-
Chryste Panie! - strzygę przydługimi uszami słysząc bezsilne
nawoływanie o Boga chrześcijan. Właśnie wracam z Miasta, gdyż
potrzebowałam kilku składników znajdujących się w moim starym
mieszkaniu, a które potrzebne są mi do ukończenia jednego z wytwarzanych
przeze mnie wywarów. I gdyby nie fakt, iż głos ten wydaje mi się
dziwnie znajomy, przemierzałabym dalej las tworząc własne szlaki z dala
od drogi głównej, prowadzącej do Watahy. Zbliżam się niezauważenie do
źródła błagalnego dźwięku i rozpoznaję w nim Yusufa, leżącego
bezwładnie, wokół którego roztacza się aura alkoholowego zapachu. Mierzę
go krytycznie, spod przymkniętych ślepi, lecz w końcu lituję się nad
nim i nie zostawiam go za karę na pastwę losu. Podchodzę doń, zmieniając
w ruchu swą postać na dwunożną.
- Nie wzywaj Pana Boga na daremno. - syczę oskarżycielskim tonem, ale
podaję mu rękę, by wstał z moją pomocą. Najwyraźniej jest, lub ma jakieś
powiązania z katolicyzmem. Mnie nigdy nie ciągnęło do modlitwy, gdyż
jako dziewczynka wychowana w klasztorze, poznałam od każdej strony
dwulicowe oblicze wiary. Mimo to, znam popularniejsze religie panujące
na Ziemi i jestem zaznajomiona z zasadą niewymawiania imienia boskiego
bez odpowiedniego powodu.
Yusuf wspomagany moją dłonią podnosi się z lekkim oporem. Krańce mych
fioletowych, przydługich już włosów lądują delikatnie na jego twarzy
dzięki lekkiemu powiewowi wiatru, a on sam rozszerza nozdrza...
zaciągając się moim zapachem?
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo cię kocham... - szepcze, gdy
stoi już o własnych siłach. Czuję, że nie jest do końca świadomy swych
słów, a jego kolana lekko uginają się pod własnym ciężarem,
najprawdopodobniej z przeholowania uzależniających trunków. Ściągam brwi
i obracam się w kierunku stada, choć moje serce wykonuje kilka
żwawszych uderzeń, spowodowanych zapewne zaskoczeniem niż radością.
- Chodź. - mruczę, upewniona, że da radę dojść bez mojej pomocy, a jedynie nie wie, w którą stronę się udać.
- Zaśpiewam ci coś... - słyszę i przewracam pobłażliwie oczami, czując,
iż ilość spożytych dziś przez niego płynów jest większa, niż początkowo
przypuszczałam. Mam zamiar uciszyć go, nim wymyśli jakąś żałosną
balladę, jednak słowa, które zaraz wyśpiewuje, w połączeniu z
przebijającym najśmielsze oczekiwania głosem, odbijają się echem w mej
głowie jeszcze długi czas. Wsłuchuję się w każde słowo wydobyte z jego
ust, prawie sama nie zwracając uwagi na to, gdzie właściwie idę. Zerkam
na niego, odszukując spojrzenie przepełnione pożądaniem, lecz skierowane
w niebo. Potrząsam głową na wzmiankę o łzach i próbuję skupić myśli,
jednak gdy urywa, nie mogę pozostać obojętna, zaciekawiona dalszym
tekstem piosenki.
- Dalej... - proszę, choć w tym momencie czuję się nieswojo, poniżając
się poprzez pragnienie o dokończenie utworu. Dopiero gdy kończy, mój
umysł wraca do normalności, a ja momentalnie trzeźwieję.
- Moja czarna gwiazdo zaranna. - skołowana odrobinę tym nietypowym
określeniem mojej osoby, jak i wydarzeniami sprzed chwili, nie blokuję
dostatecznie mocno rumieńca okalającego nieznacznie policzki.
