Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

wtorek, 3 lipca 2018

Od Joela "Renowacja" cz. 3 (cd. Magnus)

Listopad 2020 r.
W ciszy wysłuchałem opowieści mężczyzny, jedynie od czasu do czasu zadawałem jakieś pojedyncze pytania. Na samym końcu zamilknął, patrząc uparcie w opuszczoną fontannę.
– No, stary... Twoja historia jest znacznie ciekawsza od mojej – stwierdziłem po dłuższej chwili – Wiedziałem o tym, że zmieniam się w wilka i stwierdziłem, że od czasu do czasu sobie tutaj pobędę. Jakoś nikt szczególnie nie zwraca mi uwagi na to, że kilka dni w tygodniu spędzam w swoim ludzkim mieszkaniu.
Spojrzał na mnie jakby zmęczony i powoli się obrócił w moim kierunku. Znowu zrobiło się dość niezręcznie. Po namyśle klasnąłem w dłonie, po czym je potarłem, co zwróciło dodatkowo jego uwagę.
– No, to może pora się przedstawić. Ja jestem Joel, dokładniej Joel Treunis – Patrzyłem na niego wyczekująco.
– Magnus Arvid Eriksen – Przedstawił się, podchodząc bliżej i podając mi dłoń. Ścisnąłem ją serdecznie.
– W takim razie teraz się już znamy. Mam do ciebie mówić Magnus, czy może lubisz jakieś skróty? Mag? Magnis? Magnes?
Pokręcił głową zniesmaczony.
– Nie, po prostu Magnus. Chyba bym cię udusił, gdybyś zaczął na mnie mówić per Magnes.
– W porządku – Zaśmiałem się – Wcześniej mieszkałeś w Mieście, tak?
– Tak... Raczej na obrzeżach, nieopodal płotu dzielącego Miasto od terenu zwanego... Zielonym Lasem, tak? – Podrapał się po głowie.
– Wygląda na to, że u równie dobrze mogliśmy być sąsiadami – Stwierdziłem pogodnie, jednak wątpiłem, abyśmy się kiedykolwiek nawet mijali, bo nie kojarzyłem go nawet z widzenia. Norweg Magnus. Ciekawe.
Uniósł brwi zaskoczony, ale nie powiedział nic.
– I byłeś jakimś lekarzem... – Zadumałem się – Umysł ścisły, no nie? Ja byłem i właściwie nadal jestem muzykiem. Grywałem w okolicach metra, dworców... Czasem przechodnie rzucali nieco grosza. Generalnie pracuję w kawiarni jako... sprzątacz, o ile można to tak nazwać. Wygląda na to, że jesteśmy z dwóch kompletnie różnych światów.
– Masz jakieś wykształcenie? – zainteresował się.
– Studiowałem muzykologię, choć dla ciebie może to brzmieć idiotycznie. W końcu kierunki typowo artystyczne nie zawsze są traktowane na poważnie... Humanistyczne chyba też nie. Twoje brzmi już poważnie – Uniosłem na wysokość piersi zaciśniętą pięść – Hematologia.
– Nie, w porządku – Lekko się zaśmiał – Każdy kierunek jest w porządku, pod warunkiem, że jest to rzecz, która naprawdę kogoś interesuje. Domyślam się, że wybrałeś go właśnie pod kątem pasji. Grasz na czymś?
– Oj, tak. Trochę tego jest – Rozmarzyłem się – Gitara akustyczna i klasyczna, harmonijka ustna, flet, perkusja... Do tego nieco śpiewam.
Patrzył na mnie z podziwem, czego bym się raczej nie spodziewał po takim człowieku jak on. No cóż, w końcu pozory mylą. Muszę przestać myśleć stereotypowo.
– Dość długa lista. Wszystko hobbystycznie, czy może jesteś w jakimś zespole?
– Krótko grałem w skromnym zespole z kumplami. Raczej nie wychodziliśmy poza własne garaże, dlatego dość szybko zakończyliśmy karierę i rozeszliśmy się w różne strony. Choć trochę szkoda, brakuje mi tych beztroskich czasów... Właśnie, Magnus. Ile masz tak właściwie lat? Wyglądamy na rówieśników.
– Trzydzieści... – powiedział ostrożnie.
– Jestem tylko dwa lata młodszy – Wyszczerzyłem się. Ta wiadomość go chyba odrobinę zaskoczyła. – Pamiętamy nawet podobne czasy. Cudownie.
Pokiwał niepewnie głową.
– Masz może jeszcze jakieś skryte zainteresowania? – zapytałem. Ponownie podrapał się po głowie i poprawił okulary. Dopiero po namyśle odpowiedział:
– Chyba majsterkowanie. Trochę psychologia. Kiedyś odrobinę śpiewałem.
– O, może moje szczenięce marzenie o zespole się spełni? – Roześmiałem się. Pokręcił głową.
– Niee – Głos mu odrobinę zadrżał – pewnie wypadam słabo w porównaniu do ciebie. Nie chciałbym występować przed publicznością.
– Nie no, w porządku. Choć chętnie bym posłuchał próbki twojego głosu.
Potrząsnął przecząco głową.
– Może innym razem.
– W takim razie trzymam cię za słowo. Kiedyś się doczekam, zobaczysz – Stwierdziłem z uśmiechem. Wyglądał na przybitego z tego powodu, ale nie protestował. – A co z tą psychologią? Możesz coś opowiedzieć?
– Wiesz... to raczej nie jest temat do zwyczajnego opowiedzenia. Bardzo obszerny, skomplikowany i opierający się w sporej mierze na luźnych spostrzeżeniach i domysłach. Musiałbyś mieć konkretny problem, który byłby wart dogłębnego przeanalizowania lub podać mi jakiś przypadek choroby psychicznej, o której mógłbym opowiedzieć. Podobnie sprawa się ma ze zjawiskami wpływającymi na psychologię choćby tłumu, one również nie są ogólne, tylko konkretne... Psychologia jest naprawdę rozległym tematem – objaśnił Magnus. Pokiwałem głową.
– Okej. To może... – Zamyśliłem się – Opowiedz mi trochę o tej całej schizofrenii. Kilka razy o tym słyszałem, ale w sumie nie do końca wiem, w czym rzecz.
Magnus zaczął opowiadać i opowiadać, a ja przysłuchiwałem się temu w zainteresowaniu. Może jednak ta cała psychologia była tematem godnym uwagi? Może coś wypożyczę w bibliotece przy najbliższej okazji? Albo obejrzę jakiś film? Oczywiście o ile będzie mi się chciało. Najwyżej zadowolę się rozmowami z Magnusem.
Kiedy skończył, kamień już nieźle uwierał mnie w pośladki, nie wspominając już o tym, że był zimny. I mokry. Dobrze, że miałem na sobie te zniszczone spodnie. Nie było mi z powodu ubrudzenia ich przykro. Wstałem i otrzepałem się nieco z tyłu. 
– Może gdzieś pójdziemy? Usiąść, albo co. W końcu cały ten czas przestałeś, głupio tak trochę... – Stwierdziłem, na co odpowiedział wzruszeniem ramionami.
Ostatecznie skierowaliśmy się ku spróchniałej ławce, na której usiadł jako pierwszy Magnus. Wtedy deski skrzypnęły i wszystko się połamało. Mężczyzna wylądował w błocie. Przeklął. W pierwszej chwili chciało mi się śmiać, ale widząc jego minę natychmiast uznałem, że to nie najlepsza decyzja. Wyciągnąłem do niego dłoń. Przyjął moją pomoc, dzięki której już zaraz podniósł się z ziemi. Spróbował się obejrzeć z tyłu. Gdy zobaczył, w jakim jest stanie, jeszcze raz przeklął. Popatrzyłem na pechową ławkę i po raz kolejny omiotłem spojrzeniem park. Wyglądał naprawdę nieszczęśliwie.
– Coś wspominałeś, że lubisz jeszcze majsterkowanie... Ja też swego czasu się tym interesowałem. Może pora to wykorzystać? Ten park zdecydowanie wymaga jakiejś renowacji...
– Renowacja... - Powtórzył, również oglądając, w jakim stanie jest to miejsce. – Właściwie to racja. Nie chciałbym, by komuś jeszcze przytrafiła się przygoda podobna do mojej... Tylko nie dzisiaj. Jest zbyt chłodno. Chciałbym się jeszcze przebrać – Mówiąc to, spojrzał na swoje ubłocone buty.
– Fakt, to nie jest najbardziej właściwy strój do tego... – Stwierdziłem po namyśle – To może jutro, co? Robisz coś od rana? Ja szczęśliwym trafem akurat mam wolne. Moglibyśmy iść do Miasta po jakieś farby, drewno chyba by się znalazło w Zielonym Lesie... Alfa raczej nie miałaby nic przeciwko wycince, no nie? Zawsze można jeszcze w razie czego zapytać.

