Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

wtorek, 14 sierpnia 2018

Od Asgrima "Powrót do młodości" cz. 4

Lipiec 2021r
Wyszedłem z Jaskini Alf po zdaniu raportu i od razu dostrzegłem sylwetkę mojej przyjaciółki. Siedziała kawałek od wejścia i spoglądała na inne jaskinie oraz przechodzące co jakiś czas wilki.
- Czekałaś na mnie? - spytałem z uśmiechem. Tori obróciła pysk zaskoczona i zrobiła minę, która przypominała mi zawstydzonego szczeniaczka. Urocze.
- Nie słyszałam cię. Brawo – powiedziała, nie odnosząc się do mojego pytania. W jej głosie brzmiało zmieszanie oraz podziw.
- A dziękuję, dziękuję – skłoniłem się delikatnie – Zawsze wiedziałem, że niesamowicie szybko się uczę. Ogółem jestem taki idealny...
- Chciałbyś – przewróciła oczami wadera.
- Czemu mam chcieć czegoś, co już mam? - spytałem, przekręcając łeb. Gdy wilczyca nie odpowiedziała, postanowiłem jej wypomnieć rzecz okropną – Zepsułaś moje plany. To ja miałem pójść po ciebie.
- Ach tak?
- Tak. Kiedy basior i wadera spotykają się, to samiec powinien przyjść po swoją... przyjaciółkę – skończyłem po chwili zawahania – Przez ciebie wyszedłem na kogoś niekulturalnego.
- Jakby było to coś nowego – mruknęła, wstając. Przewróciłem oczami i wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu.
- Ranisz me uczucia! Przecież ja zawsze odznaczam się nienagannymi manierami! - zawołałem dramatycznym tonem. Tori w odpowiedzi jedynie pokręciła łbem z pobłażaniem i ruszyła w stronę Zielonego Lasu. Potruchtałem za nią.
Szliśmy w ciszy. Każde z nas było oddane swoim własnym myślom i widocznie nie miało zamiaru dzielić się nimi z drugą osobą. Byłem ciekaw, co takiego tak zaprząta kudłaty łeb mojej przyjaciółki, ale nie zebrałem się na odwagę, by zapytać. Szedłem więc i zastanawiałem się nad pewną rzeczą, którą odpychałem zdecydowanie zbyt wiele razy od siebie. A była to, jakżeby inaczej, myśl o mojej kochanej przyjaciółce.
Wilczyca ta była dla mnie ważna. Musiałem w końcu to przyznać. Była moją najlepszą przyjaciółką i choć nie pamiętałem zbyt wiele z czasów naszego dzieciństwa, to właśnie tej rzeczy byłem pewien. W końcu dowiedziałem się tego znacznie wcześniej, niż własnego imienia, a to coś oznaczało.
Podobały mi się nasze relacje. Lubiłem spędzać z nią czas, ale to było coś całkiem innego, niż z innymi samicami. Ten mały rudzielec był moją piękną ostoją. Jej obecność dawała mi poczucie bezpieczeństwa i sprawiała ogromną przyjemność.
Od kilku miesięcy po mojej głowie chodziły myśli, które tak często odpychałem. Pytania zrodzone przez przypadek. Przez głupi przypadek i jeszcze głupszego i irytującego samca o białej sierści i bladoniebieskich oczach. Oczywiście, że ten idiota musiał mnie wypytywać o mój brak życia miłosnego. No nie mogło być inaczej. Zapchlony kretyn.
W każdym razie przez jedną głupią rozmowę i kilka zwykłych pytań zostałem zmuszony do przemyśleń, który nawet mój świetnie rozwinięty mózg nie potrafił szybko przetrawić.
Aż w końcu przyszło do mnie objawienie. A właściwie przyszło już kilka dni temu, ale dopiero teraz potrafiłem się do tego przyznać. Tori była dla mnie ważna, była moją najlepszą przyjaciółką, ale... To nie było to. Lubiłem ją, kochałem ją irytować, jednak nasze relacje zmieniały się. I bałem się tego, do czego może nas to zaprowadzić. Nie chciałem, żeby jedno głupie uczucie zepsuło wszystko. A jednak wiedziałem, że ten mały rudzielec zauroczył mnie do tego stopnia, że już nie było dla mnie ratunku. To było coś innego niż z każdą inną wilczycą, którą poznałem. I wszystko zdawało się dążyć do tego momentu, aż zdam sobie z tego sprawę.
Nienawidziłem siebie za to.
Nienawidziłbym siebie jeszcze bardziej, gdybym wszystko zepsuł jednym głupim wyznaniem. A patrząc na jej podejście... Nie miałem szans. I to mnie bolało. Bardzo mocno.
- As? - usłyszałem głos wilczycy, która tak zaprzątała mój umysł. Lekko otumaniony podniosłem na nią wzrok – Co się dzieje?