- Choć może powinienem powiedzieć: biała. - krzyżuję z nim spojrzenie na
te słowa. Biała? Czy to dlatego śpiewa, że moje włosy są czarne? Łączę
wątki, by zaraz przypomnieć sobie o żywiole mężczyzny, jakim jest
natura. Przefarbowane na fiolet włosy mogą być niezauważalne dla niego,
gdyż widzi mój kolor po zstąpieniu na Ziemię. Więc dlaczego teraz ma
przed oczami mój wygląd jeszcze z czasu pobytu w Htaraza'u? Zerknęłam na
Księżyc, względnie szacując godzinę. Północ. Dokładnie o tej porze
postawiłam pierwszy krok na planecie. Najwyraźniej w tym momencie doby
widzi tą pierwszą, prawdziwą mnie. Żałuję, że sama nie pamiętam jak
pierwotnie wyglądałam. Pewna jestem jedynie tego, iż w aktualnej postaci
mogę być tylko niepotrzebnym cieniem dawnej formy.
Odchrząkuję, spuszczam wzrok i ponownie ruszam, nie racząc Yusufa nawet słowem wyjaśnienia.
- Pamiętaj, że pokochałem cię przed ujrzeniem teraz. - mówi, jakby rozszyfrowując moje myśli.
- Niedługo dotrzemy. - odpowiadam, udając, że nie słyszałam ostatniego
wyznania i chowam niesforny kosmyk za uchem, próbując opanować lekkie
drżenie dłoni. W milczeniu docieramy do jaskiń, jednak nie zmieniam
postaci, nie chcąc, by zobaczył również moją wilczą formę. On także
pozostaje człowiekiem, gdy przemierzamy próg jego groty.
- Zostań ze mną... - mruczy sennie, kładąc się na skalnej półce.
Zmęczenie najwyraźniej dało mu się we znaki dopiero, gdy wrócił do domu,
ale alkohol nadal podsuwa mu zbyt odważne, nieprzemyślane słowa.
- Jesteś pijany. Jutro nie będziesz pamiętał co mówisz. - stwierdzam z nutą goryczy.
- Na trzeźwo nie miałbym odwagi ci tego wyznać. - szepcze, ledwie
poruszając wargami, po czym odpływa do krainy Morfeusza. Wzdycham
wyciągając z torby, przez cały czas spoczywającej na moim ramieniu,
fiolkę ze zmielonymi nasionami ostropestu, które posiadają właściwości
przeciwbólowe, idealne na takie okoliczności. Będąc zaznajomiona z
nieprzyjemnymi urokami poranków poprzedzanych przyjemnymi wieczorami,
wiem, że mu się przydadzą. Z brakiem wody musi poradzić sobie sam.
- Idiotko, nie chcesz wpaść trzeci raz w tą samą pułapkę... - przekonuję
się szeptem, choć mój umysł zaprząta tylko jego piosenka. Klękam przy
nim, miarowo głaszcząc jego skroń i przeczesując palcami krucze, długie
włosy. Opuszkami przejeżdżam po miłej w dotyku, pasiastej bandanie,
którą decyduję się ściągnąć mu dla większej wygody snu.
- Z drugiej strony, czemu by nie okraść złodzieja? - z drobnym
uśmieszkiem obwiązuję ozdobę wokół swojego nadgarstka. Naturalnie nie
mam skłonności do kleptomanii, a jedynie wymierzam mu drobną karę za
przesadzenie z ilością tego typu napojów. Odzyska ją, gdy uznam, że
zasłuży. Z tą myślą odsuwam się niechętnie, staję niewidzialna i ruszam w
kierunku swojej jaskini, gdzie wchodzę do ukrytego pomieszczenia, w
którym znajduje się prowizoryczne laboratorium.
- Starzejesz się, Des... - mruczę wpatrzona w swoje odbicie. Woda, choć
wzburzona delikatnymi falami dzięki wyskokom żywiołowych ryb, ukazuje mi
własną, zmęczoną twarz pokrytą kolejną, niewielką zmarszczką wychodzącą
z kącika oka. Następnie kieruję wzrok na włosy, gdzie w wyraźnie już
czarnych odrostach zauważam kilka siwych nasad. Wstając, wyczuwam
zmęczenie spowodowane przemianą w wilczą postać.