<Magnus?>

Od Torance "Utracone wspomnienia" cz. 3 (Cd. Asgrim)

Marzec 2021r.
- Czas ruszać... - westchnęłam cicho, biorąc ostatniego łyka chłodnej wody. Znajdowałam się nad Wodopojem i cieszyłam z ostatnich chwil luzu zanim będę musiała iść na patrol.
Szczerze mówiąc nieszczególnie mi się chciało tam iść. Czasem miałam wrażenie, że połączenie patroli i polowań - i to zawsze w podobnym czasie, mnie wykończy, ale jakoś dalej żyłam. Dobra, może nikt nie kazał mi podjąć się dwóch prac, ale naprawdę nie sądziłam, że to będzie czasem takie trudne. A teraz jeszcze miała dojść do tego praca jako sprzedawczyni na festynie...
- Przestań narzekać, Tor – mruknęłam, wstając.
Od razu skierowałam swoje kroki w stronę Zielonego Lasu, przez który musiałam przejść, żeby znaleźć się na terenach, które miałam patrolować. Idąc spojrzałam na położenie słońca i przeklinając swoje nieogarnięcie życiowe, przyspieszyłam do biegu. Dosłownie za chwilę zaczyna się moja zmiana.
- Cześć! - zawołałam mijając ciemnoszarego basiora. W porównaniu do mnie Magnus zawsze był na czas, nie spóźniał się. Idealny pracownik. Idealnie zorganizowany. Chociaż patrząc na jego przeraźliwie chudą sylwetkę, to... Cóż, chyba powinnam mu coś podsunąć do jedzenia, bo nie wygląda on zbyt dobrze.
- Hej – usłyszałam z tyłu głos samca. Nie miałam czasu na pogawędki, a z doświadczenia wiedziałam, że Magnus nie ma na nie również ochoty.
Po chwili stałam na cmentarzu, próbując złapać oddech. Odległość nie była duża, ale takim sprintem nie biegłam od dawna. Oddychałam głęboko przyglądając się swoim zwykle rudym łapom, teraz jednak całkowicie zabłoconych. Po zimie została nam warstwa śniegu, która od jakiegoś czasu topniała sprawiając, że podłoże było pełne błota. Świeża trawa dopiero zaczynała rosnąć, więc ściółka nie była zbytnio zróżnicowana. W sumie to było tam tylko błoto i resztki roślin z zeszłego roku.
Gdy moje serce przestało bić jak szalone, a oddech się wyrównał, podniosłam wzrok. Znajdowałam się na Cmentarzu, który raczej nie należał do moich ulubionych terenów w watasze. Wszystko tutaj było tak smutne i ponure... I nie chodziło jedynie o efekt wizualny, bo nawet zapach i dotyk ziemi emanował smutkiem. Zawsze, kiedy tu byłam, miałam ochotę usiąść, zwinąć się koło jednego z grobów i pogrążyć w negatywnych myślach, albo po prostu uciec i tutaj nie wracać.
Rozglądałam się po terenie szukając czegoś, co mogłoby odbiegać od normy. Leżące płasko na ziemi tablice nagrobne z wypisanymi imionami wilków – których nie umiałam odczytać - były wszędzie. Zawsze zapominałam, że było ich tak wiele...
Szybko okazało się, że nie ma dzieje się tutaj nic nadzwyczajnego, więc ruszyłam dalej. Mijałam nagrobki starając się nie myśleć o gnijących ciałach i samej śmierci. Nie do końca zdając sobie z tego sprawę, przyspieszyłam i już po chwili stałam koło wejścia na Most Nieskończoności. To tajemnicze miejsce również trochę mnie przerażało. Podobno, kiedy wilk na niego wchodził, czuł ogromną potrzebę zobaczenie, co jest dalej, na jego końcu. Jeśli miał silną wolę, to potrafił oprzeć się pokusie, jednak jeśli nie... Cóż, szedł mostem w nieskończoność. Niektórzy mówili, że nawet po śmierci duch wilka zagubionego na moście, szedł nadal naprzód, próbując dotrzeć do końca, który nie istniał...
Nie wiedziałam, czy była to prawda, ale pomimo wręcz gotującej się we mnie ciekawości, nigdy nie postawiłam łapy na wilgotnych deskach mostu. Lepiej nie ryzykować. A nuż w starej legendzie jest jakieś ziarno prawdy? A nawet jeśli nie, to deski wyglądały tak jakby miały zaraz odpaść i runąć w dół. Nie, zdecydowanie lepiej tam nie iść.
Kiedy ponownie mijałam Most Nieskończoności, poczułam jak coś wkrada się do mojego umysłu. Coś na wzór białej zasłony, która zaczęła powoli zasłaniać rozsądek. Tuż przed pyskiem zauważyłam błękitny dym o pięknym zapachu wiosennych kwiatów. Zaciągnęłam się nim, nie mogąc nadziwić się jego niesamowitością. Był słodki, przyjemny dla węchu. Z pewnością w życiu nie czułam nic wspanialszego.
Nagle poczułam chęć ujrzenia skąd on się wydobywa, od jakich pięknych kwiatów pochodzi. Szybko wykryłam, że nadchodzi on od strony Mostu, przez co zatrzymałam się skołowana.
- Mostu? - mruknęłam do siebie mrużąc oczy w zamyśleniu. Tak, ten most był niebezpieczny, jednak gdy na niego spojrzałam, ten nagle wydał mi się najwspanialszą rzeczą na świecie. Skąpany w błękitnawej mgle most wyglądał nieziemsko. Jakby prowadził do jakiejś cudownej krainy bogów, gdzie wszyscy są szczęśliwi. Gdyby tak wejść na niego... Z pewnością trafiłabym do niej, prawda? - pomyślałam uśmiechając się błogo. Już miałam postawić łapę na pierwszej desce, gdy usłyszałam stanowczy głos.
- Torance.
Odwróciłam się jak oparzona. Głos musiał należeć do Yuko. Tylko ona zwracała się do mnie w takich chwilach z mieszanką groźby, zniesmaczenia i troski. Jednak, kiedy się odwróciłam, nie zauważyłam nikogo. Tylko mgła...