Poczułem, jak skręca mnie w żołądku. Czemu ona musiała nieświadomie wyczuwać emocje? Czemu musiała się zainteresować? Czemu, czemu, czemu?
- Nic - odparłem. Mój głos zabrzmiał trochę nienaturalnie, więc szybko odchrząknąłem. Nie chciałem wszystkiego zepsuć, a już szczególnie tego wieczoru... - Dlaczego pytasz?
- Kłamiesz – stwierdziła cicho. Nie odpowiedziałem na tak jawne oskarżenie – As, czuję, że coś cię dręczy. Możesz mi powiedzieć. Jesteśmy przyjaciółmi – posłała mi uśmiech, a ja stłumiłem jęknięcie.
Właśnie. Przyjaciółmi. I z tego powodu nie mogę ci powiedzieć... - pomyślałem, wzdychając cicho.
- Nie chcę o tym mówić – mruknąłem, na co wilczyca posłała mi zmartwione spojrzenie.
- Poczekam, aż zechcesz.
- A co jeśli nie zechcę? - spytałem, zanim ugryzłem się w język. Wadera nie przerywając marszu, wzruszyła delikatnie ramionami.
- Będę dalej czekać.
Stłumiłem westchnięcie. Jej też nienawidziłem. Za to, że była sobą, małą, włochatą kulką rudej sierści i musiała być tak wspaniałą – choć czasem irytującą – przyjaciółką.
Pokręciłem pyskiem i rozejrzałem się. Znajdowaliśmy się od jakiegoś czasu w Zielonym Lesie i teraz już prawie doszliśmy do miejsca, które było całkiem przejęte przez naszą wilczą restaurację. Jak przystało na późny, letni wieczór, słońce już niemal zaszło. Słoiki ze świetlikami oświetlały leśną polanę swoim delikatnym światłem. Nadawało to wszystkiemu wokół pięknego, trochę eterycznego wyglądu. Poczułem żal, gdy przypomniałem sobie, że już ponad połowa festynu była za nami. Ten widok był zbyt piękny, żeby od tak go porzucać.
- To gdzie siadamy? - zapytała Tori, gdy znaleźliśmy się przy pierwszym z konarów drzew, które miały nam służyć za stoliki. Uśmiechnąłem się delikatnie i pokazałem łapą jeden z nich. Znajdował się na uboczu, ale mi wydał się idealny. Chciałem spędzić czas z moją przyjaciółką. Nikim innym.
Wilczyca skinęła łbem i ruszyła w odpowiednią stronę. Już po chwili siedzieliśmy na niewielkich pniach drzew, a ja mogłem obserwować, jak w oczach Tori odbija się blask świetlików. Był to całkiem ładny widok.
- Tor, mam nadzieję, że kiedy będziemy zamawiać, grzecznie pozwolisz mi za siebie zapłacić – powiedziałem w pewnej chwili. Samica podniosła na mnie zszokowane spojrzenie.
- Ee... Nie?
- Jak to „nie”? - zmrużyłem oczy. Nie to, że się tego nie spodziewałem, ale... - Jesteś waderą.
- Owszem, jestem. Co to ma do rzeczy?
- To, że... - westchnąłem przeciągle. Już wiedziałem, że ta rozmowa może być trochę męcząca – Skoro basior i wadera są razem na kolacji, to samiec powinien zapłacić za swoją towarzyszkę.
- No i...?
- No i to, że masz się nie kłócić. Już i tak nadszarpnęłaś moją męską dumę, ponieważ to ja powinienem po ciebie przyjść, nie na odwrót.
Torance westchnęła teatralnie i wzruszyła lekko ramionami.
- Jak mi przykro... - powiedziała współczującym tonem. Uśmiech na jej pysku wskazywał jednak na coś całkiem innego. Już chciałem się odezwać, gdy wilczyca ponownie podniosła głos. Tym razem brzmiała stanowczo – Mam własne oszczędności. I o ile sobie przypominam, to właśnie ty nie masz zbyt wiele gwiazdek.
- Mała - jęknąłem. Wilczyca odpowiedziała mi szerokim uśmiechem – To nie powinno cię interesować. Pozwól mi się zachować jak porządny basior.
- Przepraszam, kto?
- Basior.
- Że ty?
- Że ja.
- Coś zamawiacie?
Czyiś głos wtrącił się w naszą kłótnię, na co oboje drgnęliśmy zaskoczeni.
- Yuko! - Tori zerwała się ze swojego siedzenia i przytuliła do czarnej samicy. Chwila... Co? Jak to przytuliła? Do niej?
Wadera była widocznie podobnie skołowana co ja, bo jej sylwetka się napięła, a na pysku widniał wyraz szczerego szoku. Czekałem, aż odsunie się od mojej przyjaciółki i zgromi ją morderczym spojrzeniem. Może nawet postanowi ją zaatakować? W końcu wilczyca podniosła łapy i... Opatuliła nimi małą sylwetkę Tori?!
