Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 2 października 2017

Od Bona "Spotkanie" cz. 1 (cd. Lind)

Sierpień 2017 r.
Obudziłam się w nocy, bo śnił mi się koszmar. Wstałam i poszłam na krótki spacer by się uspokoić choć trochę. Śniło mi się, że ludzie znajdują moją lisią mamę i ją porywają, a potem ją torturują. Miałam tak wielkie wyrzuty sumienia po tym co zrobiłam dla mojej kochanej mamy, że chciałabym tam teraz pobiec i ją przeprosić. Lecz nie wiedziałam gdzie gdzie ona jest. Gdy wróciłam starałam się zasnąć. Po pięciu minutach wiercenia się usnęłam. Spałam, i spałam, i nie mogłam się obudzić. Wreszcie wstałam.
*Po południu 
O nie, zaraz się spóźnię na polowanie. - pomyślałam. Szybko pobiegłam w miejsce spotkań i się zaczęło polowanie tym razem na zające.
Jestem atakującą, więc ukryłam się w krzakach. Leah zaczęła gonić zające, ja zaczęłam je atakować, a Dante zabił chyba dwa lub trzy. Więc polowanie udane.
- Polowanie się udało, juhu! - ucieszyłam się.
- Ty się tak nie ciesz, jeszcze dużo polowań przed tobą - powiedział Dante.
- Jak wam spłoszyłam obiad to mnie broniłeś, a teraz?
- Ja już lecę, pa - powiedział, idąc w swoją stronę.
- Pa - powiedziałam zmieszana
Ja też poszłam w swoją stronę. Miałam zamiar iść na spacer, gdy nagle usłyszałam skrzeczenie. Poszłam w stronę dźwięku. Był to hipogryf. Spojrzał na mnie i odleciał.
Moja mina mówiła pewnie wszystko i nic. Jak dobrze że nikt nie był ze mną, bo było by niezręcznie. Wróciłam do jaskini i poszłam spać.
W nocy przyśnił mi się ten sam koszmar. Chwile poleżałam i znowu zasnęłam.Obudziłam się i poszłam na spacer, lecz tym razem zamiast hipogryfa spotkałam Lind.
Trochę porozmawiałyśmy, a następnie poszłyśmy dalej. I znowu usłyszałam skrzeczenie, tylko o wiele głośniejsze i mniej piskliwe niż tamto które słyszałam wczoraj.
Gdy się odwróciłam zobaczyłam wielkiego hipogryfa.
- Zwiewamy stąd!! - krzyknęłam, biegnąc w stronę gęstego lasu.
*10 min później
- Chyba go zgubiłyśmy.
- Tak. Może wracajmy do reszty.
<Lind?>

Uwagi: Nieprawidłowy tytuł i brak daty! "Wreszcie" piszemy przez "ci". "Później" i "wróciłam" piszemy przez "ó". "Niezręcznie" piszemy razem. "Stąd" piszemy razem i przez "s". Masz poważny problem z przecinkami, a miejscami nawet z dzieleniem zdań. Nie zapisuj myśli jak normalny dialog! Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. Ten dialog nie ma zbytnio sensu, mogłabyś go kilka razy przemyśleć i zedytować tak, by miało ręce i nogi. Mnóstwo literówek, w związku z czym następnym razem nie przyjmę opowiadania w takim stanie.

Od Lind "Świszczą lasy zielone... " cz. 5 (cd. Kai)