- Chyba umysł płata mi figle – powiedziałam czując, że na mój pysk wkrada się uśmiech. Odwróciłam się z powrotem i gdy ujrzałam, że moje łapy znajdowały się dosłownie tuż przed deską, krzyknęłam. Skoczyłam najszybciej jak umiałam do tyłu i niewiele myśląc, uciekłam z tego miejsca.
Prawie byłam na moście, prawie byłam na moście, prawie... - myślałam gorączkowo biegnąc najszybciej jak umiałam.
- Uspokój się, Torance – zreflektowałam się bezgłośnie. Nagle poczułam jak z każdym krokiem wspomnienia ostatnich wydarzeń bledną, a mnie ogarnia błogi spokój. Nic się nie wydarzyło. Tamto coś to nic nadzwyczajnego. Żyłam przecież.
Niespodziewanie zauważyłam tuż przed sobą dwa wilki. Całkowicie zapomniałam, że nadal biegłam. Wyhamowałam starając się nie wpaść na idącego z przodu czarnego basiora. Na szczęście udało mi się to i po chwili stałam przed nim na odległość gołębia. Wycofałam się pospiesznie i podniosłam wzrok, by spojrzeć w oczy znacznie wyższego ode mnie wilka.
- Dzień dobry, Hitam – powiedziałam kiwając mu głową na powitanie – Nic nowego się nie wydarzyło.
Może nie licząc tego, że prawie wlazłam na most, ale to zwyczajny problem wilków przechodzących koło Mostu, więc nie musisz tego wiedzieć. Chyba – skończyłam w myślach.
Basior odpowiedział skinieniem głowy. Nie spodziewał się niczego innego, w gruncie rzeczy w tych stronach nie działo się zbyt wiele rzeczy tak naprawdę nowych.
Nagle przypomniałam sobie o obecności drugiego wilka. Skierowałam na niego wzrok i poczułam jak moje wnętrzności robią fikołki. Tuż obok siedział dość wysoki wilk o szczupłej sylwetce i cynamonowym futrze. Na wysokości moich oczu, a szyi basiora jego sierść przybierała orzechową barwę, która ciągnęłam się przez całą pierś. Podniosłam wzrok i spojrzałam wprost w szaroniebieskie oczy wilka.
To... To nie mógł być on, prawda? Dlaczego nie jest u siebie?
- As? - zapytałam siląc się na spokojny ton – Co ty tutaj robisz?
Basior potrząsnął głową, jakbym wybudziła go z transu. Odetchnęłam cicho, gdy przestał się na mnie tak gapić jak na idiotkę. Po chwili znowu zniżył na mnie wzrok i uśmiechnął się. Widziałam w jego oczach ulgę i zaskoczenie.
- To naprawdę ty – powiedział mrugając oczami. Po czym rzucił się na mnie z prędkością, o którą bym go nigdy nie posądzała. Basior oplótł mnie swoimi wielkimi łapami, a ja totalnie nie wiedziałam, co powinnam ze sobą zrobić. Nie licząc wczesnego dzieciństwa, którego w sumie nie pamiętałam, to pierwszy raz widziałam go tak naprawdę. Pierwszy raz mogłam go przytulić. As przyciągał mnie mocno do siebie, a ja powoli podniosłam łapy i odwzajemniłam uścisk. Wydawało mi się to trochę niezręczne, ale z drugiej strony byłam szczęśliwa widząc go. Zamknęłam oczy i skupiłam na jego miękkim futrze i zapachu... mokrej, brudnej sierści.
- Śmierdzisz – stwierdziłam.
As wciągnął głośno powietrze i roześmiał się cicho.
- Ty też. I będziesz śmierdzieć jeszcze bardziej – zapowiedział i zanim zrozumiałam, co się dzieje, przełożył ciężar ciała do przodu, tak że upadłam na plecy głośno piszcząc.
- Ty mały...
- Mały? - basior uniósł brwi z rozbawieniem. Widziałam jak powstrzymywał wybuch śmiechu, przez co poczułam jeszcze większą chęć przywalenia mu w ten jego pusty łeb.
Pospiesznie wstałam i już miałam rzucić się na swojego przyjaciela, gdy przypomniałam sobie o obecności Hitama. Zamarłam na chwilę, po czym wyprostowałam się i posłałam rozbawionemu Asgrimowi – jak miałam nadzieję – groźne spojrzenie.
- Przepraszam, Hitamie, za... to – wykonałam kółko łapą.
- Nie szkodzi. Jak rozumiem, znasz tego wilka – odpowiedział wskazując na Asa, który spoglądał teraz to na mnie, to na czarnego basiora.
- Tak, to mój przyjaciel z czasów wczesnego dzieciństwa. Wychowywaliśmy się razem – wyjaśniłam zerkając na cynamonowego samca. As wydawał się całkowicie zdezorientowany i zaskoczony. Jego szeroko otwarte oczy patrzyły na mnie ze szczerym zainteresowaniem. Zmarszczyłam brwi na ten widok. Co to miało znaczyć? - Jeśli jednak o to chodzi, to nie mam pojęcia, dlaczego tutaj jest.
Samiec Alfa skinął głową i zamyślił się. Znowu spojrzałam na swojego przyjaciela. Powiesz mi? - spytałam bezgłośnie.
- Wygląda na to, że i tak dobrze się znacie i dogadujecie – stwierdził w końcu Hitam.
Skinęłam głową.
- Tak. Ten głupek, chociaż na takiego nie wygląda, coś czasem potrafi zrobić przydatnego. Rozmawialiśmy przez jakieś dziwne łącze między umysłami – wyjaśniłam niepewna, czy powinnam to mówić. - As, mam prośbę... Możesz nie udawać, że nie wiesz o co chodzi?
Basior podskoczył i skierował spanikowany wzrok na Hitama. Co tu się odwalało? Czułam się jakbym brała udział w jakimś przedstawieniu, do którego nie miałam scenariusza.
Hitam czując na sobie spojrzenie Asa, westchnął i posłał mu uśmiech, który miał chyba uspokoić mojego przyjaciela.
