Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 30 sierpnia 2017

Od Sakury „Lekcja Polowania” cz.1 (c.d Chętny szczeniak)

Sierpień 2020 r.
Obudziłam się w jaskini, po czym się rozciągnęłam. Wyszłam z legowiska i poszłam do wodopoju by zabić pragnienie. Idąc tak napotkałam dziwnego czarnego wilka. Nie potrafiłam określić jego płci.
- Dzień dobry? - przywitałam się, jednak nie byłam pewna. Wilk spojrzał się na mnie.
- Bezumstvo się cieszy, Cienie też się cieszą – powiedział szaleńczym głosem. – Bezumstvo wita się, Cienie też się witają – uśmiechnął się przerażająco.
- Czy… Pan się dobrze czuje? – Skuliłam ogonek
- Bezumustvo się bardzo dobrze czuje, Cienie też się bardzo dobrze czują. – Poszerzył swój uśmiech. – A ty się dobrze czujesz? – zapytał.
- T-tak… - Rzekłam. – Muszę już iść… - powiedziałam.
- Bezumustvo się żegna, Cienie też się żegnają – zdążył powiedzieć zanim odeszłam. Gadał jeszcze coś później, ale nie usłyszałam już, co gadał. Ze strachu przed tym, że mógłby mnie zaczepić, przebiegłam dalszą drogę do wodopoju. W pośpiechu wypiłam paręnaście łyków wody, po czym poszłam na lekcję polowania.
***
Głód Skręcał mi żołądek, jednak ja musiałam czekać aż zacznie się lekcja. Miałam nadzieje, że przynajmniej coś dostaniemy po polowaniu. Gdy wszyscy przyszli, wredna nauczycielka zaczęła mówić:
- Dziś będziecie trenować pozycje myśliwskie – wyjaśniła. Zasmuciłam się. – Najpierw się rozgrzejcie walką w parach. – Rzekła. – Moone versus Sakura oraz Aokigahara versus Navri – rzekła. Spojrzałam na moją przeciwniczkę. Była większa i… lepsza ode mnie. Zaczęliśmy się gryźć, a raczej ona zaczęła gryźć mnie po kostkach a ja uciekać, bijąc ją od czasu do czasu pazurkami po głowie. Natomiast walka Aokigahary z Navri wyglądała na równą. Obie dobrze walczyły, jednak było widać, że młodsza była od starszej silniejsza.
- Koniec. – Rzekła nauczycielka, gdy miałam już dosyć poranione tylne łapki.  – A teraz poćwiczycie skradanie. – Odrzekła, po czym byliśmy zmuszeni się skradać. Mój tłusty brzuch szurał o trawę. 

<Chętny?>

Uwagi: Brak daty. Powtórzenia. Wodopój to nazwa miejsca!

Od Karou "To the true form" cz.2 (cd. Aurelliah)