Sierpień 2020
- Co to jest? To się świeci! - wskazałam łapką jeden ze słoików. Babcia przerwała na chwilę rozcierać jakieś dziwne liście w moździerzu  i popatrzyła na półkę.
- Tam na górze? To Szałwia Wschodu - odparła, wracając do poprzedniej czynności. - Naturalny blask magicznej aury - wyjaśniła.
- Skąd ją masz? - zaciekawiłam się. - Koło naszego domu świecą tylko świetliki. 
Szuranie moździerza znów ustało.
- Nie mogę ci odpowiadać na wszystkie pytania - usłyszałam.
- Dlaczego? - opuściłam uszy, podchodząc do Babci.
- Nie przygotowałam się.
Nie rozumiałam tej odpowiedzi. Jak to ma działać? Babcia nie wie skąd to jest? Nie wie jak to ubrać w słowa? J a k to działa?
- A co robisz tutaj? - oparłam pyszczek na blacie. 
- Rozcieram miętę i rumianek. 
- Aa... - popatrzyłam kątem oka na półkę. 
Czemu Babcia dotąd trzymała to śmierdzące zielskiem pomieszczenie zamknięte przede mną? Co w tym takiego szczególnego?
- Posegregowałaś już liście?
- Tak... - odpowiedziałam od niechcenia i odeszłam od stołu, przy którym pracowała Babcia. Wróciłam przed wielki regał z mnóstwem słoików. Wydał mi się najciekawszym elementem pomieszczenia. 
Jedne naczynia były większe od drugich. Moją uwagę zwrócił tym razem najmniejszy. W środku były czerwone, bardzo cienkie listki. Naczynie owinięto etykietką, jednak było to podpisane zbyt niewyraźnym pismem. 
- Babciu... A co to, to małe? 
- Hm? - odwróciła się. - To Smocze Ziele.
- Fajnie brzmi - ucieszyłam się. 
- A jeszcze fajniej działa - zamyśliła się Babcia. - Słyszałam, że osoba, od której to mam, po spożyciu tych ziół, była w stanie wspiąć się bez niczyjej pomocy na niemalże szczyt wielkiej góry. 
- Łał....  Gdzie to można zdobyć?
***
Siedziałam właśnie z Leah i Manahane nad Wodopojem, kiedy usłyszałam już z daleka dwa głosy - dorosłego basiora i młodej wilczycy. Na chwilę wyłączyłam się z rozmowy o niczym i skupiłam na słowach odległych wilków. Postawiłam uszy, niepożądane dźwięki przestały do mnie chwilowo docierać.
- Co u Aoki? - zapytała młodsza.
- Dobrze, robi postępy - odparł basior.- Pozwoliłem jej przenocować dziś w jaskini Moone.
Słyszałam, jak się zbliżają. Ugh... I tak niezbyt wiem kim są wspomniane wilki, mruknęłam do siebie w głowie. Rozluźniłam się i spróbowałam wrócić do normalnej rozmowy. Podejrzewam, że któraś z koleżanek mogła zauważyć moje chwilowe odpłynięcie, jednak żadna nie odniosła się do tego. Może to i lepiej...
Z zarośli wynurzyły się dwa wilki. Czyli jednak zmierzali prosto nad Wodopój. Jak na komendę, wszystkie trzy zamilkłyśmy i skierowałyśmy wzrok w stronę szarego basiora z czerwonymi akcentami na czuprynie, mającego na oko więcej niż osiem lat. Dreptała za nim nieduża, chuderlawa, biała wadera o oklapniętych uszach. Wilka na sto procent widziałam już, jednak nie byłam pewna tego, w kwestii młodszej ode mnie wilczycy.