- Macie sobie trochę do wyjaśnienia i powinienem już pójść. As, pomożesz Torance w patrolu. Przyjdźcie do mojej jaskini, kiedy skończycie – nakazał samiec Alfa, po czym zaciągnął się powietrzem – I może rzeczywiście wcześniej się umyjcie.
Następnie odwrócił się i odszedł jak gdyby nigdy nic. Serio? Nie tego się spodziewałam, a patrząc na skonsternowanego Asa, on również nie.
- Hitam! - zawołał za nim. Alfa był jednak zbyt daleko. A może jedynie zignorował cynamonowego samca?
Przez kilka chwil siedzieliśmy w ciszy. Czekałam, aż ten idiota w końcu mi wyjaśni, co właściwie on odwala, czemu tutaj jest i... No po prostu wszystko. Jednak chyba się na to nie zanosiło – As siedział na ziemi i przyglądał się swoim łapom. Gdy to mu się znudziło zaczął wybijać jakiś rytm uderzając przednimi łapami o ziemię. Bum. Bum. Bum-bum. Bum.
- No więc... Powiesz mi, co się dzieje czy mam tak sobie czekać na śmierć?
Mój towarzysz przerwał masaż ziemi i podniósł wzrok. Patrzył w moją stronę, ale jego nieruchome spojrzenie wydawało się być utkwione w czymś za mną. Siedziałam i czekałam, aż ten głupek w końcu coś powie.
- No to... Jest taka sprawa, że tak trochę straciłem pamięć i... - zaczął samiec. Spojrzałam na niego mrużąc oczy. Miałam nadzieję, że to żart, ale patrząc na niego, zaczynałam w to wątpić.
- Straciłeś... Straciłeś pamięć? - powtórzyłam po nim czując jak ulatuje ze mnie powietrze. No chyba mi nie powiecie, że...
Spojrzałam na jego poważną, zatroskaną minę – byłam pewna, że jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie - i... Roześmiałam się histerycznie. Stracił pamięć? To musiał być żart. Pierwszy raz od wieków, kiedy go zobaczyłam i dowiaduje się, że on nic nie pamięta? Niemożliwe. Nie. Nie zgadzam się. Błagam, nie.
- Niestety... - powiedział, kiedy się jako-tako uspokoiłam.
To jedno słowo sprawiło, że poczułam się tak bezsilna jak jeszcze nigdy wcześniej. Nawet moment, w którym Anna zostawiła mnie tutaj samą, w czasach, kiedy myślałam, że jestem tylko psem, nie był tak okropny. Już myślałam, że odzyskałam najlepszego przyjaciela, a tu okazuje się, że on... Że on...
- T-Tori? - zapytał cicho basior – Hej, nie płacz. Może to wszystko nie było takie ważne, żeby to pamiętać.
Dopiero gdy As zwrócił mi uwagę, zauważyłam, że mam łzy w oczach. Czemu, do cholery, płaczę?! Tor, debilu niedorobiony, przestań ryczeć! - upominałam się w myślach, co okazało się bezskuteczne.
Basior podszedł do mnie i chciał mnie przytulić, ale odsunęłam się. Nie potrzebowałam jego litości. Poradzę sobie sama.
Zamknęłam oczy i powoli policzyłam szeptem do dwudziestu. Z każdą liczbą brałam głęboki wdech, a przed wypowiedzeniem kolejnej, wypuszczałam powietrze. Gdy skończyłam, podniosłam pysk i spojrzałam w oczy Asgrima.
- Opowiesz mi, jak to się stało? - poprosiłam drżącym głosem.
Basior westchnął cicho i zaczął opowiadać. Trwało to z pewnością dłuższy czas, który powinnam spożytkować na patrolowanie, ale nie obchodziło mnie to szczególnie. Hitam był tutaj stosunkowo niedawno, więc przez dłuższy czas – jeśli w ogóle – nie przyjdzie nikt skontrolować, co robię. Skupiałam się raczej na opowieści Asa i na kontrolowaniu emocji – nie mogłam sobie pozwolić na kolejny wybuch nieuzasadnionego płaczu.
Kiedy skończył, totalnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Miał znaleźć mnie? Czemu? Znaczy, rozumiałam, że jesteśmy przyjaciółmi, ale... As miał przecież własną watahę, rodzinę. Co z nimi? No i skąd ten głos wiedział w ogóle o moim istnieniu, a tym bardziej, gdzie mnie szukać. Jeśli był to ktoś z mojego otoczenia, to znowu skąd miał wiedzieć, że As to As i na dodatek potrzebuje pomocy? To nie miało sensu.
- Ten głos... Ja chyba go znałem, wiesz? Nie pamiętam, ale z perspektywy czasu wydaje się taki znajomy – powiedział basior.
Zmarszczyłam brwi.
- Ciekawe czy sobie coś przypomnisz z czasem.
- Fajnie by było...
- Mówiłeś, że to nie jest ważne – zauważyłam przypominając sobie jego słowa.
As zmieszał się i widziałam jak przez chwilę walczy sam ze sobą.
- Niektóre rzeczy warto pamiętać – powiedział cicho, na co podskoczyłam. Co miał na myśli? Basior widząc moje ożywienie zmieszał się jeszcze bardziej i szybko dodał – Chciałbym poznać jakieś epickie sztuczki magiczne. Mówiłaś, że umiem... Połączyć się z kimś umysłem? Ale mega! Wiedziałem, że jestem bardzo uzdolniony! Czyli teoretycznie potrafiłem władać nad umysłem? Mogę spróbować na tobie? Proszę, proszę, proszę.
Roześmiałam się. Takiego Asa znałam i lubiłam.
- Okej. Ale przeżyję?
- Może – wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Szybko, żebym zdążyła zanim wilk zacznie próby dostania się do mojego umysłu, odezwałam się.
- Tylko lepiej już chodźmy. Jednak jestem w pracy
Basior skinął głową i również wstał. Zagłębiliśmy się w las rozmawiając wesoło o moich szansach na przeżycie i cudownych - aha, jasne - zdolnościach mojego przyjaciela, a ja starałam się ignorować uczucie smutku. Nie miałam na niego czasu.

