Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Od Lind "Festyn i organizacje" cz. 3 (cd. któryś z techników)

Opowiadanie festynowe: bonus x2 więcej pkt. umiejętności i doświadczenia, 2x więcej SG za op.

 Marzec 2021 r.
Nie muszę? W porządku, niech będzie, ale... ech.
Nie miałam dotąd pojęcia ile Danny naprawdę mógłby mieć lat, ani tym bardziej nie spodziewałam się, że jest ode mnie aż... cztery razy starszy? Nie, chwila.. dwa? Zerknęłam ukradkiem na pazury swojej łapy. Ile to by było...
Tak czy inaczej, po poznaniu wieku Dana, odniosłam wrażenie, że raczej nie powinnam była odnosić się do niego w ten sam sposób, jak dotychczas. Wyuczony od małego, obowiązkowy szacunek do starszych wilków, podpowiadał mi zachowywać dystans. Wtedy przypomniałam sobie jednak, że wcześniej nie było żadnych problemów, kiedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Ba, może nawet Danny nie chciałby być traktowany inaczej.  Po namyśle doszłam też do wniosku, iż zachowanie basiora czasem trochę nijak pasowało do jego faktycznego wieku.
- Dobra, zostanę przy nazewnictwie po staremu - odparłam w końcu. - Jak wszyscy - dodałam w miarę luźniej.
Basior skinął głową z uśmiechem. Tymczasem ja zrezygnowałam z kontynuowania wypowiedzi, którą wcześniej tak niezdarnie zaczęłam. Do tego momentu już zupełnie wyleciało mi z głowy, co chciałam.
Zapadła więc ponownie cisza, która pozostała naszym wiernym towarzyszem, aż do momentu spotkania z Hitamem. Samiec Alfa przywitał nas spokojnym głosem:
- Witajcie, czegoś potrzebujecie? - popatrzył po naszej dwójce.
- Chodzi o wyposażenie restauracji - zaczął Dan. - Nie mamy jeszcze krzeseł, ani stolików i nasuwa się pytanie: czy te z poprzedniego festynu są gdzieś przechowane?
- I co ważniejsze, gdzie moglibyśmy je znaleźć? - uzupełniłam szybko wypowiedź niebieskiego basiora.
- Krzesła... Krzesła... - zastanowił się Hitam. - Wydaje mi się, że gdzieś w Parku było miejsce, gdzie mogliśmy to schować... Nie mam teraz pewności, czy akurat tam je odłożono, ale na pewno nikt się ich nie pozbywał. Jeśli tego sprzętu nie będzie w Parku, sprawdźcie jeszcze Wschodni Klif. O ile pamięć mnie nie myli, w tamtej okolicy też było kilka miejsc w sam raz na rupieciarnię. Może znajdziecie tam jeszcze inne przydatne rzeczy.
- Park i Wschodni Klif. Jasne - potwierdziłam, że zapamiętałam.
- Coś jeszcze potrzebujecie wiedzieć? - upewnił się Hitam.
- Nie, raczej nie - mruknęłam w pierwszej chwili, jednak zaraz potem zwróciłam oczy na Dana. Niebieski wilk pokręcił przecząco głową.
Pożegnaliśmy więc Hitama i wyruszyliśmy nieco na zachód - do pierwszego wskazanego przez Alfę miejsca.
W pierwszej chwili, odruchowo chciałam przywołać skrzydła wiatru i skorzystać z drogi powietrznej, jednak w porę przypomniało mi się, że Danny nie potrafi latać. W tej sytuacji byłoby to trochę niegrzeczne z mojej strony. Na szczęście trasa i tak nie ciągnęła się zbyt długo, ponieważ mogliśmy skorzystać ze skrótu biegnącego prosto przez Żółty Las.
O tej porze roku mogłoby się wydawać, że taka nazwa nie pasuje do tego terenu. Mijane przez nas drzewa dopiero zaczynały przygotowania do wypuszczenia pięknych złotych liści, z których słynęło to miejsce. Podczas marszu, zauważyłam na ziemi resztki śniegu, pozostałego po zimie. Wkrótce znikną zupełnie...
Zamyśliłam się nieco na ten widok. Pomyślałam, że w moich rodzinnych stronach zima nigdy nie trwałaby tak krótko. Podobno nieraz ciągnęła się od października aż do końca kwietnia. Zupełnie inny klimat.
***
Dotarliśmy wreszcie do Parku. Wyglądał trochę inaczej, niż przy okazji moich ostatnich odwiedzin tutaj. Gałęzie żywopłotów, wąskie alejki i szara fontanna pozostały na swoich miejscach, jednak całość urozmaicały teraz kolorowe, wczesnowiosenne kwiaty. Nadały temu miejscu jakby przyjaźniejszy wygląd. Od zawsze miałam wrażenie, że to na ogół dość melancholijny teren, odwiedzany najczęściej przez wilki poszukujące spokoju i chwili oddechu. Chyba, że to tylko moje wrażenie, sama tu często nie bywałam.
- To poszukajmy tej skrytki - oznajmiłam, przypomniawszy sobie cel naszej wizyty.
- Nie powinno to zająć długo - stwierdził Dan. - Nasz Park nigdy nie należał do największych.
- Szczęście. Zaoszczędzimy trochę czasu na resztę przygotowań - odparłam. Po tej wymianie zdań, rozdzieliliśmy się, żeby zacząć poszukiwania. 