- Życie przecieka ci między palcami, a przecież nic w nim nie
osiągnęłaś. - kieruję na siebie pogardliwe osądy. - Żaden z twoich
związków nie wytrzymał roku... Twój syn, jedyna pozytywna odskocznia i
sukces, najpewniej cię nienawidzi... Zgładziłaś Ojca, ocaliłaś Ziemię.
Więc po co jeszcze istniejesz? - z cichym westchnieniem odchodzę od
Jeziora, kierując się w stronę Jaskiń. Krótki spacer w promieniach
budzącego świat do życia Słońca również we mnie stymuluje nową nadzieję.
Nieco bardziej ożywiona wkraczam do mojej groty, zakładając przez głowę
i przednią prawą łapę swoją ulubioną torbę, do której już wcześniej
zapakowałam niezbędne mi dziś przedmioty. Wśród nich znajduje się
sakiewka pełna zarobionych przeze mnie pieniędzy i zioła zebrane w
Magicznym Ogrodzie z zamiarem przetransportowania ich do Wilczego
Szpitala. Przelatuję wzrokiem po miejscu mojego zamieszkania i nie
doszukuję niczego, co mogłoby mi się jeszcze przydać. Rozpoczynam
wędrówkę między jaskiniami, w pierwszej kolejności odwiedzając Kai'ego.
Początkowo zerkam tylko, czy jest u siebie, jednak widok jaki dane jest
mi zobaczyć chwyta delikatnie moje znieczulone serce. Leżąc w cieniu
pod kamienną ścianą toczy łapą po podłożu małą, kauczukową piłeczkę
skupiając na niej szkliste od łez spojrzenie i mruczy coś, co najpewniej
chciałby przekazać swoim dorosłym już szczeniętom. Znając jego niegdyś
wesołe usposobienie postanowiłam przeszkodzić mu i wyrwać z otępiającego
stanu melancholii.
- Kai? - odzywam się dość głośno, szurając pazurami po posadzce chcąc zwrócić jego uwagę.
- Cześć, Des. Co cię do mnie sprowadza? - uśmiecha się na tyle
realistycznie, iż gdybym nie widziała sceny sprzed chwili, nie
domyśliłabym się stanu jego samopoczucia. Muszę bardziej koncentrować
się na jego mimice, gdyż po głębszym zastanowieniu tego rodzaju wyraz
pyska nosi ze sobą już dłuższy czas.
- Teraz to nieistotne. Masz ochotę opowiedzieć mi co czujesz? - siadam
naprzeciwko basiora, omiatając ogonem twardą skałę i owijając go sobie
wokół łap.
- Chyba wolałbym tego nie robić... - mruczy, również podnosząc się do siadu i chowając zabawkę pod jedną z przednich kończyn.
- Więc nie będę cię zmuszać. Wiedz jednak, że nasze sytuacje są dosyć
pokrewne i mam świadomość tego, co ciąży ci na sercu. Przeszłości nie da
się zmienić. Jednak to my kierujemy przyszłością, a ciągłe, niesłuszne
obwinianie się o to, co kiedyś nas spotkało, spowoduje, że nigdy nie
ruszymy do przodu. Poznałam Kai'ego optymistę o niestandardowym,
pozytywnym spojrzeniu na ten pełen okrucieństw świat. Nie każ mi
zapamiętać się jako basiora o charakterze podobnym do mojego.
Potrzebujemy twojego radosnego zapału, ja go potrzebuję. Chyba nie
chcesz, żebym zgorzkniała do cna? - mimo, iż te słowa mają podnieść na
duchu samca, ich sens uderza większą mocą w moim kierunku. Dlaczego
wciąż zamartwiam się tym co było, nie myśląc o tym co może się wydarzyć?
Muszę zacząć korzystać z życia, nie patrząc wstecz. Czemu tylko tak
trudno jest zacząć od nowa...
- Oczywiście, że nie. Nie patrzyłem na to w ten sposób... - zamyśla się,
choć nie mam pewności, czy zastanowi się nad moim monologiem lub też
powróci do stanu apatii.
- W takim razie zostawię cię z tymi myślami. Wiem, jak prostacko to
zabrzmi, lecz kiedyś musi być lepiej. Wszystko się ułoży, Kai. - gdy
wstaję, na moim pysku gości lekki, choć najszczerszy uśmiech, który
basior odwzajemnia, ale nie udaje mi się wykryć jego prawdziwości.