<Asgrim?>

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Od Navri "Jestem młodsza, ale nie gorsza" cz. 15

Maj 2020 r.
Shen zaprosił nas na swoje urodziny. Kończył tego dnia dwa i pół roku, tym samym wkraczając w dorosłość, o której tak lubił ostatnio mówić. Twierdził, że dzięki temu będzie mógł już robić wszystko, niczego mu nie zabronią i co najważniejsze - skończy naukę w wilczej szkole. Co prawda wyrażał jednocześnie smutek koniecznością rozstania ze mną i zaprzestania codziennych spotkań na lekcjach, ale obiecywał, że chce się jak najczęściej widywać i ma zamiar robić wszystko, byleby znaleźć choć chwilę na to.
Na samo przyjęcie zostałam zaproszona ja, Torance oraz Sakura. Shen poprosił, aby Moone na ten czas została czymś zajęta, byleby nam nie przeszkadzała. Nad przygotowaniami pracował nie tylko solenizant, ale i również Sohara. Jako, że Sakura również była zaproszona, a mieszkała wraz z innymi szczeniakami, poprosiła mnie i Torance byśmy po lekcjach udały się z nią na spacer, aby się nie nudziła.
Ostatnią lekcją tego dnia miała być logika. Dość żmudna, ale przynajmniej nieszczególnie wymagająca. Czekałyśmy, wygrzewając się w wiosennych promieniach słońca. Shen był zwolniony z lekcji. Wczoraj odbywał ostatnie godziny z nauczycielami, wszyscy się z nim żegnali...
- Kurczę, jakbym nie znała wieku Shena, to bym powiedziała, że ma niecałe dwa lata - wypaliła Torance.
- A mentalnie niespełna roczek - Roześmiała się Sakura.
- Nie mam pojęcia jak on sobie poradzi w dorosłym życiu - rzekła jeszcze Torance, kładąc głowę na łapach.
- Ja w sumie też... - odparła biała wadera.
- I ja - dorzuciłam. Teraz już nie uważano moich skromnych wypowiedzi jako cokolwiek dziwnego, mimo, że nadal robiłam to sporadycznie. Prawdopodobnie przywykli.
Znowu zrobiło się cicho. Leniwie machałyśmy ogonami, nawet nie mając chęci wychylenia głów ponad wysoką trawę. Uwielbiałam gdy jest ciepło. W końcu nie trzęsłam się jak osika, a moje wciąż dość krótkie futro świetnie wietrzyło skórę w gorące dni. Nie mogłam się już doczekać lata, które już niebawem miało nadejść. Nawet Aoki i Moone były zaskakująco spokojne. Leżały na plecach spory kawałek dalej i rozmawiały szeptem.
Niedługo potem przysłonił nas czyjś cień. Równocześnie obróciłyśmy pyski do nowo przybyłej osoby, by przekonać się, że tuż za nami stała nauczycielka logiki. Kątem oka zauważyłam, jak Sakura radośnie merda ogonem.
- Dzień dobry - zaczęła ze spokojem - Przepraszam za spóźnienie, miałam coś do załatwienia.
- Nie ma sprawy, przynajmniej szybciej zleci - wymamrotała Aoki. Suzanna zignorowała jej uwagę i zajęła stałe dla siebie miejsce: przysiadła na dość sporym kamieniu.
- Dzisiaj zajmiemy się kolejną zagadką logiczną. Tym razem możecie sobie wyobrazić, że leżycie na plaży, ogrzewacie się w przyjemnie prażącym słońcu...
Moone aż westchnęła. Rzeczywiście, wyobrażenie sobie tego nie było wcale aż takie trudne.
- ...i nagle słyszycie wołanie o pomoc. Podnosicie się z ziemi, ale nikogo nie widzicie. Krzyki ustają. Ponadto nie możecie ustalić, skąd wcześniej dobiegały. Gdzie się wybieracie?
- Może w najwyższy punkt? Stamtąd ładnie widać okolicę - zaproponowała Torance.
- Ach, zapomniałam wspomnieć. To teren tropikalny, plaża jest dość wąska, ale piaszczysta, woda słona, a rosnące nieopodal drzewa są palmami, na które trudno się wspiąć.
- Palmy...? - powtórzyła Moone.
- Drzewa, na których rosną kokosy, czyli takie dość duże orzechy, które mają w sobie sok. Drzewa te są pozbawione gałęzi, jednie na samej górze jest kilka okazałych liści.
Torance wyrwało się ciche "och". Zawsze interesowała się wszystkim co jej obce i nieznane.
- W pobliżu nie ma również żadnych wzniesień - dodała Alfa.
- No to... Chyba bym poszła na brzeg, bo często się zdarza, że ktoś się topi, choć nie wiem, jak trzeba być głupim, by nie umieć pływać - stwierdziła Aoki.
- I co byś zrobiła? Wciąż nikogo byś nie miała w polu widzenia.
- Biegałabym po brzegu tak długo, jakby ktoś się nie pokazał. Proste - furknęła.
- Nadal nikogo by nie było - powtarzała Suzanna.
- No to... nie wiem. Zanurkowałabym.
- Wtedy ze zdumieniem byś zobaczyła, że pod wodą są bardzo ciekawe okazy koralowców, rybek i strasznie dużo otwartych małży z perłami w środku. Nigdy wcześniej ich nie widziałaś.
- Chciałabym trochę pereł, podobno są dużo warte - odparła rozmarzona Aoki.
- A tam nie czasem ktoś się topił? - przypomniała Torance. Aoki albo jej nie usłyszała zbyt zajęta wyobrażaniem sobie ilości fortuny, jaką by mogła otrzymać za wymianę, albo zwyczajnie zignorowała tę uwagę.
- Ja to bym płynęła dalej i szukała tego kogoś - rzekła dumnie Sakura.
- I wtedy byś dostrzegła, że tuż za koralowcem niespodziewanie grunt się obniża i nie widać dna, jedynie ciemność. Jeśli się zachłyśniesz wodą, możesz łatwo iść na dno i nikt cię nie ocali. Ponadto nadal nie wiesz gdzie jest ten biedak.
- No to... chyba bym zawróciła - powiedziała niepewnie - Nie umiem pływać aż tak dobrze.
- Po wynurzeniu się nadal byś słyszała krzyki, ale nadal nie znała ich źródła. Jaki wniosek?
- Ten ktoś się nie topi, bo już dawno by był dostrzeżony albo poszedł na dno - wtrąciła Aoki.
- Bardzo dobrze. Co w takim razie dalej? - mówiła dalej nauczycielka.
- Ja to bym poszła do tych palem - oznajmiła Moone.
- Palm - poprawiła Suzanna - Las tropikalny to dżungla.
- No to do palm, do dżungli... I tam bym nasłuchiwała.
- Panowałaby cisza.
- Poszłabym dalej, starając się iść jak najciszej i nadal nasłuchiwała.
- Ja bym szła bliżej krawędzi dżungli, skoro na plaży było go słychać dobrze - wtrąciłam.
- Świetnie - pochwaliła Alfa - Po jakimś czasie okazało się, że pewien wilk leżał ukryty w krzakach i nie mógł się podnieść. Zaatakował go wielki jadowity wąż. Gad gdy tylko was dostrzegł, strasznie się zdenerwował. Rzucił się na was, chcąc również ukąsić.
- Uciekałabym na piasek, a później do wody. Węże chyba nie umieją pływać, a po piasku trudniej im sunąć - stwierdziła Torance.
- Jednak ten wilk nadal został w krzakach i nie wiecie w jakim jest stanie. Prawdopodobnie jeśli szybko nie pomożecie, może umrzeć w przeciągu kilku minut. Już wyglądał na bardzo słabego.
- Urwałabym trochę koralowca i rzuciła się na tego węża. Machałabym nim tam, by wgryzł się w koralowiec, zamiast we mnie - oznajmiła Moone.
- Dobra jest też taktyka skradania, w razie jakby był czymś zajęty. Wtedy by można go zabić - stwierdziła Torance.
- Sposoby pokonania go już zostawię w spokoju, w końcu macie to na innych lekcjach, w tym pierwszą pomoc. W każdym razie udało wam się, uratowałyście ukąszonego wilka - Uśmiechnęła się lekko Suzanna.
- Koniec lekcji? - zapytała leniwie Aoki.
- Koniec - odrzekła nauczycielka.
- O, to super - odparła Aoki, ale nie ruszyła się z miejsca. Zbyt wygodnie się jej leżało.
- To co? Idziemy się przejść? - zapytała Sakura. Skinęłyśmy zgodnie głowami - To gdzie, w Góry? Do imprezy Shena zostało jeszcze trochę czasu, a nie mamy przychodzić wcześniej.
- Możemy. Zawsze możemy trafić na jakąś kozicę... - zaczęłam, ale Torance mi przerwała, mówiąc dość przestraszonym głosem:
- Właśnie, macie dla niego prezent?
- W takim razie musimy upolować tę kozicę - stwierdziłam odrobinę znużona. Nigdy nie byłam na urodzinach, nie wiedziałam, że trzeba coś przynieść.