Kwiecień 2020 r.
Mimo starań nadal nie mogłam przywyknąć do tego całego bycia wilkiem. Tęskniłam za miastem, za domem, za innymi ludźmi. Niestety nie potrafiłam się przemienić w człowieka. W dodatku nic nie wskazywało na to, że posiadam jakiekolwiek umiejętności, o zmiennokształtności nie wspominając.
Usiadłam właśnie nad Wodospadem. Oglądałam swoje zniekształcone odbicie w spienionej tafli wody. Zdążyłam przynajmniej zaakceptować mój obecny wygląd, na który nie mogłam narzekać. Byłam szczupła, moje ciało nie straciło ani trochę na giętkości. Zapewne, gdybym trochę poćwiczyła, mój długi, silny ogon stałby się niezwykle zręczną kończyną. Zupełnie jak kiedyś ludzkie ręce.
Spojrzałam na siebie ze smutkiem. Już parokrotnie udało mi się nim podnieść coś małego. Może dałabym radę wspiąć się dzięki niemu gdzieś wyżej?
Nagle usłyszałam kroki. Ich właściciel definitywnie zmierzał powoli w moją stronę. Nie spodobała mi się myśl, że już nie będę sama. Położyłam się tuż przy zbiorniku i zaczęłam kreślić po nim wzory czubkiem ogona. Zdążyłam też zaobserwować zainteresowanie ryb, najpewniej jego jaskrawym zabarwieniem. Postanowiłam to kiedyś wykorzystać.
- Karou? - Na moje imię wypowiedziane przez Alfę aż podskoczyłam. Usiadłam prosto jednocześnie rozchlapując dookoła wodę przez wykonanie zbyt chaotycznego ruchu ogonem.
- Tak, Suzanno? - Odwróciłam głowę, żeby móc zobaczyć zbliżającą się do mnie waderę.
- Czy znasz może angielski?
Pytanie na moment zbiło mnie z tropu. Chociaż jeszcze nie wiedziałam, po co jej ta informacja, bardzo ucieszyłam się na myśl o moim ulubionym przedmiocie.
- Naturalnie, jak każdy... Wychowany wśród ludzi. Myślę, że nawet o wiele lepiej, niż moi dwunożni rówieśnicy. - Poinformowałam ją, próbując sprawić dobre wrażenie.
- Świetnie. Mam dla ciebie propozycję. - Usiadła tuż obok mnie. - Do naszej watahy jakiś czas temu trafiła wadera o imieniu Aurelliah. Przez całe swoje życie była człowiekiem, tak samo jak ty, ale przez to, że jest o wiele starsza, znacznie trudniej jest jej zaakceptować wilczą formę.
- Bardzo chętnie ją poznam. - Wzory na moim ciele lekko zabłyszczały. Drugi człowiek? W takiej samej sytuacji?
- Zaczekaj, to jeszcze nie wszystko. Problem w tym, że ona nie zna polskiego, a ty jesteś najprawdopodobniej jedynym wilkiem we watasze, który może się z nią porozumieć. Chcę cię poprosić, żebyś została jej... Tłumaczem? Chyba tak to mogę nazwać. Chodzi mi o to, żebyś nauczyła ją podstaw porozumiewania się.
- Jasne, nie ma żadnego problemu.
- I gdybyś mogła... Aurelliah szukała czegoś w Bibliotece Barwnej Duszy, ale wpadła w szał i zrobiła tam niezły bałagan. Chcę, żebyś wieczorem sprawdziła jak jej idzie sprzątanie i przy okazji, mogłabyś mi później powiedzieć czego szukała w tych książkach?
Moment, czy ona powiedziała "w bibliotece"? To tutaj jest biblioteka? Przeklęłam się w myślach, że byłam tutaj od prawie dwóch miesięcy i nie wiedziałam niczego o bibliotece. Przecież książki to mógł być mój łącznik z człowieczeństwem! Coś, dzięki czemu mogłabym się poczuć jak człowiek, a nawet poznać sposób na przemianę!
- Oczywiście. - Uśmiechnęłam się do niej. - Zajrzę do biblioteki później.
Mimo tego, że nie potrafiłam ukryć emocji przez cyjanowe znaki, które świeciły już dość mocno, po moim tonie nie dało się czuć choćby cienia podekscytowania.
Zawróciłam w stronę mojej jaskini.
- Tylko uważaj na nią. Kiedy widziałam ją ostatnio była trochę... Roztrzęsiona. - Rzuciła mi Alfa na odchodne.
*** *** ***
Naturalnie zapomniałam zapytać Suzannę jak trafić do biblioteki. Nie miałam pojęcia gdzie zacząć poszukiwania, a wstyd mi było zawracać jej głowę. Koniec końców po kilku godzinach błądzenia znalazłam odpowiednią drogę. Niestety było już grubo po zmierzchu.