Obserwowałem całkiem zdezorientowany i mocno zaniepokojony, rozgrywającą się tuż przede mną scenę. Moje myśli zdawały się zatrzymać, a pysk otworzył się w najszczerszym zdziwieniu.
Co. Tu. Się. Działo?
- Ktoś mi wytłumaczy, co się właśnie stało? - zapytałem, gdy wilczyce przestały się przytulać. Tori podniosła na mnie rozentuzjazmowany wzrok, a Yuko zmierzyła mnie standardowym dla niej, lodowatym spojrzeniem.
- Co masz na myśli? - w głosie mojej przyjaciółki było słychać radość oraz małą niepewność, która – jak przypuszczałem – odnosiła się do mojego pytania.
- Nieważne – mruknąłem nadal skołowany.
Tori nic sobie nie robiła z mojego stanu i zwróciła się do czarnej wilczycy.
- Nic mi nie mówiłaś, że pracujesz na festynie.
- Od kiedy mam obowiązek ci się spowiadać? - spytała groźnie czarna samica. Jednak dostrzegłem, że jej głos był nieznacznie łagodniejszy niż zwykle. A może jedynie mi się wydawało? Sam już nie wiedziałem.
- Hm, pomyślmy... Może odkąd, kiedy stałam się dojrzałą waderą i mogłabym w końcu ci pomóc?
Czekaj... CO?! - miałem ochotę zawołać.
- Dojrzałą? - powtórzyła z powątpiewaniem Yuki.
- Tak – słysząc słowa Tori, ledwo powstrzymałem jęknięcie. A gdy czarna posłała Małej groźne spojrzenie, już myślałem, że ta zaraz umrze.
- Tori...? - spytałem, czując, jak robi mi się słabo. Wilczyca posłała mi jedynie krótkie spojrzenie i już po chwili jej uwaga wróciła do Yuko. Postanowiłem jednak to przerwać i ponownie się odezwałem, bardziej stanowczo: – Tori.
- Co?
- Przestań, proszę...
- Ale przecież ja nic... - zaczęła, jednak przerwał jej zimny głos kelnerki.
- Posłuchaj swojego... Kolegi – ostatnio słowo zabrzmiało odrobinę jak przekleństwo, ale postanowiłem to olać. Nie było mi tak spieszno, żeby umierać z łap czarnej samicy.
Tori w odpowiedzi westchnęła przeciągle i posłała mi i Yuko niezadowolone spojrzenia. Oboje udawaliśmy, że nic nie zauważyliśmy.
- Zamawiacie coś czy nie?
- Zamawiamy – burknęła nadal niezadowolona Tor. Gdy Yuko posłała jej groźne spojrzenie, wilczyca powtórzyła, tylko tym razem głośniej i wyraźniej – Jaki mamy wybór?
Yuki mruknęła coś pod nosem i zaczęła przedstawiać kartę dań. Jej głos był teraz o wiele bardziej zabarwiony niechęcią niż zwykle.
Czemu właściwie taka osoba jak ona pcha się do stanowisk, przy których trzeba pracować z wilkami? To nie ma sensu... - pomyślałem.
- Poproszę naleśniki z konfiturą – odezwałem się. Brzmiały chyba najbardziej niespotykanie i najsmaczniej z tego wszystkiego, co przedstawiła nam kelnerka. Yuki skinęła sztywno głową i zwróciła łeb w stronę mojej przyjaciółki.
- A ja ciasteczka. Czekoladowe – uśmiechnęła się Tori. Nie podobał mi się ten uśmiech. Znaczy się... Był taki ładny jak zwykle, czyli bardzo ładny, ale... Coś knuła. Widziałem to po niej.
- Pracujesz na festynie czy siedzisz i jesteś równie bezużyteczna, co zwykle? - Yuki posłała Tori beznamiętne spojrzenie.
- Jestem sprzedawczynią, więc tak, pracuję.
- To będzie w takim razie cztery za wilcze łapki i siedem za naleśniki.
Skinąłem łbem, zszedłem na ziemię i zacząłem się zmieniać w człowieka. Gwiazdki powinny znaleźć się w kieszeni moich spodni. Przechowywanie w ten sposób rzeczy było dość przydatne. Już dawno zauważyłem, że wówczas nie znikały.
Już po chwili wyciągałem rękę z wilczą walutą w stronę Yuki. Ta miała już w niewielkiej torbie kilka gwiazdek, a pełen zadowolenia uśmiech Tori uświadomił mnie, skąd się wzięły.
Kelnerka wybrała z mojej dłoni odpowiednią kwotę i odeszła w stronę kuchni. Wyciągnąłem pozostałe gwiazdki na stół i zacząłem się na powrót zmieniać w wilka.
Gdy było po wszystkim, zwróciłem pysk w stronę mojej przyjaciółki. Jej uśmiech nie zbladł ani na moment.
- Musiałaś?
- Tak – ucięła krótko i na tym temat się skończył. Nie miałem pomysłu, co mógłbym jeszcze jej powiedzieć, a ona widocznie nie miała najmniejszej ochoty go kontynuować.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Od Lind "Skrzydlata wadera" cz. 2 (cd. Valkoinen)