Postanowiłam na początek przyjrzeć się okolicom kamiennego wzniesienia. Wydało mi się być ono najbardziej prawdopodobnym miejscem na ukryty magazyn.
Skręciłam przy jednym z pomników jakiejś zasłużonej ludzkiej osobistości i okrążyłam pierwszą alejkę. Zanim jednak zdążyłam pokonać chociaż skrawek długości kolejnej, poczułam coś pod łapą. Cofnęłam się i nachyliłam nad niedużym przedmiotem, na który nastąpiłam. 
To był jakiś naszyjnik. Uniosłam go ostrożnie za pomocą wiatru i odczyściłam łapą z kurzu i błota, którym był oblepiony. Zawieszka miała owalny kształt. Cały jej brzeg ozdobiono metalowymi wzorami, a w centrum znajdowała się ilustracja przedstawiająca domostwo w otoczeniu drzew i śniegu.
Chociaż przedmiot był dość interesujący, zrezygnowałam z dłuższej kontemplacji nad nim, kiedy podnosząc wzrok, dostrzegłam przed sobą zasłonę bluszczu.
Podrzuciłam zawieszkę i otworzyłam torbę, żeby moje znalezisko mogło tam wpaść, po czym podeszłam do zielonych pnączy. Zbyt mocno reagowały na ruch powietrza, jak na coś przytwierdzonego do kamiennej ściany. Posłałam w nie trochę mocniejszy wiatr. Nie myliłam się, rośliny wisiały luźno, zasłaniając wejście do jakiejś groty. Baz namysłu odgarnęłam bluszcz łapą i zajrzałam do środka. Leżały tam stosy większych i mniejszych pniaków, ewidentnie zabezpieczonych przez spróchnieniem. W mig zrozumiałam, że właśnie tego szukaliśmy - prostych mebli wykonanych przez wilki.
- Dan! - zawołałam ucieszona. - Znalazłam!
Nie zdążyłam nawet mrugnąć okiem, zanim basior dołączył do mnie przed ukrytym wejściem do groty.
- Teraz pozostaje to tylko przetransportować - powiedziałam do obrońcy Alf.  
- To już możesz zostawić mnie - uśmiechnął się Danny.
Nim skończył mówić, proste, drewniane wyposażenie zaczęło wytaczać się ze skrytki, w ten sam sposób, w jaki wcześniej zrobił to pień dębu. Usunęłam się z drogi, teraz już wiedząc, dlaczego to się dzieje.
Kiedy już wszystkie bloki drewna opuściły prowizoryczny magazyn, zajrzałam ostatni raz za zasłonę z bluszczu, dla pewności, że nie ma tu nic innego, co może być nam potrzebne do organizacji festynu.  Okazało się, że do ukrytej groty wrzucono tylko te pniaki, nic więcej.
Odwróciłam się więc, żeby podążyć za Danem. Niebieski wilk, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, balansował teraz na jednym z toczących się "stolików". Jego pysk zdobił szeroki uśmiech i wręcz szczenięce rozbawienie. Kiedy tak obserwowałam starszego basiora, ten przeskoczył na inny pień i zwrócił oczy na mnie.
- Idziesz?
- Idę - mruknęłam w odpowiedzi, ze zmieszaniem w głosie.
Wróciliśmy do ustalonego miejsca w Zielonym Lesie w rekordowym czasie. Jako iż Dan znów nadzorował z bliska szybki transport, ja mogłam spokojnie użyć skrzydeł wiatru. W sumie może nawet było to wskazane, ze względów bezpieczeństwa. Na szczęście tym razem na drodze nie stało dużo wilków, dzięki czemu wyposażenie restauracji szybko i bez przeszkód znalazło się u celu. Odpowiednie rozplanowanie ustawienia stolików i krzeseł było już teraz tylko formalnością, która nie trwała długo.
- Brakuje jeszcze świetlików, wazonów i właściwej zastawy - mruknęłam. - Czy na ostatnim festynie mieli w restauracji to samo, co mamy przygotować tym razem? Wiesz, te miski, kubki...
- Wszystko było, myślę - odpowiedział basior. - A nawet jeśli czegoś zabraknie, zawsze można wysłać kogoś do Miasta w celu zakupu - Po tych słowach na chwilę zamilkł. - Tylko tak teraz sobie przypomniałem, że nie mamy jeszcze ławek do amfiteatru... - spojrzał na niebo, w celu ocenienia, ile nam zostało do zachodu.
- To może się rozdzielimy? Mogłabym polecieć sama nad Wschodni Klif i rozejrzeć się, czy nie odstawili tam jakiejś zastawy, lub innych potrzebnych naczyń.
- Niech będzie. Wtedy ja się zajmę chociaż znalezieniem dobrego materiału na ławki, zanim przyjdzie czas spotkania z chłopakami przy scenie - powiedział Danny.
- To powodzenia. Spotkamy się wieczorem przy amfiteatrze.
Znów oderwałam się od ziemi i poszybowałam, tym razem na wschód.  Wzbiłam się bardzo wysoko, żeby mieć pewność, że zmierzam w dobrą stronę. Na górze powietrze było jeszcze zimniejsze, jednak nie przeszkadzało mi to specjalnie. Wciąż miałam na sobie dużą część zimowego futra.