- Zanim się pożegnamy, powiedz po co naprawdę przyszłaś. Bo raczej nie
pocieszać starego zrzędę. - przewracam złotymi, pozbawionymi źrenic
ślepiami, jednak odpowiadam mu.
- Chciałam zrobić drobne zakupy i uszczuplić odrobinę zapasy Magicznych Przedmiotów.
- Naturalnie. Co znajduje się na twojej liście? - kieruje się w stronę
półek, na których rozstawione są rzeczy przeznaczone do sprzedaży.
- Eliksir Wiecznej Młodości. - wyznaję, całkowicie świadoma skutków wypicia niezwykłego wywaru.
- Jesteś pewna tego zakupu? - pyta nieco zaskoczony, chwytając odpowiedni flakon.
- Żyje się tylko raz, Kai. Przybyłam tu trzy lata temu. Starzeję się.
Jeśli będę dalej pozbywać się siwych włosów, w końcu wyłysieję. -
prycham, na swój sposób dołączając się do krótkiego śmiechu
wydobywającego się z jego pyska.
- Skoro tak twierdzisz. Zapłata w Srebrnych Gwiazdkach czy Złotych Księżycach? -
- W tych drugich. - mówię, unosząc nosem klapę swojej torby i wyciągając
materiałowy woreczek wypełniony walutą płatniczą watahy. Otwieram ją
wysypując kilka złotych monet w kształcie półksiężyca, z czego samiec
zabiera odpowiednią kwotę. Chowam sakiewkę z powrotem, odbierając od
niego kryształową buteleczkę przypominającą jabłko. Wyciągam szklany
korek kłami i chwytam nimi szyjkę unosząc zdobioną karafkę do góry.
Czuję jak słodki, szkarłatno-biały płyn wędruje do mojego żołądka
wracając mi młodzieńcze, zapomniane przez zmęczony umysł siły. Opróżniam
opakowanie i oddaję się odprężającemu uczuciu odradzania się zaginionej
energii. Moc dociera do każdej strapionej komórki, prostuję się w
przesiąkniętej zaciętością pozie. O ile nie wiem w jakim stopniu
zmieniłam się zewnętrznie, o tyle moje wnętrze kipi niespożytymi
połaciami werwy.
- I jak wrażenia? - dopytuje basior, być może lekko zaciekawiony moim aktualnym wyglądem.
- Nieziemskie. - stwierdzam, rozkoszując się resztką przemykającego po ciele ciepła i wkładam pusty flakon do listonoszki.
- W takim razie naciesz się długowiecznością. Ja chciałbym spędzić
jeszcze trochę czasu wyłącznie w swoim towarzystwie. - przytakuję i
żegnam się z wilkiem. Puszczam się biegiem do najbliższego źródła, by
spojrzeć w swoje odmłodzone o osiem lat oczy. Gdy udaje mi się znaleźć
drobny zbiornik, widzę wilczy łeb z gęstym, choć szorstkim, czarnym
włosiem, długie, ruchliwe uszy, miękki nos o fioletowo-szarej barwie,
białe kły i lśniące niczym najwyższej próby złoto ślepia. Przemieniam
się w człowieka i klękam nad taflą, by ujrzeć naturalnie krucze włosy z
fiołkowymi refleksami oraz młodą, emanującą świeżością twarz
przekreślającą istnienie jakichkolwiek oznak starości, które jeszcze
rano wprawiały mnie w przygnębienie.
- Od razu lepiej, co? - słyszę za swoimi plecami, a mojemu odbiciu zaczyna towarzyszyć ironiczna mina Tsume.
- Ty mi powiedz. Raczej nie sądzisz, że popadnę w samozachwyt. - odsuwam
się od wody i mierzę mężczyznę wzrokiem. On również się zmienił,
przypuszczam, że w dużej mierze przez tragedię, która go spotkała.