Czerwiec 2021
Kilka uderzeń skrzydeł z wiatru wystarczyło, żeby dotrzeć na "polanę animatorów" w mgnieniu oka. Wylądowałam miękko na trawie i rozgoniłam wicher. Z cichym westchnięciem odgarnęłam posklejaną grzywkę na bok. Podczas lotu zdążyłam już zapomnieć o panującym upale. Słońce dopiero niedawno wstało, a jednak grzało jak rzadko kiedy.
Tym razem przy swoim stanowisku siedział tylko Joel. Pewnie Navri miała jeszcze lekcje, a Danny może został wezwany do pomocy jako technik. Podeszłam do samotnego animatora i skinęłam głową.
- Cześć, Jo.
- Hej, Lind - przywitał mnie, uśmiechając się szeroko. - Jak tam życie?
- Po staremu - odparłam. - Dobrze kojarzę, że teraz ty odpowiadasz za konkurencję ze skokiem do wody?
- Tak - przeciągnął się. - Będę wydawać za to karty aż do końca festynu.
- Chciałabym w takim razie zdobyć kilka - oznajmiłam, poprawiając torbę.
Animatorowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Od razu wstał i skierował się w stronę Jeziora. Podążyłam za nim szybkim krokiem. Minęliśmy Wodospad, gdzie przesiadywała Torance i jej przyjaciel Asgrim. Dyskutowali żywo o swoich sprawach, a przynajmniej tak było, dopóki As nie wepchnął towarzyszki pod kaskadę ciepłej wody. Później przechodziliśmy z Joelem przez Szczenięcą Polankę. Tym razem nie było tu nikogo; ani szczeniąt, ani nauczycieli. Ciszę rozbijał tylko szum strumienia i szelest trawy pod naszymi łapami.
Kiedy dotarliśmy już nad Jezioro, dostrzegłam kilka znajomych i nieznajomych wilków. Oczywiście wszyscy przybyli tutaj w jednym celu: ochłodzenia się w zbiorniku zimnej wody.
Zrzuciłam torbę i złapałam jedną z dłuższych lian w pysk, po czym wleciałam na gruby konar drzewa. Postanowiłam znów wykorzystać swój niezawodny sposób na tę konkurencję. Skoro działa, to dlaczego nie?
Kilka obserwujących mnie wilków odsunęło się na bok, zrozumiawszy co zamierzam. Zeskoczyłam z gałęzi i nie wypuszczając z pyska pnącza, poszybowałam w stronę Jeziora. W odpowiednim momencie puściłam lianę i zacisnęłam oczy, a następnie z głośnym pluskiem wpadłam do wody. Tak, przy takiej temperaturze to był dobry wybór konkurencji. Wspaniałe orzeźwienie. Wypłynęłam na powierzchnię i nabrałam znów powietrza. Bez szczególnego pośpiechu wróciłam na brzeg, żeby odebrać swoje karty od Joela.
***
Pod koniec naszej krótkiej rozmowy Valk stwierdził, że potrzebuje pomocy z czymś jeszcze, jednak nie sprecyzował, o co konkretnie chodziło. Oznajmił, że w tej sprawie spotka się ze mną później, po czym poszedł szukać Gai. "Ciekawe, czy jeszcze dziś na siebie wpadniemy", zastanowiłam się. Ten postawny albinos jest znacznie milszym osobnikiem, niż wygląda. Chyba kiepskie wrażenie zrobiło na mnie jego spojrzenie bladoniebieskich oczu. Chociaż... Hm... Sama nie wiem. Dopiero co dołączył, jeszcze zobaczymy, jaki jest naprawdę.
Przysiadłam na trawie i spojrzałam na rozległą scenę Amfiteatru. Przypomniałam sobie, że już wkrótce ja też na niej wystąpię. Przygotowania mojego pokazu były blisko zakończenia.
Wstałam i skierowałam się do swojego lokum. Po drodze myślałam, że powinnam sobie znaleźć jakieś zajęcie na resztę dnia. Minęłam Wilczy Szpital, Jaskinię Alf, kilka innych nor należących do członków watahy i dotarłam wreszcie do tej, którą nazywam własną. Przeszłam bez słowa obok Strażnika Wichury siedzącego na moim posłaniu. Nadal był zajęty papierowym piekłem-niebem i nawet nie zauważył, że wróciłam. W rogu swojego lokum dostrzegłam stado papierowych szpaków. Można powiedzieć, że są gotowe do odlotu. Właśnie one będą sercem mojego występu festynowego. Znów ujrzałam oczami wyobraźni ich akrobacje nad sceną i głowami wilków. Najchętniej zaprezentowałabym to jeszcze dziś...
Westchnęłam cicho. Cierpliwości, trochę więcej cierpliwości. Figurki są skończone, jednak ruch sceniczny jeszcze nie jest gotowy. Jeszcze nie.
Całe szczęście, że Bona zgodziła się pójść do miasta po zakup niezbędnych materiałów. No i oczywiście dobrze, że znalazłam w Bibliotece akurat tamtą, a nie inną książkę o origami.