Przyspieszyłam i wkrótce mogłam już obniżyć lotu, żeby wylądować na surowych skałach otaczających Wschodni Klif. Rozpoczęłam poszukiwania kolejnej skrytki. Po paru minutach bezowocnego krążenia pośród nagich skał, wleciałam wyżej, przez co przypadkiem znalazłam się parę metrów od samicy gryfa. Chyba żadna z nas nie spodziewała się tego spotkania, ale na moje szczęście hybryda orła i lwicy nie chciała mnie atakować. Uderzyła parę razy skrzydłami i już jej nie było.  Odetchnęłam z ulgą. Dobrze, że jest jeszcze przed ich okresem godowym, gdyby miała gdzieś tu w okolicy młode, takie spotkanie mogłoby się okazać dla mnie bardzo niebezpiecznym.
 Teraz już jedynie powtórzyła się sytuacja z Parku: krążyłam po okolicy, aż natrafiłam na miejsce ukrycia potrzebnych rzeczy. Tym razem do skrytki prowadziło krótkie przejście pod ziemią. Niestety z taką lokalizacją wiązał się pewien problem, a mianowicie brak oświetlenia. Byłam zmuszona poruszać się po omacku, bardzo powoli i ostrożnie, żeby niczego przypadkiem nie zniszczyć. Znalazłam wazony na kwiaty i słoiki na świetliki. Niestety, nie natrafiłam na żadne miski, talerze, czy chociaż kubki. Ani szklane, ani drewniane.  No cóż, mówi się trudno.
Postanowiłam zabrać ze skrytki tylko wazony. Co do słoików, być może nie będziemy w ogóle łapać świetlików akurat tej nocy, pewnie wszyscy będą chcieli odpocząć po tak intensywnym dniu. Sama zaczynałam mieć na to ochotę.
Spakowałam ostrożnie wszystkie wazony do torby i wynurzyłam się znów na powierzchnię. Odzyskując pełną orientację w terenie, przywołałam skrzydła, rozpędziłam się i poderwałam do lotu. Wystrzeliłam w powietrze z taką samą prędkością, jak zwykle, jednak wtem zarzucił mną solidny podmuch wiatru, wiecznie hulającego wokół Klifu. W ostatnim momencie uniknęłam zderzenia ze skałami, co wcale nie było takie proste z większym balastem w torbie. Jednakże, przez ten nagły zwrot, jeden szklany wazon wypadł z wypchanej torby i roztrzaskał się na ziemi w drobny mak. Zaklęłam pod nosem. I po komplecie, brawo Lind. Poprawiłam torbę, zapobiegając wysunięciu się kolejnych. Powinnaś być ostrożniejsza, przenosząc akcesoria z tego materiału - skarciłam samą siebie.
Kiedy zleciałam niżej, nagle ujrzałam znajomą sylwetkę. Był to jedyny znany mi odmieniec rasy Et Magicae.    
- Ting! Dobrze, że cię widzę! - zawołałam, ucieszona. - Przydasz się na coś - wylądowałam przed nim.
- Ugh, jakbyś nie wiedziała, że nie po to cię szukałem... - odparł, opuszczając ramiona z zażenowaniem.
- Jak już tu jesteś, to pomożesz - powiedziałam. - Właśnie... Jak mnie znalazłeś?
- Nie było specjalnie trudno wypatrzeć latającego wilka o kolorowych piórach - odparł strażnik Wichury.
- A... Jasne. Co do zadania specjalnego dla ciebie, chciałabym, żebyś nałapał świetlików.
- Ja? Po co? - Odmieniec podniósł nieznacznie łapy w pytającym geście.
- Do restauracji na festynie, to ma być forma oświetlenia - wyjaśniłam.
- Aha - pokiwał głową. - Nie mam wcale ochoty tego robić.
- Przecież lubisz łapać owady - mruknęłam.
- Tylko, że tych raczej nie pozwolicie mi zjeść - odburknął.
- No weź, Ting - powiedziałam błagalnym głosem. - Nikt się nie nada do tego zadania lepiej od ciebie.
Odpowiedziała mi cisza. Westchnęłam.
- Proszę - wydusiłam.
- Dobra, niech ci już będzie - rzucił Odmieniec po chwili. - Tylko ten jeden, jedyny raz. Strasznie mnie wykorzystujesz z okazji tego waszego całego festynu.
- Okazja to okazja, wiesz...
- Ty sama się zapisałaś na technika i akrobatę. Nie wiem czemu ja w ogóle zgadzam się ci pomagać - burknął Ting, jakby do siebie.
Odłożyłam torbę na ziemię i wróciłam się szybko do podziemnej groty, żeby przynieść mojemu towarzyszowi chociaż jeden słoik, do którego ma nałapać świetliki.
- Tylko pamiętaj, potrzebujemy żywych - dodałam na odchodnym, postawiwszy przed Odmieńcem naczynie.
Zabrałam torbę i skierowałam się drogą powietrzną do Zielonego Lasu. W połowie drogi zmęczenie znów o sobie przypomniało, ale zdołałam je jakoś zignorować. Latanie i tak jest mniej męczące od marszu.
Zostawiłam pozostałe wazony pod barem i udałam się piechotą na Wrzosową Łąkę. Kiedy tam dotarłam, Magnus i Joel zbierali już nieużyte deski na jedno miejsce. Muszę przyznać, wykończona scena prezentowała się przepięknie.
Zanim zdążyłam podejść do wilków pozostających w ludzkiej formie, mojego nosa dobiegł zapach świeżego mięsa. Grupa z polowań dotrzymała słowa. 
<Technicy?>