Tak czy inaczej, szary zatrzymał się i popatrzył dziwnym wzrokiem w naszą stronę. Trwało to dwie, może trzy sekundy, później jak gdyby nigdy nic zwrócił się do towarzyszki. Mówił jej coś o roślinach, wyjaśnił to i owo, na co wilczyca pokiwała głową i odeszła kawałek. Tymczasem basior podszedł do brzegu zbiornika wodnego i zaczął rozgarniać łapami kamienie.
Zauważyłam wtedy jeszcze jedną osobę, to była Yuki. Stała nad wodą i piła. Czyli jednak... Miałam dziwne przeczucie, że słyszałam z daleka trzecią osobę, jednak mogłoby się wydawać że czarna wadera nie przyszła z tamtą dwójką. Zanim zdołałam się nad tym wszystkim zastanowić, odezwała się Mana. Moja uwaga powróciła na pozostałe wilki.
- Zabrakło zapasów, co? - zapytała Hane z przekąsem. 
- Kiedyś to musiało się stać - odparł spokojnie tamten.
- Może panu pomożemy? - zapytałam, połączywszy fakty, że chodzi o zbieranie składników do eliksirów i tym podobnych.
Wyprostował się i popatrzył w moją stronę. 
- Lind, tak? 
- Tak - odparłam. Jak to jest, że on pamięta moje imię, a ja jego wcale? Nie, że będę się przyznawać...
- Nie sądzę, by to było konieczne - powiedział. - Navri musi się nauczyć rozróżniać odpowiednie rośliny. Jest to część jej szkolenia.
Zapadła chwilowa cisza. 
- Nie uczono w moich stronach wiele o ziołach, a sam pan przed chwilą przyznał, że zapasów jest mało - mruknęła Leah. - Może dołączyłybyśmy do pomocy w dalszym gromadzeniu?
Basior wyglądał przez moment, jakby się zastanawiał.
- Wszelka pomoc jest wskazana - stwierdził, przywołując uśmiech na pysk. - Lecz nie gwarantuję, że zdobycie wszystkich ziół będzie łatwe lub nawet możliwe.  Żeby nie było, że wracacie z pustymi łapami, możemy się na końcu równo podzielić - dodał.
Spodobała mi się ta perspektywa. Plus, zawsze to jakieś nowe doświadczenie.
- Co wy na to, kompania? - zapytałam Leah i Manahane. 
Fioletowa wadera zdobyła się na jako-taki uśmiech.
- Czemu nie - powiedziała srebrzysta wilczyca. 
- Wyśmienicie. 
Basior wyjaśnił nam gdzie się spotkamy i jak to będzie zorganizowane. Kiedy wszystko było już ustalone, rozeszliśmy się. Każdy w swoją stronę. 
***
W swojej jaskini, długo wymiatałam piach, używając ogona jak miotły. Wcześniej układałam papiery, zbierałam w jedno miejsce wszystkie "znajdźki" z watahy (były porozkładane dosłownie wszędzie) i przygotowałam  kolejne zapasy mięsa do upieczenia przy najbliższej okazji. 
Na ogół nie znoszę sprzątania, ale to, co było w mojej jaskini, po prostu źle świadczyło o mnie.  Skończywszy położyłam się na posłaniu i zaczęłam kolejny wieczorny powrót pamięcią do domu Babci. Ostatnimi czasy robiłam to coraz częściej. 
