarliśmy i już po chwili ryby zaczęły nas ignorować, podpływając coraz bliżej. Gdy któraś z nich smagnęła moją łapę, ledwo powstrzymałam się przed drgnięciem. Wiedziałam jednak, że musiałam jeszcze chwilę poczekać.
Raz... Dwa... Trzy!
Wykonałam szybki ruch łapą i jeszcze szybciej zanurzyłam pysk. Już po chwili trzymałam bezskutecznie miotającą się średniej wielkości rybę. Zacisnęłam szczęki, pozbawiając ją tym samym życia i wyszłam na ląd. Zostawiłam moją zdobycz przy brzegu, na kępce niedawno wyrośniętej trawy.
- Teraz ty – spojrzałam na mojego przyjaciela, który przyglądał mi się z lekko otwartym pyskiem.
- C-co? Ale jak?
Westchnęłam i spojrzałam ku niebu. Z prawej strony zaczęły nadchodzić szarawe chmury, zapewne zwiastujące deszcz.
- Musisz poczekać, aż ryby zaczną cię ignorować. Żeby tak się stało nie możesz nawet drgnąć, ani się odezwać. Gdy poczują się wystarczająco bezpiecznie zanurzasz pysk i je łapiesz. Nie umiem tego wytłumaczyć. To trzeba wyćwiczyć – wyjaśniłam.
- Mhm.. „To trzeba wyćwiczyć”... - powtórzył, krzywiąc się. Basior zdecydowanie nie lubił ćwiczyć takich rzeczy.
Otrzepałam się i usiadłam przy brzegu. Widząc, że nie mam zamiaru nic dodać czy też choćby zareagować na jego słowa, samiec westchnął dramatycznie. Następnie skierował wzrok w wodę i zamarł.
Po kilku chwilach zwierzątka podpłynęły do niego. Basior zareagował jak zwykle nieco zbyt impulsywnie i niemal od razu się na nie rzucił. Może by to zadziałało, gdyby nie to, że nie był wystarczająco szybki i zwinny, więc ryby mu uciekły.
Na dźwięk zębów uderzających o zęby, skrzywiłam się.
As wynurzył pysk i wypluł wodę.
- Odczekaj chwilę, zanim zaatakujesz – poradziłam, nie ruszając się z miejsca. Wilk przewrócił oczami, jednak przy najbliższej okazji skorzystał z mojej rady.
Nie dostrzegałam żadnych błędów w jego taktyce. Po prostu brakowało mu wprawy, a do tego potrzebował ćwiczeń. Stwierdziłam, że nie ma sensu, żebym ciągle go obserwowała – nie był szczeniakiem. Sam bardzo dobrze sobie poradzi.
Oddaliłam się kawałek dalej i również weszłam do wody. Postanowiłam również coś upolować dla watahy. Zawsze przyda się trochę świeżego mięsa.

Kilkanaście ryb upolowanych później usłyszałam głośny okrzyk radości. Zwróciłam pysk w stronę miejsca, z którego się wydobywał i dostrzegłam jak ociekający wodą, brązowy wilk odprawia dzikie tańce z sporą rybą w pysku. Uśmiechnęłam się na ten widok. Nareszcie...

C.D.N.

Uwagi: Brak.

sobota, 15 września 2018

Od Cess „Pierwsze łowy”