Odnalazłam wzrokiem wspomniany tom. Pod nim leżały jeszcze dwa inne wydania, o których zupełnie zapomniałam. Oba przeczytałam już dawno, może warto by było odłożyć je do Biblioteki? Używając swojego żywiołu, przełożyłam niepotrzebne mi już książki do torby. Znów przeszłam obok nieobecnego Odmieńca i wyszłam na zewnątrz. Tam przywołałam skrzydła z wiatru i mijając kilka dzikich ptaków, poszybowałam w stronę Biblioteki Barwnej Duszy. Lecąc nad Magicznym Ogrodem, zauważyłam galopujący klan koni z Sho. Składał się z kilku osobników o tym samym, kasztanowym odcieniu sierści. Dawno już nie widziałam takiej grupy Sigm.
Wylądowałam przed wejściem do Biblioteki i pchnęłam drzwi. Zdjęłam torbę, po czym ułożyłam przyniesione książki obok wydania pod tytułem "Wiosny i Lata". Miałam nadzieję, że według "alfabetycznego ułożenia" powinny być tutaj. Ich nazwy też zaczynają się na "W", to powinno wystarczyć. Już zbierałam się do wyjścia, kiedy zauważyłam jakiś tom wystający spod regału. Wysunęłam go stamtąd i pochyliłam się nad okładką. Napisano na niej "Nauka i natura", jednak ktoś dopisał pod spodem "Poznaj swój żywioł". Wydało mi się to dosyć interesujące, żeby zapakować tę grubą książkę do torby i zabrać ze sobą.
Narzuciwszy z powrotem torbę, wyszłam z Biblioteki i o mało nie wpadłam na jakiegoś wilka. W ostatniej chwili odskoczyłam, uderzając mocno miednicą w półotwarte drzwi. Syknęłam, po czym spojrzałam na stojacego przede mną osobnika. To był nie kto inny, a Crane
- W porządku, Lind? - zapytał brązowoszary samiec, widząc mój grymas bólu.
- Tak, tak - odparłam, kiwając głową.
- To dobrze - westchnął. - Co cię sprowadziło do Biblioteki? - uśmiechnął się.
- Odkładałam przeczytane książki - wyjaśniłam. - A ty co tu robisz?
- Przechodziłem tylko obok, nie planowałem wchodzić do środka - popatrzył na drzwi. - Chociaż może powinienem w końcu coś stąd przeczytać - spojrzał znów na mnie.
Nasze spojrzenia na moment się spotkały. Starałam się przede wszystkim nie patrzeć na jego plamę na tęczowce.
- Jeśli chcesz, mogłabym znaleźć coś dla ciebie - zaoferowałam.
- Dobry pomysł - oznajmił. - Tylko już nie teraz. Muszę iść do Mrocznego Lasu.
- W porządku. To przy następnej okazji - poprawiłam torbę.
- Oczywiście. Do zobaczenia, Lind - mrugnął do mnie okiem i poszedł w swoja stronę.
- Do zobaczenia.
Przywołałam z powrotem swoje skrzydła wiatru i poleciałam na południe. Wracałam do jaskini, nowo wypożyczona książka nie należała do najlżejszych, więc nie planowałam taszczyć jej ze sobą cały dzień.
Wylądowałam już w okolicach Wilczego Szpitala. Na tym terenie było znacznie łatwiej wymanewrować bez kołowania, czy (przy dużych prędkosciach) zbędnego hamowania. Kiedy mój ciężar oparł się znów na łapach, rozgoniłam wiatr i ruszyłam przed siebie pieszo. Wtem usłyszałam głos poznanego dzisiaj basiora - Valka.
- Cześć! - krzyknął z daleka. Odpowiedziałam mu ciepłym uśmiechem. Kiedy wreszcie biały wilk do mnie dobiegł, mówił dalej:
- Tak się zastanawiałem, czy nie poszlibyśmy gdzieś ma spacer? Wiesz, nie mam tu nikogo znajomego, a ty wydajesz się naprawdę sympatyczna. Chciałabyś może pokazać mi, jak to wszystko tutaj działa? Poźniej miglibyśmy pójść na koncert Brunatnych Lilii, lub do baru, czy restauracji. Co ty na to?
Nie zastanawiałam się zbyt długo nad odpowiedzią:
- Może być. I tak nie miałam żadnych szczególnych planów na dziś - odparłam, chociaż basior trochę mnie onieśmielił. Prosił o pomoc, ale też zapraszał na wspólne spotkanie. Tylko po to, żeby się zaprzyjaźnić, czy może...?
- Świetnie - Valk zareagował szczerym uśmiechem. Ta jego blizna się nie liczy.
- Pozwolisz, że odłożę torbę, zanim pójdziemy? - zapytałam, przypominając sobie o niewygodnym balaście. - To zajmie dosłownie chwilę.
- Yhym, poczekam tutaj - oznajmił.
Skinęłam głową i pobiegłam do swojej jaskini. Dziwnie się czułam. Jak reagować? Żaden basior mnie jeszcze nigdzie nie zapraszał. Pewnie najlepiej zachowywać się naturalnie...
Dobiegłam do swojego lokum i rzuciłam torbę na posłanie obok Tinga. Strażnik podniósł nieznacznie wzrok.
- Dokąd znowu pędzisz? - nagle się mną przejął.
- Oprowadzę nowego wilka - odpowiedziałam. - Wrócę pewnie wieczorem.
- Okej. Jak się zgubisz i tak nie będę cię szukać - wrócił do zabawy papierową wycinanką.
- Dobrze wiedzieć. Możesz w międzyczasie wyłapać mi komary z jaskini.
Na odchodnym smagnęłam go lekko w głowę wiatrem. Wyszłam na zewnątrz i wróciłam szybko do Valka.
- Myślę, że najlepiej zacząć od pokazania ci najważniejszych miejsc w watasze - oznajmiłam. - Wiesz, miejsce zebrań, szpital i tak dalej - ruszyłam przed siebie.