Nareszcie stanęłam w progu ogromnej czytelni, wypełnionej po brzegi łamiącymi się pod ciężarem opasłych tomów regałami. Po wejściu od razu rzuciła mi się w oczy jedyna żywa istota w pomieszczeniu. Siedziała pośrodku stosu zniszczonych książek i raz na jakiś czas wciskała którąś z nich w wolne miejsce na krzywo postawionych regałach, przy okazji wkładając między strony kilka losowych kartek z ziemi.
Jeśli to, co powiedziała mi Suzanna było prawdą, nawet gdyby chciała, nie zdołałaby rozszyfrować treści na stronicach i dobrać je do prawidłowych ksiąg.
Podeszłam do Aurelliah powoli, bardziej zainteresowana skłonnymi do poruszania się wbrew mej woli łapami, niż nienadającymi się do użytku książkami, przez których labirynt musiałam się przedrzeć.
Obserwowałam przez chwilę ją i jej dzieło, zanim odważyłam się odezwać:
- Nazywasz się Aurelliah? - Wydukałam powoli starając się brzmieć jak najnaturalniej.
Dawno nie rozmawiałam po angielsku, więc potrzebowałam chwili, żeby przypomnieć sobie wszystkie zwroty, których mogłam potrzebować w naszej rozmowie.
Dźwięk mojego głosu spotkał się z natychmiastową reakcją. Wadera uniosła łeb przez chwilę mierząc mnie wzrokiem. Początkowo jakoś dziwnie na mnie patrzyła. Może źle coś powiedziałam?
- Tak. - Ucieszyłam się słysząc, że to jednak była ona, chociaż raczej nie było innej możliwości.
- Mówisz po polsku? - Wolałam się upewnić, że moje informacje są prawdziwe.
Pokręciła przecząco głową.
- Czyli Alfa miała rację. - Dziwnie mi było patrzeć na kogoś, z kim miałam o wiele więcej wspólnego niż się mogło wydawać.
- Pochodzę z USA, a tutaj przyjechałam nakręcić kilka scen filmu.
- Film? - Natychmiast się ożywiłam. Matko, jak ja uwielbiam filmy! Ona musiała być aktorką, albo reżyserką! To było niesamowite uczucie móc poznać kogoś takiego.
Poczułam znajome mrowienie na grzbiecie, które postarałam się stłumić. Z każdą chwilą mówiłam coraz szybciej. Odniosłam wręcz wrażenie, że szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Do tej pory musiałam zastanawiać się nad tym, co mówię, a teraz przychodziło mi to odruchowo. Nie wiedziałam, że zmiana osobowości sprawiała, że poznawałam lepiej dany język. Może nigdy tego nie zauważyłam, bo nie rozmawiałam z ludźmi innych narodowości?
- Film akcji. - Przytaknęła. - Choć ty pewnie nie wiesz, co to takiego, bo jesteś wilkiem. - Stwierdziła, po czym wróciła do swojego jakże fascynującego zajęcia.
To było wredne z jej strony. Przecież musiała zdawać sobie sprawę, że rozumiem o czym do mnie mówi!
- Wiem, co to film, nie jestem głupia.
Znieruchomiała. Przez chwilę chciała zadać pytanie, zapewne związane z moją wiedzą na temat ludzkich obyczajów, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Pewnie sądziła, że potrafię zmieniać się w człowieka.
Na myśl o tym ogarnął mnie straszny gniew i ledwo stłumiłam w sobie ochotę, żeby rzucić w nią książką. Przecież musiała być o wiele ode mnie starsza. Wiedziałam, że to negatywny wpływ silniejszej osobowości. Atakowanie ludzi było do mnie niepodobne.
- Więc o czym ten film? - Postanowiłam brnąć w temat dalej.
- O zbrojnej jednostce. Tajemnej broni wojska w latach dwa tysiące cztery do dwa tysiące siódmego. Powszechnie uważano, że to chłopiec-robot, ale niewiele było w tym prawdy. Nazywał się Astro. Film oparty na faktach. - Mówiła głosem pozbawionym entuzjazmu. - Ale nigdy nie zostanie zrealizowany.
Spojrzała na mnie. Z jej oczu nie dało się wyczytać dosłownie nic. Kompletna pustka. Może chciała mnie sprawdzić? Zorientować się, ile wiem?
- Szczerze mówiąc, to nie moje klimaty. - Uśmiechnęłam się sztucznie, nie chcąc jej urazić. - Ale ta historia mogłaby mnie zaciekawić. Dlaczego nigdy go nie zrealizujesz? - Zapytałam, chociaż dobrze znałam odpowiedź.