Babcia też zbierała zioła, robiła z nich różne leki i tym podobne, jednak nigdy nie nauczyła mnie tego wszystkiego. Nawet pomimo faktu, że sama ją o to prosiłam, miałyśmy zacząć od lata bodajże. Plany zmieniły mi się drastycznie, kiedy zainteresowałam się Kanionem Magmy i dyrdymałami związanymi z tym. Podporządkowałam wszystko wykuwaniu map, zasad zachowania w różnych sytuacjach i doskonalenia moich umiejętności pod ten kierunek. Rety... ja poświęciłam w s z y s t k o, co mogłam mieć zamiast tego. Skierowałam wzrok na pierwszy rysunek ze sterty. Przedstawiał Tinga, była to scena odzwierciedlająca fragment naszej walki. 
Przegrałam ją, dużo straciłam, ale miał mi zostać chociaż ten głupi słoik.
MIAŁ.
W ten oto sposób, tego wieczoru wróciła mi złość na tamten błąd. Chociaż... Ile czasu już minęło? Cztery miesiące? Westchnęłam i położyłam głowę na łapach. Spróbowałam zasnąć.
Najszybszy z nich wszystkich, nie może widzieć ciosu, jeśli chcesz mu go zadać. 
*** 
Zdołałam się nie spóźnić na umówione wczoraj spotkanie. Na miejscu czekał już Kai, a z nim także Yuki, Navri i Leah. Kiedy dołączyła do nas także Manahane, wyruszyliśmy w stronę Zielonego Lasu. Po drodze przewodniczący dzisiejszej wyprawy wymieniał różne nazwy roślin. Było widać, że Navri była bardzo skupiona na zapamiętaniu jak największej ilości nazw. Ja w sumie nie przykuwałam do tego aż takiej uwagi. I tak nie wiem jak wyglądają, po co mi nazwy?
Chociaż większość określeń wypadała mi drugim uchem, jedno zwróciła moją uwagę. Wydawało mi się, że już to słyszałam...
- Chciałabym zobaczyć ten cały Dzwoneczek Słońca - mruknęłam. 
- Czemu by nie spróbować go odnaleźć? - zaśmiał się Kai.
- Więc gdzie może być? - kontynuowałam temat.
- Gdzieś bardziej w środku lasu. Na razie rozejrzyjmy się za tymi, które są w pobliżu.
- Takimi jak ten? - wtrąciła niepewnie Navri. 
Zatrzymaliśmy się. Najmłodsza uczestniczka wyprawy wskazywała kwiat o pomarańczowych płatkach i małych listkach.
- Tak! Przegapilibyśmy go. Świetnie, Navri - basior pochwalił drobną waderę. 
- Jak się nazywa ten okaz? - zapytała Hane.
- Aurantiaco spica, właściwe spolszczenie nie jest w użyciu - wyjaśnił Kai.
- Czerwony... Cierń? - próbowałam użyć mojej dość ograniczonej znajomości łaciny.
- No... niezupełnie - odparł, ostrożnie wykopując roślinę. 
Leah wyglądała jakby też próbowała w głowie przetłumaczyć nazwę. Tymczasem Yuki stała z boku, jakby tylko czekała niecierpliwie, aż pójdziemy dalej. Tymczasem ja spróbowałam przypomnieć sobie skąd kojarzę nazwę tamtego wspomnianego wcześniej Dzwoneczka. Coś... Jakiś dziwny epizod.
Nie da mi to spokoju.
Chodźmy dalej...
<Kai?>