Zaczęłam od zaprowadzenia nowego członka watahy do Wilczego Szpitala, skoro już byliśmy w pobliżu. Jeżeli będzie potrzebował kiedykolwiek specjalistycznej pomocy medycznej, niech wie, dokąd się udać. Przy okazji przedstawiłam go naszemu lekarzowi Alvaerg'owi i często asystującej mu młodej Fallith.
Później poszliśmy do Zielonego Lasu, gdzie mogłam też dokładniej objaśnić nowemu znajomemu działanie festynu; jak dokładnie działa zbieranie kart i reszta atrakcji. Kiedy przechodziliśmy obok stanowisk animatorów okazało się, że Valk nawet widział mój dzisiejszy skok do Jeziora. Następnie pokazałam białemu basiorowi gdzie jest Pomarańczowe Drzewo, Wodopój, Wodospad, a także Most Nieskończoności, czy Jezioro Zapomnienia i wiele innych.
Dokładnie opisywałam wszystkie odwiedzane przez nas tereny, ich funkcje, a także związane z niektórymi niebezpieczeństwa. Valk słuchał moich słów z wyjątkową uwagą i zadawał sporo pytań. Podczas rozmowy patrzył mi prosto w oczy. Jego spojrzenie sprawiało, że czułam się... jakoś inaczej. Nasza wędrówka po terytorium watahy trwała bardzo długo. Po zwiedzeniu wschodniej części terenów, wróciliśmy do centrum - Zielonego Lasu. Tam okazało się, że restauracja jest już otwarta i pojawili się pierwsi klienci.
- Może zjemy wcześniejszą kolację? - zaproponował Valk.
- Dobry pomysł - odparłam. Faktycznie byłam już głodna.
Podeszliśmy do najbliższego wolnego stolika i usiedliśmy naprzeciwko siebie. Biały basior otworzył pysk, żeby zacząć rozmowę, jednak nie pozwoliła mu na to Yuki.
- Co podać? - zapytała, zjawiając się nagle obok.
- Dla mnie będzie stek krwisty - powiedziałam od razu.
Wybór nie był dla mnie problemem. Postanowiłam, że na razie będę stronić od tych dziwniejszych potraw serwowanych w restauracji. Przedwczoraj zamówiłam "naleśnika" i to coś strasznie podrażniło mi wtedy żołądek.
- Poproszę to samo - mruknął Valk.
- Coś do picia? - dopytała kelnerka, utrzymując swój pozbawiony wyrazu ton.
- Dla mnie mrożona herbata - oznajmiłam. - A ty coś bierzesz Valk?
- Nie, ja nic - odparł wilk.
Zanim skończył mówić, Yuki odwróciła się i poszła do innego stolika. Spojrzałam na swojego nowego znajomego.
- Jak coś, nie musisz za nic płacić. Mam Kamień Bonusowy - poinformowałam. - Wszystko w restauracji mam za darmo.
- Dobrze wiedzieć - basior znów się do mnie uśmiechnął.
Zauważyłam, że nadal jestem nieco spięta w jego towarzystwie. Miał w sobie coś niezwykłego, szczególnie w spojrzeniu tych bladoniebieskich oczu. Chyba nigdy dotąd nikt nie patrzył na mnie w ten sposób. Oparłam się o stolik i znów dyskretnie zmierzyłam białego wilka wzrokiem.
- Lind - zaczął Valk. - Długo już jesteś w tej watasze?
- Przeszło rok - odpowiedziałam.
- I jak tutaj trafiłaś? - ciągnął dalej basior o długiej sierści.
- Całkiem przypadkiem. Spadłam z góry prosto na te tereny - zaśmiałam się pod nosem.
- Heh. To ciekawe.
- Tak, miałam dużo szczęścia - spojrzałam na wazon ze świeżo zebranymi kwiatami.
- No a gdzie mieszkałaś, zanim znalazłaś się w pobliżu? Byłaś częścią jakiejś watahy?
- Nie, to nie była wataha. Raptem kilka wilków żyjących na uboczu. Mieszkaliśmy nad zakolem rzeki, w sumie nie aż tak daleko stąd.
Spojrzałam na wilka. Dalej słuchał mnie z uwagą, więc kontynuowałam:
- Nie znałam innego miejsca. Pamiętam tylko dom mojej Babci i okolicę.
- Wychowywała cię babcia, jak rozumiem? - spytał Valk.
- Znaczy... to nie jest moja prawdziwa babcia - sprecyzowałam. - Przygarnęła mnie, nie wiadomo co się stało z moją własną rodziną, ani nawet kim byli moi rodzice.
- Rozumiem - pokiwał głową.
Wtedy wróciła Yuki z naszym zamówieniem. Postawiła dwa steki i kubek herbaty na naszym stoliku i odeszła bez słowa.
- Smacznego - powiedział basior, uśmiechając się.
Odpowiedziałam mu tak samo i zabrałam się za swoją porcję. Valk też zaczął jeść ze smakiem.
- Byłaś tam szczęśliwa? - po jakimś czasie zaczął kontynuować rozmowę.
- Tak myślę - westchnęłam. - Nie było mi wcale źle, ale czułam, że to nie moje miejsce. Brakowało tam czegoś.
- Aham... - basior spojrzał gdzieś w dal.
- No a jak było z tobą, Valk? - zapytałam. - Rozgadałam się, może teraz ty chciałbyś opowiedzieć, jak tu trafiłeś? - zachęciłam go uśmiechem i odgarnęłam grzywkę, przysłaniającą mi oczy.