- Bo znalazłam się tutaj. Jak wyobrażasz sobie realizację jakiegokolwiek projektu, podczas gdy ja jestem wilkiem? To bezużyteczne ciało... Na co mi ono? Na co?! Może już nigdy nie wrócę do domu, nie zobaczę tych, których kocham.
Wszechogarniający smutek i rozpacz były dla mnie jak uderzenie tsunami. Miałam ochotę położyć się gdzieś w kącie i zacząć płakać nad losem nas obu. Bo przecież nie tylko jej całe życie obróciło się w pył.
- Doskonale wiem co czujesz...
- Wątpię. Nawet w najmniejszym stopniu nie rozumiesz, jakie to uczucie. Patrzeć na innych, jak zmieniają się w ludzi raz za razem i nawet nie móc z nimi porozmawiać. Zapytać, jak to robią. Straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek ktoś mi pomoże. - Mówiąc to, lekko drżała.
- Otóż tu się mylisz. - Uniosłam głowę, patrząc jej w oczy. Odwzajemniła spojrzenie bez wahania. - Urodziłam się jako człowiek, wychowali mnie ludzie. Nie mam pojęcia kim jestem i jak mogę wrócić. Może i żyłam w tamtej formie krócej niż ty, ale jest jeszcze coś, dzięki czemu... - Urwałam na chwilę, żeby zastanowić się, co powiedzieć. Opuściłam łeb. - Nie wiem, czy powinnam ci o tym mówić.
- Zrobisz, co uważasz za słuszne. - Skwitowała krótko.
Ponownie napotkałam jej spojrzenie. Odchrząknęłam cicho i odezwałam się usiłując uzyskać poważny i pewny siebie ton głosu, jaki zapewne miałaby moja rozmówczyni, gdyby była zmuszona powiedzieć dokładnie to samo:
- Urodziłam się z pewnym osobliwym darem. Umiejętnością, którą można porównać do talentów innych wilków, chociaż te są o wiele bardziej niezwykłe i spektakularne... Umiejętnością, dzięki której nie tylko wiem co czujesz, ale też czuję to samo, co ty. Mój charakter z każdą chwilą coraz bardziej przypomina twój, tak samo zresztą jak zmieniają się moje preferencje, poglądy, a w niektórych okolicznościach również umiejętności. Na przykład językowe. - Uśmiechnęłam się lekko. W ciągu naszej rozmowy użyłam już słów, których nigdy się nie uczyłam i nie miałam prawa znać. Czułam się wręcz, jakby nasza rozmowa odbywała się w moim ojczystym języku.
Aurelliah zrobiła krok do tyłu, potrącając przy tym otwartą książkę leżącą grzbietem do góry. Przez chwilę widziałam w jej oczach cień strachu, ale zaraz potem przyszło niedowierzanie. Jej brak wiary w mój dar aż palił mnie od środka.
- To niemożliwe. - Wydusiła przez zaciśnięte zęby.
Westchnęłam ciężko. Dalsza rozmowa nie miała sensu.
- Moje zadanie ograniczało się jedynie do sprawdzenia, jak sobie radzisz. Skoro jakoś ci idzie, moja pomoc jest tutaj zbędna, bo tylko odciągam twoją uwagę od pracy.
Bez ostrzeżenia odwróciłam się do wadery plecami i skierowałam swoje nieporadne ciało w stronę wyjścia. Powoli, żeby dać jej czas do namysłu, lub powiedzenia czegoś. Ona jednak uparcie milczała, w bezruchu mnie obserwując.
Kiedy stałam już w progu, ostatni raz spojrzałam w jej stronę. Zamierzałam zrobić to, co powinnam, zresztą sama tego chciałam. Jednak kiedy otworzyłam usta, żeby kontynuować moją wypowiedź, słowa ledwo przeszły mi przez gardło:
- Jeśli zaś po ochłonięciu postanowisz porozmawiać z jedynym wilkiem, który rozumie twoje słowa, i którego słowa ty rozumiesz, będę czekać na ciebie jutro nad Wodospadem, kiedy słońce zacznie chylić się ku zachodowi. Chyba mamy sobie jeszcze wiele do powiedzenia.
Podreptałam na zewnątrz, w mroku zlewając się z otaczającym mnie leśnym krajobrazem. Mimo, że ledwo byłam w stanie odróżnić od siebie sylwetki drzew, będąc wilkiem instynktownie wiedziałam jak trafić do mojej jaskini. Mimo to wolałam poćwiczyć bieganie po naturalnym torze przeszkód.
Musiałam teraz pobyć trochę sama. Co prawda zostawiłam osobliwą waderę za sobą, ale jej smutny, depresyjny wręcz wpływ miałam odczuwać jeszcze przez jakiś czas, jak było zawsze.
Czekał mnie jeden z najcięższych socjalnych kaców w moim życiu.