Luty 2022
Jako, że w stadzie jestem od dłuższego czasu, powinnam robić coś w kierunku, aby przydać się watasze. Rozleniwiłam się strasznie, a przecież moja łapa jest już w pełni zdrowa. Żadne „bóle” prawdziwe, czy nie, nie są usprawiedliwieniem tego, że nic mi się nie chce robić. Trzeba spiąć zadek i ruszyć do przodu. Wczorajszego popołudnia byłam u Alfy spytać się co mogę zrobić. Ta zaskoczona moją obecnością i lekko wkurzona tym, że żerowałam tylko na nich i nic, ale to nic od siebie nie dawałam, odparła gorzko, że jest kilka wolnych stanowisk. Najbardziej pasowało mi stanowisko zabijającego podczas polowań. Ruszyć mieliśmy już z samego rana. Poczułam dreszcz na plecach, na samą myśl, że mamy polować w takim zimnie i wśród egipskich ciemności. Grupa poranna nie była dla mnie odpowiednia. Jestem typem wilka, który lubi dobrze pospać. Nie chciałam jednak narazić się jeszcze bardziej, więc przytaknęłam lekko łbem i wróciłam do swojej jaskini.
Ranek był dla mnie koszmarem. Starałam się nie zaspać na swoje pierwsze polowanie. Ruszyłam w stronę wrzosowej łąki. Było strasznie zimno, a także bardzo ciemno jak na tę godzinę. Nie wiedziałam jeszcze z kim będę polować. Co prawda Alfa wspominała mi o jakiejś Yuki i Torance, ale za Chiny nie wiem kim one są i jak wyglądają. Na polanie widziałam zarysy dwóch sylwetek należących do owych wader. Podeszłam niepewnym krokiem bliżej nich i wysiliłam się na lekki uśmiech.
- Jestem Torance! - powiedziała jedna z nich i uśmiechnęła się do mnie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ona zaczęła mówić dalej. - A ty Cess zapewne! Miło cię poznać! Gotowa na polowanie? - kiwnęłam lekko łbem dając znak, że tak. Spojrzałam na drugą waderę, która obojętnym tonem rzekła:
- Yuki. A teraz chodźmy. - ruszyła truchtem w stronę lasu, a tak przynajmniej mi się wydawało, ponieważ widziałam tylko zarysy drzew.
Podczas drogi trzymałam się lekko z tyłu, i wypatrywałam, czy nigdzie nie ma żadnego zwierzęcia. Mój ogon ciągnął się po ziemi, a ja miałam nadzieję, że to nie spłoszy potencjalnego śniadania. Nagle wadery zatrzymały się, a ja uczyniłam to samo. W oddali znajdowała się mała sarna ledwo przebudzona ze swojego snu. Torance ruszyła jako pierwsza. Zatoczyła koło wokół ledwo przytomnej sarny, która nie wiedząc co się dzieje, zaczęła uciekać w losowym kierunku. Wadera jednak była szybsza i skutecznie zagradzała jej drogę. Następnie Yuki zaczęła atakować i ranić bezbronną sarenkę, która powoli traciła siły. Teraz miałam wkroczyć ja, miałam wykonać ostatni cios. Podbiegłam więc do rzucającej się zwierzyny. Starałam się na nią wskoczyć lub przewrócić. Bezskutecznie niestety. Podbiegłam do niej z drugiej strony, napierając przednimi łapami o jej grzbiet i wygryzłam się w jej szyję. Moje ostre zęby wbiły się głęboko w skórę sarny sprawiając, że zaczęła się bardzo mocno wykrwawiać, a po chwili padła na ziemię. Odsunęłam się kilka kroków od ofiary nie wiedząc zbytnio co teraz robimy.
- Brawo, masz mocną szczękę. - powiedziała Yuki, biorąc na grzbiet upolowaną zwierzynę. - Jak na pierwszy raz dobrze ci poszło. Teraz wracajmy. - zaczęła iść w stronę, z której przyszliśmy. Ja jednak zamiast od razu wrócić z nimi, poszłam nad wodospad pozbyć się krwi z pyska. Dawno nie czułam smaku świeżej krwi, lecz wolę nie być nią umazana. Robiło się coraz jaśniej.
Wracając do jaskini natknęłam się na Torance. Poznałam ją po charakterystycznym głosie. Uśmiechnęłam się do niej, a ona spojrzała na mnie podejrzliwie. Zmierzyła mnie całą wzrokiem i się nie odezwała.
- Polowania odbywają się codziennie tak? - spytałam, starając się nawiązać jakąś rozmowę.
- Cess? - zdziwiła się przybierając już normalny wyraz pyska. - Jejku, nie poznałam cię. W sumie może to przez to, że wcześniej było ciemno. - zaśmiała się cicho. - A i tak, polowania są zazwyczaj codziennie.
- Dzięki. - powiedziałam i ruszyłam w stronę swojej „nory”, aby odespać trochę. Zmęczyłam się tym polowaniem.

Uwagi: Bynajmniej to nie przynajmniej. Skąd Cess zna Chiny? Cały czas nie piszesz końcówek, np. "ziemię", "szyję" itd..