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

Od Asgrima "Festyn trwa, a my pracujemy" cz. 2 (Cd. Chętny technik)

Opowiadanie festynowe: bonus x2 więcej pkt. umiejętności i doświadczenia, 2x więcej SG za op.
Kwiecień 2021r
Wracałem właśnie z patrolu, kiedy postanowiłem zahaczyć o Wodopój. Błąkałem się po terenach całe popołudnie okropnie ubolewając, że nie mogę się przydać jakoś bardziej. Moja trasa przebiegała przez Wrzosową Łąkę oraz Zielony Las – czyli na dobrą sprawę wszystkie tereny, na których coś się dzieje. I to miało sprawić, że będzie ciekawiej? Hm, no zwykle tak, ale akurat dzisiaj niekoniecznie.
Kiedy mijałem Wrzosową Łąkę, widziałem, że nastrój nie jest tam zbyt pozytywny. Powinien się tam wówczas odbywać koncert i z tego co wiem, dużo wilków cieszyło się na samą myśl o nim. W sumie ja też miałem nadzieję na posłuchanie muzyki i obserwowanie z wesołym uśmiechem na pysku, tańczące wilki. Czego się dowiedziałem, kiedy tylko tam dotarłem? Koncert odwołany przez problemy z zasilaniem. No, jakżeby inaczej. I żebym chociaż mógł jakoś pomóc, ale nie... As jak zawsze się spóźnił i przyszedł, kiedy wszystko znowu działało.
- Idiota – mruknąłem do siebie.
Tak bardzo chciałem się przydać do czegoś. Festyn był dla mnie niesamowitym przedsięwzięciem i po prostu musiałem być jego częścią. I to z jakąś ciekawszą robotą niż pilnowanie, żeby zalane w trzy ogony wilki trafiły bezpiecznie do swoich jaskiń. Nie powiem, bywało to bardzo interesującym zajęciem, ale niektóre sytuacje - „Ja jezdę trześfy przecie”, przykładowo – zaczynały być bardzo nużące. Poza tym, ostatnio nawdychałem się tyle alkoholowych oparów, że sam nie mam zamiaru tykać czegokolwiek mocniejszego niż piwo, a to i tak rzadko. Nie to, żebym nie miał mocnej głowy, co to to nie. Z pewnością wygrałbym zawody w piciu i trzymałbym się świetnie.
Pod warunkiem, że byłyby to zawody w piciu wody – pomyślałem wykrzywiając lekko pysk, by niemal natychmiast wyszczerzyć zęby w wesołym uśmiechu.
W każdym razie mój patrol dobiegał końca – zresztą tak samo jak i dzień – a ja zamierzałem napić się chociaż trochę wody doskonale wiedząc, że nie mam wystarczająco dużo pieniędzy, by zakupić coś innego w barze. Zresztą, i tak wątpiłem, że zarobione gwiazdki wydam na losy, które mnie bardzo ciekawiły. Nie mogłem się doczekać chwili, kiedy będę czekał w niecierpliwości aż się dowiem, co wygrałem. Ta chwila nieświadomości będzie cudowna – czułem to.
As, skup się – pomyślałem podchodząc do Wodopoju. Skała, który go otaczała była mokra od skapującej z pysków wody. Wodopój był czystym wybawieniem dla wilków na kacu, więc byłem mile zaskoczony, kiedy zauważyłem, że nie ma tutaj kolejnej pijanej istoty.
- Dzięki niech będą Eydis – powiedziałem wzdychając z radością. Nie miałem najmniejszej ochoty na pomoc kolejnej osobie, która nie wie, kiedy powinna przestać chlać. Gardziłem takimi wilkami. Nie myślały o konsekwencjach tego, pili ciesząc się chwilą, a potem narzekali, że umierają i to oczywiście wina alkoholu. Owszem, alkohol ma swój ogromny wkład, ale przede wszystkim szkodził im ich brak umiaru w nim. Czy było warto? Nie wiedziałem.
Zniżyłem pysk i zanurzyłem język w chłodnej wodzie. W dalszym ciągu nie mogłem wyjść z podziwu nad tym miejscem. Jak zwykła woda mogła sprawić, że nagle wszystko wydawało się lepsze? Pobudzić niczym najlepsze ziarna guarany?
Kiedy skończyłem pić, wstałem i skierowałem kroki w stronę Zielonego Lasu. Po drodze mijałem naszą „małą” leśną restaurację. Muszę przyznać, że moi koledzy technicy wykonali świetną robotę. Stoły były poustawiane w niedużej, a jednak wystarczającej by dać nieco prywatności odległości. Na każdym z nich były słoiki ze świetlikami oraz kwiaty, które musieliśmy codziennie lub - jeśli chodzi o niektóre gatunki – po kilku dniach, odnosić do Wilczego Szpitala, ewentualnie kuchni. Te z których nie dało się nic wykrzesać mówiły pa-pa, ale jednak wiele z nich okazywało się być bardziej pożyteczne i miało inne zastosowania niż ładne wyglądanie.
Restauracja szykowała się powoli do zamknięcia. Yuki chodziła wokół stolików i zgarniała z nich talerze, miski i kubki. Jeśli ktoś coś jeszcze chciał, zgarniała zamówienie i wracała do kuchni. Niemal od razu, kiedy ją zauważyłem, postanowiłem nie wchodzić jej w drogę. Chociaż bardzo ładna, wadera była dość niebezpieczna. Zresztą, jej śliczne jaskrawozielone oczy błyszczały w taki sposób, że trochę się jej bałem. Gdyby chciała pokonałaby mnie w walce bez jakiegokolwiek wysiłku. Czułem do niej chyba jeszcze większy respekt niż do Suzanny.
Szedłem dalej starając się uniknąć przejścia obok czarnej wadery. Gdy ta to spostrzegła, parsknęła śmiechem.
- Boisz się mnie, mały?
- Oczywiście, że nie. Przepraszam, Yuki, ale muszę iść. Wrócę później ogarnąć kwiatki, dobra?
Kiedy jej odpowiadałem, nawet głos mi nie zadrżał. Może mówiłem na początku trochę niepewnie, ale to wina... Nieważne czego. W każdym razie nie bałem się jej, nieważne, że niedawno mówiłem coś innego. Kłamałem, a teraz nie. Jestem świetnym aktorem, tak, zdecydowanie tak.