<Aurelliah?>

Uwagi: Nie "przeklnęłam", tylko "przeklęłam". Nieprawidłowo zapisany tytuł.

Od Lind "Jedno ze wspomnień" cz. 2

Sierpień 2018
- Wychodzimy! - oznajmiłam głośno, poprawiając paski torby. Prawie pękała w szwach przez grubą książkę w środku. Publikacja była wielka i ciężka, ale miałam nadzieję, że zdołam ją donieść na miejsce. Obok mnie stał Freeze, trzymający teleskop i małe zawiniątko z potrzebnymi nam akcesoriami. 
- Okej, bawcie się dobrze - zawołała Babcia, która siedziała przy stole z tatą szarego wilka.
- Nie wracajcie zbyt późno - dodał dorosły basior.
Pomachałam łapką starszym i pierwsza wystrzeliłam z domu podekscytowana. Niestety, szybko musiałam zwolnić, książka przypominała o swojej wadze. Przystanęłam i poczekałam na Freeza. Jak zwykle, ociągał się. Szurał nogami po trawie i gapił się na niebo. Przyznam, wyglądało ładnie tego wieczoru, jednak przesadzał z kontemplacją na jego temat. 
- Szybciej, szybciej - ponaglałam. 
- Zdążymy - mruknął. - Słońce dopiero zachodzi. 
- Z twoim obecnym tempem zdąży wzejść z powrotem - powiedziałam i postanowiłam znów zerwać się do biegu. Niestety przez ciężar dzisiejszej lektury, straciłam równowagę i zetknęłam się z ziemią po pierwszym metrze. Sapnęłam cicho, przygnieciona wypchaną torbą.
- Jesteś pewna, że dasz radę to donieść na miejsce? - Freeze podszedł do mnie i uwolnił spod wielkiego tomiska. - Torba jest prawie większa od ciebie. 
- Umiem, dam sobie radę - odebrałam mój bagaż z powrotem. 
- Humf, nie byłbym taki pewien - odparł szary wilk. 
- Wiem co mówię, idziemy dalej - ruszyłam znów w kierunku starej wieży. 
Zmierzaliśmy do pozostałości po średniowiecznym zamku. Niegdyś to była monumentalna budowla, jednak dziś pozostał tylko skrawek muru, lochy (w których zamieszkali nasi sąsiedzi) i wieża - świetny punkt obserwacyjny. Byłam tu jak dotąd tylko z Babcią,  Riv niestety nie chciał mnie zabierać w to świetne miejsce. Stwierdził, że tu jest zbyt niebezpiecznie dla szczeniąt, a dopóki Babcia nie wróci, on za mnie odpowiada. Nigdy nie zrozumiem tego rudego basiora. Wszędzie widzi tylko zagrożenie, tandetny z niego opiekun.  
Tak, czy inaczej, Freeza nigdy nie zaprowadziłam do ruin. Dodatkowo, nigdy nie widziałam starej wieży w nocy. Pierwszy raz zobaczę calutką okolicę spowitą w mroku, na tle granatowego nieba usianego gwiazdami!
W końcu stanęliśmy przed wejściem, pozbawionym już drzwi. Zostały po nich jedynie zardzewiałe, wiszące bezwładnie zawiasy. Ponownie poprawiłam ciężką torbę i pierwsza weszłam na połamane i poniszczone przez upływ czasu schody. Szary znów zaczął zachowywać się jak w muzeum, zanim w ogóle przekroczył próg. Pewnie byłam już na górze, jak wreszcie zaczął wspinaczkę po stopniach. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że ja musiałam robić przystanki przez książkę. 
Upłynęło sporo cennego czasu, zanim szary dotarł na szczyt. Byłam prawie pewna, że oglądał każdy kamień z osobna. Znaleźliśmy się oboje na płaskim "dachu" otoczonym niskim murem z wcięciami. Kiedyś podobno korzystali z nich łucznicy, broniący zamku. Obecnie pozostaje to dobrym miejscem na rozstawienie teleskopu. 
Popatrzyłam na niebo, ciała niebieskie miały za raz wzejść. Błękitne sklepienie powoli ciemniało, tarcza słoneczna uciekała za linię horyzontu. Obserwowaliśmy we dwójkę te zmiany, czekaliśmy na pierwsze gwiazdy, jak w święta. W międzyczasie rozstawiliśmy jeszcze statyw teleskopu i rozpakowaliśmy nasz "ekwipunek" na dzisiejszą noc. Był to słoik ze świetlikami w roli źródła światła i trochę przekąsek. Kiedy Freeze upewniał się, że z teleskopem wszystko w porządku, ja wydobyłam z torby przytaszczoną przeze mnie książkę. Szybko odnalazłam zakładkę i otworzyłam pierwszą stronę z konstelacjami. Od dawna chciałam wreszcie się im porządnie przyjrzeć na żywo, jednak Babci zbyt często brakowało siły na nocne wyprawy. Nie mówiąc już o milionie schodów prowadzących na wieżę. 
Przysunęłam słoik, pełen świecących robaczków, bliżej książki.
- Już ustawiłeś? - niecierpliwiłam się, zauważywszy, że migocą pierwsze gwiazdy.
- Moment, moment - wymamrotał w odpowiedzi Freeze. 
- Ile będzie trwać ten moment? 
- Chwilę.
- A ile trwa chwila?
Odpowiedziało mi już tylko ciche westchnięcie rezygnacji. Więc pozostało jeszcze czekać tą c h w i l ę. Usiadłam znów nad książką i wypatrzyłam jakiś zamazany dopisek na marginesie, tuż obok obrazka z konstelacją Wielkiej Niedźwiedzicy. Zanim zaczęłam snuć teorie odnośnie utraconej treści, usłyszałam głos Freeza.
- Gotowe, chodź spojrzeć.
Momentalnie zerwałam się z miejsca i przybiegłam do teleskopu. Nie zawiodłam się, gołym okiem wygląda to cudownie, jednak przez szkło tej mocniejszej lunety, wszystko było sto, albo tysiąc razy lepsze. Nie ja operowałam właściwym ruchem teleskopu, ważył zbyt dużo, żebym mogła nim dobrze kierować bez pomocy Freeza. Na szczęście, przez zachwyt, szybko przestałam zwracać na to uwagę. Długo przejeżdżałam wzrokiem po całym niebie, zanim przypomniałam sobie, że chciałam szukać konstelacji. Odskoczyłam od przyrządu astronomicznego i nachyliłam się ponownie nad książką. Po przeczytaniu, gdzie szukać tego konkretnego elementu nocnego nieba  i po przyjrzeniu się wyblakłej ilustracji, gnałam z powrotem do teleskopu. Tak ten cykl się powtarzał, dopóki nie zrobiłam się głodna. Freeze stwierdził, że i tak długo wytrzymałam. Zdziwiłam się, faktem, że nie wyglądał już na tak znudzonego, jak zwykle. Zapytałam go o to przy jedzeniu.