- Gdzieżbym śmiał. Desari zachowująca się jak narcyz jest mniej
prawdopodobna niż śnieg w lipcu. - kręcę głową na to porównanie. -
Chodź, przejdziemy się. Na pewno zgłodniałaś po tej miksturze. - rusza, a
ja tuż za nim, nie wiedząc dokąd mnie prowadzi. Po chwili marszu
przeplatanego rozmową docieramy do polany sprawiającej wrażenie leśnej
restauracji. Stoły i dołączone do nich krzesła zastąpione zostały
kłodami oraz odłamkami drzew podobnie jak barek i sąsiadujące mu stołki.
- Nie wiedziałam, że w watasze funkcjonuje knajpa. - stwierdzam odrobinę zaskoczona.
- Działa wyłącznie na czas festynu. - wyjaśnia Tsu, szarmancko stając za
przeznaczonym dla mnie pieńkiem i przysuwając go nieco, gdy siadam. Sam
zajmuje drugie z miejsc.
- Prawdziwy dżentelmen. - szydzę, choć uśmiechnięta.
- Skąd, przyprowadziłem cię tutaj tylko po to, żeby sprawdzić jak
zachowujesz się spita. - odgryza zanosząc się cichym, mrukliwym
śmiechem.
- Sprawdźmy więc na ile mogę sobie pozwolić. - kiwam dłonią na kelnerkę
zamawiając sałatkę, krwisty stek i dwa kieliszki wilczej wódki.
- Naturalnie ty stawiasz, prawda? - pytam zbierając się na słodycz w
tonie głosu, kiedy nieznana mi wadera przynosi pożywienie i trunek.
Mężczyzna syczy coś pod nosem, po czym podaje zniecierpliwionej wilczycy
zapłatę. Po kilku minutach milczenia jedzenie na naszych talerzach
znika, aż w końcu prócz płonącej świeczki i słoiczka z latającymi
wewnątrz świetlikami na stole zostają dwa wypełnione szkła.
- Nasze zdrowie. - w powietrzu roznosi się dźwięk cichego zderzenia i
płyn ląduje w moich ustach. Gorycz napoju wywołuje grymas połączony z
krótkim sykiem, lecz ciepło rozprzestrzeniające się po ciele sprawia, iż
wkrótce rozpoczynamy drugą kolejkę.
- Na razie się trzymasz. - wnioskuje mój towarzysz po spożyciu drugiej porcji i poproszeniu o trzecią.
- Myślałeś, że od razu spadnę z krzesła? - na moją twarz znów wstępuje sarkastyczny uśmieszek.
- Myślałem, że będziesz już tańczyć na stole. - jego śmiech jest
śmielszy i trwa dłużej niż zwykle, co oznacza, iż alkohol powoli zaczyna
uderzać mu do głowy. Ja co prawda czuję duże rozluźnienie, a mój umysł
wolno zaćmiewa wódka, jednak jestem w stanie przyjąć jeszcze kilka
głębszych.
- Dobra. Na tyle się już upiłaś, że szczerze odpowiesz, skąd na twojej
ręce wzięła się opaska Yusufa. - wytyka na mnie palcem po opróżnieniu
czwartego kieliszka.
- Pożyczyłam ją sobie. - odpowiadam, opierając głowę na dłoni na łokieć na stole.
- I tak po prostu ci na to pozwolił? - swoje podejrzenia kończy
czknięciem, które zaraz przeradza się w całą salwę tego typu odgłosów.
- Nie usłyszałam od niego słowa sprzeciwu. - mówiąc to otrzymujemy
kolejne kusztyczki. Krzywię się na myśl o następnym zalaniu gardła
niesmacznym napitkiem, jednak przyjmuję to wyzwanie i odkładam go
pustego. W przeciwieństwie do Tsu, który po wypiciu pada jak długi na
drewniany odpowiednik stolika.
- Wygrałam. - mruczę, podnosząc się z pomocą rąk. Ruszam lekko
niestabilnym krokiem do baru by spożyć ostatni, zwycięski shot, lecz gdy
otrzymuję Uderzenie pioruna z rąk Yusa sama czuję się jak rażona
błyskawicą.
- Jesteś tu barmanem?!
< Yusuf? Trzeba Tsu odprowadzić do domu >
Uwagi: Wyłapałam tylko kilka literówek.