<Valkoinen?>

Wygrane karty: brązowe: Wodopój, Bibliotekarz; srebrne: Beta, Smok.

Uwagi: "Powierzchnia" piszemy przez "rz". Literówki.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Od Magnusa "Festyn i organizacje" cz. 4 (C.D. Chętny technik)

Marzec 2021r.
Gdy ostatnia deska znalazła się na swoim miejscu, z westchnieniem usiadłem na ziemi. Joel przeciągnął się i ziewnął cicho, również dając sobie chwilę na odpoczynek. Przymknąłem oczy i wyrównałem oddech, starając przypomnieć sobie ćwiczenia oddechowe, zalecane jeszcze w szpitalu.
Ból był prawie autentyczny, gdy tylko wspomniałem to dziwne miejsce, w którym mój świat zniknął, zastąpiony innym, nieznanym. Skrzywiłem się, mimowolnie wracając myślami do tamtego feralnego dnia. Obrazy i urywki zdań przewijały się w mojej pamięci, mieszając się z krzykiem kobiety. Chciała się do mnie dostać? Jeśli rzeczywiście tak było, to co mogło nią kierować? Nienawiść, smutek, tęsknota? Ale czy warto zawracać sobie tym głowę?
Wspomnienie rozpłynęło się.
Dostrzegłem zbliżającą się Lind. Wadera w zabawny sposób zmarszczyła nos i zwróciła łeb w kierunku, o ile się nie mylę, Wrzosowej Łąki. Joel przemienił się w wilka i od razu do niej podszedł, zdając relację ze stanu budowy. Obejrzałem się za siebie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi.
– Jest i Dan! – usłyszałem głos muzyka, podchodząc do współpracowników. Współpracowników? Co takiego?
Rzeczywiście, błękitny basior zbliżał się do nas niemal tanecznym, acz mniej energicznym niż poprzednio, krokiem.
– Jak widzę, a raczej czuję, grupa polowań wywiązała się ze swoich obowiązków – Dante wciągnął powietrze przez nos i zamruczał z lubością, tym samym doprowadzając Lind do śmiechu.
Technicy ruszyli w stronę polany w pobliżu Wrzosowej Łąki, która na czas trwania festynu miała stanowić miejsce w którym gromadzone będą łupy grup polowań. Zmieniłem formę na wilczą i poszedłem za nimi.
***
Podczas posiłku niemal całkowicie wyłączyłem się z rozmowy, błądząc myślami po szarym świecie ludzi z Miasta. Zdawać się może, zupełne przeciwieństwo barwnej krainy za sztachetowymi ogrodzeniami białych domków na przedmieściach i murami drzew, stojących na straży tego miejsca. Żyję w tym różowym świecie jakby na siłę, raz za razem poznając jego to jaskrawszą, to bardziej krwawą stronę, napełniającą mnie podziwem albo strachem. Strachem przed nieznanym.
Gdy dyskusja zeszła na tematy bardziej zbliżone do festynu, a z sarny nam przeznaczonej zostały tylko kości, oddaliliśmy się kawałek, by zrobić miejsce dla innych. Nadstawiłem uszu.
– Właśnie, Dante, co z tymi ławkami? – spytała Lind.
– Długo nad tym myślałem, ale jedyne co przyszło mi do głowy, to ścięcie kolejnych drzewek. – błękitny basior potrząsnął łbem – Obróbką już się zająłem, czekają na transport.
Nikt nie pytał, dlaczego nie przeniósł ich sam, tak jak to zrobił z dębem przeznaczonym na deski. Wyglądał na zmęczonego pracą, co razem z ubrudzonym po jedzeniu pyskiem dawało dość osobliwy efekt. Mimo to, zachowywał optymistyczne podejście.
– Jutro już powinny być elementy oświetlenia – powiedział Joel, przystając.
– Trzeba będzie dokupić też zastawę – dodała wadera.
– Ławki, zastawa i lampy – zaczął wyliczać Dante – Coś jeszcze?
– Nie zapominaj o wyposażeniu kuchni – muzyk machnął ogonem.
– Alfy wspominały też o ewentualnym zakupie palnika – wtrąciłem.
– Czyli szykuje się większa wycieczka do Miasta... Trzeba by to wszystko rozplanować.
Ku niezadowoleniu fanatyka broni palnej, zajęliśmy się sprawą od razu. Ustaliliśmy, że Lind i Joel rozpoczną prace nad instalacją "lamp", a w tym czasie ja i Dante wybierzemy się po resztę zaopatrzenia. Następnie wspólnymi siłami mamy przetransportować ławeczki pod Amfiteatr. W międzyczasie miał do nas dołączyć też niejaki Asgrim, wilk, którego napotkałem w Górach. Nie mogłem powiedzieć, że jestem tym zachwycony. Basior wydawał mi się niepoważny, niemal dziecinny, dodatkowo odnosiłem wrażenie, że za mną nie przepada. Trudno mi powiedzieć czy z wzajemnością, ale zdecydowanie nie zaczęliśmy najlepiej.
Wkrótce się rozeszliśmy. Byłem co prawda zmęczony, ale nie miałem najmniejszej ochoty na odpoczynek. Po wizycie nad Wodospadem, udałem się do swojej jaskini.
Mając już przekroczyć "próg" swojego lokum, spojrzałem jeszcze w stronę zachodzącego słońca. Złociste promienie zabarwiły pierzaste chmury na miły dla oka, delikatny odcień różu. Pomarańczowe niebo powoli wygasało, ciągnąc za sobą usiany bladymi jeszcze gwiazdami, ciemny płaszcz. Szum wiatru, obijającego się o skały, powoli cichł, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienie.
Nie ruszyłem się z miejsca do momentu, w którym po ognistej kuli została tylko smuga na horyzoncie. Opuściłem wzrok i mrugnąłem kilka razy, by wyostrzyć obraz przed sobą. Moim oczom ukazała się flanca jarzębiny, wysoka na około pół metra. Roślina wypuściła już pierwsze liście.
Jak drzewo jej pokroju zdołało przyjąć się w takim miejscu, pozostaje dla mnie zagadką.