Uwagi: Brak.

sobota, 9 czerwca 2018

Od Gai "Dołączenie" cz.6

Marzec 2021
- Zgadza się - potwierdziła Bona.
- Jak tu teraz wesoło! - ucieszyłam się.
- To jest festyn.
- Jaki festyn? - spytałam zaciekawiona.
- Z okazji piątej rocznicy założenia watahy - powiedziała z triumfem Bona.
- A po co mnie tu przyprowadziłaś?
- Ja też mam swoje obowiązki w watasze, bo jestem Deltą.
- Deltą?! Nie mówiłaś! - powiedziałam.
- Eee... Bo mi się nie chciało... - odparła Bona.
Następne kilka chwil Bona poświęciła opowiadaniu mi na czym polega festyn.
- Mówisz dodatkowe stanowiska, tak...? - zamyśliłam się - A mogłabym zająć któreś z nich?
- Oczywiście, ale najpierw muszę cię przedstawić Suzannie.
- Kto to jest? - spytałam.
- To Alfa naszej watahy. - powiedziała Bona - A jakie konkretnie stanowisko chciałabyś mieć?
- Chyba zostałabym aktorką. - postanowiłam.
Poszłyśmy razem do jaskini Suzanny, gdzie zastałyśmy ją samą, leżącą z pyskiem na łapach.
- Hej, Suza - przywitała się Bona.
- Cześć, co tu robisz?
- Muszę ci kogoś przedstawić... - powiedziała tajemniczo.
- Co? Kto to taki? - Suza spytała i podniosła głowę.
- A no ktoś... Kto chce dołączyć do watahy...
- Mhm? - Suzanna była coraz bardziej tego "ktosia", którym oczywiście, byłam ja.
- To Gaja. Jest jeszcze szczeniakiem, no i waderą, oczywiście - wytłumaczyła Bona Suzannie.
- Jest z tobą? - spytała Suza.
- Tak. Gaju, chodź tu i przedstaw się! - zawołała mnie Bona, a ja przyszłam posłusznie, lecz lekko zawstydzona...
- Hej... - powiedziałam nieśmiało.
- Cześć - odparła Suza.
Suza chciała, abym została z nią chwilę i porozmawiała w cztery oczy.
I tak się stało. Przedstawiłam się, opowiedział całą swoją historię zanim jeszcze trafiłam na Bonę, jak mieszkałam u ludzi i jak uciekłam przed strasznym pożarem. Gdy skończyłyśmy tą rozmowę Suzanna zgodziła się przyjąć mnie do watahy (no a jak by inaczej?) i już, już miałyśmy z Boną wychodzić, gdy mi się przypomniało o stanowisku.
- Suza? - zaczęła Bona.
- Mhm?
- Czy Gaja mogłaby być aktorką na czas festynu?
- Oczywiście! - zgodziła się Suzanna.
****************
- Gdzie będę mieszkać? - spytałam Bonę podczas wieczornej przechadzki koło amfiteatru.
- No chyba ze mną, jak chcesz.
- Nie mogłabym mieć własnej nory? - poczułam się lekko zawiedziona. Gdy dołączyłam do watahy myślałam, że będę mieszkać sama... No cóż...
- Naprawdę chcesz? Przecież tak nie lubisz samotności! - Bona wydawała się lekko zdziwiona.
- Ale to co innego! Chcę mieć własny dom, bo jestem duża!
- Okej, jak chcesz, ale pierwszą noc musisz spędzić u mnie, ponieważ myślałam, że nie będziesz chciała własnej nory, a bez zgody Suzy nie ma na co liczyć.
- Dobrze - bąknęłam ponuro.
Nazajutrz obudziłam się w norze Bony. Tym razem wcale się nie zdziwiłam czując przy sobie wilcze futro.
- Dzień dobry... - powiedziałam, ziewając.
- Cześć... - Przywitała się sennie Bona.
- No to co..? Polowanko? - Spytałam.
- No to pa - rzuciła pospiesznie Bona i wyszła z jaskini.
- Co? A ja?! - krzyknęłam przypominając o swojej obecności.
- Ty chcesz iść na polowanie? Jesteś za mała!
- Dam radę! - upierałam się.
- Nie ma mowy! - Bona najwyraźniej też nie zamierzała szybko odpuścić.
Po chwili sprzeczki, razem postanowiłyśmy pójść na kompromis: ja pójdę z Boną, lecz będę się tylko przypatrywać.
- Obserwacja, to najlepszy sposób nauki! - powiedziała Bona.