- Stanie w miejscu nigdy mnie nie nudziło - odpowiedział. - Nudzą mnie niekończące się podróże z tatą.
- Jak to możliwe? - zdziwiłam się. - Ja bym zapłaciła każdą cenę, żeby zwiedzać cały świat jak wy dwaj.
- Nie wygląda to tak różowo - westchnął basior. - Kiedy wilk całe życie musi biegać z kąta w kąt, w końcu zobaczy wszystko. Wtedy wszystko stanie się monotonią, poza chwilami spokoju. 
- Nie rozumiem - powiedziałam. 
- Młoda jesteś, całe życie w jednym miejscu - oparł się o kamienny mur. - Ja już mam serdecznie dość włóczenia się z tym maniakiem.
- Nie lubisz swojego taty? - zapytałam. - Jego sposobu bycia?
- Co ja mam do gadania, to rodzina. Ma się tylko jedną -  pokręcił głową. - Jednak czasem marzę, żeby przestał ciągać mnie ze sobą. 
- Mówiłeś mu o tym?
- Nie i na razie nie zamierzam. Spełnia swoje marzenia, wmawiając sobie, że chce dać mi to, czego sam nie mógł mieć w moim wieku.  Dam mu jeszcze na to trochę czasu.
- Ale jesteś nieszczęśliwy przecież - zrobiło mi się szkoda mojego jedynego przyjaciela. 
- Ja chyba już nigdy nie będę szczęśliwy. Nie chcę tego odbierać jeszcze tacie. Mam go czasem dosyć ale... to tata. Tylko on z rodziny nie zapomniał o moim istnieniu. 
- Masz jeszcze mnie - przytuliłam się do jego lodowatego futra, nie wiedząc co miał naprawdę na myśli. - Ja też będę o tobie pamiętać.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? - popatrzył na mnie swoimi szaroniebieskimi oczami. 
- Od tego są przyjaciele. Żeby pamiętać. Tak mówiła Babcia. 
- Jesteśmy... przyjaciółmi?
- Jeśli tylko będziesz chciał - opuściłam uszy w obawie, że się narzucam.
- Chyba chcę - uśmiechnął się lekko. - Mała Indianko.
Freeze właśnie zażartował. Naprawdę, to się stało! 
Przytuliłam się mocniej do jego boku. Nie protestował, nie krzywił się, nie patrzył dziwnym wzrokiem. Podnosił teraz pysk ku górze, spoglądał na księżyc w pełni. Ewidentnie odpłynął myślami gdzieś tam, hen wysoko. Pozwoliłam mu na to, pamiętając, że mi samej też się to zdarza. Zanim poszłam w jego ślady, zaszumiał chłodny wiatr. Przypomniałam sobie, że dawno nie ćwiczyłam umiejętności lotu. Bez namysłu wdrapałam się na mur i przywołałam swoją, wciąż rozwijającą się, moc. Ostrożnie, powoli oderwałam się od pewnego podłoża. Chciałam wzlecieć wyżej, jednak zostałam szybko schwytana przez zimne łapy Freeza i ściągnięta z powrotem na wieżę. 
- Zamierzałaś tak po prostu odfrunąć?
- Zamyśliłeś się, chciałam poćwiczyć latanie - wyjaśniłam.
- Myślałem, że przyszliśmy tu oglądać gwiazdy. 
- Mamy przerwę - trąciłam ogonem zawinięte w papier przekąski.
- Na jedzenie - Freeze uzupełnił moją wypowiedź. 
- Prawda, skończyliśmy już jeść! - zapomniałam zupełnie o lataniu i wróciłam do teleskopu. 
Szary basior dołączył do mnie stosunkowo szybko. Zupełnie jakby nagle poruszał się coraz sprawniej i mniej ospale. Dopiero, kiedy pomagał mi nakierowywać przyrząd astronomiczny, mogłam znów zachwycać się pięknem konstelacji. Przez chwilę, zastanowiłam się czemu basior nie spojrzał przez teleskop ani razu. Przez większość czasu właściwie nie patrzył w niebo. Obserwował panoramę okolicy i tyle, jakby czasem to było wszystko czego potrzebuje do szczęścia. Długo jeszcze szukałam konstelacji, długo nazywałam inne po swojemu, trwało to prawie w nieskończoność. W momentach, kiedy ciężej było mi kontrolować ruch teleskopu, sprawdzałam czy Freeze czasem nie przysnął, jedynie opierając łapę na zimnym metalu.
- Ile tu już jesteśmy? - zapytałam.
- Będzie z pięć godzin - westchnął. 
- To bardzo dużo? 
- Tak - skinął głową i puścił na chwilę teleskop. 
- Chcesz przerwę? - złapałam mocno koniec ustrojstwa, w obawie, że spadnie na ziemię.
- Przydałaby się jakaś. Boli mnie już łapa - przyznał, przeciągając się. 
Ostrożnie puściłam teleskop, po czym zauważyłam spadającą gwiazdę. 
- Widziałeś, widziałeś? - zapiszczałam radosnym głosem. - Pomyśl życzenie, szybko!
- Nie muszę, już się spełniło - odpowiedział spokojnym głosem.
- A jakie ono było? Powiesz mi? - zrobiłam słodkie oczka.
- Chciałem zostać u was co najmniej trzy dni. 
Trzy... Trzy... 
- Jutro idziecie dalej? - zmartwiłam się. 
- Nie, dopiero pojutrze - zapewnił, zauważając moją smutną minę.  
- To wciąż szybko - stwierdziłam.
- Przecież wrócimy, jak zawsze - westchnął.
- Czyli za jakieś pół roku. To bardzo, bardzo długo. 
- Mam coś na pocieszenie. Będę wtedy już dorosły, może zostanę dłużej.
- Obiecujesz? - popatrzyłam na niego błagalnym wzrokiem. Otworzył pysk żeby odpowiedzieć, jednak zrezygnował. Wróciło mu smutne spojrzenie.
- Nie mogę ci tego zrobić - szepnął po jakimś czasie.  
Nie zrozumiałam. 
Spadła kolejna gwiazda. Była dużo jaśniejsza niż poprzednia, a jej długi ślad przeciął pół nieba. 
- Teraz mamy po drugim życzeniu - mruknęłam.
- Nie potrzebuję swojego - usłyszałam. 
- Więc mogę je sobie wziąć?
- Pewnie. 
- Chcę znów cię zobaczyć za te pół roku - oznajmiłam.
- Czemu mówisz na głos? - zdziwił się Freeze.
- Żebyś je usłyszał.
Uśmiechnął się lekko. Z radością zauważyłam, że nie był to uśmiech wymuszony.