Uwagi: Rozwijaj skróty (np., itp., itd., WMW).

niedziela, 1 października 2017

Od Karou "Łowy" cz.1 (C.D.N)

Lipiec 2020
Zatrzymałam się na chwilę i niepewnie rozejrzałam po okolicy. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo, a pod jednym z nich miała odbyć się dzisiejsza zbiórka wieczornej grupy polowań, w której zobowiązana byłam uczestniczyć.
Wróciłam do spokojnego truchtu cały czas przeplatanego z nerwowym spoglądaniem na boki. Z minuty na minutę coraz bardziej martwiłam się, że weszłam do lasu od złej strony. Z racji, że teren był ogromny, to by oznaczało, że już nie znajdę pozostałych.
Czułam, że ktoś mnie za to zamorduje.
W pewnym momencie wyczułam zapach wilków. Poczułam znajome mrowienie na grzbiecie - wiązało się z tym, że od wzorów na moim ciele zaczynał być słaby blask podekscytowania.
Puściłam się biegiem.
Zapach z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy. Na ślepo biegłam jego śladem, aż zderzyłam się z kimś. Potem przewróciłam się i upadłam. Spojrzałam na drugiego wilka.
- Och... Hej, Desperado. - Potrząsnęłam obolałą głową widząc jednego z zabijających. On też polował na wieczornej zmianie. Musiał mnie szukać.
Basior rzucił mi gniewne spojrzenie, ale nic nie powiedział, po czym wstał i wytrzepał się. Następnie ruszył tam, skąd przybył. Dostatecznie wolno, żebym zdążyła pójść za nim.
- Chodź już, nie ma czasu. Torance jest niedaleko. Znaleźliśmy sarny. - Powiedział przyciszonym głosem.
Ja tylko skinęłam na znak, że rozumiem i posłusznie podreptałam za nim.
Wiedziałam, że w normalnej sytuacji nakrzyczałby na mnie, lub rzucił jakąś kąśliwą uwagę, bo z trudem się przed tym powstrzymał. To jednak nie była normalna sytuacja - tu chodziło o pożywienie dla watahy. Możliwe, że bardzo dużo pożywienia.
Chciałam trochę podbiec, żeby zmniejszyć dzielącą nas odległość, kiedy nagle zaczął się skradać, przez co częściowo ukrył się w wysokiej trawie. Szybko zniżyłam się w ślad za Desperado, domyślając się, że zwierzyna musi być gdzieś niedaleko.
Przed nami znajdowała się wąska i płytka dolinka. Drzewa stopniowo się przerzedzały i między prześwitami majaczyło kilka sylwetek młodych saren. Miejscami ukształtowanie terenu pozwalało na przeprowadzenie ataku z góry.
Dopiero po chwili zauważyłam Torance ukrywającą się za przewróconą kłodą dosłownie kilkanaście metrów od najbliższego osobnika.
Wzięłam głęboki wdech. Wiatr nam sprzyjał.
Dołączyliśmy do wadery, która odwróciła się do nas i zaczęła tłumaczyć plan działania, poruszając wargami niemalże bezgłośnie:
- Standardowy plan działania. Ja zakradam się od tyłu i zaganiam je do przodu. Karou atakuje jak najwięcej saren, żeby je osłabić. Desperado kończy. Jasne?
Jakiś czas wcześniej napotkałam na Yuki. Zdziwił mnie jej widok w Zielonym Lesie. Myślałam, że jedynym miejscem w którym lubi przebywać, jest Cmentarz. Tak czy owak, zdążyła nakrzyczeć na mnie, że zakłócam jej spokój... Doszło między nami do krótkiej, ale ostrej wymiany zdań. Niby nic znaczącego, ale niestety w jakimś stopniu udzielił mi się jej charakter.
Jeszcze raz zmierzyłam wzrokiem obszar działania. Widziałam inne możliwości niż prosty plan przedstawiony przez Tori. To było moje pierwsze polowanie, a już znudził mnie standardowy schemat "goń, atakuj, zabij".
- A nie lepiej zaatakować od góry? - Rzuciłam bez namysłu. Odpowiednio cicho, by nie zwrócić na siebie uwagi saren.
Oba wilki spojrzały się na mnie jak na głupią.
- No wiecie... Efekt zaskoczenia. Skoczylibyśmy stamtąd... - Mimo, że sama nie widziałam sensu takiego działania, uparcie tłumaczyłam dalej.
- Upolowalibyśmy może trzy sarny... Plus jedno młode przy odrobinie szczęścia. Co ci więc po efekcie zaskoczenia? - Spróbowała spokojnie wyperswadować mi mój pomysł.
- Naprawdę nie nudzi was robienie tego samego dzień w dzień? - Chociaż zdawałam sobie sprawę, że zna się na łowach lepiej niż ja, chciałam koniecznie postawić na swoim. Udowodnić im, że moje pomysły też się sprawdzają.
- Tutaj chodzi o pożywienie dla naszej watahy a nie rozrywkę! - Kilka łań skierowało zaniepokojone spojrzenia w naszą stronę.
- Dlaczego najpierw nie spróbujesz mnie wysłuchać?
- A dlaczego ty tego nie zrobisz?
Westchnęła.
- A może poszukasz zrozumienia w poranne, albo popołudniowej grupie polowań?
- Wątpię. Zostałam przydzielona tutaj. - Uśmiechnęłam się szyderczo. - Chyba nie zakwestionujesz decyzji Alfy?
Niczego jednak nie odpowiedziała. Przekręciłam głowę. Nie było łatwo wyprowadzić Torance z równowagi.
Zrezygnowałam z dalszej rozmowy i zawróciłam.
- Dokąd idziesz? - Wysyczała w moją stronę. Mówiła cicho, jednak ton jej głosu budził niepewność.
- Do tej pory radziliście sobie beze mnie, więc teraz też sobie poradzicie.