I tak poszłyśmy na pierwsze, polowanie w mojej nowej watasze. Po drodze mijałyśmy wiele tutejszych wilków, które witały mnie gorąco. "Jest całkiem fajnie. Przynajmniej nie jestem już samotna, wręcz przeciwnie! Będę miała wielu przyjaciół w watasze... I... W szkole." Rozmyślałam podczas spaceru, a tym ostatnim, przeraziłam się strasznie. Ja nie chciałam iść do szkoły! Na pewno nie po dołączeniu, tyle tu nowych miejsc, a tu do tego jeszcze szkoła!
- Bona, czy ja będę musiała iść do szkoły?
- No tak, gdybyś wcześniej należała do watahy, to byś już dawno do niej chodziła, bo już trzy miesiące temu.
Jęknęłam. No nie, czemu..? Ale moje rozmyślania nie trwały długo, ponieważ Bona chyba coś poczuła, zaczęła węszyć z nosem przy ziemi, a po chwili szepnęła:
- Ćśśś... Coś czuję... Tylko nic nie mów, dobrze?
- Dobrze... - odpowiedziałam drżącym głosem, nie wiedząc co powinnam teraz zrobić.
- I najlepiej by było, gdybyś została tu i ukryła się w tej trawie - poleciła mi Bona, a ja zrobiłam co mi kazano.
Bona zaczęła skradać się cicho wśród traw (zapewne chciała się zamaskować, lecz mi wyszło by to o wiele lepiej) dążąc do zwierzyny. Gdy była wystarczająco blisko, z impetem rzuciła się na ofiarę. Sarna wierciła się trochę, lecz Bona nie dawała za wygraną. Po chwili przepychanki Bonie udało się upolować nasze śniadanie.
Musiałyśmy sarnę zjeść na miejscu, ponieważ była zbyt duża by przenieść ją do nory.
Po chwili obie wracałyśmy do jaskini z pełnymi brzuchami, a ja przyniosłam kawałek dla... Zumiego.
- Zumi? - zawołałam.
Nie słysząc odpowiedzi, powtórzyłam się:
- Zumi? Zumi! - tym razie w moim głosie było więcej lęku niż radości.
- O nie... - przeraziłam się, przypominając sobie, że... Zostawiłyśmy Zumiego w norze w tamtym lesie!
- Bona! Bona! - krzyczałam na cały głos.
- O co chodzi? - wydawało się, że Bona wcale nie interesowała się sprawą.
- Bo Zumi został w tamtej norze!
- Poradzi sobie. To dziki kot. - Bona nadal nie zauważała powagi sprawy.
- Och, Bona! Ja tak za nim tęsknię!
- Mówiłam ci, żebyś się do niego nie przyzwyczajała, bo nie zostanie z nami na zawsze. - to powiedziawszy, Bona wyszła z nory rzucając tylko:
- Idę skombinować dla ciebie osobną norę do Suzanny!
I wyszła. Przez to, że Bona tak mało interesowała się sprawą, nabierałam pewności, że to ona specjalnie zostawiła kotka w tamtej norze. Ale jak ona mogłaby to zrobić? Tak bardzo mnie lubi! Nie, to na pewno nie ona! Dobra, chyba naprawdę nic się nie stało... Zumi... Chyba jakoś poradzi sobie dziki? Przecież tak zręcznie zabrał tamtego ptaszka Bonie... Tak, na pewno sobie poradzi!
Wkrótce Bona przyszła i oznajmiła mi, że niestety, ale szczenięta nie mogą otrzymać własnego miejsca. Trochę mnie to przygnębiło, ale świadomość, że zamieszkam z innymi, podobnymi do mnie, trochę mnie podnosiła na duchu. Ostatecznie zaprowadziła mnie do dość dużej i przyjemnej nory, gdzie spędziłam większość dnia jedząc przynoszone przez Bonę posiłki, co obserwowała całkiem wysoka brązowa wadera, Sohara podobno. Miała się nami opiekować. Trochę bawiłam się z innymi (ciut dziwacznymi, bo z niemal jednakowym, ciemnym futerkiem) szczeniaczkami, ale szybko mnie to znudziło. Gdy wreszcie zapadł zmrok, postanowiłam wyjść.
Zrobiłam kilka kroków, przysiadłam i zawyłam. Ku mojemu zdziwieniu, po chwili latały koło mnie małe, migoczące stworzonka, które najwyraźniej chciały mnie dokądś zaprowadzić... Poszłam za nimi, lecz gdy tylko przestałam wyć, stworzonka rozleciały się na wszystkie strony. Zrozumiałam o co chodzi. Idąc wyłam nieustannie prowadzona przez owady. Tak naprawdę, to nie wiedziałam gdzie właściwie idę. To się okaże gdy dotrę do celu.