<Chętny?>

Uwagi: Brak.

sobota, 11 sierpnia 2018

Od Cess "Poranne wróble" cz. 1 (C.D. Valkoinen)

Lipiec 2021
Obudziłam się nagle, zdyszana i oszołomiona. Dudniło mi w uszach, a ja nadal się trzęsłam. Znów śniło mi się, że byłam w środku, tam razem z nimi, że to był już mój koniec. Walające się na mnie odłamy grubych ścian ruin jakiegoś zamku, czy innego budynku. Gdy jeden leciał prosto na mnie wybudziłam się, przez uczucie porównywalne do spadania. Niewiele trzeba, aby oszaleć. Bardzo niewiele.
Było mi niezbyt wygodnie, nawet nie pamiętałam, w jakim miejscu jestem. Podniosłam się ostrożnie, starając ustabilizować swój wariujący błędnik. Coś uwierało mnie w tylną łapę. Był to bandaż, brudny i niezmiernie niewygodny. Na zewnątrz było jeszcze ciemno i od wyjścia ciągnął przyjemny chłód. Od dwóch miesięcy tylko siedzę w tej jaskini i właściwie wyszłam tylko cztery razy, do spiżarni i nigdzie dalej. Wodę pozyskuje z deszczówki, która zatrzymuje się w wgłębieniu w skale, dość dużym i bardzo poręcznym. Przyjęta zostałam na niejaki okres próbny, cokolwiek to znaczy. Powinnam zacząć cokolwiek robić, bo mnie wywalą... Zdjęłam opatrunek z nogi i rzuciłam go w kąt jaskini. Nie chciałam go nosić, ponieważ już go nie potrzebuję. Przeszłam się w tą i z powrotem, poskakałam chwilę, porozciągałam się i nic mi nie jest! Przydałoby się trochę popływać. Nic przecież nie stało mi na przeszkodzie, aby ruszyć teraz w kierunku wodospadu. Chwilę jednak zawahałam się. Niby znałam drogę, ale podróż nocą wydawała się niebyt rozsądna. Postanowiłam więc poczekać do świtu. Położyłam się przy wyjściu, oddychając głęboko zamknęłam oczy. Odleciałam...
Słońce powoli wstawało i robiło się coraz jaśniej. Mlasnęłam głośno, starając się otworzyć oczy. Wygrzebałam się z jaskini i doczłapałam się do zejścia. Ruszyłam w stronę wodospadu, aby zamoczyć się w cudownej, chłodnej wodzie i w końcu popływać. Trzeba się kiedyś umyć... Niestety po tych dwóch miesiącach spędzonych w jaskini nie można pachnieć fiołkami. Wpakowałam swoje małe ciało do wody. Uśmiech zagościł na moim pysku podczas pływania. Wspaniałe uczucie. Zaczęłam podśpiewywać pod nosem. Położyłam się na plecach na wodzie i oglądałam kątem oka wschód słońca. Ptaki świergotały przyjemnie i dawały mi prywatny koncert. Nade mną przeleciał wróbel.
- Dzień dobry panu! - Zaśmiałam się, kierując te słowa do ptaka.
- Że jaki tam od razu pan? Aż tak stary nie jestem... - Powiedział niezadowolony, męski głos. Przez chwilę mnie wmurowało, ponieważ myślałam, że odpowiedział mi wróbel. Zdezorientowana, chciałam odepchnąć się i wstać, ale zapomniałam, że dryfuję na wodzie. Więc w ten sposób mało efektownie wpadłam do wody. Wynurzyłam się i w panice rozejrzałam. Na ścieżce stał śnieżnobiały basior, który wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem. Zaczął podchodzić powoli, a ja odruchowo cofnęłam się dalej w wodę. Przy okazji zafundowałam (przez przypadek) poranny prysznic wilkowi.
- Nie, no spoko. - Burknął, otrzepując się po chwili z wody. Zanurzyłam się do oczu, tak aby móc dokładnie widzieć ruchy basiora. - Może chociaż przeprosisz? - Uniósł jedną brew, nadal się na mnie gapiąc.
- Przepraszam... - Powiedziałam z pyskiem pod wodą, zapominając o tym. Jedyne co mógł zrozumieć to coś w stylu "burblugur" przy akompaniamencie bąbelków powietrza. Wynurzyłam się więc do szyi i mruknęłam niepewnie. - Przepraszam.
Nastała niezręczna cisza, a wraz z tą ciszą ptaki przestały śpiewać. No właśnie, ptaki!
- Ja to do wróbla mówiłam. - Powiedziałam, podpływając trochę do brzegu. - Nie zauważyłam cię.
- No wiesz, trudno mnie nie zauważyć. - Przewrócił oczyma, a ja położyłam uszy wzdłuż głowy. - Masz rogi? - Zdziwił się, a mnie miał już szlag trafić. Opanowałam jednak swoje emocje przyglądając się mu uważnie. Odważyłam się nawet wyjść z wody. Okrążyłam go i mogłam już stwierdzić, że jest albinosem. - Ale fajny! - Powiedział nagle strasząc mnie, odskoczyłam w tył i wpadłam w krzaki. "Niezdara..." pomyślałam, leżąc na plecach wśród zieleni. - Ale masz długi ogon! I co to jest? Płetwa? - Spojrzał na niego, a ja uniosłam mój ogon lekko do góry, dając sygnał, aby się nie zbliżał. - Jesteś nowa? Pierwszy raz ciebie tutaj widzę.
- Nie, nie jestem nowa. Jestem tu dwa miesiące... - Po tych słowach dopiero zrozumiałam, że przecież ja tutaj prawie nikogo nie znam. Siedziałam sama, bez kontaktu z nikim, w jaskini. Po chwili zastanowienia odrzekłam. - Jestem Cess, a ty? - Wygramoliłam się z krzaków, zmuszając się na miły uśmiech.
- Valkoinen, miło mi! - Skinął lekko łbem. - Widzę, że ty też lubisz pływać.

<Valkoinen?>

Uwagi: Stawiasz zbyt wiele przecinków. Zapomniałaś dopisać imię Valkoinena na końcu opowiadania, by je dokończył.