Wadera na szczęście odpuściła i mogłem iść już spokojnie ku części lasu niezagospodarowanej przez festyn. Miałem zamiar iść do Wodospadu i zmyć z siebie zapach alkoholu, który przylgnął do mnie przez tych pijaków.
Nagle usłyszałem czyiś głos. Nie miałem zamiaru podsłuchiwać, jednak ruszyłem w stronę, z której się wydobywał. Odbijała ona lekko w prawo od najszybszej ścieżki do Wodospadu, ale co tam.
- Za wykonanie konkretnego zadania otrzymujesz kilka kart – mówił głos, który po chwili dopasowałem do jego właściciela. - Kompletne kolekcje można wymienić na nagrody.
Dostrzegłem postać Joela zza krzaków. Był zmieniony w człowieka i pokazywał coś komuś o niskim wzroście. Jak wnioskowałem po głosie, jakiejś wilczycy.
- Karty mówisz? - wadera wychyliła się tak że dostrzegłem kolorową grzywkę. Lind, na pewno to była ona. - Wygrałam kilka w losowaniu...
- Zbieranie ich jest dość ciekawe. Powinnaś spróbować – odpowiedział Joel.
- Jeśli znajdę czas, to czemu nie?
Niespodziewanie mężczyzna odwrócił się.
- A ty, Magnus? Masz jakieś?
Dopiero gdy Jo zwrócił się do niego, dostrzegłem ludzką postać skrywającą się za drzewem. Pan Idealny też tutaj jest? Czyli pracują, bo ten gostek nie byłby tutaj i nie rozmawiałby z nimi, gdyby nie chodziło o pracę.
- Nie.
Gdy tylko się odezwał, postanowiłem się wtrącić. Siedzenie w ukryciu nie było zbyt pasjonujące i gdyby mnie dostrzegli, to... Cóż wolałbym nie tłumaczyć się przed nimi, czemu to robiłem.
- Cześć wam! Co porabiacie? - zawołałem wychodząc z zarośli.
Joel przywitał się krótkim „Czołem”, a Magnus jedynie skinął głową. Typowe.
- Hej. Musimy upolować coś do kuchni. Jelenie zostały skradzione i nie mamy zbyt dużych zapasów mięsa – odpowiedziała Lind.
Skinąłem głową na znak, że rozumiem.
- Mogę wam pomóc? - spytałem.
Magnus skrzywił się lekko słysząc moje pytanie. Chyba mnie nie lubił. Upsik. Jak mi przykro... A nie chwila, jednak nie jest. Pan Pracowity i Idealny działał mi na nerwy odkąd go poznałem, zresztą pewnie ze wzajemnością. Cóż, bywa.
- Jasne – powiedział Joel z wesołym uśmiechem na pysku.
Wyszczerzyłem zęby, na co Magnus odpowiedział przewróceniem oczu. Nieładnie, proszę pana. Gdzie pańska kultura?
Wiedziałem, że jestem wredny, ale nie mogłem na to nic poradzić. A nawet gdybym mógł, to bym nie chciał. Zresztą, wątpiłem, by ten geniusz potrafił czytać myśli. A nawet gdyby umiał, to byłby zbyt kulturalny, żeby tą moc wykorzystać. Nawet na mnie.
- Węszymy tutaj? - rozejrzałem się dookoła.
- Możemy, jednak dobrze byłoby się przemieszczać, żeby szybciej coś odnaleźć – odpowiedziała Lind.
- Spróbujmy też się rozdzielić – głos zabrał Magnus. Podskoczyłem zaskoczony, co reszta towarzystwa skwitowała dziwnym spojrzeniem. Co ja poradzę, że nie spodziewałem się, że on cokolwiek powie? Czasem zapominałem, że ten gościu nie jest niemową.
- Dobry pomysł. Dajcie znać, kiedy coś znajdziecie. I chłopaki? Będziecie szukać w tej formie? - Lind zmierzyła spojrzeniem ludzkie sylwetki Magnusa i Joela.
- Ach, faktycznie – Joel zerknął na swoje ręce i zaczął się zmieniać z powrotem w wilka o budyniowym futrze.
Magnus nawet się nie odezwał tylko od razu zabrał się za zmianę postaci. Zerknąłem na białą wilczycę, która obserwowała z zafascynowaniem jak kończyny naszych kolegów się skracają, wyrasta im ogon, a ciała zaczyna pokrywać futro. Niesamowity widok.
- Dobra, możemy zaczynać.
Obwąchiwałem kępę krzaków koło jednej z niższych sosen. Tereny, które wybraliśmy nie były ostatnio odwiedzane przez żadną zwierzynę, więc nic dziwnego, że szło nam niezbyt dobrze. Nie mieliśmy ochoty szukać z pomocą tropów sprzed kilku godzin, ale jeśli nie znajdziemy nic świeższego, chyba będziemy do tego zmuszeni.
- Mam.
Podniosłem łeb zaciekawiony. W końcu coś.
- Nie gadaj – powiedziałem czując jak na mój pysk wstępuje uśmiech.
- To grupa zająców. Była tutaj stosunkowo niedawno – zignorowała mnie Lind.
Jo podszedł do samicy i obwąchał ziemię obok niej. W końcu skinął głową i przyznał jej rację.
- Prowadź – wskazał łapą na stronę, z której miał wydobywać się zapach. Zanim Lind zaprotestowała, odezwał się ponownie – Ty to znalazłaś.
Taki argument zdawał się rozgromić wilczycę, która ruszyła za zającami mającymi pecha się na nas natknąć. Ja i dwóch pozostałych basiorów szliśmy za Lind w niezwykłej ciszy. Ślad był serio świeży i nie chcieliśmy przestraszyć zwierzątek niepotrzebnymi hałasami, których nawiasem mówiąc i tak było już sporo. Jo i Magnus często się potykali, co było całkowicie inne od tej gracji, którą się cechowali w postaci ludzkiej. A ja? Ja jako totalny mistrz skradania się po prostu musiałem nadepnąć na każdą kruchą gałązkę, na każdy ostały się z zeszłego roku liść.
Widziałem, że Lind powstrzymuje się od komentarza słysząc odgłosy towarzyszące naszemu poruszaniu się. Chyba spodziewała się, że i tak się staramy.
- Stójcie – Lind powiedziała to najciszej jak mogła – Są tutaj.
Uniosłem pysk, żeby zobaczyć coś zza sylwetek Joela i Lind, jednak nie szło mi zbyt dobrze. Bojąc się, że jeśli będę się za bardzo wychylać, stracę równowagę, dałem za wygraną.