<C.D.N.>

Uwagi: Skoro to kontynuacja serii "W poszukiwaniu schronienia", to możesz zmienić tytuł, ale zachowaj numerację. Jak piszesz np. "tak...?' to stawia się trzy kropki, a nie dwie. Wciąż odbierasz postaciom charakter. Gdy kończysz akapit musisz postawić kropkę, bo to też zdanie.

Od Asgrima "Utracone wspomnienia" cz. 1

 Marzec 2021 r.
Idź na południe. Znajdź Tori. To twoja przyjaciółka.
Otworzyłem szeroko oczy, budząc się. Jasne, poranne słońce niemal od razu poraziło moje oczy. Jednak to mnie w tej chwili ani trochę nie obchodziło. Ważniejszy był głos, który mnie przebudził. Był jak z koszmaru, niski, zachrypnięty lecz kobiecy. Mówił cicho, prawie szeptem, ale równie dobrze mógł krzyczeć. To nie głośność się liczyła, ale moc. A głos był obdarzony ogromną mocą. Musiałem go posłuchać, nie mogłem inaczej. Cokolwiek on mi rozkaże, musiałem to zrobić. Wiedziałem to. Nie, więcej... Czułem to. Równie dobrze, co ten kamień wbijający mi się w szyję. Durny kamień.
Gdy tylko moje oczy przyzwyczaiły się do otaczającej mnie jasności, wstałem jak oparzony. Niemal od razu spojrzałem na niebo, które kryło się za ciemnymi gałęziami licznych drzew. Musiałem znajdować się w jakimś lesie.
- Las? Czemu las? - wyszeptałem. Miałem przeczucie, że nie powinienem tutaj być. To nie było moje stałe miejsce, zaledwie jakieś przejściowe. Jak podczas podróży, w której chyba byłem. Nie wiem, nie pamiętam.
N-nie pamiętam? Jak to nie pamiętam?
Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia. Przecież takich rzeczy jak podróż się nie zapomina. Miałem wrażenie, że jeszcze wczoraj bym wiedział. Jednak teraz? Pustka. Kompletna pustka. Nie pamiętałem nic, totalne zero. Moje wspomnienia kończyły się na głosie i kilku mglistych wrażeniach, które nie mówiły mi nic szczególnego. Ot, echo z przeszłości.
- Dobra, spróbujmy czegoś prostego... - zacząłem i skamieniałem. Mój głos... Zapomniałem, że taki był. A był dość wysoki. Musiałem przejść już mutację, bo nie brzmiałem jak dzieciak. Jeśli jednak mam mieć taki do końca życia, to... Jęknąłem cicho. Nie mógłbym mieć takiego niskiego, bardzo męskiego? On nie pasuje do tych pokładów męskości, które ze mnie emanują!
- Dobra, spokój. Po kolei, postaraj przypomnieć sobie najprostsze informacje, te które zna każdy – powiedziałem cicho.
Skierowałem wzrok na swoje łapy i spróbowałem sobie przypomnieć najprostsze co może być, rzecz, którą każdy wilk o sobie wie. Zawsze.
- Jakie jest twoje imię, idioto? - zapytałem sam siebie uśmiechając się krzywo.
Kiedy odpowiedź nie nadeszła od razu, poczułem jak moje serce zaczyna szybciej bić, a oczy rozszerzają się ze strachu. Nie wiedziałem...
Gorączkowo próbowałem przeszukać pamięć, ale jak można przeszukiwać coś co się utraciło? Wiem, powinienem już ogarnąć, że nic tam nie ma, ale... Ale to chyba do mnie wtedy nie dotarło. Dopiero stracenie czegoś tak oczywistego jak własne imię, uświadomiło mi to, co się stało. Nie pamiętałem nic...
Czy naprawdę utraciłem siebie? Wszystkie wspomnienia? To nie mogła być prawda. Nie, błagam, nie. Nie zgadzałem się na to, nigdy. Co takiego zrobiłem, że nie pamiętałem nic?
Idź na południe. Znajdź Tori. To twoja przyjaciółka. - słowa tajemniczego głosu powróciły, gdy tylko usiadłem na ziemi będąc bliski załamania.
- Tori... - powiedziałem. Imię przeszło przez mój pysk z zaskakującą łatwością. Musiałem zwracać się do jej nosicielki wielokrotnie. Według głosu była moją przyjaciółką i to chyba była prawda. Czułem, że z tą postacią wiąże wiele utraconych wspomnień. Może ona będzie wiedzieć co się wydarzyło? Może zdoła mi pomóc?
Wstałem z ziemi i otrzepałem się. Miałem cel, który musiałem wykonać. Spojrzałem na niebo i kiedy dostrzegłem bezlistne korony drzew, skierowałem kroki w – jak miałem nadzieję – odpowiednią stronę.
Nie miałem pojęcia jak długo zajmie mi podróż i szczerze mówiąc martwiło mnie to. Bałem się, że nie napotkam po drodze wody zdatnej do picia i przeczuwałem problemy ze znalezieniem jedzenia. Oby miejsce, w którym przebywała ta cała Tori nie było daleko...
Chwila, chwila... Jak właściwie miałem ją odnaleźć? Znałem tylko stronę, w którą powinienem się udać i jej imię. Nie wiedziałem czy jest samotniczką, czy należy do jakiejś watahy, a jak tak to jakiej. Chciałem krzyknąć do właścicielki głosu, że to za mało informacji, ale czułem, że ta nawet gdyby mogła mnie usłyszeć, nie odezwałaby się więcej.
- Trudno – westchnąłem cicho – Będę pytać o nią każdego, kogo spotkam. Kiedyś musi mi się udać, prawda?
Jakby na potwierdzenie moich słów jakiś ptak cicho zaśpiewał. Poczułem jak na mój pysk wkrada się lekki uśmiech. Może naprawdę nie będzie tak źle?