Uwagi: Nie "tą chwilę", tylko "tę chwilę".

Od Manahane "Wyśniona pomoc" cz. 1

Lipiec 2020
Szłam spokojnie wśród wysokiej trawy. Gdyby nie moje fioletowe włosy nikt nie mógłby mnie zobaczyć. Od zawsze wyróżniałam się z tłumu, ponieważ żaden inny wilk nie posiadał kolorowej chociażby grzywki. A jeśli ktokolwiek miał włosy to w naturalnych kolorach.
Westchnęłam widząc w oddali Jakeo (Nie czytaj Dżakeo!) - mojego najlepszego przyjaciela, do którego najwyraźniej coś czuję... Postanowiłam do niego podejść po cichu i przestraszyć go. Basior skupił się bardzo na jednym z kamieni. Czekaj... Kamieni? Od kiedy interesują go kamienie?
- Wole? Co ty robisz? - tak nazwałam swojego przyjaciela wołem, czy coś w tym złego, że mamy takie przezwiska?
- Ciszej... Przestraszysz go. - mruknął nie odrywając wzroku od kamienia. Podeszłam bliżej.
- Mam przestraszyć kamień? - zdziwiłam się. Jake (Nie czytaj Dżejk!) nie odezwał się, więc zawróciłam. Straciłam humor. Z nisko zawieszoną głową wlokłam się w stronę mojego namiotu. Mój ojciec poszedł na dłuższe polowanie ze swoimi przyjaciółmi.
W pewnym momencie zderzyłam się z kimś. Podniosłam wzrok i zrobiłam stanowczy krok do tyłu. Nie bałam się jej, lecz lepiej było się odsunąć. Przede mną stała Dakota, dość wkurzona, a jednak Dakota. Z początku nie zorientowała się kim jestem, lecz potem ze sztucznym uśmiechem przywitała się.
- Cześć Uszata!
- Witaj Pasiasta... - mruknęłam patrząc się w jej piękne zielone oczy. Ogólnie cała Dakota była urodziwa, o czym doskonale wiedziała, niestety... Piękne czarne włosy opadały na jej nieskazitelnie czystą brązową sierść w ciemniejsze pasy. Była ode mnie trochę wyższa, a jej sylwetka była wręcz idealna. Nad nosem i przy oczach miała białe plamki, które widniały też na jej wspaniałym ogonie. Od zawsze zazdrościłam jej urody... Ja jestem tylko brzydką waderą, w ogóle nie pasująca do reszty... - Co tutaj robisz? - zapytałam jakby mnie to interesowało.
- Tatuś wybrał się na polowanie z twoim ojcem i nie mam co robić. - powiedziała słodko, na co cicho fuknęłam. Nigdy za nią nie przepadałam. Zawsze słodka i niewinna, choćby nie wiem jak stara by była. - Przyszłam zobaczyć co u ciebie.
- Wszystko dobrze. - udało mi się zdobyć na słaby uśmiech. - A u ciebie?
- Źle... Mama mi wyzdrowiała...
- Słucham? Czemu się tym zamartwiasz, przecież jest wszystko dobrze prawda? - spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
- Ona mnie nie lubi... To znaczy próbuje zastąpić materialne rzeczy swoją miłością. A z resztą ty i tak nie zrozumiesz. - prychnęła.
- Ale mama cię kocha, jak możesz tak mówić? - nie zwróciłam uwagi na to, że twierdzi iż nie rozumiem, choć po części to była prawda...
- Wolałabym nowe koraliki, niż siedząca na karku starszą kobietę. - teatralnie opadła na ziemię. Jej mama nie była stara, sama Dakota była ode mnie tylko o niecały rok starsza. - W sumie winę tu ponosi Veter, ten egzotyczny kupiec. Kupiłam u niego truciznę, którą podałam mojej matce, lecz najwyraźniej przestała działać.
- Co?! Kupiłaś u niego truciznę?! Przecież to jest nielegalne! - uniosłam głos, a wadera spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Legalne, nielegalne co za różnica. Nie krzycz na mnie! Gdybyś miała dwójkę młodszego rodzeństwa, matkę i kochającego, wspaniałego tatusia to byś zrozumiała! Życie nie jest takie łatwe! - warknęła i pobiegła w stronę swojej watahy znajdującej się niecały kilometr od naszej.
Resztę dnia chodziłam przybita. Nie miałam ochoty jeść. Po drodze do rzeczki zobaczyłam cień. Sunął on z niesamowitą prędkością w moją stronę, kiedy doszło do zderzenia, poczułam się jakbym zaczęła spadać. Chwilę później walnęłam w ziemię...

Obudziłam się gwałtownie. Byłam cała zalana potem i ciężko dyszałam. Rozejrzałam się wokoło. Byłam w swojej jaskini i leżałam na moim niewygodnym posłaniu. Zdałam sobie sprawę, że to wszystko był tylko sen - głupi i na dodatek wszystko mijało się z prawdą. Dakota nigdy nie zrobiła krzywdy swojej mamie i nie miała dwójki rodzeństwa, ponieważ posiadała tylko siostrę. Ona i jej mama miały świetne relacje. Jakeo i te kamienie? Nadal tego nie rozumiem.
Postanowiłam wybrać się nad Wodospad i zanurzyć się w wodzie. Jest jeszcze przed świtem, więc później wybiorę się na zbiórkę. Będąc na miejscu ochoczo wskoczyłam do zimnej wody. To pobudziło mnie na tyle, że będę mogła ćwiczyć i nie zasnę podczas biegu. Po drodze na Wrzosową łąkę zerwałam sobie kilka jagód, które chwilę potem zjadłam. Nie miałam siły na polowanie i ochoty na zająca czy sarnę ze spiżarni. Było dzisiaj naprawdę ciepło. W końcu to już sierpień. Dniami nie dało się wytrzymać, choć często pojawiały się burze, których wręcz nienawidzę i się ich boję. Często podczas nich zakradam się po cichu do jaskini Leah. Ona śpi twardo, więc nie ma szans bym mogła ją obudzić przez przypadek.
Gdy przywlokłam się już na Wrzosową Łąkę zauważyłam tam Alfę i Yuki oraz Kai'ego. Po mnie przyszła Leah, wesoło nucąc coś pod nosem. Jak zwykle uśmiech jej nie schodził z pyska. Suzanna stanęła przed nami i przemówiła.
- Dzisiaj poćwiczymy zwinność i szybkość. - powiedziała donośnie - Na początek przebiegniecie pięć kółek wokół Wrzosowej Łąki. Następnie będziecie pokonywać tor przeszkód przygotowany przeze mnie. Potem sprintem będziecie biegać przez ścieżkę w Zielonym Lesie.
Zaczęliśmy biec wokół Wrzosowej Łąki. Podczas trzeciego kółka, gdy dogoniłam z wielkim trudem Leah, przywitałam się z nią. Niby polepszyło się miedzy nami, lecz w pewnej części nadal jest to trochę sztuczne. Po tych kółkach nadszedł czas na tor przeszkód. Nie był on dla mnie zbytnio trudny i pokonałam go nawet szybko jak na mnie. Leah miała większe trudności. Pod koniec, gdy mieliśmy biegać sprintem przez Zielony Las, źle się poczułam. Nie chciałam dać tego po sobie. Mój czas był najgorszy i odbiegał od czasów innych.
Po treningu poszłam nad Wodopój napić się. Nie miałam pomysłu na resztę dnia. Troszkę się tutaj nudzę. Idąc dalej zobaczyłam Leah idącą z Lind. Nie znam jej, lecz wiem , że posiada moc wiatru i została tutaj zrzucona z góry przez gnolle górskie czy coś takiego - Leah mi opowiadała. Podeszłam do nich z zamiarem przywitania się.
- Cześć, jestem Manahane. - uśmiechnęłam się w miarę przyjaźnie do wadery z piórami.
- No cześć, jestem Lind. Leah opowiadała mi o tobie - uśmiechnęła się szeroko, prawie tak jak Lea. - mam nadzieję, że nam też uda się polubić.
- Możemy spróbować - powiedziałam bez namysłu. Po chwili kichnęłam.
- Na zdrowie! - powiedziały jednocześnie.
- Dzięki. Wiecie co, dziś nie czuję się na siłach. - mruknęłam - chyba pójdę się położyć.
- No dobrze, to dobranoc. - odpowiedziała Lind. Ja udając w stronę swojej jaskini, spojrzałam się jeszcze raz za siebie i ruszyłam biegiem.
Od razu położyłam się spać. Nie zwracałam uwagi, że było dopiero popołudniu. Zasnęłam głębokim snem.