<C.D.N>

Uwagi: Wszelkie "ochy" i "achy" zapisujemy przez "ch". Powtórzenia (na początku np. liczne używanie różnych form słowa "czuć").

Od Artemidy "Szczenięcy Lament" cz.1 (c.d wilk, który jest w stanie opiekować się brzdącem)

 Sierpień 2020 r.
Było ciepło. Do czasu. Poczułam lekki wstrząs, po czym wylądowałam na zimnym, kłującym podłożu. Zaczęłam piszczeć. Podniosłam ciężki łebek, czując że ledwo co go trzymam. Wyczuwałam intensywny zapach, który strasznie piekł w nozdrza. Poczułam uścisk na karku, po czym straciłam kontakt z ziemią. Na mojej zwilgotniałej sierści poczułam czyiś oddech. Czułam się bezpiecznie, uspokoiłam się. Po chwili zostałam położona na miękkiej oraz ciepłej rzeczy. Poczułam nagle piekący ból w okolicach brzucha.
Skuliłam się, wtulając się w to, a coś co mnie tu zabrało zaczęło wylizywać mi ciałko. Unosiłam się razem z miękkim podłożem. W górę i w dół, w górę i w dół... W górę... I w dół... Mijały długie chwile, a gdy coś co mnie tu przyniosło przestało mnie czyścić poczułam nieprzyjemne uczucie. Uczucie pustego brzuszka. Zaczęłam skomleć. To coś, co mną się opiekowało znów mnie złapało. Przyłożyło mój pyszczek do wystającego czegoś. Instynktownie zabrałam to do buzi i zaczęłam ssać. Z wyrostka wyleciało smaczne coś, co złagodziło to nieprzyjemne uczucie. Gdy skończyłam, czułam się pełna. Czułam zmęczenie, był to dla mnie wielki wysiłek...
*Szczenięcy Sen Później*
Obudziło mnie uczucie zimna. Zaczęłam piszczeć, szukając tego czegoś co ciepłe było. To coś na czym spałam straciło swoją temperaturę, i przestało się ruszać. Niezdarnie się czołgałam, próbując szukać ciepłego miejsca. Instynktownie, moje ciałko zaczęło się trząść. Pełzałam tak długo, aż nie opadłam z sił. Przestałam skomleć, gdyż byłam zbyt zmęczona. Wtuliłam się w jak najcieplejsze miejsce, które miało temperaturę niższą od pokojowej, ale nie było zimne. Czekałam. Czekałam na to co się może stać później. Kiedy już się poddawałam, poczułam wiatr na moim puchatym futerku. Po chwili straciłam kontakt z podłożem. To coś wróciło. Chociaż... Pachniało inaczej. Bojąc się, zaczęłam piszczeć, wywołując alarm. Nie zareagowało. Zaczęło mnie gdzieś nieść. Byłam głodna.
*Drogę później*
Zostałam położona na twardym podłożu. Czołgałam się mimo zmęczenia, gdyż chciałam być jak najbliżej ciepła. Poczułam że znów zostaje przeniesiona, tym razem do czegoś ciepłego. Wtuliłam się, ale nie wyczuwałam mleka. Nie trzeba było piszczeć, gdy pod pyszczek zostało podsunięta mi miska z pokarmem. Próbowałam ssać, ale nic nie leciało. Wsadziłam głębiej łebek, ale po chwili tego pożałowałam. Ciecz wlała mi się do nozdrzy powodując niemiłe uczucie. Kichnęłam, wydalając kropelki mleczka z nozdrzy. Próbowałam wszystkiego, gdy w końcu udało mi się obmyślić "strategię". Zrobiłam z języczka rurkę i ssałam.

<Ktoś?>

Uwagi: Brak daty! Nie "obmyśleć", tylko "obmyślić". "Kłujący" piszemy przez "ł". W połowie niektórych linijek wdarł się niepotrzebny Enter.