- Mam dość – jęknąłem dosłownie rzucając się na ziemię. Szybko jednak pożałowałem tej decyzji, bo moje biedne obolałe ciało spotkało się z twardą ziemią wydając przy tym głośne „łup” i – jeśli to możliwe – zaczęło boleć jeszcze bardziej.
Od kilku dni szedłem przez różne tereny licząc, że niedługo natrafię na jakiekolwiek siedlisko wilków lub innych stworzeń, z którymi umiałbym się porozumieć. Jednak nadaremnie – jedyne co widziałem to zwykłe zwierzęta, z których nie było żadnego pożytku.
Poczułem jak na myśl o zwierzętach, burczy mi w brzuchu. Nie jadłem od tak dawna... Nic dziwnego, że byłem głodny. Rośliny dopiero puszczały pąki, więc nie mogłem z nich korzystać, a te małe irytujące stworzenia nęciły mnie coraz bardziej. Przez tereny, którymi szedłem, chodziło tyle zwierząt, że dostawałem szału próbując ignorować ich wonie. Jednak byłem posiadaczem bardzo silnej woli i nie upolowałem żadnego ze zwierząt.
Kogo ja próbuję oszukać?
Prawda jest taka, że już pierwszego dnia szarawy zając przemknął mi tuż przed nosem. Czując z tak bliska jego zapach nie mogłem powstrzymać się, by nie rzucić się w pogoń za nim. Jednak szybko okazało się, że mam cztery lewe łapy do polowania i nici z jedzenia. Potknąłem się o wystający kamień i wyciągnąłem jak długi na ziemi. W locie starałem się dosięgnąć zwierzątko, ale nadaremnie. Zając uciekł. Potem próbowałem jeszcze kilka razy, ale wszystkie zwierzęta wyczuwały mnie zdecydowanie zbyt szybko i udawało im się uciec... Takim sposobem próbując coś upolować, by nie stracić sił, straciłem ich niepotrzebnie o wiele więcej.
- Błagam niech to będzie niedaleko... - wyszeptałem, zamykając oczy.