Znajdowałam się w moim namiocie. Obok mnie siedział mój pluszak - Nakaka. Jest to Króliczek, a przynajmniej miał go przypominać. Przeciągnęłam się ospale. Do środka wszedł mój ojciec. Na imię mu Usare. Jest największym wilkiem z naszej watahy. Za nim stała Dakota...
- Hane zajmij się gościem. Przygotuj coś do picia. Może Gagutare? - spojrzał na mnie obojętnie, za to do Pasiastej szeroko się uśmiechnął. Warknęłam cicho.
- Oczywiście - wycedziłam przez zęby. Gagutare to woda z ziołami i roślinami. Ojciec wyszedł z namiotu.
- I co, Manahane? Tatuś się tobą nie interesuje? - prowokowała mnie. Nie odpowiedziałam. Zaczęłam wyciągać z pudełka wysuszone liście. - A gdzie ta twoja niania? Umarła?
- Dakota, przestań - warknęłam na nią, biorąc w pysk gliniany dzban. - Zaraz wrócę, idę po wodę.
Wyszłam i skierowałam się w stronę rzeczki. Gdy nabrałam wody w naczynie skierowałam się z powrotem do namiotu. Gdy wróciłam zastałam istny Armagedon. Dakota użyła swojej mocy do zniszczenia mi całego wnętrza. Nie oszczędziła nawet mojego pluszaka - został on rozerwany na strzępy. Dakota posiadła dwie moce - moc ziemi i iluzji. Nie zdążyłam wyjść, a mój tata wszedł do namiotu.
- Co tu się stało?!
- Dakota! Nie było mnie tylko chwili i zastałam tylko to. - opowiedziałam, lecz on nie brał tego pod uwagę. Przecież Dakota jest święta.
- Nie wierzę jak mogłaś to zrobić?!
- Jak miałam to zrobić?! Przecież ja nic nie potrafię!
- Bo jesteś bezużyteczna! Tak jak twoja matka! - miałam łzy w oczach.
- Nawet jej nie znałam! - wybuchłam płaczem. Zeszły ze mnie wszystkie emocje. Nagle ojciec zamienił się w Dakotę, która wybuchła śmiechem.
- Jesteś beznadziejna Mana, jedyne co potrafisz to Gagutare. A ja nie lubię Gagutare. - powiedziała kpiąco, a cały bałagan znikł. - To tylko iluzja złotko. Ale twojego pluszaka nie oszczędziłam, on naprawdę jest zniszczony. - Zaczęła się wrednie śmiać. Nie wytrzymałam, wzięłam nóż zrobiony z kości jakiegoś zwierzaka. Ruszyłam w stronę Daki.
- Masz kilka sekund na ucieczkę. - spojrzałam się jej w oczy.
- Myślisz, że się ciebie przestraszę? - fuknęła. Nie zdążyła się zorientować, a ja wbiegłam na nią wyrzucając ją z namiotu. Zdezorientowana próbowała się podnieść, lecz ja byłam szybsza. Zbyt długo znęcała się nade mną. Zbyt długo powtarzała, że jestem beznadziejna. Rzuciłam się na nią i wbiłam jej nóż w szyję. Zaczęła pluć krwią. Ja tylko patrzyłam jak kona. Zanim przestała oddychać powiedziałam:
- Pozdrów wszystkich tam w piekle i powiedz, że kiedyś dołączę tam do was.
Umarła.
Zakręciło mi się w głowie i upadłam na ziemię. Gdy otworzyłam oczy znajdowałam się zupełnie gdzie indziej niż wcześniej. Siedział przy mnie zupełnie nieznajomy mi basior.
- Już nie śnisz? - uśmiechnął się - To znaczy już nie śnisz o morderstwie.
- Słucham? - wstałam i spojrzałam się że zdziwieniem. - Gdzie jestem?
- W Sferze Snów Świadomych. Mogę cię zapewnić, że śpisz. Ale jesteś świadoma tego, więc zbytnio się nie wyśpisz. - powiedział spokojnie jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
- I co dalej?
- Dalej?

Uwagi: Nie ma słowa "zmartwiasz", zatem zamieniłam je na "zamartwiasz". "Przywlokłam" piszemy przez "o". Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. "Sfera" piszemy przez "f". Przy zwracaniu się do kogoś, przed (lub po) imieniem stawiaj przecinek, np. Dakota, przestań., Nie wiem o czym mówisz, Albusie.