Wycofaliśmy się kawałek, żeby obgadać strategię. Z tego co wiedziałem żadne z nas nie było wybitne w polowaniach, więc wcześniejsze dogadanie się co i jak, to była nasza szansa, że w ogóle się uda.
Niezbyt wiedzieliśmy w jaki sposób przeprowadzić ten atak, zwłaszcza teraz, kiedy było nas czworo – zwyczajna grupa do polowania liczyła trzy osoby. Czułem się przez to trochę źle. Może niepotrzebnie się wtryniałem?
- Proponuję, żeby dwie osoby naskoczyły zające z dwóch stron i popędziły je w stronę dwóch innych, które przeprowadzą atak. Coś podobnego do tego, co zrobiliśmy wcześniej z tymi łaniami – odezwał się Jo.
- Łaniami? - wtrąciłem, zanim ugryzłem się w język.
- Wcześniej trochę polowaliśmy – Lind machnęła łapą – Dobry pomysł. Magnus, co o tym myślisz?
- Możemy spróbować.
No tak. Pan Idealny był w grupie polowań i to on był najbardziej obeznany. Biorąc pod uwagę jego sposób poruszania się było to trochę zabawne. Ciekawe, czy upolował kiedyś jakieś zwierzę potykając się i wpadając na nie zmienił się człowieka, żeby przygnieść go swoim ludzkim ciałem?
Joel i Lind spojrzeli na mnie, więc czym prędzej skinąłem głową. Pomysł nie był zły. Miałem jedynie nadzieję, że go nie spapram. Co prawda polowałem lepiej, ale i tak nie byłem wybitny w tej dziedzinie. Tyle dobrego, że moją nauczycielką nie była Yuko, która zwykle uczy tego przedmiotu. Ze względu na to, że jestem dorosły muszę szkolić się sam lub z pomocą chętnego wilka, w moim przypadku była to Tori.
- Ja i Magnus będziemy goniącymi. Jo i As, przeprowadzicie atak. Może być? - wilczyca zmierzyła nas spojrzeniem. Była jedyną samicą w towarzystwie i zdecydowanie to ona tutaj dowodziła. W sumie to chyba lepiej, bo gdybym to ja miał dowodzić – albo Magnus – nie skończyłoby się to dobrze.
Przytaknęliśmy. Trochę obawiałem się, że coś zepsuję, ale nie mogło być tak źle. A przynajmniej taką miałem nadzieję.
Wróciliśmy się do naszych kochanych zajączków, które grzecznie stały i pogryzały świeżą trawę. Lind i Magnus od razu się rozdzielili. Każde z nich obeszło zwierzątka i miało naskoczyć je z dwóch różnych stron. Ja i Jo schowaliśmy się w krzakach i czekaliśmy, aż tamci skierują zające prosto na nas.
Już po chwili biała wilczyca i grafitowy samiec wyskoczyli ze swojej kryjówki. Zdezorientowane zwierzątka wyczuwając zagrożenie z ich strony, zaczęły uciekać w stronę, która wydawała się być najlepszą drogą ucieczki. W stronę prawdziwego zagrożenia, na co ich małe móżdżki jeszcze nie wpadły.
Lind i Magnus poganiali chwilę zające. Kiedy te były już całkowicie przerażone i kicały z szybkością, o jaką bym je nawet nie posądzał, wkroczyliśmy do akcji my. Nie musieliśmy zbyt wiele robić - zdezorientowane zwierzaki miały problem z wyhamowaniem i praktycznie na nas wpadły. Złapałem swojego za gardło i szybkim ruchem przegryzłem tętnicę. Ledwo powstrzymałem się, żeby nie krzyczeć z radości. Udało mi się! Nie schrzaniłem tego!
A co się będę – pomyślałem prawie nieprzytomny ze szczęścia. Wypuściłem zwierzę z pyska i zacząłem nad nim tańczyć. Reszta techników patrzyła na mnie ze zdziwieniem. Nie spodziewali się, że umiem tak wywijać czy co? Phi, oczywiście, że byłem fenomenalnym tancerzem.
Cieszyłem się jak szczeniak, ale to pierwszy raz, kiedy wyszło mi od razu i... No powiedzmy, że byłem z siebie tak dumny jak nie byłem od bardzo dawna.
- Stary, co to miało być? - zapytał Jo, kiedy się uspokoiłem. Na jego pysku dostrzegałem pełen rozbawienia uśmiech.
- Taniec, oczywiście – odpowiedziałem nie wiedząc o co mu chodzi.
Basior roześmiał się.
- Przydałby ci się jakiś kurs, wiesz?
Prychnąłem. Nie mogło mi pójść tak źle, no ej. Spojrzenie na samca dało mi jednak jasny znak, że może nie wyszło to aż tak pięknie jak myślałem, ale postanowiłem to olać. Wiedziałem też, że basior nie chciał być wredny, więc tym bardziej jego słowa nie zepsuły mi humoru.
Pan Idealny odchrząknął próbując zwrócić na siebie uwagę. Przewróciłem oczami i spojrzałem na niego wyczekująco.
Czego chcesz?
- Przenieśmy je już lepiej do kuchni. Im świeższe, tym lepsze.
- Ta, jasne – schyliłem się po mojego zająca. Lind podniosła drugiego z pomocą wiatru.
- My je możemy wziąć, nie, Magnus? - odezwał się nagle Jo.
Zerknąłem na niego i zobaczyłem, że stał się na powrót człowiekiem. Przeniosłem wzrok na drugiego basiora, który właśnie kończył się zmieniać. Już po chwili stało przed nami dwóch mężczyzn. Jeden z nich, ten wyższy o jasnobrązowych włosach – Joel – wziął w swoje dziwaczne ła... ręce zająca, który unosił się w powietrzu. Odstawiłem swoją zdobycz na ziemię i wycofałem się, żeby Magnus mógł go zabrać.

- To co teraz?
Odnieśliśmy już zające. Dwie wilczyce, które zajmowały się kuchnią, podziękowały nam za nie i niemal od razu zaczęły się naradzać się w jaki sposób mogłyby je dodać do menu restauracji. Nasza czwórka natomiast odeszła kawałek dalej.
- Obiecałem Yuko, że jeszcze dzisiaj ogarnę te kwiatki. Także ja zostaję. Jak wy, to nie wiem – powiedziałem wskazując łapą na najbliższy wazon z więdnącymi już roślinkami.

<Ktoś z ekipy techników?>

Uwagi: Brak.