- Wstawaj – stanowcze warknięcie zbudziło mnie ze snu. Wstałem jak oparzony niemal nie trafiając głową w pysk niskiego basiora. Otumaniony snem nie skojarzyłem, gdzie byłem i co się stało. Przez chwilę wydawało mi się, że znajdowałem się w...
- Auu! - syknąłem czując jak ból zaczyna rozsadzać mi czaszkę. Cholera, a byłem tak blisko, już prawie sobie przypomniałem...
Wilk zmierzył mnie przeciągłym spojrzeniem chyba spodziewając się, że ból był spowodowany jakimiś uszkodzeniami ciała. W odpowiedzi na jego spojrzenie wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się szeroko. Lepiej nie podpadać pierwszej napotkanej osobie. Przynajmniej od razu.
- Kim jesteś i czego tu szukasz? - zapytał samiec. To niesamowite jak pocieszyło mnie, że miał równie wysoki głos co ja. Z tą różnicą, że jego brzmiał poważnie. Coś było w jego tonie, co sprawiało, że dało się wyczuć porażającą powagę, która nawiasem pasowała idealnie do jego postawy. Nie musiałem używać mojej wrodzonej ogromnej spostrzegawczości, by to zauważyć.
Basior cierpliwie czekał na moją odpowiedź jednocześnie nie spuszczając ze mnie spojrzenia szarych oczu.
Odchrząknąłem. Czas na pokaz elokwencji.
- Eee... No właśnie jest taka sprawa, że nie do końca wiem, kim jestem. Tak jakby straciłem pamięć, a jakiś dziwny głos kazał mi iść na południe i znaleźć jakąś Tori, która chyba wie o mnie więcej niż aktualnie ja sam o sobie. Także ten... Znasz może takową?
Samiec znowu zmierzył mnie spojrzeniem. Co on się na mnie tak gapi? Spodziewam się, że jestem przystojny, ale bez przesady. Przykro mi, stary, wolę wadery. Nie masz szans.
Następnie wilk – tak dla odmiany – westchnął.
- Zaprowadzę cię do naszej Alfy i ona oceni twoje słowa, dobra?
- Może być.
Basior wskazał mi łapą kierunek i zaczekał, aż ruszę w tę stronę. Chyba miał zamiar mnie pilnować. Poważny wilk poważnie traktujący swoje obowiązki. Idealnie.
Schodziliśmy z góry, na której się znajdowaliśmy. Wilkowi, który szedł za mną nie szło to zbyt dobrze – co jakiś czas się potykał i bałem się, że w końcu spadnie na mnie i zboczymy się po stromym zboczu na dół. Na szczęście tak się nie stało. Oczywiście moja wrodzona gracja unikała mnie przed podobnymi wypadkami. A tak serio, to lubiłem góry. Już jakiś czas temu zauważyłem, że na wyżynach czułem się znacznie swobodniej niż na otwartej przestrzeni.
Ciemnoszary basior nie odezwał się do mnie przez całą drogę, a ja nie czułem potrzeby z nim rozmawiać. Zresztą i tak by mi dużo nie powiedział. Chyba wolał swoje własne towarzystwo.

<C.D.N> 

Uwagi: Brak daty!

Loteria do 14.05

Loteria będzie się odbywać regularnie co 5 dni (wtedy również pojawią się wyniki z poprzedniego losowania), a losy można zakupić zwyczajnie informując mnie o tym. Nie istnieje limit, ile kto może ich zakupić, jednak ograniczająca może być dostępna ilość.
Startowo jest to 6 małych, 4 średnie i 2 duże, jednak kolejne można odblokować pisząc opowiadania na festyn. Nie ważne kto, grunt, byleby ktoś. 1 op. = +3 małe, +2 średnie i +1 duży do zakupu możliwego dla każdego z członków stada.
Nie ma pustych losów, a wygrać można naprawdę wiele rzeczy: nie tylko SG, towarzyszów, punkty doświadczenia, pożywienia czy magiczne przedmioty, ale także całkowicie nowe obiekty, których nie można normalnie zdobyć. Zawartość losów przewyższa koszt losu.
Nie musicie się martwić o oszustwo z mojej strony, bo numerki przeznaczane wszystkim postaciom losuję, a listę nagród stworzyłam już wcześniej. Co prawda wyniki znam prędzej, ale oczywiste jest, że nie zdradzę - ot, tajemnica zawodowa.

Wyniki poprzedniej loterii

Yuki
1x duży los: 60 SG
2x mały los: 50 SG; 4x brązowa karta: Ryby, Wrzosowa Łąka, Tęczowe Winogrono, Medalion Hipnozy

Aokigahara
 1x średni los: Eliksir Miłości
2x mały los: 30 pkt. pożywienia; Naszyjnik Prawdy

Joel
1x mały los: jajko jaskółki, wykluje się za miesiąc, samiec

Lind
1x mały los: Kamień Bonusowy

Karou
1x średni los: 3x srebrna karta: Woda, Alfa, Odmieniec


Aktualne losowanie
Małe losy (10 SG)
Numerek 10: Torance
Numerek 11: Yuki
Numerek 12: Joel
Numerek 13: Aokigahara
Numerek 14: Torance
Numerek 15: Aokigahara
Numerek 16: wolny
Numerek 17: Yuki
Numerek 18: Yuki

Średnie losy (25 SG)
Numerek 7: Joel
Numerek 8: Yuki
Numerek 9: Aokigahara
Numerek 10: Karou
Numerek 11: Yuki
Numerek 12: wolny

Duże losy (50 SG)
Numerek 4: Lind
Numerek 5: Aokigahara
Numerek 6: Karou